wtorek, 24 maja 2016

Dramat w kaplicy grobowej.


24 maja 2016 r.
"Jezu, zaczynam upodabniać się do Rudzkoja!" - jęknęła w duchu Nina. Była z siebie bardzo niezadowolona, bo dziś aż dwa razy straciła panowanie, robiąc z siebie widowisko. Zamiast tłuc sołdata po buzi, należało poskarżyć się na niego pułkownikowi. Rękoczyny stanowczo pani hrabinie nie uchodziły. Następnego dnia część wojska wyruszyła przeczesać pobliskie lasy, bo wywiadowcy donieśli, iż w pobliżu wsi Górno zbierają się chłopi, pragnący przystąpić do powstania. Pozostali żołnierze odbywali musztrę na dziedzińcu, a nawet w parku. Z okien swego buduaru Nina widziała żołnierzy ćwiczących paradny krok, słyszała głos trąbek, warkot werbli i wrzask komend. Ten hałas drażnił ją nieznośnie, ale dopiero po kilku godzinach żołnierze zakończyli forsowne ćwiczenia i zebrali się przy kuchniach polowych, zajadając kaszę z mięsem. Potem rozsiedli się przy ogniskach, paląc cuchnąca machorkę i odpoczywając.
Parada carskiej armii.
  Nina od samego rana czuła się niedobrze. Skończywszy czytać raporty rządcy i ekonomów, położyła się na miękkiej sofie, próbując zasnąć. Lecz przeszkadzały jej w tym kroki ordynansów biegających tam i z powrotem po korytarzach i nad jej głową. Panowie oficerowie po powrocie z ćwiczeń, myli się i przebierali do obiadu. Ordynansi czyścili im buty, golili i pomagali się przebrać. Kiedy coś im nie wychodziło, wtedy oficerska pięść spadała na ich twarze. Żołnierz wypluwał zęby, i wycierał zakrwawiony nos, nie przerywając swego zajęcia. Co jakiś czas, do uszu zdenerwowanej Niny, dobiegały ich głosy, ryczące gorliwie jednym tchem: - Słuszajus' wasza wielmożność!
Nie mogąc już znieść tych wrzasków, Nina z pasją cisnęła książką i zasłoniła uszy poduszką. Niewiele to pomogło. - Matko Najświętsza, kiedy oni już sobie pójdą? - stęknęła boleśnie. Wszyscy domownicy mieli już obecności wojska zupełnie dosyć. Pani Salomea i Emilka siedziały w swoich pokojach, nie pokazując się nawet przy posiłkach. Mira narzekała, że nie może jechać do Porajów, mimo iż obiecała pannie Kazimierze, pomoc przy przepisywaniu instrukcji i rozkazów dla walczących oddziałów. Obraziwszy się na skośnookiego majora, także przestała pokazywać się przy stole. W tej sytuacji Nina, chcąc nie chcąc, musiała sama stawiać czoła wszelkim przeciwnościom losu. Nie miała pretensji do nikogo, bo gdyby nie zmuszały jej do tego obowiązki pani domu, najchętniej nie wyjrzałaby nawet ze swoich apartamentów. Leżąc na sofie, wpatrywała się we freski na suficie i jak zwykle, kiedy nie miała zajęcia, jej myśli powędrowały ku Aleksowi. Martwiła się, że nie daje znaku życia i próbowała odgadnąć, gdzie może przebywać. Rano przebiegł po ścianie pająk. "Matin, chagrin, midi – souçi, soir, espoir1". - pomyślała zatroskana. Wiadomo, pająk z rana to murowany pech!
Usłyszała dyskretne pukanie i do pokoju wsunął się bezszelestnie Walenty, przystając przy drzwiach. Zwróciła ku niemu bladą, zmęczoną twarz.
- Przyszedł ogrodnik Skowroński.- zameldował kamerdyner półgłosem. - Powiada, że w kaplicy słychać jakieś hałasy. Jakby ktoś próbował dostać się do podziemia.
Nina zerwała się na równe nogi, obciągając na sobie krynolinę.
- Proszę posłać Pawła po pana Bochniaka. - rozkazała. - Niech przyprowadzi z sobą dwóch mocnych parobków.
Będąc dzieckiem, nasłuchała się opowiadań, jak to po upadku Powstania Listopadowego, sołdaci wdzierali się do kaplic grobowych, szukając tam kosztowności. Otwierali trumny, wyrzucając z nich zwłoki i rabując je. Rządca przyszedł niebawem, prowadząc dwóch rosłych chłopców. Nina narzuciła na ramiona futrzaną pelerynę i razem poszli do kaplicy. Drzwi obite blachą były zamknięte, lecz jeden z witraży został wybity, a do okna przystawiono drabinę, po której weszli rabusie.
Na myśl, że czyjeś parszywe łapska dotykają szczątków hrabiów Klonowieckich, grzebią w trumnie ciotuni Tekli, zakłócając jej spokój, Nina poczuła, że krew zastyga jej w żyłach. Drżącymi rękami przekręciła klucz w zamku i weszli do wnętrza kaplicy. Przy kracie zamykającej wejście do podziemia, stało dwóch drabów, usiłując podważyć ją kawałkiem łomu. Właśnie ten hałas zwrócił uwagę ogrodnika. Na odgłos kroków, włamywacze odwrócili się zaskoczeni. Parobcy stali w groźnym milczeniu, zasłaniając sobą wejście. Rabusie wymienili drwiące spojrzenia. Ich szare szynele i okrągłe czapki na ogolonych głowach, nadawały im wygląd pni zastygłych w złowrogim bezruchu.
- Co wy tu robicie? - odezwał się pan Bochniak, chociaż nie było wątpliwości, co robią w tym miejscu.
- Ot, durak! - sołdaci trącili się łokciami.- Nu, poszli won, bo ubijem!- warknął brodaty drab, wpatrując się w nich małymi, głęboko osadzonymi, zwierzęcymi oczkami.
- Wynoście się stąd natychmiast! - zawołała Nina. - Nie wolno wam schodzić do krypty, bo zarazicie kolegów straszną chorobą. Zresztą nie będę z wami dyskutować, idę do pułkownika. Panie Bochniak, proszę ich pilnować, zaraz wracam!
Pobiegła do domu, sapiąc i przeklinając swoją nieporadność, która utrudniała prędkie poruszanie się, czyniąc ją ociężałą i niezgrabną. Brzuch przeszkadzał jej w szybkim biegu i wpadła do sieni ciężko dysząc, spocona i zadyszana. W drzwiach sieni stał wartownik, rysując dla rozrywki ostrzem bagnetu marmurową posadzkę. Słysząc kroki przybrał postawę na baczność, lecz ujrzawszy Ninę, powrócił do przerwanej zabawy.
- Gdzie pan lejtnant Rudzkoj? - wydyszała, gwałtownie łapiąc powietrze w umęczone płuca.
- Ne znaju. - odburknął.
"Co za cham!" - pomyślała ze złością, pukając do drzwi malinowego salonu, który stał się pokojem adiutantów pułkownika. Nie usłyszawszy zaproszenia, weszła. Skośnooki major siedział rozparty przy palisandrowym stoliczku, inkrustowanym pozłacanym brązem i kością słoniową. Dla wygody trzymał nogi w butach z ostrogami na kanapce obitej liońskim jedwabiem.
- Panie majorze! - wykrzyknęła wzburzona. - Wasi żołnierze wdarli się do kaplicy grobowej i chcą obrabować trumny!
Oficer ściągnął czarne brwi i posłał jej spojrzenie spode łba.
- Ja tu pani nie prosiłem. Niech pani stąd wyjdzie!
- Ja panów także tu nie prosiłam. To jest mój dom! Mam nadzieje, że rozmawiam z człowiekiem kulturalnym. Proszę powstrzymać tych wandali.
- Potem, teraz jestem zajęty. A tak mówiąc między nami, to w tym kraju już nic nie jest wasze. Pozwalamy wam tu mieszkać z grzeczności i tyle!
 Nina oniemiała, a odzyskawszy mowę, krzyknęła zapominając o ostrożności:
- Jeżeli w ten sposób zachowujecie się w domach lojalnych obywateli, to wyobrażam sobie jak traktujecie rodziny powstańców!
- Buntownicy nie mają rodzin i domów!- przerwał jej brutalnie. - Niech pani lepiej stąd wyjdzie, bo i panią potraktujemy podobnie.
Nina trzęsła się cała, wyobrażając sobie, co się dzieje w kaplicy, gdzie pozostał pan Bochniak i dwaj uzbrojeni po zęby bandyci. W walce z nimi, bezbronni chłopcy nie mieli żadnych szans.
- Dobrze. - powiedziała podniesionym tonem, blada z gniewu. - Będzie pan odpowiedzialny za to, co się stanie. Pan nie chce mi pomóc, więc to będzie kara za wasze okrucieństwo!
- Co tu tak głośno? - drzwi sąsiedniego pokoju otworzyły się gwałtownie i stanął w nich Czengiery. Major zerwał się i wyprostował służbiście.
- Panie pułkowniku, melduję, że ta kobieta wdarła się tu nieproszona i urządza mi awantury, mimo iż poleciłem jej wyjść.
- Czego pani sobie życzy? - zagadnął Czengiery, nie kryjąc zniecierpliwienia.
Krótko wyjaśniła z czym przyszła. Pułkownik się zaniepokoił.
- Mówi pani, że tam leżą osoby zmarłe na ospę? Jaką, wietrzną?
- Czarną! Wszyscy jesteśmy zagrożeni epidemią. Czy pan pułkownik zdaje sobie sprawę, co by się mogło wydarzyć, jakbym złośliwie zataiła ten fakt i pozwoliła tym łotrom włamać się do krypty? A mogłabym tak postąpić po tym, jak pan major poinformował mnie uprzejmie, że w tym kraju już nic do nas nie należy i jeśli się nie nie wyniosę, potraktuje mnie jak buntownika!
Oficer spojrzał na nią z wściekłością.
- Przepraszam panią za zachowanie mego podwładnego. - Czengiery spiorunował majora wzrokiem. - Natychmiast wydam odpowiednie rozkazy. Naruszanie miejsc wiecznego spoczynku, uważam za barbarzyństwo i to przestępstwo będzie surowo ukarane. Majorze, proszę zachowywać się tak, aby pani hrabina nie musiała żałować, że przyjęła nas pod swój dach. - upomniał zdenerwowanego naganą oficera.
Na rozkaz pułkownika, zameldował się młody kapitan, prowadząc z sobą czterech żołnierzy. Pułkownik polecił im iść do kaplicy i zabezpieczyć ją przed grabieżą. Nina postanowiła im towarzyszyć, ale z piętra zbiegły Emilka i Mira, zaalarmowane przez Walentego, i próbowały ją zatrzymać.
- Nie, sama tam nie pójdziesz! - oświadczyła stanowczo panna Lutówna. - Chcesz, to pójdziemy razem z tobą.
Żołnierze śpiesznie pomaszerowali do kaplicy, ale w połowie drogi usłyszeli huk wystrzału, a potem wybuchły wściekłe wrzaski. Nina poczuła, że ma serce w gardle i byłaby upadła, żeby dziewczęta jej nie podtrzymały. Panna Maciejewska chwyciła garść śniegu i przetarła jej twarz. Nina odetchnęła i się wyprostowała.
- Już mi lepiej, chodźmy. Tam się coś stało. - szepnęła.
- Jesteś chora, wracajmy do domu. - sprzeciwiła się Mira.
- Ja muszę tam być! - Nina uparła się i wolno ruszyła, z obu stron podpierana przez panny.
W kaplicy ich oczom przedstawił się straszny widok. Na kamiennej posadzce leżało ciało zabitego parobka w jakiejś dziwnej, skręconej pozie. Nad nim pochylali się bladzi z wściekłości, rządca i drugi chłopak z drągiem w ręku. Przybyli żołnierze wykręcali ramiona wyrywającemu się im drabowi. Drugi rabuś siedział na posadzce i pocierał sobie głowę, wodząc dokoła ogłupiałym wzrokiem.
- Jezus, Bartuś zabity? - wyszeptała przerażona Nina, przyklękając obok leżącego we krwi parobka. Delikatne zamknęła mu szeroko otwarte oczy, w których zastygła groza śmierci.
- Dostał prosto w serce. - rzekł ponuro pan Bochniak.
- Proszę mi wyjaśnić, co tu się wydarzyło? - dopytywał się kapitan, chcąc zorientować się w sytuacji. Rządca opowiedział o włamaniu, pokazał rozbity witraż, drabinę i łom.
- Te łotry chciały uciec, ale moi chłopcy bronili wyjścia. Ten ryży strzelił do Bartusia i zabił go na miejscu. Wawrzek chwycił drążek do chorągwi i zdzielił go w łeb, aż drania ogłuszył.
Oficer podszedł do oszołomionego rabusia i z całej siły kopnął go w bok.
- Smirno! - ryknął. Sołdat z trudem dźwignął się na kolana, potem wstał i wyprostował się na baczność.- Pomnisz ty, sobaka, jaki był rozkaz? Nie kraść i nie zaczepiać ludzi.
- Da, da, pomniu! - przytaknął sołdat, chwiejąc się na nogach.
- Stupaj! To co tutaj robisz, sukinsynu?
Ryży spuścił głowę i milczał. Kapitan sapnął z gniewu.
- Zabrać te bydlęta i zamknąć w loszku. - rozkazał. Rozejrzał się, dotknął pogiętej kraty i trącił stopą porzucony łom.- Madame. - zwrócił się do Niny z ukłonem. - To się już nie powtórzy, bo jutro odchodzimy. Szkoda takiego młodego życia. - wskazał na zabitego.
Wiadomość o zabójstwie rozeszła się błyskawicznie i do kaplicy zbiegali się zewsząd ludzie, między nimi matka zabitego chłopca.
- Bartuś! - wrzasnęła nieludzkim głosem, rzucając się na ciało syna. Porwawszy go w ramiona, jęła tulić zabitego, zanosząc się od krzyku i płaczu. - Maryjo święta! Zabili mi dziecko!Ludzie, patrzajta, Bartuś nie żyje! Jezus, mój Ty, Jezus! - ryczała wniebogłosy, zanosząc się rozpaczliwym wyciem i targając sobie włosy.
Kaplicę wypełnił tłum. Przyszli nawet żołnierze rosyjscy, żegnając się pobożnie i współczująco kiwając głowami. Ninie, patrzącej na rozpacz nieszczęśliwej matki, nagle zaschło w ustach. Nie mogła przestać patrzeć na zabitego, wiedząc już jak okrutna może być dla ludzkiego ciała nagła śmierć. Nie odrywała wzroku od Bartusia nawet wtedy, kiedy pociemniało jej w oczach. Rozchylonymi ustami chwytała powietrze, obiema rękami trzymając się za brzuch.
- Pani hrabina musi stąd natychmiast wyjść. - powiedział kapitan, obserwując z obawą jej ziemistą twarz i wpół przymknięte powieki.
Pan Bochniak pochwycił ją na ręce i wyniósł z kaplicy, sadzając na pobliskiej ławce, a Mira natarła jej skronie śniegiem. Nina westchnęła, otworzyła oczy i spojrzała w górę, na bezchmurne niebo. W ustach czuła smak ołowiu i nieznośnie kręciło jej się w głowie. Na tle błękitu, gałązki drzewa wyglądały jak czarna koronka poruszana lekkim wiatrem. Panna Maciejewska podsunęła jej pod nos flakonik z solami.
- Kochanie, czujesz się lepiej? - spytała, otulając ją troskliwie futrem.
- Lepiej. - odpowiedziała samym ruchem białych jak opłatek warg. Przypomniała sobie, że niegdyś siedziała w tym samym miejscu, targana wymiotami, ujrzawszy zmienione rozkładem zwłoki Pauli. - Chcę do domu.- wyszeptała czując, że ponownie robi się jej słabo.
Kapitan zauważywszy, że jej oczy zaczynają się przewracać, podbiegł i wcisnął jej głowę między kolana.
- Proszę oddychać głęboko. - jego głos zdradzał napięcie, ale dotyk dłoni na jej głowie był delikatny.
Pan Bochniak pochylił się i wziął ją na ręce. Oficer podtrzymywał jej nogi, idąc obok z miną pełną współczucia i chęci przyjścia z pomocą. Obaj mężczyźni na zmianę nieśli ją do pałacu. Jaga, jakby wiedziona przeczuciem, wyszła do sieni i na widok niesionej Niny wydała okrzyk. Podbiegła i podniosła jej zwieszoną głowę.
- Boże, co się stało mojemu dziecku? - dopytywała się, pomagając wnieść ją do sypialni.
- At, nieszczęście.- mruknął pan Bochniak. - W kaplicy sołdaci zastrzelili Bartusia, a pani hrabina tak się tym przejęła, że zasłabła.
Niania Jaga
- Co? - rozgniewana Jaga ujęła się pod boki. - Narażacie damę w jej stanie na takie okropne widoki? Przecież może stracić dziecko, albo urodzi martwe. Chryste! Miruniu, powiedz Kumosi żeby zaparzyła zioła, a pani ochmistrzyni niech zaraz przyniesie kropli bobrowych z apteczki.
Z piętra zeszła pani Salomea i wszystkie zaczęły cucić i trzeźwić wpółprzytomną Ninę. Rozebrały ją i okryły kołdrą, bo drżała z zimna.
- Napij się tej herbatki ziołowej. - niania podsunęła jej szklankę do ust i zmusiła, żeby przełknęła jeden łyk. - Chcę, żebyś poczuła się lepiej, kiedy będę na ciebie wrzeszczała.
- Będziesz musiała na to trochę poczekać. - wyszeptała Nina. Otworzyła oczy i zauważyła, że niania jest zła. Naprawdę zła.
- To tylko silny wstrząs. Ninka wkrótce przyjdzie do siebie. - pocieszała pani Salomea, zbadawszy chorej tętno i posłuchawszy oddechu.
Jaga bezsilnie opadła na najbliższe krzesło.
- Tylko ją spuścić na moment z oka, a ona zaraz napyta sobie biedy. - lamentowała. - Jak można tak się narażać? Gdyby coś jej się stało, pan hrabia rozdarłby nas na kawałki.
- Bo Ninka jest bardzo uparta. - wtrąciła się panna Maciejewska. - Prosiłyśmy ją z Mirą, żeby wróciła do domu, ale uparła się iść do kaplicy i wcale nas nie słuchała.
Jaga westchnęła i skinęła głową.
- W ojca się wdała. Jej matka, pani Helenka, to było takie słodkie, ciche dziewczątko, zawsze posłuszne. Nigdy mi nie sprawiała kłopotów. Ale pan Alfred był człowiekiem upartym i to moje półdiablę jest zupełnie do niego podobne z charakteru. Taka już była od urodzenia, jak sobie coś wbiła do łepetyny, to nikt jej tego nie mógł wyperswadować. Jak ta oślica! Przecież taki wstrząs mógł zabić słonia, cóż dopiero kobietę w błogosławionym stanie.
Stan zdrowia Niny przestał budzić obawy dopiero po południu. Ale Jaga cały czas czuwała nad nią, nie pozwalając ruszyć się z łóżka. Leżała więc, otoczona zgromadzonymi przy jej łóżku paniami, podającymi jej coraz to nowe leki.
- Och, dajcie mi spokój. - jęczała,odsuwając filiżankę z gorzkimi ziołami. - Niedobrze mi się robi od tych herbatek. Nic mi nie jest, całkiem wyzdrowiałam.
- To się dopiero okaże! - Jaga spojrzała na nią ponuro. - Jesteś zielona jak żaba! Czujesz ruchy dziecka?
- Jeszcze jak! Kopie mnie. - Nina skrzywiła się i pomacała po brzuchu. - O, żeby nie ta ciąża, nie byłabym takim zdechlakiem. Najwyższy czas, żeby to dziecko przyszło na świat i przestało mnie dręczyć.
Jaga stwierdziwszy, że reszta pań przeszła do buduaru i tam sprzecza się, każda wychwalając inne lekarstwo, powiedziała surowo:
- Rób tak dalej, to bardzo prędko urodzisz, ale to nie wyjdzie ci na zdrowie. Za moich czasów, damy przy nadziei siedziały w swoich pokojach i nie ruszały się z domów, bo nie uchodziło pokazywać się ludziom w tym stanie. A ty, w piątym miesiącu, flirtujesz z oficerami, pokazując się im z brzuchem!
- No wie niania! - Nina poczuła się bardzo urażona. - Po pierwsze z nikim nie flirtuję, a po drugie, pod krynoliną brzucha nie widać.
 - Naturalnie, bo coraz wyżej podciągasz spódnicę. Niedługo majtki będzie ci widać! - oświadczyła bezlitośnie Jaga. 
Wzruszywszy ramionami, z godnością wymaszerowała z pokoju.  
Nina z właściwym sobie uporem po południu wstała, pragnąc udowodnić, że nic jej nie jest. Ubrana w piękny seledynowy peniuar, obszyty łabędzim puszkiem, ułożyła się w buduarku na szezlongu, nie wiedząc jak spędzić resztę dnia. Książki ją nudziły i denerwowała się, śledząc zmyślone losy bohaterów, w malowniczej scenerii sielankowych dworów i zamków angielskiej szlachty, uroczyście celebrującej picie herbaty. Wydawali się jej mieszkańcami z innej planety. Wsparta na dłoni, myślała o Zosi, nie wiedząc gdzie obecnie przebywa, po stracie rodzinnego domu. Martwiła się o nią i niecierpliwie oczekiwała wymarszu Rosjan z Makowa, żeby natychmiast zasięgnąć informacji w Brzezińcu, u starego pana Siekielskiego. Uniosła głowę, bo do buduaru zapukał Walenty i szeptem oznajmił, że przyszedł rosyjski oficer i pragnie złożyć jej swoje uszanowanie.
- To ten pan, który przyniósł jaśnie panią z kaplicy. - wyjaśnił staruszek.
- Ach tak. W takim razie wypada go przyjąć. - zdecydowała bez entuzjazmu, przesiadając się z szezlonga na fotel i narzucając na ramiona obszerny szal.
Oficer był brunetem, średniego wzrostu, o sympatycznej otwartej twarzy i szczerym spojrzeniu bystrych oczu. Z galanterią ucałował podaną sobie dłoń.
- Pani hrabina zapewne jeszcze niedysponowana, a ja ośmieliłem się zakłócić pani spokój. - powiedział, siadając na wskazanym sobie miejscu.
- Czuję się już lepiej i jestem bardzo wdzięczna za okazaną mi pomoc.
- To obowiązek mężczyzny, wobec słabej kobiety i wdzięczność mi się nie należy. Przyszedłem raz jeszcze prosić o wybaczenie za ten obrzydliwy czyn, stawiający nasze wojsko w bardzo niekorzystnym świetle. Pragnę również podziękować za gościnę, choć zdaję sobie sprawę, że ciężko było pani hrabinie znosić intruzów pod własnym dachem.
"Wygląda zupełnie comme il faut, - pomyślała Nina. - Zaraz, jak on się nazywa? Bestużew?Gdzie ja to nazwisko słyszałam?"... - skupiła się i znowu o mało głośno nie gwizdnęła.
Pestel, Rylejew, Kachowski, Obłoński i Bestużew!
Momentalnie przypomniała sobie opowiadanie Aleksa, o spisku dekabrystów przeciwko tyranii cara. Setki, tysiące młodych, odważnych demokratów rosyjskich gotowych iść na śmierć za wolność Rosji.
- Przepraszam pana, zaintrygowało mnie pana nazwisko. - odezwała się z wahaniem.
 - Owszem, to był mój krewny. - uśmiechnął się gorzko. - Może dlatego tak bardzo boli mnie to, co się w tym kraju dzieje. Wystawiamy sobie straszne świadectwo, a Polacy widzą w nas jedynie krwiożercze bestie. Ale proszę mi wierzyć, taki wizerunek Rosjan jest nieprawdziwy i krzywdzący.
- Zapewniam pana, że nigdy nie ośmieliłabym się osądzać narodu za winy jednostek. W każdym społeczeństwie są ludzie dobrzy i źli . - zapewniła go uprzejmie, mając na myśli Wielenina.
- Dziękuję pani. Na szczęście dla was, jutro już odchodzimy, pozostawiając po sobie niestety najgorszą pamięć.
- Pan nie jest odpowiedzialny za to, co się tutaj wydarzyło.
Zadzwoniła i kazała podać herbatę, wino i owoce. Przypatrując się kapitanowi, przypomniała sobie, że młody oficer nigdy nie brał udziału w wieczornych spotkaniach w salonie. Zapewne nie należał do ulubieńców dowódcy. Herbatę podano na sposób angielski: w dwóch srebrnych dzbankach. Nina nalewając ją do filiżanek i skupiona na tej czynności, odezwała się dopiero po chwili :
 - O dekabrystach opowiadał mi mój mąż. Ale pan z pewnością wie o nich więcej.
Bestużew nie dał się prosić i pokrótce przedstawił jej historię tragedii rosyjskich demokratów. Do spisku przystąpiło stu dwudziestu ludzi. Młodych, lecz mających za sobą czyny rokujące najpiękniejsze nadzieje. Było pośród nich ośmiu książąt, sześciu hrabiów, trzech baronów, dwóch generałów i dwudziestu trzech pułkowników. Pełnili funkcje sekretarzy stanu, kamerjunkrów i wysokich urzędników państwowych. Marzyli o stworzeniu nowego, demokratycznego państwa, wolnego od ucisku, na wzór republiki Francji. Spisek odkryto, gdy konspiracja ogarnęła swoim zasięgiem tysiące ludzi. Do spisku należały już całe pułki wraz ze swoimi dowódcami, gotując się do wystąpienia zbrojnego, aby nie dopuścić do koronacji znienawidzonego wielkiego księcia Mikołaja Pawłowicza, późniejszego cara Mikołaja I. Zamierzano powołać na tron wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza, naczelnego dowódcę Wojska Polskiego, ożenionego z Polką, hrabianką Joanną Grudzińską. Domagano się reform i konstytucji. Wołano:" Niech żyje cesarz Konstanty i jego żona Konstytucja!" Po wykryciu spisku, poddano przywódców okrutnym torturom, zaciskając im na głowach żelazne pierścienie, przypalając rozpalonym żelazem i szarpiąc kleszczami. Lecz oni byli nieustraszeni. Sergiusz Murawjow, zwany Apostołem, miał odwagę rzucić w twarz carowi Mikołajowi I obelgę:
- Ty jesteś dla mnie tylko synem bękarta!- mając na myśli cara Pawła, syna niewiadomego ojca. Caryca Katarzyna II, zanim kazała zamordować swego męża, cara Piotra III, miała mnóstwo kochanków i tak naprawdę, nikt nie wiedział, kto był prawdziwym ojcem jej dzieci. Usłyszawszy obelgę, car rzucił się z furią na niego i skopał udręczonego więźnia nogami.
Komisja śledcza skazała winnych buntu na iście średniowieczne kary. Pięciu na ćwiartowanie, trzydziestu jeden na ścięcie toporem, siedemnastu na wieczystą katorgę, równającą się okrutnej śmierci. Wszystko, co Rosja miała najlepszego, rzuciła na szafot. Car okazał skazańcom "łaskę", zamieniając przywódcom spisku ćwiartowanie na stryczek, a ścięcie na wieczystą katorgę. Egzekucja była wprost upiorna. Pod szubienicą stanęło pięciu spiskowców: Pestel, Murawjow, Bestużew, Kachowski i Rylejew. Bez drgnienia powiek oczekiwali na śmierć. Bestużew był niemal dzieckiem, zaledwie skończył osiemnaście lat. Rylejew głośno modlił się za Rosję. Pod ciężarem Pestela i Kachowskiego stryczki się urwały i ciała spadły pod szafot. Gubernator rozkazał założyć nowe powrozy.
Aleksander Aleksandrowicz Bestużew.
 Pętla Pestela była za długa i końce jego stóp dotykały szafotu, co przedłużało jego męczarnie. Żył jeszcze, kiedy go odcięto, ale nikt się tym nie przejął. Ciała skazańców wpakowano do worków, umieszczono na barce i zatopiono w morzu.
Potem już bez sądu, utopiono w morzu kilkunastu spiskowców. Zbuntowane pułki zebrano na placu przed Pałacem Zimowym. Wyszedł do nich car Mikołaj I i rozkazał: - Na kolana! Żołnierze, czując za sobą cień szubienicy, runęli na kolana. Jednak car nie okazał im łaski i nie darował winy. Wszyscy zostali zesłani na Kaukaz oraz na Sybir i straceni.
Ta okropna tragedia Rosji nie wzbudziła w Europie współczucia, a Polacy obałamuceni obietnicami cara Mikołaja I, zachowali się również obojętnie. Fatalność sprawiła, że dwa bratnie słowiańskie narody, nie potrafiły się z sobą porozumieć. Polacy nie okazali współczucia Rosji w 1825 roku, Rosjanie nie wzruszyli się dramatem Polski w 1831 roku.
- Obawiam się, że i tym razem nie zostaniemy przez Rosjan zrozumiani. - rzekła Nina ze smutkiem. - A przecież Polska podjęła walkę nie tylko o swoją wolność, bo pragniemy jej także dla sąsiednich narodów, zniewolonych przez tyranię.
Kapitan zastanawiał się nad jej słowami i po chwili zauważył:
- Mam wrażenie, że na wspólną walkę jest jeszcze za wcześnie, lub już za późno. Rosja nie jest jeszcze gotowa na gruntowne reformy. Ale cieszę się, że raczyła mnie pani hrabina przyjąć i wysłuchać i będę szczęśliwy, jeśli moja opowieść o dekabrystach, choć odrobinę poprawi nasz wizerunek. - powiedział, wzdychając ze smutkiem.
1Matin... - Rano smutek, w południe troska, wieczorem nadzieja.