środa, 4 maja 2016

Polowanie na lisa i łowy.


 4 maja 2016 r.

Następnej nocy nadeszła oczekiwana zmiana pogody. Powiał ostry północny wiatr a kilkudniowy mróz ściął rozmiękłą ziemię. Od rana zaczęto zwozić do pałacu fanty na tombolę. W przeddzień polowania, przybyło do Makowa kilkunastu myśliwych, z żonami, końmi i psami myśliwskimi. Wieczorem w wielkiej sali jadalnej, zapłonęły kryształowe żyrandole, na długim stole ustawionym w podkowę, paliły się różowe świece w pozłacanych kandelabrach. Kolacja rozpoczęła się od przekąsek: ostrych marynat, śledzi i miniaturowych kanapek z bułek maślanych, powycinanych na kształt kwiatów, z różnymi pastami. Panowie do wódek raczyli się śliwkami na rożenkach, nadziewanymi kminkiem.
Na pierwsze danie były kołduny litewskie w bulionie. Kiedy wniesiono porcelanowe wazy, po całej sali rozszedł się korzenny zapach przypraw. Po kołdunach podano indyki pieczone z nadzieniem z kasztanów, dziczyznę i rozmaite gatunki ryb ubranych szyjkami raków i polane świeżo stopionym masłem. Posiłek urozmaicały jarzyny, sałatki i różne gatunki majonezów. Do ryb pito białe Sauterne i lekkie wina reńskie, zaś do mięs szampana. Na deser wniesiono duży tort czekoladowy i krem ananasowy, a dla dam ulubione słodycze: jabłuszka krymskie w syropie, gruszki nadziewane skórką pomarańczową i obsmażane w cukrze, białe od cukru smażone fiołki oraz płatki róży w przejrzystej, pachnącej galaretce. Do kawy i likierów podano ostre sery. Było to prawdziwie hrabiowskie przyjęcie.
Mężczyźni podnieceni alkoholem, głośno zachwalali swoje konie i psy, wspominając łowieckie przygody. Po kolacji panowie grali w bilard i w karty, panie plotkowały, a młode panny i kawalerowie rozmawiali o nowych wierszach panów Ujejskiego, Romanowskiego i Asnyka wydawanych w Galicji, przekomarzając się i flirtując w cieniu drzewek pomarańczowych. Lecz przed północą zaczęto rozchodzić się do pokojów, bo trzeba było wstać przed wschodem słońca. Za oknami była jeszcze ciemna noc, gdy zagrały rogi myśliwskie, budząc Ninę ze snu. Aleks już nie spał i mył się w łazience, parskając i pogwizdując. Wstała z łóżka i podeszła do okna, odsłaniając kotary. Na trawie w ogrodzie różanym leżał gruby szron, a w powietrzu unosiła się lekka mgiełka. Na wschodniej stronie nieba, różowy blask wstającego słońca barwił białe obłoki. Dziedziniec roił się już od psów trzymanych przez psiarczyków na długich linkach, ze stajni wyprowadzano konie. Psy szczekały i wyły, konie odpowiadały im donośnym rżeniem, z furią wrzeszczały rożki myśliwskie.
Pogoń za lisem.
 Nina miała szaloną ochotę wziąć udział w pogoni za lisem, lecz Aleks sprzeciwił się temu stanowczo. Na tym tle doszło nawet do kłótni. Pogodziła ich pani wojewodzina. Stara dama długo rozmawiała z chrzestnym synem w cztery oczy. Po tej rozmowie zaczęła troszczyć się o Ninę, jak kwoka o kulawe kurczę. Skończyło się na tym, że Aleks wyraził zgodę, aby żona przejechała się konno kawałek drogi i wróciła do domu, kiedy zacznie się pogoń za lisem. Starsi myśliwi także rano jechali do puszczy, by wziąć udział w łowach na grubego zwierza. Po tomboli miał się odbyć w pałacu raut, zakończony balem. O wieczorne przyjęcie Nina była zupełnie spokojna, bo nad wszystkim czuwała sama pani wojewodzina i Zosia, nie biorąca jeszcze udziału w gonitwie i w polowaniu.
Wydawszy ostanie polecenia pani ochmistrzyni, Nina przy pomocy Ulisi, swojej nowej pokojówki, ubrała amazonkę z ciemnozielonego aksamitu lamowaną brunatnym futrem sobola. Właśnie stała przed lustrem, stwierdzając z zadowoleniem, że w tym stroju wygląda jeszcze smukło i wytwornie. Do garderoby wszedł Aleks i zmierzył ją wzrokiem pełnym podziwu.
- No, no! – mruknął. - Cudo! - Podobam ci się jeszcze? – spytała kokieteryjnie i rozkładając ręce okręciła się na pięcie, zabawnym gestem naciągając na oko futrzany toczek, z którego zwieszał się na ramię lisi ogon.
- Ślicznie ci w amazonce. – pochwalił, całując jej różowy policzek. – Promyczku, umawiamy się, że jedziesz z nami tylko do chwili rozpoczęcia gonitwy. Zgadzam się na to wyjątkowo, to będzie twój ostatni spacer konny przed rozwiązaniem.
Nina nadąsała się.
- Moja biedna konisia.
-Twojej konisi nie stanie się krzywda. Możesz chodzić do niej i opychać ją smakołykami. No, czas już na nas.
W Anglii tradycyjne tropiono żywego lisa, puszczając za nim sforę psów myśliwskich. Ale Nina kochając zwierzęta, nie zamierzała tolerować tego okrutnego zwyczaju. Na jej prośbę, hrabia wyznaczył do roli lisa koniuszego Kacpra. Koniuszy miał popędzić przodem, z przypiętą do ramienia lisią kitą, a za nim pogonią psy i myśliwi. Zwycięzca pościgu w nagrodę otrzyma lisi ogon.
- Kacpra nikt nie dogoni. – stwierdził Aleks ze śmiechem. – Będzie ich ciągał po wertepach i dościgną go wówczas, kiedy sam na to pozwoli. Nino, jesteś gotowa? Zaraz zagrają sygnał.
Skinęła głową, wciągnęła na ręce wysokie skórzane rękawice i wyszli.
 Na dziedzińcu stały wierzchowce, trzymane przez masztalerzy, przed pałac zajeżdżały bryczki dla tych gości, którzy nie brali udziału w gonitwie. Trąbka zagrała „wsiadanego”, panie i panowie dosiedli koni, a lokaje na tacach roznosili kieliszki ze „starką”. Mignon była podrażniona hałasem i histerycznym szczekaniem psów, rwących się na smyczach. Potrząsała głową, żuła wędzidło i pieniąc się, przysiadła na zadzie. Potem zaczęła prychać tak gwałtownie, jakby niechcący, wciągnęła w nozdrza pół mrowiska. Po jej jedwabistej sierści przebiegały nerwowe drżenia. Na widok Niny, zarżała i obnażyła zęby.
- Dziś klacz zachowuje się bardzo płochliwie. – zauważył Aleks, obserwując z niepokojem Mignon. – Może zrezygnujesz, albo każę ci podać innego konia?
Mignon parsknęła i łypnęła na niego złowrogo czarnym okiem. Nina podeszła do niej, ujęła jej głowę w obie dłonie i przemówiła łagodnie. Klaczka powoli się uspokoiła, strzygąc uszami i drobiąc w miejscu.
- Już w porządku. Nie bój się, Mignon nie zrobi mi krzywdy. - Nina pogładziła aksamitne chrapy ulubienicy i z pomocą męża dźwignęła się na siodło, mocno ujmując cugle.
Aleks lekko wskoczył na grzbiet Rexa i cała kawalkada jeźdźców ruszyła naprzód, przy wtórze chrapliwych głosów rożków. Stosując się do ruchów Mignon, Nina czuła się niemal szczęśliwa. Zaczerpnęła pełną piersią powietrze, zimne i czyste, pieszczotliwie klepiąc szyję klaczki. Za nią jechał Maciek na ognistym młodym ogierze, nie spuszczając oczu ze swojej pani. Aleks podjechał do niego, wstrzymując cuglami Rexa.
- Maciuś, pamiętaj, że odpowiadasz za panią. Nie pozwól, żeby klacz ruszyła galopem. Zachowuje się dzisiaj niesfornie. Koń ma iść stępa albo kłusem. – Aleks uśmiechnął się i poklepał chłopca po ramieniu. – Polegam na tobie!
- Słucham jaśnie pana hrabiego! – Maciek dotknął palcami czapki i odtąd trzymał się boku Niny, baczny na każdy jej ruch.
 Na czoło kawalkady wysunął się Kacper, z przypiętym do ramienia lisim ogonem. Stary ułan uśmiechał się drwiąco pod nosem, obmyślając plan gonitwy. Minąwszy park, orszak podzielił się na dwie grupy. Jedni, mający wziąć udział w pogoni za lisem, skierowali się ku rozległym łąkom. Starsi myśliwi prowadzeni przez leśniczego i gajowych, podążali w stronę puszczy. Za nimi jechały wozy ze sprzętem łowieckim i szły krępe silne ogary, używane do polowania na jelenie i dziki. Niegdyś również na niedźwiedzie, ale tych zwierząt nie było już w świętokrzyskich borach. Każdy myśliwy przepasany był kartuszem, czyli pasem z nabojami. Prócz broni myśliwskiej: strzelby lub dubeltówki, łowcy mieli przy sobie kordelasy do zadania ostatniego ciosu i stroczenia zwierzyny, to jest obdzierania upolowanych zwierząt ze skóry. W torbie borsuczej znajdowała się manierka z wódką, na wypadek zasłabnięcia lub zranienia.
Blade anemiczne słońce, oświecało pożółkłe rżyska, ciągnące się faliście pod błękitnym niebem, pełnym szarobiałych obłoków. Szron osiadły w nocy na zwiędłej trawie, szybko topniał, zamieniając się w wodę. Przed jeźdźcami otwierała się szeroka panorama wzgórz i ciemnej wstęgi borów. Nina zmuszona utrzymywać wolne tępo, nudziła się i miała ochotę popędzić galopem, przesadzając po drodze rowy. Na razie jednak jechano powoli, aby nie zmęczyć koni przed właściwą gonitwą. Musiała przy tym cały czas uważać na Mignon, zdradzającą chętkę ruszenia z kopyta. Pozostawili daleko za sobą wieś i znaleźli się na ogromnej łące porośniętej krótką, pożółkłą trawą.
 Śliczne smukłe charty, hodowane w niemal każdym większym dworze, i służące do polowania na drobniejszą zwierzynę, zaczęły kręcić się niespokojnie, wydając ostre skowyty i pytająco patrząc na swych panów. Z głębokich bruzd wyskakiwały zające i uciekały przed siebie w panicznym strachu. Dojeżdżacz zwrócił głowę w stronę Aleksa, czekając na jego znak. Gdy dostrzegł, że hrabia skinął głową, puścił trzymaną na smyczach sforę i wrzasnął na całe gardło, popędzając psy. Charty z miejsca rozwinęły największą szybkość, wyciągając się nad ziemią w pędzie, na kształt brązowych smug. Żadne oko ludzkie nie zdołało uchwycić błyskawicznego ruchu ich łap, zaledwie muskających trawę. Srogie rozżarte pyski, ukazywały ostre białe kły. Pędząc, wydawały krótkie skowyty, podniecając się do biegu. Z wywieszonych języków spadały na trawę białe płaty piany. Razem z nimi popędził Grot, idący dotąd na smyczy przy koniu pana. Sadził tak szybko, że prawie wyprzedził charty.
Na widok pędzących psów, w myśliwych zawrzała krew. Nie czekając na gonitwę, unieśli się w siodłach i ława jeźdźców ruszyła jak lawina, mknąc za biegnącą na przedzie sforą. Z kęp traw i krzewów wypadały przerażone szaraki i błyskając białymi kosmykami1, uciekały sadząc ogromnymi susami. Czasami zatrzymywały się na mgnienie oka, stawały słupka i rozglądały się, strzygąc
słuchami. Potem znowu rzucały się do ucieczki, biegnąc zygzakiem, aby zmylić
 goniące je psy. Trąbka zagrała trzy razy, zachęcając charty do dalszej pogoni. Jeźdźcy galopowali za psami, pokrzykując gromko:
- Lotka! Bystry! Ahyźha! Bierz! Bierz!
Dojeżdżacz pędzący za psami, wrzeszczał cienkim głosem:
- Ulala! Ulala! Ulala! Nitka. Zagraj, chwytaj! Kot! Kot!
Na widok pędzących koni, oczy Niny rozbłysły. Poruszyła chrapkami i zaczęła wiercić się na siodle, trzymając z całej siły cugle i starając się poskromić pełną zapału klaczkę. Nie znosiła polowania, ale pragnęła zakrzyknąć” „ulala!” i wypuściwszy Mignon, pocwałować przed siebie. Westchnęła nerwowo, a jej rozbiegane oczy spotkały się ze spojrzeniem męża. Ściągnął Rexa i wpatrywał się w nią z napięciem.
- Promyczku, proszę… - usłyszała jego szept.
Rozluźniła mięśnie i zrezygnowana opadła na siodło. „Dobry Boże, po co biorą się dzieci, kiedy ich wcale nie potrzeba?”. – pomyślała rozżalona. – A mogłabym
się tak wspaniale bawić!" Rozgoryczona śledziła mijające ją w pędzie amazonki.
W. Kossak Amazonka.
 Galopowały, ćwicząc wierzchowce pejczami. Wiatr rozwiewał w pędzie długie spódnice podpięte z boku i ukazujące wysokie lakierowane buciki. Panie brały udział w łowach na równi z mężczyznami, nie ustępując im w łowieckim zapale. Jeźdźcy zaczęli powstrzymywać konie i chwyciwszy za strzelby, starannie mierzyli do umykających szaraków. Padał strzał, zając podrywał się, koziołkował w powietrzu i spadał prosto pod kły goniących je chartów. Psy dusiły zdobycz i niosły ją do swojego pana. Nina widziała, jak panna Lasewiczówna, biorąca pierwszy raz od śmierci brata, udział w towarzyskim zebraniu, celnymi strzałami położyła trupem dwa zające i kuropatwę, która nawinęła się jej pod lufę. Zawsze bywała niekwestionowaną królową polowania, strzelając z broni palnej lepiej od niejednego doświadczonego myśliwego.
 Aleks także nie wytrzymał i spiąwszy Rexa ostrogami, pomknął jak wicher przed siebie, aż ogierowi grudy zmarzłej ziemi pryskały spod kopyt. Położywszy się na karku konia, gnał za chartami i Grotem. Nina zazdrosnym okiem śledziła męża. Mignon nie rozumiejąc, dlaczego pani nie puszcza jej cwałem, szarpnęła wędzisko i niecierpliwie grzebała kopytem, starając się zwrócić na siebie uwagę Niny. Maciek, zasłoniwszy oczy dłonią od słońca, tęsknym wzrokiem podążał za jeźdźcami.
- Ale kotów nastrzelali. – westchnął z żalem. – Będzie dobry pasztet, a futerka także pomocne na bolenie w kościach. Ale może jaśnie pani zmęczona, to sprowadzę powóz.
- Nie trzeba. – odparła łamiącym się głosem i przegryzła usta. Boże, jakże pragnęła pognać przed siebie, czując pęd powietrza tamującego oddech i przyginającego rzęsy. Po jakie licho, to dziecko zwaliło się jej na głowę właśnie teraz, kiedy miała tyle okazji do wspaniałej zabawy, a nawet wyjazdu za granicę? Doprawdy, Pan Bóg był dla niej bardzo niesprawiedliwy! Aleks już z daleka dostrzegł jej zawiedzioną i ponurą minę i oskarżycielskie spojrzenie, jakim go przywitała. Przybrał skruszony wyraz twarzy, ale jego oczy błyszczały, policzki zaróżowione były od pędu. Przy siodle zwisał zabity zając, a drugiego niósł w pysku Grot.
- Słonko, zaraz rozpoczniemy gonitwę, musisz wrócić do domu. – powiedział cicho, unikając jej wzroku. – Dobrze się czujesz? – pochylił się, kładąc rękę na jej dłoni.
- Och, daj mi spokój! – wybuchła opryskliwie. – Mogłabym równie dobrze nie ruszać się z pałacu.
- Nino, tombola i polowanie to był twój pomysł. – przypomniał, mając wyrzuty sumienia, że z jego winy żona cierpi i pozbawiona jest przyjemności. – Jestem gospodarzem i muszę jechać z gośćmi. No, nie gniewaj się, daj oczko, pocałuję. Maciek zaopiekuje się tobą
Pozwoliła się pocałować i wyciągnęła rękę, pieszczotliwie dotykając palcami jego chłodnego policzka.
- Baw się dobrze, a o mnie nie musisz się martwić. Wracam do domu.
 Odprowadzając męża wzrokiem, nieznacznie wytarła rękawicą łzę spływającą po policzku. Zawróciła niezadowoloną klaczkę i skierowała się w stronę Makowa. Z oddali dochodziło do jej uszu szczekanie psów i tętent koni, gdy ruszyła pogoń za „lisem”. Kiedy odgłosy gonitwy ucichły, rozejrzała się nieznacznie i stwierdziwszy, że prócz Maćka, nikogo w pobliżu nie ma, poprawiła się na siodle i trzepnęła Mignon po szyi cuglami.
- Naprzód, konisiu!
Uradowana klaczka, przez moment nie mogła się zdecydować, którą nogą ma ruszyć z miejsca, aż wreszcie wykonała skok, odbijając się jak piłka od ziemi wszystkimi czterema nogami, a potem rzuciła się przed siebie, jak strzała wypuszczona z łuku. Nina siedząc mocno w siodle upajała się szybkością. Klacz mknęła coraz prędzej, a ona przymknąwszy powieki oddawała się cudownemu uczuciu jakby lotu, unoszenia się w przestrzeni. Wiatr smagał ją po twarzy, a grzywa konia, tren amazonki i ogon klaczy powiewały w szalonym pędzie.
 Przerażony Maciek pozostał daleko w tyle i nie mógł jej dogonić.
- Jaśnie pani! – krzyczał za nią, smagając swego wierzchowca i starając się z nią zrównać. - Jezusie Maryjo, Józefie święty! Co ja będę miał w domu. Przecie jaśnie pan hrabia wygoni mnie z roboty, a pan koniuszy powyrywa mi nogi z zadka! Laboga!
Nina obejrzała się za siebie i z westchnieniem powstrzymała rozpędzoną wierzchówkę.
- No, już dobrze, nie lamentuj. Nic mi się nie stało. – zadyszana oddychała ciężko. –
Jestem cała i zdrowa. Maciuś... - spojrzała na niego przymilnie. – Proszę, nie wygadaj się przed kimś, że trochę sobie pojeździłam, dobrze?
- Albom to głupi? – mruknął z urazą. – Oj, dałby mi jaśnie pan, dałby! A com ja winowaty? Jaśnie paniulka mnie się nie słucha i robi co chce.
- Już nie będę. – przyrzekła i wróciła do pałacu rozżalona i zła jak osa. Nie zdejmując amazonki weszła do biblioteki, gdzie siedziały wojewodzina z Zosią. Z rozmachem usiadła w fotelu i nalała sobie z dzbanka herbaty. Stara dama obserwowała ją spod oka, czekając aż Nina pierwsza się odezwie, ale Zosia nie wytrzymała:
- Co się stało, Ninetko? Masz taką smutną minkę… - zapytała współczująco.
- Alek jest tyranem! – poskarżyła się Nina z goryczą. – Mogłam sobie tylko popatrzeć, jak inni świetnie się bawią. – zamilkła i włożyła kciuk w usta przygryzając go zębami, aby powstrzymać się od głośnego płaczu.
Pani wojewodzina uznała, że najwyższa pora na jej interwencję. Stękając, podniosła się z miejsca.
- Sophie, zamów dla Niny filiżankę gorącego rosołu. Chodź, dziecko, pokażę ci, jak urządziłyśmy stoiska do tomboli, Nino, podaj mi ramię, proszę! - drepcząc u jej boku, raźno potruchtała długimi korytarzami. - Nie powinnaś skarżyć się na Olesia. – powiedziała łagodnie. – On ciebie bardzo kocha i pragnie cię chronić.
Nina mrugnęła powiekami, strząsając wiszące na rzęsach łzy.
- Nie płacz. – staruszka przystanęła zmęczona i wsparła się oburącz na hebanowej lasce. – Powiem ci coś, żebyś wiedziała jacy bywają mężowie.
 Znajdowały się w parterowej galerii. Jedna jej ściana składała się z samych okien. Jesienne słońce złociło białe marmury posągów i padało na duże portrety, wydobywając barwy wspaniałych strojów osób przedstawionych na obrazach.
- Byłam panną z bogatej, liczącej się w kraju familii. Wydano mnie za mąż, zaledwie ukończyłam czternaście lat. – podjęła starsza pani wzdychając. – Wojewoda był starszy ode mnie o trzydzieści lat. Wniosłam mężowi wielki posag i urodziłam mu syna. Na tym skończyły się nasze wzajemne korelacje. Odtąd każde z nas żyło własnym życiem. Często jednak mąż wracał do domu nad ranem, od stolika z kartami lub od metresy, pijany i wściekły. Wtaczał się do sypialni i wyciągał mnie z łoża za włosy, okładając laską jak nieposłusznego psa. Zmuszał mnie do spełnienia obowiązków małżeńskich, chociaż broniłam się i błagałam, żeby pozostawił mnie w spokoju. To były potworne noce. Cuchnął wódką i tanimi perfumami dziewek. Niekiedy udawało mi się uciec przed nim, ale sprowadzał mnie z powrotem i bił. Raz wybiegłam w samej tylko bieliźnie na śnieg i mróz. Nie chciałam z nim żyć, ale brał mnie siłą. Ta męka trwała całe lata, ale Pan Bóg jest sprawiedliwy i surowo go pokarał. Rywal z którym pojedynkował się o kochankę, postrzelił go w kręgosłup. Odtąd leżał w łożu, nie mogąc się poruszyć. O, wtedy odpłaciłam mu z nawiązką każdy cios, jaki mi zadał. Byłam okrutna i twarda, ale on nie zasługiwał na miłosierdzie. Kiedy nareszcie umarł, przysięgłam sobie nigdy więcej nie wychodzić za maż. Widzisz więc, kochanie, jacy bywają mężowie. Oleś jest inny. Ma wrażliwą, szlachetną naturę, mimo iż czasami bywa trudny we współżyciu. On zawsze odczuwał potrzebę miłości. Kiedy pokochał, troszczy się o ciebie i otacza opieką. Powinnaś być mu za to wdzięczna. Proszę cię, okaż mu czułość. Zrób to dla mnie, dobrze? – stara dama lekko dotknęła policzka Niny.
- Ciotunia była w Petersburgu, gdy on starał się o Paulę? – Nina spojrzała badawczo w oczy staruszki. – On ją bardzo kochał. Więcej niż mnie?
- Oho! Widzę, że jesteś o niego zazdrosna. – uśmiechnęła się wojewodzina. – Nie, dziecko. To był inny rodzaj uczucia, czysto fizyczny. Był młody, a ona urzekająco piękna i zalotna. Zapragnął jej, a ona potrafiła go tak omotać, że nie widział jej złowrogich nałogów i podłego charakteru. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że to fatalne zauroczenie, prowadzące do zguby, ale on nikogo nie chciał słuchać. Ciebie kocha inaczej, jak mąż przyszłą matkę swoich dzieci. To dobra miłość, najpewniejsza i najtrwalsza.
Nina spuściła głowę i mruknęła coś pod nosem. Rola przykładnej matrony, rodzącej co rok mężowi dziecko, absolutnie jej nie odpowiadała. Ale wolała nie zdradzać się z tą myślą.
Polowanie było bardzo udane. Ustrzelono wiele zwierzyny, a myśliwi po bigosie suto podlanym alkoholem, powrócili do pałacu ze śpiewem w szampańskich humorach. Bal również był udany i goście rozjechali się do domów dopiero o świcie. Za to tombola okazała się całkowitą klapą. Więcej pieniędzy panowie przegrali w faraona2, niż damy zdołały zebrać za sprzedane fanty. Skończyło się na tym, że hrabia musiał z własnej kieszeni dołożyć do tego interesu. Nina była zawstydzona i zarazem wściekła, że jej pomysł zakończył się totalnym niepowodzeniem.
Zaraz po tomboli zaczęły padać ulewne deszcze, a dni stały się krótkie i ciemne. Po obiedzie, spędzano jesienne popołudnia przeważnie w bibliotece, lub najczęściej w buduarze. Lampy naftowe ustawione na wysokich postumentach, dawały jasne światło. Jedynym mankamentem było filowanie tych lamp, czyli unoszenie się z nich drobniutkich czarnych płatków, osiadających na meblach, kotarach i dywanach. Służące narzekały na dodatkową pracę, lecz Nina upierała się przy nowoczesnym oświetleniu pokoi.
 Po obiedzie, Aleks siadał zwykle, z gazetą lub książką, w pobliżu kominka i czytał. Panna Lutówna poprawiała przy sekretarzyku wypracowania swoich uczniów, albo pomagała Ninie haftować wyprawkę dla mającego się narodzić dziecka. Punktualnie o piątej, Walenty wchodził do pokoju i nakrywał okrągły stolik śnieżną serwetą. Paweł wnosił samowar, a Ulisia paterę z ciastami. Podwieczorek urozmaicały świeże owoce. Cały pokój napełniał się zapachem wanilii, świeżego masła, jabłek i pomarańczy ułożonych na kryształowych kloszach. Po podwieczorku Mira układała pasjansa napoleońskiego, który nigdy jej nie wychodził, a Jaga lub Kumosia, snuły barwne opowieści i legendy o królach, duchach i o ziemi świętokrzyskiej, jedne straszne, inne zabawne. Aleks przerywał czytanie, przymykał powieki i słuchał opowiadań, rozkoszując się tą cudowną atmosferą rodzinną, pełną ciepła i wzajemnej życzliwości, za którą przez całe życie tęsknił.
Rodzinną sielankę przerwała depesza, z zawiadomieniem o śmierci ciotecznej babki hrabiego, starej księżny mieszkającej w pobliżu Wilna. Nina wcale jej nie znała, podobnie jak i dalszej rodziny męża, jego kuzynów i kuzynek, ciotek i wujów, która ostentacyjnie zdystansowała się od nich, poprzestając na oficjalnym i oschłym telegramie w dzień ślubu. Aleks postanowił, że na pogrzeb pojadą oboje, lecz Nina odmówiła, tłumacząc się swoim stanem i uciążliwością długiej podróży. Tak naprawdę, obawiała się tych ludzi i nie chciała narażać się na afronty z ich strony. Aleks nie upierał się i wybrał się w podróż sam, ze zwykłej rodzinnej lojalności.
- Mogę jechać spokojnie? – upewnił się. – Promyczku, jakbyś poczuła się niezdrowa, natychmiast wyślij telegram. Postaram się być tam jak najkrócej.
- Nie martw się o mnie, bo czuję się zupełnie dobrze. Jedź spokojnie i wracaj jak najszybciej, bo będę tęsknić za tobą. – powiedziała, wtulając się w jego ramiona i całując go na pożegnanie.
Kiedy mąż wyjechał, w pałacu zapanowała taka cisza, że przerażona nią Nina, nie mogła sobie znaleźć miejsca.
1 Kosmyk - w gwarze myśliwskiej ogon. Słuchy - uszy .Kot - zając.
2 Faraon - hazardowa gra w karty.