środa, 11 maja 2016

BRANKA!


11 maja 2016 r.
Członkowie nowo obranego Komitetu Centralnego Narodowego, byli to młodzi, inteligentni i porządni ludzie, dobrzy Polacy. Niestety, zupełnie pozbawieni polotu i wyobraźni. Żaden z nich nie posiadał cech przywódczych, na domiar złego nieustanie kłócili się między sobą. Już na pierwszym posiedzeniu 
Karol Majewski.
 Komitetu, Agaton Giller, zdolny dziennikarz i doświadczony spiskowiec, zrzekł się swojej funkcji we władzach, nie mogąc sprostać straszliwej odpowiedzialności za losy kraju. Prawdziwą "szarą eminencją" stał się Oskar Awejde, pełniący obowiązki sekretarza. Nie wiadomo komu służył, lecz już od początku wywierał poważny wpływ na decyzje Komitetu. Nie był zwolennikiem walki zbrojnej i nie opowiadał się po stronie Białych, przynajmniej głośno. On i Karol Majewski, po klęsce powstania byli jednymi z nielicznych przedstawicieli Rządu Narodowego, którzy pozostawili po sobie niechlubną pamięć, zgadzając się na współpracę z władzami carskimi i zdradzając tajniki konspiracji.
Oskar Awejde.
Pod koniec      roku   1862,       sytuacja spiskowców    była    niewesoła. Brakowało broni i oparcia w silnym sojuszniku. Ale tysiące młodych mężczyzn zagrożonych branką, gotowych było zaryzykować niepewną walkę, byle tylko uniknąć poboru do znienawidzonej armii. Jednakże KCN nie potrafił się zdobyć na żaden stanowczy krok. Pocieszano się nadzieją, że Wielopolski zlęknie się konsekwencji swego czynu i do branki nie dopuści. Ale były to jedynie słodkie złudzenia. Pewnego dnia pułkownik Zygmunt Padlewski, przyprowadził na naradę KCN-u przyjaciela, przybyłego właśnie z Paryża. Mężczyzna miał zaledwie dwadzieścia trzy lata i nazywał się Stefan Bobrowski. Pochodził z bogatej rodziny kresowej i był bratem Eweliny, żony Apolla Korzeniowskiego. W tym czasie przebywali oni na zesłaniu w głębi Rosji, razem z małym synkiem Józefem Konradem, przyszłym wielkim angielskim pisarzem marynistą Conradem.
Pomimo pierwszej młodości, Bobrowski był człowiekiem wybitnie inteligentnym, o wyraźnych cechach przywódczych i niezwykłej charyzmie. Po kilku godzinach dramatycznej dyskusji, potrafił przekonać niezdecydowanych członków Komitetu, o konieczności wybuchu walki zbrojnej, w momencie wprowadzenia branki. Po tej naradzie, Bobrowski i Awejde zostali przyjęci w skład Rządu. Z Cytadeli dotarł nowy plan Dąbrowskiego opanowania twierdzy Modlin. Zdobyta warownia miała się stać siedzibą Rządu i centrum dowodzenia walką, a zarazem magazynem zawierającym tysiące sztuk broni palnej, armat, amunicji i sprzętu wojskowego. Nadzieje na powodzenie akcji wzrosły i z nowym zapałem zaczęto przygotowywać plany strategiczne przyszłego powstania.
Stefan Bobrowski.
Tego roku zima była niezwykle łagodna i mokra. Na terenie całego Królestwa Polskiego niemal nie było mrozu. Rzeki nie zamarzły, a z zachmurzonego nieba padał deszcz, pomieszany z szybko topniejącym śniegiem. 12 stycznia 1863 roku, warszawiacy obserwowali ze zdumieniem gromadki młodych mężczyzn, masowo przystępujących do spowiedzi i Komunii świętej. Następnie długie kolumny młodzieży w strojach narodowych, z tobołkami w ręku, wędrowały ku rogatkom stolicy prowadzącym ku lasom Serockim i puszczy Kampinoskiej. Towarzyszące im kobiety żegnały ich płaczem i zawodzeniem. W ten sposób naczelnik Warszawy pułkownik Padlewski, usuwał z zagrożonego branką miasta młodzież męską.
   płk.Zygmunt Padlewski.
 Policja i żandarmeria otrzymały surowy zakaz jakiejkolwiek interwencji. Obwiano się bowiem starć ulicznych, mogących przekreślić moment zaskoczenia. Toteż władze carskie uparcie udawały, że wcale nie widzą tego swoistego exodusu1, nie czyniąc na rogatkach najmniejszych trudności przechodzącej młodzieży. Spiskowcy wyprowadzeni ze stolicy, stanowić mieli grupę uderzeniową atakującą Modlin, pod dowództwem Padlewskiego. Lecz akcja od początku źle przygotowana i nieudolna organizacja nie dopisały, i władze podziemne pozostawiły setki mężczyzn w lasach, nie troszcząc się więcej o nich. Ukrywający się w puszczy chłopcy, czekali cierpliwie w deszczu i chłodzie, aż ktoś się zjawi i każe się rozejść, lub da rozkaz do ataku. Ale nic takiego się nie zdarzyło i mężczyźni rozczarowani do spisku, przeklinając podziemne władze, powracali do Warszawy, albo starali się przedostać do Galicji. Tylko nieliczni dotrwali, przyłączając się do partii powstańczych rozpoczynających walkę.
--------------------------------
Tymczasem 14 stycznia na Zamku w Warszawie, w największej tajemnicy, przygotowywano narodowi śmiertelny cios – brankę! Nad stolicą Królestwa Polskiego zapadła ponura noc styczniowa i miasto wolno układało się do snu. W oknach kamienic, dworków i pałaców kolejno gasły światła, ulice opustoszały. Tylko patrole kozackie regularnie przemierzały ulice, a kopyta ich małych, kudłatych koni ślizgały się po kostce drewnianego bruku. Stalowe podkowy zgrzytały po kamiennych chodnikach. Czasami spóźniony przechodzień śpieszył do domu, przyświecając sobie płonącą latarką, bez której nie wolno się było poruszać po zapadnięciu zmroku. Z czarnego nieba zaczął padać drobny śnieg, pokrywając dachy i ulice szybko topniejącą warstwą bieli. Kończył się dzień 14 stycznia 1863 roku.
Patrol kozacki pędzi przed soba aresztowanego.
 Jakby na przekór usypiającemu miastu, Zamek królewski czuwał, tętnił życiem, gorzał światłami. Na dziedziniec zajeżdżały galopem karety eskortowane przez oddziały wojska i żandarmerii konnej. Wysiadali z nich generałowie i cywilni dygnitarze państwa. Przed Zamkiem rozlegały się ostre komendy dowódców wart, gdy nadjeżdżał nowy, szczelnie zamknięty powóz. Haftowane złotem mundury dostojników wojskowych, ocierały się o służbowe uniformy cywilnych dygnitarzy. W wielkiej sali audiencjonalnej Zamku, świeciły się wszystkie kryształowe żyrandole, a ich światło odbijało się w ogromnych taflach luster, podkreślając przepych wnętrza.
Zamek królewski w W-wie.
 Marmury, złocone meble, wielkie malowidła ścienne i wspaniałe arrasy. W bocznych gabinetach i antyszambrach2, kłębił się tłum najwyższych dostojników Królestwa. Przybył margrabia Wielopolski wraz ze swoim synem, prezydentem Warszawy. Przyjechali dowódcy pułków, policji i żandarmerii. Obecny był sam wielki książę namiestnik Konstanty i jego małżonka wielka księżna Aleksandra.
Wielka księżna Aleksandra

Była blada, zdenerwowana i nie odstępowała męża na krok, trzymając się go kurczowo. Jasne oczy wielkiego księcia rzucały niepewne spojrzenia, mimo iż starał się zachować spokój. Około północy, na jego rozkaz nadano do Petersburga zaszyfrowaną depeszę, w której Konstanty zawiadamiał cesarskiego brata: "Dziś wieczór zostanie przeprowadzony pobór rekruta w Warszawie."
Wielki książę Konstanty Mikołajewicz Romanow
 Namiasto, uprzednio podzielone na dwanaście cyrkułów, wyszły patrole, składające się z dwóch policjantów i trzech żołnierzy uzbrojonych w karabiny, lecz bez amunicji! Tak rozkazał namiestnik. Policjanci walili do bram domów, a kiedy stróż otwierał drzwi, wpadali do sieni jak burza. Ciężkie żołnierskie buciory dudniły po schodach, patrole wdzierały się do mieszkań i zanim zaspani i zaskoczeni ludzie zdołali się ubrać, policjanci wyciągali siłą mężczyzn z domów. W całym mieście rozległy się przeraźliwe krzyki, kobiety w obronie synów, braci i mężów, rzucały się z pazurami na napastników. Każdego schwytanego mężczyznę prowadzono do cyrkułu, nie żałując im po drodze razów. Stamtąd, uzbrojeni w broń palną konwojenci, wiedli ich do Cytadeli.
Na Zamku, książę namiestnik i jego świta, oczekiwali z napięciem i strachem, że lada moment rozlegną się salwy karabinowe, wybuchy bomb i w stolicy lud porwie się, w obronie swoich dzieci. W miarę upływu czasu napięcie wzrastało. Co chwilę do sali wpadali kurierzy, przynosząc raporty o sytuacji w mieście. Ale w Warszawie panował spokój, zakłócany jedynie tupotem żołnierskich butów i krzykami bezbronnych ludzi, siłą wyprowadzanych z ciepłych mieszkań na ulicę. Poza tym, nic więcej się nie działo.
A.grottger. Branka.
 Na Zamku zapanowała szalona radość. Władze carskie nabrały przeświadczenia, że społeczeństwo polskie absolutnie nie jest zdolne do oporu. Wielki książę uniesiony entuzjazmem, nadał do cara następną depeszę:”Sukces przeszedł oczekiwania. Teraz możemy krzyknąć z głębi wdzięcznego serca - Wielik russkij Bog!”
Tej nocy udało się złowić przeszło trzy tysiące mężczyzn i nie był to bynajmniej koniec branki, bo na terenie całego kraju pobór miał się dopiero rozpocząć. Warszawa była całkowicie zaskoczona i otępiała z rozpaczy. W obronie porywanych mężczyzn nie padł ani jeden strzał!
Rano na ulicę wyległy tłumy bezradnych mieszkańców, ciągnąc pod stoki Cytadeli. Gromady łkających kobiet, usiłowały bezskutecznie dotrzeć do swoich ukochanych. Brutalnie odpędzane kolbami, bite, uparcie wracały, głośno wołając uprowadzonych. Gazety rządowe podkreślały szczególnie humanitarne metody przeprowadzenia branki. Tymczasem rodziny z przerażeniem obserwowały bestialskie okrucieństwo, z jakim wywlekano półnagich chłopców z mieszkań. W ciągu kilku następnych dni, przeprowadzano w mieście istne polowania i łapanki, zatrzymując mężczyzn na ulicach, na moście wiślanym, wyciągając ich z dorożek, z restauracji i kawiarń. Rodziny ukrywały krewnych, nie zważając na grożące surowe kary. Ale policja miała dokładne informacje i zaglądała do każdej skrytki, rewidując strychy, piwnice, komórki, rozwalając kolbami zamknięte drzwi mieszkań. Rozpoczęły się ucieczki i pogonie za uciekinierami. Krzyki i strzały rozlegały się na ulicach i po domach. Margrabia Wielopolski tryumfował, zbierając zasłużone pochwały, jakich nie szczędził mu wielki książę Konstanty.
 A. Grottger. Losowanie rekruta.
Biali doszli do wniosku, że Komitet Centralny skompromitował się ostatecznie w oczach społeczeństwa. Jednak nikt nie podejrzewał, że branka nastąpi tak prędko, w niesprzyjającej porze roku. Pogróżki margrabiego, traktowane były przez członków rządu podziemnego, jako strachy na Lachy i polityczny blef. Nagły cios kompletnie Czerwonych ogłuszył. Natychmiast zwołano posiedzenie, jak zwykle na plebanii, przy parafii świętego Aleksandra, w mieszkaniu księdza Mikoszewskiego. W małym pokoiku, przy stole z rozłożoną na nim talią kart, usiedli zdruzgotani klęską ministrowie podziemnego rządu, spoglądając na siebie z desperacją. Rozpalony piec pozwalał w razie zaskoczenia zniszczyć ważne dokumenty. Nastrój był rozpaczliwy. Złamany nieszczęściem pułkownik Zygmunt Padlewski, usiłował bronić się przed stawianymi mu zarzutami i tłumaczył, że nikt nie mógł przewidzieć tego, co się wydarzyło. Los okazał się dla niego niełaskawy, zaś styczeń był dla spiskowców miesiącem feralnym. Niemal jednocześnie z przeprowadzeniem branki, upadł zuchwały plan zdobycia twierdzy Modlin. Podejrzliwi Rosjanie przewidując atak, usunęli z twierdzy niepewną załogę, obsadzając Modlin żołnierzami przybyłymi z głębi imperium. Nazajutrz po brance, do idącego ulicą Agatona Gillera, podszedł członek Dyrekcji Białych. Był wyraźnie przygnębiony i smutny.
- A jednak szkoda, że chociaż kropla krwi nie popłynęła w dniu branki! - powiedział. - Ta kropla uratowałaby honor Rządu!
Agaton Giller.
 Giller oblał się szkarłatnym rumieńcem ze wstydu i upokorzenia.
Doły organizacji burzyły się, a młodzi spiskowcy przeklinali władze podziemne za nie dotrzymanie obietnic, i pozostawienie ludzi własnemu losowi. Nie przyjmowano żadnych wyjaśnień, wprost oskarżając Rząd o zdradę. W KCN-ie obawiano się, że wzburzeni spiskowcy sami rozprawią się krwawo z władzami za pomocą sztyletów. W tej sytuacji, dalsza zwłoka mogła mieć dla konspiracji nieobliczalne konsekwencje, ujawniając misterną siatkę spisku. Lecz członkowie Rządu wahali się i dopiero 18 stycznia, po wielu dramatycznych i burzliwych dyskusjach oraz zajadłych kłótniach, Komitet Centralny Narodowy postanowił:
"Aby uchronić przed branką młodzież prowincji, gdzie jeszcze poboru nie przeprowadzono, lecz wyznaczono termin na dzień 25 stycznia, powstanie zbrojne wybuchnie w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku."

Giller na posiedzeniu Komitetu Central.Narodowego.
---------------------------------
W Makowie nic jeszcze nie wiedziano o warszawskich wypadkach..Gazety milczały, a telegrafy były pod ścisłą kontrolą tajnej policji. W pałacu panował sielski nastrój. Nina kończyła haftować chorągiew partii i popłakiwała z żalu, że ominie ją ślub i wesele Jasia. Hrabia zarządził wielkie łowy i codziennie przebywał w puszczy. Mięso z upolowanych zwierząt, zaraz peklowano albo wędzono, powiększając ukryte w lochach zapasy. Panna Mira, ukończywszy zajęcia w szkółce, prosiła o bryczkę i jechała do Porajów, pomagać w pracy pannie Lasewiczównie. Nina nawet nie pytała, co tam robią, obawiając się usłyszeć prawdę. Aby zapomnieć choć na chwilę o zmartwieniach, szła do stajni i pieściła Mignon, złoszcząc się, że z każdym dniem staje się coraz więcej ociężała i musi wyrzec się przyjemności konnych spacerów. Klaczka drzemała w swoim boksie, lecz na odgłos kroków swej pani, strzygła uszkami i rżała. Nina przytuliwszy policzek do jej gładkiej szyi, przemawiała łagodnym, śpiewnym głosem, opowiadając jej o dręczących ją kłopotach.
Pewnego dnia, w połowie stycznia, wracając ze stajni, zobaczyła zajeżdżający na dziedziniec wóz starego faktora Josela. Na jej widok zatrzymał człapiącego konia i zeskoczywszy z wozu, skłonił się nisko.
- Josel już dawno nie był w Makowie. - powiedziała, życzliwie skinąwszy mu głową. - Potrzebuję wielu rzeczy, szczególnie jedwabiów do haftu.
Stary Żyd rozejrzał się, jakby chciał się upewnić, że ich nikt nie podsłuchuje.
- Dzień dobry dla jasnej pani hrabiny. Tym razem nic nie przywiozłem, bo ja mam mały interes do samego jaśnie oświeconego pana hrabiego. - powiedział półgłosem.
- O, jaki Josel dziś tajemniczy! Dobrze, proszę pójść za mną.
Weszła do sieni, zrzuciła z ramion futro i przygładziła przed lustrem włosy.
- Pan hrabia u siebie? - spytała Pawła, który pojawił się w sieni i zabierał jej rzeczy do garderoby.
- Jaśnie pan niedawno powrócił z miasteczka i pracuje w gabinecie. - odparł służący.
- Dziękuję. Proszę zaprowadzić Josela do pana, a do mnie niech Paweł poprosi panią ochmistrzynię. - rozkazała i skinąwszy faktorowi głową, odeszła.
Lokaj zmierzył faktora krzywym okiem i z chmurną miną powiódł go na piętro, mrucząc pod nosem:
- A nie mógł to Josel w czeladnej posiedzieć? Zaraz musi się pchać na pańskie pokoje? I to frontowym wejściem?
Żyd z obojętną miną pogłaskał długą, siwą brodę nie przejmując się zrzędzeniem służącego.
- Uch, co pan lokaj tak się ciska? Ja tu nie przyjechałem dla przyjemności oglądania paskudnej gęby pana lokaja. Mnie tu sprowadza święty obowiązek! A jak pan lokaj będzie na mnie kręcił nosem, to ja sobie mogę pójść, czemu nie. Ale przedtem pogadam z jaśnie panem hrabią, a wtedy pan lokaj poszuka sobie innej roboty, bo w Makowie już dla niego miejsca nie będzie!
- No już dobrze, dobrze. - mruknął obrażony służący. - Niech Josel tutaj poczeka. Pójdę spytać, czy jaśnie pan hrabia raczy przyjąć Josela.
Podreptał do gabinetu, poruszając się bezszelestnie w miękkich filcowych pantoflach. Niemal natychmiast wrócił biegiem i rzekł zadyszany:
- Niech Josel wejdzie, jaśnie pan czeka!
Portret starego Żyda.
 Aleks wstał i wyszedł zza biurka na spotkanie faktora, podając mu rękę, którą Josel z szacunkiem uścisnął.
- Proszę, niech Josel siada. Są jakieś nowiny ze stolicy?
Faktor usiadł skromnie na brzegu wyściełanego złocistym brokatem krzesła.
- Nowiny? A są, dlaczego by ich nie miało być? - rzekł wolno, zastanawiając się nad każdym słowem. - Moje konisko mało sobie nóg nie połamało, tak gnałem, żeby jaśnie oświecony pan hrabia wszystkiego prędko się dowiedział.
- W takim razie proszę mówić. Ale zaraz, Josel przemarznięty. Ja także przed chwilą wróciłem z Bodzentyna. Zimno dzisiaj, więc napijemy się wina. - wyjął z szafki butelkę maślacza i sam napełnił dwa kieliszki. Żyd skłonił się głęboko, skosztował i cmoknął z uśmiechem wargami. - Maślacz! Sam cymes, żeby tak moje dzieci zdrowe były. Takie wino to nawet sam wielki książę pewnie pije na święto!
- Co Josel ma mi do powiedzenia? - przerwał niecierpliwie Aleks.
- Dużo. Tylko ja muszę przedtem coś jaśnie panu hrabiemu pokazać, żeby mi pan hrabia dał wiarę. - oświadczył faktor i zaczął coś majstrować przy futrzanym otoku czapki. Wyjął stamtąd pomięty, zatłuszczony papier i podał Aleksowi.
- O, Josel jest kurierem? - Aleks wysoko uniósł brwi, rzuciwszy okiem na papier. - Widzę pieczęć Rządu.
- Jak Bóg dał, to jestem. - stęknął Żyd, poprawiając się na miękkim krześle. - Mam tu jeszcze papiery, co mi je dali w Warszawie dla jaśnie pana. Byłbym prędzej, ale musiałem jeden dzień siedzieć w Radomiu, u wielmożnego pana Aleksandrowicza3. Nowina jest taka, że 14 stycznia była w Warszawie branka!
Aleks zbladł śmiertelnie i pośpiesznie włożył do kieszeni zaciśnięte w pięści dłonie.
-W takim razie mamy już powstanie? - spytał, nie zdoławszy ukryć wstrząsającego wrażenia.
- Iii, jakie tam powstanie, komu powstanie? - rzekł Josel flegmatycznie. - W Warszawie nikt nawet o tym nie gada.
Aleks wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. Po prostu nie mieściło mu się w głowie, że na ten niesłychany akt agresji, Komitet nie odpowiedział wybuchem zbrojnym. Tym samym zawiódł oczekiwania społeczeństwa i złamał daną narodowi obietnicę.
- Więc w stolicy nic się nie dzieje? Nie ma walk ulicznych?
- Przecie stamtąd jadę. - faktor wyciągnął zza pazuchy małą ulotkę. - O, tu napisali, że pan margrabia zdrajca i ci wszyscy, co mu służą. Każą ukrywać rekrutów. Ojoj, gdzie ich kryć, kiedy policja, z przeproszeniem jaśnie pana, nawet do wychodków zagląda. Jaśnie panie.- Josel pochylił głowę ku ponuro zamyślonemu Aleksowi. - Nasze Żydki widziały, jak od strony Radomia jechało wojsko na chłopskich furkach. Moskale kazały chłopom furmankami do pułków zajeżdżać i sadzali sołdatów na wozy.
- Rozumiem. - Aleks zmarszczył brwi. - Zapewne chodzi im o szybkie przerzucanie wojska tam, gdzie nie ma kolei żelaznej. Josel będzie wracał koło mojej karczmy, proszę tam wstąpić i powiedzieć karczmarzowi, żeby obserwował okolicę. Jakby zobaczył sołdatów w pobliżu, niech natychmiast wyśle do pałacu Dawidka na kobyłce.
A. Kędzierski  Żydzi przed karczmą.
 Faktor utkwił w jego twarzy czarne bystre oczy i zaczął się niespokojnie kręcić na krześle. Miał taką minę, jakby zamierzał coś powiedzieć, co nie chciało mu przejść przez gardło.
- Jaśnie pan hrabia wierzy temu parchowi?
- Szlomie? Co Josel chce przez to powiedzieć? - Aleks momentalnie stał się czujny, zauważywszy dziwne zachowanie faktora.
- Ja? Nic! - prędko zastrzegł się Żyd. - Tylko, że ludziom gąb nikt nie zamknie. Gadają, że Szloma jeździ do miasteczka.... - faktor umilkł i obracał w rękach czapkę, nie patrząc na hrabiego.
- To nie przestępstwo, może handluje.
- Tylko z kim handluje? - Josel skrzywił się sarkastycznie. - Jego Dawidek wozi wódkę do pana sprawnika Boruchina.
- Co?- zdenerwował się Aleks. - W karczmie nie wolno handlować wódką, zabroniłem!
- Nie wolno? On szybko handluje i robi złoty interes. Ten parch kiedyś przyprawi mnie o szlag! - Josel nagle stracił zimną krew i filozoficzny spokój. - Czemu jaśnie pan hrabia przedłużył mu dzierżawę karczmy? Trzeba było parcha wygonić i dać karczmę jakiemuś innemu Żydkowi. Mało to biednych, ale uczciwych starozakonnych czeka na taki cymes? Ja sam mogę polecić krewnego, co będzie wiernie służył jaśnie panu hrabiemu. To pewny, zaprzysiężony człowiek.
- Zastanowię się. Rodzina Szlomy siedzi w Makowie od przeszło stu lat i dotąd nie mieliśmy powodu uskarżać się na nich.
Faktor zmrużył oczy, a po jego wąskiej, semickiej twarzy przemknął cień.
- Siedzi, ale może nie siedzieć! - oświadczył zimno. - On ma głowę do interesów, ten Szloma, ale ja bym mu nie ufał. On bardzo lubi złote imperiały! Nie boi się policji, bo ma interesy z panem sprawnikiem. Ja z życzliwości ostrzegam jaśnie pana hrabiego...
Aleks przełknął gniewnie słowa, jakie cisnęły się mu na usta. Wolał nie ujawniać swoich uczuć.
- Dziękuję Joselowi. - powiedział uprzejmie. - Pomyślę o waszym krewnym, a jeżeli Josel poniósł jakieś straty w handlu, to wyrównam wszystko w ogólnym rachunku.
Stary Żyd rozpogodził się i już zupełnie normalnym tonem zapewnił:
- Przecie ja wiem, z jaką jaśnie oświeconą osobą mam do czynienia. Jaśnie pan hrabia zawsze może liczyć na mnie. Do nóg się ścielę jaśnie panu.
Skłonił się bardzo głęboko i wyszedł bezszelestnie jak kot.
----------------------------------------------
Za oknami siąpił prawdziwie jesienny deszcz, lecz w buduarze było przyjemnie ciepło. W powietrzu unosiła się woń kwiatów w wazonach i pachniała żywica, z polan płonących w kominku. Mira miała silną migrenę i wcześniej poszła do siebie. Jaga, Kumosia i pani ochmistrzyni, ratowały ją poczciwie, pojąc ziółkami i nacierając jej skronie ołówkiem mentolowym.
Nina kończyła haftować chorągiew, pochylona nad jedwabnym płatem. Brakowało już tylko srebrnych frędzli i napisu:"Wolność albo śmierć". To hasło stało się ostatnio bardzo popularne. Pracowała tak pilnie, aż rozbolał ją kręgosłup. Jej ręka mechanicznym ruchem przeciągała srebrną nitkę przez gruby jedwab, oczy śledziły wzór, lecz ta monotonna praca wcale nie dawała jej odprężenia. Była niespokojna i ciągle zadawała sobie pytania, na które nie znajdowała odpowiedzi.
Chorągiew z Powstania Styczniowego.
Po co Josel przyjechał do Makowa? Przecież pracą faktora był handel. Zamierzała zamówić u niego jedwabie do haftu, bo ten gorąco żółty już się kończy. Trzeba będzie wysłać do miasteczka Ulisię, z próbkami nici. Była pewna, że Josel, po rozmowie z Aleksem, przyjdzie do niej po zamówienia, ale on wsiadł na wóz i odjechał. Dziwne... Podniosła oczy i spojrzała na siedzącego przy kominku męża. Rozparty wygodnie w głębokim fotelu, czytał "Kurier Warszawski".Daleko przed siebie wyciągnął długie nogi, a twarz zasłonił szpaltami gazety, cały zatopiony w lekturze. Zwykle dzielił się z nią uwagami, na temat przeczytanych artykułów, lub czytał głośno jakąś interesującą enuncjację. Tym razem, prawie się do niej nie odzywał. Wpatrywała się w tytułową stronę, z prześliczną winietą, rysowaną chyba przez pana Juliusza Kossaka i przedstawiającą scenę polowania z chartami. Westchnęła żałośnie, patrząc na rysunek. Boże, gdyby tak mogła znowu dosiąść konia i pocwałować przed siebie, z wiatrem w zawody!
"Właściwie czego ten Josel chciał od Alka?" - ponownie zadała sobie pytanie. Jakby miał do niego jakiś interes handlowy, mąż z pewnością wspomniałby o tym przy obiedzie. Tymczasem nawet nie powiedział słowa, że widział dziś faktora. Nie wiedział, że to właśnie ona wprowadziła Josela do pałacu. Ponownie zmierzyła męża badawczym wzrokiem. Tak uważnie czyta tę gazetę, ale wcale nie przewraca stron! Najwidoczniej gazeta jest jedynie parawanem, za którym ukrył twarz. Poruszyła się, a on, jakby pod wpływem telepatii, uniósł głowę i spojrzał na nią. Znudzona monotonnym zajęciem wstała i przeciągnęła ramiona.
 Potem usiadła przy pianinie i zaczęła grać sentymentalny i znienawidzony przez męża utwór: "La priére d'une vierge4"
 Głośno i celowo fałszywie grana melodia, rozdarła uszy Aleksa.

- Koteczku, słoneczko, promyczku... ty wstrętna czarownico, rozwiodę się z tobą, jeżeli natychmiast nie przestaniesz rzępolić, piekielnego tworu tej kretynki Bądarzewskiej! - usłyszała za sobą jego podniesiony głos. - To nie utwór, a potwór!
- Nie podoba ci się "Modlitwa dziewicy", niedowiarku? - spytała ze złośliwym uśmiechem, nie przestając rzępolić.
- Nienawidzę tego ckliwego paskudztwa! - warknął.- Przestań!
- Dobrze, ale nic za darmo!
- Co? Targujesz się ze mną? Jeszcze nigdy nie spotkałem tak interesownej istoty, jak moja żona.
- Pogadaj sobie z ciotką Marią, to się dowiesz, po kim tę cechę odziedziczyłam. Przestanę grać, jeżeli powiesz mi, po co przyjechał Josel?
- Skąd wiesz, że tu był? - odwzajemnił się pytaniem na pytanie.
- Bo sama wprowadziłam go do domu. Więc po co przyjechał? - nie ustępowała.
- Chciał się zorientować, ile chcemy za opasy.
- Aha! Z tym pytaniem przyszedł do ciebie, nie do pana Bochniaka? Mówił mi, że ma do sprzedania nici do haftu. - skłamała.
- Nie wiem, bo pytał tylko o opasy. W miastach mięso bardzo zdrożało. Chodź do mnie! - wyciągnął ramiona
 Nina prędko przesiadła się od pianina na kolana męża. Przytulił ją do siebie, rozpuszczając jej włosy, aż bujną złoto-brązową falą, miękką i pachnącą, spłynęły na jej ramiona i plecy.
- Byłaś dziś w stajni, prawda? Twoja konisia Mignon, wkrótce zacznie przypominać beczułkę na czterech nogach, tak ją pasiesz słodyczami. Udaję, że nie słyszę, jak Walenty piekli się, że ktoś cukier z cukiernic podkrada i biedny Paweł, na wszelki wypadek, dostaje w ucho.
- Paweł nie jest biedny, bo staram się mu te przykrości wynagrodzić. - roześmiała się, odrzucając włosy do tyłu.
- Powinnaś zawsze chodzić z rozpuszczonymi włosami. - powiedział, wtulając twarz w pachnącą gęstwinę.
- Tylko małe panienki noszą rozpuszczone włosy. Ja jestem już duża dziewczynka. To Josel pytał tylko o opasy?
Nie widziała jego twarzy, bo ukrył ją w jej włosach, ale głos miał raczej nieswój. Przez kilka miesięcy wspólnego pożycia, nauczyła się rozpoznawać nagłe zmiany jego nastroju. Teraz nabrała pewności, że nie powiedział jej prawdy.
- Ble! Ble! ble! - wysepleniła i nagłym ruchem podniosła mu głowę, zaglądając w oczy.
- Jak mam rozumieć tę zwięzłą wypowiedź? - śmiał się, tuląc ją i nieznacznie rozpinając pierwszy guzik stanika jej sukni.
- Brzydki kłamczuch! - wymierzyła mu w rękę lekkiego klapsa. - Dlaczego nie chcesz powiedzieć mi prawdy?
- O, ty znowu swoje! - roześmiał się, patrząc jej prosto w oczy. Lecz na dnie jego bursztynowych źrenic dostrzegła cień zgryzoty. - Myszko, przecież odłożyłem gazetę i rozmawiamy, prawda?
- O opasach! - odsunęła jego dłoń, uparcie manipulującą przy następnym guziku stanika.- Podejrzewam, że Josel przywiózł jakieś przykre wiadomości i dlatego nie chcesz mi nic powiedzieć!
- Nie. To nie to, co myślisz. - powiedział już całkiem poważnie. - Czasem obwiniam się, że żeniąc się z tobą, wyrządziłem ci straszną krzywdę. Kocham ciebie, ale nie potrafię zaoszczędzić ci zmartwień i niepokoju. Taki człowiek jak ja, powinien żyć samotnie.
- Nie trzeba się było o to starać. - mruknęła, dotykając palcem brzucha. - Więc czego dowiedziałeś się od Josela?
- Powiedział mi, że Szloma donosi do policji. - ponownie przyciągnął ją do siebie czując, że nieco się odprężyła.
- Bogu dzięki, że to nikt z naszych ludzi. - westchnęła, opierając głowę na jego ramieniu.- Ale to nie wszystko. - uznała, że jeszcze nie powiedział jej o najważniejszej sprawie.
- Nie. W Warszawie była branka! - Nina targnęła się w jego ramionach, więc zacieśnił uścisk. - Spokojnie, promyczku, powstanie nie wybuchło i odnoszę wrażenie, że cała awantura rozejdzie się po kościach. My nie jesteśmy gotowi do walki, a Rosjanie są zajęci na Kaukazie, na Bałkanach i nie życzą sobie nowego zamętu w Europie z powodu Polski. Wszystko skończy się na pogróżkach.
- Tak sądzisz? - wpatrywała się w niego z nadzieją.
- Naturalnie. No, daj mi całusa... O, jaki słodki! Jeszcze raz! Chcesz, to zaniosę cię do sypialni i będziemy się kochać. - szepnął jej do ucha.
Powoli lecz stanowczo odsunęła go od siebie.
- Nie teraz. Opowiedz mi dokładnie, co zaszło w Warszawie.
Powtórzył to, co usłyszał od faktora, pomijając jednak drastyczne szczegóły dramatu.
- Skończyło się tylko na brance. KCN nie myśli w tej chwili o walce zbrojnej. Proszę cię, zachowaj spokój. Jesteś przecież córką i żoną żołnierza, a to zobowiązuje.
Jej policzki spłonęły rumieńcem gniewu.
- Nie mów do mnie takim moralizatorskim tonem. I nie próbuj zrobić ze mnie "żony Spartanki5." - ostrzegła go oschle. - To śmieszne i staromodne. Wolę mieć męża tchórza, niż martwego bohatera. Mnie to wcale nie przeszkadza.
 Zamierzała mówić dalej, lecz on położył jej palec na ustach.
- Ale mnie by to przeszkadzało, kochanie. Co powiedziałbym mojemu dziecku, gdyby mnie spytało, gdzie byłem, gdy inni walczyli?
- Powiedziałbyś, że żyłeś dla niego i dla mnie. Alek, mówisz niedorzeczności! - prychnęła ze złością. - Pamiętam, jak moja matka bez słowa skargi pozwoliła odejść ojcu .Ja tego błędu nie popełnię! Mam tylko ciebie, a nasze dziecko będzie potrzebowało ojca. Nie możesz ryzykować życia za sprawę, która nie rokuje żadnej szansy powodzenia. Pozostaw tę wojaczkę smarkaczom. Król Francji Henryk IV Burbon powiedział, iż Bóg jest zawsze po stronie rozsądku!
- Nino. - wpatrywał się w nią czule i zarazem smutnie. - Wiedz, że ja nigdy nie wybaczyłem ojcu i stryjowi, iż w czasie rewolucji w roku 1831, tchórzliwie ukryli się w Rosji.
- Niech ich za to Bóg błogosławi! - wybuchnęła z uniesieniem. - To była życiowa mądrość. Dzięki niej Maków przetrwał, a chłopi modlą się za swoich dobroczyńców. Ostrzegam, że jeśli uznasz za stosowne przyłączyć się do powstania, ja pójdę z tobą. Chcesz koniecznie zginąć, zginiemy razem! - zamknęła oczy dławiąc ból, jaki wzbudziła nieoczekiwana wiadomość o brance.
Była za młoda żeby zrozumieć, iż trwanie przy sprawie, nie wierząc w jej wygraną, było z jego strony dowodem szczególnej odwagi i determinacji. Ale jego pozorna rezygnacja doprowadzała ją do szewskiej pasji. Miała ochotę spoliczkować go i umrzeć. Jego rozumowanie było dla niej kompletnie wyprane z rozsądku. Patrzył na nią w milczeniu, jego twarz nagle jakby się postarzała. Pojawiły się na niej głębokie bruzdy, jakich poprzednio nie było.
- Kochanie, nie możesz iść ze mną, spodziewasz się dziecka.
- Właśnie,że pójdę! - warknęła z zawziętością.
- W takim razie musiałbym odejść z domu bez pożegnania, nie uprzedzając cię o tym.
Nina skamieniała z przerażenia.
- Alek! - krzyknęła rozdzierającym głosem, chwytając się za serce. O, wiedziała, że mógłby to zrobić. Pomimo całej miłości, jaką ją darzył, był stanowczy i bardzo uparty. Pod pozorami chłodu, skrywał gorący temperament, jak źródło bijące pod litą skałą. Kiedy raz podjął jakąś decyzję, nikt nie był w stanie wpłynąć na jej zmianę. Chłodną północną urodą przypominał piękny posąg, ale było to tylko złudzenie, bo w jego żyłach płynął żywy ogień.
- Alku, nie zrobisz tego, prawda? Zabiłbyś mnie! Złamałbyś mi serce. Najdroższy, nie rób mi takiej krzywdy! Czy żona i rodzina nic już dla ciebie nie znaczy? - po jej na wpół dziecinnej twarzy popłynęły strumienie łez, wsiąkając w koronki sukni.
Aż do bólu zacisnął szczęki. Nie chciał od niej odchodzić, rozpaczliwie obawiał się przyszłości, ale głos obowiązku był silniejszy.
- Posłuchaj Nino. Ty i nasze dziecko jesteście całym moim światem. Oddałbym życie za ciebie i to nienarodzone jeszcze dziecko. Czy naprawdę sądzisz, że poszedłbym do powstania dla przygody? Przecież każda moja myśl będzie przy tobie, bo ty jesteś tą lepszą cząstką mnie samego. To nie moja wina, że spotkaliśmy się zbyt późno i może nie będzie mi dane wziąć na ręce mojego dziecka. Ale bez względu na to, co myślę i czuję, kiedy powstanie wybuchnie, ja pójdę! Muszę iść i błagam, nie utrudniaj mi tej niełatwej decyzji.
Oślepła od łez, otępiała z rozpaczy, głucha była na jego słowa. Za wszelką cenę pragnęła zachować go przy życiu i zatrzymać przy sobie.
- Nie, ja nie chcę! - płakała już głośno i zupełnie po dziecinnemu. - Nie zgadzam się, umrę, jeśli odejdziesz. Wiem, że jestem chora i mogę nie przeżyć porodu. Alek, nikt ciebie nie potępi, jeżeli wyjedziesz z chorą żoną za granicę. Wyjedźmy jutro, za kilka dni będziemy w Galicji i nasze dziecko urodzi się wolne! Alek, jeżeli ja umrę, ty będziesz odpowiedzialny za moją śmierć!
Pochwycił ją za obie ręce tak mocno, że mimo woli wydała okrzyk bólu. Był trupio blady, oczy miał rozszerzone i pełne dzikiej rozpaczy.
- Szantażujesz mnie swoją śmiercią i żądasz ode mnie, żebym ciebie stąd wywiózł. Zgoda! - powiedział tak dziwnym, zadyszanym głosem, że Nina zadrżała. - Każ natychmiast pakować kufry, jutro wyjeżdżamy za granicę. Ale.... - urwał, a na jego czole pojawiły się drobne krople potu.
- Ale co, Aleczku? - odezwała się z rodzącą się nadzieją.
- Ale ja ci tego nigdy nie wybaczę! - dokończył i odepchnął ją od siebie brutalnie.
Wstał i podszedł do okna, opierając o szybę rozpalone czoło. Zagryzł usta, żeby powstrzymać krzyk, żeby nie wybuchnąć niemęskim płaczem, nie bluźnić.
Nina wpatrywała się w niego i serce pękało jej z bólu, widząc jego mękę. Nie tak to sobie wyobrażała. Znalazła się sama w ślepym zaułku i zrozumiała, że jeśli zmusi go do opuszczenia kraju w przeddzień wybuchu walki, mąż przenigdy jej tego nie daruje, bo z jej winy będzie musiał opuścić swoich żołnierzy. Okaże się niegodny pokładanego w nim zaufania ludzi, którzy w godzinie walki na próżno będą oczekiwać swego dowódcy. Udział w powstaniu, Aleks traktował jako pewnego rodzaju ekspiację, za winy przodków i lekkomyślne zaufanie Pauli. Po wyjeździe z kraju, stanie się coś bardzo złego, co legnie kamieniem niezgody pomiędzy nimi. Być może umrze ich wielka miłość i małżeństwo się rozpadnie. Nie mogła do tego dopuścić.
Ukryła twarz w dłoniach i zmagała się z sobą, usiłując zdusić w sobie okropny strach i zrezygnować z egoistycznych żądań. Przychodziło jej to z wielkim trudem. Ale kiedy opuściła dłonie, była już zupełnie spokojna, tylko bardzo blada i smutna. Podniosła się z fotela, podeszła do męża i dotknęła jego ramienia. Gdy odwrócił głowę, przestraszył ją wyraz jego twarzy i malujące się na niej cierpienie.
- Kochanie, postąpisz jak nakazuje ci honor. - powiedziała drżącym, nieswoim głosem. - Ja godzę się z tym, co mi los przyniesie. Tylko nie żądaj ode mnie, żebym ci powiedziała: "idź!"
Długą chwilę wpatrywali się sobie w oczy. Naraz Aleks porwał ją w ramiona, rozgniatając jej usta szaleńczymi pocałunkami i zdławionym głosem szepcząc jej imię. Lecz po raz pierwszy, jego namiętne pieszczoty nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Znieczulona bólem, poddawała się im biernie, myśląc:"Zapewne powstanie wcale nie wybuchnie i cała ta awantura była zupełnie niepotrzebna."
Była zmęczona, bolała ją głowa i brzuch, dziecko niespokojnie rzucało się w jej łonie. Marzyła, żeby ukryć się w jakimś kątku, nikogo nie widzieć i do nikogo nie mówić. Ale przy kolacji zachowywała się normalnie, a nawet śmiała się, bo Aleks opowiadał jej o swoich przygodach w Korpusie Paziów, gdzie wychowankowie płatali swym wychowawcom złośliwe figle. Na prośbę męża usiadła przy fortepianie i zagrała ulubione przez niego "Larghetto"Chopina - jej pierwsze wyznanie miłosne. Aleks usiadł przy niej i na cztery ręce zagrali Fantazję f-mol Schuberta, osobliwy i przejmujący tajemniczością utwór, zawsze budzący w niej uczucie lęku.
G.Battista Madonna z Dzieciątkiem.
  Aleks usnął już po północy, ale ona nie spała, tylko leżała cicho wsłuchując się w regularny oddech męża. Kiedy upewniła się, że on się nie obudzi, wstała z łóżka i boso, na palcach, podeszła do wiszącego na ścianie starego, przepięknego włoskiego obrazu, przedstawiającego Madonnę z Dzieciątkiem. Stękając boleśnie, położyła się krzyżem na posadzce, przyciskając twarz do chłodnych desek. Leżąc z rozkrzyżowanymi ramionami, chciała się modlić, żebrać o zmiłowanie, wołać o ratunek. Ale słowa modlitwy ulatywały z pamięci, powracając echem kłótni z mężem. Zaniechała więc pacierza i zacisnąwszy powieki, szeptała tylko raz za razem: "Jezu, zmiłuj się nad nami! Matko Miłosierdzia, przyczyń się za nami". Lecz w głębi duszy jakiś głos szeptał, że tym razem jej modlitwa nie zostanie wysłuchana i błaga na próżno.
1 Exodus - emigracja,uchodźstwo
2 Antyszambry - tu: wielkie przedpokoje w pałacach i zamkach.
3 Włodzimierz Aleksandrowicz – konspiracyjny naczelnik miasta Radomia i woj .sandomierskiego.
4 "Modlitwa dziewicy" - utwór na fortepian kompozycji Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej, słynny na całym świecie w XIX i na początku XX wieku.
5 W starożytnej Sparcie panowały bardzo surowe obyczaje. Kobiety żegnając idących w bój mężczyzn, mówiły:
" Z tarczą, albo na tarczy ," co znaczyło: "Wracaj zwycięzcą, lub martwy".