środa, 18 maja 2016

Niebezpieczni nowi "lokatorzy".


 18 maja 2016 r.
Pewnej nocy mieszkańców Makowa obudziło bicie dzwonów w Sarnikach i daleka łuna widniejąca na niebie. Na wieżyczce kaplicy, natychmiast zawtórowała sygnaturka. Nina porwała się z łóżka, panna Lutówna zbiegła z piętra i razem z resztą domowników obserwowały ze strachem odległy pożar. Rano okazało się, że palił się folwark należący do wuja Ksawerego Nie tylko zabudowania uległy spaleniu, pobito nawet ekonoma, rabując sprzęty i bydło. Była to wyraźna oznaka braku jakiejkolwiek władzy, sprzyjająca bezprawiu. Nina zaniepokojona o zdrowie wujostwa, zaraz po śniadaniu wybrała się do Sarnik, eskortowana przez kilku co młodszych stajennych i Maćka. We dworze trafiła na sądny dzień. 
Sarniki?

Wuj Ksawery leżał wpółprzytomny na łóżku, z okładami na czole i piersiach, osłabiony puszczeniem krwi przez wioskowego znachora. Ciotka Maria blada, z zaczerwienionymi z bezsenności oczami, czuwała nad mężem, okładając go kataplazmami i poiła wywarem z siedmiorakich ziół. Posłyszawszy parskanie koni, wyszła na ganek przysłaniając oczy dłonią, bo dzień był słoneczny i dosyć mroźny, a blask świeżo spadłego śniegu raził źrenice. Na widok wysiadającej z sań siostrzenicy, pani Borutyńska zalała się łzami .
- Jak to dobrze, że przyjechałaś, kochanie! - zawołała, obejmując Ninę i całując ją. - Widzisz jakie nieszczęście spotkało nas przy nowym roku? Nikczemni bandyci nocą podpalają nam folwarki! Nie ma żadnej władzy, która ukróciłaby te zbrodnicze czyny. A mój biedny Ksawunio omal ducha nie wyzionął ze strapienia. Mniejsza o folwark. Jak się wojna skończy, łotry odbudują go własnymi rękami! Ale mój Ksawunio... Słyszysz sapkę, sercowa! Co ja przeżyłam tej nocy, to tylko jeden Pan Bóg wie. - uskarżając się, wprowadziła Ninę do salonu i usadowiwszy ją na kanapce, zajrzała do męża i kazała podać herbatę.
Salon w polskim dworze.
- Śpi, mój biedny anioł. – westchnęła, ocierając chusteczką wilgotne oczy i siadając koło siostrzenicy. - Powiadam ci, moje dziecko, to było straszne. Tyle, co Ksawunio wszedł do domu, i zaraz trzeba było wezwać starego Mierzwę, żeby mu krew puścił. O mało go apopleksja nie zabiła! I znikąd pomocy, bo władze carskie uciekły przed powstańcami, a ci szaleńcy przepędziwszy policję i wojsko, sami pokryli się w lasach. Nic dziwnego, że chłopstwo ostrzy na nas noże. Galicja im się roi i nowy Szela! Ty także masz kłopoty z chłopami?
- Nie, ciociu, przynajmniej na razie. Makowscy chłopi są bardzo przywiązani do rodziny Klonowieckich. Ale wójt już mnie powiadomił, że zgodnie z zarządzeniem Manifestu Rządu, wieś uważa dzierżawione grunty za własne i nie zamierza płacić za nie ani kopiejki.
- O, właśnie! - ciotka aż zachłysnęła się herbatą. - Od tego wszystko się zaczęło. Oleś i podobni mu romantycy rozpieścili chamów i teraz wszyscy ponosimy tego konsekwencje. Ale ty, moje biedne dziecko, nie jesteś niczemu winna. - dodała łagodniej. - Masz już jakieś wiadomości od Olesia?
Nina nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Nie była pewna, czy może ciotce zaufać.
- Nie, on wyjechał na dłuższy czas. - odpowiedziała wymijająco, rumieniąc się pod przenikliwym spojrzeniem ciotki.
Pani Borutyńska popatrzyła na nią z wyrzutem i pokiwała głową
- Widzę, że nie dowierzasz własnej rodzinie. Nieładnie. Przypominam ci, że Oleś jest moim ciotecznym bratem i mam prawo wiedzieć, co się z nim dzieje. Nie jestem dzieckiem i nie zdołasz ukryć przede mną faktu, iż Oleś jest naczelnikiem tych - mówiąc między nami - buntowników. On, oficer gwardii cesarskiej! Och, od dziecka był niepraktycznym idealistą i smutny los gotuje tobie i dziecku. Biedna Teosia z płaczem opowiadała o mszy polowej. Mon Dieu, że też tym starym piernikom, Wąsockiemu i Jabłockiemu, zachciało się wojaczki. Teraz obaj się pochorowali, a pani Wąsocka i Teosia rady sobie z nimi dać nie mogą, bo ciągle im źle i stękają! No więc, czy miałaś jakąś wiadomość od męża?
W głębi ducha, Nina przeklęła długi ozór pani Jabłockiej i jej inklinację do plotek. Ale nie było sensu dalej robić z tego tajemnicy.
- Najmocniej ciocię przepraszam, lecz Alek zobowiązał mnie do zachowania najściślejszego sekretu, nie chcąc mieszać rodziny w swoją działalność powstańczą. Proszę, żeby ciocia upomniała panią Jabłocką, by trzymała język za zębami. Jakby ta wiadomość, co nie daj Boże, dotarła do Moskali, zostanę natychmiast aresztowana.
. Ciotka Maria ze zrozumieniem skinęła głową.
- To oczywiste. O moje biedne dziecko!.... - chlipnęła żałośnie.
Nina poprawiła się na kanapce i powiedziała ściszonym głosem:
- Nie widziałam Alka od chwili rozstania w Gliszczyskach. Ma zamiar iść do Langiewicza. Tak pisał. Bardzo martwię się Jasiem, bo podejrzewam, że jest poważnie chory i okropnie kaszle.
gen. Langiewicz wraz ze swym sztabem.
 - Ach, ci przeklęci szaleńcy! - ciotka znowu zaczęła płakać. - Tyle przez nich nieszczęścia. Bodzentyn spalony, mieszkańcy pomordowani. To samo dzieje się w innych miejscowościach. Ksawunio ogromnie przejął się wiadomością, że Jaś poszedł do powstania. Planowaliśmy urządzić mu piękny gabinet lekarski w Warszawie. Byliśmy już spakowani, aż tu przychodzi depesza od Salusi, że matka chora i ślub odwołany! Boże święty! Jaka matka? Dopiero Teosia Jabłocka wytłumaczyła nam, o jaką matkę chodzi. W dzień ślubu do lasu! To już trzeba naprawdę wariata. Ale i ty, biedactwo, nie masz spokoju w błogosławionym stanie. A spokój w tym okresie najważniejszy. Inaczej dziecko będzie nerwowe i złośnik. Żeby tylko Pan Bóg pozwolił Olesiowi wrócić do domu na czas porodu. To kiedy się spodziewasz ?
- W maju. Może już będzie po wszystkim
- Daj Boże. Prawie nic po tobie nie widać. Krępujesz się gorsetem?
- Ależ skąd, niania by mi nie pozwoliła. To krynolina maskuje brzuch.
- Hm, piąty miesiąc! - mruknęła do siebie ciotka. - Ja w tym czasie przypominałam już baryłeczkę. Chyba dziecko będzie małe, bo to ciąża krzyżowa.
- Czy to coś złego? - zlękła się Nina, przypominając sobie, że słyszała już tę nazwę od pokojówki.
- Nie, kochanie. - ciotka roześmiała się i uściskała ją. - Ale koniecznie przed porodem powinnaś jechać do Warszawy, oddając się pod opiekę lekarzy.
Nina zerknęła na nią nieufnie.
- Dlaczego wszyscy nalegają, żebym wyjechała? Znajome panie rodzą we własnych domach.
Ciotka zaczęła pokpiwać z jej obaw wspominając, że urodziła Binię spacerując po ogrodzie.
- Zaledwie wnieśli mnie do domu, a tu dziecina już była na świecie! Każda z nas boi się pierwszego porodu, ale o bólu szybko się zapomina. Przy piątym dziecku i ty zapomnisz, że kiedyś się bałaś. Powinnaś jechać do Warszawy, bo w tym czasie mogą u nas toczyć się walki. Lepiej zawczasu szukać bezpiecznego schronienia.
Nina przytaknęła, raczej bez przekonania i zaczęła zbierać się do drogi, raz jeszcze prosząc ciotkę, aby wpłynęła na panią Jabłocką i poskromiła jej gadatliwość.
Bawialna w polskim dworze.
- Zaręczam ci, kochanie, że Teosia już pary z ust nie puści. Obiecuję ci! Ostatecznie chodzi tu również o bezpieczeństwo jej zięcia. Ach ten Kazio! Dorota rozpuściła go, jak dziadowski bat. Powiadają, że Kazio romansuje z córką gajowego. Chyba to prawda, bo odmówił powrotu, kiedy Dora chciała zabrać go do domu. Co za nikczemność! Biedaczka, aż spuchła z płaczu.
- Dobrze jej tak! Wiedziała kogo bierze. - warknęła Nina z zawziętością.
Ucałowała ciotkę i życząc wujowi szybkiego powrotu do zdrowia, pojechała na plebanię. Proboszcz ostatnio słabował, mając jakieś wewnętrzne bóle. Ale ucieszył się widząc ją i pogratulował jej zwycięstwa Aleksa, czym wcale Niny nie zachwycił, bo miała na ten temat własne, całkiem odmienne zdanie. Spojrzała na niego i zaniepokoiła się mizernym wyglądem księdza. Widać było, że jest cierpiący.
- Starość nie radość. - stęknął, kiedy robiła mu wyrzuty, że nie dba o siebie. - A czuję jakieś bolaki, ale może mi Pan Jezus pozwoli doczekać wolnej Polski. Zresztą muszę przecież ochrzcić twoje dzieciątko. Chłopcu dasz na imię Aleksander Wiktor, a jeśli będzie dziewczynka, to nazwiesz ją Aleksandra Wiktoria. Jużeśmy to sobie uzgodnili z panią wojewodziną. Chrzciny urządzimy na dwa powiaty!
- Dobrze. A czemu to ksiądz dobrodziej nie leży i nie wypoczywa?
- Bo w łóżku się umiera. A ja, grzeszny, chcę jeszcze trochę pożyć! - odparł z pocieszną miną. - O, zapomniałem! - zawołał, klepiąc się po łysinie. - Nino, uważaj na siebie i ostrzeż gospodarzy, bo od Radomia idzie w naszym kierunku generał Mark i rozpuszcza przed sobą kozaków. Sama nie wyjeżdżaj z domu, nawet na nabożeństwo.
Patrol kozacki.
 - Rany boskie, kozacy? - krzyknęła wystraszona. - No to już koniec ze spokojem. A o Langiewiczu ksiądz proboszcz nie słyszał?
- Jest w Wąchocku i zbiera siły. - staruszek poprawił się w fotelu stękając z bólu.- Było już zaprzysiężenie pierwszego batalionu pod dowództwem majora Klimaszewskiego. Mamy polskie wojsko, rozumiesz? Czy to nie cud?
Umundurowanie żołnierzy rosyjskich.






-Aha, cud! - mruknęła ironicznie Nina. - W Wąchocku batalion wojska, a w okolicy chłopi podpalają folwarki, bo czują się bezkarni.
"Wykapana ciotka." - pomyślał proboszcz i westchnął.
- Nie masz racji, moje dziecko. Ja wiem, że to pani Borutyńska tak ciebie nastawiła. Ale przypomnij sobie, ile razy sama się oburzałaś na okrucieństwo wujostwa. Dlaczego to panu hrabiemu chłopi nie palą folwarków? Bo zawsze byli przez niego traktowani z szacunkiem, jak ludzie! No, mniejsza z tym. Słyszałaś o bitwie koło Bzina i pożarze Suchedniowa?
- O Jezu, Suchedniów spalony? - Nina miała ochotę głośno zakląć albo zapłakać.
- Niestety tak.- proboszcz był także przygnębiony, bo w miasteczku miał wielu przyjaciół. - Obie miejscowości podpaliła ta sama zbrodnicza ręka Polaka w carskiej służbie, niejakiego Komorowskiego. A rosyjską kolumną dowodził również Polak major Bentkowski.
- Bo naród nasz nie jest zdolny do wielkich poświęceń. - stwierdziła Nina z goryczą.
- Kto wie, może przyjdzie jeszcze pora na wielkie ofiary.- rzekł ksiądz w zamyśleniu. - Powiem ci przyjemniejszą nowinę. Pod Kurowem, nasi zdobyli furgon pocztowy, a w nim wiele tysięcy rubli. Powstańcami dowodził młody warszawiak pan Leon Frankowski.
- Pan Leon? - ucieszyła się Nina. - Mój Boże, ja go przecież znam. To taki miły chłopiec. Przynosił mi bukieciki polnych kwiatów. Jaś wspominał, że jego bracia i on mają w Rządzie wiele do powiedzenia.
- Mamy wspaniałą, ofiarną młodzież.- rzekł z dumą proboszcz. - Czy wiesz, co powiedział pan Leon, kiedy studenci z Politechniki Puławskiej narzekali na brak broni? "Kijami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty!" Ma bestia polską fantazję, co? Jego słowa obiegły już całą Europę!
- Naprawdę? - Nina wysoko uniosła brwi. - To cudzoziemcy mają się z czego śmiać!
Leon Frankowski
  Na szczęście proboszcz nie zwrócił uwagi na tę zgryźliwa uwagę.
- Pan hrabia udał się do Langiewicza, prawda? Czy masz już od niego list?
- Nie i bardzo niepokoję się o niego.
- Jak tylko dowiem się czegoś o panu naczelniku, natychmiast dam ci znać. A teraz jedź już, moje dziecko, bo robi się ciemno i pewnie będzie zadymka. Lepiej nie ryzykować spotkania z kozakami.
Na pożegnanie ksiądz poczęstował ją kieliszkiem dereniowej nalewki. Wyszła z plebanii, rozmyślając z troską o usłyszanych nowinach. Nie były pocieszające. Powstanie rozkręcało się niemrawo, a o mężu nie miała wiadomości. Obawiała się, że Rosjanie paląc Suchedniów, zniszczyli pocztę i telegraf, odcinając ludzi od wiadomości ze świata. Potem przypomniała sobie ostrzeżenie księdza i pośpiesznie wskoczyła do sań.
- Stachu, proszę popędzić konie. Ksiądz dobrodziej mówił mi, że w pobliżu są kozacy.
- Maryjo, Józefie święty! - wrzasnął przerażony nowy koniuszy i tak mocno zdzielił konie, że z miejsca popędziły przez pola jak wicher.
Siedzący na koźle Maciek, położył rękę na kolbie rewolweru podarowanego mu przez pana Bochniaka. Na drugich saniach, eskortujący ją chłopcy wyciągnęli stare flinty. Nina dostrzegła te gesty junactwa i wzruszyła ramionami. Jakby tak dopadła ich sotnia kozacka, ta nędzna broń pomogłaby im, jak umarłemu kadzidło. Kozacy w mig roznieśliby ich na szablach i podziurawili pikami, zaś ją czekałby los stokroć gorszy od śmierci. 
Patrol kozacki
Gdy zajechali przed pałac, Nina zapomniawszy, że spodziewa się dziecka, pierwsza wyskoczyła z sań i wpadła do sieni z takim impetem, że gapowaty Paweł otworzył szeroko oczy i usta, zamieniając się w przysłowiowy słup soli.
- Niech się Paweł na mnie nie gapi, tylko pomoże mi zdjąć futro! - upomniała go zniecierpliwiona. - Proszę zaraz poprosić do mnie pana Bochniaka.
Pozbywszy się futra, toczka i rękawic, pobiegła do izby czeladnej. Długi stół zarzucony był zwojami szarego płótna i kawałkami baranka, którym obszywano konfederatki. W wiklinowych koszach leżały stosy gotowych mundurów i czapek. Monotonnie turkotała maszyna do szycia. Pochylona nad nią panna Lutówna, podniosła głowę i wlepiła w Ninę rozszerzone ze zdumienia oczy.
- Proszę natychmiast przerwać pracę!- rozkazała Nina. - Podobno w naszej okolicy są kozacy!
Kumosia przykrawająca sukno, zastygła z uniesionymi do góry wielkimi nożycami. Inne kobiety porwały się z krzykiem, w panice zgarniając sukno i wpychając je do koszy.
- Przestańcie wrzeszczeć! - Nina nie zdawała sobie sprawy, że sama krzyczy. - Przecież jeszcze ich tu nie ma! Pochowajcie wszystko do koszy, a te ukryjemy w lochach. Niech każda z was sprawdzi dokładnie, czy w pokoju nie zostawiła kawałka szarpi lub czegoś równie kompromitującego. Kozacy mają bystre oczy. Na razie musimy przerwać pracę do czasu, aż się sytuacja wyklaruje.
- Skąd wiesz, że kozacy są w naszych stronach? - spytała panna Lutówna, ochłonąwszy z przerażenia.
- Od księdza proboszcza. Kumosia pozwoli, pomogę. - rzekła Nina i razem zaczęły składać do koszy czapki i ścinki pozostałe z sukna.
- Pani hrabina raczyła mnie wezwać? - na progu czeladnej ukazała się pękata figura rządcy.
- Panie Bochniak kochany, trzeba szybko posłać kogoś do wójta z ostrzeżeniem. - rzekła Nina i przekazała mu wiadomość o pojawieniu się kozaków.- Musimy także ukryć te kosze.- stęknęła, upychając kolanem nie mieszczące się materiały.- Resztę wkładajcie do worków. Aż boję się pomyśleć, że w nocy możemy znowu zobaczyć łuny na niebie.
Klasztor cystersów Wąchock.
  Wieczorem nie mogła zasnąć, bezskutecznie szukając w łożu miejsca, gdzie mogłaby się skulić i odprężyć. Myślami była przy mężu, pocieszając się, że jest w Wąchocku, u boku generała Langiewicza i ma ciepły dach nad głową. Za każdym razem, gdy wyobrażała sobie, że Aleks śpi w lesie na gołej ziemi, niezmiennie wpadała w straszną rozpacz i godzinami płakała. Nazajutrz od samego rana była bardzo zajęta, przyjmując raporty od ekonomów z folwarków i oficjalistów. Odbyła również naradę z głównym ogrodnikiem, przedstawiając mu swój projekt utworzenia na wiosnę zupełnie nowych dwóch ogrodów: z liliowców i hortensji. Pragnęła, by park wyglądał jeszcze piękniej. Potem przyjęła pana Bochniaka i razem zastanawiali się nad finansami majątku. Niestety, nie były zadowalające, bo już na początku roku niemal całkowicie ustały wpływy z dzierżaw, a wydatki nieustannie rosły. Z braku zamówień stanęła cegielnia, bo ludzie przestali budować, niepewni swoich losów.
- Zapomniałem wspomnieć pani hrabinie, że ludzie z lamusa prosili o rozmowę z panią dziedziczką. Wydaje mi się, że są jacyś niespokojni. Trochę mnie to niepokoi. - rzekł rządca.
- Tak? A czego chcą?
- Tego mi nie powiedzieli. Pragną rozmawiać z samą panią hrabiną.
- Cóż, niech przyjdą. - zadzwoniła i kazała służącemu przywołać kogoś z lamusa. - Aha, póki jesteśmy sami, proszę mi raz jeszcze pokazać na mapie te tereny, które mąż oddał im do uporządkowania. - pochyliła się nad mapą rozłożoną na biurku. Pan Bochniak stanął przy niej
- Tu, na Pliszkowej Górce i na Mogilance są suchsze łączki. W Końskim Wądole jest mnóstwo pni zwalonych wiatrem i trochę głazów. Tej ziemi jest przeszło dwie włóki1.
Nina przyjrzała się mapie, skinęła głową i wyjęła z szafy butelkę wina, napełniając dwa kieliszki mocnym maślaczem.
- Za zdrowie pani hrabiny i przyszłego dziedzica lub dziedziczki Makowa. - pan Bochniak wzniósł toast i posmakował wina. - Znakomite, umarłego postawi na nogi.
- Proszę się częstować, bo nie chciałabym żeby mi pan zasłabł. - Nina uśmiechnęła się przekornie. - Coś panu pokażę.
Podeszła do oszklonej szafy i wyjęła z niej teczkę. Otworzyła ją i podała panu Bochniakowi notarialnie spisany akt prawny, oddający wymienione przez rządcę tereny w wieczyste użytkowanie wyszczególnionym po nazwisku osobom. Pan Bochniak spojrzał i zimny pot wystąpił mu na twarz.. Wyciągnął z kieszeni kraciastą chustkę i przetarł nią wilgotne czoło.
- Rany boskie! - jęknął zduszonym głosem. - Tyle ziemi za darmo! Toż to ogromna strata dla Makowa. Po wojnie siła robocza może stanieje i wtedy sami zdołamy zagospodarować te nieużytki.
- Taka była wola mego męża! -oświadczyła Nina władczym tonem.- Zapewne słyszał pan, co przytrafiło się memu wujowi w Sarnikach? U mnie tego nie będzie!
Rządca nalał sobie następny kieliszek wina i pochłonął go jednym tchem.
- Taki szmat ziemi wart tysiące rubli!- wymamrotał przygnębiony.
- A właśnie, że nic nie wart! Ziemia powinna dawać plon. A ja jestem wygodna i nie lubię, jak mnie w nocy sumienie gryzie. Może na wiosnę ta ziemia da chleb jakiejś rodzinie nędzarzy?Warto spróbować, prawda?
Rządca umilkł i tylko ciężko wzdychał.
  Wszedł lokaj i zameldował, że przyszli "ci z lamusa." Na progu pojawiło się trzech chłopów, w brudnych kożuchach i w czapkach na głowach, które zdjęli pośpiesznie, zobaczywszy dziedziczkę i rządcę. Niepewnie przestępowali z nogi na nogę, rzucając dokoła nieufne spojrzenia.
- Siadajcie. - ruchem ręki Nina wskazała im złocone krzesła.
- Postoim! - mruknął ponury wysoki chłop, z szeroką blizną przecinająca mu pół twarzy. Miał kołtuniaste włosy opadające mu w tłustych strąkach na czoło. Wszyscy zresztą byli brudni i cuchnęli starym łojem.

Chłopi przed pańskim dworem
- Co macie mi do powiedzenia ? - odezwała się Nina czując, że robi się jej niedobrze.
"Ależ ci nasi chłopi kochają brud! - pomyślała, patrząc na nich z zaledwie skrywanym obrzydzeniem, - Przecież woda nic nie kosztuje, ale im nawet umyć się nie chce. Boże, co za naród!"
- Jaśnie pan dziedzic pono wyjechał gdziesik, a my ta nie wiemy, co mamy dalej robić. - odezwał się burkliwie kołtuniasty.
- Jak to co? - zdziwiona potrząsnęła głową.. - Macie przecież oczyścić te ziemie pod zasiew.
- Ino la kogo? - hardo zajrzał jej w oczy.
- Pracujecie dla siebie. Bagno zasypaliście?
- Znaczy się młakę na Mogilance? Tam gdzie łońskiego roku Burak się na ament utopił? A zasypujemy. Ale jak jaśnie pan pojechał, to my tak se myślimy, że lepiej będzie poczekać, albo pogadać z jaśnie wielmożną panią, bo jakoż to będzie z nami?
- W ogóle nie rozumiem, o co wam chodzi? - przerwała mu Nina, zbierając myśli. Tylko siłą woli powstrzymywała się, aby nie wstać i nie otworzyć okna, by wywietrzyć ciężki smród niemytych ciał.
Kudłaty zerknął na swoich towarzyszy.
- A bo my ta wiemy? Chodziły takie po wsi i gadały, że biedota dostanie od cara gronta. Po sprawiedliwości.
Nina wymieniła z panem Bochniakiem błyskawiczne spojrzenia. Widocznie rosyjscy agitatorzy dotarli już do Makowa.
- Kto to był? - spytał ostro rządca.
- A kto ich tam wie. - mruknął kudłaty. - Przyszły, pogadały i poszły se. - spuścił oczy, bo nie odważył się głośno powiedzieć, że obiecywano im ziemię, w zamian za napad na pałac w momencie wybuchu powstania. "Zabijesz pana, - mawiali agitatorzy – przysłużysz się carowi. W Rosji, car dał swoim chłopom ziemię na darmo!"
Nina zrozumiała to niedomówienie i zbladła. Tym więcej umocniła się w postanowieniu, że tych ludzi trzeba sobie koniecznie zjednać. Miała fenomenalną pamięć do twarzy i nazwisk i pamiętała tego chłopa. Był nieufny i podejrzliwy wobec wszystkiego, co pańskie.
- Nazywacie się Grzyb, prawda? Powiedzcie mi tak z ręką na sercu, czy dostaliście kiedyś coś od cara? Byliście nędzarzami, przymieraliście głodem i nikt wam nie dał nawet łyżki strawy. To dziedzic was przygarnął, dał dach nad głową i darmowe jedzenie. Oj, starzyście, a rozumu zupełnie nie macie. Jak te głupie dzieciaki, słuchacie bajek o dobrym carze. Zapomnieliście, ilu z was poszło w sołdaty na wieczne zatracenie?
Chłop pochylił się i podjął ją pokornie pod nogi
- Wiadomo. - sapnął wzruszony. - Pan dobry, ale car naprawdę dał swoim ziemię, to może i nam coś da? Ruskie już nie chodzą na pańskie.
- Dopraszam się łaski, jaśnie pani dziedziczki. - rzekł drugi chłop. Miał oczy wytrzeszczone jakąś chorobą. - My ta nie wiemy, co robić. Każdy tego biedaka bije w zadek. Wszyćkiego się już strachamy. E, kto by ta za darmo gronta biedakom dawał?
Nina wzięła z biurka akt notarialny i pokazała go chłopom.
- Kto z was umie czytać?
- Niby ja, ino ślabizuję. - mruknął kudłaty.
- To przeczytajcie głośno to pismo, a jak nie umiecie, to pan rządca wam przeczyta.
Pan Bochniak wziął akt prawny i zaczął odczytywać zawiłe prawne formułki, a chłopi stali, gapiąc się na niego ogłupiałym wzrokiem i nic z tego nie rozumieli.
- Jaśnie pan dziedzic tym aktem darował wam dwie włóki ziemi na wieczne czasy. -wyjaśnił rządca, przerywając czytanie. - Dostaniecie to pismo, jak przygotujecie ziemię pod siewy. Tu są wasze nazwiska: Wróbel, Grzyb, Boniaszek, Sikorzak i inni. Potem sobie wszystko przeczytacie. Za cegłę i drewno na budowę domów odpracujecie, ale ziemię dostaliście darmo. Rozumiecie? - Pan dziedzic chciał, – wtrąciła Nina – żebyście już nigdy nie musieli żebrać czyjejś łaski. Wiosną pójdziecie na swoje. Wasze dzieci, Wrona, już uczą się w szkole i może wyrosną na mądrych, pożytecznych ludzi. Starego kaprala Gulaka znacie? - Znaczy tego kulasa? Znamy, on mego chłopaka stolarki uczy. – rzekł Grzyb.
- Szkoda, że was rozumu nie nauczył!- zawołała zirytowana – Myślcie o tym, żeby jak najszybciej ziemię zagospodarować, a nie o gruszkach na wierzbie i carskich obietnicach. Jeżeli nie chcecie tej ziemi, to mi powiedzcie. Oddam ją gospodarzom, a oni ją wezmą z pocałowaniem ręki!
- A wiela tego grontu przypadnie na głowę, jaśnie wielmożna pani?
Chłopi momentalnie się ożywili. Oczy im zabłysły, a długie wąsiska poruszyły groźnie. Grzyb ponownie pochylił się Ninie do nóg.
- Dwie włóki, prawda, panie Bochniak? Podzielicie się sprawiedliwie.
- Może nawet więcej .... - dorzucił rządca jękliwym głosem.
Studium twarzy chłopa.
  Po twarzach chłopów przemknął błysk chciwości. Oddaliby życie za kawałek swojej ziemi i własny dach nad głowa. Dla zdobycia tej ziemi, potrafiliby zdradzać i mordować. Już widzieli przed sobą falujące pola złotej pszenicy i zagony krągłych główek kapusty. Ale kołtuniasty był nieufny. Skupiony w sobie, podejrzliwie obserwował młodą dziedziczkę. Nie wyglądała na cyganichę, ale kto tam wie, co jaśnie państwo sobie myślą. Szeroka blizna na jego twarzy zaogniła się i wyglądał strasznie, gdy wpatrywał się w nią błyszczącymi z chciwości oczami .
- To jakby tak równo podzielić, wypadłoby po cztery morgi na głowę, może i więcej. - wychrypiał. - Jaśnie wielmożna pani dziedziczko, to jak my tę Mogilankę zasypiemy, to już nikt nam tej ziemi nie odbierze?
- Ziemia jest wasza! - odpowiedziała, patrząc im prosto w oczy.- Pracujecie dla siebie.
- O Jezusie Nazareński! - westchnął trzeci chłop, który do tej pory nie zabierał głosu. - Pomnę, że mój kum u jakiegoś dziedzica kamienie z pola i pnie w lesie wyciągał. A jak pole czyste było, to mu pan tę ziemię odebrał, Tera tak nie będzie, jaśnie dziedziczko?
- Ludzie, tu macie zapisane czarno na białym, że ziemia jest wasza po wieczne czasy! - zawołała Nina przejęta i zarazem zniecierpliwiona.- Nie wierzycie mi, jedźcie poradzić się proboszcza, lub rejenta w mieście. Każdy wam powie, że już nikt wam tej ziemi nie odbierze! Zabierajcie się do pracy, bo wiosna nadchodzi.
Grzyb uśmiechnął się, ale po namyśle ponownie spochmurniał.
- A z czego chałupy postawimy, a ziarno do siewu i ziemniaki, skąd wziąć, albo jaką gadzinę? Przecie my biedaki, człowiek żył z dnia na dzień z cudzej łaski.
- Wy uprzątnijcie pola. Drewno i cegły na podmurówkę dostaniecie, a ziarno, sadzeniaki i jakieś bydło może też się znajdą. Teraz idźcie już z Bogiem.
Chłopi na polu.
Chłopi bijąc pokłony aż do ziemi, tyłem wycofali się z gabinetu. Nina podbiegła do okna, otwierając je na całą szerokość. Wychylona, oddychała głęboko, wciągając w płuca świeże, chłodne powietrze. Pan Bochniak porwał się z krzesła i podtrzymał ją, bo ledwie stała na osłabłych nogach.
- Czy jeszcze żałuje pan tych nieużytków? - spojrzała na niego z błyskiem tryumfu w oczach. - Przecież ci mili ludzie, mogli nas pewnej pięknej nocy spokojnie zarżnąć, jak prosiaka przed zapustami!
- Bóg strzegł! - wykrztusił rządca blady i zdenerwowany.
Następnego dnia, jak grom z jasnego nieba, spadła wiadomość, wobec której wszystko inne straciło znaczenie. Wąchock został zdobyty i spalony przez wojska generała Marka, a powstańcy rozgromieni2. Langiewicz wycofał się w popłochu w stronę Gór Świętokrzyskich, tracąc połowę swej małej armii, większość broni, a przede wszystkim magazyny i warsztaty wąchockie. Kiedy powstańcy opuścili miasteczko, generał Mark wydał rozkaz podpalenia Wąchocka i dał swym sołdatom swobodę. Śliczne starożytne miasteczko, pełne cennych zabytków przeszłości, płonęło jak pochodnia, a niewinna ludność płaciła najwyższą cenę za okazywany patriotyzm i gościnność.
1Włóka – jednostka powierzchni gruntu ornego = 30 mórg = około 17 ha.
2Bitwa o Wąchock miała miejsce 3 lutego 1863 roku.