wtorek, 31 maja 2016

Bitwa pod Małogoszczą i przygotowania do wyjazdu.


31 maja 2016 r.
Decyzja Aleksa sprawiła wszystkim paniom zawód. Były rozczarowane, że nie będzie uroczystego ślubu i hucznego wesela. Ciotka Maria narzekała, że zgromadzone na ten cel zapasy żywności ulegną zepsuciu. Nina zaproponowała, żeby Maciek całą żywność zawiózł do leśnego obozu, bo tam nic się nie zmarnuje. Jedna Emilka zachowała pogodę ducha.
- Niechże mamusia nie płacze. - pocieszała przyszłą teściową. - Wesele to tylko forma, bez której możemy się obejść. Jestem szczęśliwa, że Pan Bóg pozwoli mi połączyć się z Januszem. Myślę o tych tysiącach polskich dziewcząt, które utraciły swoich ukochanych i nawet nie wiedzą, gdzie spoczywają ich zwłoki.- 
A. Grottger. Wdowa.
Emilka miała racje. Mnóstwo kobiet do końca życia zachowało żałobę, opłakując poległych.
Druga połowa lutego okazała się dla powstańców feralnym okresem. W bitwach poległo wielu żołnierzy. Poszły w rozsypkę partie dowodzone przez Neczaja i Bogdanowicza w lubelskim. Zaledwie ludzie zdołali otrząsnąć się z przygnębienia, jak grom z jasnego nieba spadła na nich spóźniona wiadomość o bitwie pod Małogoszczą. Tę straszną nowinę przywiózł do Makowa Jaś, przyjechawszy po ubranie ślubne, które matka przezornie zabrała z Warszawy. Był dobrze poinformowany i przedstawił ze szczegółami bitwę, jedną z najbardziej krwawych w dziejach powstania.
Langiewicz tak sprytnie wymykał się z zastawionych na niego pułapek, że idący jego śladem Czengiery po prostu go zgubił. Tymczasem generał wykonał śmiały manewr, omijając Kielce i podążył ku Małogoszczy, łącząc się po drodze z dużą partią pułkownika Jeziorańskiego. Razem stanowili już małą armię, liczącą około dwóch tysięcy pięciuset powstańców: piechoty i kawalerii oraz kosynierów. Niestety, powstańcom zabrakło artylerii rozstrzygającej o losach bitew. Takiej ilości wojska nie dało się ukryć i na spotkanie Polaków wyruszyły trzy kolumny rosyjskie w sile dwóch tysięcy żołnierzy: dragonów, kozaków i piechoty, a także baterii armat. Siły przeciwników były więc mniej więcej równe. Poszczególnymi kolumnami rosyjskimi dowodzili pułkownicy Czengiery, Gołubow i Dobrowolski, Polak w służbie cara. Langiewicz był zbyt pewny siebie i jak zwykle, zaniedbał obowiązku czujności. Rosjanie zaskoczyli powstańców w niesprzyjających warunkach. Rozgorzała bitwa, trwająca pięć godzin. W zaciętych walkach obie strony ponosiły ciężkie straty w zabitych i rannych. Jednakże Rosjanie posiadali lepsze uzbrojenie i potrafili tę przewagę wykorzystać.
Bitwa pod Małogoszczą.
 Kawaleria polska w szaleńczych atakach szarżowała nanieprzyjaciela, osłaniając wycofujące się oddziały powstańcze.                      
 Była to szarża godna szwoleżerów spod Somosierry. Jazda polska okryła się pod Małogoszczą nieśmiertelną chwałą. Połowa jeźdźców i koni padła. Młody dowódca rotmistrz Jaszowski poległ śmiercią bohatera, osierocając młodziutką żonę. Ale ofiara ich krwi nie była daremna. Zdołali powstrzymać natarcie i ocalić wycofujących się powstańców. Po bohatersku walczyli także kosynierzy, atakujący nieprzyjaciela z furią i pogardą śmierci. Pod morderczym ogniem dział i piechoty, zaścielili pola poległymi i rannymi. Wielu dostało się do niewoli i użyźniło ziemię Sybiru swoimi ciałami.
Małogoszcz
Na drodze wycofujących się żołnierzy, stanęła rzeczka Łosośna, rwąca i głęboka. Armaty i salwy piechoty próbowały zamknąć tę drogę Polakom, zasypując rzeczkę huraganowym ogniem. Pułkownik Czachowski z największym trudem powstrzymywał nacierającą piechotę rosyjską. Nad głowami powstańców rwały się pociski, raniąc i zabijając. Oddziały zatrzymały się na brzegu rzeczki, patrząc z przerażeniem w jej spienione fale. Jeszcze chwila i ogień zaporowy zamknie tę ostatnią drogę ucieczki. Z tłumu ogarniętych paniką żołnierzy, wysunęła się drobna postać. Młody powstaniec, podniósł leżący na ziemi porzucony karabin i odważnie wszedł do rzeki. Macając karabinem głębokość wody, ostrożnie posuwał się naprzód, brnąc po szyję w lodowatych nurtach. Jego śladem rzucili się powstańcy i w ostatniej chwili przeszli Łosośnę. Zaraz potem ogień armatni i karabinowy zamknął przejście, zasypując rzekę żelazem. W powstałym zamieszaniu, mało kto zauważył, że tym odważnym żołnierzykiem była dziewczyna, panna Pustowójtówna.
Anna Henryka Pustowójtówna.
 Słuchającej z zapartym tchem Ninie, przypomniały się jej czarne ogniste oczy i dziewczęcy uśmiech. Na jednym z wozów taborowych, znaleziono straszliwie zmasakrowane ciało kobiety, z kosą zaciśniętą w dłoni. Były to zwłoki panny Zofii Dobronoki, Rosjanki, córki komisarza policji z Warszawy. W partii Langiewicza pielęgnowała rannych i poległa śmiercią żołnierza, broniąc się do ostatniej chwili.
- Wyobrażam sobie, jakie konsekwencje poniesie jej ojciec. - westchnęła Nina. - A co z Małogoszczą?
- Niemal całkowicie zniszczona. - odrzekł Jaś. - Została zbombardowana z armat i spłonęła. Rosjanie, rozwścieczeni dużymi stratami i oporem powstańców, rzucili się na bezbronnych mieszkańców, mordując każdego, kto wpadł im w ręce. Kozacy gonili uciekające kobiety i w galopie przebijali je pikami. Cholerne dranie! - warknął, zapominając o dobrym wychowaniu.
- Boże, bądź miłościw duszom poległych bohaterów. - szepnęła pani Salomea, splatając drżące dłonie.
- To wasza wina! - wybuchła Nina i z ogniem w oczach zwróciła się ku Jasiowi.- Przez wasz bezmyślny pomysł wzniecenia powstania, giną niewinni ludzie, płoną miasta. Niech wasz Rząd diabli porwą! - dokończyła z pasją.
- Nino! - panna Lutówna popatrzyła na nią ze zgorszeniem.
- Twój mąż również jest powstańcem. - stwierdziła z naciskiem Emilka.
Kwatera poległych powstańców w Małogoszczy
 Przez krótką chwilę Nina stała wyprostowana, z zaciśniętymi pięściami, mierząc ich wściekłym wzrokiem. Miała dziką ochotę wykrzyczeć im w twarze swój bezsilny gniew i równie bezsilną rozpacz. Jednak w porę zdołała się opanować i usiadła.
- Przepraszam, uniosłam się niepotrzebnie. Jasiu, opowiadaj. A jaki był los rannych ?
Jaś z ponurą miną potrząsnął głową. Myszkujący po bitwie kozacy, dobijali rannych powstańców na polu bitwy, obdzierając ich z odzieży i pozostawiając krukom na żer. Ranni, nie zauważeni przez kozaków, konali długie godziny, bez wody i nadziei na ratunek. Byli przecież tylko buntownikami wyjętymi spod prawa.
- Cóż, spełnili swój żołnierski obowiązek i ich los się rozstrzygnął.- Nina uśmiechnęła się z goryczą, tłumiąc chęć do płaczu. - Umierający, nie byli już nikomu potrzebni. Mówi się, że słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę. Ale śmierć tych biedaków nie była ani słodka, ani zaszczytna. Była potworna! I niepotrzebna.... - głos się jej załamał i prędko zasłoniła sobie dłonią usta, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem. -
Pomnik na grobie rotmistrza Jaszowskiego.
 Emilka ujęła rękę Jasia i ścisnęła ją z całej siły. Pani Salomea i Mira siedziały w milczeniu, że spuszczonymi nisko głowami.
Bitwa pod Małogoszczą miała miejsce 23 lutego, ale wiadomość o niej dotarła w świętokrzyskie z kilkudniowym opóźnieniem, z powodu złego przepływu informacji. Ludzie zareagowali różnie. Jedni przeklinali Langiewicza i życzyli mu kuli, inni wstępowali do tworzących się, nowych oddziałów powstańczych, aby pomścić śmierć krewnych. U jednych i drugich determinacja była jednakowo silna. W kościołach odbywały się nocami żałobne nabożeństwa, a czarno ubrane kobiety leżały krzyżem przed ołtarzami, modląc się za poległych i żebrząc u Boga o zmiłowanie dla wziętych do niewoli.
Małogoszcz. Śmierć Borejszy.
 Proboszcz w Sarnikach był zaziębiony i panie przez kilka dni jeździły na mszę do kościoła w Tarczku, pięknej romańskiej świątyni z XI wieku. Nina lubiła ten kościół i miejscowość. Podania mówiły, że odbyła się tu bitwa z Tatarami w 1241 roku. To wydarzenie upamiętniała mała kapliczka. W niedzielę po mszy, pani Salomea pokazała jej pewną starszą damę, której trzej synowie polegli pod Małogoszczą. Matka i synowa, będąca w zaawansowanej ciąży, co kilka godzin otrzymywały wiadomość o śmierci kolejnego syna. Ostatnią żałobną wieść przyjęła już tylko matka, bo żona najstarszego syna, dowiedziawszy się o śmierci męża, umarła przy porodzie, wydając na świat martwe dziecko. Nina z przerażeniem przypatrywała się tej polskiej Niobe1, siedzącej w ławce z kamienną twarzą, podobną do oblicza umarłej. Tylko sine wargi kobiety poruszały się w bezgłośnej modlitwie. Po nabożeństwie, wszystkie obecne w kościele panie, składały nieszczęśliwej matce kondolencje. Ale Nina do niej nie podeszła. Nie mogła, bo czuła, że żadne słowa pociechy nie przejdą jej przez usta. Dla tej kobiety nie było już pociechy. Można było tylko modlić się o jej rychłą śmierć.
"Nie rozumiem, jak ona może jeszcze żyć po tym, co ją spotkało? - myślała. - Na jej miejscu inna kobieta straciłaby rozum, lub odebrała sobie życie. A ona się modli! W jaki sposób zdołała zachować wiarę po tym, co ją spotkało? Matka Spartanka! O, nie daj Panie Boże zasłużyć sobie na tę nazwę."
Bitwa pod Małogoszczą.
 Emilka była tak przejęta strasznymi wydarzeniami, że postanowiła iść do ślubu w czarnej sukni. Zaledwie pani Salomea i Nina zdołały wyperswadować jej ten niemądry pomysł. Aleks udzielił przyszłemu nowożeńcowi kilkudniowego urlopu, a Nina, mając jeszcze w pamięci cudowne dni spędzone w leśniczówce, przygotowała gniazdko dla młodej pary na folwarku w Zameczku. Był tam wygodny dworek, stojący na skraju lasu. W przeddzień ślubu, przewieziono z pałacu trochę mebli, dywany, a pokoje udekorowano kwiatami.
Tarczek. Kościól p.w. św. Idziego z XIII w.
Obudzona w środku nocy, Nina najchętniej skuliłaby się pod ciepłą kołdrą. Ale nad nią stała Jaga, wzywając nieustępliwie do podniesienia się z łóżka. Zaraz jednak przypomniała sobie, że to dzień ślubu Jasia i na plebanii oczekuje ją mąż. Na tę okazję przygotowała piękną suknię z zielonego aksamitu lamowaną sobolami. Toaletę uszyto na zamówienie w Paryżu, jeszcze w jesieni. Kiedy Nina ją ubrała, okazało się, że suknia jest za ciasna. Ulisia pośpiesznie wypruwała zaszewki i zakładki, przesuwając haftki. Mimo to stanik był bardzo obcisły i nie można go było dopiąć. Nie było rady, należało włożyć gorset.
- Ja ci mówię, że ty się doigrasz z tą elegancją! - Jaga bez większego powodzenia próbowała przemówić jej do rozsądku. - Mężatka nie potrzebuje być modna. Złapałaś męża, to wystarczy.
- Nie sztuka złapać męża. Trzeba go jeszcze przy sobie utrzymać. - stęknęła boleśnie Nina, bo ściągnięty gorsetem brzuch, podszedł do góry i uciskał serce. Było jej duszno, a sama myśl o śniadaniu powodowała napływ śliny do ust.
- Powinnaś myśleć o dziecku. - gderała niania półgłosem.
- Nic mu nie będzie! - odburknęła Nina ze złością i odwróciwszy się, szybko podniosła flakonik i powąchała sole.
W buduarku czekały już na nią panna młoda, pani Salomea i Mira, odświętnie wystrojone. Emilka wyglądała pięknie w białej sukni z grubej satyny i w koronkowym welonie. W ramionach trzymała bukiet białych róż. Była bardzo blada i miała przymknięte powieki, lecz wydawała się zupełnie spokojna. Za to pani Salomea nie odejmowała chusteczki od oczu. Całą noc spędziła modląc się i prosząc Boga, ażeby jej dzieciom przyświecała jutrzenka swobody, a nie łuny pożarów.
- Późno już, musimy zaraz jechać. - Nina narzuciła futro na ramiona panny młodej. - O czwartej powinnyśmy już być w kościele. Emilko, masz pod spodem ciepłą bieliznę? Jest bardzo zimno.
- Tak. - Emilka uśmiechnęła się z trudem.- Zaledwie mogę się poruszać.
- Już czas! - Nina niecierpliwie spojrzała na zegar. - Ciociu, Miruniu, jesteście gotowe? Jedziemy!
Pani Salomea rozejrzała się nieprzytomnie i zaczęła biegać po pokoju, szukając czegoś na stoliczkach i na dywanie.
- Czekajcie, dzieci! - zawołała, schylając się i zaglądając pod meble. - Boże, zapomniałam Emilce włożyć pod welon złoty dukat z Matką Boską na szczęście. Ten dukat otrzymałam od swojej matki w dniu ślubu. Przekazujemy go sobie z pokolenia na pokolenie. Jezu, gdzie ja go położyłam?Kumosiu kochana, proszę przynieść szczyptę cukru i soli. No, gdzież ten dukat? Przecież go tutaj położyłam i nie ma! Co za roztargnienie. Biedna moja głowa! - roztrzęsiona i spłakana miotała się po pokoju, przewracając drobne przedmioty i wpadając w panikę.
- Na miłość boską, niech już ciocia nie szuka!- zawołała Nina. - Spóźnimy się do kościoła, a oni tam na nas czekają! W Sarnikach chłopi wstają z kurami, zobaczą naszych i nieszczęście gotowe.
Nina o mało nie wyskoczyła ze skóry ze zdenerwowania. Znała punktualność Aleksa i już wyobrażała sobie, jakim przywita ją spojrzeniem.
- Mamusiu, proszę nie przywiązywać wagi do tego drobiazgu.- powiedziała Emilka naciągając kaptur na głowę. - I bez dukata będziemy z Januszem szczęśliwi, bo się kochamy i długo czekaliśmy na siebie. No, jedźmy już.
- Zaraz córeńko! Jezus Maria, daruj mi Emilciu, ale ja naprawdę nie wiem, gdzie się ten przeklęty dukat zapodział. - lamentowała zrozpaczona pani Salomea, tracąc resztę opanowania.
Mira podała starszej pani kieliszek wina i pomogła jej się ubrać. Przed pałacem czekała już kareta i zaledwie damy wsiadły, konie ruszyły. Noc była bardzo pogodna, lecz mroźna. Drzewa, całe w śnieżnej szadzi, wyglądały jak ilustracja z bajki. Śniegu było już mało, lecz na ziemi leżał szron. Z pysków pędzących koni buchały kłęby białej pary, a szczelnie zamknięte czarne pudło karety, mknącej przez zamarłe pola, miało wygląd złowieszczy i tajemniczy. W mijanych wsiach, obudzone z nagła psy, zrywały się i ujadały. Pogrążone w myślach damy nie odzywały się do siebie. Nina była roztrzęsiona, bo nie tak wyobrażała sobie ślub Jasia. Rzuciła okiem na złoty zegareczek przypięty do paska sukni i zapukała w przednie okienko.
- Stachu, prędzej! Proszę popędzić konie . - rozkazała.
Stangret trzasnął długim batem nad grzbietami koni i mruknął półgłosem do siedzącego obok Maćka:
- Ech, te baby! Najpierw grzebią się pół nocy, a potem każą mi pędzić konie. A juści, niech se koniska nogi połamią na śliskiej drodze. Baba to zawdy baba, nawet jaśnie pani hrabina!
Maciek ściągnął gęste jasne brwi i posłał mu złe spojrzenie.
- Niech jegomość tak nie gada! - warknął ostrzegawczym tonem. - Nasza paniulka nigdy się nie spóźnia! To ino te miejskie panie cosik szukały i bez to przyjedziemy ździebko później. Oj, pan naczelnik będzie zły, bo przykazywał przyjechać nocą, a tu niedługo świtać zacznie.
W Sarnikach kościół zdawał się ciemny i pusty, tylko okno plebanii rzucało prostokąt światła na pobieloną szronem trawę. Na szczęście wieś jeszcze spała. Kiedy kareta zatrzymała się przed gankiem, w drzwiach pojawił się proboszcz.
- No, nareszcie! - zawołał zrzędliwie. - Tylko patrzeć, jak chłopi się pobudzą! Nikt was nie powinien tu widzieć.
- Mój mąż przyjechał? - spytała Nina, wyskakując z karety i śpiesznie wchodząc do sieni.
- A pewnie! Siedzi tu od dawna i zgrzyta zębami. Spóźniłyście się o półtorej godziny!
- To tylko moja wina!- powiedziała pani Salomea.- Zgubiłam gdzieś złoty dukat na szczęście i nie mogłam go odnaleźć.
- Nie wolno wierzyć w takie głupie zabobony! - rozgniewał się proboszcz. - Przez ten dukat, nie daj Panie Jezu, tutejsi chłopi mogą zobaczyć pana hrabiego, rzekomo przebywającego za granicą. Przykro mi to wyznać, ale stwierdzam, że w Sarnikach mieszkają źli ludzie.
Stroje ślubne w II poł. XIX w.
 Nie słuchając narzekań staruszka, Nina prędko weszła do saloniku. Aleks stał na środku pokoju w narzuconym na ramiona kożuszku i rozmawiał z Tadeuszem. Ogolony i zaróżowiony, wydał się jej tak piękny, jak książę z bajki. Pisnęła głośno i podbiegła do niego z wyciągniętymi ramionami. Chwycił ją pod pachy i podniósł do góry jak kociaka.
- Witaj, promyczku. - powiedział czule i pocałował ją mocno. Jego usta były twarde i gorące. Ostrożnie postawił ją na podłodze i pogłaskał jej gładki, zimny policzek - Za to spóźnienie powinnaś dostać klapsa. A teraz szybko do kościoła, bo nie mamy wiele czasu. Jasiek czeka w zakrystii. Kiedy się rozjaśni, nas już tu nie będzie.
Pochwycił ją za rękę i wyszli z plebanii. Jak zjawy przemknęli przez cmentarz. W kościele było prawie ciemno, tylko na głównym ołtarzu paliły się dwie świece. W przednich ławkach siedzieli najbliżsi sąsiedzi powiadomieni przez Ninę. Świadkami pana młodego byli Aleks i wuj Ksawery. Nina ryzykując skręcenia nogi w kostce, wdrapała się po ciemku krzywymi schodkami na chór. Za nią szła Jadwiga Wąsocka i stanąwszy przy organach, oświetliła klawiaturę świecą trzymaną w drżącej z emocji dłoni. Ciemne wnętrze świątyni wypełniła cicha muzyka. Stary organista kalikował energicznie, otwierając szeroko oczy ze zdumienia.
Romańskie wnętrze kościoła.
 W drzwiach zakrystii ukazała się panna młoda prowadzona przez Aleksa, bo państwo Maciejewscy nie mogli przybyć na ślub córki. Pan młody szedł do ołtarza z matką. Tego dnia Jaś wyglądał wspaniale, ubrany w krótki, kolisty dolman2 z białego aksamitu, podbity futrem i białą atłasową czamarę ze szkarłatnymi pętlicami. Na głowie miał futrzany kołpak z brylantowym trzęsieniem i zatkniętym sokolim piórem. U boku zwisała na jedwabnych rapciach krzywa szabla, w pochwie usianej drogimi kamieniami. Jego piękna, młodzieńcza twarz jaśniała radością.
Ciche mruczenie organów towarzyszyło słowom księdza. Migotliwe światło świec wydobywało z mroku głowy młodej pary, klęczącej na stopniach ołtarza. W tych tajemniczych światłocieniach, szczególnie uroczyście brzmiały słowa składanej przysięgi:
- ....i że cię nie opuszczę aż do śmierci!
A śmierć była tak blisko. Wystarczył oddział dragonów lub patrol kozacki, aby cały orszak weselny zawisnął na kozackich arkanach na najbliższych drzewach, a w najlepszym razie poległ w rozpaczliwej walce. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę i proboszcz wyraźnie się śpieszył. Ceremonia dobiegła końca. Z chóru rozległo się ciche:"Veni creator", potem Jadwiga jeszcze zaśpiewała:"Boże nasz, oto serc dwoje zdaje się na łaskę Twoją", i goście przeszli na plebanię, gdzie czekała gorąca przekąska. Do Niny podszedł Tadeusz i ucałował ją, wypytując o zdrowie. Jak zawsze, zachowywał się wobec niej opiekuńczo i po przyjacielsku.
- Podobno wybierasz się do Krakowa. Czy to aby rozsądnie w twoim stanie? - spojrzał na nią badawczo.
- Niewiele ryzykuję, a wam mogę się przydać. Cieszę się, Tadziu, że twoja rana już się goi, bo trusia zamartwia się o ciebie. Widzę, że życie obozowe ci służy, bo wyglądasz bojowo.
- A ty, kotku, jesteś coraz to ładniejsza. Ach, gdzie ja miałem oczy! - westchnął komicznie i znowu ją pocałował, tym razem w usta.
Za jego plecami stanął Jaś i z poważną miną poklepał go po ramieniu.
- No, no, kolego! Co to, zmiana warty? Nie przymilaj się do Niny i radzę ci, pilnuj Zosi . -rzekł pół żartem, pół serio.
Tadeusz spojrzał na niego i popukał się w czoło.
- Ożenił się i zaraz zgłupiał! Jasiek, zachowujesz się jak pies ogrodnika, co sam nie zje i drugiemu nie da .Nie wolno mi pocałować Niny po starej znajomości? Co w tym złego?
- Radzę ci, całuj Zosię, bo w przeciwnym razie możesz mieć niemiłą rozmowę z samym wodzem. Dobrze, że nie patrzył w tę stronę. - ostrzegł Jaś i przytulił Ninę. - Do zobaczenia, złotko!
Zarzuciła mu ramiona na szyję i mocno ucałowała.
- Misiuniu, braciszku najmilszy, z całego serca życzę wam obojgu szczęścia. - powiedziała wzruszona. Równie serdecznie pogratulowała Emilce. Młoda para, nie czekając na poczęstunek, odjechała karetą wujostwa Borutyńskich do Zameczku.
 Nina i Zosia usiadły przy swoich mężach, zagarniając ich tylko dla siebie. Proboszcz częstował gości dereniową nalewką i zapraszał do jedzenia. Pan Wąsocki opowiadał zabawne przygody, wuj Ksawery śmiał się, a raczej tylko przymuszał się do śmiechu, bo nie było mu wesoło. Wojewodzina siedząc przy drugim boku Aleksa, wpatrywała się w niego z matczyną miłością. Jedynie Dorota Biecka usiadła na uboczu, z zaciśniętymi ustami i spuszczonymi oczami. Aleks mający dobre serce, spostrzegł jej zmienioną twarz i uwolniwszy się z rąk Niny, podszedł do niej.
- Mam wyrzuty sumienia, bo zawiniłem względem pani. - odezwał się z ujmującą uprzejmością. - Małżonek pani pozostał w obozie, obejmując dowództwo, w czasie mojej nieobecności. - skłamał. - Ale prosił mnie, żebym przekazał pani pozdrowienia i ucałował rączki, co niniejszym czynię. - ujął jej bezwładnie zwieszoną rękę i złożył na niej lekki pocałunek.
Podniosła na niego małe oczy, bez wyrazu, jakby szklane.
- Dziękuję. - szepnęła. - To było bardzo miłe z pana strony. Ale ja wiem, że on po prostu nie chciał się ze mną widzieć. Mnie zresztą także wcale na tym nie zależy!.... - usta jej wykrzywiły się kurczem powstrzymywanego płaczu, więc wstała i skinąwszy wszystkim głową wyszła i odjechała.
- Szubrawiec! - mruknął przez zęby Aleks, ale nie miał czasu zastanawiać się nad Bieckim, bo zawołała go wojewodzina.
Kiedy usiadł, Nina prędko umieściła się przy nim. Stare i młode oczy patrzyły na niego z jednakową miłością, szukając na jego twarzy oznak choroby lub zmęczenia. Lecz on wyglądał czerstwo. Słońce pozłociło jego szczupłe policzki lekką opalenizną. Zmieniło się również jego zachowanie, tracąc salonową miękkość. Jeszcze nigdy mąż nie wydawał się Ninie tak męski i przystojny. Tuliła się do niego, nie wypuszczając jego ręki z dłoni. Co chwilę podnosiła ją do ust, całując i głaszcząc.
Po krótkim poczęstunku goście rozjechali się do domów. Wujostwo Borutyńscy zabrali z sobą płaczącą panią Salomeę. Nina widziała, że wuj Ksawery czuł się nieswojo w gronie powstańców, ale siedział do końca przyjęcia i żegnając się z Aleksem, obiecał mu parę mocnych koni i wóz. Jaś otrzymał od wuja w prezencie ślubnym sobolowy kołpak z drogocenną brylantową agrafą i we dworze ubierał się do ślubu. Podczas ceremonii, ciotka Maria rzewnie płakała, a żegnając się z Aleksem, uściskała go i pobłogosławiła prosząc, aby dał o sobie znać. Najwidoczniej w ostatnim czasie wujostwo bardzo się zmienili.
- Olesiu, czy zastanowiłeś się, ile potrzeba ci pieniędzy? - odezwała się wojewodzina. - Proszę, nie krępuj się i mów ile chcesz. To dla Sprawy!
- Dziękuję matce chrzestnej z całego serca. Jutro wieczorem przyjadę do Lipieńca i razem wszystko dokładnie omówimy. - odrzekł, całując jej wyschłe ręce.
- Proszę ciotuni, może ciocia mu powie.... - wtrąciła Nina i zamilkła, zgromiona ostrym spojrzeniem starej damy.
- Sama wiem, o czym mam mówić! - staruszka głośno stuknęła laską o podłogę. - Ach, smarkule.Według nich, osoba w moim wieku, jest już kompletną sklerotyczką. Jeszcze nie zramolałam, moje dziecko i nie trzeba mi o niczym przypominać . O czym to ja mówiłam? - straciła wątek i zmiażdżyła Ninę wzrokiem pełnym potępienia. - Aha, już wiem! Więc tak: Nina pojedzie do Krakowa i odda pieniądze osobie, którą ty, Olesiu, jej wskażesz. W drodze nie będzie miała większych kłopotów, bo Langiewicz daleko, a Moskale uganiają się za nim. Austriacy to ludzie kulturalni. Młoda dama w błogosławionym stanie, może ich tylko wzruszyć. - rzuciła Ninie krytyczne spojrzenie, zatrzymując wzrok na jej talii - O ile potrafią ten stan u niej dostrzec. Osobiście dopilnuję, synku, żeby jej stan byłł widoczny. Dziś twoja żona zasznurowała się gorsetem, jak na bal!                                                        
Nina poczerwieniała i zagryzła usta, udając, że nie widzi pytającego wzroku męża.
- Promyczku, czy nic ci nie dolega? - zagadnął ją dyplomatycznie, wędrując spojrzeniem po jej smukłej figurze.
Wojewodzina parsknęła szyderczo, bo nie lubiła bawić się w uprzejmości.
- Nie mówiłam tego w trosce o jej zdrowie, lecz miałam na myśli dobro waszego dziecka! - rąbnęła prosto z mostu. - Nina koniecznie pragnie być piękna, nawet kosztem zdrowia dziecka.
- Przecież ja się nie sznuruję. - oświadczyła Nina ze złością. - Przysłano mi za ciasną suknię więc....
- Mojaś ty!... - staruszka z niedowierzaniem potrząsnęła głową. - Masz tylko jedną suknię w szafie? Olesiu, nie zadbałeś o swoją żonę! Biedaczka, nie ma się w co ubrać. Na drugi raz, przyjedź, moje dziecko, w koszuli nocnej. No, mniejsza z tym. - zmieniła temat widząc, że Aleks siedzi jak na szpilkach, a Nina ma w oczach łzy wściekłości. - Mój faktor, poczciwy Aaron, podjął się przemycić kilka beczułek prochu. Ci Żydzi wszędzie mają swoich dostawców. Aaron może nawet w Krakowie nadzorować kupno broni.
- Nie zgadzam się na to. - przerwał jej Aleks stanowczo. - Za drogie pieniądze kupi mi szmelc!
- To komu to zlecisz? - wojewodzina spojrzała na niego pytająco.
Poruszył się na krześle niecierpliwie i przeciągnął dłonią po włosach. Nina znała ten jego gest. Czynił tak zawsze, kiedy był z czegoś niezadowolony.
- Od godziny usiłuję dojść do głosu. - zauważył zirytowany. - Ale jak dotąd nie udało mi się wyrazić swojej opinii.
- Ależ synku!- wojewodzina uniosła wysoko brwi. - Przecież ja się prawie wcale nie odzywam. Chciałam tylko powiedzieć.... - spojrzała mu w oczy i raptownie zamilkła. - Proszę, mów, Olesiu. - szepnęła pokornie.
- Dziękuję. W Krakowie mieszka mój dobry znajomy, pan kapitan Piotrowski. To dawny oficer, doświadczony i uczciwy. Jest żonaty z Czeszką i życzę sobie, żeby Nina u nich zamieszkała. Pani Piotrowska zaopiekuje się nią serdecznie, a on zorganizuje przerzut broni przez granicę.
- Jak to, przecież Nina... - zagalopowała się stara dama i oniemiała, zauważywszy z przerażeniem w ostatniej chwili jej rozpaczliwe znaki.
- Co Nina? O czym matka chrzestna mówi? - zdziwił się Aleks. - Przecież żona nie przetransportuje broni do kraju. Musi zostać w Krakowie aż do rozwiązania. Tymczasem ja już potrzebuję broni, bo z patykami nie poślę chłopców do walki.
Wojewodzina długo nie mogła ochłonąć ze strachu, po popełnionej gafie.
- Zamierzałam powiedzieć, synku, że Nina przedstawi panu Piotrowskiemu twoją rozpaczliwą sytuację. Oprócz gotówki, dostanie ode mnie listy zastawne i klejnoty. Och, żeby nie te moje niedołężne nogi, wybrałabym się razem z nią. - stęknęła z bólu, spoglądając na spuchnięte stopy. - Byłbyś spokojniejszy o żonę, bo pod moją opieką żaden niemądry pomysł nie wpadłby jej do głowy. Trudno, jest jeszcze młoda i niedoświadczona.
Nina przypatrywała się staruszce z milczącą pasją."Stare pudło! - pomyślała, bez odrobiny szacunku. - Sama w młodości nie była wcale świętą, a do mnie ma zawsze jakieś pretensje, nie wiadomo o co. Pan Bóg łaskaw, że nie może jechać ze mną, bo dostałabym chyba wścieklizny. O, niech się tylko stąd wyrwę, to i tak zrobię, co zechcę!"
- A co z naszymi dokumentami? - spytała pospiesznie widząc, że stara dama już otwiera usta.
- To kwestia najwyżej dwóch tygodni. - rzekł Aleks.- Dostaniecie paszporty i przepustki, ty i panna Mira, bo Jaga i chłopcy będą na twoim paszporcie, jako służba. Mamy znakomitych fachowców, umiejących idealnie podrobić każdy urzędowy dokument. Pragnę mieć więcej broni krótkiej niż karabinów.
- Dlaczego? Przecież karabin niesie dalej niż rewolwer. - zauważyła Nina rzeczowo.
- Zgadzam się z tobą, ale moi kosynierzy są na dalszy dystans bezbronni i najczęściej giną. Kosynier prócz kosy, nie zdoła dźwigać jeszcze karabinu, a rewolwer to dobra broń na bliższą odległość.
Rozmowę przerwał im proboszcz, wchodząc do saloniku z kancelarii.
- A ja mam niespodziankę dla pana naczelnika. - rzekł z tajemniczą miną, trzaskając wieczkiem tabakierki z portretem Naczelnika Kościuszki. - Jak dotąd, wasza partia nie ma własnego kapelana. Zgłosił się do mnie młody braciszek od bernardynów z Radomia. Chce do oddziału, więc poradziłem mu, aby przyłączył się do was.
- Jestem księdzu bardzo zobowiązany.- mruknął Aleks, mający uprzedzenie do młodych i pełnych zapału księży.
Proboszcz uśmiechnął się, rozumiejąc jego obiekcje.
- Za tego zakonnika, ja osobiście ręczę swoim honorem. - powiedział poważniejąc. - To wnuk mego krewnego. Dobra, stara krew. Będzie pan miał z niego pociechę,obiecuję. - energicznie zapukał w drzwi sypialni. - Frater3, wyspałeś się już? Pójdź tu do nas.
W otwartych drzwiach stanął bardzo wysoki, młody braciszek zakonny. Na jego widok Aleks odetchnął uspokojony. Protegowany proboszcza niczym nie przypominał Rafała Żabca. Mógł mieć ze dwadzieścia parę lat i był przeraźliwie brzydki. Miał płaską, mongolską twarz o lekko skośnych czarnych oczach. Szorstkie, krótko przycięte włosy, okalały ciemnym wianuszkiem jego wydłużoną czaszkę. Nina zrobiła w duchu uwagę, ze bernardyn mógł w czasie upałów używać własnych uszu zamiast wachlarza, tak były wielkie i odstające. Był bardzo chudy i niezgrabny, przypominając wyrośniętego szczeniaka skorego do figlów. Kiedy się uśmiechnął, pomiędzy mięsistymi wargami zalśniły białe jak kość słoniowa zęby i wtedy już wcale nie dostrzegało się jego brzydoty.
- Laudetur Jezus Chrystus4. - odezwał się swobodnie i podszedł do Aleksa, podając mu mocną, spracowaną rękę. - Na świecie Krzysztof Bieliński, w zgromadzeniu brat Benon. - przedstawił się krótko. - Mam nadzieję, że przydam się panu naczelnikowi. Jestem zdrowy i mam niewielkie wymagania.
- Służba w partii jest uciążliwa. - zauważył Aleks z odcieniem nieufności. - Frater w konspiracji? Po przysiędze?

- Ma się rozumieć. Przepisywaliśmy rozkazy Rządu, ale ja nie lubię papierkowej roboty i uprosiłem przeora, żeby pozwolono mi iść do oddziału. Przepraszam, przypadkiem usłyszałem, że pani hrabina wybiera się do Krakowa.
Aleks posłał proboszczowi przeciągłe i wymowne spojrzenie. Był zły, że ksiądz nie uprzedził go, iż w sąsiednim pokoju znajduje się obcy człowiek. Staruszek próbował się usprawiedliwić:
- Kiedy on spał, biedaczysko, nie chciałem go budzić. Ale braciszek może wiele pomóc panu naczelnikowi. Przewoził już broń dla oddziału pułkownika Jeziorańskiego.
- Doprawdy ? - bursztynowe oczy Aleksa wpatrywały się badawczo w zakonnika. - Frater dobrze zna Kraków?
- Jak kieszeń w habicie! Mam w mieście wielu znajomych, także w garnizonie na Wawelu, gdzie podli zaborcy urządzili sobie koszary i stajnie. Zamek królewski zamieniono w twierdzę, którą Austriacy ciągle umacniają. Przy tych robotach zatrudnionych jest wielu Polaków. Ci znają się dobrze z żołnierzami i oficerami. Potrafią pomóc przy zakupie broni dla powstańców.
Aleks długo wpatrywał się w oczy zakonnika. Były szczere i wyrażały zdecydowanie. Na koniec uścisnął mu rękę i poklepał po ramieniu. Braciszek sprawił na nim dobre wrażenie. Był śmiały, bystry i mógł oddać w przyszłości nieocenione usługi jako informator, będąc pomocą przy negocjacjach i targach o cenę broni. Zakonnika nikt nie pyta, gdzie idzie i po co.
- Mówiłem, że się panu naczelnikowi spodoba . - sapnął proboszcz z zadowoleniem. Rzucił okiem na zegar i dodał :- Nie chcę być niegościnny, ale już świta. Chłopi wcześnie wstają. Jedźcie z Bogiem, modlę się za was i za ojczyznę. Panie naczelniku, tu są dwie buteleczki tej nalewki, którą pan tak lubi. A tu balsam kapucyński, pomocny na wszelkie bóle.
Nina postanowiła odwieźć męża i Tadeusza pod sam las. Następne spotkanie wyznaczyli sobie w Zameczku, dokąd Aleks miał przywieźć dokumenty dla niej. Pożegnawszy się z proboszczem, wsiedli do karety. Braciszek Benon nie przyjął zaproszenia do powozu, tylko wskoczył na kozioł obok Maćka. Ruszyli, zanurzając się w białych oparach mgielnych, podnoszących się z ziemi przed wschodem słońca.
Tym razem Nina nie miała czasu, by przeżywać kolejne rozstanie z mężem, bo biedna Zosia dostała spazmów i mdlała, objąwszy Tadeusza za szyję. Blady i zdenerwowany, delikatnie zdjął jej ręce oplatające go kurczowym uściskiem, posadził żonę na kanapce i prosił, żeby się uspokoiła. Nina zaczęła ją trzeźwić solami. Widziała przez okno, jak Aleks lekko i z gracją wskoczył na wierzchowca. Siekielski wziął na swego konia braciszka i jeźdźcy zniknęli, kryjąc się w bezpiecznym gąszczu boru. W zapadłej ciszy, słychać było tylko spazmatyczny szloch Zosi.
Nowożeńcy zjawili się w Makowie dopiero po kilku dniach. Przybyli wieczorem, tak widocznie zakochani, szczęśliwi i zapatrzeni w siebie, że Nina przez moment doznała uczucia zazdrości. Emilka zupełnie straciła swoją chłodną rezerwę. Obserwująca ją Mira wyraziła zdanie, że młoda mężatka widzi oczami za Jasiem, jak kot za śmietanką. Pani Salomea wprost nie mogła nacieszyć się ich szczęściem, obiecując sobie prędko zostać babcią. Z Sarnik przyjechali wujostwo Borutyńscy, zaproszeni przez Ninę. Wprawdzie wuj Ksawery nie zmienił swojej opinii o celowości powstania, lecz mimo to, uścisnął Jasia z prawdziwym wzruszeniem.
- No, chłopcze, a postarajcie się, żebym nie czekał długo na małego Borutyńskiego. - rzekł mu na powitanie. - Ty jesteś ostatni z tej wyższej gałęzi rodu i w tobie cała nadzieja. Po mojej śmierci, ty będziesz głową rodziny. Marzyliśmy z Marychną wyprawić ci huczne wesele, ale nierozwaga zawiodła cię do powstania i bawicie się z Moskalami, jak mysz z tygrysem. Nie daj Boże, żeby moje oczy patrzyły na to, co tu się będzie działo, kiedy ta ruchawka upadnie.
Jaś skrzywił się, a wuj Ksawery zauważywszy jego minę, uścisnął go ponownie.
- Wybacz staremu uparciuchowi. - pochylił się i szepnął mu do ucha : - A jakby wam czegoś w obozie zabrakło, to mi powiedz.
- Dziękuję wujowi. - Jaś z szacunkiem ucałował go w ramię.
Emilka dostała od ciotki Marii w prezencie ślubnym sznur ślicznych różowych pereł, a od wuja, błam soboli na futrzaną pelerynkę. Borutyńscy bardzo ją lubili i jeszcze przed ślubem obsypali prezentami. Te rodzinne serdeczności napełniły serce Niny goryczą i smutkiem. Nie mogła zrozumieć, dlaczego w domu wujostwa spotykały ją same przykrości, chociaż była gotowa odpłacić im miłością za miłość. Doznany w dzieciństwie zawód, złamał jej serce, kładąc się cieniem na całe życie. Co prawda, ostatnio wujostwo okazywali jej życzliwość, interesując się jej przyszłym macierzyństwem, ale podejrzewała, że byli zawiedzeni dowiedziawszy się, iż Aleks doczeka się nareszcie potomka. W razie jego bezdzietności, połowę majętności dziedziczyłaby po nim Binia.
Siedziała taka zamyślona, że podskoczyła, kiedy Jaś pochylił się nad nią.
- Kotku, jak ty się czujesz? - zadał jej pytanie, ujmując ją za rękę i odruchowo sprawdzając tętno.
- Dobrze. A dlaczego pytasz? - zamrugała zdumiona.
- Bo wyglądałaś jakoś dziwnie.
- Zamyśliłam się tylko. Misiu, poproszę Alka, żeby pozwolił ci jeszcze jakiś czas pozostać z żoną.
- Nie będziesz miała okazji, bo jutro jadę do leśnego obozu. Małżeństwo to moja prywatna sprawa. Moje miejsce jest na Łysej Polanie. Jestem żołnierzem i lekarzem, a w obozie czekają na mnie chorzy.
- Jesteś święty, Jasiu. - objęła go za szyję i ucałowała.- Bardzo cię kocham, braciszku.
- Nie, jestem tylko szczęśliwym człowiekiem i tobie to zawdzięczam. - błysnął w uśmiechu zębami. - Pamiętaj, masz w podróży bardzo na siebie uważać. Twoje zdrowie, to bezcenny skarb dla męża i wszystkich, którzy cię kochają. Jakie to musi być cudowne uczucie, oczekiwać dziecka!
- O, zachwycające! - oznajmiła to tak dwuznacznym tonem, że Jaś spojrzał na nią i ze śmiechem potargał ją za ucho.
Następnego dnia otrzymała list ze Świerszczyn. Na kilku stronicach zapisanych drobnym maczkiem, Binia donosiła, że po urodzeniu syna czuje się znakomicie i z największą radością przyjedzie na spotkanie do Krakowa. Edward, mający dobre układy z pruskimi urzędnikami, już postarał się dla niej o paszport, a nawet znalazł na wsi dobrą mamkę dla maleńkiego Olesia, żeby żona mogła podróżować, spokojna o zdrowie niemowlęcia.
"Błagam Cię, Siostrzyczko, - pisała Binia pod koniec listu - nie wygadaj się przypadkiem przed Mamcią o naszym spotkaniu, bo z pewnością uparłaby się towarzyszyć Ci w podróży. Bardzo tęsknię za Rodzicami i w czerwcu wybieram się do Sarnik, ale w Krakowie pragnę być tylko z Tobą! Mamy sobie tak wiele do powiedzenia, prawda? Przy Mamci nie mogłybyśmy rozmawiać swobodnie. Dzieciaki - na psa urok - chowają się zdrowo, a ja nie mogę się doczekać chwili, kiedy będę mogła Ciebie zobaczyć i ucałować. Ninko, miałaś z tym Krakowem wspaniały pomysł. Na jakiś czas oderwę się od Edwarda i jego małżeńskich karesów. Boże, co to za ulga, nie widzieć jego figury, podążającej krok w krok za mną, jak cień uparty i natrętny! Zamów dla nas wygodne pokoje w jakimś porządnym hotelu. Edward, z właściwą mu, nieznośną pedanterią obliczył, że powinnam być w Krakowie około 20 marca. Nie biorę karety i odbędę podróż koleją żelazną! Podobno szybciej będę na miejscu."
Nina zatańczyła z radości po pokoju i jeszcze tego samego dnia, konny posłaniec pojechał z depeszą do Suchedniowa. Zarezerwowała telegraficznie w hotelu "Pod Różą" dwa apartamenty, pokoje dla służby i stajnię dla koni, od 19 marca na czas nieokreślony. O tym krakowskim hotelu usłyszała od pani wojewodziny, zatrzymującej się w nim za każdym pobytem w Galicji. Miała nadzieję, że kupno broni oraz amunicji zajmie jej najwyżej dwa, trzy tygodnie i jeszcze przed porodem zdąży powrócić do domu.
Pani wojewodzina, swoim zwyczajem, wtrącała się do wszystkiego, radząc wybrać najwykwintniejsze stroje i wielkie kufry, jakie zwykły mieć z sobą damy, udające się do kurortów. W powrotnej drodze miały służyć jako schowki na amunicję.
- Tylko nie zapomnij o wyprawce dla dziecka! - pouczała ją stara dama. - Ubranka dziecięce powinny leżeć na samym wierzchu. Austriaccy celnicy to ludzie dobrze wychowani i widok maciupeńkich koszulek i kaftaniczków z pewnością zrobi na nich odpowiednie wrażenie.
- Ciekawe, czy celnicy rosyjscy będą równie wzruszeni. - wtrąciła z powątpiewaniem Nina. - Tylko proszę, niechże ciotunia nie wygada się przypadkiem przed Alkiem, po co jadę do Krakowa, bo popędzi za mną i zawróci mnie z drogi.
Wojewodzina spojrzała na nią z obrażoną miną.
- Już ty mnie nie pouczaj! - oświadczyła wyniośle. - Oczywiście, że zachowam sekret. Ostatecznie to był mój pomysł, którego teraz zaczynam żałować. Może jednak nie powinnaś jechać? Sytuacja się wyklarowała, bo braciszek Benon również jedzie do Krakowa i może sam wszystko załatwić. Jakby, nie daj Boże, przydarzyła ci się jakaś zła przygoda, Oleś nigdy by mi tego nie wybaczył.
- Nie musiałby o tym wiedzieć! - Nina ze złością przygryzła usta.- Owszem, braciszek może załatwić kupno broni, lecz w habicie jej nie przewiezie. - stwierdziła z irytacją. Pomyślała, że tylko tego brakuje, żeby stara dama pozbawiła ją cudownej okazji spotkania Bini.
Wojewodzina spod oka przypatrywała się jej bladej, wychudłej w ostatnich czasach twarzy, podkrążonym oczom i coraz dotkliwiej czuła wyrzuty sumienia, potęgujące się w miarę zbliżania się czasu wyjazdu.
- No cóż, jedź, jak tak bardzo chcesz. Na szczęście bitwy toczą się teraz aż w olkuskim. Mój poczciwy Aaron mówił mi, że spłonął zamek na Pieskowej Skale. Na kiedy umówiłaś się z Olesiem?
- Zobaczymy się w Zameczku, jak tylko załatwi mi dokumenty.
- Ja także przyjadę do Zameczku. Przywiozę ci pieniądze, listy zastawne i klejnoty, na wypadek, gdyby zabrakło ci gotówki. - wojewodzina zamilkła zamyślona i dopiero po jakimś czasie zapytała : - To kiedy zamierzasz wyjechać?
- Jeszcze tej samej nocy, po spotkaniu w Zameczku. Nie warto zwlekać. Boję się, żeby kolumny rosyjskie nie odcięły mnie od granicy.
Najwyraźniej powiedziała to w złą godzinę, bo niespodziewane wydarzenia przyniosły radykalne zmiany w układzie sił obu walczących stron i wstrząsnęły strukturami Tymczasowego Rządu Narodowego. Ale o tym nikt jeszcze nie wiedział.
Codziennie, niezależnie od tego, ile zajęć na nią czekało, Nina zawsze znajdowała czas, by odwiedzić swoją Mignon. Tego dnia po powrocie do domu, zaaferowany Paweł zawiadomił ją, że jakiś ksiądz koniecznie chce rozmawiać z jaśnie panią hrabiną. Nawet nie zdejmując kaptura i peleryny weszła do salonu i z radością zobaczyła braciszka Benona, swobodnie siedzącego na fotelu. Przywitawszy się, zakonnik oznajmił, że przywiózł oczekiwane dokumenty: paszporty i przepustki. Nie były nawet podrabiane, bo agenci Rządu powstańczego wykradali oryginalne druki in blanco z carskich urzędów. Wystarczyło jedynie druki wypełnić i opieczętować. Same pieczęcie powstańcy podrabiali po mistrzowsku. Wręczywszy jej dokumenty, braciszek powiedział, że pan naczelnik nazajutrz o zmroku, przybędzie do Zameczku. Zakonnik jechał jeszcze do Lipieńca, powiadomić wojewodzinę i śpieszył się bardzo. Zaledwie Nina uprosiła go, aby poczekał aż napisze list do męża i w tym czasie coś przekąsił. Biedaczysko był taki chudy, że każda szanująca się pani domu, uważała za punkt honoru, nakarmić go i uratować od śmierci głodowej.
Po jego odjeździe, Nina poleciła Ulisi wyciągnąć największe kufry podróżne i osobiście przeglądnęła swoją garderobę, wybierając najelegantsze stroje i piękną bieliznę. Jaga zajęta była w kredensie rozmową z panią ochmistrzynią, o metodzie tuczenia drobiu. Przypomniawszy sobie, że miała spytać Ninę, ile osób przyjedzie na niedzielny obiad, weszła do sypialni i zaniemówiła na widok stosów sukien i okryć rozrzuconych na krzesłach, fotelach i kanapkach. Przez uchylone drzwi do garderoby, dostrzegła kilka wielkich kufrów.
 - Nino, wybierasz się gdzieś? - zadała pytanie zdławionym głosem.
- Owszem, jadę do Krakowa. - odpowiedziała spokojnie Nina, oglądając suknię podaną jej przez pokojówkę. - Nie, Ulisiu, ta sukienka nie nadaje się, bo jest za skromna. - rzekła, odkładając toaletę na bok.
- Nino, pozwól na momencik. - Jaga pierwsza weszła do buduaru i starannie zamknęła drzwi, nie chcąc awanturować się przy służbie. Była bardzo blada, drżały jej ręce, a po policzku spłynęła duża łza. - Wyjeżdżasz, tymczasem ja nic o tym nie wiem? - zawołała podniesionym głosem. - Uznałaś widocznie, że jako pani hrabina nie potrzebujesz już liczyć się z moim zdaniem. Kim ja właściwie dla ciebie jestem? Służącą?
Kłótnia była ostatnią rzeczą, jakiej Nina sobie życzyła. Wcześniej nie wtajemniczała niani w swoje sekrety, obawiając się, że Jaga sprzeciwi się i nie pozwoli jej jechać. Takie, trochę despotyczne zachowanie, było typowe dla niani, wobec tego Nina postanowiła postawić ją przed faktem dokonanym.
- Wiesz o tym, że jesteś dla mnie jak rodzona matka. Kocham cię i szanuję. Ale mój czas się zbliża. W ostatnim okresie nie czułam się zbyt dobrze i Jaś polecił mi znakomitego specjalistę chorób kobiecych w Krakowie.
Jaga ujęła się pod boki i przyglądała się wychowance z podejrzliwą miną.
- Źle się czujesz? I w takim stanie zamierzasz podróżować do Galicji? Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci, więc postanowiłaś przejechać się na drugą stronę Wisły? Nigdy na to nie pozwolę! Osobiście powiadomię pana hrabiego i panią wojewodzinę, że masz zamiar się zamordować. Nie pojedziesz!
Nina energicznie zrzuciła z krzesła stos odzieży na posadzkę, usiadła i spokojnie wysłuchała histerycznie wypowiadanych słów Jagi.
- Nianiu, Alek i pani wojewodzina wiedzą o mojej podróży. - tłumaczyła z anielską cierpliwością.
- Jak to? Jesteś prawie w siódmym miesiącu ciąży i pan zgodził się, żebyś odbyła tak daleką podróż ? W takim razie chyba oszalał!
- Nianiu, mówisz o moim mężu! - upomniała ją Nina, ściągając brwi.
- A cóż to za mąż, który posyła żonę na zgubę? To ja ciebie wychowałam i nie dopuszczę, żebyś straciła dziecko i życie.
Jaga opadła na najbliższe krzesło i zasłoniwszy twarz dłońmi, zalała się łzami. Ale Nina znała ją doskonale i wiedziała, że niania przez palce obserwuje, czy jej płacz zrobił na wychowance odpowiednie wrażenie.
- Okłamujesz mnie! - szlochała Jaga żałośnie. - Przecież wiem, że nawet końmi nikt nie zdoła wyciągnąć cię do lekarza. Co ty przede mną ukrywasz? Jesteś chuda jak patyk i nie dojedziesz do tego Krakowa żywa. Nina, ja się nie zgadzam. O Jezu, boję się, że już nigdy ciebie nie zobaczę!..
Nina przysiadła przy niej, oderwała jej dłonie od twarzy i obie ucałowała.
- Nie płacz, mateczko. Nie stanie mi się krzywda, bo ty będziesz czuwać nade mną. Nie pozwoliłaś mi dokończyć zdania. Chciałam ci powiedzieć, że nie jadę sama. Zabieram ciebie i Mirunię. No, masz jeszcze powód do rozpaczy?
- To dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałaś? Nie musiałabym się denerwować. - rzekła Jaga zupełnie normalnym głosem i otarła wilgotne policzki.
- Bałam się, że będziesz na mnie krzyczeć. - szepnęła Nina, przybierając pokorną minkę. - Wiesz, że się ciebie boję...
- Aha, jak kot myszy! - mruknęła Jaga ironicznie i raz jeszcze się jej przyjrzała. Sprawa wydała się niani od początku podejrzana i nie wierzyła, żeby Ninie chodziło jedynie o poradę lekarską. - Dziecko, lepiej powiedz mi całą prawdę. Po co wybierasz się do Krakowa?
Nina spojrzała na nią z uznaniem. Niani nie można było ocyganić, bo nieomylnie poznawała się na kłamstwie.
- Musimy coś przewieźć przez granicę. - wyznała.
- A co? - małe oczka Jagi zabłysły ciekawością. Była już wyraźnie zaintrygowana.
- Powiem ci, ale błagam, nie rób mi awantury. Ja tylko Alkowi powiedziałam, że muszę jechać do lekarza. Ale tak naprawdę, jedziemy zakupić w Galicji broń i amunicję i musimy przewieźć to przez granicę. Jego oddział jest niemal bezbronny, a na wiosnę z pewnością ruszy rosyjska ofensywa. Pani wojewodzina dała mi na ten cel pieniądze. No, teraz już wiesz, że ja po prostu muszę jechać! - zawołała i zacisnęła palce na poręczy krzesła, żeby Jaga nie zauważyła jak bardzo trzęsą się jej ręce.
"Moja słodka, odważna dziewczynka."- pomyślała Jaga z dumą i położyła dłoń na jej głowie.
- Niepotrzebnie kryłaś się przede mną z tym zamiarem. - powiedziała łagodnie. - Niegdyś też jeździłam z twoją mamusią po broń dla twego ojca.
- Nigdy mi o tym nie mówiłaś . - Nina patrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Może nie było okazji? Twoja matka sprzedała wtedy swoje posagowe brylanty, żeby kupić karabiny, proch, ołów i szable. Byłyśmy aż w Toruniu, przymykając nocami pomiędzy pruskimi posterunkami. Jak widzisz, czasy niewiele się zmieniły.
- Moja ty, najukochańsza, jesteś prawdziwym skarbem! - wykrzyknęła Nina, obejmując ją i pokrywając twarz niani pocałunkami.
- No, no, tylko nie wyobrażaj sobie, że mnie ugłaszczesz. Mogę być nawet aniołem, ale potrafię zamienić ci życie w piekło, bo już mam powyżej uszu twoich kłamstw. Proszę mnie nie całować! Jestem zbyt zła na ciebie, żeby znosić twoje karesy. Dosyć, chodź, pomogę ci się spakować!
                                  -----------------------------------------------
Generał Langiewicz wyrastał na bohatera narodowego, kreowany przez prasę podziemną w czasie, kiedy nie było można pochwalić się jakimś znaczniejszym sukcesem militarnym. Generał był dobrym partyzantem i jednym z nielicznych dowódców, któremu udało się utrzymać duży oddział i walczyć ze zmiennym szczęściem. Jednakże brakowało mu w decydujących momentach talentu wodza. Ale potrafił zwrócić na siebie uwagę i nawet prasa zagraniczna wyrażała się o nim pochlebnie. Potyczki i stoczone walki, Langiewicz przedstawiał w raportach jako jedno pasmo zwycięstw. Stał się modny. Jego podobizny zdobiły wystawy
sklepowe w Galicji. Panie nosiły jego portrety w medalionach, jak relikwie.

gen. Marian Langiewicz
Hołdy społeczeństwa zawróciły Langiewiczowi w głowie. Jego popularność zwróciła również uwagę Dyrekcji Białych. Obawiano się tam powrotu Mierosławskiego, gdyż okazało się, że niefortunny dyktator wcale nie wyjechał do Francji, lecz przebywa w Krakowie i knuje intrygi, nie zamierzając rezygnować z władzy. W tej sytuacji Biali postanowili wziąć sprawę w swoje ręce. Intryga została uknuta w Krakowie w hotelu "Saskim". Uczestniczyli w niej przedstawiciele Białych z Krakowa, Lwowa, Poznania i Warszawy. Do odegrania głównej roli wyznaczono hrabiego Adama Grabowskiego - nędzną kreaturę, karciarza i utracjusza. Miał przedstawić się generałowi jako delegat Rządu Tymczasowego Narodowego. W tym czasie Langiewicz przebywał w Goszczy, odpoczywając po trudach stoczonych bitew pod Pieskową Skałą i pod Skałą, gdzie poległ lejtnant Andrzej Potiebnia, sprawca zamachu na Lüdersa.
Generał przyjął Grabowskiego uprzejmie. Wprawdzie zażądał od rzekomego przedstawiciela Rządu pełnomocnictw, lecz łatwo zadowolił się wymówką Grabowskiego, jakoby ten przez roztargnienie, pozostawił dokumenty w Krakowie. Spisek szyty był grubymi nićmi, ale Langiewicz uwierzył, bo chciał uwierzyć, podchodząc bezkrytycznie do komeraży5 Białych. W imieniu "Rządu", hrabia Grabowski ofiarował mu urząd dyktatora! Langiewicz po krótkim wahaniu nominację przyjął, ponieważ takie stanowisko i władza bardzo dogadzały jego wygórowanym ambicjom.
12 marca, nowo mianowany dyktator oznajmił, że został powołany rząd koalicyjny, przyjmując odtąd oficjalną nazwę Rządu Narodowego! Langiewicz był przekonany, że jego dyktaturę popiera Hotel Lambert, będący siedzibą książąt Czartoryskich, sprawujących na emigracji rząd dusz i zajadle zwalczający Mierosławskiego .W nowych władzach powstańczych, Biali posiadali miażdżącą przewagę, a o rewolucyjnym kierunku powstania nikt już nie wspominał. Dla prawowitego Rządu powstańczego w Warszawie, wiadomość o utworzeniu samozwańczych władz i powołaniu nowego dyktatora, była jak grom z jasnego nieba .Zanosiło się na straszliwy skandal. Aby nie dopuścić do konfrontacji sił i zachować twarz, należało przełknąć gorzką pigułkę i oficjalnie ogłosić Langiewicza dyktatorem, oddając w jego ręce władzę i wzywając naród do posłuszeństwa nowemu Rządowi.
Stefan Bobrowski dowiedział się o zmowie dopiero po kilku dniach i pojął, że władza bezprawnie przeszła w ręce Białych, od początku niechętnych idei powstania. Wstrząśnięty, miotał się w misternej sieci intryg, pomówień i zniewag. Jego czysta szlachetna natura, brzydziła się podobnymi metodami. Oburzony, napisał do Langiewicza ostry list, domagając się natychmiastowego odsunięcia intrygantów i wyjaśnienia, jaką rolę odegrał hrabia Grabowski. Z listem tym Bobrowski osobiście udał się do Krakowa, by z bliska przyjrzeć się sytuacji. Stanął tam 20 marca, ale chociaż bardzo się spieszył, przybył jednak za późno.
Stefan Bobrowski
Dyktatura Langiewicza upadła!
 Pospieszne wyniesienie generała, wywołało w społeczeństwie mieszane uczucia. W górach Świętokrzyskich generał nie cieszył się najlepszą opinią. Ziemiaństwo poczuło się urażone jego brutalną w formie odezwą, a chłopi mu nie ufali. Żołnierze z oddziałów Langiewicza, niekarni i zdemoralizowani brakiem ostrej dyscypliny, rabowali dwory i wsie, zachowując się niewiele lepiej, niż wzbudzający powszechną nienawiść kozacy. Krążyły plotki, że generał porozumiewa się z wielkim księciem Konstantym, proponując mu koronę polską, w zamian za uznanie przez Rosję niepodległości. Były to oczywiste brednie. W tym czasie Rosjanie gromadzili wielkie siły, żeby za jednym zamachem rozbić małą armię powstańczą i dostać dyktatora w swoje ręce. Czengiery próbujący zastąpić drogę powstańcom, został zmuszony od odwrotu. Czekał więc na posiłki, depcząc Polakom po piętach. Pod Chrobrzem, żołnierze Langiewicza zniszczyli piękny pałac margrabiego Wielopolskiego, po barbarzyńsku unicestwiając znajdujące się tam wspaniałe zbiory sztuki. Dyktator nie powstrzymał swoich podkomendnych.16 marca sytuacja zmieniła się na korzyść Rosjan. Nadeszły posiłki i armia rosyjska liczyła teraz około trzech tysięcy wojska oraz sześć armat. Pod Grochowiskami oba wojska stanęły oko w oko.
1Niobe - w mitologii greckiej królowa Teb. Obraziła boginię Latonę, chwaląc się swoimi dziećmi. Apollo i Artemida zemścili się za matkę i zabili srebrnymi strzałami 14 dzieci Niobe. Bogowie zamienili ją w skałę, z której płyną łzy.
W przenośni; uosobienie cierpiącej matki.
2Dolman - krótka kurtka zawieszona na sznurach na jednym ramieniu.
3Frater - brat
4 Laudetur...- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
5komeraże - intrygi,machinacje,knowania.

poniedziałek, 30 maja 2016

W powstańczym obozie.

Góry Świętokrzyskie
30 maja 2016 r.
Wyjechali z Makowa przed świtem, zaledwie białe opary mgieł zaróżowiły się w promieniach wstającego słońca. Omijając ludzkie osiedla kierowali się ku Łysogórom. Za koniem Jasia, szły dwa potężne perszerony, obładowane pakunkami. W lasach znać jeszcze było ślady zimy, lecz na południowych stokach, gdzie słońce dogrzewało mocniej, nieśmiało puszczała się młoda trawa, a na wierzbach widać było włochate "kotki". Jechali bardzo ostrożnie, bo droga była kamienista i śliska. Do leśnego obozu prowadziły dwie ścieżki. Jedna, od strony Świętej Katarzyny, którędy od biedy mógł dojechać wóz do pewnej wysokości, bowiem wyżej droga stawała się tak stroma, iż większe ciężary należało przewozić na końskich grzbietach. Druga, była to wąska ścieżyna, ukryta w gąszczu drzew i krzewów i prowadziła pomiędzy skałami w stronę Łysicy. Tą drogą mógł przejechać jeździec na dobrym koniu, lub człowiek idąc piechotą.
 
Łysogóry
Jaś wybrał tę trudniejszą drogę, gdyż pragnął uniknąć niemiłego spotkania z patrolem. Tu i ówdzie zaczynało się już gołoborze - skalne rumowisko, niezwykle trudne do przebycia. Minąwszy je bokiem, wjechali w dziką, pierwotną puszczę, pełną ogromnych jodeł, lip i buków. Potężne pnie drzew strzelały ku niebu, niby gigantyczne kolumny chramu bożego. Tu przyroda była jeszcze nieskalana. Omijali zwalone przez wiatry pnie pełne próchnicy, niektóre leśne olbrzymy porośnięte były malowniczo bluszczem. Latem rosły w puszczy ogromne paprocie i rzadkie gatunki leśnych kwiatów. Pomiędzy gałęziami drzew można było dostrzec niekiedy zaczajonego rysia, poszukującego pożywienia.
Niegdyś czczono tutaj bóstwa Pośwista i Pogody, potem na miejscu pogańskiej kontyny na Łysej Górze, wzniesiono klasztor i tu, gdzie według legend, odbywały się sabaty czarownic, od setek lat rozlegał się dźwięk dzwonów kościelnych. Była to cudowna kraina, pełna śladów pradawnej historii. Na wzgórzach pokrytych lasem, wznosiły się ruiny potężnych zamków rycerskich, stały pałace magnatów i dwory szlacheckie. W jesienne i zimowe wieczory opowiadano sobie w domach, o strasznych najazdach tatarskich, pustoszących cały kraj. Niedaleko, bo w Chmielniku, w 1241 roku, miała miejsce wielka i krwawa bitwa z Tatarami, w której poległ kwiat rycerstwa polskiego. Zresztą cała ta ziemia usiana była grobami nieznanych, poległych wojowników. Według innej legendy, w puszczy miał się ukazywać tajemniczy jeleń, niosący między rogami szczątek Krzyża Świętego. Spotkanie się z nim, nie wróżyło nic dobrego. Na tej pięknej ziemi mieli swoje gniazda rodzinne najwięksi i najsławniejsi rycerze polscy, tak zwani "przedchorągiewni", biorący udział w bitwie pod Grunwaldem.
 
Chmielnik - cmentarz

Nina wygodnie usadowiona w szerokim damskim siodle, prowadziła ostrożnie klaczkę uważając, aby nie wpadła nogą w jakiś otwór pozostały po odwiecznej kopalni, skąd wydobywano bogactwa tych ziem: żelazo, miedź, marmur, piaskowiec i margiel. Nad głowami jeźdźców piętrzyły się porosłe mchem nawisy skalne, a w wąwozach błękitniały małe jeziorka i szumiały bystre, górskie potoki. Nina przypomniała sobie, że ubiegłej jesieni była z Aleksem na Łysej Polanie, lecz wówczas jechali wygodniejszą drogą, tą, od strony od Świętej Katarzyny.
Minęło kilka godzin męczącej jazdy, lecz nic nie wskazywało bliskości obozu.
- Jasiu, kiedy będziemy na miejscu? - spytała, czując już zmęczenie.
Wstrzymał wierzchowca i posłał jej przekorne spojrzenie.
- Przypominam, że odradzałem ci tę wycieczkę. Teraz nie narzekaj! - mruknął zrzędliwie, ale zaraz pochylił się ku niej z troską. - Może zrobimy postój? Oj, czuję, że wódz zmyje mi głowę i słusznie. Nic cię nie boli?
- Ależ nic mi nie jest, tylko jestem głodna. - zapewniła go.
- To dobry znak. Ja też jestem głodny.
- A czy kiedykolwiek nie jesteś? - spytała uprzejmie i jednocześnie się roześmiali.
- Widzę, że humor ci dopisuje. - skwitował jej złośliwą uwagę Jaś. - W obozie zaraz napijesz się gorącej herbaty i coś zjesz. Widzisz przed sobą tę skalną iglicę? - podniósł ramię i wskazał wysoką, wąską skałę. - Jeszcze pół wiorsty i będziemy w obozie. Aleks dobrze wybrał to miejsce. Jest prawie niedostępne i jeszcze nigdy nie widziałem tak wspaniałych terenów łowieckich. Codziennie mamy możność upolowania sarny, dzika czy jelenia. Dzięki temu chłopcy mają stale świeże mięso.
Wykus. Tu obozował gen. Langiewicz.
 Jechali jednak jeszcze dosyć długo, bo droga była kręta i wznosiła się niekiedy stromo w górę pomiędzy głazami. Ninę rozbolały ramiona od powstrzymywania klaczy. Mignon wypoczęta po kilkudniowym postoju, była psotna i nieposłuszna. Udając przestrach, robiła nagły skok i rzucała głową, sprawdzając czujność swej pani. Lecz kierowana pewnymi rękami, lub upomniana lekkim klapsem, pokorniała i poddawała się woli pani. Jaś doświadczonym okiem myśliwego, dostrzegał ślady drobnej zwierzyny: kun, popielic, lisów i orzesznic. W gąszczu gałęzi drzew świergotały już po wiosennemu ptaki, płosząc się, gdy po niebie przemknął cień drapieżnika. Przejechali świerkowy zagajnik i małą polankę. Nagle zupełnie niespodziewanie rozległ się ostry głos niewidzialnego wartownika:
- Stój! Kto idzie?
Jaś roześmiał się i uniósł dłoń w geście pozdrowienia.
- Cóż to, Franuś,oślepłeś? Już zapomniałeś, kto ci czyraki na zadku wycinał?
- O laboga! To przecie pan dochtór! A ta pani to kto? - spoza potężnego pnia lipy, wyszedł młody chłopak, w niebieskiej konfederatce na długich, jasnych włosach. W rękach trzymał przedpotopową flintę myśliwską. Przystanąwszy, ciekawie przypatrywał się Ninie.
- Ta dama jest żoną naczelnika. - wyjaśnił Jaś, ruszając z miejsca.
Zauważywszy wpatrzone w nią oczy chłopaka, Nina prędko poprawiła się na siodle, przybierając swobodną postawę. Miała na sobie elegancką czarną amazonkę, przybraną futrem srebrnego lista. Szeroka spódnica z trenem i luźny żakiecik doskonale maskowały jej stan. Futrzany toczek z fantazją nasunięty na oko, podkreślał jej nieskazitelną cerę i bogactwo włosów. Nina świetnie zdawała sobie sprawę, że ona i klacz wyglądają zachwycająco.
Ruszyła wolno za Jasiem, rozglądając się z zainteresowaniem. Obóz był prawie gotowy. Na środku polany stały obszerne drewniane szałasy, a dokoła pełno było ścinków drewna i wiórów. Za obozem rosły czarne olsze, wyznaczając granice twardego gruntu. Dalej już ciągnęły się bezdenne bagna, a spod kożucha roślin przeświecała czarna woda. Nocami świeciły tutaj gazy, wzbudzając strach przesądnej ludności. Szałas dowódcy stał przy końcu polany, pod skałą chroniącą go od wiatrów.
Nina klepnęła zagapioną Mignon i zrównawszy się z Jasiem, jechała środkiem polany, a za nią podążały zdumione oczy powstańców. Wielu jej nie znało i teraz przypatrywali się olśnieni smukłej, wytwornej damie, dosiadającej z gracją karej klaczy arabskiej. Mignon również lubiła się pokazać i szła w lansadach, prezentując się w całej okazałości. Tętent koni wywabił z pobliskiego szałasu rozczochranego mężczyznę. Stanął w drzwiach i przygładzając czuprynę, patrzył na jeźdźców.
- Oho, Tadeusz! - mruknęła pod nosem Nina. - Założę się, że zaraz narobi wrzasku.
Siekielski postąpił kilka kroków i obserwował ją z osłupieniem.
- Jasiek! - ryknął, ściągając brwi z widoczną złością. - Do jasnej cholery, rozum ci odjęło?Jak mogłeś zabrać ją z sobą? Mam ochotę wybić ci dwa przednie zęby.
Nina przyjrzała się mu z niesmakiem.
- Okropnie schamiałeś, Tadziu. Zamiast grozić Jasiowi pobiciem i brzydko kląć, bądź tak miły i pomóż mi zejść z konia, a potem przywitaj się ze mną.
Tadeusz głośno zrzędząc, ujął ją pod boki i delikatnie postawił na ziemi. Pocałował ją w policzek i w rękę, następnie obejrzał troskliwie, czy jest cała i zdrowa.
- Nie rozumiem, jak można było tę biedną dziewczynę wlec taki kawał drogi. Konował nie lekarz!- gderał. - A ty, Nino, nie powinnaś w tym stanie jeździć konno.
- Po pierwsze, nie wypada panom tego stanu zauważać! - stwierdziła z irytacją. - A po drugie, przyjechałam żeby złożyć mężowi życzenia imieninowe. Złociutki, błagam, przestań trzeszczeć, bo chcę mu zrobić niespodziankę.
- To wódz ma dzisiaj święto? - zdziwił się Tadeusz.- O, do diabła! W takim razie wypada urządzić mu małą uroczystość.
- Nie teraz! - ucięła. - Chcę osobiście złożyć mu życzenia, bez asysty. Jest sam?
- Jasne! - Siekielski domyślnie zmrużył jedno oko. - Daję ci godzinę, nie dłużej. Wiesz, Jasiek, ona jeszcze bardziej wyładniała! - mruknął, oglądając ją uważnie i ze zdumieniem potrząsając głową. 
Obóz powstańczy.
 Wziął cugle Mignon i pociągnął klaczkę za sobą. Jaś poszedł za nim, by rozładować pakunki i napoić spragnione konie.
Nina uchyliła drzwi szałasu i na palcach weszła do środka. Było tam ciemnawo, gdyż szałas nie miał okien. W powietrzu unosił się zapach świeżo heblowanego drewna i gałązek świerkowych rozrzuconych na ziemi. Całe umeblowanie składało się ze stołu i ławy zbitych z desek. Pod ścianą stało prowizoryczne posłanie. Świeczka przyklejona do deski stołu, skwierczała mocno, rzucając wąski, migotliwy krąg światła. Aleks siedział przy stole, odwrócony do drzwi plecami. Pochylony, pisał coś, co chwilę przerywając i niecierpliwym ruchem strzepując ze stalówki atrament. Blask świecy padał na jego schyloną głowę i jasny, złocący się rozdział włosów. Szerokie ramiona miał okryte płaszczem, bo w szałasie zimno było jak w lodowni. Nina stała bez ruchu, wpatrując się w niego przez zasłonę z łez. Pióro znowu zgrzytnęło przeraźliwie po papierze, Aleks zaklął i strzepnął je ponownie.
- Aleczku. - wyszeptała drżącymi ustami.
Wolno odwrócił głowę i wstał z ławy.
- Kto tam? - spytał ,usiłując dostrzec coś w półmroku.
- Kochany! - powtórzyła śmielej. - Nie gniewaj się, że przyjechałam...
- Nina? - odezwał się z niewiarą. - Nina!
Skoczył ku niej i porwał ją na ręce.
- Jesteś! - wyszeptał, jakby jeszcze nie dowierzał swemu szczęściu. Zjawiła się tak niespodzianie, jak spełnienie jego tęsknoty. Kiedy jej ramiona objęły go mocno, zapomniał o całym świecie. Walka, głód, niewygody, stały się czymś mało ważnym, bo jej obecność zmieniała ponurą rzeczywistość w czarowną bajkę. W uniesieniu całował jej usta i białą szyję wyłaniającą się z futrzanego kołnierza. Pokrywał pocałunkami jej suknię i przypadał ustami do białych, delikatnych dłoni. Wpół przytomna ze szczęścia, oddawała mu pocałunki, gładząc szorstkie od niegolonego zarostu policzki i jedwabiste włosy męża.
- Przyszłaś...przyszłaś do mnie! - powtarzał, ogarniając ją całą miłosnym spojrzeniem. - Kochanie moje, mój słodki promyczku!
Kiedy zdecydował się wypuścić ją z ramion i postawić na ziemi, sięgnęła po pakunek położony na ławie i szczelnie zawinięty w wilgotne płótno. Odwinęła je i podała mu bukiet purpurowych róż z zimowego ogrodu. Ciemny szałas wypełnił się upajającą wonią kwiatów.
- Pewnie zapomniałeś, że dzisiaj są twoje imieniny.- powiedziała z uśmiechem.- Przyjechałam, by złożyć ci życzenia. O mój ukochany, niechaj Bóg miłosierny i Przeczysta Maryja, zachowają cię w zdrowiu, dla mnie i naszego dziecka. Modlę się, żeby Pan Jezus powrócił mi ciebie i chronił od kul i szabel. Niczego więcej nie pragnę.
Wziął od niej kwiaty i wąchał je przymykając powieki.
- Pamiętałaś o mnie? Jak te róże cudownie pachną! Jeszcze nigdy nie spotkała mnie tak miła niespodzianka. Pokaż się; ślicznie wyglądasz w tej amazonce.
Zaczął ją znowu całować, a potem popatrzył na nią z wyrzutem, kłócącym się z zachwytem na jego twarzy..
- Rozumuję jak egoista. Nie powinnaś była dla mnie narażać zdrowia. - rzekł, tuląc ją do siebie. - Przecież to już szósty miesiąc! Jeszcze tylko kilkanaście tygodni i zostanę ojcem. Aż trudno mi w to uwierzyć.
- Mnie również. Przywiozłam ci trochę żywności, koce i co tam w domu było dobrego. A gdzie twoja wilczura? Płaszczem się okrywasz? Przecież musi być ci zimno.
- Wilczura? - odruchowo poprawił spadający mu z ramion płaszcz. - Wiesz, przyszedł do nas taki młody chłopak, miał na sobie łachmany, bo uciekł od gospodarza. Dałem mu wilczurę, ja mam przecież płaszcz.
Wzruszona pogładziła jego policzek. Zawsze był hojny i bezinteresowny. Posadził ją na posłaniu i przykrył kocem nogi.
- Dobrze się czujesz? Musisz być bardzo zmęczona. Obawiam się, żeby ta droga ci nie zaszkodziła - pochylił się nad nią, a jego zarost złocił się w świetle świecy.
- Nie jestem zmęczona, lecz głodna i chce mi się pić. Prosiłabym o gorącą herbatę. Nie, nie odchodź jeszcze. - pochwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie.
Zdjął jej z głowy futrzany toczek i gładził włosy, zwinięte w ogromny węzeł. Lśniły jak świeże kasztany zerwane jesienią z drzewa. Pod wpływem pieszczoty, mrużyła oczy, wydając cichy pomruk. Dotknęła dłonią jego chłodnej twarzy. Obrysowała palcem kształt jego ust. Pochylił się nad nią w porywie namiętności.
- Aleczku. - szepnęła, między jednym pocałunkiem, a drugim. - Pozwól mi dziś zostać z tobą.
- Oczywiście. Ja bym się nawet nie zgodził, żebyś dzisiaj ponownie odbyła tak długą podróż. Tylko obawiam się, że może ci być tutaj niewygodnie. Jutro rano odprowadzę cię kawałek.
Obóz powstańczy w lesie.
 Uszczęśliwiona, zaczęła mu opowiadać o wszystkim, co wydarzyło się w domu. Nie wspomniała jedynie o swojej tęsknocie i niepokoju. Ale on intuicyjnie odgadywał jej myśli z kurczowego uścisku ręki i momentach milczenia.     
Kiedy powiedziała mu o planowanym ślubie Jasia, Aleks nie był tym zachwycony.
- Nie wiem, czy to mądrze, żenić się w tych czasach. - powiedział, okrywając ją ciągle spadającym kocem. - My jesteśmy jak te ptaki przelotne. Dziś tu, jutro tam. Po co zakładać rodzinę i obarczać kochaną kobietę męką oczekiwania w niepewności?
- A przecież ty także spodziewałeś się powstania, lecz mimo to, postanowiłeś się ożenić.
- Nino, nikt z nas nie mógł przewidzieć, czy i kiedy dojdzie do wybuchu zbrojnego. Ja niczego nie żałuję, bo gdybym zwlekał, nie zostałbym ojcem. Widzisz... - urwał i zagryzł wargę. - Jakbym.... to zawsze pozostanie ci to dziecko.
Przeszył ją potworny lęk. Pochwyciła go za klapy kołnierza płaszcza i potrząsnęła z siłą, zdumiewającą u tak kruchej, delikatnej kobiety.
- Zabraniam ci!... - krzyknęła rozdzierającym głosem. - Nigdy tak do mnie nie mów, słyszysz? Nigdy!
Wstrząśnięty strasznym wyrazem malującym się na jej pobladłej twarzy, zaczął ją przepraszać, przeklinając swoją głupotę.
- Co za dureń ze mnie! Jedyna moja, nie płacz. Błagam, uspokój się. Ja wcale tak nie myślałem i zrobiłem z siebie sentymentalnego idiotę. Nino, przepraszam. Słonko, ja nie mogę patrzeć na twoje łzy!...Będę żył sto lat i doczekam prawnuków! Obiecuję!
Leżała na jego płaszczu, zanosząc się z płaczu. Aleks miał ochotę rozedrzeć się na drobne kawałeczki. Uniósł jej głowę i wycierał mokre od łez policzki własną, przybrudzoną chusteczką. Zauważywszy, że Nina powoli się uspokaja, podszedł do drzwi i otwarł je szeroko. Złota smuga promieni słonecznych rozjaśniła mroczne wnętrze szałasu.
- Zaraz będzie gorąca herbata, a wieczorem porozmawiamy o Jasiu. Hej, jest tam który? - zawołał donośnie. - Jasiek, gdzie się podziewasz?
Jakby oczekując na ten znak, z sąsiedniego szałasu wyszła istna procesja z Jasiem na czele. Siekielski, Barycz, Biecki i kilku innych, nie znanych Ninie oficerów.
- Wodzu! - przemówił Jaś z uśmiechem. - Nina przywiozła z domu pyszności i zamierzamy wyprawić ci ucztę imieninową. Mam nadzieję, że nie dostanę po uszach za to, że zabrałem ją z sobą. Ona się uparła, a jest nieustępliwa jak młoda oślica!
- Dostaniesz ode mnie medal, że ją przywiozłeś. - uspokoił go Aleks. - Nino pozwól, moi panowie oficerowie!
Obóz powstańczy.
 Nina przywoławszy uśmiech na usta, witała powstańców, przekazując znajomym pozdrowienia od rodzin. Całowali jej dłonie i prawili komplementy, podziwiając urodę młodej hrabiny. Dwóch żołnierzy przytaszczyło kosze z jedzeniem. W domu całą noc przygotowywano różne gatunki mięs, wędliny i bigos myśliwski. Był nawet tort z inicjałami solenizanta. Oficerowie rozpromienili się na widok skrzynki węgierskiego Tokayu. Pełniąc z wdziękiem honory pani domu, Nina postawiła przywieziony z Makowa sześcioramienny świecznik, zapaliła białe świece i ustroiła skromne nakrycie bukietem z róż. W blasku świec nawet ten ponury szałas wyglądał nieco przytulniej.
Aleks rozlał wino do kubków. Wzniesiono toast na cześć solenizanta, życząc mu generalskiej rangi, a sobie zwycięstwa i szczęśliwego powrotu do domów. Cały szałas trząsł się w posadach przy hucznym"Sto lat". Drzwi otwierały się bez przerwy i wchodzili nowi goście, pragnąc złożyć dowódcy życzenia i zobaczyć jego młodą żonę. Nina była nieco zażenowana tym wyłącznie męskim towarzystwem. A powstańcom wydawała się ona jakimś cudownym zjawiskiem, darem losu w twardym, brutalnym żołnierskim bytowaniu. Co chwilę wstawali z ław i ryczeli na jej cześć jeszcze głośniej, niż Aleksowi.
Ubiory powstańców styczniowych
 Przy ogniskach świętowali żołnierze. W kociołkach bulgotała grochówka na wędzonce, na rożnach smażyły się kiełbasy, których woń przywabiła wszystkie obozowe psy. Było wesoło lecz nie hałaśliwie, bo dowódca, oprócz szacunku i uwielbienia, potrafił budzić lęk. Miał ciężką rękę i chłopcy bali się go jak ognia wiedząc, że nie pobłaża najmniejszemu przewinieniu. Zawsze powtarzał, że błędy dowódcy zemszczą się na jego żołnierzach. Wszyscy bawili się beztrosko, jakby nie ciążył nad nimi cień szubienicy. Któryś z młodszych oficerów przyniósł gitarę i zaraz popłynęły powstańcze piosenki:"Dalej bracia do bułata", "Jak wspaniała nasza postać, kiedy w słońcu błyszczy stal," i te tkliwe, melancholijne: "Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła" oraz inne, mniej znane pieśni. Aleks ruchem ręki przerwał śpiewy i powiadomił kolegów o bliskim ślubie Jasia. Oficerowie rzucili się, by uściskać przyszłego pana młodego i wznieść toast na cześć młodej pary. Dopiero koło północy goście rozeszli się do swoich szałasów. Nina stojąc na progu u boku męża, przypatrywała się oczarowana powstańczemu obozowi.
Noc była pogodna, choć jeszcze mroźna. Na ciemne niebo wyroiły się migoczące gwiazdy. Krwawe łuny palących się ognisk, rzucały purpurowe odblaski na bloki skalne, a dymy zdmuchnięte przez lekki powiew wiatru, wznosiły się w górę i rozpływały w powietrzu. Nie sklecono jeszcze wszystkich szałasów i część powstańców spoczywała przy ogniskach, na grubych derkach i wiązkach słomy. Byli to ludzie w różnym wieku: od pucułowatego wyrostka, do starych, żylastych, zahartowanych w bojach żołnierzy. Jedni przyszli od Langiewicza, inni od Kurowskiego spod Kielc, a byli i tacy, co dowiedziawszy się o wybuchu powstania, porzucili urzędy, szkoły, warsztaty rzemieślnicze lub zdezerterowali z armii carskiej. Niektórzy już spali, inni kręcili się przed snem, majstrując coś przy przyodziewku, paląc fajki albo pożywiając się chlebem ze smalcem i z kiełbasą.
Kosynierzy w 1863 r.
 W pobliżu szałasu dowódcy, siedział młody chłop i wsparłszy się plecami o skałę, szeptem odmawiał różaniec, bijąc się w piersi spracowaną dłonią. Pośrodku polany stało kilka wozów taborowych i pasły się sianem konie przywiązane do długich palików. Zewsząd rozlegały się głębokie męskie śmiechy lub soczyste przekleństwa. Na czarnym tle bagien ukazywały się czasem błękitnawe ogniki i zaraz gasły. Jakiś młody chłopak przysiadł na pniu zwalonego drzewa i przygrywając na ustnej harmonijce, przyśpiewywał wesołą piosenkę:
- Kto powiedział, że Moskale są dziś braćmi nas, Lechitów
Temu pierwszy w łeb wypalę, przy kościele Karmelitów.
 Kosynierzy w 1863 r.
 Kątem oka śpiewak dostrzegł stojącego na progu szałasu dowódcę i momentalnie zamilkł. Zapadła grobowa cisza, a żołnierze błyskawicznie ułożyli się do snu. Tylko duży czarny kundel przeciągał się w cieple ogniska i szeroko ziewał. Zaszumiał wiatr i czuby drzew zakołysały się sennie. Od strony bagien przelatywały nad ogniskami nocne ptaki, krzycząc przeraźliwie. Przytulona do boku męża, Nina całą duszą chłonęła ten malowniczy i zarazem groźny obraz. Światła ognisk migotały na stalowych ostrzach kos ustawionych w snopy, lub złociły świeże wióry leżące na zadeptanej murawie.
Było jej w tym momencie ogromnie dobrze, ale zarazem dziwnie smutno.
- Mój Boże. - westchnęła. - Tak bym chciała zostać tu z tobą.
- Nie byłbym ciebie godzien, zgadzając się na to. - odpowiedział równie cicho. - Nie zawsze jest tak sielankowo. W zwykły dzień, o tej porze chłopcy już śpią po capstrzyku. Tylko dziś zrobiłem wyjątek. To, na co patrzysz, wydaje ci się bardzo romantyczne. Lecz to tylko złudzenie. Życie obozowe ma swoje ciemne strony. Często bywa brutalne i trudne do zniesienia. Zżera nas tęsknota za domem i rodziną, prymitywne warunki życia wielu zniechęcają. Zdarza się, że niektórzy porzucają obóz i wracają do domów. Nawet zdrowych i silnych mężczyzn często opanowuje agresja, a wtedy dochodzi do bójek, nawet zabójstw.
Ubiory piechoty w powstaniu.
 - Ja bym od ciebie nigdy nie uciekła. - szepnęła, podnosząc na niego oczy przepełnione miłością. Poczuła na policzku jego gorące usta.
- Ty zawsze jesteś przy mnie. Chodźmy, promyczku, bo się przeziębisz. Nie zdejmuj na noc sukni, bo w szałasie wieje z każdego kąta. Dobrze, że wiosna nadchodzi, bo zimą trudno byłoby tu wytrzymać. Połóż się, bo ja idę na obchód.
- Nie mogę ci towarzyszyć?
- Nie. Życie obozowe nie nadaje się dla oczu dam. Żołnierze czuliby się skrępowani, a tobie byłoby wstyd.
- To poślij kogoś innego.
- Kochanie, to ja odpowiadam za moich żołnierzy i osobiście muszę wszystko sprawdzić. - narzucił na ramiona płaszcz i posławszy jej dłonią całusa, wyszedł.
Nina rozejrzała się po ubogim gospodarstwie męża. Z pakunków wyjęła ciepłe koce oraz skórę niedźwiedzią, leżącą poprzednio przed jego łóżkiem. Szukała kożucha baraniego, ale nie mogła go znaleźć. Z ciężkim westchnieniem zabrała się do ścielenia posłania, kładąc na spód futro. Była bardzo wyczerpana uciążliwą drogą i ostrym górskim powietrzem. Położyła się, naciągając na siebie pledy. Cofnęła się pod samą ścianę, robiąc miejsce dla męża. Prawie natychmiast zapadła w sen.
Góry Świętokrzyskie
Z początku nie mogła się zorientować, co ją obudziło. Świece przygasły, a wosk spłynął na deski stołu. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Zamiast barwnych fresków i jedwabnych zasłon, widziała nad sobą deski poutykane mchem. Zapach wilgoci i potu końskiego, jakim przesiąknięte były derki na posłaniu, drażnił jej nozdrza. Po szałasie krzątał się Aleks, chodząc na palcach, żeby jej nie zbudzić. Zdmuchnął świeczki, pozostawiając tylko jedną i zmylony jej bezruchem, usiadł na ławie, wsparł się o ścianę i naciągnąwszy na siebie szczelniej płaszcz, zabierał się do spania. Nina kichnęła, pociągnęła noskiem i usiadła na twardym, niewygodnym posłaniu, wyciągając do niego rękę.
- Alku!
Otwarł oczy, wstał i podszedł do niej.
- Przepraszam. Chyba cię obudziłem. Tak smacznie spałaś.- szepnął, pochylając się nad nią.
- Bo zasnęłam, ale już nie jestem śpiąca. Połóż się przy mnie.
Odpiął ciężką kawaleryjską szablę i położył ją na stole, czule głaszcząc rękojeść.
- Tęsknisz? - spytała.
Nie odpowiedział, ani nie zapytał, co miała na myśli. Nina wiedziała, że połowa jego serca krwawiła, kiedy był zmuszony podnieść rękę i walczyć przeciwko braciom Rosjanom, synom wytęsknionej Rosji, jego pierwszej ojczyzny. Kiedy położył się przy niej, troskliwie otuliła go pledami.
- Mój Jezu, tak tu marzniecie, a w domu jeszcze tyle dywanów i futer. Jak tylko wrócę, zaraz przyślę ci łóżko polowe z pościelą, meble i dywany. Każ sobie obić ściany, żeby ci nie wiało. Dlaczego się śmiejesz? - spytała z urazą, zauważywszy w półmroku błysk jego białych zębów.
- Skarbie, prędzej czy później Rosjanie dowiedzą się o naszej kryjówce i trzeba będzie się stąd wynosić. Nie zamierzam obdarowywać ich moimi dywanami. Jeszcze czego! Poza tym, widzisz, moi chłopcy nie sypiają na łóżkach polowych z pościelą. Promyczku, sam dobrowolnie wybrałem taki los. No, nie myśl już o tym.
Trzymał ją mocno w ramionach. Na policzku czuła ciepło jego oddechu.
- Ach, mam ci tyle do powiedzenia. - ożywiła się. - Binia urodziła drugiego syna i dali mu na imię Aleksander Mieczysław. Żeby to u mnie było już po wszystkim! - stęknęła.
Wartownik powstańczy.
- Już niedługo, skarbie. - pocieszył ją pomimo, że sama myśl o zbliżającym się porodzie, budziła w nim paniczny strach. Bał się tego, jak samej śmierci.
Uspokojona jego niefrasobliwym tonem, Nina poweselała. W ramionach męża było jej ciepło i bezpiecznie. Pocałowała go w nieogolony policzek.
- Ale najważniejszą nowinę pozostawiłam na koniec. - rzekła tajemniczo.-Pani wojewodzina da ci pieniądze na zakup broni!
- Naprawdę? - ucieszony, podniósł się na łóżku. - Kochana starowinka, muszę jej osobiście podziękować.
- A kto pojedzie po tę broń? - spytała niby od niechcenia, zamierzając przejść do meritum sprawy: swojego wyjazdu do Krakowa.
- Chyba poślę Jasia, bo Tadeusz ciągle gorączkuje, a rana kiepsko się goi. - odrzekł po chwili namysłu.
- Przecież Janek się żeni! - przypomniała.
- To ożeni się po powrocie z Galicji. - zadecydował.
Stłumiła ziewnięcie. Było już bardzo późno, może trzecia nad ranem. Księżyc wisiał nisko, a jego promienie nieśmiało zaglądały do szałasu przez nieszczelne poszycie dachu.
- Jest inne rozwiązanie. - rzekła powoli. - Kiedyś, życzyłeś sobie żebym jeszcze przed porodem wybrała się do Warszawy.
Na jego szyi wyczuła przyśpieszony puls. Wolno zwrócił ku niej głowę i jakby skurczył się cały.
- Nino, ty się źle czujesz? - wyszeptał. Twarz miał trupio bladą, przeżywając gwałtowny przypływ lęku i miłości. Wydało się mu, że jakaś lodowata ręka zacisnęła się na jego sercu.
- Nie w tym rzecz! - zaśmiała się swobodnie, ujmując jego głowę w obie dłonie i całując go w koniec nosa. - Nic mi nie dolega. Ale jak dobrze wiesz, trochę boję się porodu. Jaś wspominał, że w Krakowie jest znakomity specjalista chorób kobiecych, więc pomyślałam sobie, że może byłoby warto zasięgnąć jego porady. Jednocześnie mogłabym rozpytać się o zakup broni i ewentualny transport przez granicę. To mi przecież niczym nie grozi.
Aleks był tak zdumiony jej propozycją, że zaniemówił. Nina zlękła się, że mąż jej zabroni i postara się wybić jej ten pomysł z głowy.
- Chciałabyś to dla mnie zrobić? - szepnął ogromnie wzruszony.
- Oczywiście. Musisz tylko polecić mi osoby, do których będę mogła zwrócić się w tej sprawie.
- Kochanie, jesteś taka dobra!...- zaledwie zdołał zapanować nad sobą, żeby nie upaść na kolana i nie całować jej stóp. - Ale jak ty, moje biedactwo, zniesiesz taką długą podróż? - wpatrywał się w nią z troską.
- Och, nie martw się. Pojadę z paradą, całym dworem, jako wielka dama. Wezmę karetę, a do towarzystwa nianię i Mirunię. Prócz Stacha, pojedzie Maciek i Tomek .Ale jest problem: nie posiadamy dokumentów!

- Tym się nie kłopocz. - machnął ręką. - Wkrótce otrzymasz wszystkie potrzebne paszporty i przepustki. - mocno zacisnął rozdygotane dłonie, chowając je pod pled. - Moja cudowna, słodka dziewczyno, a ja nie mogę ci towarzyszyć! - wybuchnął z rozpaczą. - Mam wyrzuty sumienia, bo ty narażasz się dla mnie, a ja opuściłem cię wtedy, kiedy najbardziej mnie potrzebowałaś.
- Już się z tym pogodziłam. - skłamała gładko. - Przecież wiem, że mnie kochasz.
- Zawsze cię kochałem i pragnąłem bardziej, niż samego życia. Lecz ciągle mam świadomość, że cię krzywdzę.
- Więc zgadzasz się na mój wyjazd? - odgarnęła mu włosy z czoła i ucałowała.
- Tak, przynajmniej o ciebie będę już spokojny.
Miał cichą nadzieję, że zdoła ją namówić, aby pozostała w Galicji, aż do czasu zakończenia walki. Działania wojenne przeniosły się dalej w kierunku zachodnim, więc może lepiej żeby Nina odbyła tę podróż w tym czasie. Wiosną, gdy ruszy ofensywa, wojaż do Krakowa mógłby się okazać niemożliwy. Nie miał złudzeń i jasno zdawał sobie sprawę, że powstanie upadnie, a wtedy zaczną się dziać rzeczy straszliwe. Za wszelką cenę pragnął zaoszczędzić jej tych okropności. W Krakowie znajdzie tak potrzebny jej spokój i fachową opiekę lekarską. Jeżeli uda się jej szczęśliwie urodzić dziecko, namówi ją, by wyjechała do Francji. Zmusi ją do tego!... Na myśl o czekającym ją porodzie, poczuł paraliżujący strach. Wyobraził sobie jej cierpienia, kiedy będzie daleko od niego i ogarnęła go rozpacz tak okropna, iż gotów był odebrać sobie życie, gdyby Ninie przytrafiło się coś złego. Ale nie mógł okazać jej swojego niepokoju. Ona nie powinna nawet domyślić się, że zagraża jej niebezpieczeństwo, bo ta świadomość mogłaby ją zabić.
- Cieszę się, że pozwoliłeś mi jechać, ale ja nie znam Krakowa i nie wiem, gdzie powinnam się zatrzymać.
- To bagatela. Zamieszkasz u państwa Piotrowskich. To pewni ludzie i mają własny dom za Wawelem, na przedmieściu. Będzie ci u nich dobrze.
- A dlaczego nie mogę zamieszkać w hotelu?
- To niebezpieczne. W hotelach mieszczą się agentury obcych wywiadów. Pan Piotrowski załatwiał mi zawsze dostawy broni. Jemu oddasz pieniądze, a on już zajmie się resztą. Piotrowski jest doświadczonym konspiratorem i obmyśli jakiś sposób przerzucenia broni przez granicę. Można tego dokonać przy pomocy żydowskich handlarzy bronią, podejmujących się tego zadania za duże pieniądze.
A. Grottger Znak.
 Odetchnął na myśl, że niedługo jego oddział będzie uzbrojony i gotowy do walki. Świtała mu myśl, żeby połączyć się z pułkownikiem Czachowskim i skrzyknąwszy kilka innych oddziałów, stworzyć siłę zdolną do podjęcia zadań zaczepnych wobec nieprzyjaciela. Miał już dosyć ciągłej defensywy. Czachowski nie cieszył się sympatią Langiewicza, zaś starego wiarusa drażniła okazywana przez generała zawiść i niezdecydowanie przy podejmowaniu decyzji. Czachowski miał odwagę wytknąć generałowi jego błędy i tego Langiewicz nie mógł mu wybaczyć. Stary pułkownik miał charakter czysty jak kryształ, do powstania przystąpił z pobudek wyłącznie patriotycznych. Swoich żołnierzy trzymał żelazną ręką, bez litości rozstrzeliwując dezerterów i wieszając zdrajców. Chłopów winnych kumania się z wrogiem karał stryczkiem, a nieposłusznych, własnoręcznie batożył. Twardy i bezkompromisowy, cieszył się u podwładnych szacunkiem i czcią. Czachowski nie bez podstaw podejrzewał Langiewicza o karierowiczostwo. Generał długo przebywając za granicą, nie znał politycznych układów w kraju i łatwo mógł paść ofiarą spisku Białych, pragnących przechwycić ster rządów. Aleks zamyślił się tak głęboko, że oprzytomniał dopiero, gdy Nina pociągnęła go za ucho.
- O, przepraszam, ale zastanawiałem się nad twoim wyjazdem. Odkryłaś się! - zawołał, otulając ją pledami.- Właściwie nie mam wyboru, bo znając twój charakter wiem, że i tak postawiłabyś na swoim. Ale mimo to, bardzo cię kocham.
- Chcesz dać mi do zrozumienia, że jestem uparta jak oślica? Pięknie, a myślisz, że miłość do ciebie to rajska sielanka?
Roześmiał się głośno i serdecznie.
- Chyba nie. Ale ty mnie kochasz takiego, jaki jestem, prawda? - powiedział, wodząc palcem po haftkach stanika jej sukni.
- Aha! - mruknęła i opowiedziała mu o przygotowaniach do ślubu Jasia. Widząc jej śmiejące się oczy, było mu przykro, że musi odmówić jej przyjemności.
- Słonko, nie będziesz zadowolona, ale ślub powinien być zupełnie cichy. Ktoś doniósł, że pan Syrwin jest powstańcem i Ciążyny spłonęły. Potem był donos na księdza proboszcza, więc nie można wykluczyć, że w pobliżu znajduje się donosiciel. Niechże więc ktoś się wygada o ślubie powstańca, a Moskale zgotują nam krwawe wesele.
A. Grottger. Pod murami więzienia.
 Nina cała pochłonięta planami podróży, łatwo zrezygnowała z hucznych zaślubin.
- Słusznie, nie pomyślałam o tym. To kiedy mam się umówić z księdzem proboszczem i wujostwem Borutyńskimi?
- Po co zwlekać? Chcą się pobrać, więc nie należy odkładać tego w nieskończoność. Bądźcie w Sarnikach w piątek, o czwartej nad ranem. A teraz już śpij, moje maleństwo, bo musisz wyjechać z obozu o świcie.
Przyciągnął ją mocniej do siebie, ogrzewając własnym ciałem. Wsunął rękę w jej włosy. Były chłodne i sypkie, a pod jego dotykiem spłynęły miękką falą z posłania aż na ziemię.