niedziela, 8 maja 2016

Kucie kos i zaręczyny Jasia.


8 maja 2016 r.
Przed Bożym Narodzeniem obie panie wracały saniami z Siewek, majątku Wąsockich. Krótki dzień grudniowy zbliżał się ku końcowi, a na pogodne niebo wschodził blady księżyc. Od zorzy wieczornej śnieg poróżowiał, a obłoki przybrały kolor brzoskwiniowy. Bezpromienna tarcza słońca wolno zapadała za
 ciemną linię borów. Sanie ślizgały się lekko po śniegu, a cztery araby przybrane w jedwabne siatki, ciągnęły je bez wysiłku, raźno parskając i dzwoniąc janczarami uprzęży. Stach ściągał lejce, nie pozwalając koniom przejść w galop, na co miały wielką ochotę. Panie okryte niedźwiedzimi futrami nie czuły chłodu. Nina przymknąwszy oczy, wsparła głowę o wyłożony poduszkami tył sań i rozkoszowała się pędem, rytmicznym dźwiękiem dzwonków i wspaniałą jazdą przez zastygłe pod śniegiem pola i lasy białe od śnieżnego puchu. W mijanych wsiach, po chatach zapalano światła, a na podwórzach przeraźliwie skrzypiały żurawie, ciągnące wodę ze studni. Nina poczuła głód mimo, że w Siewkach jadły podwieczorek i cieszyła się, że wkrótce napije się gorącej herbaty z cytryną i zje 
kolację. Aleks z Tadeuszem wybrali się na polowanie i spodziewała się męża dopiero pod wieczór. 
Pomyślawszy o nim, natychmiast poczuła tęsknotę.
- Stachu. – odezwała się, zasłaniając usta futrzaną mufką. – Czy nie można jechać prędzej?
- Jaśnie pan hrabia nie pozwolił, bo się boi, żeby się naszej jaśnie paniuleczce jakaś krzywda nie stała. – odrzekł stangret flegmatycznie. – Do Makowa już niedaleko, zaraz będziemy w domu. Dziś moja stara obiecała zrobić na kolację pierogi z serem. Dobre mamy koniska i szkoda by było, żeby sobie nogi połamały na tej gołoledzi. Śnieg taki wyjeżdżony, aż błyszczy.
- A pewnie! – podchwycił Maciek. – Jaśnie pan dziedzic groził, że nas ze skóry obedrze, jakby się sanie przewróciły, co nie daj Panie Jezu. Amen!
Chłopak w ogromnym kożuchu i baranicy na głowie przypominał kudłatego bałwanka. Nina prychnęła gniewnie, lecz już nie narzekała. Maciek towarzyszył jej wszędzie, gdziekolwiek wyjeżdżała, nie odstępując jej na krok i otaczając swą młodą panią rozczulającą troskliwością. Cieszył się zaufaniem hrabiego, bo tylko jemu dziedzic powierzył opiekę nad żoną. Czasami ta opieka ciążyła jej nieznośnie, bo i Stach nie spuszczał jej z oka, lecz zdobywała się na cierpliwość, wdzięczna za troskę, i nie chcąc im sprawić przykrości.
- Dobrze! – mruknęła, wtulając nosek w puszysty kołnierz futra. – Ale jak po drodze umrę z głodu, to wy będziecie winni!
- Taka jesteś głodna? – zdziwiła się panna Mira. – Przecież u Wąsockich zjadłaś aż trzy duże ciastka!
- Już o nich zapomniałam. Pan Szymon powiedział, że na kolację będą kotlety cielęce po węgiersku, z francuskimi kluseczkami i galaretka morelowa.
- Owszem, lubię kotlety, lecz dziś miałabym ochotę na kurczęta po polsku, z nadzieniem, pieczone w maśle i młode ziemniaczki z koperkiem i mizerią. Mniam! – Mira mlasnęła językiem i oblizała się. – Ach, te kurczęta! – westchnęła. – Takie chrupiące, polane stopionym masełkiem i malutkie ziemniaczki obsypane koperkiem i zrumienioną tartą bułeczką.
- Mira, nie rób mi apetytu, bo aż mi ślinka cieknie. Fe, jak te zioła mocno pachną! – Nina z odrazą odsunęła od siebie worek z zebranymi ziołami. – Miałam ochotę porozmawiać ze Stasią, ale ona całymi dniami siedzi u sióstr bernardynek w Świętej Katarzynie.
- Tak, to biedna dziewczyna. – panna Lutówna westchnęła ze współczuciem, doskonale rozumiejąc, co Stasia przeżywa.- Dużo uzbierałyśmy ziół i pani wojewodzina będzie z nas zadowolona.
- Aha! – skrzywiła się ironicznie Nina. – Przyjmij do wiadomości, że z zasady pani wojewodzina nigdy z nikogo nie jest zadowolona. Dla niej, chodzącą doskonałością jest mój mąż i pan Starewicz. Staruszka ma charakterek, a już szczególnie nie znosi policji. Kiedy do Lipieńca przyjechał sprawnik Boruchin, trzymała go pod drzwiami na mrozie, przekazując mu odpowiedzi przez rządcę, pana Marcinkiewicza.
- To nie było zbyt rozsądne. – zauważyła Mira. – Kochanie, mam do ciebie prośbę.
- No, słucham. Pewnie znowu zamierzasz coś wycyganić ode mnie, dla swoich pupilków? – roześmiała się Nina.
- Tym razem nie. Chciałam cię prosić, żebyś pozwoliła korzystać z biblioteki pałacowej Tomkowi Kochanowi. To wyjątkowo zdolny chłopiec i bardzo inteligentny. Wprost niesyty wiedzy. Wszystkie moje książki już przeczytał. Zgadzasz się?
- Nie widzę przeszkód. To przyjemny chłopiec, a mego męża dosłownie adoruje. Kto wie, może wyrośnie z niego wartościowy człowiek? Mąż ma wobec niego plany i pragnie go dalej kształcić. Szkoda, że dziewczęta wiejskie nie przejawiają chęci do nauki, bo na wsi kobiety są zacofane, a chłopi twierdzą, że babom nauka niepotrzebna.
 Przez jakiś czas rozmawiały o projekcie założenia w Makowie szkoły gospodarstwa wiejskiego dla kobiet, o czym Nina od dawna marzyła, przeczytawszy, że podobna szkoła istniała w Puławach, założona przez księżnę Izabelę Czartoryską. - Gdyby władze stawiały opór, to zwrócę się w tej sprawie prosto do margrabiego Wielopolskiego. On mi pomoże, bo bardzo popiera oświatę. – Nina umilkła i uniosła się w saniach, przysłaniając oczy dłonią. – Maciuś, co to się tak świeci przed nami?
- Przecie to nasza kuźnia. – powiedział, odwracając się do niej. – Widać, cosik jeszcze robią.
Podjechali bliżej i zobaczyli, że z kuźni przez szeroko otwarte drzwi, padał na poczerniały rozjeżdżony śnieg, purpurowy odblask ognia. We wnętrzu stało kilku mężczyzn i rozmawiało z sobą. Już z daleka słychać było sapanie miecha i uderzenia młotów. Te nieregularne uderzenia miały takt walca. Po jednym mocniejszym uderzeniu, następowały dwa szybkie. Spod młotów tryskały fajerwerki złotych iskier, a palenisko jarzyło się, jak wrota do piekieł.
- Co oni tam robią o tej porze? – zastanawiała się głośno Nina, lubiąca wiedzieć o wszystkim, co się w majątku działo. – Stachu, proszę zatrzymać konie.
- Pewnie kowal komuś konia podkuwa! – skomentował Maciek. – Niechże jaśnie pani nie wysiada. Jaśnie pan dziedzic wróci z polowania i będzie się troskał, a na nas się skrupi!
- Nie bój się, wstawię się za wami. – Nina energicznie odrzuciła futra i lekko wyskoczyła z sań. Za jej przykładem wygrzebała się panna Mira i obie skierowały się ku otwartym wrotom kuźni. Za nimi poczłapał niezadowolony Maciek. - No, no, kogo ja tu widzę! – mruknęła do siebie Nina, zajrzawszy do wnętrza. – Dobry wieczór, panie Orlewicz. – powiedziała głośno, starając się przekrzyczeć huk młotów.
Leśniczy odwrócił się błyskawicznie i zdębiał, ujrzawszy dwie panie wyłaniające się z mroku jak zjawy.
- A, nieładnie! – zaśmiała się Nina, zauważywszy jego osłupiałą minę.- Myślałby kto, że zobaczył pan upiora, a nie dwie bardzo sympatyczne damy.
- Pani hrabina… - raczej westchnął niż powiedział Orlewicz. Postąpił ku niej, starając się zasłonić sobą kowadło i pracujących przy nim ludzi.
- We własnej osobie. Ale co pan robi w mojej kuźni, o tak późnej porze? – zmrużyła oczy przed jaskrawym lśnieniem rozpalonej stali, którą kowale kuli na wielkim kowadle. Odskoczyła do tyłu, by uniknąć oparzenia iskrą.
- Moje konie ślizgały się po śniegu i trzeba je było podkuć.- Orlewicz nie umiał kłamać i prędko spuścił oczy pod jej drwiącym wzrokiem.
- Doprawdy? – wycedziła. – Nie znam się na kowalstwie, ale to nawet ja wiem, że konie podkuwa się podkowami. A tu, jak widzę, przekuwa się kosy na sztorc! – niedbale potrąciła stopą wykutą już kosę, leżącą obok innych na ziemi.
A.grottger. Kucie kos.

Obaj kowale na widok pani przerwali robotę i witali ją, kłaniając się jej aż do nóg. Ale na znak leśniczego zajęli się wyciąganiem długich ostrzy z paleniska, wrzucając je do cebra z wodą i w ten sposób hartując stal. Zasyczało i para przesłoniła kuźnię. Nina zakrztusiła się i zakaszlała.
- Zamierza pan śnieg kosić? – syknęła gniewnie. – Czy w sarnickiej kuźni zabrakło kowala? Tylko patrzeć, a sprawnik Boruchin ponownie złoży nam wizytę, i to w większym towarzystwie. W Makowie mamy konfidenta! – rzuciła mu szeptem do ucha.
Orlewiczowi zrobiło się bardzo przykro. Nie wiedział, jak ma się zachować i tłumaczyć.
- Nic nie wiem o konfidencie. A kosy kujemy na wyraźny rozkaz. W Sarnikach kowal niepewny, a chłopi są wrogo nastawieni. Pan Borutyński mógłby się dowiedzieć i wezwać żandarmów.
Rzuciła okiem na stos wykutych, lśniących ostrzy i z miną pełną politowania wzruszyła ramionami.
- To przecież dziecinada. Historia niczego was nie nauczyła? Dalej z kosą na armaty? – powiedziała z krzywym uśmiechem, choć na moment serce w niej zamarło z przerażenia. A więc doszło już do tego, że kują kosy na sztorc! Nawet nie spytała na czyj rozkaz, bo wiedziała, że pracują na polecenie męża. - Pani hrabina raczy się cofnąć na zewnątrz. Tu duszno i można się sparzyć.- Orlewicz opanował się i podał jej rękę, delikatnie lecz stanowczo wyprowadzając ją z kuźni. – Pod Racławicami to kosy wywalczyły nam zwycięstwo.
- Owszem, wygraliśmy bitwę, przegraliśmy Polskę. Znowu poniesiemy klęskę, z tej prostej przyczyny, że nasz przeciwnik ma dobre armaty i znakomicie wyszkoloną armię. – parsknęła ze złością i miała ochotę kopnąć zaspę śniegu.
- Pani hrabina raczy mieć do mnie pretensje? – spokojnie spytał Orlewicz.
Ochłonęła i posłała mu uroczy uśmiech. Biedny Orlewicz nie mógł odpowiadać za to, że w kraju brakuje nowoczesnej broni, więc polecono mu kuć kosy. Nie był winien, że KCN nie potrafił wyciągnąć wniosków z tragicznej przeszłości narodu.
- Przepraszam, ale ten widok przypomniał mi coś bardzo smutnego. Byłam nawet tak
nieuważna, że nie przedstawiłam pana. Miruniu, to jest pan Stanisław Orlewicz, a to panna Mirosława Lutówna, nasza nieoceniona nauczycielka i moja przyjaciółka.
- Słyszałem o pani wiele dobrego od tutejszych chłopów. – leśniczy uścisnął rękę Miry.
- O, wieśniacy są zawsze wdzięczni, nawet za odrobinę okazanej im życzliwości. – panna Lutówna dygnęła, ujęta jego pochlebnymi słowami.
- Tak, a potem z czystej wdzięczności, donoszą na nas do żandarmerii! – podchwyciła zgryźliwie Nina.
- Chłopi z Makowa? – zdziwił się Orlewicz.- Przecież oni poszliby w ogień za panem hrabią.
- Jednak ktoś donosi. Przecież Żabiec nie powstał z grobu. – powiedziała Nina i aż wzdrygnęła się, bo przejął ją nagły strach.
- Niechże się jaśnie paniuleczka nie frasuje. – odezwał się Maciek, przysłuchujący się z uwagą rozmowie. – Już my na wszystko mamy oko. Jak złapiemy juchę, to w łeb i pod lód. Wypłynie na wiosnę!
Nina ściągnęła brwi i zgromiła Maćka wzrokiem.
- Widzi pan, jaki bohater się znalazł? Aż się prosi, żeby ktoś to usłyszał i zamknął go do kozy. O ranie już zapomniałeś?
Oczy chłopca błysnęły spod baranicy, jak u złego wilka.
- Ino ten raz mnie, psiajuchy, dostały ale i tak moje będzie na wierzchu!
- Cicho bądź! Utrapienie z tym narwańcem. – Nina potrząsnęła głową. – A tę stal skąd macie?
- Josel dostarczył ją nam zza Wisły. - Orlewicz podniósł jedno ostrze, leciutko przeciągając po nim palcem. – Dobra stal.
- Owszem, do koszenia zboża i trawy. – Nina poczuła, że znowu wzbiera w niej złość. – Kosą w lesie niewiele zwojujecie. A tamci ludzie z kuźni pewni?
- To gajowi z Makowa. Wszyscy zaprzysiężeni i ręczę za nich jak za siebie. – zapewnił Orlewicz, ogarniając nieśmiałym spojrzeniem jej wysmukłą postać.
Jasna twarz Niny wychylała się z puchu sobolowego futra, a jej kobiecość i niepospolitą urodę podkreślał bogaty strój. Była jeszcze piękniejsza niż to sobie wyobrażał. Uśmiech i tajemniczy wyraz marzących oczu, przenosił go do zaczarowanej krainy marzeń, odbierając mu zdrowy rozsądek. Nina dostrzegła nieobecny wyraz jego twarzy i ściągnęła usta, żeby się nie roześmiać.
- A niechże jaśnie pani nie stoi na tym mrozie, bo choroba gotowa! – zwrócił jej uwagę Stach. Był niezadowolony z nieprzewidzianego postoju, bo śpieszył się do domu. Stary stangret cieszył się u hrabiego takimi względami, że niekiedy ośmielał się nawet burczeć na swą młodą panią.
- Tak, tak, proszę wracać do sań.- podchwycił Orlewicz. - My tu jeszcze chwilę popracujemy, a potem kosy zawieziemy do Gliszczysk. Nie zostanie tutaj żaden podejrzany ślad.
Nina przebrnęła zaspę i podeszła do sań, ale zanim wsiadła, Orlewicz szybkim jak myśl ruchem uniósł ja w ramionach i ostrożnie posadził w sankach, troskliwie okrywając ją futrami. Potem pomógł wejść do sań pannie Mirze. Stach strzelił z bata i konie ruszyły z kopyta. Nina obejrzała się za siebie. Orlewicz stał z odkrytą głową i patrzył za nimi,dopóki sanie nie zniknęły za drzewami.
Wiejska kuźnia.
 Przymknąwszy powieki, Nina powróciła pamięcią do obrazu zapamiętanego z lat dziecinnych. Był maj i cały Jaśminów tonął w białych i fioletowych kiściach wonnego bzu. Ojciec mocno trzymał jej rączkę, gdy razem szli przez wieś do kuźni. Przeraziła się, widząc przed sobą wielkie, ziejące ogniem palenisko, niby paszczę smoka. Sapiące miechy wydawały się jej oddechem potwora. Bała się rozpalonego do białości metalu i lecących zewsząd iskier. Rozpaczliwym ruchem przywarła całym ciałem do nóg ojca, szukając u niego ratunku. Pochylił się i wziął ją na ręce, całując i uspokajając. Tłumaczył, jak ważną rolę spełnia kuźnia i z zadowoleniem spoglądał na ustawione w snopy kosy, osadzone na sztorc na drzewcach, groźne i gotowe do użycia w boju. Zapamiętała ojca, stojącego na tle paleniska z podniesioną głową. Promienie majowego słońca złociły jego brązowe włosy. Na zawsze utrwalił się w jej pamięci jego serdeczny uśmiech i silny uścisk jego ramion, otaczających ją kręgiem miłości, w którym czuła się bezpieczna. Wokół kuźni rosły czeremchy i ich cierpki zapach mieszał się z wonią dymu. Pod powiekami poczuła gorące łzy. Ojciec wyruszył do powstania i już nie wrócił. Teraz może pójdzie Aleks… O nie! Nie pozwoli mu odejść, choćby się miała włóczyć mu u nóg albo umrzeć. Nie dopuści, żeby zmarnował sobie i jej życie, walcząc za sprawę nie mającą szans na powodzenie.
„Tatusiu!” – pomyślała i ostry ból przeniknął jej serce, jak zawsze na wspomnienie ojca. Poczuła się źle. Straciła ochotę na jedzenie, nie chciała nikogo widzieć, ani z nikim rozmawiać. Pragnęła zamknąć się w swoim pokoju i płakać, płakać… Nawet nie zauważyła, że sanie zajechały pod pałac. Dopiero wysiadająca z sań Mira obudziła ją z zamyślenia.
- Jaśnie pan wrócił z polowania i pytał o jaśnie panią hrabinę. – poinformował ją na wstępie Walenty, odbierając od niej futro, mufkę, toczek i rękawiczki. – Mamy upragnionego gościa. Przyjechał jaśnie panicz z Warszawy i odpoczywa po podróży.
- Pan Jaś przyjechał? – ucieszyła się Nina. – Ach, jak to dobrze! – A gdzie jest pan?
- Widziałem jak wchodził do czeladnej. – kamerdyner przyjrzał się jej bacznie. – Jaśnie pani może źle się czuje?
- Nic mi nie jest. – zacierając zmarznięte ręce, poszła do czeladnej.
W wielkiej, niskiej izbie było ciepło i jasno. Przy długim dębowym stole zgromadziły się dziewczęta i kobiety, robiąc klockowe koronki i szyjąc odzież zimową dla ubogich. Pośrodku, w obszernym fotelu siedziała Kumosia, w czarnej sukni i rurkowanym czepku. Z książki do nabożeństwa wyszukiwała stosowne modlitwy i odmawiała je głośno, a kobiety powtarzały za nią chórem. Druciane okulary spadały jej ciągle na czubek nosa, mimo to jej bystrym oczom nie uszedł żaden błąd. Chór kobiecych głosów zawodził płaczliwie:
- Witaj, Matko szlachetna! w panieńskiej czystości. Gwiazdamiś uwieńczona, Pani łaskawości. Niepokalana, czystsza niźli Aniołowie, po prawej ręce króla stoisz w złotogłowie.
Usłyszawszy skrzyp otwieranych drzwi, Kumosia obejrzała się i na widok wchodzącej pani wstała, a za nią podniosły się wszystkie kobiety. Na moment, Nina zatrzymała się, chłonąc tę rozkoszną, najcudowniejszą atmosferę rodzinnego domu, o jakiej marzyła przez lata samotnego sierocego życia. Wyobraziwszy sobie, że mogłaby to wszystko utracić, zacisnęła dłonie w pięści. Nie! Jej dziecko nie będzie się tułało po obcych domach. Ona stworzy mu wspaniałe, radosne dzieciństwo. Tak będzie, albo umrze z rozpaczy. Opamiętała się zauważywszy, że kobiety przypatrują się jej ze zdziwieniem.
- Myślałam, Kumosiu, że zastanę tu pana. – odezwała się, pozdrawiając stojące kobiety skinieniem głowy i nakazując gestem, aby usiadły.
- A był tu przed chwilusią po tę moją naleweczkę wiśniową. – stara klucznica, dygnęła z uśmiechem. Od czasu niefortunnej andrzejkowej wróżby, była u Jagi w niełasce, więc ze szczególną gorliwością stała się przypodobać pani, wiedząc, że Nina bardzo ją lubi.
- Pewnie chciał nią poczęstować pana doktora Borutyńskiego. Dziękuję Kumosi. Przywiozłam worek ziół od państwa Wąsockich, trzeba je przeglądnąć. Pani wojewodzina prosiła o krople z naparstnicy. Chwaliła, że nikt tak dobrze, jak Kumosia, nie potrafi ich zrobić. Bardzo pomagają jej na serce.
Staruszka uradowana pochwałą dygnęła.
- Zaraz jutro, kwiatuszku najmilszy, weźmiemy się do pracy. – obiecała.
Nina postanowiła jeszcze tego dnia rozmówić się z mężem. Miała nadzieję, że łagodną perswazją uda się jej przekonać Aleksa, aby zrezygnował z udziału w konspiracji i póki czas, wyjechał razem z nią za granicę. Zamierzała skłamać, że czuje się źle i zdecydowała się zasięgnąć rady zagranicznych lekarzy. Nie przyszło jej do głowy, że męża wiąże złożona przysięga. Zresztą to nie miało żadnego znaczenia, wobec ryzyka utraty jego życia i Makowa. Idąc długim korytarzem, układała w myślach argumenty, jakimi skłoni Aleksa do ustępstwa. Niemal wpadła na Jagę, i krzyknęła ze strachu.
- Dobrze, że wróciłaś, kotuniu. – powiedziała niania. – Wiesz, że przyjechał panicz Jaś? Pan hrabia pytał o ciebie. Obaj siedzą w bibliotece. Przebierz się, niedługo kolacja. Pan Szymon dodatkowo zrobił dla ciebie gęsie wątróbki, które tak lubisz. Dziecko, co ci jest? – zawołała, wpatrując się z niepokojem w zmienioną twarz wychowanki.
Czując nagły zamęt w głowie, Nina wsparła się o ścianę, bo jednocześnie pociemniało jej w oczach i chwyciły ją mdłości. Głęboko w łonie, w samej głębi trzewi, coś drgnęło i poruszyło się w niej. Obiema rękami chwyciła się za brzuch i wstrzymała oddech.
- Jezu, co tobie? – dopytywała się Jaga, obejmując ją i chroniąc przed upadkiem.- Ty mdlejesz! Ludzie, pomocy!...
Niania Jaga?
 - Cicho, nianiu. Nie wołaj nikogo. Pomóż mi tylko przejść do sypialni. – wyszeptała Nina drżącymi ustami i słaniając się, podtrzymywana przez Jagę, dowlokła się do łóżka i położyła się na nim na wznak, oddychając głęboko. Cały czas wsłuchiwała się w swój organizm czekając, aż przykry objaw się powtórzy, ale nic się nie działo. Nudności minęły i poczuła się znacznie lepiej.
Jaga natarła jej skronie wodą kolońską i podała sole trzeźwiące.
- To normalne, kochanie. – pocieszała. – Twoja mamusia chodząc z tobą, mdlała przy byle okazji.
Dziwne objawy tak przestraszyły Ninę, że postanowiła powiedzieć o nich Jadze.
- Obawiam się, nianiu, że ze mną jest coś niedobrze. Zdenerwowałam się, bo w naszej kuźni kują kosy na sztorc. A przed chwilą coś poruszyło się w moim brzuchu. To takie nieprzyjemne… Chyba spytam Jasia, co mi dolega.
Na twarzy Jagi odmalowała się taka radość, jakby nagle padł na nią promień słońca.
- Dzięki Ci, Panie Jezu! – westchnęła i ucałowała Ninę. – O mój słodki skarbie, tak się cieszę! Zaraz powiem panu. To dziecko poruszyło się w tobie. Chwałą Bogu, bo już martwiliśmy się, że do tej pory nie czujesz ruchów. To znak, że dziecko żyje i jest mocne. Teraz już często będziesz czuła jego ruchy. Leż, kociątko, zaraz zawołam pana hrabiego.
- Nie, poczekaj nianiu. Muszę trochę odsapnąć. Mówisz, że często będę się tak paskudnie czuła?To rzeczywiście miła perspektywa! Nie znoszę dzieci, ale Aleks się uparł i…
- Przestań! – Jaga zareagowała tak gwałtownie, że Nina aż podskoczyła na łóżku. – Żeby ciebie czasem Pan Bóg nie ukarał za te bezmyślne, głupie słowa. Jesteś wstrętną, samolubną egoistką, rozumiesz? Biedny pan hrabia przez tyle lat marzył o dziecku, a teraz z wdzięczności obsypuje ciebie prezentami i świata poza tobą nie widzi. O, nawet pan Jaś przywiózł z Warszawy, zamówione przez pana dla ciebie książki, nuty i różne dobre rzeczy. A ty, zawsze niezadowolona, wiecznie skrzywiona i ciągle narzekasz! Jeżeli raz jeszcze posłyszę takie dyrdymały, to zapomnę, że jesteś panią hrabiną i sprawię ci lanie, a potem powiem panu, jaką wdzięczną ma żoneczkę!
Nina przewróciła się na drugi bok i głośno pociągnęła nosem.
- Na nikogo nie mogę liczyć w tym domu. – oznajmiła z goryczą. – Nie jestem egoistką i mogłabym mężowi urodzić nawet tuzin dzieci. - tu nieco minęła się z prawdą, lecz niania nie musiała o tym wiedzieć – Ale wszyscy już mówią o rychłym wybuchu powstania. Mogę zginąć. Czy chcesz, żeby moje dziecko tułało się po cudzych domach i żyło na łasce u krewnych, tak jak ja? Zostaw mnie samą. Widzę, że nawet u ciebie nie znajduję zrozumienia. – dokończyła dramatycznym głosem i chlipnęła rzewnie.
Jaga zapomniała o gniewie i usiadła na skraju łoża, patrząc na nią z miłością i współczuciem.
- Ja ciebie, dziecko, rozumiem. Ale taki jest los kobiet polskich, że w najtrudniejszych momentach życia są same, bo mężczyźni walczą. Może Pan Jezus zmiłuje się nad nami i odwróci od nas ten krzyż? Jeżeli czujesz się lepiej, to wstań i usiądź na kanapce w buduarze. Pójdę po pana. Niechże i on ma chwilę radości. O nim myśl, nie o sobie.
Nina posłusznie podniosła się z łóżka, poprawiła przed lustrem włosy i przy pomocy Ulisi zmieniła suknię. Zaledwie zdążyła przejść do buduaru, gdy do pokoju wpadł Aleks, roześmiany, z oczami błyszczącymi z radości.
- Promyczku, czy to prawda, co niania mówiła? Rzeczywiście czujesz już ruchy naszego dziecka? – odwrócił ją ku sobie, odgarniając jej włosy i ujmując w obie dłonie jej twarz. – Słonko, dobrze się czujesz, bo wyglądasz blado. - musnął lekko ustami jej szyję. Nina odpowiedziała mu uśmiechem. Za Aleksem wszedł do buduaru Jaś.
- Najgorsze za tobą. – pocieszył ją, witając się po bratersku. – Oho, widzę, że jeszcze wypiękniałaś. Panie Aleksandrze, prawda że ona ładnieje w oczach?
- Tylko nie próbuj się podlizywać, misiu. – Nina odruchowo zerknęła do lustra. – Za kilka miesięcy przybiorę kształt beczułki i o urodzie nie będzie już mowy.
- Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza. – szepnął Aleks, opierając czoło o jej skroń, z sercem przepełnionym miłością..
- Za kilka miesięcy będzie w tym domu dużo szczęścia. – rzekł Jaś, patrząc na nią czule. – Jutro porozmawiamy sobie bez świadków, młoda damo. Ja bardzo kocham dzieci i także chciałbym mieć dużą rodzinę. Nie ma nic milszego, jak taki aniołek, nie znający jeszcze obłudy dorosłych. Tak z sześcioro dzieciaków w domu, to dopiero uciecha. Człowiek wie, że ma dla kogo żyć i pracować.
- Uciecha? – Nina szeroko otworzyła oczy, patrząc na niego ze zgrozą. – Dobrze, że jesteś kawalerem, bo twoja biedna żona miałaby się z pyszna!
- Ależ ona uwielbia dzieci! – wyrwał się Jaś i zorientowawszy się, co powiedział, trzepnął się dłonią po ustach. – No i nie utrzymałem tajemnicy! – mruknął zakłopotany.
Nina spojrzała na niego, wydała głośny pisk i rzuciła się mu na szyję.
- Masz narzeczoną? – wykrzyknęła. – I nic nie powiedziałeś! Jak możesz mieć przede mną sekrety? Misiu, braciszku najmilszy, winszuję! – wołała, pokrywając pocałunkami jego policzki.
- Wpadł pan, doktorku. – skomentował jego gafę Aleks i także go uścisnął.
- Jasiek, jeżeli natychmiast nie zapoznasz nas ze szczegółami, wyskubię ci czuprynę do ostatniego włoska! – zagroziła Nina i kazała Pawłowi prosić pannę Mirę.
- Jak widać, doktorze, i na filozofów deszcz pada. – hrabia poklepał zawstydzonego Jasia po ramieniu, a Mira ze zdumieniem wysłuchała rewelacyjnej nowiny.
- Oho, to znaczy, że konspiracja nie zajęła ci czasu bez reszty. – zauważyła filuternie.
Jaś rumienił się i próbował wykręcić się od zadawanych pytań.
- Ale to jeszcze nic pewnego. – przekonywał.
Nina śmiejąc się, zaciągnęła go na kanapkę, a kiedy usiadł obok niej, spojrzała na niego kpiąco.
- Misiuniu, nie zawracaj nam głowy. Rozmawiasz o dzieciach z panną, bez deklaracji małżeńskiej? Nie będąc pewnym swoich uczuć? Mów to komu innemu! Powinnam obrazić się na ciebie, że zaręczyny utrzymywałeś w tajemnicy przed nami. Zawiadomiłeś już wuja i ciotkę Marię?
Jaś westchnął rozdzierająco wiedząc, że Nina nie pozwoli zbyć się ogólnikami.
- Nikt jeszcze nic nie wie. Przepraszam, dopiero kilka dni temu zaręczyłem się z panną Emilią Maciejewską. Poznaliśmy się w konspiracji, bo ona też jest
Pelagia Zgliszczyńska- Dąbrowska.
 łączniczką Rządu, a zapoznała nas panna Pelagia Zgliszczyńska. Emilka to śliczna panna i oboje znakomicie się rozumiemy. Ona i jej ojciec uczą w gimnazjum rządowym, matka w domu udziela lekcji muzyki i francuskiego. Żyją bardzo skromnie, bo są jeszcze dwie młodsze córki w wieku szkolnym. Państwo Maciejewscy posiadali niegdyś na Podolu spory majątek ziemski w pobliżu naszej Szepetówki. Po wykryciu spisku Szymona Konarskiego1, utracili wszystko, podobnie jak i my. Pan Maciejewski spędził nawet dwa lata na zesłaniu w Nerczyńsku, na Syberii. Jesteśmy z Emilką po słowie, ale pobierzemy się dopiero po… - zająknął się i dopiero po jakimś czasie dokończył: - Jak się sytuacja unormuje.
- To długo przyjdzie wam jeszcze czekać. – mruknęła Nina i straciła dobry humor.
Kolacja na cześć gościa była przepyszna, a pan kuchmistrz stanął na wysokości zadania i przygotował nawet tort z inicjałami J.E. z kremu maślanego. Po kolacji usiedli w bibliotece przy kominku i Jaś pokrótce omówił ostatnie wydarzenia w stolicy, stwierdzając z goryczą, że arystokracja i bogate sfery mieszczańskie, pośpiesznie opuszczają miasto. Salon państwa Łuszczewskich zamknięty był już na głucho, zaś pani Nina po śmierci starszej córki, zabrała Jadwigę, meble i kosztowności i wyjechała za granicę.
Szymon Konarski.
 Słuchającą uważnie Ninę, przeszedł zimny dreszcz, bo wyobraziła sobie, że to szczury uciekają z tonącego okrętu.
W Warszawie, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i gorąca, jak na wulkanie przed samą erupcją. W mieście dalej obowiązywał stan wojenny, dawno zniesiony w innych miastach. Ostatnio organizacja podziemna poniosła wielką stratę, bowiem policji udało się aresztować sześćdziesięciu spiskowców, nakrywszy ich przy składaniu przysięgi. Władze carskie za wszelką cenę próbowały przeniknąć do struktur podziemnych konspiracji, zresztą bez powodzenia. Rosjanie wpadli nawet na koncept, posłużenia się w tym celu angielskim Scotland Yardem. Stolica opowiadała sobie na ten temat dowcipy, kpiąc z wysiłków Anglików. Jaś tak zabawnie wspominał o swoich przygodach, że rozbawił wszystkich. Ninę ogarnęła naraz dziecinna chęć rozrywki, utonięcia na krótki czas w beztroskim karnawałowym szale.
- Niedługo koniec roku i Sylwester. – westchnęła z żalem. – Tak bym chciała znaleźć się na jakimś wielkim balu.
- Powiedz słowo, a zaraz wystaram się o paszport dla ciebie i wyjedziesz do Paryża. – podchwycił Aleks.
- Przecież dobrze wiesz, że bez ciebie nigdzie nie pojadę. – odparła z kwaśną miną.
- W takim razie wydamy w Makowie bal sylwestrowy.- zaproponował.
- Alku, naprawdę? To rocznica mego pierwszego balu. Och, wytańczę się za wszystkie czasy! Jasiu, przyjedź na święta z ciocią i narzeczoną. Tak się cieszę, że nareszcie się zakochałeś. Masz może fotografię panny Emilii?
Speszony, posłusznie sięgnął do kieszonki i wydobył noszony na sercu portrecik narzeczonej. Nina uznała, że panna Maciejewska ma niebanalną urodę, a Jaś wydawał się bardzo w niej zakochany.
- Nie śpieszymy się ze ślubem, bo ja robię doktorat i chcę się do czegoś dopracować. – wyjaśnił. – Emilka posagu mi nie wniesie. Matczysko marzyło, że poślubię pannę z bogatej familii, ale teraz jest uszczęśliwiona z mego wyboru. Kotku, czy ja doczekam się Chopina na dobranoc? Ale na święta chyba nie przyjedziemy, bo ja nie mogę. Bardzo żałuję.
- Szkoda. Przejdźmy do salonu. – Nina była zawiedziona, że nic więcej nie udało się jej z Jasia wyciągnąć. – Pamiętasz, jak w Sarnikach uczyłeś nas pieśni: „Boże, coś Polskę”? Nie chce mi się wierzyć, że to było tak dawno. A ile zmian od tego czasu.... Władek nie żyje, Stasia chce wstąpić do klasztoru, dziewczęta powychodziły za mąż i mają już dzieci.
- Tak, a ty wtedy miałaś mleko pod nosem i kochałaś się na zabój w panu Aleksandrze. Zapomniałem spytać, czy znacie państwo tę nową pieśń, którą poeta, pan Anczyc2 napisał dla galicyjskiej młodzieży rwącej się do walki? Nie? Czekajcie, zaraz wam ją zagram.
Władysław Anczyc.
Usiadł do fortepianu, wziął kilka akordów i czystym, donośnym głosem zaśpiewał:
Hej, strzelcy wraz, nad nami Orzeł Biały,
A przeciw nam śmiertelny stoi wróg.
Wnet z naszych strzelb piorunne zagrzmią strzały
A lotem kul kieruje Zbawca Bóg.
Więc nabij broń i kule wbij głęboko,
O ojców grób bagnetów poostrz stal.
Na odgłos trąb, swój sztucer bierz na oko,
Hej, baczność! Cel! I w łeb lub w serce pal!
Hej trąb, hej trąb, strzelecka trąbko w dal.
A kłuj, a rąb, i w łeb lub serce pal!
W uchylonych drzwiach ukazała się głowa Walentego. Przysłuchując się skocznej, marszowej melodii, wystukiwał takt palcem i szeptał coś do siebie, uśmiechając się tajemniczo. Mira również była wniebowzięta, błagając Jasia o przepisanie słów pieśni. Aleks uśmiechał się pobłażliwie, za to Nina miała minę chmury gradowej.
- Sądząc z tego, czego dziś byłam świadkiem, kule raczej Moskalom nie grożą. – oznajmiła jadowitym tonem, brutalnie przeniesiona ze świata marzeń do niemiłej rzeczywistości.
- A co, kiciu, widziałaś? – zainteresował się Jaś, wstając od fortepianu.
- Widziałam, jak w naszej kuźni przekuwają kosy na sztorc! Chcecie z kos strzelać do nieprzyjaciela?
- Nie rozumiem, co robiłaś w kuźni? – Aleks w duchu przeklinał Orlewicza za nieostrożność. – Zapewne przygotowywali sprzęt do żniw.
Ale Nina nie miała ochoty do żartów.
- Może wyglądam jak idiotka, ale nią nie jestem! – zwołała z wściekłością. – Znam ja te wasze żniwa! Mój ojciec wziął w nich udział i więcej nie wrócił. – obiema pięściami uderzyła w klawisze fortepianu, aż instrument jęknął.
Jaś, obawiając się dla niej silnych wzruszeń, starał się obrócić wszystko w żart. Pociągnął ją za ucho i powiedział z uśmiechem:
- Zamiast pokrzykiwać na ślubnego męża, zagraj nam coś ładnego, a potem idź lulu, bo potrzebujesz wypoczynku.
Opamiętała się i odpowiedziała mu słabym uśmiechem.
- Wybaczcie. Zachowałam się jak jędza, ale już będę grzeczna. – nie potrafiła trwać w niezgodzie z kimś, kogo kochała. – Za to zagram wam Chopina! - po godzinie muzykowania, obie panie pożegnały się i udały do swoich pokoi.
Mężczyźni przeszli do biblioteki, gdzie płonął ogień na kominku, a na stoliku stała kaseta z papierosami, butelka wina i kieliszki. Aleks zajął się nalewaniem wina, a przez ten czas, Jaś wypruwał sztyletem zaszyte w podszewce surduta karteczki, z instrukcjami i rozkazami KCN-u. Z lekarskiej walizeczki, posiadającej podwójne dno, wydobył gazetki i wszystko to ułożył na stole.
Aleks usiadł, przysunął sobie duży świecznik i zaczął uważnie czytać przy pomocy lupy mikroskopijne karteczki. W miarę jak zapoznawał się z ich treścią, jego twarz stawała się coraz bardziej gniewna, aż wreszcie nie wytrzymał i z całej siły rąbnął pięścią w stół, aż podskoczyły stojące na nim kieliszki, butelka i biust Sokratesa.
- Czy oni w tej Warszawie wszyscy na głowę upadli? – powiedział z pasją. – Cóż za bezmyślne polecenia mi przysyłają? Czy wie pan, że Komitet zabrania mi samemu zaopatrywać się w broń? Słyszał pan podobną niedorzeczność? Przecież w obecnej sytuacji każdy karabin jest na wagę złota! W co uzbroimy żołnierzy, gdy nadejdzie chwila walki? Damy im kije, lub poślemy ich z kosami na armaty, jak słusznie obawia się tego Nina? Oni tam, w Warszawie, zupełnie stracili zdolność logicznego rozumowania. Mam możność zakupu broni palnej i amunicji w Galicji. Sprowadziłem tu kilkadziesiąt sztuk broni palnej za własne pieniądze! – przypomniał z gniewnym tryumfem. – Jest szansa nabycia większej ilości broni, bo chcę, żeby wszyscy moi żołnierze mieli karabiny. Tymczasem Komitet surowo zabrania mi zaopatrywania się w broń. I to w chwili, gdy Wielopolski lada moment może rozpocząć brankę! A może władze sądzą, że margrabia wyrzeknie się tego pomysłu? Przenigdy! Doktorze, ostrzegam, że ani ja, ani inni dowódcy, nie będziemy respektować poleceń władz centralnych! Nie poślę moich ludzi z gołymi rękami na nieprzyjaciela. W tych warunkach sama myśl o walce zbrojnej jest szaleństwem i zbrodnią!
Zamyślony Jaś palił w milczeniu papierosa. Sam był zdziwiony tym zarządzeniem, lecz jako kurier Komitetu nie ośmielił się krytykować decyzji władz.
- Rząd zamierza sprowadzać broń z Belgii i Francji. – zauważył niepewnym tonem.
Aleks wstał i spojrzał na niego z gniewną litością.
- Kilka tysięcy karabinów na cały kraj? – prychnął i przespacerował się po pokoju. – Mówił mi Zygmunt Sierakowski, że nasi agenci od handlu bronią, swoim hulaszczym trybem życia, ściągają uwagę policji rosyjskiej. Ta broń nigdy do nas nie dotrze, bo zlikwidują ją na samej granicy. Czy ustalono termin powstania?
- Na razie nic mi o tym nie wiadomo. – bąknął Jaś. – Termin powstania uzależniony jest od branki. Nie możemy pozwolić, żeby wcielono do rosyjskiej armii kilkanaście tysięcy najlepszej młodzieży.
- Wystarczy usunąć ich z kraju do Galicji, a unikniemy tragedii. – oświadczył Aleks.
- Rząd rozważa i taką możliwość.
- W takim razie dlaczego wydano tak nieprzemyślaną decyzję? Chcecie pozostawić nas z gołymi rękami? – Aleks nie mógł się uspokoić.
Po raz drugi napełnił kieliszki winem. Wziął swój kieliszek i sącząc wino podszedł do okna i zapatrzył się w ciemność i majaczące za szybami drzewa przyprószone śniegiem. Czuł się zmęczony, bolała go głowa i był zniechęcony do konspiracji. Teraz bardziej niż kiedykolwiek, rozumiał obawy Niny i pragnął wyjechać z nią z kraju na zawsze. Jaś obserwował go spod oka, wyobrażając sobie, co musi się dziać w sercu byłego oficera gwardii cesarskiej. Ale nie potrafił mu pomóc.
gen.Ludwik Mierosławski.
-To zarządzenie wydaje mi się uzasadnione. – odezwał się, gasząc papierosa i rozluźniając węzeł krawata. – Mierosławski nie próżnuje, a jego agitatorzy nie przebierają w środkach. Ma wielu zwolenników. Opozycja jest coraz mocniejsza i zapewne dlatego władze zdecydowały się wydać to zarządzenie, w obawie zgromadzenia większej ilości broni w rękach dowódców, gdyż w razie zamachu stanu, ta broń może zwrócić się przeciwko Komitetowi.
- Jeżeli nie dowierzają własnym ludziom, powinni raczej zrzec się władzy! – powiedział szorstko hrabia. – Widać z tego jak na dłoni, że Komitet nie może się zdecydować, czy chce zwykłej ruchawki, czy wielkiego, ogólnonarodowego zrywu i rewolucji społecznej? Ta forma walki byłaby jedyną szansą na powodzenie powstania zakładając, że Rosja przyłączy się do nas. Niestety, Rosja nie jest jeszcze gotowa na radykalne zmiany społeczne. Nie możemy teraz na nią liczyć.
- Właśnie. A ludzie boją się branki. Na spotkaniach Komitetu ze spiskowcami, młodzież grozi nam sztyletami wołając, że nie będzie czekać aż policja wygarnie ich, jak raki z garnka. – Jaś westchnął. – Najgorsze, że oficerowie niewiele mają do powiedzenia w Komitecie. O, Łokietek! To była głowa. Teraz z wyższych oficerów pozostał jedynie Zygmunt Padlewski.
- Przyjechał z Cuneo, prawda? – ożywił się Aleks. – Pamiętam go jeszcze z Petersburga. Należał do patriotycznego kółka oficerów. W skład Komitetu powinien koniecznie wejść Sierakowski. Byłby znakomitym wodzem naczelnym. O, gdyby tak udało się jednocześnie podburzyć Bałkany, ten wiecznie wrzący kocioł!... To byłaby druga szansa na powodzenie powstania. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z pułkownikiem Zygmuntem Miłkowskim. To świetny znawca Europy Wschodniej i Bałkanów.
- To ten pisarz, o pseudonimie „Tomasz Jeż?” – spytał Jaś.
płk.Z.Miłkowski - Tomasz Jeż.
 - Tak. Ludzie! – wybuchnął Aleks ponownie, podchodząc do niego. – Jak wy możecie myśleć o powstaniu, nie mając wodza naczelnego, sztabu i uzbrojonych w broń palną żołnierzy? Rosja nie da nam żadnej szansy. Posiada znakomitych generałów, doświadczonych w wojnach węgierskiej i krymskiej, oraz w walkach na Kaukazie. Ma olbrzymią armię szczycącą się tradycjami Suworowa i Kutuzowa. Dysponuje rozwiniętym przemysłem zbrojeniowym. A przede wszystkim posiada monarchę o władzy absolutnej, skupiającego w swym ręku rządy nad imperium. A co my możemy im przeciwstawić?
- No, przecież w armii rosyjskiej jest wielu opozycjonistów. – próbował oponować Jaś mimo, że trafne uwagi hrabiego zrobiły na nim duże wrażenie.
Aleks roześmiał się i wzruszył ramionami.
- Owszem. W armii pamięta się o dekabrystach i marzy o demokracji. Mogę panu wskazać nawet kilku generałów, którzy nam sprzyjają. Ale to nie oficerowie będą mieli w naszej sprawie ostatnie słowo, lecz prości żołnierze. Fryderyk Wielki, król pruski powiedział, że nie dosyć jest żołnierza rosyjskiego zabić, jego trzeba jeszcze popchnąć, żeby się przewrócił! Ten prosty żołnierz, często głodny i bity kijami, jest fanatycznie przywiązany do cara i dumny z wielkości Rosji. Car Aleksander II jest świetnym aktorem. Stanie przed frontem żołnierzy, zapłacze i poskarży się im, że niewdzięczni Polacy, niepomni na jego dobrodziejstwa, podnieśli przeciw niemu broń. Wtedy ci prości sołdaci rozniosą nas na bagnetach bez litości. Wiem, że Komitet liczy na pomoc państw zachodnich i
Car Aleksander II Romanow.
 Bożą Opatrzność. Wolno im marzyć, ale nie mają prawa skazywać narodu na kolejną tragedię dziejową. Punktem odniesienia, powinny być dla nich zawsze wszystkie przegrane zrywy narodowe.
Zamilkł i przez jakiś czas ciężko oddychał.
- Kto obejmie władzę na wypadek wybuchu powstania? – spytał.
- Komitet.
- To znaczy nikt! – chłodno stwierdził Aleks. – Wiadomo, że członkowie rządu żrą się między sobą, jak psy o kość. Kolego, na co wy liczycie? Jak w tej sytuacji można myśleć o powstaniu?
Zakłopotany Jaś zapalił papierosa, żeby dać zajęcie rękom. Rozumiał że hrabia ma rację, lecz nie odważył się wyrazić własnej opinii. Świece w kandelabrach przygasły przygniecione wielkimi knotami, których nikt nie obcinał. Zegary kolejno wybiły godzinę drugą po północy. Zerwał się wiatr i jął zawodzić w kominach.
- Mogą zaistnieć okoliczności, panie hrabio, że nie będziemy w stanie oprzeć się naciskowi organizacji spiskowych. Tam już okrzyknięto członków KCN zdrajcami, a w przypadku branki, będziemy musieli podjąć walkę. Obojętnie, czy tego chcemy, czy nie.
Pozytywną cechą charakteru Aleksa było, że nigdy nie wykorzystywał swojej przewagi w dyskusji. Tym razem także zaczął mówić o czymś innym.
- Moim największym zmartwieniem jest Nina. – powiedział zatroskany, trąc dłonią czoło. – Ją sama myśl o powstaniu napełnia grozą. Wolę sobie nie wyobrażać, co się będzie z nią działo i jak się zachowa, gdy dowie się, że idę do powstania. Ona jest taka wrażliwa i, jak każda dusza artystyczna, obdarzona ogromną wyobraźnią. Śmiertelnie obawiam się jej reakcji. Jeszcze w tym stanie.
Na twarzy Jasia odmalowało się rozczulenie. Spojrzał na Aleksa pogodnie i spokojnie.
- Pamiętam, jak dźwigała mnie, gdy byłem ranny, nie schyliwszy nawet głowy przed kulami. Własnym ciałem osłoniła mnie przed kozakiem. Dzięki niej, Bini i Rózi, żyję. Nie, panie Aleksandrze, ona nie jest słaba. O, z pewnością będzie rozpaczać, bo pana kocha, ale nigdy się nie załamie. Moja Emilka także ma silny charakter. – dodał z dumą. – To, że jesteśmy jeszcze Polakami, zawdzięczamy naszym kobietom. To one dają nam siłę do walki i nie pozwalają godzić się z niewolą.
Aleks napełnił kieliszki winem. Wypili i mocno uścisnęli sobie dłonie.
- Niech pan się dobrze prześpi przed podróżą. – powiedział hrabia przeciągając ramiona. Miał szarą twarz i podkrążone oczy. – Rano pokojówka zszyje panu surdut. Aha, mamy w pobliżu konfidenta. Donosi na mnie do władz carskich. Niech pan powiadomi policję narodową, bo zapewne wypadnie go zlikwidować. Kontakt bez zmian?
- Aż do powstania. Staram się, żeby przydzielono mnie do pańskiego oddziału. Przyda się panu dobry chirurg.– Jaś ziewnął rozdzierająco i zamrugał klejącymi się sennie powiekami. – Rano zbadam Ninę. Jakbym tego nie zrobił, nie miałbym spokoju. Pojadę w południe.
- Dam panu dobrą bryczkę. Maciek zawiezie pana do Suchedniowa, albo do samej Warszawy.
- Dzięki, ale tylko do Suchedniowa. Pojadę karetką pocztową. Szyfrów nie zmieniamy, ale nie wolno już podawać nazwisk i miejscowości. Niech mi pan powie, jaki pan przyjął pseudonim?
- Niech będzie „Czarny”, a Maków to „Raj”. – zdecydował po namyśle Aleks.
- Dobrze. Ja jestem „Konrad”. Dobranoc. Muszę kropnąć się do łóżka, bo już śpię na stojąco.
Aleks udał się do swojego pokoju przekonany, że Nina dawno zasnęła. Zaczął się rozbierać nie zapalając światła. Narzucił na siebie szlafrok i wtedy dostrzegł w szparze uchylonych drzwi, purpurowy odblask ognia w sypialni. Wszedł tam na palcach i ku swemu zdumieniu, ujrzał Ninę siedzącą na łóżku. Ramionami obejmowała podkulone nogi, nieruchomym wzrokiem wpatrując się w płomienie buzujące w kominku.
- Myślałam, że już wcale dziś do mnie nie zaglądniesz. – odezwała się półgłosem.
Usiadł obok niej i wziął ją w ramiona.
- A dlaczego ty, promyczku, jeszcze nie spisz?
- Czekałam na ciebie. – wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, na dnie których czaił się lęk. – Czy Janek powiedział ci, kiedy wybuchnie powstanie?
Roześmiał się z udawaną beztroską.
- O powstaniu na razie nikt nie myśli. To tylko plotki, a ty niepotrzebnie się zamartwiasz.
- Aha. - pokiwała głową i objęła go, tuląc się do jego piersi. Słyszał szybkie uderzenia jej serca. Trzepotało, jak zraniony ptak.
- Mój biedaku. – powiedziała szeptem. – Miotasz się i cierpisz, ja ciebie rozumiem. Ale gdybyś odszedł, pozostałabym w domu sama, a ja ciebie więcej potrzebuję niż ojczyzna. Gdy nie daj Boże, wybuchnie powstanie, do Makowa może wejść obce wojsko, dlatego nie wolno ci mnie porzucić teraz, gdy noszę w łonie twoje dziecko. Boże, jakież to nieszczęśliwe zrządzenie losu, że wszyscy których kocham, w razie powstania, znajdą się w ogniu!
Wzdrygnął się na wspomnienie rozmowy z Jasiem. „Ja nie chcę od ciebie odejść, ale prawdopodobnie będę musiał!”. – pomyślał z rozpaczą.
- Przestań się zadręczać! – zawołał i żartobliwym ruchem zerwał jej z głowy nocny czepek, rozplatając warkocze. Całował ją chciwie, zachłannie, pragnąc w jej ramionach zapomnieć o wszystkim. Szczęśliwy, że Nina nie widzi w półmroku wyrazu jego twarzy.
----------------------------
1 Konarski Szymon (1808-1839) oficer WP. Radykalny działacz emigracyjny. Jako emisariusz organizował na Litwie,Ukrainie i Podolu, ruch konspiracyjny. Rozstrzelany w 1839 r. w Wilnie.
2 Anczyc Władysław Ludwik ( 1823 - 1883) - pisarz, wiersze z powstania 1863 r. dramaty o tematyce ludowej: "Kościuszko pod Racławicami" ,"Chłopi arystokraci".