sobota, 28 maja 2016

Musimy mieć broń!


28 maja 2016 r.
- Musimy mieć broń! - odezwał się Aleks po jakimś czasie, unikając jej oskarżycielskiego wzroku. Czuł go nawet w ciemnościach. - Nie możemy walczyć bez karabinów, pistoletów i szabel. Potrzebne nam są konie, żywność i pasza dla wierzchowców. Musimy mieć wozy taborowe.
Karabiny z okresu powstania
  Nastąpiła długa chwila milczenia, bo Nina walczyła z sobą, by nie okazać, jaki okropny spotkał ją zawód. Ze ściśniętym gardłem wpatrywała się w mrok pokoju, rozjaśniony błyskami płomieni w kominku. W żołądku zaległa jej kula lodu. Opanowawszy się, usiadła i zapaliła nocną lampkę.
- W krypcie kaplicy pozostało jeszcze kilkanaście karabinów i trochę szabel. - urwała, by przełknąć ślinę. - Są dwie beczułki prochu i amunicja do nowszych strzelb.
- To za mało. Trzeba będzie kupić w Galicji więcej broni krótkiej i naboje do niej, a jak się uda to i z pięćdziesiąt karabinów.
- A za co? Przecież nie mamy pieniędzy. - zauważyła gniewnie.
- Ale coś musiało ci zostać z tych pieniędzy pozostawionych przeze mnie.
Poderwała się czując, że wzbiera w niej straszny gniew. To, czego od niej żądał było samobójstwem  i śmiercią Makowa.
Rewolwer z czasów powstania.
  - Czy do twojej świadomości nie dotarło, że nasz majątek jest w ruinie? - przemówiła zduszonym z wściekłości głosem. - Folwarki nad Bugiem już chyba nie istnieją. Borek spalony, Milusin również. Wszystkie zapasy rozkradzione. Wieś popadła w nędzę i rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Nie mam już prawie pieniędzy, bo żaden bank nie wypłaci mi gotówki bez twego poręczenia, a ty walczysz w powstaniu! Idzie wiosna, za co kupię zboże na siew, czym opłacę ludzi? Cegielnia stoi. Trwa powstanie i nikt nie kupuje cegieł. Maków już nie przynosi dochodów, lecz straty. Zejdź wreszcie na ziemię i zastanów się, czego ty ode mnie żądasz!.. - już nie mówiła, ale krzyczała, bijąc pięścią o kołdrę i wpadając w coraz większą furię.
- W takim razie weź pożyczkę hipoteczną pod zastaw Makowa! - rzekł twardym tonem. W jednej chwili przepaść pomiędzy nimi otworzyła nieprzeniknioną gardziel. - W skarbcu masz moje pełnomocnictwo.
Skamieniała ze zgrozy, nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Alek, ty naprawdę straciłeś rozum! - wykrzyknęła, odzyskawszy zdolność artykulacji. Ale jego oczy były ciemne i puste, przerażające przez swój brak uczuć. - Teraz dług na hipotece? A jeżeli Moskale zażądają natychmiastowej spłaty długu? Przecież to oni ustanawiają prawa, nie my. Wtedy odbiorą nam majątek! Alek, zastanów się, błagam. Dla tej ruchawki, z góry już skazanej na klęskę, chcesz zaryzykować utratę reszty majątku? Bój się Boga! Co przekażemy w spadku naszemu dziecku? Czy ma się potem tułać po obcych domach, tak jak ja? Nigdy, słyszysz? Nigdy! Ani grosza długu na Makowie! Wolę raczej umrzeć, niż utracić dom. Kocham każdą cegłę z których został zbudowany ten pałac. Raczej dam się zabić, a stąd nie ustąpię! Nie masz prawa żądać ode mnie takiej ofiary! Nie! A twoje pełnomocnictwo nic nie jest warte, bo teraz obowiązują prawa stanu wojennego!
Ludzie szakale.
  Była tak zdenerwowana, że zaczęła szczękać zębami i trząść się. Krew na chlebie! - ciotka Maria miała rację, to bardzo zły znak. Aleks leżał mocno zacisnąwszy powieki, kiedy je otworzył, wydało się Ninie, że dostrzegła w jego oczach łzy. Ale nie, to musiało być tylko przewidzenie....
- Nino, - spojrzał na nią bardzo poważnie i serdecznie.- Kiedy patrzę na ciebie, serce mi krwawi. Ale nasze dziecko nigdy nie będzie biedne. Posiadamy kapitały za granicą, w podziemiach ukryliśmy wiele cennych rzeczy. No dobrze, już nie wspomnę o pożyczce. Może udałoby ci się sprzedać któryś z naszych folwarków? W miastach ludzie mają pieniądze, bo doskonale zarabiają na dostawach broni. Bankierzy, czy fabrykanci, chętnie kupią majątek ziemski. Kochana, ja muszę mieć broń! Poślemy do Krakowa pana Bochniaka.
Nina znowu podskoczyła ze złości, cała zjeżona i gotowa do kłótni.
- Chcesz zabrać mi rządcę? Mam sama radzić sobie z tym całym bałaganem, jaki powstał z waszej winy? - złapała się za brzuch, bliska załamania nerwowego. On wcale nie zdawał sobie sprawy z zaistniałej sytuacji i w ogóle nie rozumiał, jakie straszne brzemię spadło na jej wątłe barki.
- Pan Bochniak nie pojedzie! - wycedziła dobitnie przez zęby.
- Nino, zrozum, bez broni jesteśmy zgubieni w razie ataku nieprzyjaciela. Rozniosą nas w trzy pacierze.
- W takim razie racz mnie poinformować o swoich zamiarach, żebyśmy mogli podjąć rozsądną decyzję. - rzekła ozięble.
Przez chwilę nie odzywał się. Nie czuł gniewu. W jakimś trakcie jej monologu opuścił go gniew, ustępując pod naporem uporu Niny.
Powstańcza walka.
  - Założymy obóz leśny na Łysej Polanie. Zbudujemy tam porządne szałasy i jakoś doczekamy wiosny. Pan Syrwin nie żyje, Tadeusz jest ranny, nie mam zastępcy i nie mogę sam jechać do Krakowa, pozostawiwszy ludzi na łasce losu. Jaś jedzie jutro do Warszawy, bo utraciliśmy kontakt z Rządem. Oczekujemy rozkazów i pomocy, bo na tym przeklętym noclegu wszystko przepadło. Mamy tylko to, co na sobie! Potrzebujemy ubrań, bielizny, żywności i broni. Moi żołnierze marzną, niektórzy chłopcy są bosi. Nogi owijają szmatami lub słomą. Przyda się nam każda rzecz. Kociołki, menażki, garnki. Masz może jakieś niepotrzebne pledy, derki, mogą być nawet końskie.
- Panna Lasewiczówna z pewnością wam pomoże. Poraje nie były zrabowane. - oświadczyła zimno.
- Ja nie wracam do Porajów, bo zbiórkę wyznaczyłem w puszczy.
Miała cudownie wyrazistą twarz i mógł z niej wyczytać dokładnie każdą emocję. Gdy opuściła głowę, poczuł w sercu ból.
- To kiedy zamierzasz znowu mnie opuścić? - odezwała się zduszonym, głuchym głosem, kurczowo zaciskając dłonie.
- Powinienem wyjść przed świtem, żeby mnie nikt we wsi nie widział.- wyszeptał.
- Dzisiaj? - miała ochotę chwycić się za głowę i walić nią o ścianę. Nadzieja, że mąż pozostanie choć kilka dni w domu, nagle się rozwiała. Dzielnie przełknęła dławiące ją łzy i pociągnęła taśmę dzwonka. Do sypialni wkroczył Walenty, promieniejąc z radości.
- Słucham jaśnie panią. - odezwał się mocnym, wesołym głosem.
- Niech Paweł obudzi Maćka, tylko dyskretnie, po cichu. Musimy otworzyć skrytki z żywnością, bo powstańcy głodują. Trzeba, żeby Kumosia sprawdziła, czy nie zostało nam trochę odzieży i ciepłej bielizny. Potrzebne są koce, derki, buty i naczynia kuchenne, żeby mieli sobie w czym gotować.
Zesłańcy idą na Sybir
  Radosny uśmiech wolno gasnął na twarzy kamerdynera.
- Jaśnie pan hrabia powraca do oddziału? - ośmielił się zadać Aleksowi pytanie.
- Tak. - odparł, unikając spojrzenia staruszka.
- Proszę się pośpieszyć! - ponagliła Nina ostro, a gdy Walenty wyszedł, przygarbiony i powłócząc nogami, zerwała się i zaczęła ubierać, byle jak narzucając na siebie koszulę, halki, spódnicę i bluzkę, szarpiąc na sobie odzież i urywając guziki.
- Idę obudzić ciocię Salomeę, Mirę i Emilkę. Muszą mi pomóc.- powiedziała i nie spojrzawszy więcej na męża, z pośpiechem opuściła pokój.
Na korytarzu przystanęła i chwyciwszy się za włosy, szarpnęła tak mocno, że w dłoni pozostał jej wyrwany kosmyk. Ból przywrócił jej przytomność. Wolno weszła na piętro i obudziła panie. Zobaczywszy ją w drzwiach, bladą, z wykrzywioną cierpieniem twarzą, pani Salomea szeroko otworzyła oczy i unosząc dłoń do ust, odezwała się nieswoim głosem :
- Janek?...
- Proszę się uspokoić, żyje i pojechał do Warszawy. - rzekła szybko Nina, odgadując myśl starszej pani. - Oddział rozbity, ludzie potrzebują pomocy. - wyjaśniła z ponurą miną.
Kumosia i pani ochmistrzyni były już na nogach i razem z Jagą i pokojówkami, krążyły po domu, zbierając chodniczki, koce, pledy i derki, a nawet dywaniki, na posłanie dla żołnierzy. Kobiety nic do siebie nie mówiąc, szykowały żywność i odzież, pakując wszystko do wiklinowych koszów. Znalazło się trochę szarych kurtek i ciepłych burek oraz dużo zimowej bielizny, poszytej jeszcze jesienią dla potrzeb powstania.
Nina sama przygotowała ubranie dla męża. Wyjęła z szafy grubą ciepłą kurtkę myśliwską podbitą futrem, łosiowe spodnie do konnej jazdy i ciężkie wysokie buty. Pedantycznie ułożyła w sakwojażu czystą bieliznę i sama wyprała brudną konfederatkę, wieszając ją przy kominku, aby prędzej wyschła. 
Oddział powstańczy
 Pomyślała również o Jasiu, Siekielskim, a nawet Waciu Baryczu. Pamiętała o wszystkim, pracując szybko i sprawnie, rzucając służbie krótkie, zdecydowane rozkazy. Całym wysiłkiem woli odpędzała od siebie złe myśli. Na rozpacz i łzy będzie miała potem wiele czasu.
Aleks leżąc jeszcze w łóżku, obserwował ją w milczeniu. Nie odzywając się wstał, ubrał się i poszedł do buduaru, przywitać się z paniami. Musiał odpowiedzieć na lawinę pytań. Obiecał pani Salomei, że przyśle do Makowa Jasia, jak tylko wróci z Warszawy. Pokpiwał sobie z żołnierskiej biedy, tłumacząc niedostatki koniecznością pozbycia się taborów w czasie ucieczki przed wrogiem. Rozmawiał zupełnie swobodnie, a nawet śmiał się, opowiadając paniom jakąś zabawną przygodę. Ani jednym słowem nie wspomniał o tragedii na fatalnym noclegu.
Nina nie wtrącała się do rozmowy, zastanawiając się z przerażeniem, co się będzie działo, kiedy kobiety dworskie dowiedzą się o śmierci swoich najbliższych. Serdecznie współczuła wdowom i sierotom po poległych, ale nie mogła pozwolić na przestoje w robocie. Mężczyzn na folwarku pałacowym było niewielu i większość prac wykonywały kobiety. Po namyśle, podjęła stanowczą decyzję, że nikogo nie powiadomi o pogromie partii, darując nieszczęsnym kobietom kilka tygodni, a może miesięcy nadziei i oczekiwania na wiadomości. Nadszedł wezwany pan Bochniak i jakiś czas rozmawiał z Aleksem w gabinecie. Wyszedł stamtąd blady i załamany.
Pierścień z czasów powstania.
  Na widok pana, Maciek rozpłakał się z radości.
- Pan Jezus łaskawy, że pozwolił jaśnie panu powrócić do domu w zdrowiu. A kiedy ja pójdę do partii?
- Jeszcze czego! - warknęła Nina, posyłając mu wrogie spojrzenie. - Tylko ciebie tam brakuje. Za długo żyłeś?
- Żeby wszyscy chłopi myśleli tak jak ty! - westchnął Aleks, klepiąc chłopca po ramieniu i mocno ściskając mu rękę. - Jesteś zaprzysiężony i walczysz, choć nie w oddziale. Żona opowiadała mi o tobie i Tomku. Zachowaliście się po bohatersku. O waszym czynie wspomnę w raporcie do Warszawy. Awans cię nie minie. A teraz ucz się u pana Bochniaka, bo kiedyś weźmiesz Zameczek w dzierżawę. Do partii cię nie wezmę, bo tu jesteś mi bardziej potrzebny.
Oczy Maćka zaokrągliły się ze zdumienia i radości. Jak stał, tak padł panu plackiem do nóg.
- Zameczek? Jezusie, to przecie pańska fortuna! Dziękuję jaśnie panu.
- Jestem ci winien życie mojej żony i dziecka. Nie nazywaj mnie jaśnie panem, tylko naczelnikiem i pamiętaj, że żołnierz polski klęka jedynie przed ołtarzem i sztandarem z Orłem. Przed nikim więcej. No dobrze, a teraz osiodłaj mi Farysa i załóż konie do mocnego wozu.
- Tak jest jaś...panie naczelniku. - wybełkotał Maciek ogromnie wzruszony. - Ale Farysa sołdaty ukradły. Jak patrzę na jego pusty żłób, to mnie cosik w dołku gniecie. A gdzie Rex ?
- Zabity. - odrzekł krótko Aleks i spuścił oczy.
Maćkowi wyrwał się z piersi okrzyk żalu. Rex był wspaniałym koniem. Miał żelazną wytrzymałość, był łagodny i przywiązany do swojego pana jak pies. Chłopakowi zadrżały usta, przygryzł je i wytarł pięścią łzę.
  - Taki koń... - szepnął - Jak samo złoto.
Aleks nie chciał wspominać o ostatnich chwilach ogiera. Kula strzaskała mu przednią nogę w goleniu. Leżał na ziemi i rżał cicho, patrząc z nadzieją i ufnością na podchodzącego do niego pana. Aleks uniósł jego głowę, przytulił ją do piersi, pocałował i strzałem z rewolweru w ucho skrócił jego mękę.
 

- Nie ma Farysa, to trudno. Maciek, muszę mieć dobrego konia! - powiedział stanowczo.
- Osiodłam panu naczelnikowi Kreta, sam go ujeździłem. To dobry koń i ostrzelany, nie boi się huku. - ożywił się Maciek.
- Weź do niego to nowe angielskie siodło, a pod spód włóż ciepłą derkę, żeby koń nie przemarzł. Jak załadujecie wóz, czekaj na mnie koło bocznej furty.
- Tak jest! -Maciek wyprostował się po żołniersku i wymaszerował miarowym krokiem, uśmiechając się na myśl o przyszłych zaszczytach.
Przed świtem toboły z odzieżą, lekarstwami i kosze z żywnością były gotowe do transportu. Jednak wielu rzeczy brakowało. Nie było butów, ani kożuszków. Tomek dosiadł konia i pogalopował do Brzezińca, zawiadomić starego pana Siekielskiego o pobycie syna w Porajach i poprosić o żywność, koce i słomę na legowiska dla powstańców. Panie widząc, że Aleks zbiera się do odjazdu, wręczyły mu listy do Jasia i pożegnawszy go, usunęły się z buduaru, pozostawiając małżonków samych. 
Szabla z okresu powstania
 Zmęczona Nina ciężko usiadła na fotelu i otarła pot z czoła.
- Zaraz zgłoś policji narodowej o tym, co wydarzyło się w czasie noclegu. Ci zbrodniarze muszą być najsurowiej ukarani, a osada spalona. - odezwała się do męża ostrym tonem.
- Nino, przecież to są także  Polacy. - powiedział cicho.
- Alek, nie bądź sentymentalny. Ci ludzie obrażają się, kiedy ktoś nazwie ich Polakami. Za męczeńską śmierć pana Syrwina, Kacpra i tylu wspaniałych chłopców, należy się im krwawa nauczka. Ja nawet sekundy nie wahałabym się, żeby spalić tę osadę. Wiesz, czasami zupełnie ciebie nie rozumiem.
- To nie oni są winni, że brak im świadomości narodowej i patriotyzmu. - zauważył łagodnie. - W mojej partii również służą chłopi i są bez reszty oddani Sprawie. Pomyśl o Kacprze, to także był chłop! A Maciek i Tomek, którzy ocalili ci życie? Na początku powstania chłopi masowo zgłaszali się do oddziałów, ale odprawiono ich tłumacząc, że brakuje broni.
Nina wstała i patrzyła na niego z zaciętą miną.
- Zapewne myślisz, że jestem twarda i nieczuła. No jestem! Życie mnie tego nauczyło. Szanuję porządnych rolników, ale uważam, że zdrajców należy surowo karać. O mój Boże! - wykrzyknęła nagle z rozpaczliwą skargą. - Dlaczego ja muszę o wszystko walczyć sama i nawet nie jestem rozumiana przez własnego męża?
Podszedł do niej, nachylił się nad nią i nie zamykając oczu, rozchylił jej wargi w długim pocałunku. Jego dotknięcie było powolne i druzgocząco świadome. Odprężyła się, wydając drżące westchnienie.
- Wybacz. - szepnął. - To moja wina. To ja wciągnąłem ciebie w to piekło. Nie jesteś twarda i nieczuła. Masz dobre, złote serce i niewyparzony język! Ja ciebie najlepiej znam. Sprawiłem ci bolesny zawód i dlatego jesteś na mnie bardzo zła.
- Nie jestem zła, tylko zrozpaczona. Ale nie potrafię wpłynąć na zmianę twojej decyzji i muszę ją akceptować. Rano pojadę do wojewodziny i poproszę ją o pomoc.
- Matka chrzestna zdrowa?
- Wstąpiła na ścieżkę wojenną i jest w bojowym nastroju. Przeklęła Starewicza, bo nie postąpił według jej woli. Zmieniła również testament na twoją korzyść.
Alegoria powstań polskich
  - Podobno skumał się z Moskalami. - rzekł Aleks.
- Owszem. Tym sposobem uratuje majątek od ruiny. On rozumie, że należy zawsze być po stronie silniejszego. Nasi chłopi także o tym wiedzą i wolą trzymać z carem! - wyraziła swoją opinie i poniewczasie ugryzła się w język.
Aleks popatrzył na nią jakimś dziwnym, przeciągłym wzrokiem i wypuścił ją z objęć.
- W takim razie, szkoda że odrzuciłaś oświadczyny pana Starewicza. Byłabyś teraz z silniejszym! - powiedział lodowatym tonem.
Poczerwieniała ze wstydu i objęła go w pasie, tuląc się do niego.
- Głupio powiedziałam, a ty zaraz wziąłeś to sobie do serca. Przepraszam. Sam zauważyłeś, że mam niewyparzony język. A może masz do mnie żal, że nie zgodziłam się wziąć pożyczki na hipotekę? Kochany, nikt by mi takiej pożyczki nie udzielił. - tłumaczyła się, patrząc mu w oczy.
- O nic nie mam do ciebie żalu. Marzyłem o tobie na biwakach i często wydawało się mi, że słyszę twój głos i czuję zapach twoich włosów. Szalenie tęskniłem do twego uśmiechu, pocałunku, pieszczot. Marzyłem, że się kochamy. Moja jedyna miłości.....
Uniosła ku niemu twarz. W półmroku jej źrenice zalśniły, mieniąc się, jak wody leśnego jeziora. Kiedy zamknął jej ręce w dłoniach, poczuła jakie są mocne, delikatne i dobre.
- Ja także codziennie myślałam o tobie i ogromnie tęskniłam. Boże, jak mi ciebie brakowało we dnie i w nocy. Wołałam ciebie, dlatego słyszałeś mój głos.
- Jakie to szczęście, że jesteś! - wyszeptał, wtulając twarz w jej rozpuszczone włosy. - Tak się cieszę, że mogłem do ciebie wrócić, choć na kilka godzin.
Biżuteria z okresu powstania.
Wskazówki zegara dochodziły już do godziny szóstej. Za oknami była jeszcze głęboka noc, lecz w kuchni i na korytarzach zaczynał się ruch. Służba wstała, zapalono w piecu kuchennym i szykowano śniadanie na drugi stół, dla służby, a potem dla państwa.
- Promyczku, jak tylko się rozwidni, powinienem już być w lesie. - powiedział, patrząc z troską na jej bladą twarz i głębokie cienie pod oczami.
- Już musisz iść? - ze ściśniętym sercem podała mu kurtkę. Wyprana konfederatka była jak nowa.
- Spakowałaś mi przybory do golenia? Nie chcę po raz drugi straszyć cię dziką brodą, bo wiem, że nie lubisz zarostu u panów. - zażartował, a ona odpowiedziała imitacją uśmiechu.
Poszedł do swego pokoju i zdjął zawieszoną nad łóżkiem ciężką szablę kawaleryjską, przypinając ją do pasa. Był już gotowy do wyjścia. Nina także prędko narzuciła na siebie futro i owinęła głowę ciepłym szalem.
- Zmarzniesz, kochanie. Może pożegnamy się tutaj?
- Nie, ja z tobą, Aleczku. Odprowadzę cię do furty i proszę, nie sprzeczaj się ze mną, bo i tak pójdę!
- Zaraz, jeszcze tylko pożegnam się z domownikami. - powiedział i poszedł do pokoju kredensowego, a ona podreptała za nim.
Niania płakała, stary kamerdyner trząsł się cały z żalu, nie mogąc oderwać od pana oczu.
- Przygotowałem jaśnie panu ciepłą wilczurę i barani kożuch. - powiedział, starając się ukryć drżenie rąk. - Zapakowaliśmy, co tylko było w domu najlepszego. A na wóz kazałem włożyć skrzynkę tego wina węgierskiego, co je jaśnie pan hrabia lubi. My, tutaj, ciągle myślimy i modlimy się za naszego pana i całą partię.
- Dziękuję Walentemu. Ja także was wszystkich wspominam. Do zobaczenia. - uścisnął staruszka i wyszli.
Cicho, jak duchy, zbiegł z Niną po zasypanych śniegiem schodach tarasu. Trzymając się za ręce poszli przez biały, oszroniony park. Towarzyszył im Grot, idący przy nodze swego pana. Na wschodzie niebo pojaśniało. Śnieg przestał padać, lecz wiatr nadal był porywisty, a niskie chmury wróżyły dalsze opady.
- Dobrze, że wiatr wieje, bo zasypie ślady kół. - zauważył Aleks półgłosem.
- Dlaczego zdecydowałeś się założyć obóz na Łysej Polanie? - odezwała się Nina, przezwyciężając bezwład myślowy, spowodowany zmartwieniem. - Nie lubię tego miejsca.
- Gdzieś musimy przezimować. Nie możemy bezbronni tułać się od wsi do wsi, ryzykując spotkanie z wrogiem. Nie poślę moich żołnierzy z gołymi rękami do walki. Od stycznia bez przerwy jesteśmy w marszu. Ludzie muszą wypocząć i trochę się odżywić po długiej głodówce.
Przysłoniła twarz dłonią, bo wiatr miotał jej w oczy ostre krupy śniegu.
A.Grottger. Ranny powstaniec
- Alku, błagam, daj mi znać o sobie. Przysięgam ci, że już nie mogę dłużej żyć w niepewności i codziennie martwić się o twoje życie.
- Dobrze, słonko. Teraz będziemy niedaleko od Makowa.
Przed sobą posłyszeli parsknięcie konia i głos Maćka :
- Późno już, panie naczelniku. Kozunie mogą się włóczyć po drogach.
Obok furty stał długi wóz zaprzężony w  młode i mocne dwa  konie, czubato wyładowany najrozmaitszym sprzętem, odzieżą i kocami. 
- Naszykowaliśmy słoninę, krupy, groch, mięso, wędlinę i chleby. Pan rządca dał dla naszych chłopców beczułkę gorzałki.- wyliczał Maciek, poprawiając sznury podtrzymujące ładunek.
- Dobrze. Przywiąż Kreta za wozem. - polecił Aleks, gładząc pieszczotliwie Grota.
- Po co? - zdziwił się Maciek. - Przecie pan naczelnik na nim pojedzie, a ja będę powoził.
- Zostaniesz. Musiałbyś wracać piechotą, bo wóz i konie zatrzymam w obozie.
- Laboga !!...
- Nie lamentuj, bo będziesz mi przywoził listy od pani na Łysą Polanę. No, mój skarbie, czas na mnie. - szepnął, tłumiąc westchnienie.
Nie panując nad gwałtownym wzruszeniem, Nina podbiegła do niego i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, przywarła ustami do jego ust. Przytulił ją z całej siły i tak trwali spleceni namiętnym uściskiem. Ona pierwsza oderwała się od niego. Oczy miała pełne łez i chciwie chwytała rozchylonymi ustami mroźne powietrze. Aleks ucałował obie jej ręce, tuląc ją z duszą pełną udręki, na którą składały się żal, ból i dojmująca tęsknota.
Prowadzą rannego powstańca.
  - No, trzymajcie się, kochani. Maciek, pamiętaj, że nie jesteś już stajennym, ale powstańcem i żołnierzem Wojska Polskiego. Dopóki nie powrócę, opiekuj się panią.
- Tak jest, panie naczelniku! - Maciek stanął na baczność i zasalutował, przykładając dłoń do baraniej czapki.
Aleks zaśmiał się i wsiadł na wóz. Cmoknął na konie i wolno ruszył, zmierzając ku bocznej furcie. Nina i Maciek szli przy wozie. Chłopak otworzył obie połowy furty, a gdy wóz z trudem przecisnął się przez nią, Aleks zaciął mocno konie batem. Grot szczeknął i już zamierzał popędzić za panem, ale Nina chwyciła smycz. Maciek pomógł jej trzymać wyrywającego się psa
- Do zobaczenia! - Aleks odwrócił się raz jeszcze i przesłał im dłonią pozdrowienie.
- Z Bogiem. - zawołali oboje niemal jednocześnie.
Wyszli za bramę, odprowadzając go wzrokiem.
- Może lepiej byłoby wziąć sanie? - odezwała się Nina. - Wóz może gdzieś ugrzęznąć w śniegu.
- Ale na sanie nie dałoby się tyle władować. Zresztą pewnie niedługo będzie odwilż. - rozsądnie stwierdził Maciek i spojrzawszy na nią dodał : - Trza nam wracać. Rano zawsze najzimniej.
Wziął od niej smycz z miotającym się dziko psem i poszli, nie odzywając się do siebie. Nina nawet nie spostrzegła, że wpada w głębokie zaspy, z których Maciek cierpliwie ją wyławiał. W domu przebrała się i usiadła przy kominku. Nie płakała, choć gardło miała ściśnięte i wielki ciężar na sercu. Trudno jej było uwierzyć, że jeszcze przed kilkoma godzinami, szalała ze szczęścia witając męża i pełna była nadziei na przyszłe wspólne życie. Teraz już wiedziała z całą pewnością, że Aleks nie wyrzeknie się walki. Mogła co najwyżej być wdzięczna losowi, że nie zginął okropną śmiercią w chłopskiej chacie. Poczuła przejmujący chłód w całym ciele i szczelniej otuliła się szalem.
Wtulona w poduszki fotela, rozmyślała skąd wziąć pieniądze na zakup broni. Ocaleni z pogromu powstańcy mieli zaledwie kilkanaście karabinów zabranych przez Aleksa z kaplicy, trochę kos i szabel. To jedno wielkie nic! Cała jej wspaniała biżuteria i drogocenne srebra stołowe zdeponowane zostały w banku francuskim. W kasie pozostała reszta pieniędzy, która musi jej wystarczyć na niezliczone wydatki. Jeżeli do Rosjan dotrze informacja, że niedobitki powstańczego oddziału kryją się w tych stronach, natychmiast rozpocznie się bezlitosne polowanie. Bezbronni chłopcy nie mieliby w tym przypadku żadnej szansy na przeżycie.
Była ogromnie wyczerpana bezsenną nocą i zmartwieniem, lecz postanowiła, że kiedy tylko całkiem się rozwidni, pojedzie do Lipieńca. Westchnęła boleśnie na myśl o spotkaniu z Zosią. Biedna trusia. Przesłała Tadeuszowi przez męża, kilka serdecznych słów, prosząc go, aby nie powiadamiał żony o śmierci pana Syrwina, przynajmniej przez jakiś czas. Przy śniadaniu opowiedziała paniom o rozbiciu partii, zobowiązując je do zachowania tej wiadomości w tajemnicy. Unikała drastycznych szczegółów, ale i tak słuchaczki były wstrząśnięte.
- Jaś pojechał do Warszawy prosić o pomoc, ale wątpię, czy cokolwiek zyska, bo broni po prostu nie ma. Należy liczyć wyłącznie na siebie. - zakończyła relację sceptycznym akcentem.
- To ja pojadę do Warszawy! - wyrwała się panna Maciejewska. - Mam znajomości w "piątkach" i znam pana Bobrowskiego, mogę pomóc Januszowi.- podniecona nadzieją zobaczenia narzeczonego, zarumieniła się i tak gwałtownie poruszyła, że przewróciła filiżankę z kawą. Pani Salomea posłała jej karcące spojrzenie.
- Najwięcej pomożesz walczącym chłopcom, szyjąc dla nich ciepłą odzież! Przynajmniej zaoszczędzisz im przeziębienia. Janek również zna pana Bobrowskiego. - pani Salomea przywołała lokaja i poleciła mu zmienić obrus. - Pan hrabia obiecał przysłać Janka do Makowa, wtedy się zobaczycie. Pomyśl, moje dziecko, o tych nieszczęśliwych kobietach, które już nigdy nie ujrzą swoich bliskich. Nawet nie dowiedzą się, gdzie zostali pogrzebani.
- Przepraszam. - bąknęła speszona Emilka. - Oczywiście, mamusia ma rację. - usiadła na swoim miejscu bardzo bliska łez.