wtorek, 17 maja 2016

Goście, nowiny i pierwsza bitwa powstańców.


17 maja 2016 r.
Pewnego dnia, Nina wracała z codziennego obchodu gospodarstwa, bardziej niż zwykle zmęczona i przygnębiona. Aleks nie dawał znaku życia, a jego partia jakby zapadła się pod ziemię. Po drodze do domu wstąpiła do kaplicy i odmówiła pacierz, prosząc zmarłą hrabinę Teklę o pomoc. Wierzyła święcie, że ciotunia wysłucha jej prośby. Od rana czuła się źle, a ciągły niepokój, troska i tęsknota za mężem, odbierały jej chęć do życia. Wróciła do domu smutna. W sieni usiadła na taborecie i stękając, zdjęła z nóg kalosze, bo w parku i na dziedzińcu czworaków błoto sięgało po kostki. Z głębi domu dobiegały wesołe głosy i naraz do sieni wpadła rozpromieniona Mira, a za nią dreptała uśmiechnięta Jaga. "Z czego one się tak cieszą? Czy jest teraz w ogóle jakiś powód do radości?" - pomyślała Nina z niechęcią.
- Najmilsza, są nowiny! - wykrzyknęła panna Lutówna, podbiegając do niej. - Przyjechał pan Orlewicz i pani Siekielska. Och, Nineczko, wyobraź sobie, że oddział pana naczelnika rozbił moskiewską kolumnę! Wszyscy Moskale polegli, a z naszych chłopców tylko kilku. Zwycięstwo! - przerwała entuzjastyczną przemowę i bacznie przyjrzała się Ninie, siedzącej bez ruchu w milczeniu. - Kochanie, źle się czujesz?
Bitwa powstańców 1863 r.
 Z policzków Niny odpłynęła cała krew, a twarz z każdą chwilą stawała się bledsza, przybierając odcień siny. "Jezu, stało się! "- myślała z przerażeniem. Oto wydarzyło się to, czego najbardziej się obawiała. Mąż zaatakował i rozbił rosyjski oddział. Według prawa wojennego, zasłużył na karę śmierci. Teraz tajni agenci zaczną się rozpytywać i prędzej, czy później, do władz carskich trafi informacja, że naczelnikiem partii jest hrabia Klonowiecki z Makowa. Wtedy można spodziewać się najazdu wojska i konfiskaty majątku. Wyrzucą ją z domu, jak niegdyś matkę z Jaśminowa. A łudziła się cichą nadzieją, że do bezpośredniego starcia nie dojdzie i Aleks zniechęcony do władz powstańczych, powróci do domu.
- Przepraszam, kochanie, nie pomyślałam że możesz zasłabnąć z radości.- rzekła Mira ze skruchą.
" Ty, głupia!- pomyślała Nina, przymykając powieki, - Gdybyś mi powiedziała, że powstanie się skończyło, byłaby to cudowna nowina. Boże, oni wszyscy są wprost napompowani entuzjazmem jak balon gazem." Westchnęła i otworzyła oczy. Walenty już biegł truchcikiem, niosąc szklankę wody. Jaga podsuwała jej pod nos sole trzeźwiące. Kumosia usłyszawszy, że pani zasłabła, śpieszyła z bobrowymi kroplami, a za nią pani ochmistrzyni z wachlarzem. Nina odetchnęła głęboko, pragnąc pobudzić krążenie.
J. Chełmoński Epizod z powstania w 1863 r.
  - Już mi lepiej . - oznajmiła chłodno, odsuwając nianię.
- Cóż to, nie cieszysz się, dziecinko, że są nowiny o panu? - zdziwiła się Jaga.- Pomóc ci przejść? Goście są w buduarze.
- Dobrze. Chcę wiedzieć z czym przyjechał Orlewicz i posiedzieć z Zosią.
- Czy jaśnie pani hrabina pozwoli, żebym i ja mógł posłuchać nowin o naszym panu? - spytał nieśmiało Walenty.
- Oczywiście. - Nina podniosła się czując, że powracają jej siły. Szła coraz prędzej, a potem już biegła, unosząc wysoko spódnice i zaledwie dotykając stopami posadzki. Jak wicher wpadła do buduaru, w rozwianej sukni i z ogniem w oczach. Orlewicz wstał i skłonił się z uśmiechem. Na kanapce siedziała Zosia, bardzo blada, trzymając złożone dłonie na kolanach. Nina podeszła do niej ucałowała jej gładki policzek i usiadła obok, obejmując przyjaciółkę ramieniem.
- Cieszę się, że pana widzę w zdrowiu. - skinęła Orlewiczowi głową. - Dobrze, że przyjechałaś, trusieńko. Wybierałam się jutro do ciebie. Panie Orlewicz, prosimy o dokładną relację o najnowszych wydarzeniach. Jeszcze nikt nie miał tak uważnych i wdzięcznych słuchaczy. Czy partia poniosła duże straty ? A czy mój mąż i nasi przyjaciele wyszli z bitwy cało?
Orlewicz był brudny i zabłocony, a jego niegolona twarz pociemniała, wysmagana wichrami. Ale oczy miał błyszczące i uśmiech na ustach.
- Najmocniej przepraszam panią hrabinę, za mój wygląd, ale ja tak prosto z drogi. - tłumaczył się zakłopotany.
- To nie ma żadnego znaczenia. Jest pan dla nas najmilszym, oczekiwanym gościem.- powiedziała Nina niecierpliwie.- Proszę opowiadać.
- Pan naczelnik jest zdrowy. Wczoraj odniósł zwycięstwo nad dwiema rotami wojska rosyjskiego. Wszyscy świętujemy pierwszy, znaczący sukces naszej partii. Pan naczelnik prosił, żebym doręczył paniom listy, a dla pani hrabiny dał mi tę gałązkę.- pogrzebał w kieszeni i wręczył damom listy, a z portfela wyjął małą gałązkę świerkową i podał ją Ninie. Listy były zwykłymi kartkami wydartymi z notesu i zalepionymi chlebem. Młode kobiety porwały je chciwie i czekały tylko okazji, aby przeczytać listy na osobności. - Pan naczelnik wspominał, że to gałązka z jego leśnego posłania. - dorzucił Orlewicz. - Przesyła ją z ucałowaniem zamiast kwiatów.
Nina ujęła gałązkę końcami palców i przycisnęła ją do ust, pomimo kłujących igieł. Nagle przypomniały się jej słowa smutnej, żołnierskiej piosenki:
Czy pamiętasz Kasiu, jakim obiad miał?
Pieczenia z konia pod siodłem pieczona
Takim obiad miał.
Czy pamiętasz Kasiu, jakiem łoże miał?
Świerczyna zielona na śniegi rzucona
Takiem łoże miał .
" Nie, nie będę płakać, bo Orlewicz wygada się przed Alkiem, a on zaraz weźmie to sobie do serca". Przełknęła łzy, obiema rękami przyciskając do piersi ten skromny dar, cenniejszy od złota, bo na nim spoczywała głowa męża.
- Jest pan z pewnością głodny i spragniony. Zaraz podadzą posiłek, a teraz błagam, niechże pan mówi! - ponagliła.
Atak powstańców 1863 r.
Orlewicz zaczął dosyć monotonnie relacjonować szczegóły bitwy, lecz potem sam dał się porwać i opowiadał z nieukrywaną emocją. Partia zebrawszy oczekujących na nią ludzi, zapadła w lasy koło Zagnańska. W tym miejscu droga prowadzi z Suchedniowa do Kielc i jest to bardzo ważny punkt strategiczny. Rozesławszy konne patrole, powstańcy oczekiwali na okazję. Jakoż na drugi dzień otrzymali wiadomość, że w pobliskiej wsi zakwaterowały się dwie roty wojska, złożone z piechoty i kozaków. Czujki powstańcze nie spuszczały z nich oka, śledząc każdy ruch nieprzyjaciela. Nareszcie Rosjanom sprzykrzył się pobyt na wsi, a może obrabowawszy gospodarzy z żywności uznali, że czas się stamtąd wynieść. Dość, że kolumna ruszyła w stronę Bodzentyna. Naczelnik nie uderzył, nie chcąc narażać ludności wsi. Zgotował Moskalom zasadzkę na leśnej drodze. Błyskawiczny atak powstańców, był dla Rosjan absolutnym zaskoczeniem. Od razu wywiązała się zacięta bitwa. Okazało się przy tym, że powstańcy nie będąc zawodowymi żołnierzami, dobrze uzbrojeni, natychmiast wzięli górę nad nieprzyjacielem, walcząc z niebywałą odwagą i pogardą śmierci. Strzelców wspierała kosynierka, straszliwa w bezpośrednim natarciu. Na kozaków szarżował oddział kawalerii powstańczej. Rosjanie bili się bardzo dzielnie, jednak widząc śmierć swego dowódcy, nie wytrzymali nerwowo i poszli w rozsypkę. Tylko nielicznym udało się ujść z życiem. W ręce powstańców wpadło sporo zdobycznej broni i amunicji, konie kozackie oraz dwa wozy pełne worków kradzionej żywności, którą naczelnik rozkazał oddać ograbionym chłopom. Świeżo upieczeni żołnierze, wychwalali pod niebiosa militarne zdolności swego dowódcy. Atak zaplanowany był tak precyzyjnie, przeprowadzony brawurowo, że musiał zakończyć się zwycięstwem.
Bitwa  powstańców z wojskiem carskim.
 - Szarżę kawalerii prowadził pan naczelnik. - opowiadał Orlewicz. - Sam pędził na przedzie z gołą szablą w dłoni, a ludzie szli za nim jak burza. Zmietli kozuniów, zanim ci zdążyli połapać się w sytuacji. Czego jazda nie docięła, to kosynierka dorżnęła. Chryste Panie, jakież to nasze chłopstwo drapieżne! Pozostawili za sobą prawdziwe jatki. Wilki będą miały ucztę. O, najmocniej panie przepraszam! - Orlewicz zreflektował się, uświadomiwszy sobie, że jego słuchaczkami są damy. - Za to teraz ludzie zlatują się do partii ze wszystkich stron, bo już głośno, że jest wojsko polskie i dobry dowódca. Mamy czterystu żołnierzy, a ciągle jeszcze przybywają nowi.
Nina słuchała go z rozchylonymi ustami i z zapartym tchem, tuląc do siebie płaczącą Zosię. Mocą wyobraźni widziała bitwę i galopującego na czele kawalerii męża. Jakże pięknie musiał wyglądać na karym ogierze, w amarantowej konfederatce na jasnych włosach. Szara powstańcza burka rozwiewała się w pędzie, na kształt skrzydeł jastrzębich. Pierwszy wystawiał się na kule wroga...
Paweł wniósł poczęstunek i młody leśniczy przeprosiwszy panie, zabrał się do jedzenia, przełykając całe kęsy i dławiąc się, bo obie młode kobiety cały czas zasypywały go pytaniami. Zosia niepokoiła się o ojca. Pan Syrwin, będąc człowiekiem w starszym wieku, musiał znosić w powstaniu spartańskie warunki życia, uciążliwe nawet dla młodego mężczyzny.
- O pana Syrwina proszę się nie martwić. - rzekł Orlewicz, prędko przełykając kęs polędwicy. - Jest pełen energii i świetnie włada białą bronią. To właśnie ojciec pani zabił dowódcę Moskali. Znać starą, dobrą szkołę żołnierską.
- Wiem o tym.- rzekła Zosia z dumą. - W czasie powstania w 1831 roku, papcio otrzymał krzyż Virtuti Militari za okazane męstwo. A jak się czuje mój mąż?
- Znakomicie. Jest zastępcą pana naczelnika. Atak był tak nagły, że z naszych niewielu poległo. Ranny został pan Biecki i doktor Borutyński musiał go operować
- Biedna Dora! - Zosię zmartwiła ta wiadomość. - Poważnie ranny?
- Dostał postrzał w rękę, ale kość jest cała. Leży w chacie gajowego, a jego córka ma o pana Kazia staranie. - Orlewicz usiłował ukryć uśmiech, obie panie zarumieniły się i spuściły oczy. - O, nasz kochany doktor, to prawdziwy dobry duch oddziału. - ciągnął Orlewicz. - Ma złote serce i ręce. Po walce pozostało przy życiu kilku Rosjan i nasi chłopi postanowili skrócić ich kosami o głowy. Pan Janek tak energicznie stanął w obronie jeńców, że o mało nie postrzelił jednego kosyniera. Chłopcy go uwielbiają, bo w bitwie stawał nawet lepiej od innych. Pan Siekielski i pan Barycz zasłużyli na pochwałę dowódcy, za szczególną odwagę. Za to panowie Wąsocki i Jabłocki wracają do domów, bo obaj się obaj pochorowali. Cóż, na wojnie dobre chęci nie wystarczą
- Mój Boże. - westchnęła Nina z zazdrością. - To panie Wąsockie i Dorota z matką, mogą już być spokojne o swoich bliskich. Dla tych panów powstanie definitywnie skończone.
- Widział pan może pana pułkownika Langiewicza? - odezwała się Mira, słuchająca z zajęciem rozmowy.
- Pana generała Langiewicza! - poprawił Orlewicz. - Pan Langiewicz otrzymał awans na generała za zasługi bojowe.
- Doprawdy? - zdziwiła się serdecznie Nina. - A cóż on takiego zdziałał?
- No.... zdobył Szydłowiec. Jego partia złożona z robotników i górników, biła się wspaniale. Gdy udało się im wyprzeć nieprzyjaciela z miasteczka, uszczęśliwieni mieszkańcy zgotowali im ucztę. Podczas gdy Polacy oblewali zwycięstwo, dowódca rosyjski zebrał rozproszone wojsko i niespodziewanie uderzył na miasto. Langiewicz musiał się natychmiast wycofać, tracąc wielu żołnierzy .Moskale część miasteczka spalili, a mieszkańców okrutnie ukarali.
- Ach, skąd my to znamy? - skrzywiła się Nina ironicznie. - Powtarzają się błędy popełnione w Bodzentynie. I za to pan Langiewicz dostał nominację? W takim razie mój mąż powinien być podniesiony do rangi marszałka! Dlaczego powstańcy wchodzą do miast, narażając niewinną ludność na represje? Powinno się zwalczać nieprzyjaciela w terenie. Nie znam się na wojnie, jednak nie słyszałam, żeby awansowano oficerów za przegrane bitwy. Ale to już nie nasza sprawa, prawda trusieńko?
- Naturalnie. - przytaknęła Zosia. - Czy pan się orientuje, jakie pan naczelnik ma plany ?
- Niestety nie. Zapewne pan naczelnik wspomina o tym w liście.
Nina wstydziła się czytać list od męża przy wszystkich, bo wiedziała, że będzie płakać. Ale kiedy do buduaru wszedł pan Bochniak i kilka innych osób, mających w partii krewnych, a zmęczony Orlewicz musiał raz jeszcze opowiedzieć o bitwie, Nina wymknęła się do sypialni. Usiadła na łóżku i rozpieczętowała list.
" Najdroższa moja żono, mój słodki skarbie i ukochanie..." - drobne literki rozpłynęły się jej w oczach. Upadła twarzą na poduszki i zaniosła się łkaniem. Szlochała z tęsknoty i z radości, że on żyje i myśli o niej. Musiała dać upust rozpaczy pożerającej ją od momentu rozstania. Dopiero kiedy cały ból spłynął łzami, powróciła do przerwanej lektury listu. Aleks zapewniał ją, że czuje się znakomicie i zaklinał, żeby się o niego nie martwiła, bo może sobie zaszkodzić.
Kozacy. Kadr z filmy "Rok 1863"
"Jak dotąd, nie otrzymałem nowych rozkazów i sam muszę zatroszczyć się o moich żołnierzy. Promyczku, dzisiejszej nocy przyślę wóz z eskortą po część ukrytej broni i amunicję. Chłopcy w czasie bitwy zmarnowali mnóstwo nabojów. Ale nie wyobrażasz sobie, jaka w naszym narodzie wola walki i wiara w zwycięstwo. Ofiarność niewyobrażalna. Przychodzą do nas ubodzy chłopi, przynosząc żywność, paszę dla koni i nie chcą przyjąć zapłaty. Moi chłopcy idą do bitwy, jak do tańca. Jestem z nich ogromnie dumny, jednak obawiam się, aby Rząd nie zmarnował tego wielkiego zapału i poświęcenia, bo jak dotąd, niewiele się o nas troszczy. Kiedy wkraczamy do miasteczek, na widok Twego Orła na chorągwi, ludzie głośno płaczą ze szczęścia. Witają nas biciem w dzwony, a księża wychodzą naprzeciw w procesjach. Naprawdę przeżywamy wielkie dni. W każdej miejscowości, godła carskie zrzucane są z budynków, a na to miejsce zawieszają Orła. Ukochana moja, nasz doktorek koniecznie potrzebuje szarpi, płótna na opatrunki i arniki. Może matka chrzestna lub panna Lasewiczówna, zdołają zdobyć gdzieś laudanum i morfinę, bo mamy poważnie rannych. Brakuje nam już żywności. Każ ją wydać z zapasów. Niech pan Bochniak przygotuje dwa mocne wozy do transportu żywności. 
Ubiory powstańców w 1863 roku.

Moi żołnierze potrzebują odzieży i butów oraz ciepłej bielizny, bo wielu przychodzi do nas w łachmanach. Przydałyby się także konfederatki. Serce mnie boli, gdy patrzę na nędzę moich chłopców, tak dzielnie przez nich znoszoną. Dobry humor ich nie opuszcza. Ciągle dręczą mnie wyrzuty sumienia i obwiniam się, że jestem złym mężem, bo bezlitośnie pozostawiłem Ciebie samą w tym najtrudniejszym okresie. Nie ma godziny, abym myślami nie był przy Tobie, miłości moja. Uwierz mi, Nino, kocham Cię, jak nigdy nikogo, ale musiałem pójść. To sprawa mego honoru. Ogromnie tęsknię za Tobą i niepokoję się o Twoje bezpieczeństwo. Może uda mi się wyrwać na kilka godzin i przyjechać do domu, by ucałować Twój nosek.(zadarty!) Kochanie, zorientuj się, czy jest możliwość założenia gdzieś w pobliżu lazaretu, bo rannych będzie ciągle przybywać. O mnie się nie troszcz, bo ja pamiętam, że muszę żyć dla Ciebie i naszego dziecka."
List kończył się namiętnymi wyznaniami miłosnymi i prośbą, aby na siebie uważała, a także pozdrowieniami dla domowników. Nina odczytała go dwa razy, ucałowała przybrudzoną kartkę i schowała list do szkatułki przy łóżku. Usiadła przy stoliczku i pośpiesznie skreśliła do męża kilka słów, mając nadzieję, że Orlewicz postara się doręczyć Aleksowi wiadomość od niej. Przemyła twarz wodą różaną, poprawiła przed lustrem włosy i powróciła do buduaru.
Orlewicz, najedzony i wypoczęty zaraz zaczął się żegnać, obiecując doręczyć jej list naczelnikowi, a Jasiowi oddać butelkę syropu z cebuli. Nina powiadomiła pana Bochniaka o przybyciu powstańców po broń i postanowiła przyjąć ich razem z rządcą. Pan Bochniak nie był tą decyzją zachwycony.
- Pan naczelnik zmyje mi głowę, gdy się dowie, że pani hrabina naraziła się na przeziębienie.- mruczał, szarpiąc wąsy.
- Proszę mi tego nie bronić.- szepnęła, składając dłonie i błagalnie patrząc mu w oczy. - Tylko tyle mogę zrobić dla mego męża..
Wzruszony, ucałował jej rękę, patrząc na nią ze szczerym współczuciem. W szerokiej czarnej krynolinie, wyglądała krucho i eterycznie. Sam miał córkę w jej wieku, przebywającą na pensji w Warszawie. "Biedne dziecko". - pomyślał z ojcowską troską przeczuwając, że nadchodzą czasy tak ciężkie i niebezpieczne, iż stawianym wyzwaniom nie sprostałby być może, nawet silny mężczyzna, a cóż dopiero młodziutka dziewczyna w błogosławionym stanie. Ale gdy popatrzył w jej oczy, dostrzegł w głębi źrenic żelazny upór i twardą wolę przetrwania. 
Nina zatrzymała Zosię na obiedzie i podwieczorku. Rozmawiając o bitwie, wspomniała o konieczności założenia lazaretu
- To może u nas, w Ciążynach? - zaproponowała Zosia, zawsze chętna do pomocy. - Mieszkam tam od chwili, kiedy papcio poszedł do powstania, bo ktoś musi doglądać gospodarstwa, a mojemu rządcy nie ufam.
- Moim zdaniem, – odezwała się Mira – najprościej byłoby porozmawiać o tym ze Stachną Wąsocką. Ona codziennie przebywa w klasztorze i widuje się z przeoryszą, a matka przełożona ma bezpośredni kontakt z Warszawą. Może pan doktor Stefan Łuszczkiewicz z Kielc, pomoże nam zorganizować szpitalik. On też jest powstańcem, podobnie jak pan doktor Antoni Andrzejewski1.
Nina pomyślała, że panna Lutówna jest świetnie poinformowana, lecz udała, iż nie zwróciła na to uwagi.
- Tak, to istotnie dobra myśl, Miruniu. Mąż pisze, że wkrótce będzie potrzebny dobry chirurg w lazarecie.
- No właśnie. - skinęła głową panna Lutówna. - Pan doktor Łuszczkiewicz mógłby popytać w Warszawie i postarać się nam o jakiegoś specjalistę
- Pozostawiam to tobie. - Nina z namysłem ściągnęła brwi – Dziewczęta, naszym chłopcom w lesie rozpaczliwie potrzebne są buty, ciepła bielizna i odzież. Postarajcie się także o konfederatki. Zosiu, wybierz się jutro do pani wojewodziny i pomów z nią o tym. Ranni muszą mieć arnikę, laudanum i morfinę. Niech pani wojewodzina i panna Lasewiczówna, postarają się o leki dla Jasia. Ja nie mogę jechać, bo muszę być od rana na obu folwarkach..
W buduarze zapanowała cisza. Panna Lutówna podniosła się z kanapki i zafurkotawszy spódnicami, poszła spytać Kumosię, czy nie zostało coś z zapasów odzieży i leków. Nina i Zosia siedziały przytulone do siebie, wpatrując się w płomienie buzujące w kominku. Zosia bezmyślnie skubała obręb rękawa bluzeczki. Raz po raz przygryzała wargę, cichutko pociągająco nosem. Nina czule pogłaskała ją po jasnych włosach.
- Trusieńko, co tobie, złotko?
Zosia pochwyciła jej rękę i ściskając ją z całej siły, spojrzała na nią wzrokiem pełnym przerażenia i bólu.

- Ninetko, powiedz mi, jak ty możesz tak spokojnie to wszystko znosić? - uniosła dłoń i zacisnęła zęby na własnym kciuku. Jej delikatna twarzyczka wykrzywiła się pod wpływem cierpienia, a oczy były aż dzikie z przeżywanej męki. - Wstydzę się z kimkolwiek rozmawiać na ten temat, bo to przecież nie wypada. Ale my znamy się od dziecka i zawsze dobrze się rozumiałyśmy. Nino, ja nie potrafię żyć samotnie. Od roku jestem mężatką, ale zaraz spodziewałam się dziecka i Tadzio to uszanował. Krótko z sobą żyliśmy, bo często źle się czułam. A teraz, kiedy znowu moglibyśmy kochać się, jak mąż z żoną, wybuchło powstanie i Tadek mnie opuścił. Ja przecież rozumiem, że to dla dobra ojczyzny, lecz mimo to, w nocy szukam go koło siebie, ale moje dłonie chwytają tylko powietrze. Nino, ja dłużej tego nie wytrzymam, oszaleję! Jestem młoda, pragnę żyć z moim mężem, a muszę zachowywać się jak wdowa. Och, mam ochotę umrzeć! Kochanie, czy ty mnie rozumiesz?
To wyznanie taktownej i subtelnej Zosi, było dla Niny prawdziwym szokiem. Przyjaciółka jakby czytała w jej myślach. Przez chwilę Nina szukała odpowiednich słów. Jej milczenie Zosia zrozumiała opacznie, jako potępienie dla okazanej szczerości. Na jej blade policzki wypłynął krwawy rumieniec.
- Pardon. - wyszeptała zażenowana. - Strasznie mi przykro. Nie chciałam cię urazić. Zachowałam się trywialnie.
Dalsze jej słowa stłumił pocałunek Niny
- Najmilsza, wypowiedziałaś głośno dokładnie to, co czuję. I nie waż się nawet myśleć o śmierci, bo przyniosę pistolet i sama skrócę ten nasz żałosny żywot! Jesteś młoda, śliczna, masz synka i musisz dla niego żyć. A ja wyobrażałam sobie, że jestem osamotniona w moim bólu. Sądzisz, że mnie jest lżej? Przecież niedawno wyszłam za mąż i ubóstwiam mego męża. Jest dla mnie taki czuły, troskliwy, a ja mam temperament.... - wyznała wstydliwie i odetchnąwszy, ciągnęła dalej: - Widzisz, ja przeczuwam, że powstanie wkrótce upadnie i wprost modliłam się do Alka, błagając go, żeby nie brał udziału w walce. Miałam nadzieję, że wyjedziemy za granicę. Podejrzewam, iż lekarze nie powiedzieli mi całej prawdy i prawdopodobnie będę miała trudności z urodzeniem dziecka. Ale mężczyźni są głusi na prośby kobiet, ponieważ wojna jest dla nich wyzwaniem, męską przygodą i sprawą honoru. - przez jej twarz przemknął cień żalu, a może gniewu. - Nic na to nie poradzimy, choćbyśmy waliły głową o mur i wrzeszczały jak opętane przez diabła. Ja z każdym dniem staję się coraz bardziej ociężała i nieporadna. Brzuch mi rośnie, a sił ubywa. Panicznie boję się najazdu Moskali, bo słyszałam, że oni niczego nie szanują i krzywdzą kobiety. Nawet we śnie nie mam spokoju, bo dręczą mnie koszmary o Pauli. Jednak musimy wytrzymać, bo cóż innego nam pozostało? Minęły dobre czasy i zamiast wypoczywać w Trouville- sur- Mer2, szyjemy mundury i martwimy się o naszych mężów.
Zosia pokiwała z rezygnacja głową, a potem spojrzała na nią z nagłym lękiem
- Ninetko, a jeżeli oni nie wrócą? Co się z nami stanie? - oczy Zosi zaokrągliły się z przerażenia, jak u małego, wystraszonego dziecka.
Nina pobladła i szybko się przeżegnała.
- Trusiu, nie wolno tak myśleć, to przynosi pecha! Nie umiałabym egzystować z taką świadomością. Pragnę żyć dla mego Alka i dla dziecka. Pamiętam, ciotunia Tekla mówiła, że życie każdego człowieka to Via Dolorosa, droga boleści. Dźwigamy ten swój krzyż i upadamy pod jego ciężarem. Ale podnosimy się i idziemy dalej, aż do kresu, którym jest Golgota – czyli śmierć. No, mniejsza z tym. Pomyśl tylko o Jasiu. Biedaczysko, na progu nowego życia, musiał opuścić narzeczoną i odejść do lasu. Martwię się o niego, bo bardzo kaszle i jest przeziębiony.
- Masz rację, Ninetko. - westchnęła Zosia, nieco pocieszona jej słowami. - Orlewicz mówił mi, że Janek jest teraz bardzo smutny. Pamiętasz, dawniej zawsze miał ochotę do żartów i ciągle z Tadkiem płatali nam figle.
- Pamiętam. Ale mam nadzieję, że pocieszy go niespodzianka, jaką mu gotuję. - Nina zrobiła tajemniczą minę i położyła palec na ustach. - Nie zdradź mnie! Napisałam do cioci Salusi i zaprosiłam ją do Makowa razem z panną Maciejewską, narzeczoną Jasia.
Kossak. Ubiory dam w okresie powstania.
  - To wspaniale! - zawołała uradowana Zosia. - Wiesz, urządzimy im tutaj wesele. Taki powstańczy ślub! - klasnęła w dłonie i roześmiała się serdecznie.
- Dobry pomysł. Niech tylko oni powrócą w nasze strony.
Uspokojona Zosia rzuciła okiem na zegar i podniosła się z kanapki
- Na śmierć zapomniałam ci powiedzieć, jakie nieszczęście spotkało panią wojewodzinę. Sama wiesz, jak ona kocha Starewicza. Wcale nie widziała u niego wad. Tymczasem on sprawił jej straszny zawód. Zamiast do powstania, wyjechał do Kielc i tam, w rosyjskim garnizonie, gra w karty, pije i źle się prowadzi. To potworny cios dla biednej pani wojewodziny.
- A zatem Starewicz jasno się zadeklarował, że stoi po stronie silniejszego. - stwierdziła chłodno Nina. - Pani wojewodzina powinna się ciszyć, że przynajmniej jej wnuk przeżyje i jest bezpieczny. O, moim zdaniem, stanowczo za dużo u nas "matek Spartanek". Głupich fanatyczek, gotowych dla wydumanych celów, wysłać rodzone dziecko na szubienicę, byle tylko mieć męczennika w rodzinie. Czy pamiętasz, trusieńko, nie było jednego wieczorka lub tańcującej herbatki, żeby panny nie nuciły tej idiotycznej piosenki:"Wierna tobie, na twym grobie, pocałuję krzyż" A nieboszczyk z radości przewrócił się w trumnie!
Zosia wybuchnęła śmiechem i wycałowana przez wszystkie panie, odjechała do Ciążyn.
1Nazwiska lekarzy kieleckich autentyczne.
2Trouville-sur-Mer - znana miejscowość kąpielowa we Francji.