niedziela, 22 maja 2016

Nadchodzą Moskale!


22 maja 2016 r.
Podobny przebieg jak w Węgrowie, miała bitwa pod Siemiatyczami. Tam również użyto kosynierów do ataku na baterię dział, lecz wobec ogromnej przewagi nieprzyjaciela, powstańcy zmuszeni byli wycofać się z miasteczka, oddając je Rosjanom. Nawet wielki książę namiestnik był pod wrażeniem odwagi i zawziętości Polaków, o czym wspomniał w liście do cara. Węgrów, Siemiatycze, Tomaszów Lubelski, zostały doszczętnie spalone, a ludność spacyfikowana. 
Bitwa pod Siemiatyczami.
 Zabitych liczyło się już w tysiącach, a ranni zapełniali lazarety polowe, tajne miejskie szpitale i dwory, których właściciele mieli odwagę przyjąć pod swój dach rannego powstańca.
W Górach Świętokrzyskich kolumny rosyjskie ścigające Langiewicza, nagle zgubiły trop i zaczęły krążyć, poszukując śladów wycofujących się polskich oddziałów.
Był to jeden z tych jasnych dni w lutym, kiedy słońce świeci jasno jak w marcu i zwiastuje nadejście przedwiośnia. Po śniadaniu, Nina wybrała się do stajni, aby przywitać się z Mignon i zanieść jej trochę przysmaków. Klacz zarżała i położyła jej głowę na ramieniu, usiłując polizać swoją panią w policzek.
 - Maciuś, jeździłeś dziś na Mignon? - spytała, podając ulubienicy marchewkę.
- A jakże. - odrzekł, podnosząc głowę i przerywając szczotkowanie wałacha, bowiem niewielu stajennych pozostało do pracy. - Codziennie jeżdżę, bo nie trza, żeby się klaczka zastała. - wrócił do przerwanej roboty, energicznie czyszcząc bok konia. W takt ruchów szczotki, podśpiewywał sobie bojową piosenkę:"Oto jest wolności śpiew, śpiew, śpiew! My za nią przelejem krew, krew, krew!"
- Na razie przelewasz z pustego w próżne, a koń ma brudne kopyta! - zganiła go ze złością.
Nienawidziła tych wszystkich pieśni patriotycznych, z których krew się lała jak woda deszczowa z rynny.
- To mam nie śpiewać? - zdziwił się Maciek, przerywając po raz drugi końską toaletę.- Przecie to pani nauczycielka uczy nas tych piosenek i mówi, żeby je często śpiewać.
"Ach ta Mira i ta jej pasja wpajania wszystkim męczeńskich ciągotek!" - pomyślała Nina z wściekłością.
- Maciek, jest tyle ładnych, wiejskich piosenek, śpiewaj choćby do wieczora. - wycedziła, gładząc jedwabistą sierść klaczki.
Klaczka arabska
Chłopak spojrzał na nią przekornie i powracając do swego zajęcia, jął wyśpiewywać głośno i z przesadnym zapałem:

Powiedziałaś, że nie pójdziesz za mnie, bom ja bidny, ubogi.
Mam cię gdziesik, ty łakudro za to,
Latasz po wsi, jak suka kudłata.
Nie wydasz się jeszcze tego roku
Ty pieruński tłumoku!

Nina parsknęła śmiechem i nie mogła się powstrzymać, żeby nie potargać pieszczotliwie jego słomianej    czupryny.
- Dobrze. Zemściłeś się na mnie i jesteśmy kwita. A teraz posłuchaj uważnie. Umarł stary Burzawa, a jego dom i dwie włóki ziemi, wróciły do dziedzica, bo stary nie miał krewnych. Od dziś, całe jego gospodarstwo należy do ciebie.
Maćkowi szczotka wypadła z ręki, otworzył usta i wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
- Jakże? Przecie to nie moje. Za co?
- Ty dałeś mi życie, ja daję ci ziemię!
- Nie chcę! Ja nie dlatego!.... - krzyknął wzburzony.
- Wiem o tym, ale znam ciebie i tak myślę, że najlepszą nagrodą będzie własna ziemia. Dostaniesz jej jeszcze więcej, a jak się pogoda ustali, pojedziemy do miasteczka i u rejenta przepiszę gospodarkę na ciebie.
Chłopak najpierw oniemiał i stał bez ruchu, tylko drżenie ust i szeroko rozwarte oczy świadczyły o tym, co się dzieje w jego duszy. Naraz runął na kolana i w uniesieniu zaczął całować jej nogi i skraj sukni, płacząc i bełkocząc słowa podzięki.
- Nie dziękuj, Maciuś. To ja dziękuję tobie, że żyję, a kiedyś podziękuje ci moje dziecko. No, wstań, gdzie Tomek?
- A siedzi na wieżyczce i wypatruje Moskali. - odpowiedział, ochłonąwszy z szału radości.
- Powiedz mu, żeby przyszedł do mnie. Jest bardzo zdolny, pojedzie do Kielc i będzie się uczyć. - ale Maciek pewnie jej nie słyszał, niemal nieprzytomny z podniecenia.
- Jezusie! - szeptał do siebie, a po opalonych policzkach spływały mu łzy. - Dwie włóki! Sześćdziesiąt mórg ziemi! Maryjo przenajświętsza....I piękna chałupa! Gospodarstwo jak u dziedzica, sam widziałem.
- Maciek, bądź mężczyzną, przestań się mazać! - upomniała go Nina, tonem starego kaprala. - To na początek. Dom możesz rozbudować, bo drewno i cegły dostaniesz za darmo. Poproszę pana Bochniaka, żeby zaczął cię przyuczać do zarządzania folwarkiem. Kto wie, może w przyszłości zostaniesz rządcą Makowa?
- Kiedy mi wstyd brać. - szepnął. - Przecie ja bez nagrody broniłbym mojej paniuleczki do śmierci.
- To weź ze wstydem! Nie robię ci żadnej łaski. No, przestań mnie całować, tylko idź i obejrzyj dom. A przyślij mi Tomka, słyszysz? - zawołała za nim, bo chłopak tak jak stał, w samej koszuli i bez czapki, pognał do wsi.
Powracała do domu uśmiechnięta, ciesząc się szczęściem ulubieńca. Rozglądała się po drzewach jeszcze bezlistnych marząc, aby ta zima nareszcie się skończyła. Wróciwszy do siebie, umyła ręce, pogłaskała Grota i przeszła do buduaru, gdzie siedziały panie, szyjąc odzież dla ubogich i czekając na obiad. Mira i Emilka nuciły nową piosenkę powstańczą. Nina usłyszała tylko ostatnie słowa zwrotki:
Śpij żołnierzu w ciemnym grobie,
Niech się Polska przyśni tobie1.
"Jezu, żeby jeszcze w grobie miał biedak koszmarne sny?" - pomyślała z ironią. Usiadła i wzięła się do haftowania kapki do chrztu, ale nie miała chęci do pracy i z ulgą powitała Walentego, zapraszającego na obiad. W małej jadalni bielił się śnieżny obrus i lśniła w promieniach słońca posrebrzana zastawa stołowa. W porcelanowym wazonie ustawionym na środku stołu, pysznił się duży bukiet purpurowych i żółtych tulipanów z zimowego ogrodu. Pani Salomea podzieliła się z paniami wrażeniami z wizyty w Sarnikach.
Mała jadalnia w pałacu.
- Wyobraź sobie, Nineczko, że Ksawery już lepiej się czuje. Marynia dziękuje ci za ten balsam, który przysłałaś wujowi. Okazał się bardzo pomocny. Tak serdecznie nas przyjęto, a Emilka bardzo spodobała się Maryni i Ksaweremu. Córeczko, pokaż ten pierścionek, który dostałaś od cioci Maryni.
Panna Maciejewska wyciągnęła rękę. Na jej serdecznym palcu iskrzył się tęczowo pierścień z dużym, czystym jak łza brylantem. Nina pochwaliła klejnot, lecz jednocześnie serce jej przeszył ostry ból. Ona nigdy nie otrzymała żadnego prezentu od ciotki, ani tym bardziej od wuja. Jednak nie zazdrościła Emilce, bo pamiętała, że wujostwo uważali Jasia za syna i z pewnością kamień spadł im z serca, kiedy poznali pannę Maciejewską i przekonali się, jak wartościową kobietę Jaś zamierzał poślubić. Mimo, że było jej bardzo przykro, zrobiła jednak dobrą minę i rzekła:
- Cieszę się, że balsam pomógł, ale to nie moja zasługa, tylko nieocenionej Kumosi.
W otwartych drzwiach ukazał się Paweł, dźwigając przed sobą wazę z zupą grzybową z francuskimi kluseczkami. O mało jej nie upuścił, usłyszawszy w sieni głośne krzyki i tupot nóg. Do jadalni wpadł Tomek, czerwony, zadyszany od szaleńczego biegu, chwytając gwałtownie powietrze rozchylonymi ustami. Oparł się plecami o drzwi i wycharczał:
- Moskale!
Panie zerwały się z krzeseł, wydając okrzyki trwogi. Nina siedziała jak przykuta do miejsca. Tylko oczy jej ogromniały, policzki pobladły, serce skurczyło się z przerażenia. "Boże, ratuj! - myślała, czując jak lodowacieją jej dłonie i stopy. - Moskale w moim domu! Mogą nas pozabijać, a ja nie chcę jeszcze umierać. Muszę urodzić dziecko i zobaczyć choć raz Alka. Spalą mi dom, co mam robić? O Matko Miłosierdzia, ratuj!" Rozejrzała się i nagle jak w kalejdoskopie, przed jej oczami jęły ukazywać się sale i pokoje pałacu, jedne piękniejsze od drugich. Od wielkiego salonu, aż do komnat w starej części domu, cichych i pełnych wspomnień minionych wieków. To całe piękno mogło zamienić się w popiół od jednej ognistej pochodni! Nie! Od niej i tylko od niej zależało, czy dom ocaleje, czy też ulegnie zagładzie. Poczuła, że serce jej zamiera, a twarz kamienieje, blada i nieruchoma jak oblicze umarłej. Spojrzała na pannę Emilię i spostrzegła, że twarz dziewczyny również przypomina maskę. Mira nerwowo pociągała nosem, a pani Salomea wolno usiadła i skinęła na Pawła.
- Proszę nalewać zupę! - rozkazała spokojnie, biorąc do ręki łyżkę.
Nina poczuła podziw dla starszej damy i zdoławszy się opanować, spytała Tomka:
- Gdzie są Moskale i ilu ich tu idzie?
Chłopak odetchnął i podszedł do stołu.
- Wyszli z lasu od strony Śniadki, dlatego ich wcześniej nie zobaczyliśmy. Są już na skraju wsi. Widziałem piechotę, mają też armaty, a dokoła harcują kozacy. Cała armia idzie na nas. Co jaśnie pani rozkaże?
Piechota carska w 1863 roku.
 Nina zastanawiała się gorączkowo, jak ma się zachować. Do jadalni przybiegła tymczasem cała służba. Kobiety szlochały, głośno wzywając pomocy boskiej, mężczyźni zaciskali puste dłonie. Widząc twarze ludzi wykrzywione grymasem przerażenia, Nina odzyskała zdolność koncentracji i zwykłą w krytycznych razach energię.
- To tylko garstka nędznych sołdatów! - odezwała się, pogardliwie krzywiąc usta. - Damy sobie radę! Wszystko zależy od nas samych. Wykonujcie ich polecenia i nie sprzeciwiajcie się im, bo są od nas silniejsi. Starajcie się podsłuchiwać, co mówią i zawiadamiajcie mnie o każdym ich kroku. Tomku, biegnij powiadomić pana rządcę i ludzi z czworaków, a potem wracaj do stajni i dopilnuj, żeby chłopcy strzegli koni zaprzęgowych. Dobrze, że całe stado jest już w puszczy. Słuchajcie, nikomu nie wolno wspominać pana! Jest za granicą i koniec.
Tomek zamrugał powiekami i końcem języka oblizał spieczone wargi.
- O, żeby tak mieć dobre karabiny i armaty, to przegonilibyśmy burków z Makowa!
Nina posłała mu spojrzenie pełne podziwu. Jedynym marzeniem tego dzieciaka, było posiadanie broni i walka. Już raz okazał przytomność umysłu i zimną krew, teraz po raz drugi zaimponował jej odwagą, kiedy sama czuła się wprost sparaliżowana strachem.
- Gdybyśmy mieli... Ale nie mamy broni, więc musimy walczyć z nimi chytrością i pozorną uległością, rozumiesz? A teraz skocz do pana rządcy. - odpowiedziała i wyciągnęła do niego rękę.
- Pewnie, że rozumiem! - mruknął i ucałowawszy jej dłoń, wyszedł z zuchwałą miną, nucąc pod nosem: "Ej, ostre kosy nasze, wystarczą na krótkie moskiewskie pałasze"....
- Dzielny chłopiec.- pochwaliła pani Salomea, odprowadzając go macierzyńskim spojrzeniem.
- Obawiam się, żeby nie okazał się aż nazbyt dzielny. - westchnęła Nina i zwróciła się do stojącego za jej krzesłem kamerdynera : - Walenty, niech ludzie wracają do normalnych zajęć i proszę na wszystko mieć oko.
Na jego polecenie, służba rozeszła się powoli, półgłosem dzieląc się trwożnymi uwagami.
- Jeżeli idzie tu cała armia, jak powiada Tomek, to i sztab być musi. - Nina odchrząknęła, dodając tym sobie odwagi - Lepsze to, od najazdu samych kozaków. Błagam was, najmilsze, nie pozwólcie sobie na żadne gesty wrogości. Okazywanie nienawiści w naszym położeniu, równałoby się głupocie, nie odwadze. Jesteśmy przecież rodziną arystokraty, nie mającego nic wspólnego z tą "polską ruchawką." Ciotuniu, twoje spojrzenie jest aż nadto wymowne. Może wolisz pójść do swego pokoju? A wy, dziewczęta, zostaniecie ze mną?
- Oczywiście, że zostaniemy, prawda Miruniu? - panna Maciejewska zaczęła jeść chłodną już zupę. - Naturalnie, że ja ciebie, Nineczko, nie opuszczę. - zapewniła panna Lutówna, splatając pod stołem drżące palce.
- Ja także nigdzie się nie wybieram. - oświadczyła z mocą pani Salomea.- Poza tym, to nie uchodzi, żeby trzy młode damy przebywały bez obecności osoby starszej z tymi żołdakami. O, ja potrafię udawać równie dobrze, jak wy!
Udając, że jedzą, wsłuchiwały się jednocześnie z napięciem w narastający zgiełk. Na kamiennych taflach podjazdu rozlegało się stąpanie wielu koni. Dźwięczały stalowe podkowy, dudniły toczące się działa. Ostre męskie głosy wydawały wrzaskliwe rozkazy w obcej, nienawistnej mowie. Nina czuła na przemian raz zimno, raz gorąco. Płonęła jej twarz, miała sucho w ustach, a czoło zroszone zimnym potem. Ściskając w palcach łyżkę, mimo woli kuliła się na krześle. "Boję się tych żołnierzy. - myślała, zaciskając zęby i uparcie wpatrując się w talerz, żeby nikt nie dostrzegł wyrazu jej oczu. - Chciałabym schronić się przed nimi w mysią dziurę, ale nigdy nie porzucę mego domu. To jest moje gniazdo, darowane mi przez męża i będę go bronić do śmierci. Chryste, wystarczy jedna pochodnia i pałac przestanie istnieć! A wtedy ja także umrę, ale kiedy umrę, dziecko umrze wraz ze mną i Alek nigdy nie doczeka się potomstwa. Tatusiu, ciotuniu Teciu, módlcie się za mnie!"
Do jadalni wbiegła Jaga i stanęła przy jej krześle, kładąc rękę na ramieniu Niny. Drzwi na taras otworzyły się raptownie i do pokoju wpadł Maciek. Bez jednego słowa podszedł i ustawił się za plecami pani, a obok niego stanął Walenty, by podtrzymać ją na wypadek zasłabnięcia. Nina była im bezgranicznie wdzięczna, za to spontaniczne, jednomyślne wsparcie w godzinie próby.
- Nie wolno nam okazać, że się ich boimy! - powiedziała szeptem.
- Bądź spokojna. - pani Salomea posłała jej spojrzenie, w którym malowała się całkowita obojętność i chłód.
Na marmurowej posadzce sieni, rozdzwoniły się ostrogi wchodzących do pałacu wojskowych. W szeroko otwartych drzwiach jadalni, stanął rosły kozak i wytrzeszczywszy oczy, wrzasnął łamanym polskim językiem :
- Jego błogorodje połkownik Czengiery i gospoda oficery!
Mocna ręka usunęła go z drogi i do pokoju wszedł mężczyzna w średnim wieku, dosyć tęgi i już szpakowaty. Był zmęczony i pokryty błotem. Za nim postępowali oficerowie, ubrani w ciężkie zimowe płaszcze i uzbrojeni w rewolwery i szable. Nie zdejmując z głów kepi, rozglądali się z ciekawością po jadalni. Nina wystudiowanym ruchem wyprostowała się na krześle i przypatrywała intruzom wyniosłym wzrokiem. Jej trupio biała twarz nie zdradzała żadnego wzruszenia.
- Czy mam przyjemność z dziedziczką tego majątku? -odezwał się pułkownik po francusku, obrzucając damy badawczym spojrzeniem.
Uroczy widok trzech wykwintnych kobiet, siedzących przy pięknie nakrytym stole, widocznie coś mu przypominał, bo starał się zachowywać uprzejmie.
" Ja wcale nie mam przyjemności!" - ze złością pomyślała Nina i lekko skinęła głową.
- Tak. To jest Maków, własność mego męża hrabiego Aleksandra Iwanowicza Klonowieckiego.
gen. Ksawery Osipowicz Czengiery.
- Jestem Ksawery Osipowicz Czengiery2, a to moi panowie oficerowie.- pułkownik postąpił krok naprzód. - Zmuszeni jesteśmy prosić panią hrabinę o kilkudniową gościnę. - rzucił okiem na otaczającą ją asystę i coś, jakby cień uśmiechu przemknął mu po wargach. - Pani hrabina może spokojnie odprawić swoją świtę. Jesteśmy oficerami, ludźmi honoru i nie krzywdzimy dam.
- Mamy nadzieję, że pod opieką pana pułkownika nie spotka nas żadna przykrość. - odezwała się pani Salomea chłodno i dobitnie.- Obawiałyśmy się napadu kozaków, którzy niedawno spalili nam folwark i skrzywdzili niewinnych ludzi.
Nina posłała jej wdzięczne spojrzenie i pomyślała, że Rosjanie nie wyglądają na okrutnych zbrodniarzy, byli tylko bardzo zmęczeni i brudni.
- Mogą panie czuć się zupełnie bezpiecznie. - pułkownik złożył starszej damie ukłon. - Nie wszędzie witają nas tak uprzejmie mimo, iż nasza armia niesie temu krajowi pokój. Czy moglibyśmy się gdzieś umyć i przebrać, bo przyszliśmy tutaj prosto z marszu.
- Ależ oczywiście. - Nina obdarzyła go łaskawszym spojrzeniem. - Walenty, trzeba przygotować dla panów pokoje. Proszę nakryć w wielkiej jadalni i na razie podajcie panom zakąski i gorącą herbatę, żeby kuchmistrz miał czas przygotować posiłek. Za dwie godziny zapraszam do stołu!
Mówiąc to, miała tak miły wyraz twarzy, jakby najazd obcego wojska sprawił jej osobistą przyjemność. O pułkowniku Czengierym słyszała, że nie był Rosjaninem lecz Węgrem i wychował się w Polsce, a jego ojciec był rządca w szlacheckim dworze. Początkowo władze podejrzewały go nawet, iż po cichu sprzyja Polakom, lecz nie była to prawda. Czengiery, lojalny zdolny oficer, posłusznie wykonywał rozkazy zwierzchników. Wybuch powstania otwierał przed nim drogę do świetnej kariery wojskowej. Jednak nie był okrutny, jeśli nie zmuszały go do tego okoliczności i w miarę możności, nie nadużywał swej władzy i nie zawsze korzystał z prawa silniejszego.
Nina posunęła swoją gościnność pani domu tak dalece, że osobiście wskazała pułkownikowi pokój. Uczyniła to ze złośliwym uśmiechem, postanawiając ulokować nieproszonego gościa w apartamencie kasztelana. "Ciekawa jestem, jak będzie mu się spało w towarzystwie Pauli? - myślała.- Jej sprawię przyjemność, bo zawsze lubiła sypiać z oficerami. Może przyczepi się do pułkownika i nareszcie przestanie mi się upiornie śnić?"
- Sądzę, że będzie tu panu pułkownikowi wygodnie. - weszła do saloniku, omijając wzrokiem portret Pauli. - Służący zaraz napali w kominku i przyniesie panu gorącą wodę do mycia.
Oczy oficera przylgnęły do portretu hrabiny.
- Czy można wiedzieć kogo ten obraz przedstawia? - zapytał, podchodząc bliżej. - Cóż to za piękność!
- To pierwsza żona mego męża. Nie żyje. - poinformowała go Nina kwaśno. Nie lubiła jak przy niej chwalono urodę Pauli. - Była frejliną na cesarskim dworze.
- A więc to Rosjanka?
- Córka rosyjskiego generała. - wyjaśniła Nina. Z pewnością nie rozmawiałaby tak chętnie o Pauli, lecz pragnęła upewnić pułkownika, że znajduje się w domu obywateli lojalnych wobec władz carskich.
 - Nie mam przyjemności znać pana hrabiego, lecz jestem przekonany, iż jest szczęśliwym mężczyzną, będąc małżonkiem dwóch najpiękniejszych kobiet. - zauważył pułkownik szarmancko.
Posłała mu czarujący uśmiech, a kiedy zjawił się lokaj z gorącą wodą i chłopak z wiązką drewna na podpałkę, ponownie zaprosiła oficera na obiad i wyszła. W kuchni zastała pana Szymona ponurego i wspartego na kopyści. Wysłuchał jej poleceń ze zmarszczonymi brwiami, potrząsając ze zgorszeniem głową.
- Ja, proszę jaśnie pani hrabiny, prędzej cykuty3 bym im podał, niż zupę Royal! - sapnął z wściekłością .
- Do czasu musimy znosić ich obecność. Jeżeli okażemy im wrogość, jeszcze dziś możemy stać się bezdomnymi biedakami albo nieboszczykami.
- Przecie ja to rozumiem. - kucharz nie wydawał się przekonany. - Ale na ich widok wątroba mi się przewraca.
- Proszę uspokoić swoją wątrobę i smacznie gotować, to będą uprzejmiejsi. - poleciła z naciskiem. Idąc korytarzem przysłuchiwała się z bezsilną wściekłością rozlegającym się zewsząd wrzaskom. Służba biegała z miejsca na miejsce, poganiana przez ordynansów oficerów ordynarnymi wyzwiskami. Nosili wodę do mycia, czyścili buty i mundury.
Obiad był znakomity, a oficerowie nachwalić się nie mogli kulinarnych zdolności kuchmistrza i doboru podawanych win. Przy boku pułkownika siedział młodziutki lejtnant kawalerii. Odznaczał się delikatną, niemal dziewczęcą urodą i miał niewinne spojrzenie pensjonarki. Pomimo jego młodego wieku, Czengiery okazywał mu szacunek, sadzając przy sobie i rozmawiając z nim po przyjacielsku. Podczas obiadu lejtnant nie spuszczał wzroku z Niny i wpatrywał się w nią tak natarczywie, że inni oficerowie zaczęli trącać się pod stołem i uśmiechać pod wąsem. Nie zważając na miny kolegów, młody oficer zwrócił się wprost do niej i rzekł:
Oficer w mundurze kawalergarda.
- Ta polędwica z sosem holenderskim i pieczone jarząbki, były wprost boskim posiłkiem. Nigdy nie jadłem nic lepszego, nawet w najwytworniejszych restauracjach Petersburga i Paryża. Wielkie dzięki, madame comtesse.
- To jedzenie domowe, a nie restauracyjne. - powiedziała Nina skromnie.
- Oho! - roześmiał się Czengiery – Widzę, że nasz młody przyjaciel został oczarowany przez panią hrabinę i jej kucharza!
- Nie przeczę. - odparł młody oficer. - Pani hrabina posiada skarb, w osobie tego kucharza. Muszę od niego dostać przepis na tę polędwicę i sos holenderski. Jak wrócę do domu, każę mojemu kuchcie nauczyć się tak gotować. W przeciwnym razie utopię go w najgłębszym kociołku!
- Ostrzegam pana. - odezwała się Nina bez cienia uśmiechu. - Pan Szymon jest człowiekiem nerwowym i nie lubi zdradzać tajemnic kulinarnych. Dlatego radzę go nie zaczepiać, bo niespodziewanie, to pan może się znaleźć w jego kociołku.
- Oh, madame! - lejtnant zrobił komicznie przerażoną minę. - Nous tacherons ďarrangerľ affaire4 ! - szepnął przymilnym tonem.
Po obiedzie oficerowie rozeszli się do swoich zajęć i spotkali ponownie z paniami dopiero po kolacji w malinowym salonie, przy kawie, likierze kawowym i serach.
- Kiedy będziemy mieli przyjemność poznać pana hrabiego? - zagadnął Czengiery, sadowiąc się w wygodnym fotelu.
- Mąż jest poważnie chory i przebywa w Karlsbadzie, a może nawet w Meranie. - oznajmiła Nina spokojnie. - Będzie niepocieszony, nie mając okazji poznać panów. Panie pułkowniku, proszę skosztować trochę tych owoców. Są wyborne. - podsunęła mu paterę z brzoskwiniami o delikatnym puszku, wyhodowanych w oranżerii.
- Jak to? - popatrzył na nią z niedowierzaniem. - Pan hrabia wyjechał za granicę, pozostawiając panią samą w tak niespokojnych czasach?
- Mąż wyjechał z początkiem stycznia. Wtedy nikomu nawet się nie śniło o przyszłym nieszczęściu. Miałam od niego kilka listów, lecz teraz korespondencja się urwała i jestem bardzo niespokojna. Ostatnio pisał, że ma zamiar jechać do Meranu. Pan pułkownik był może w Karlsbadzie? Ja nigdy nie wyjeżdżałam za granicę. Latem mieliśmy jechać do Wenecji, ale choroba męża, a potem ta okropna sytuacja w kraju, pokrzyżowała nam plany. Postanowiłam sama jechać do męża, lecz boję się, że mogę mieć trudności z otrzymaniem paszportu i wizy. Mam jednak nadzieję, że pomoże mi pan margrabia Wielopolski.
- O, pani zna margrabiego? - ponownie zdziwił się Czengiery.
- Ależ tak! Bywaliśmy z mężem w Pałacu Brühlowskim na reunionach. Pan margrabia cenił mego męża. - powiedziała zgodnie z prawdą.
- Jaka szkoda, że Polacy nie rozumieli jego szlachetnych intencji. - zauważył z sarkazmem krępy, niski major, o szerokiej mongolskiej twarzy. Miał zimne, skupione spojrzenie skośnych oczu i zachowywał się z zaledwie maskowaną wrogością.
- Podzielam pańskie zdanie. - mówiąc to, Nina była zupełnie szczera.
Pani Salomea zręcznie włączyła się do rozmowy, opowiadając o swoim pobycie w Wenecji, byle tylko odwrócić uwagę pułkownika od osoby hrabiego. Młody lejtnant przysiadł się do Niny i pochylony w jej stronę, odezwał się półgłosem:
- A ja mam szczęście znać panią hrabinę!
- Doprawdy? - uniosła brwi nie mogąc sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek go spotkała.
- O, pani hrabina nie raczyła zwrócić na mnie uwagi. - pokazał w uśmiechu śliczne zęby. - To było w Warszawie, w operze. Ja i moi koledzy byliśmy na "Rigoletto". Pani hrabina zapewne pamięta, że major Wielenin kłaniał się pani. Siedziałem obok niego.
Nina zbladła i odchyliła się na poręcz fotela, jakby otrzymała silny cios w żołądek. Serce zaczęło walić jak oszalałe, a krew uderzyła do głowy.
- Tak, pamiętam. - wyszeptała zaledwie dosłyszalnym głosem.
Oficerowie kawalerii carskiej.
 - Biedak miał paskudnego pecha. - mówił młody oficer ze współczującą miną: - Nie zdążył złożyć pani uszanowania w operze, za to w Alejach Jerozolimskich minęliście się państwo o włos. Serge postanowił złożyć pani wizytę, ale znowu prześladował go pech, bo okazało się, że wyszła już pani za mąż i wyjechała z mężem na wieś. Pamiętam, że Serge był wówczas kompletnie załamany. Ach, gdyby mógł przewidzieć, że będę kwaterował właśnie w Makowie, chyba oszalałby z zazdrości!
Nina siedziała jak na torturach, pod obstrzałem spojrzeń zaintrygowanych oficerów i równie zainteresowanych pań. Czuła, że oblewa się rumieńcem i nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Pamiętała, jak lękała się spotkania z Wieleninem i pragnęła uciec od niego, nie będąc pewna siebie.
- A gdzie obecnie przebywa pan major? - spytała i natychmiast skarciła się surowo. Nie powinna była o to pytać, ale za późno się spostrzegła.
Młody lejtnant podsunął się bliżej i zwrócił się ku niej z wytwornym gestem. Poczuła zapach drogiej wody kolońskiej. Jego akcent francuski był nieskazitelny i domyśliła się, że z pewnością zaliczał się do wyższych sfer.
- Serge na razie pozostał w Warszawie, bo służy w gwardii Jego Cesarskiej Mości, wielkiego księcia Konstantego. Ale zapewne wkrótce też ruszy w pole, choć przebąkiwano, że ma zostać przeniesiony do Rosji. Szczęśliwy! - lejtnant westchnął – Jednak nie zdziwiłbym się wcale, gdyby trafił w te strony.
Na samą myśl o spotkaniu z Wieleninem, ogarnęła ją panika. Jakby Aleks dowiedział się o tym... Wolała nie wyobrażać sobie, co wówczas by się działo.
- To raczej mało prawdopodobne. - rzekła chłodno.
- A ja na jego miejscu poruszyłbym niebo i ziemię, żeby znaleźć się w tych stronach. Kiedy miałem szczęście poznać panią hrabinę bliżej, nie tylko rozumiem nostalgię przyjaciela, lecz nawet sam ją podzielałbym!
To już było powiedziane zbyt śmiało i Nina skarciła go lodowatym spojrzeniem. Skłonił głowę ze czcią i zamilkł. Za to pułkownik Czengiery z domyślnym uśmiechem zauważył:
- Miło mi słyszeć, że pani hrabina ma w szeregach naszej armii tak gorącego sympatyka. - rzucił okiem na lejtnanta i dodał: - Pardon, sympatyków, bo nasz młody kniaź Rudzkoj, wydaje się wprost porażony urodą pani hrabiny.
Nina opanowała zdenerwowanie i przybrała bardzo oficjalną minę.
- Pan major Sergiusz Fiodorowicz Wielenin, bywał tu niekiedy. Bardzo lubił i szanował mego męża!- zaznaczyła z naciskiem. - A jak zdążyłam zauważyć, kniaź Rudzkoj lubi żartować!
Lejtnant był człowiekiem dobrze wychowanym i natychmiast zrozumiał, że popełnił fatalną gafę, narażając panią domu na nieprzyjemne domysły kolegów.
- Pani hrabina daruje. Wyraziłem się niezręcznie, za co serdecznie przepraszam. Oczywiście, major Wielenin zawsze powtarzał, iż pan hrabia Klonowiecki jest jednym z niewielu prawdziwych grand seigneur et tout pas5 ! Zresztą pan hrabia był niegdyś naszym kolegą, gdyż wszyscy trzej, w różnych okresach czasu, służyliśmy w czerwonych huzarach gwardii.
- To miło. - wycedziła Nina przez zęby. - Wspomnę o tym w liście mężowi, będzie mu przyjemnie.
Zapadła niezręczna cisza, bo wszyscy zrozumieli, że Rudzkoj powiedział tylko to, co wypadało w takiej sytuacji powiedzieć, aby zatuszować niezręczność. Tym razem pośpieszyła jej w sukurs panna Maciejewska, zręcznie nawiązując do wielkiego nieszczęścia, jakie niedawno spotkało Wiktorię, królową Wielkiej Brytanii. Jej małżonek książę Albert, z niemieckiego rodu sasko - koburskiego, ubóstwiany i adorowany przez nieprzytomnie zakochaną w nim monarchinię, zmarł nagle na tyfus, pozostawiając żonę, dzieci i całą Wielką Brytanię w ciężkiej żałobie. Mira również zabrała głos, wspominając o zachwycającej grze Alojzego Żółkowskiego, uznawanego za największego współczesnego komika scen polskich. Ale oficerowie służyli w garnizonie kieleckim i warszawskie nowinki raczej ich nie interesowały. Przez ten czas Nina siedziała sztywno, jakby kij połknęła i jednym uchem słuchała opowiadania starszego kapitana o jego podróżach po Mandżurii. Kiedy wreszcie zamilkł, napomknęła pułkownikowi o poniesionych stratach w czasie napadu kozaków na Borek.
Kozak w okresie powstania
 - Bardzo żałuję, ale to czasy walki, pani hrabino. - zauważył Czengiery obojętnie. - Nie my ją wznieciliśmy. Po stłumieniu buntu nasz rząd z pewnością zwróci pani należność za wszelkie poniesione straty.
"Prędzej zobaczę własne ucho bez lustra, niż rubla z carskiej łaski, lub władz powstańczych!" - pomyślała ze złością.
- Zadaniem naszym, - ciągnął Czengiery urzędowym tonem – jest oczyszczenie terenu z wałęsających się po lasach bandyckich oddziałów. Nie walczymy z ludnością cywilną, a skrzywdzeni mogą domagać się ochrony. Bandy buntowników po wsiach i miastach domagają się żywności i pieniędzy od tamtejszej ludności. My jesteśmy tu po to, by tępić objawy buntu i nielojalności. Czy pani hrabina słyszała może o przywódcy tych bandytów, niejakim Langiewiczu?
Nina roześmiała się tak dźwięcznie, jakby pułkownik powiedział świetny dowcip.
- Langiewicz? Przed tygodniem siedział na tym samym fotelu, co pan pułkownik!
Czengiery na moment stracił oddech, a zdumieni oficerowie zwrócili na nią groźne spojrzenia. Pani Salomea i obie panny śmiertelnie zbladły, wyobraziwszy sobie, że Nina nagle oszalała. Ale ona dobrze wiedziała, co mówi. Nie mogła dopuścić, żeby Rosjanie przypadkiem dowiedzieli się, że w Makowie kwaterowali powstańcy. To by się mogło dla niej skończyć bardzo źle.
- I pani przyjęła tych łotrów pod swój dach? - wybuchnął Czengiery z oburzeniem.
- Pana pułkownika to dziwi? - potrząsnęła głową, jakby jego naiwność budziła jej zdumienie. - W domu jest kilka kobiet i paru starszych lokajów. Jesteśmy tu zdani na łaskę Opatrzności, bo na przestrzeni wielu wiorst nie ma żadnej władzy. A ja bardzo kocham mój dom i nie życzyłam sobie, żeby ludzie Langiewicza puścili go z dymem. Niech mi pan wybaczy szczerość, panie pułkowniku, ale my zarówno obawiamy się buntowników, jak i kozaków palących wsie i krzywdzących niewinną ludność. Być może, kiedyś ktoś zwróci mi pieniądze za poniesione straty, ale okrutnie skrzywdzonym dziewczętom, prawie dzieciom, nikt nie wynagrodzi wyrządzonej okropnej krzywdy.
- Rozumiem panią. - Czengiery złagodniał. - A nie orientuje się pani, dokąd Langiewicz odszedł?
- O, tego mi nie powiedział. Zachowywał się zresztą bardzo nieuprzejmie i jest naprawdę źle wychowany! - poskarżyła się z miną tak pełną niesmaku, że słuchające ją panie nieznacznie przygryzły usta powstrzymując wybuch śmiechu. - Podobno został pobity przez pana pułkownika?
- Owszem! - pochlebstwo Niny sprawiło mu przyjemność. - Dostał od nas cięgi i musiał uciekać. Ale my go znajdziemy i nie uniknie surowej kary, on i cała reszta tych łajdaków!
Ta przechwałka była potwierdzeniem, że Rosjanie ponieśli porażkę i stracili orientację, gdzie się podziewa uparty Wielkopolanin, i nie bardzo wiedzą gdzie go mają szukać. Od generała dzielił Rosjan szmat drogi, bowiem Langiewicz pomaszerował w stronę Staszowa.
Oficerowie mile spędzili czas do północy. Panna Maciejewska pięknie deklamowała po rosyjsku "Demona" Lermontowa, a Mira poezje Puszkina. Kniaź Rudzkoj usiadł do fortepianu, grając i śpiewając stare, melodyjne rosyjskie romanse. Miał dobry głos i efektownie wyglądał w blasku świec, wpatrzony w Ninę oczami, w których płonął ogień namiętności. Kiedy zegary wybiły północ, Nina wstała, dając tym znak do rozejścia się na spoczynek.
Kawalergard na koniu.
- Oczarowała pani hrabina naszego młodego kniazia, a podobno był nie do zdobycia. - żartował Czengiery, dziękując jej za miły wieczór. - Najwyraźniej jest w pani zakochany.
- Och, w jego wieku taka miłość to jak katar. Nie jest groźna i mija bez następstw! - odpowiedziała tym samym tonem i rozeszli się roześmiani. Promiennie uśmiechnięta weszła do sypialni i zamknęła drzwi na klucz. 
W jednej chwili uśmiech zniknął z jej twarzy, a w oczach ukazała się troska i tęsknota. Wolno podeszła do okna i wsparła czoło o szybę. Była już późna noc, lecz na dziedzińcu i w parku płonęły obozowe ogniska. Czerwony odblask pełgał po białym śniegu. Tego roku pogoda kaprysiła, rano była odwilż, potem raptownie się ochłodziło i wieczorem spadł śnieg. Pałac otaczał ognisty krąg, a po alejach, zamiast stróżów, przechadzały się patrole wojskowe. "Jezu, – wyszeptała, patrząc w noc rozświetloną ogniskami. - Moskale w Makowie! Robię do nich słodkie miny i uśmiecham się, nie wiedząc, czy mój Alek nie leży gdzieś z moskiewską kulą w sercu. Nie! Nie wolno mi tak myśleć, bo oszaleję. On żyje i to przeświadczenie daję mi siłę do przetrwania. Muszę być twarda, bo przede mną ciężkie zadanie....O, mój ukochany, daj mi znak życia".
 - Nina, co z tobą? Sama do siebie mówisz? - usłyszała za sobą głos Jagi. Niania weszła cicho i od dłuższej chwili obserwowała ją z podejrzliwą miną.
- Co? Nie, zdawało ci się tylko. Patrz, znowu pada śnieg. Boże, nie zaznam spokoju, dopóki oni się stąd nie wyniosą!
Ale Jaga była w złym humorze i spojrzała na nią krzywym okiem.
- Jeżeli dalej będziesz karmiła ich frykasami i flirtowała z nimi, to długo tu jeszcze posiedzą!
- Nianiu, ty głupia! - oburzona jej niesprawiedliwymi słowami, Nina wybuchnęła jak petarda. - Ty bezmyślna kobieto! Myślisz, że to co robię, sprawia mi przyjemność, że jestem bez serca? Trzęsę się cała ze strachu i z gniewu, bo nie wiem, czy mój mąż jeszcze żyje. Ale robię, co mogę, żeby bronić was i nie dopuścić do zniszczenia tego domu. Nie pozwolę, aby nas stąd wypędzono, jak wielu innych ludzi z ich domów. Wolę Czengierego, niż najazd bandy kozaków. Gdybym im pokazała taką minę, jak twoja, spaliliby pałac, a nas wysłali do wszystkich diabłów! Nie rozumiesz tego? - chwyciła z toaletki srebrną szczotką do włosów i z pasją cisnęła ją na posadzkę, a potem zasłoniła twarz dłońmi.
- Nie podnoś na mnie głosu! - zawołała urażona Jaga. - Możesz mnie bezkarnie obrażać i wyładowywać na mnie swoją złość, bo wiesz, że nikt się za mną nie ujmie. - zraniona i rozgniewana, niania odwróciła się i skierowała w stronę drzwi.
Lecz Nina ochłonęła i zabiegła jej drogę.
- Nie, ja nie pozwolę ci tak odejść! - powiedziała ze łzami w oczach. - Zachowałam się niegodziwie, ale ty, moja mateczko, przebacz mi, bo jestem taka nieszczęśliwa. Są momenty, że pragnę śmierci. Przecież ty wiesz , jak bardzo ciebie kocham i szanuję. Świadomie nigdy nie sprawiłabym ci przykrości. Ale jestem u kresu sił i żyję tylko nerwami. Nie dosyć, że ta ciąża sprawia mi kłopot, to jeszcze muszę przeżywać piekło najazdu Moskali i lęk o życie męża. Przepraszam, wybacz mi, kochana. Nie gniewaj się na mnie, przebacz mi, błagam.
 - Już się nie gniewam. - Jaga przytuliła ją do piersi i przycisnęła usta do jej rozpalonego czoła. - Biedne moje kociątko, ja wiem, że masz trudne życie. Połóż się. A może jutro poleżysz? Powinnaś się oszczędzać.
Wychodząc z sypialni, wpuściła do pokoju Grota i cicho zamknęła za sobą drzwi.
 
 S. Witkiewicz. Wieszanie powstańców.

1Pieśń „ Jak to na wojence ładnie“ do słów hrabiego Władysława Tarnowskiego, uczestnika powstania.
2Ksawery Czengiery – (1816 – 1880) z pochodzenia Węgier, pułkownik armii carskiej, dowódca kieleckiego garnizonu wojskowego .Po rozbiciu oddziału Langiewicza, uzyskał nominację na generała. Znany ze swej aktywności w tłumieniu powstania.
3Cykuta - szalej jadowity, trucizna.
4Nous ..- Spróbujemy to jakoś załatwić.
5Grand ... - Wielki pan w każdym calu.