poniedziałek, 23 maja 2016

Najeźdźcy! Pożar dworu w Ciążynach, zaloty kniazia.


 23 maja 2016 r.
Grot bardzo nerwowo reagował na najazd wojska i chodził za swoja panią krok w krok, warcząc na każdego, kto się do niej zbliżał. Podejrzliwie węsząc obleciał pokój i położył się przy łóżku, nie spuszczając z pani wiernych oczu. Nina chętnie odpoczęłaby przez jeden dzień, bo ostatnio nie czuła się dobrze, ale musiała wstać niemal o świcie, bo ze wsi przybiegły do pałacu gospodynie, z wielkim płaczem i narzekaniem. Wpółprzytomna, wyrwana z głębokiego snu, Nina przyjęła kobiety w sypialni, narzuciwszy tylko na siebie peniuar. Blada, z zaciśniętymi zębami wysłuchała ich skarg i lamentów.
- Laboga, jaśnie wielmożna pani dziedziczko! - szlochała Sikorzyna, mająca gospodarstwo położone najbliżej pałacu. - Te przeklęte ścierwa zniszczą nas z kretesem! Jak sołdaty pójdą stąd, to nawet tej kury na grzędzie nie zostawią, ani garsteczki owsa czy wiązki siana. Pozdychamy z głodu! Bo czym pola zasiejemy wiosną? Kozaki czystym zbożem karmią konie, wszyćkie kuraki mi wyrżnęły, nawet doły z ziemniakami rozkopały, niecnoty! Tyle umartwienia, że człowiekowi przyjdzie się powiesić. Ino w jaśnie pani nasza nadzieja.
- A u mnie ostatnią krowinę zarżnęły, herody! - skarżyła się z płaczem stara Grzybowa. - Czym wnuki nakarmię, kiej mlika ni mam? Muchami? A z czego zrobię ser i masło na targ? Z wody? Gadzinę wywlekły z obórki i na moich oczach zarżnęły, choć im łapy całowałam i prosiłam, nic nie pomogło!... Zabiły naszą żywicielkę, niechrysty!
- A moją Marychnę sołdaty wywlekły z komory i zamkły się z nią. Z dziesięciu przeszło bez dziewuchę. Tera dziecko mi leży i o bożym świecie nie wie. Jezu Chryste, królu żydowski! - rozkrzyczała się młoda kobieta, ze śladami ospy na twarzy. - Zmarniły mi, diabelce dziewuchę! - ryknęła zawodzącym płaczem. - Chłopów zamkły w stodole, a same po wsi za dziewuchami ganiają. Jeszcze będę ich bękarty chowała.
Nina wysłuchała tych skarg z rozpaczą i gniewem. Sama miała ochotę płakać, krzyczeć i wydrapać oczy pierwszemu sołdatowi, jaki nawinie się jej pod rękę. Jednak pomóc tym kobietom niewiele mogła.
Młoda i ładna gospodyni żaliła się głośno, ocierając oczy zapaską.
- Mój Bartuś poszeł z Polakami do lasu. A tera mnie nie ma komu bronić. Już dwa razy uciekłam sołdatowi spod ręki. Jak mnie dopadną, to dziecko we mnie zabiją! Co mam robić, jaśnie wielmożna pani?
Jej skargi przeraziły Ninę.
- Kosowa, nie chwalcie się głośno Bartusiem, bo jak Moskale dowiedzą się o tym, to całą wieś i pałac puszczą z dymem! - skarciła ja surowo. - Boicie się być sama, to zabierzcie, co tam macie cenniejszego i przyjdźcie do pałacu. Tu każda para rąk się przyda. Moje kochane gospodynie, ja jestem w tej samej sytuacji, co wy. Tak samo muszę patrzyć, jak mi rozkradają majątek i niszczą dom. O siewy się nie martwcie, wspomogę was, czym będę mogła, o ile mi wszystkiego nie rozkradną. Gilawska, nie lamentujcie, jak tylko wojsko odejdzie z Makowa, dostaniecie parę kur, koguta i kilka kaczek. Wy, Grzybowa, idźcie do pani ochmistrzyni i powiedzcie, że kazałam wam dać mleczną krowę. Jakubkowa, zajdźcie do pani Kumockiej i poproście ją o zioła na krwawienie i zapalenie. Panna Lutówna zaraz do was przyjdzie i obejrzy Marychnę. Ale proszę was, nie sprzeciwiajcie się Moskalom, bo są silniejsi od nas! Dziewczęta wyprawcie do puszczy. Przestrzegałam pana wójta!- zawołała z gniewem.- Zaraz pójdę do dowódcy rosyjskiego i poproszę go, żeby poskromił swoich sołdatów, ale nie wiem, czy zechce mnie wysłuchać.
Jednakże jej słowa bynajmniej kobiet nie uspokoiły.

- A żeby dobry Pan Jezus pomór na nich zesłał i na tych psich synów, co takie nieszczęście na ludzi sprowadziły! - wyrzekały. - Onegdaj przyszły te z lasu i gadają:"daj!" Zabrały chleb, omastę i poszły se! Tera znowu Moskal wrzeszczy:"dawaj!" Dziewuchy gwałcą, chałupy chcą palić i ostatnią krowinę z obórki wyciągają. Maryjo święta, pókiż tego będzie, kto się nad nami zlituje?
Pożegnawszy kobiety, Nina ubrała się i poszła do Czengierego na skargę. Wysłuchał jej w milczeniu i bezradnie wzruszył ramionami.
- Nasz żołnierz jest głodny, potrzebuje żywności. Tyle czasu byli w tym kraju upokarzani przez was, więc trudno się dziwić, że teraz biorą odwet. Doprawdy, jest mi przykro, ale rady nie widzę. Konie także muszą coś jeść, więc żołnierze karmią je tym, co znajdą. Rozkażę, by brali tylko tyle, ile potrzeba. Ale czy to coś pomoże, nie wiem. Pójdą kraść gdzieś indziej.
- A dlaczego tylko na mnie spadł cały ciężar utrzymania wojska? - spytała poirytowana. - Kiedy panowie stąd odejdziecie, moje wsie zaczną przymierać głodem, bo ja nie zdołam ich wspomóc.
 - Mówiłem pani hrabinie wczoraj, że to nie my rozpętaliśmy tę awanturę! - oświadczył pułkownik oschle.
- Ja również nie, choć ponoszę jej konsekwencje - . Nina z trudem powstrzymywała wybuch gniewu.- Odwołuję się do honoru pana pułkownika i proszę, żeby choć kobiety nie były krzywdzone przez waszych żołnierzy. Przecież to są niewinne młode dziewczęta, prawie dzieci.
- Wydam w tej sprawie surowe rozporządzenia. Tyle mogę pani obiecać. Pani hrabina wybaczy! - wstał i złożył jej ukłon. Bez słowa wyszła z pokoju.
Idąc bezmyślnie przed siebie, zawędrowała do zimowego ogrodu. Panowała tam cisza i błogi spokój. Pióropusze palm wznosiły się aż pod szklany dach, szemrała fontanna i szczebiotały papużki. O jej szeroką krynolinę ocierały się szmaragdowe paprocie, a olbrzymie kaktusy pełzały po posadzce. Z ich mięsistych łodyg wyrastały wielkie kielichy szkarłatnych, białych i żółtych kwiatów. Usiadła na miękkiej kanapce i wtuliła się w poduszki. Przymknąwszy powieki, starała się uspokoić po rozmowie z Czengierym.
- Ależ to prawdziwy raj! - usłyszała nagle czyjś entuzjastyczny okrzyk.
Otworzyła oczy i z wyrazem najwyższego niezadowolenia, ujrzała wchodzącego do ogrodu kniazia Rudzkoj. "Chryste! - jęknęła z głębi serca. - Czy w tym domu nie można już mieć odrobiny prywatności?" Ale nie ośmieliła się tego powiedzieć głośno. Kniaź stanął za jej plecami, wpatrując się płomiennym wzrokiem w koronę jej włosów.
- Obawiam się, że przeszkodziłem pani hrabinie w marzeniach. - szepnął pieszczotliwym tonem. Poczuła na szyi jego gorący oddech i zapach wody kolońskiej. Pośpiesznie odsunęła się na drugi koniec kanapki.
- Ja i marzenia! - prychnęła drwiąco. - Nie mam czasu na fantazjowanie i w tej chwili zastanawiałam się właśnie, skąd wziąć ziarno na siewy. To ziarno, które pożerają wasze konie!
- Pani hrabino, litości! - jęknął młody oficer z udawanym przerażeniem. - Jak to możliwe? Pod tym cudownym marmurowym czołem bogini, takie prozaiczne myśli? A Serge Wielenin zapewniał mnie, że jest pani uosobieniem poezji i romantyczności.
- W takim razie pan major wcale mnie nie znał! - powiedziała, rumieniąc się mocno.- Ja przede wszystkim jestem dziedziczką i moim obowiązkiem jest zapewnienie domownikom i mieszkańcom wsi, godziwych warunków bytu. Nie wiem, jak długo zamierzacie panowie gościć w moim majątku, lecz martwię się, bo po waszym odejściu mój Maków będzie w ruinie.
- Pardon.- Rudzkoj zdecydował się usiąść przy niej. - Niech mi pani raczy pozwolić spojrzeć na siebie.- szepnął, ogarniając ją całą rozgorzałym wzrokiem. - Hospody, co za oczy! Można w nich łatwo utonąć bez ratunku, co się już niestety przytrafiło memu przyjacielowi. Ale pocieszę panią. Ku mej rozpaczy, pozostaniemy tutaj zaledwie kilka dni. A ja pragnąłbym zostać tu na zawsze, aby widywać panią codziennie, choćby z daleka. Chciałbym być nawet zwykłym parobkiem u pani!
- Dla tak świetnego oficera, wieś nie jest odpowiednim miejscem pobytu.- bąknęła i pomimo niemiłego ucisku w żołądku, nakazała sobie spokój.- Czy to nie przesada z tymi komplementami?
- Zaręczam, że jestem tylko szczery. Odpowiedzieć komplementem na tę skromność, znaczyłoby obrazić panią hrabinę. Ach, jak ja zazdroszczę Wieleninowi! Miał szczęście bywać w tym domu, tańczyć z panią, jeździć konno na spacery...To mało?
"Okazuje się, że pan Wielenin miał bardzo długi język! Mam nadzieję, że nie zwierzył mu się z tego, że całowaliśmy się w parku!" pomyślała ze złością.
- Widocznie pan major lubi się spowiadać do kolegów. - zauważyła zjadliwie. - Ale niedyskrecja u mężczyzny bywa brzydką wadą! Jestem mężatką i nie wypada mi słuchać o afektach pana majora, którego znałam, będąc jeszcze panną! Ja się nawet panom nie dziwię, bo życie obozowe oderwało panów od ich środowiska i szukają panowie wrażeń. Ale to nie czas na słodkie słówka. Dokoła giną ludzie, a panowie nie przyszliście do Makowa, jako oczekiwani i mili goście.
- Pani hrabino! - wyszeptał kniaź z niekłamanym przerażeniem. - Ja przecież nie śmiałbym obrazić pani. Major nie powiedział niczego, czego człowiek honoru mógłby się wstydzić. To tylko moje domysły. Błagam o przebaczenie! - zerwał z kaktusa prześliczny purpurowy kwiat i nie zważając na pokłute kolcami palce, wręczył go Ninie. - Pani hrabina gniewa się na mnie?- spytał nieśmiało, zaglądając jej w oczy.
Ociągając się, wzięła kwiat i wstała. Rudzkoj z pokorną miną odprowadził ją do drzwi.
- Postaram się zapomnieć o tym, co pan powiedział. Ale jeszcze jedna taka rozmowa i przestanę pana zauważać! - przyśpieszyła kroku i nie oglądając się, wyszła z ogrodu.
W buduarze podeszła do lustra i popatrzyła na swoje odbicie. Próbowała w myślach oburzać się na kniazia, ale nie potrafiła. Miała zaledwie siedemnaście lat i marzyła, aby stać się dla mężczyzny przedmiotem westchnień, marzeń, czułych spojrzeń i miłosnych wzruszeń. Okropna pospolitość codzienności, ciągłego lęku i troski, zaciążyła na latach jej pierwszej młodości, przygasiła pasję życia. Rudzkoj przypomniał jej Wielenina i wróciła pamięcią do słonecznych dni, wspominając wielkie rauty, wykwintne towarzystwo, piękne toalety i wesołych przyjaciół. Teraz było na świecie tak szaro i ponuro, tak bardzo beznadziejnie. 
Usiadła przy sekretarzyku i położywszy przed sobą egzotyczny kwiat, wpatrywała się weń nieruchomym wzrokiem. Naraz wzięła kwiat i zacisnęła go w dłoni tak silnie, że drobniutkie kolce przebiły jej delikatną skórę i parę kropli krwi spadło na czarną suknię.
Wojsko jeszcze przez trzy dni kwaterowało w Makowie. Przez cały ten czas Nina nie mogła spokojniej odetchnąć, bo nieustannie przychodzili do niej ludzie z płaczem i skargami, błagając o ratunek. Codziennie pan Bochniak blady z pasji, chodził po gospodarstwie, a potem powiadamiał ją, o dragonach i kozakach, wynoszących ze spichlerzy całe worki pszenicy. Kiedy rządca postawił na straży spichlerzy parobków, żołnierze pobili ich dotkliwie, a pszenicę zabrali. Przez cały dzień, w każdym miejscu można było natknąć się na myszkujących sołdatów. Nina drżała z obawy, że mogą zaprószyć ogień. Schodzili nawet do lochów i opukiwali ściany, szukając tajnych schowków.
Kuchmistrz miał podbite oko, pamiątkę po sołdackiej pięści, Paweł stracił jeden ząb, a Maciek został mocno kopnięty przez rozwścieczonego oficera.
Drugiej nocy, mieszkańcy pałacu porwali się na nogi, obudzeni strasznym wrzaskiem pani ochmistrzyni. Wyrwana z głębokiego snu kobieta, zobaczyła nad sobą brodatą gębę jakiegoś draba, usiłującego wyrwać jej spod głowy poduszkę. Spłoszony jej krzykiem, łotrzyk uciekł przez okno, wybijając szybę i wysadzając ramę. Ale nie zapomniał zabrać z sobą poduszki i puchowej pierzynki. Biedna pani ochmistrzyni dostała ze strachu palpitacji serca. Damy zgromadzone przy jej łóżku, ofiarnie pielęgnowały zbolałą niewiastę do rana.
Gdyby w pałacu nie kwaterował sztab, nikt nie byłby pewien życia i mienia. Sypiano na zmianę i zawsze ktoś czuwał, pomimo wart wystawionych w samym pałacu i przed domem. Nina kładąc się do łóżka, wsuwała pod poduszkę pistolet. Wychodząc z domu, zawsze miała przy sobie Maćka i Bartusia, ogromnego parobka o żelaznych rękach oraz kilka ostrych psów. Z podobną eskortą chodziły na wieś Mira i Emilka, by opatrywać zgwałcone dziewczęta. Wprawdzie po jej rozmowie z Czengierym gwałty się nie powtórzyły, lecz nigdy nie było wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć. Czasami dobra gospodyni przezwyciężała w Ninie strach i szła do obory lub stajni, aby na własne oczy stwierdzić mnożące się lawinowo szkody. Wychodząc, prowadziła z sobą na smyczy Grota i cztery potężne brytany, groźne, bo rozwścieczone hałasem i obecnością obcych. Gotowe śmiałka rozerwać na strzępy.


Grot także zrobił się agresywny i próbował gryźć oficerów, chcących go pogłaskać. Warczał na nich i szczerzył kły. Nina musiała zamykać go w swoich pokojach bojąc się, że ktoś może go zastrzelić. Chodząc po folwarcznym dziedzińcu, w asyście najeżonych złowrogo brytanów, widziała podążające za nią oczy sołdatów, śledzących każdy jej krok z wyrazem zwierzęcej wprost żądzy. Te okropne oczy prześladowały ją także we śnie i budziła się z krzykiem, bo zdawało się jej, że do sypialni wdzierają się straszne postaci i w milczeniu podchodzą do łoża. Niania i pan Bochniak zaklinali ją na wszystkie świętości, żeby nie wychylała nosa z domu. Powoływali się nawet na zakazy hrabiego, ale ona uparcie chciała sama widzieć, mnożące się w majątku szkody.
Codziennie o świcie wyruszały z Makowa silne oddziały dragonów, wspomagane przez kozaków. Rabowały znajdujące się na ich drodze dwory i wsie. Kozacy poszukiwali śladów oddziału Langiewicza i cała okolica jęczała pod ciężkim butem najeźdźcy. Zaraz na drugi dzień poszły z dymem Ciążyny, majątek Syrwinów. Ktoś złośliwy, a może tylko nieostrożny, wygadał się, że stary pan Syrwin bierze udział w powstaniu. To wystarczyło! Sotnia kozaków splądrowała dwór, a potem wrzucono do środka kilka zapalonych pochodni. Ogień przerzucił się na zabudowania gospodarcze, od nich spłonęła cała wieś.
Przez większą część nocy, na niebie świeciła wielka łuna, alarmując mieszkańców Makowa.
Nina obserwowała pożar z dachu pałacu ze ściśniętym sercem i zamartwiała się o Zosię i swego małego chrześniaka. Po północy, kiedy wszyscy już spali, sama ubrała się ciepło i ryzykując, że ktoś ją zaczepi, chyłkiem pobiegła do stajni obudzić Maćka. Na szczęście stajenni nie spali, zaniepokojeni bliskim pożarem. Maciek o mało nie przewrócił się z przerażenia, zobaczywszy ją wchodzącą do stajni.
- Jezusie, co jaśnie paniulka tu robi? Przecie to śmierć! - wrzasnął.
- Cicho, Maciuś! - odciągnęła go na stronę i szepnęła: - Muszę wiedzieć, czy pani Siekielska żyje. Pojedziesz ze mną? - spojrzała mu prosto w oczy.
- A niby czym pojedziemy? Koni nie wyprowadzę, bo te dranie pilnują. - westchnął i podrapał się po czuprynie.
- Pójdziemy piechotą do wójta i od niego pożyczymy konia i sanie.
- A jak nas kozunie złapią? O Jezu, jaśnie pan by mi tego nie darował!
- Nie złapią. Ale jak nie chcesz jechać, pojadę sama.
Posłał jej bardzo wymowne spojrzenie, bez słowa wcisnął na głowę czapę, ubrał kożuch i poszli chyłkiem przez park ku bocznej furcie, omijając po drodze straże. Chyba sama Opatrzność czuwała nad nimi, bo niezauważeni doszli do domu wójta. Stary gospodarz, mający syna w partii dziedzica, zrobił wielkie oczy, zobaczywszy na progu domu samą jaśnie panią dziedziczkę. Jednak kiedy dowiedział się o co chodzi, bez zbędnych pytań zaprzągł do małych saneczek mocnego konia. Nina i Maciek wsiedli i pojechali, nie zaczepiani przez nikogo. Całą drogę Nina modliła się żarliwie, żeby Zosi i dziecku nie stała się krzywda. Wyobraźnia podsuwała jej straszliwe obrazy, które co prędzej od siebie odpychała.
 Wieś Ciążyny była kompletnie spalona. Z dymiących zgliszcz unosiły się jeszcze błękitnawe ogniki. Na miejscu dworu sterczały czarne, popalone kikuty belek, a na pogorzelisku wyło kilka poparzonych psów. Przenikliwy, duszący swąd spalenizny wiercił w nozdrzach, powodując uporczywy kaszel. Nina siedziała w saniach, jak porażona, niema z rozpaczy i żalu. Próbowała odsunąć od siebie straszną myśl, że Zosia i malutki Stefan zginęli z rąk kozaków. Wyszła z sań i błądziła po zgliszczach, poszukując śladu życia, lecz daremnie. "Boże Wszechmogący, – jęknęła, dławiąc się łzami – jak ja spojrzę w oczy Tadeuszowi? Co mu powiem?A biedny pan Syrwin chyba oszaleje, dowiedziawszy się, że córka i ukochany wnuczek ponieśli śmierć. Matko Miłosierdzia, pomóż!" Płacząc i załamując ręce, odmawiała szeptem " Ojcze nasz", nie mając siły, by oderwać się od tego pogorzeliska.
Maciek rozczulony jej niemą rozpaczą, powędrował na poszukiwanie ludzi i w jakiejś jamie znalazł staruszkę w tak podeszłym wieku, że już niczego się nie obawiała. Od niej dowiedział się, że pani dziedziczka z małym paniczem w ostatniej chwili zdążyła uciec przez okno, a potem dosiadła konia i pojechała w niewiadomym kierunku. 

Nina gorzko zapłakała nad losem przyjaciółki i zagładą starego pięknego dworu, gdzie zawsze była serdecznie witana. Pragnęła się dowiedzieć, dokąd Zosia uciekła, ale stara kobieta nic więcej nie wiedziała. Należało więc uzbroić się w cierpliwość. Tej nocy mieli doprawdy niezwykłe szczęście, a może sama Opatrzność nad nimi czuwała, bo powrócili do Makowa bez złej przygody, przekradając się pomiędzy patrolami i płonącymi w parku ogniskami.
Następną ofiarą denuncjacji stał się ksiądz proboszcz. Doniesiono Czengieremu, że staruszek jest gorliwym patriotą i w stanie wojennym odprawia nabożeństwa w intencji zwycięstwa powstańców. Ksiądz został aresztowany, a Nina dowiedziała się o tym od wuja Ksawerego. Powiadomił ją, lecz sam nie odważył się stanąć w jego obronie w obawie, aby Sarniki nie podzieliły losu Ciążyn. 

Grottger. Więzienie ksiądza
Wstrząśnięta Nina pobiegła do pułkownika z płaczem, błagając go o uwolnienie proboszcza z aresztu, skąd miał zostać przewieziony do Radomia. Tłumaczyła, że ksiądz jest stary, bardzo chory i nie zagraża nikomu, a więzienia nie przeżyje. Zwróciła się też do kniazia Rudzkoja, prosząc go o interwencję. Wmawiała Rosjanom, że aresztowanie księdza może być poczytane za prześladowanie religii katolickiej, a tego wielki książę sobie z pewnością nie życzy. Bardziej od tych argumentów trafił pułkownikowi do przekonania bogaty prezent. Proboszcz został uwolniony "ze względu na wiek i choroby."
Jakby nie było dosyć codziennych trosk, Nina musiała znosić natrętne zaloty kniazia Rudzkoja. Młody oficer dosłownie prześladował ją swoim uwielbieniem. Kiedy tylko czas mu na to pozwalał, chodził za nią jak cień, co miało tę dobrą stronę, że nie musiała obawiać się napaści. Jednak w jego obecności nie mogła swobodnie porozumiewać się ze swoimi ludźmi. Kniaź doskonale zdawał sobie sprawę, że młoda kobieta znosi jego towarzystwo z zaledwie powściąganą irytacją. Wiedział, że jest natrętny. Mimo to, robił dobrą minę i starał się zabawiać ją ploteczkami i żartami, uszczęśliwiony gdy na jej ustach dostrzegł bodaj cień uśmiechu. Początkowo wspominał Wielenina, potem przestał o nim mówić, starając zainteresować ją własną osobą.
 Koledzy szydzili z jego miłosnej udręki, pokpiwając sobie, że choć armia rosyjska odnosi zwycięstwa nad buntownikami, kniaź poniósł klęskę, kapitulując przed jedną Polką! Wieczorami w wielkim salonie odbywały się koncerty. Na tę krótką chwilę Nina mogła zdjąć z twarzy maskę rozbawionej arystokratki. Grając preludia Chopina, przymykała powieki i wmawiała sobie, że gdy otworzy oczy, ujrzy przed sobą jasną twarz męża siedzącego w fotelu. Przebiegała palcami klawiaturę fortepianu, uciekając przed ponurą rzeczywistością w intymny świat doznań muzycznych. Kiedy kończyła grać, nagradzana gromkimi brawami, do instrumentu siadał Rudzkoj i akompaniując sobie, miękkim głosem nucił piękne pieśni rosyjskie lub romanse cygańskie. Uśmiechała się i zagadnięta, rozmawiała uprzejmie, lecz kiedy tylko znalazła się w ciszy swego pokoju, wybuchała rozpaczliwym płaczem, głośno wzywając męża, jakby mógł ją usłyszeć i utulić.
 W nocy wiał porywisty wiatr i padał gęsty śnieg. Kominek wygasł i w sypialni zrobiło się chłodno. Nina obudziła się wcześnie i usiadła na łóżku drżąc i okrywając się szczelnie kołdrą. Przez szparę w kotarach docierała do pokoju smuga światła. Nie miała ochoty wstać, ani jeść, bo piekła ją zgaga i od rana miała zły humor. Brakowało jej ruchu, więc zdecydowała się wstać, pospacerować przed południem po parku i po drodze zajść do stajni, by sprawdzić, czy koniom nie dzieje się krzywda. Wprawdzie stajenni pilnowali koni roboczych i cugowych, lecz w razie przemocy byli zupełnie bezbronni.
Wstała marudząc i przy pomocy Ulisi, umyła się, ubrała, wypiła gorące kakao i narzuciwszy na siebie sobolowe futro, w futrzanym toczku na głowie, wyszła z domu. Po nocnym przymrozku nie pozostało nawet śladu. Teraz była odwilż, śnieg szybko topniał, a na niebie świeciło niemal wiosenne słońce. Tej zimy nie zamarzły rzeki i strumienie, płynąc bystrym nurtem i szemrząc po kamiennych progach. Ludzie błogosławili taką pogodę, bo przynajmniej mrozy nie dokuczały powstańcom ukrytym w lasach. Staw również wolny był od lodu, a po jego powierzchni już pływało kilka kaczek i dwa łabędzie, które zimowały w swoim domku przy molo. Wychodząc, Nina zaopatrzyła się w koszyczek pełen okruchów chleba. Zobaczywszy ją, ptaki wyszły z wody i usadowiły się u jej stóp. Wyciągały długie, giętkie szyje, wyskubując z jej dłoni kawałki pieczywa, ale gdy chciała je pogłaskać, syczały, groźnie kłapiąc dziobami. Nakarmiwszy łabędzie, poszła wolnym krokiem ku stajniom, rozkoszując się samotnością i ciszą. W domu był teraz wieczny hałas, a po mozaikowych posadzkach dudniły ciężkie kroki. Pod wysokimi sufitami salonów rozlegały się gromkie żołdackie śmiechy i wrzaskliwe komendy. Ostatnio Nina znajdowała się w tak przykrym stanie ducha, że te brutalne męskie głosy sprawiały jej niemal fizyczny ból. Nawet nocami do jej sypialni dobiegały nawoływania się wart, pijani sołdaci śmiali się głośno i śpiewali nieprzyzwoite piosenki. Wczesnym rankiem budził ją tętent kozackich koni, kiedy sotnia wyruszała patrolować okolice. Kładła się spać ze strachem, że w nocy może wydarzyć się coś okropnego i zdziczała hołota wywali drzwi na taras, wpadnie do pokoju i wywlecze ją za włosy z łoża. Lękała się o dom, umierała z niepokoju o życie męża i to nieustanne napięcie nie wychodziło jej na zdrowie.
Z głębokiego zamyślenia wyrwał od odgłos szybkich kroków. Obejrzała się i zobaczyła kniazia idącego jej śladem. Śpieszył się, podtrzymując dłonią szablę. Już z daleka dostrzegła jego roześmianą twarz i zęby bielejące w rozchylonych ustach. „Boże! - westchnęła z rezygnacją. - Mógłby sobie ten spacer darować !“
- Enfin1, dogoniłem panią hrabinę! - zawołał zadyszany, zatrzymując się przy niej. - Rano kazałem ordynansowi pilnować, kiedy pani hrabina raczy wyjść ze swego pokoju. Ale to podłe bydlę zagapiło się i dopiero pokojówka pani hrabiny powiedziała mi, że pani hrabina wyszła. Zaraz odgadłem, gdzie mogę panią znaleźć!
- Jest pan jasnowidzem? - zakpiła.
- Nie, ale przecież to oczywiste. Tak poetyczna, anielska istota, jak pani hrabina, z pewnością tęskni do chwili samotności i zadumy. A gdzież łatwiej o ciszę, niż w tym ślicznym miejscu? Wspaniały park.- pochwalił, rozglądając się dokoła.- Zupełnie jak w Anglii. Moi ogrodnicy urządzili mi park w stylu francuskim i ciągle mam wrażenie, że patrzę na ostrzyżonego pudla! Naturalny park jest o wiele piękniejszy. Tutaj ładnie jest nawet w zimie, prawda? Tym bardziej, że obecność pani hrabiny uświęca to miejsce. Voila, c'est le mot2! - pstryknął palcami zadowolony i przymilnie zajrzał jej w oczy.
 Próbowała zachować powagę, ale musiała się roześmiać. Była jeszcze taka młoda i czasami lubiła równie młode, beztroskie towarzystwo. Kniaź potrafił być uroczy. "Oho, nie byłby taki słodki, gdyby wiedział, że Alek walczy w powstaniu i zdążył już przetrzepać skórę jego rodakom!" pomyślała z ironią.
- Istotnie, w domu jest obecnie tak głośno, że trudno mi nawet zebrać myśli, a o ćwiczeniach fortepianowych nawet marzyć nie mogę. Przyszłam tutaj, aby mieć chwilę spokoju.
- A ja go pani zakłóciłem! - zawołał uradowany, że Nina nie odpędza go od siebie.
- Nie narzekam. - z uśmiechem bawiła się od niechcenia futrzaną mufką. - Moja anielska istota, zamierza teraz swoją obecnością uświęcić stajnię.- powtórzyła jego afektowane słowa z żartobliwą ironią. - W pana towarzystwie mogę spacerować bezpiecznie.
- Doskonale rozumiem,co pani czuje. - spłonął prawie dziewczęcym rumieńcem, a jego długie rzęsy przysłoniły na moment błyszczące źrenice. - Wojna jest wydarzeniem nadzwyczaj wulgarnym, a dla człowieka kulturalnego, niekiedy przykrym wprost nie do zniesienia. Czasami żałuję, że wstąpiłem do wojska, ale rodzice życzyli sobie tego. Zachowanie kolegów, prostackie, prymitywne warunki życia obozowego, rażą moje poczucie estetyki. Nie zawsze kwaterujemy w pałacu. Poza tym ten nasz przeciwnik!.... Nie, wolę o tym nie wspominać.
- Ależ proszę, niech pan mówi. - zachęciła go uprzejmie.
- Za moment. Ośmieliłem się wziąć z sobą album z widokami Petersburga. O, proszę spojrzeć, to mój dom! - otworzył pięknie oprawiony w pozłacaną skórę album i pokazał jej monumentalny gmach.- Czy podoba się pani? - spojrzał na nią badawczo.
- Jest wielce okazały. - zauważyła powściągliwie.
- Prawda? - ucieszył się, nie zwróciwszy uwagi na jej szczególny ton. - Jestem do niego bardzo przywiązany. Pani hrabina również kocha swój dom, widzę to.
Wzięła z jego rąk album i przyjrzała się dużej fotografii. Ten pałac naprawdę robił wrażenie. Musiał budować go dobry włoski lub francuski architekt. Skinęła głową i zwróciła mu album.
- Zamierzał pan mówić o waszym przeciwniku. - przypomniała.
- Ach tak, słusznie. Nie wiem, czy wypada rozmawiać o takich sprawach z delikatną damą, lecz pani życzyła sobie tego. Pani hrabino, jestem oficerem i miałem nadzieję, że będę walczył z prawdziwym żołnierzem. Tymczasem my ciągle napotykamy jakichś łachmaniarzy, uczniów, prawie dzieci. Te nędzne stworzenia zachowują się fanatycznie, jak dzikusy gardzące życiem. Niedawno kazałem jednego z nich powiesić, to przed śmiercią pogryzł mego żołnierza, jak wściekły pies. No zwierzę! Naturalnie, wszelkie gwałty i grabieże napełniają mnie odrazą, jesteśmy przecież narodem kulturalnym, ale jako oficer jestem obowiązany wykonywać rozkazy. Jednak gdyby nie ten bunt, to nie miałbym szczęścia poznać bliżej pani hrabiny.
Nawet nie zauważył, że Nina śmiertelnie zbladła, jej serce zaczęło lodowacieć, a oczy jej rozbłysły złym ogniem..
- Nie uwierzy pani, ale na widok tego pałacu doznałem przeczucia, iż spotka mnie tu coś wspaniałego. Nie potrafię tego wyrazić własnymi słowami, więc posłużę się strofami poety.
- Uhm! - mruknęła na znak, że słucha i skręciła z alei na dziedziniec z zabudowaniami gospodarczymi. - Błagam pana, tylko proszę mi nie recytować:"Niebo jest tam, gdzie mieszka Julia!"...
- Julia? Nie, cóż znowu, Szekspir jest zbyt sentymentalny. - Rudzkoj wpadł w zapał i nie zważając na wrzaski krzątających się po dziedzińcu żołnierzy, zadeklamował fragment puszkinowskiego poematu, parafrazując nieco jego treść. Znała ten piękny poemat, bo niegdyś w lepszych czasach, głośno czytał go Aleks.
Kim jesteś ? Czy aniołem stróżem,
Czy kusicielką ma przewrotną.
Wyjaw, niech się nie błąkam dłużej,
Może to w sercu mym samotnym.
Roiłem mrzonki niestworzone.
A co innego mi sądzone...
Lecz wszystko jedno, niech się dzieje,
W Twe ręce los mój cały składam3.
- Wzruszające. - bąknęła. - Szkoda, że tak słabo znam język rosyjski.
- Pani hrabina się uśmiecha! - Rudzkoj popatrzył na nią z wyrzutem. - To nieładnie kpić sobie ze mnie. Miałem nadzieję, że ten wiersz odda znacznie wyraziściej to, co czuję! Wyzna, czego nie ośmieliłbym się głośno powiedzieć. Przecież pani hrabina zdaje sobie sprawę, że jednym słowem może ukoić moją mękę... – spojrzał na nią zdumiony, bo Nina szorstkim ruchem przerwała jego miłosne wyznanie.
 Stanęła jak wryta, patrząc szeroko otwartymi oczami ku stajni, z której właśnie kozacy wyprowadzali araby z zaprzęgu do karety. Wśród śmiechów i pohukiwań, mołojcy dosiedli je i zaczęli ujeżdżać po dziedzińcu. Przerażone konie szalały, wierzgając i usiłując stanąć dęba, by zrzucić jeźdźców. Ale potężne ciosy biczem i ukłucia stalowych ostróg, zmuszały je do posłuszeństwa. Skamieniała z oburzenia Nina, zobaczyła nagle swoją Mignon, miotającą się bezsilnie pod rosłym kozakiem, okładającym ją bezlitośnie nahajką. Biedna klaczka spływała potem, z otwartego pyska spadały na ziemię płaty białej piany. Drobiła w miejscu przednimi nóżkami, chcąc wspiąć się i stanąć dęba, aby pozbyć się dręczyciela. Lecz za każdym razem silny cios między uszy udaremniał ten zamiar. Jedwabista sierść poszarzała jej od potu, w wielkich oczach malował się ból. Próbowała wygiąć grzbiet jak kot i wyrzucić kozaka z siodła, lecz jego ostrogi darły delikatną skórę, aż klacz jęczała z bólu, a całe jej ciało przebiegały dreszcze. Zobaczywszy swoją panią zarżała, rozpaczliwie wzywając pomocy.
Kozacy, mieszkańcy stepów, doskonale znali się na koniach, zżyci z nimi od najmłodszych lat. W normalnych warunkach piękność arabów wzbudziłaby ich zachwyt. Ale trzymani przez pułkownika żelazną ręką, nie mogąc sobie pohulać po kozacku, mścili się w ten sposób na zwierzętach tylko dlatego, że należały do znienawidzonych Lachów.
 Nina obserwowała tę scenę trupio blada, zacisnąwszy dłonie w pięści.
- Widzę, że pani hrabina wcale mnie nie słucha! - nadąsał się Rudzkoj.
- Czy pan jest ślepy? - zwróciła ku niemu twarz, z nienaturalnie rozszerzonymi oczami. - Nie widzi pan, co się tu wyprawia? - wykrztusiła głosem zduszonym z bezsilnego gniewu. - Pan mnie czaruje wierszami Puszkina, a ci nędznicy mordują moje konie! Czy to piekielne widowisko nie robi na panu żadnego wrażenia? Może pan patrzyć na to spokojnie? Te konie, to czystej krwi araby, warte tysiące rubli. A moja klacz jest tak cenna, że stanowiłaby ozdobę cesarskiej stajni. I na takim koniu, delikatnym i bezcennym, ujeżdża tępy cham, waląc ją nahajem po oczach. Znęca się nad moją Mignon, a ja muszę na to patrzeć! - widok dręczonej klaczki odebrał jej resztę spokoju. Wybuchła jak petarda, krzycząc, szlochając i tupiąc nogami.
Gdyby miała przy sobie broń, bez względu na konsekwencje zastrzeliłaby kozaka. Każdy cios wymierzony Mignon, czuła we własnym ciele, jakby to na jej barki i głowę spadały razy nahajki. Jakby to jej skórę darły stalowe ostrogi. Cudne araby, duma Makowa, jęczały teraz pod brutalnymi ciosami batów. Nie potrafiła patrzeć na to spokojnie i była wprost nieprzytomna z morderczej pasji.
- Niechże pan coś zrobi, do diabła!- wrzasnęła i z gniewem cisnęła na ziemię mufkę, zasłaniając twarz dłońmi.
 Kniaź pochylił się, podniósł mufkę, otrzepał ją i podał Ninie. Z powagą spojrzał w jej  oczy, płonące nienawiścią i lśniące od łez. Wsparł rękę na rękojeści szabli i ruszył śpiesznie ku harcującym beztrosko kozakom. Na jego spotkanie wyszedł uśmiechnięty podoficer, bawiąc się nahajką.
- Może Wasze Prewoschoditielstwo4 chce... - odezwał się, lecz nie dokończył, bo Rudzkoj wyrwał mu bat z ręki i wymierzył potężny cios przez twarz. Kozak cofnął się, lecz kniaź następował na niego, a razy sypały się na jego głowę, ramiona i piersi.
Piękne młodzieńcze rysy oficera, zmieniły się w mgnieniu oka nie do poznania. Poczerwieniał, oczy uciekły mu ku skroniom, a w kącikach wykrzywionych wściekłością ust, pokazała się piana. Wyszczerzywszy zęby, bez miłosierdzia okładał żołnierza batem. Kozak zalał się krwią, jego twarz pocięta razami nahajki, wyglądała upiornie. Mimo bólu, nie próbował zasłaniać się, czy odwracać, znosząc bicie z pokorą i stoickim spokojem ludzi wschodu. W jego wzroku malowała się niemal psia uległość.
- Imbecile! - charczał Rudzkoj przez zaciśnięte zęby. - Ty swołocz, sobako, ja cię nauczę szanować konie. Skotina! Smirno! - potem z delikatnych, różowych ust kniazia posypały się soczyste, żołnierskie przekleństwa.
Nina wycofała się do tyłu, bez najmniejszego współczucia obserwując bitego kozaka. Resztę żołnierzy, jakby wiatr zdmuchnął z koni. Zeskoczywszy błyskawicznie na ziemię, gorliwie wycierali zgrzane araby z potu i piany, odprowadzili je do stajni i oddali w ręce stajennych. Na koniec egzekucji, Rudzkoj wyciął kozaka pięścią w zęby i starannie wytarł zakrwawioną rękawiczkę o jego płaszcz. Podniecenie opadło, a jego rysy przybrały ponownie wyraz słodyczy i niewinności. Chłodnym tonem ostrzegł podoficera, że każda skarga mieszkańców pałacu sprowadzi na sotnię surową karę. Uśmiechnięty i zadowolony z siebie, powiedział do Niny :
- Proszę o wybaczenie. Ośmieliłem się unieść gniewem w obecności pani hrabiny. - ujął jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek. - Niestety, nie mogłem zachować się inaczej, bo ci ludzie cenią jedynie siłę. Zaręczam, że odtąd te wspaniałe konie będą zupełnie bezpieczne.
Brand. Kozacy.
Wpatrując się w jego jasną, prawie dziewczęcą twarz, Nina nie mogła wprost uwierzyć, że ten sam człowiek, przed chwilą z sadystyczną wprost rozkoszą, smagał żołnierza, a jego twarz była maską wykrzywioną dziką furią. Ze zdumieniem usłyszała pełne podziwu szepty kozaków, znoszących ten pokaz brutalnej siły z fatalistyczną filozofią ludzi wschodu, przyzwyczajonych do przemocy. Nagle poczuła, że boi się kniazia nawet więcej, niż ordynarnego skośnookiego majora, nie kryjącego wrogości do wszystkiego, co polskie.
- Bardzo dziękuję za skuteczną interwencje. - skłoniła głowę i cofnęła dłoń z jego uścisku. - Pan wybaczy, ale muszę zajrzeć do stajni i uspokoić moją Mignon. Jest z pewnością pokaleczona i przerażona.
- Czy wolno mi będzie towarzyszyć pani hrabinie? - spytał, patrząc na nią błagalnie.
- Nie. Konie są przestraszone i obawiają się obcych. Spotkamy się przy kolacji.
- Bardzo żałuję. - na jego twarzy odmalował się wyraz przykrego zawodu. - W takim razie, au revoir, madame.- rzekł, kryjąc westchnienie żalu.
Odwróciła się i pobiegła do stajni. Zaraz przy wrotach natknęła się na Maćka. Chłopak miał rozbity nos, a na podbródku zastygła mu smuga krwi. Inni stajenni również byli pobici, a koniuszy Stach miał rozciętą brew. Stając w obronie koni, wszyscy oberwali od kozaków. Ale na ich ściągniętych bólem i gniewem twarzach, widoczny był wyraz mściwej satysfakcji.
- Czy nikt z was nie jest ciężej ranny? - spytała, patrząc ze współczuciem na ich sińce i podbite oczy.
- Pan Jezus ustrzegł od najgorszego. - westchnął Stach. - Psubraty przykładali nam pistolety do głowy i siłą konie wyprowadzili. Oj, dobrze, że jaśnie pani nadeszła, bo by nas chyba pomordowali, herody!
- Jestem wam bardzo wdzięczna, że broniliście tak dzielnie koni, ale proszę, na przyszłość nie wolno wam się narażać. Wasze życie jest dla mnie więcej warte od najcenniejszego konia. Zabraniam wam szarpać się z żołnierzami, są od nas silniejsi. Co innego, gdyby ich było mniej!... - dodała ciszej, z drapieżnym uśmieszkiem.
- A niedoczekanie, żebym ja tym psim synom ustępował! - zawzięcie warknął Maciek. - Ale dzięki jaśnie paniulce, naszemu słonczku, dostali po mordzie i wyszło na nasze! - pochwycił szczotkę i wzburzony, zaczął tak energicznie czyścić siwego ogiera, aż koń parsknął i podskoczył, zdumiony takim zapałem.
Klacz arabska
 Mignon nie ochłonęła jeszcze z przerażenia. Drżała i chrapała, kładąc po sobie uszy. Lecz gdy Nina podeszła do niej i odezwała się czule, klaczka dotknęła jej policzka miękkimi chrapami, jakby dziękując za ratunek. Nina sama umyła ją, opatrzyła ranki od ostróg, delikatnie wyszczotkowała, cały czas przemawiając do niej pieszczotliwie. Po jakimś czasie, klacz uspokoiła się zupełnie. Nina nasypała jej obroku, dała wody, a potem usiadła na krawędzi żłobu i gładziła Mignon po pysku i szyi. Klacz rewanżowała się, pocierając głową o ramię pani i w ten sposób wyrażając swą miłość.
Na tym jednak nie skończyły się przygody dnia.
Po powrocie do pałacu, Nina zastała w korytarzu zabeczaną Ulisię. Pokojówka miała potargane włosy, czerwone policzki i wyraźnie boczyła się na ordynansa Czengierego, który coś jej po cichu klarował.
- Co tu się dzieje? - zawołała Nina, czując narastającą wściekłość.
- A bo proszę jaśnie pani hrabiny, ten nicpoń pocałował mnie siłą! 
Poskarżyła się dziewczyna szlochając i palcem wskazując stojącego spokojnie żołnierza.
- Czy to prawda ? - spytała Nina, mierząc go groźnym wzrokiem.

- Da! - sołdat pokazał w szerokim uśmiechu wszystkie zęby.

Ulisia rozbeczała się jeszcze głośniej, wycierając oczy skrajem białego fartuszka. Nina roztrzęsiona zajściem z kozakami i widokiem pokaleczonych stajennych, po raz drugi tego dnia straciła nad sobą panowanie. Bez słowa podeszła do szczerzącego zęby sołdata i z całej siły wymierzyła mu siarczysty policzek.
- Nie próbuj brudnymi łapami dotykać moich dziewcząt! - wrzasnęła rozwścieczona.
Żołnierz nie zareagował na klapsa i skłoniwszy się jej po pas, odszedł, nie przestając się uśmiechać. Nina pochwyciła pokojówkę za rękę i pociągnęła ją do buduaru.
- Nie waż się nigdy więcej chodzić sama po domu! - krzyknęła. - Niech zawsze idzie z wami któryś z lokajów. Pamiętaj, każdej chwili jakiś oficer czy sołdat, może którąś z was wciągnąć do pokoju i zrobi z nią co zechce.
Ulisia otarła oczy i dygnęła, wpatrując się w swą panią z ogromnym podziwem.
- Nasza jaśnie pani hrabina to się nawet Moskala nie boi! Ale ten osioł miał głupią minę, jak dostał od jaśnie pani po pysku! - zachichotała, zasłaniając usta ręką.
1Enfin - W końcu.
2Voila... - Oto właściwe słowo !
3List Tatiany z poematu Aleksandra Puszkina "Eugeniusz Oniegin "
4Wasze..- Wasza Wysokość. Imbecile – idiota. Skotina – bydlę. Sobaka – pies. Smirno! - baczność.