piątek, 13 maja 2016

Pożegnanie.


 13 maja 2016 r.
Partia powstańcza. Kosynierzy.

 Mała polana ukryta w głębi boru, pełna była ludzi, koni i wozów taborowych. Na zbudowanym naprędce ołtarzu polowym, stał tylko duży krucyfiks. Mszę świętą odprawiał proboszcz, asystował mu zakonnik bernardyn przybyły o świcie z Radomia. Ołtarz otaczał kołem oddział powstańców. Wszyscy mieli na sobie kożuszki, przecięte na ukos wstęgą pasa z nabojami, na nogach wysokie buty palone, w rękach trzymali konfederatki zdjęte z głów w czasie nabożeństwa. Każdy powstaniec posiadał broń palną, co na początku walki było rzadkością. Oficerowie, oprócz rewolwerów, mieli przy boku ciężkie kawaleryjskie szable. Kosynierzy dzierżyli w spracowanych prawicach kosy osadzone na sztorc.
Msza powstańcza.
 Przy samym ołtarzu stał poczet sztandarowy. Młodziutki chorąży trzymał w obu dłoniach drzewce chorągwi, a porywisty wiatr łopotał jedwabiem, rozwijając chorągiew i ukazując srebrzystego Orła w koronie. Obok pocztu ustawił się mały oddziałek kawalerii, złożony z młodych ziemian dobrze władających białą bronią. Siedzieli na rasowych wierzchowcach, uzbrojeni w szable i lance. Umieszczone na końcach lanc biało-czerwone proporczyki furkotały wesoło.
Msza była cicha, księża odprawiali nabożeństwo ze szczególną żarliwością, młodzi powstańcy i ich rodziny modlili się gorąco, błagając Boga o powodzenie Sprawy. Tego dnia proboszcz wyglądał jak odmłodzony i stał prosto, bo obudził się w nim duch starego żołnierza. Kiedy kreślił dłonią znak krzyża, zdawał się mogło, że składa się do cięcia szablą.
Jego głos brzmiał donośnie i rozkazująco. Podczas Ewangelii, przypadającej na dzień świętego Wawrzyńca, prastarym polskim obyczajem, szable kawalerzystów uniosły się w salucie. Rycerstwo polskie od wieków w ten sposób manifestowało na mszy przywiązanie do wiary. Zamigotały mglistym srebrem pochylone w salucie kosy, błyskając zakrzywionymi ostrzami. Pan Syrwin złożył swoją szablę na stopniach ołtarza, a za jego przykładem reszta oficerów położyła obnażoną broń Proboszcz święcił ją, chodząc pomiędzy klęczącymi powstańcami i szeptał z uniesieniem:
 - Za wolność Rzeczypospolitej! Za znieważone kościoły! Za krew niewinnych ofiar! Za...- reszta słów uwięzła mu w gardle.

A.Grottger. Polonia zakuwana w kajdany.
Po zakończonym nabożeństwie i przysiędze nowo przyjętych ochotników, przybyły z Radomia zakonnik, wstąpił na pieniek ściętego drzewa i widoczny ze wszystkich stron, rozłożył drukowana ulotkę.
- Niech będzie pochwalone imię Pańskie. - odezwał się donośnym głosem, poprawiając na nosie okulary w drucianej oprawce. - Bracia i siostry, rodacy! Odczytam wam teraz treść Manifestu1, wydanego przez podziemny polski Komitet Centralny Narodowy. - odchrząknął i zaczął czytać, dobitnie podkreślając każde słowo :
- "Nikczemny rząd najezdniczy, rozwścieklony oporem męczonej przezeń ofiary, postanowił zadać jej cios stanowczy - porwać kilkadziesiąt tysięcy najdzielniejszych, najgorliwszych jej obrońców, oblec w nienawistny mundur moskiewski i pognać tysiące mil na wieczną nędzę i zatracenie. - zakonnik efektownie zawiesił głos, po czym czytał dalej, coraz donośniej: - Po straszliwej hańbie niewoli, po niepojętych męczarniach ucisku, Komitet Centralny Narodowy, obecnie jedyny legalny Rząd twój Narodowy, wzywa cię na pole walki, już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które Ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga!"- po tym patetycznym wstępie, zakonnik zaczął kolejno odczytywać dekrety Manifestu. - " Rząd Narodowy ogłasza wszystkich synów Polski bez różnicy wiary i rodu, pochodzenia i stanu, wolnymi obywatelami kraju."
Manifest Tymczasowego Rządu Narodowego
Wśród stojących na baczność chłopów-kosynierów, wszczął się ruch. Patrzono na siebie niepewnie, lecz w miarę jak zakonnik odczytywał kolejne dekrety, twarze się rozjaśniały i w szeregach rozległy się ciche szlochy. Kosy chwiały się w ich twardych prawicach, jak kłosy zboża pod tchnieniem wiatru. A kiedy zakonnik oznajmił, że Rząd Narodowy oddaje na własność gospodarzom dzierżawione dotąd ziemie, uchyla czynsze i robociznę, na wieki znosi pańszczyznę, chłopstwo zareagowało głośnym płaczem.
 Właścicielom ziemskim Rząd obiecywał indemnizację2 za utracone mienie z funduszu narodowego, a chłopom biorącym udział w powstaniu, dawał trzy morgi gruntu na własność. W przypadku śmierci powstańca, ziemię dziedziczyła jego rodzina. Po odczytaniu Manifestu, głos zabrał proboszcz. Przemawiał krótko, nie stosując żadnych wyszukanych form retorycznych. Mówił wprost od serca, jak ojciec żegnający synów, błogosławiąc pochylone głowy.
- Dzieci moje. - rzekł na koniec. - Powiadano, że chłop polski nie broni ojczyzny, bo jej nie posiada. Straszne słowa! Chłop, krew z krwi, kość z kości tej ziemi, był na niej pariasem, poniżanym i krzywdzonym. Ale od dziś Polska bierze was pod swoje skrzydła. Rząd Narodowy zrównał was w prawach, lecz i w obowiązkach. Daje wam ziemię i nakazuje jej bronić. Twardo, po chłopsku! Nie pozwólcie, żeby tę naszą świętą ziemię, matkę rodzoną, deptały buty zaborców. Ruszajcie do walki za wolność naszej wspólnej ojczyzny. Niech będzie wielka, święta i sprawiedliwa. Do broni, bracia Polacy. Jezus Maryja, do broni!
Msza powstańcza.
 Głos mu się załamał i umilkł, tylko wyciągniętymi rękami żegnał krzyżem stojące w milczeniu szeregi. Naraz wyprostował się i płonącym wzrokiem ogarnął powstańców, modląc się głośno słowami Wieszcza Adama :
- O wojnę powszechną za wolność ludów. Prosimy Cię Panie!
- Prosimy Cię Panie. - odpowiedział mu chór drżących głosów.
- O broń i Orły narodowe!
- Prosimy Cię Panie.
- O niepodległość, całość, wolność Ojczyzny naszej!
- Prosimy Cię Panie.
Zgromadzone na polanie rodziny powstańców na kolanach żebrały u Boga zmiłowania dla tej garstki straceńców, idących wkrótce w bój. Klęczące kobiety w czerni, złożywszy dłonie, drżącymi ustami szeptały pacierze, polecając ukochanego męża, syna, brata, czy narzeczonego miłosierdziu boskiemu. 
A. Grottger. Modlący się lud.
 W zapadłej ciszy, tylko wiatr szumiał w wierzchołkach ogromnych jodeł. Niespodziewanie jakiś silny męski głos zaintonował "Warszawiankę". Ludzi ogarnął entuzjazm, wszyscy śpiewali pieśń z uniesieniem.
Oto dziś dzień krwi i chwały
Oby dniem wskrzeszenia był.
Po nabożeństwie, Nina siedząca na pniu zwalonego drzewa, podniosła się i pomogła wstać wojewodzinie. Razem z panną Mirą ujęły staruszkę pod pachy i odprowadziły do powozu. Musiały ją podsadzić, bo nie miała siły sama wspiąć się na schodki pojazdu.
- Mireczko, zaopiekuj się ciocią, dobrze? Ja nie wiem kiedy wrócę do domu. - powiedziała Nina, otrzepując suknię z resztek kory drzewnej.
- Sama dam sobie radę! - stara dama poczuła się urażona. - Jeszcze nie zramolałam i nie jestem upośledzona na umyśle! Zamierzam właśnie jechać do Gliszczysk i zobaczyć Olesia.
Nina momentalnie zesztywniała.
- Ciociu. - powiedziała, nie kryjąc rozdrażnienia. - Kareta do Gliszczysk nie dojedzie i ugrzęźnie w błocie. Nie wiadomo, kiedy Aleks wróci, potem musi coś zjeść, przebrać się i odjechać do swego oddziału. Boże, tak mało czasu pozostanie nam dla siebie...- dokończyła szeptem.
Stara dama popatrzyła na nią ze zrozumieniem. Łaskawie pogłaskała ją po policzku, a jej surowa twarz złagodniała.
- No, już dobrze. - rzekła szorstko, aby nie okazać wzruszenia. - W takim razie ucałuj go ode mnie i powiedz, że mu błogosławię. A ty, nie rozczulaj się zanadto, bo możesz sobie zaszkodzić. Oleś musi mieć zdrowego syna lub córkę. Zabiorę z sobą obu dobrodziejów i zaraz odjeżdżam.
Panna Lutówna usadowiwszy się w karecie, wyjrzała przez otwarte drzwiczki.
- A widzisz, Nino? - zawołała z nutką tryumfu w głosie. - Mówiłam ci, że Rząd zapłaci dziedzicom za odebrane ziemie.
- Mira, jesteś naiwna jak owieczka! - Nina skrzywiła się gniewnie. - Zapłacą, pieniędzmi z naszej kieszeni! Obawiam się, że ta nie do końca przemyślana decyzja, do reszty zrazi szlachtę do władz powstańczych. Ach, Boże! - westchnęła i odstąpiła od karety.
Nie czuła w sobie ani iskierki zapału, czy nawet szacunku do nowych władz powstańczych i samego powstania, obawiając się najgorszego. Obaj księża pożegnawszy się z powstańcami wsiedli do karety.
- Kłaniaj się, moje dziecko, panu naczelnikowi! - zawołał proboszcz.- Modlę się za niego i jego partię. Niech go Pan Bóg strzeże i chroni.
Nina podziękowała obojętnie i otuliła się futrem, bo wiał silny północny wiatr i było zimno. Panna Mira zaniepokojona jej milczeniem, ponownie wyjrzała z karety.
- Nino, czy źle się czujesz? Może zostanę z tobą?
- Jedź! - ucięła Nina. - Powiedz niani, że późno wrócę.
Odwróciła się i wolnym krokiem poszła w stronę prowizorycznego obozu na polance. Przy dużych ogniskach powstańcy raczyli się grochówką na wędzonce, podejmując tym skromnym poczęstunkiem swoje rodziny. Cywilnych osób było niewiele, ponieważ powstańców obowiązywała tajemnica wojskowa. Będąc żoną naczelnika, Nina wraz z innymi paniami uczestniczyła w poczęstunku, rozdając chłopcom paczki z tytoniem, papierosy, fajki oraz częstowała ich ciastem i wędlinami przywiezionymi z Makowa. Pan Bochniak dostarczył trochę wódki, więc humory powstańcom dopisywały. Wesołe śpiewy i okrzyki rozlegały się po lesie, płosząc wrony. Nie obawiano się, że ktoś niepowołany może to usłyszeć i donieść na policję, bo polana znajdowała się w głębi puszczy, daleko od ludzkich siedzib.
Partia powstańcza.
 Zadudnił bębenek, zapiszczały skrzypki i kilku chłopców zaśpiewało skoczną kolędę:
W Betlejem się rodzi maleńka Dziecina.
Zyska wolność Polska, Litwa, Ukraina.
Przybądź Jezu mały,woła naród cały
Hej, kolęda, kolęda3 !
Ale poczęstunek nie trwał długo. Dziesiętnicy nawoływali do gaszenia ognisk i przygotowania się do wymarszu. Panie żegnały się z odchodzącymi krewnymi. Zosia towarzysząca ojcu, zalewała się łzami, całując go na pożegnanie.
Nina zatrzymała się przy nich na moment.
- Trusiu, nie płacz, bo usiądę na ziemi i zacznę krzyczeć! - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Szła do czekającej na nią bryczki, po drodze rozważając treść Manifestu. Spostrzegła z pewnym niepokojem, że po odczytaniu dekretów o zniesieniu pańszczyzny, niektórzy właściciele majątków ziemskich nagle spochmurnieli. Za to wśród chłopów zapanowała szalona radość. Obejmowano się i całowano, przepijając do siebie. Niejeden parobczak przybierał zuchwałą postawę i potrząsał kosą. Nina zwróciła uwagę na rosłego chłopaka, który rozprawiał, otoczony kręgiem słuchaczy:
- Co mi ta dziedzic! Chałupa je moja, gront je mój, bom go dostał od Rządu. Chłopy, nie pójdziewa już na pańskie pole, a po wsiach wszyćko będzie nasze. Podzieliwa dworskie gronta, a jak jaśnie pan dziedzic otworzy gębę, to ja go kosą bez łeb. A dwór się spali. Pokosztujewa, jak panny dziedziczki smakują!
- A pewnie. Mamy karabiny, kosy, to panowie muszą się nas słuchać! - potakiwali rozgorączkowani słuchacze.
Na szczęście nie byli to chłopi z Makowa, ale i tak Ninie zrobiło się gorąco ze strachu.
" Jezus Maria, zamiast powstania może wybuchnąć rebelia, jak za czasów Szeli! - pomyślała z przerażeniem. - Co za brednie czytał ten zakonnik? Przecież te obietnice składane przez KCN to wierutne kłamstwo. "Na pole chwały i walki już ostatniej". - przypomniała sobie dosyć dwuznaczne słowa Manifestu - Tak, to jedno może być niezamierzoną prawdą, bo następnym razem nie będzie już komu stanąć do walki. Boże, co to za Rząd? Kto ich wybrał?Są samozwańcami i tacy ludzie decydują o losach tysięcy polskiej młodzieży, wpływają na moje życie i los Alka. Kto im dał do tego prawo? Chłopi nie poprą powstania, bo KCN nie zdoła wymusić na dziedzicach rozdawnictwa ziemi. Nie daj Boże, jeszcze rozruchów chłopskich, bo wtedy przyjdzie na kraj ostatnia godzina. Przecież my wcale nie mamy armii, ani broni, a Rosjan sami nie pokonamy. Wieś liczy na łaskawość cara, wśród społeczeństwa jest wiele osób o prorosyjskiej orientacji. Po dworach zostały same kobiety i dzieci, a kiedy wybuchnie powstanie... Nie, wolę o tym nie myśleć!" Pełne sztucznego patosu słowa Manifestu, wydały się jej niesmaczne i szkodliwe, bo oparte na kłamstwie.
Konny oddział powstańczy.
Obóz szybko zwinięto, ładując sprzęt na wozy taborowe. Kobiety zanosiły się płaczem, pani Jabłocka i Dorota nie odstępowały swoich mężów. Lecz pan Jabłocki i Kazio Biecki, wydostawszy się spod kurateli pań, byli weseli, jakby wybierali się do sąsiada na karty, a nie do walki. Pan Wąsocki, żegnając żonę i córki, jednocześnie przeklinał stajennego, oskarżając go o znarowienie mu konia. Zosia nie mogła oderwać się od ojca i wyglądała powrotu męża. Ale Tadeusz nie wrócił jeszcze od Langiewicza i Nina zaczęła się niepokoić. Zagrała trąbka i cały oddział cicho i dosyć sprawnie pomaszerował w stronę Suchedniowa, niknąc w gęstym borze. Puszcza Świętokrzyska okryła ich swoim tajemniczym mrokiem i wchłonęła. Rodziny także odjeżdżały z pośpiechem, bo gęste chmury pokryły niebo i lada chwila mógł lunąć ulewny deszcz. Dochodząc do skraju lasu, gdzie czekała bryczka, Nina stwierdziła, że po ostatnich deszczach drogi tak rozmiękły, że karetą nigdy nie dojechałaby do Gliszczysk. Przy bryczce stał Barycz i czekał na nią, chcąc się pożegnać bez świadków.
- O,Waciu! - zawołała ucieszona widokiem przyjaciela. - Może pojedziesz z nami do Gliszczysk?
- Nie mogę. - rzekł z żalem. - Nie wolno mi opuszczać moich podkomendnych. Nie wiem kiedy się znowu zobaczymy, więc mówię: adieu! 
 - Nie. Lepiej: au revoir! Jedź z Bogiem,Waciu. Pięknie śpiewałeś "Warszawiankę", zaraz poznałam twój głos.
Zarumienił się i ująwszy jej drobną rączkę w swoje wielkie dłonie, przycisnął do niej usta.
- Żegnaj, Nino. - wykrztusił przez ściśnięte gardło. - Uważaj na siebie.
- To ja powinnam ci to powiedzieć. - zaśmiała się przez łzy.- Pochyl się, bo chcę cię pocałować, a nie mam stołka.
Posłusznie schylił głowę, a ona unosząc się na palcach, ucałowała go w oba policzki. Nie oddał pocałunku, tylko spojrzawszy jej głęboko w oczy, wskoczył na wierzchowca i pomknął za oddziałem.
Na koźle bryczki siedział Maciek i dla rozrywki, z ponurą miną strzykał przez zęby śliną. Był niepocieszony, bo wyrywał się do partii i doznał ogromnego zawodu, kiedy sam hrabia stanowczo kazał mu pozostać w Makowie i strzec pani. Pomimo całego przywiązania, jakie chłopak żywił dla młodziutkiej dziedziczki, o mało się nie popłakał, widząc znajomych lokajów, stajennych, gajowych i oficjalistów dworskich, a także samego pana koniuszego, stojących w szeregach partii. Nie pocieszyło go nawet nowe stanowisko pierwszego stangreta jaśnie pani hrabiny i pomocnika koniuszego, którym został Stach, z racji swego doświadczenia z końmi i długoletniej pracy.
Naburmuszona mina Maćka rozbawiła Ninę.
- Nie lamentuj, jeszcze sobie powojujesz. - próbowała pocieszyć ulubieńca. - Pomyśl tylko, w pałacu pozostały niemal same kobiety, prócz tych, co iść nie mogli. Kto nas obroni w razie napaści? Poza tym, jesteś świetnym jeźdźcem i znasz jak nikt te strony. Może będzie trzeba natychmiast odszukać partię i zanieść jakąś ważna wiadomość? Łatwo możesz się wykazać, wcale nie będąc w oddziale. Złożyłeś przysięgę i jesteś już powstańcem.
Maciek słuchał jej ze smętnie opuszczoną głową.
Oddział powstańczy wyrusza do boju.
- Laboga, ale nasze chłopaki galancie wyglądały. - poskarżył się, smarkając nosem. - Za te pieniądze, com je dostał od jaśnie państwa, tom se sprawił kożuszek, buty i konfederatkę obszytą barankiem. Mam i karabin. Stary kapral Gulak chwalił mnie, że strzelam lepiej od innych i będzie ze mnie dobry "zołmierz". Do samego jaśnie pana tak powiadał! Hale, inne poszły se z jaśnie panem dziedzicem, inom ja się został, jak ta sierota. Pan koniuszy Stach, będzie miał na kim ujeżdżać, jak na łysej kobyle. Ino patrzeć, jak chłopaki burka przetrzepią i powstanie się skończy, a ja nawet tego prochu nie powącham! - znowu pociągnął żałośnie nosem i wytarł go rękawem kożucha.
Nina westchnęła z goryczą nad jego naiwnością, podziwiając głęboką wiarę chłopca w zwycięstwo.
- Walka się tak prędko nie skończy i proś Boga, żebyś nie musiał tego prochu wąchać.
- Strzelali do mnie, psie syny, to trza im za swoje zapłacić! - mruknął zawzięcie.
- Jadłeś coś ? - spytała, zmieniając temat.
- Uhm. Chłopaki grochówki mi przyniosły i kawał ciasta. Dobre jedzenie, tłuste.
- Czas jechać. Robi się coraz ciemniej, a do Gliszczysk kawał drogi. - powiedziała łagodnie.-Przyniosłam ci placka z owocami. Zjedz po drodze. - przywiązany do bryczki Rex, chrupał z worka owies. Posłyszawszy jej głos, parsknął na powitanie. 
 Nina zdjęła mu worek i przytuliła policzek do jego pyska, gładząc miękkie chrapy i klepiąc ogiera po szyi. Być może niedługo, od jego rączości zależeć będzie życie męża. Maciek zeskoczył z kozła i troskliwie pomógł jej usiąść w bryczce. Potem wrócił na swoje miejsce, cmoknął na konie i od niechcenia pacnął je batem po lśniących zadach. Nina otuliła się futrem, podnosząc szeroki kołnierz soboli i wysoko podciągając aż do piersi pledy, bo dzień już chylił się ku zachodowi i było bardzo zimno. Zewsząd napływały ołowiane chmury, z których zaczął siąpić prawdziwie jesienny"kapuśniaczek". Droga stawała się coraz uciążliwsza, pełna kamieni wymytych deszczem i wybojów. Bryczka niemiłosiernie trzęsła, podskakując na korzeniach wystających z ziemi. 
 - Lada jaka zima latoś. - zauważył Maciek. - Robactwa będzie z wiosną zatrzęsienie i może Pan Jezus urodzaju nie da.
Nina przytaknęła i resztę drogi odbyli w milczeniu. Turkot bryczki na podwórzu w Gliszczyskach, wywabił z domu Orlewicza. Psy rozszczekały się, rzucając się wściekle na łańcuchach.

- Witam panią hrabinę. - powiedział Orlewicz podchodząc do bryczki.
Nina wstała zamierzając wysiąść, lecz on pochwycił ją na ręce i zanim zdążyła zaprotestować, zaniósł do dworku.
- Błoto na podwórzu, zamoczyłaby pani nóżki. - powiedział, wnosząc ją do pokoju i sadzając ostrożnie na kanapie. Podłożył jej pod plecy poduszki i podsunął stolik. W pokoju było gorąco, bo brzuchaty piec promieniował cudownym ciepłem. Nina miała ochotę przytulić się do niego. Bolały ją wszystkie kości i czuła wewnętrzne dreszcze.
- Bardzo pani hrabina przeziębła. - zawołał Orlewicz. - Zaraz kucharka przyniesie gorącą herbatę. Mamy tu rzadkiego gościa, bo pan doktor Borutyński przyjechał z Warszawy.
- Jaś przyjechał? - ucieszyła się Nina. - Och, jak to dobrze! Mąż już się martwił, że w partii nie ma lekarza.
- Pan Janek śpi w alkierzyku. Przyjechał okropnie zmarnowany i słaniał się na nogach. Miał nadzieję, że w Makowie zastanie jeszcze pana hrabiego, bo przywiózł mu nowe rozkazy.
- O mój Boże! - zlękła się Nina. - Nie wie pan, o co chodzi?
- Nie wiem. Zaraz każę podać herbatę.
 Nina na palcach weszła do małego alkierzyka. Pod oknem, na prostym tapczanie przykrytym kilimkiem, leżał Jaś. Przez zakurzone okienko, do wnętrza izdebki wpadało szare światło dogasającego dnia. Przystanęła, wpatrując się z niedowierzaniem i trwogą w śpiącego. Bujne jasne włosy, sklejone potem w brudne kosmyki, przylepiły się do jego spoconego czoła i wklęsłych skroni. Policzki miał zapadnięte, a sine wargi rozchylone szybkim oddechem. Zamknięte powieki drgały nerwowym tikiem. Postarzał się o wiele lat.
Stała bez ruchu, wpatrując się w niego z czułością, a potem ostrożnie się wycofała, tłumiąc rękami szelest sukni. Przymykając drzwi usłyszała, jak Jaś zaniósł się chrypliwym kaszlem.
- Śpi? - Orlewicz sam przyniósł tackę, na której stała szklanka herbaty z malin, chleb, masło i jajecznica na kiełbasie. Ustawił na stoliku tackę i wyjęte z szafki talerze i sztućce.
- Zapraszam do skromnego poczęstunku. Niedługo będzie gorąca kolacja.
Sam widok jedzenia wywołał u Niny mdłości. Szybko wypiła niemal wrzącą herbatę.
- Dlaczego pani hrabina nic nie je? - zmartwił się Orlewicz - Może podać coś pikantnego? Grzybki w occie, albo korniszony?
- Dziękuję, ale niedawno jadłam w obozie. - powiedziała, blado uśmiechnięta.
Cała trzęsła się z nerwów. Piekły ją oczy, jakby je czymś zatarła, dziecko boleśnie rzucało się w jej łonie, wyczuwając napięcie matki. Miała ochotę uderzyć się pięścią w brzuch. Gdyby nie ta niechciana ciąża, ominęłaby ją tortura strachu o życie męża. W męskim ubraniu mogłaby towarzyszyć Aleksowi wszędzie. Co chwilę spoglądała na zegar, coraz bardziej zdenerwowana, niecierpliwie oczekując jego powrotu. Wolno zapadał wczesny zimowy zmierzch. "Jezu, żeby tylko nie przytrafiła mu się zła przygoda!" - pomyślała, uświadamiając sobie, że od momentu jego wyjazdu, ani na chwilę nie opuszczał ją niepokój. Przeczuwała, że strach nie opuści jej aż do końca powstania. Skuliła się, mocno zaciskając dłonie.
W wiejskim dworku.
- Pani hrabina źle się czuje? - Orlewicz obserwował ją dyskretnie udając, że czegoś szuka w pięknie rzeźbionej szafce. - Może zechce się pani położyć? Gospodyni zaraz przygotuje posłanie.
- Nie, ale mam do pana prośbę. - powiedziała, przezwyciężając zawstydzenie.- Tylko proszę się nie zdziwić. Czy mogłabym dostać kieliszek wódki?
Orlewicz nie był wcale zdziwiony tą prośbą.
- Ależ oczywiście. Sam miałem ochotę to zaproponować, tylko czy alkohol nie zaszkodzi....hm, zdrowiu pani hrabiny?
Zarumieniła się, odruchowo poprawiając na sobie duży szal.
- Mam nadzieję, że kieliszek alkoholu mi nie zaszkodzi.
- Służę pani. - Orlewicz wyjął z szafki butelkę wódki i dwa kieliszki. Napełnił je i jeden podał Ninie. - Nastały takie czasy, że każdy ma ochotę pokrzepić się czymś mocniejszym.
- Widzi pan, ja się boję o męża. - przyznała się otwarcie. - Wraca z ładunkiem broni.
- Proszę pamiętać, że pan hrabia ma przed sobą kawał drogi do przebycia. Możliwe, że przyjedzie w nocy, a nawet nad ranem. Biedny pan Janek gonił co sił do Makowa, zajeżdżając konie. Ale w pałacu pan Bochniak powiedział, że pan hrabia wyjechał do Galicji, a pani jest w puszczy na mszy i skierował go do Gliszczysk. Biedak dowlókł się tu resztką sił.
- On jest chory. - westchnęła zmartwiona Nina. - Okropnie kaszle i pewnie ma gorączkę. Czy macie panowie w domu nalewkę z malin i miód? A może jest kwiat lipowy?
- Naturalnie. Ojczysko niedawno był przeziębiony i sam wykurował się ziołami i miodem. O, znowu kaszle!...- oboje nadsłuchiwali rozdzierającego płuca kaszlu Jasia.
- Jak on....- zaczął Orlewicz i raptownie przerwał, bo znowu rozszczekały się psy. - Ktoś przyjechał. Proszę nie wychodzić.
Ale Nina wybiegła za nim, nie mogąc usiedzieć spokojnie.
Właśnie na podwórze wtaczała się wielka kryta bryka wojewodziny, z jej zaufanym stangretem na koźle. Obok siedział Aleks w przebraniu chłopa. Zobaczywszy stojącą na ganku żonę, sprężyście zeskoczył i podbiegł do niej. Wydała okrzyk szalonej radości, rzucając się mu na szyję i pokrywając jego twarz pocałunkami.
- Jesteś! - szeptała, gładząc jego policzki szorstkie od niegolonego zarostu. - O mój najdroższy! - przywarła do niego całym ciałem, nie mając siły oderwać się od niego.
- Promyczek mój słodki! - przemówił, jak do małego dziecka. - Takie to blade, może chore? Nie? Ale płakałaś... No widzisz, wróciłem i jakoś Moskale mnie nie zjedli.
- Myślałam, że wrócisz wcześniej i tak się bałam.
Orlewicz cofnął się do sieni, a Aleks wziął żonę na ręce i zaniósł do pokoju, siadając obok na kanapie.
- Bo też miałem podróż z przygodami. - rzekł, potrząsając gniewnie głową. - Bryczka matki chrzestnej stara. Jechaliśmy bocznymi drogami żeby unikać patroli i najpierw pękł dyszel, potem odleciało koło! Myślałem, że ze skóry wyskoczę, bo przeczuwałem, iż zamartwiasz się o mnie. Byłem wściekły! Panie Orlewicz, czy mogę prosić o kieliszek wódki? No, z czego się śmiejecie? - zdziwił się widząc, że Nina i Orlewicz zaczęli chichotać. - Siekielski nie wrócił z Mirca?
- Nie, ale przyjechał pan Jaś w Warszawy, bo są nowe rozkazy. - rzekł Orlewicz, podając mu kieliszek z alkoholem. - Mam go obudzić?
- Za moment. Najpierw szybko przeładujcie broń z bryczki na dobry wóz, przykryjcie broń sianem i wyślijcie za oddziałem.
- Tak jest. - Orlewicz natychmiast wyszedł wykonać rozkaz. Jasia nie trzeba było budzić, bo wyrwał go ze snu radosny okrzyk Niny, witającej męża. Wyszedł z alkierzyka, przygładzając zmierzwione włosy i pokaszlując. Przywitał się niemal obojętnie, nie okazując zwykłej serdeczności.
- Wodzu, tu są nowe rozkazy. - odezwał się ochrypłym, zmienionym głosem rzucając na stół kopertę z pieczęcią Rządu.
A. Grottger. Schronisko.
 Aleks zapalił świeczkę i pochyliwszy się, rozerwał kopertę przebiegając karteczki wzrokiem. Kiedy podniósł głowę, jego twarz zmieniona była pod wpływem miotającej nim wściekłości. Zmiął kartki w dłoni i nie panując nad sobą zaklął:
- Do wszystkich diabłów! Co za idiotów macie w tej Warszawie? - krzyknął. - Przecież ustalono, że razem z Langiewiczem mam uderzyć na Suchedniów. A teraz otrzymuję rozkaz, abym samodzielnie patrolował teren wokół Zagnańska i Wzdołu! A to na wypadek, jakby pułkownik Czengiery szedł z Radomia na Langiewicza. Głupcy, Czengiery siedzi w Kielcach, tymczasem ja, muszę przed samym wybuchem powstania zmieniać plany pochodu.
Przecież moja partia maszeruje na Suchedniów!
Prychnął i stłumił następne przekleństwo cisnące się mu na usta. Tylko siłą woli panował nad strasznym wybuchem wściekłości. Podszedł do pieca i oparł się o niego plecami, jakby chciał się ogrzać. Nina i Jaś w milczeniu wpatrywali się w niego
generał carski  Ksawery Czengery.
 - A co z Langiewiczem ? - przerwał ciszę Jaś.
- Skąd ja mam wiedzieć? - Aleks tupnął nogą. - Pułkownik będzie nas oczekiwał i w końcu uzna mnie za człowieka bez honoru. Zanim sytuacja się wyjaśni, jego natarcie może się załamać z braku ludzi i broni. Z pewnością na mnie liczył. Pomyśl tylko sam. - zwrócił się do Jasia. - Mam najlepiej uzbrojoną partię na całym terenie i Rząd o tym wie. Zamiast utworzyć z nas silną grupę szturmową i kazać zaatakować najbliższe miasteczko, jak to proponowałem, władze każą mi straszyć wrony w lesie. Tymczasem Langiewicz nie ma odpowiednich sił, żeby oczyścić teren z nieprzyjacielskiego wojska i placówki rosyjskie w porę zostaną ostrzeżone, nie zniszczone. Ludzie, którzy mieli po drodze przyłączyć się do mego oddziału, wrócą do domów. Stracimy wielu chętnych do walki, nic w zamian nie zyskując. To wszystko nie ma sensu! Powiedz mi, do czarta, dlaczego w ostatniej chwili zmieniono rozkazy?
- Nie wiem. Dostałem papiery i kazano mi ciebie odszukać. - odparł Jaś i zaniósł się kaszlem.
- Ależ Rząd wprowadza chaos jeszcze przed rozpoczęciem walki! - denerwował się Aleks. - Pod samym nosem mam Bodzentyn. W miasteczku stoi niewielki oddział Moskali. Moi chłopcy mogliby roznieść ich na szablach w mgnieniu oka. Tymczasem mam rozkaz włóczyć się po lasach, zamiast atakować nieprzyjaciela.
- Bodzentyn wezmą szturmem bracia Dawidowicze, oraz naczelnik Bodzentyna pan Stefan Bogdanowicz, ze swoimi towarzyszami Stanisławem Zygadlewiczem i Janem Toporkiem. - wyjaśnił Jaś, siadając przy stole i opierając na dłoni rozpaloną głowę.
- Tak? - warknął z wściekłością hrabia. - O ile mi wiadomo, Ignacy Dawidowicz jest majstrem kuźnic w Suchedniowie, a pan Bogdanowicz4 kupcem. Ja jestem oficerem, mam lepiej uzbrojony oddział. 
Jan Dawidowicz, brat Ignacego.
 Dlaczego Dawidowicze mają atakować Bodzentyn, skoro ja jestem bliżej? - dyszał z tłumionej pasji i miał szaloną ochotę połamać coś, co mu wpadnie pod rękę. - Znam pana Bogdanowicza i mógłbym mu bardzo pomóc. Idę o zakład, że Langiewicz nic nie wie o zmianach planu i oczekuje mego przybycia. Gdzie Siekielski?

Ignacy Dawidowicz.
- Tadzio jeszcze nie wrócił. Alku, nie denerwuj się.- Nina ujęła męża za rękę obawiając się, że nagromadzona w nim złość, może się skrupić na Bogu ducha winnym Tadeuszu.
Jaś miał bardzo wysoką temperaturę, czuł się okropnie i było mu w tej chwili wszystko zupełnie obojętne. Marzył żeby się położyć i zasnąć. Na myśl o marszu w zimną, wilgotną noc, ogarniał go strach. - Rozumiem, że masz prawo być niezadowolony.- mruknął, rzucając się na kanapkę. - Ale ja nie jestem sztabowcem tylko chirurgiem i w końcu nic mnie to nie obchodzi. - zakaszlał i przymknął oczy.
Rozjuszony Aleks skoczył ku niemu jak tygrys. Pochwyciwszy Jasia za ramiona, postawił go na nogi i z całej siły brutalnie nim potrząsnął.
- Borutyński! - ryknął takim głosem, że Nina aż przysiadła ze strachu. - Weź się w garść, do jasnej cholery! To jest powstanie, więc nie zachowuj się jak stara, zrzędząca baba. Jeżeli uważasz, że to ciebie nie dotyczy, wracaj do Warszawy i niech mi przyślą innego lekarza. Myślisz, że ja z entuzjazmem zostawiam żonę i idę do lasu?
- Alku! - wyszeptała przerażona Nina, bo jeszcze nigdy nie widziała, żeby mąż do tego stopnia stracił panowanie. Obawiała się, by nie uderzył Jasia i gotowa była zasłonić go własnym ciałem.
Jaś zbladł i odruchowo przybrał zasadniczą postawę .- Proszę o wybaczenie.- powiedział stanowczo.- Nie wrócę do Warszawy. Aleks wpatrywał się w niego przez chwilę ostrym, przeszywającym wzrokiem. Odsapnął i rzekł łagodniejszym tonem:
- W porządku. Czy to Padlewski wydał taki rozkaz?
- Nie. Pułkownik Padlewski został mianowany wojewodą płockim, bo Rząd Narodowy zamierza ujawnić się na tamtym terenie, po zlikwidowaniu garnizonu rosyjskiego.
Aleks wzruszył ramionami.
- Przecież chcieli ujawnić się w Modlinie, a teraz znowu w Płocku? Wcale bym się nie zdziwił, jakby pewnego dnia ujawnili się w Moskwie pod Kremlem! - mruknął ze zjadliwą ironią. - Kto jest w takim razie wodzem naczelnym?
Ale rozmowę przerwał Orlewicz meldując, że broń została przeładowana i zaufany człowiek wiezie ją w stronę Suchedniowa. Aleks aż podskoczył, ogarnięty nowym atakiem wściekłości.
- Natychmiast wyślijcie kogoś, żeby zawracał! Nie idziemy na Suchedniów!
Młody leśniczy nawet nie ośmielił się spytać, co się stało, bo mina Aleksa nie zachęcała do dyskusji. Bez słowa wyszedł z izby i posłał parobka, by zawrócił wóz, który nie mógł jeszcze daleko odjechać.
Nina poprosiła gospodynię o gorące mleko z masłem, miodem i z czosnkiem dla Jasia. Nalała pełen kieliszek wódki, a kiedy Orlewicz wrócił, spytała czy ma prawdziwy pieprz?
- Owszem.To dla pana Borutyńskiego, prawda? Wódka z pieprzem to znakomite lekarstwo. Zaraz przyniosę. - poszedł do kuchni i przyniósł świeżo zmielony pieprz.
Nina wsypała pieprz do kieliszka z wódką.
- Misiu, wypij to, proszę. - podała mu kieliszek. - To cię rozgrzeje.
Wziął kieliszek i jednym haustem wypił alkohol. Na dłuższy czas zaniemówił i dławił się, szeroko otwierając usta i oczy.
- Coś ty mi dała? - wycharczał,odzyskując oddech. - Chcesz mnie zabić? Morderczyni! - kaszlał i pluł, czując w gardle i w żołądku ogień.
Podała mu herbatę i pogładziła po policzku.
- To ci pomoże, mój, ty, biedaku. Idź, połóż się na kanapie, przykryję cię pledem.
- Nina, odczep się ode mnie. Chcesz leczyć lekarza? Sadystka! - syczał Jaś, patrząc na nią ze złością.
- Więc kto został wodzem naczelnym? - Aleks powtórzył pytanie, gestem dłoni nakazując żonie, żeby usiadła i nie przeszkadzała.
- Nie będziesz zadowolony. - Jaś skrzywił się z goryczą. - Wczoraj pojechała do Paryża delegacja Rządu, wręczyć Mierosławskiemu nominację na dyktatora.
gen. Ludwik Mierosławski.
 Nina dostrzegła w oczach męża rodzącą się od nowa furię.
- Generał z pewnością nominacji nie przyjmie. - wtrącił pojednawczo Orlewicz, pragnąc złagodzić napięta atmosferę. - Przecież on nie zna kraju. - A pan Langiewicz go zna? - warknął Aleks. - Przypadkowi ludzie zaczynają kierować przypadkowym powstaniem i nie trzeba być wróżbitą, by przewidzieć koniec tej zabawy! A dlaczego nie Padlewski, czy Sierakowski? Obaj bardzo zdolni oficerowie...
- A dlaczego nie ty, lub ja? - z twarzy Jasia zniknął wyraz martwoty, który tak niepokoił Ninę. Ożywił się, a oczy mu rozbłysły nową energią. Chyba jej lekarstwo poskutkowało, bo odrzucił włosy z czoła i się wyprostował.- Nie znasz rodaków? Naszej wzajemnej zawiści, nienawiści i intryganctwa? Każdy we własnym mniemaniu jest Peryklesem, Leonidasem, Juliuszem Cezarem i Napoleonem! Mierosławski wielu potrafił oczarować górnolotnymi frazesami bez znaczenia. Jego zwolennicy wierzą w niego, jak Żydzi w Talmud, przekonani, że na widok ukochanego wodza, Moskale natychmiast skapitulują! Niemal jednogłośnie zgodzono się powierzyć mu dyktaturę. Tylko jeden Bobrowski miał odwagę, by zaprotestować. No, ale on jest przyjacielem Padlewskiego i Sierakowskiego i ma w sobie iskrę Bożą, czego nie można powiedzieć o innych członkach Rządu.
Jeszcze nigdy Jaś tak krytycznie nie wyrażał się o przedstawicielach władz konspiracyjnych. Aleks potrząsnął ze zniechęceniem głową i usiadł przy stole, kreśląc palcem na serwecie jakieś wzory, czy litery. W głębi jego oczu tliły się nadal niebezpieczne ogniki gniewu.
- Mierosławski? - wyszeptała Nina. - Przez jego nieudolność mój ojciec dostał się do niewoli i umarł. Dlaczego wzywają tego pyszałka? Przecież wcale nie wykazał się zdolnościami militarnymi, ani w czasie Rewolucji Krakowskiej, ani w Powstaniu Wielkopolskim.
Ale mężczyźni nie odpowiedzieli, siedząc w ponurym milczeniu.
- Będzie wojna na szczytach, bo Mierosławski nienawidzi pułkownika Langiewicza. Mówiono nawet, że w Cuneo próbował go zamordować. To nie zapowiada dobrej współpracy. - Jaś ziewnął i owinął się kocem, bo miał dreszcze.
Za oknem znowu rozszczekały się psy i na podwórze wpadł galopem Siekielski, wstrzymując przed gankiem spienionego wierzchowca. Rzuciwszy cugle parobkowi, wbiegł do izby i zatrzymał się na środku pokoju, cały pokryty błotem. Zobaczywszy Jasia, rozpromienił się z radości.
- Idziesz z nami! Nie mogłem się ciebie doczekać. - zawołał, ściskając przyjaciela. - Panie naczelniku, pan pułkownik Langiewicz powiadomiony. Bardzo był rad, że mamy broń palną, bo u niego krucho z karabinami. Jeszcze tylko kilka godzin i ruszymy do walki. Hurrra! Przetrzepiemy burkom skórę!
Nikt nie zareagował na jego entuzjastyczny okrzyk, więc bardzo zdziwiony patrzył na przyjaciół siedzących z ponurymi minami. Nie wiedział, co ma o tym myśleć.
- A więc pan Langiewicz nas oczekuje? - hrabia uśmiechnął się zjadliwie. - Dziękuję panu za dobrze wypełnione zadanie. Niestety nie idziemy do Langiewicza. - podał Tadeuszowi kartkę z rozkazami Rządu.
Orlewicz zapalił jeszcze dwie świeczki i Tadeusz jednym rzutem oka przeczytał decyzję władz i pobladł.
- Jak to? - wybełkotał. - Przecież ja zapewniłem Langiewicza, ze razem ruszymy do walki. Mam robić z gęby cholewę? Co on sobie o nas pomyśli? Niech tych durniów w Warszawie szlag trafi. Niech sobie te rozkazy wsadzą w....- dostrzegł siedzącą w kącie Ninę i prędko się zreflektował. - Pardon. Co zrobimy, panie naczelniku? Langiewicz nas przeklnie. 
- Ma pan rozkaz na piśmie i trzeba go wykonać. To nie pensja dla dobrze wychowanych panienek, tylko wojsko! - pouczył go Aleks, nie mrugnąwszy nawet okiem. - Będziemy włóczyć się po lasach, jak Jaś i Małgosia, a inni będą w tym czasie przelewać krew. Nie ma rady, trzeba natychmiast powiadomić pułkownika, że Rząd zmienił nam rozkazy i zawiadomić oczekujących nas ludzi, aby szli w kierunku Wzdołu. Zbiórka przy starym młynie. Na szczęście Suchedniów niedaleko. Kurier na dobrym koniu dotrze tam jeszcze przed świtem i wytłumaczy pułkownikowi, dlaczego nie przyszliśmy. Tadeusz drgnął i ciężko usiadł na krześle.
- Suchedniów? - powtórzył. - Panie naczelniku, pan Langiewicz również zmienił plany i dziś w nocy zaatakuje Szydłowiec! Rozkazał nam się pośpieszyć.
Aleks wybuchnął złym śmiechem.
- Nie! Z czymś podobnym jeszcze się w wojsku nie spotkałem. - powiedział to zupełnie spokojnie, ale obie jego dłonie zacisnęły się z całej siły w pięści. - Nawet gdyby Rząd nie zmienił nam marszruty i tak nie zdążylibyśmy na zbiórkę. Trzeba zaraz zawrócić z drogi nasz oddział i o wszystkim powiadomić pułkownika.
- Kurier nie zdąży przed północą. - półgłosem zauważył Tadeusz, rzuciwszy okiem na zegar.
Aleks wstał i odwrócił się do niego plecami, pogwizdując ze złości. Nina wpatrywała się w męża ze współczuciem i trwogą, wyobrażając sobie, co musi w tej chwili przeżywać. Zdawała sobie sprawę, że jest on u kresu wytrzymałości nerwowej. Służąc w armii rosyjskiej, przyzwyczajony był do bezwzględnej dyscypliny i pruskiego drylu. Tymczasem teraz, zamiast jasnych wyraźnych rozkazów, otrzymywał co chwilę sprzeczne z sobą polecenia. Rozlazła, nieporadna organizacja, jeszcze przed wybuchem walki, skutecznie paraliżowała ustalone plany strategiczne, wprowadzając chaos w partiach powstańczych.
Do pokoju weszła gospodyni i z hałasem zaczęła nakrywać do stołu. Ustawiwszy talerze i sztućce, wniosła wazę zupą .Zapachniał kapuśniak na świńskim ogonie. Na drugie danie była pieczeń wieprzowa z ziemniakami i ćwikłą. Mężczyźni zasiedli do stołu i z apetytem zabrali się do jedzenia. Nina od rana nie miała nic w ustach, lecz nie czuła wcale głodu. Wpatrywała się w męża, śledząc każdy jego ruch i starając się zapamiętać o czym mówi. Trzęsła się cała na myśl o rozstaniu, a nazwisko Mierosławskiego było dla niej wróżbą klęski. Nie rozumiała, jak mężczyźni mogą tak spokojnie jeść pieczeń, kiedy ona umiera z żalu i trwogi. Aleks dołożył sobie z półmiska ziemniaków z przysmażoną cebulką i posilał się ze smakiem.
- Panie naczelniku, czy ja mam powiadomić pana Langiewicza o zmianie planów? - spytał Tadeusz. Wstał od stołu i strzepnął z kurtki okruszki chleba.
- Nie, proszę siadać. - Aleks odsunął talerz i poprosił Orlewicza o papier, pióro i atrament. - Z listem pojedzie pan Orlewicz. Pan tylko zawróci z drogi nasz oddział. Wszyscy spotkamy się przy starym młynie koło Wzdołu. Winien jestem pułkownikowi wyjaśnienie, dlaczego nie stawiliśmy się w Szydłowcu.
- Gdzie Szydłowiec, a gdzie Suchedniów! - Tadeusz prychnął ze złością. - Wstąpił do piekieł, po drodze mu było.
Aleks pochylił się nad stołem i zaczął szybko pisać, a gotowy list zapieczętował lakiem i wręczył Orlewiczowi.
- Zaraz musimy ruszać. - powiedział wstając i prostując ścierpnięte plecy. - Ty, Jasiu, pozostań w Gliszczyskach, albo lepiej wracaj z Niną do Makowa i wykuruj się z przeziębienia.
- Jeszcze czego! - oburzył się Jaś.- Jadę z wami!
- To rozkaz! - powiedział surowo Aleks.
- Wybacz wodzu, ale ja go nie wykonam, chyba że mnie przywiążecie do łóżka. Jutro może być bitwa, a wtedy życie wielu rannych zależeć będzie od chirurga.
- Ależ misiu, ty jesteś chory! - Nina marzyła, żeby choć jego zatrzymać na jakiś czas przy sobie. - W Makowie prędko wydobrzejesz i wrócisz do oddziału.
- Kotku, jestem lekarzem i wiem, że to tylko zwykły kaszel, który wkrótce minie. - Jaś celowo zbagatelizował chorobę. - No, wodzu, ruszamy!
- Jak chcesz.- Aleks westchnął, lecz nie zganił go za niesubordynację. - A tak na marginesie: oficerów i dowódców należy nazywać obywatelami.
- Tak jest, obywatelu naczelniku. - Siekielski stanął na baczność i uśmiechnął się rozbrajająco. - Czy wolno mi pożegnać się z obywatelką naczelnikową?
Dowódca posłał mu ukośne spojrzenie i nie tracąc powagi, skinął głową. Tadeusz miał u niego specjalne względy i był jego ulubieńcem. W partii było kilku oficerów rezerwy, a jednak to nie oni, lecz Siekielski został jego zastępcą. Aleks znał się na ludziach i nigdy nie musiał żałować swojego wyboru.
- Do widzenia, Tadziu. - Nina wyciągnęła do przyjaciela obie dłonie. - Niech was Bóg prowadzi i chroni.
- Ucałuj ode mnie Zosię i ojca, uściskaj małego. - pocałował ją i narzuciwszy na siebie jeszcze wilgotną burkę, odjechał.
Zapadła noc. W pokoju paliły się trzy świece rozjaśniając mroczne kąty. Orlewicz poszedł do stajni, przygotować konie do drogi. Jaś przebierał się w alkierzyku w ciepłe ubranie, ofiarowane mu przez leśniczego.
Nina drżącymi rękami wyciągnęła z paczki odzież dla męża. Sama obszyła amarantową konfederatkę białym barankiem i pracowicie wyhaftowała nad czołem srebrnego Orła. Aleks ubierał się w milczeniu, a ona zatroskanym wzrokiem śledziła jego zmęczoną twarz i usta zaciśnięte grymasem goryczy. W podkrążonych oczach tliła się jednak namiętność i determinacja.
A.Grottger. Pożegnanie powstańca.
 z- Włóż kożuszek, a na to burkę.- powiedziała cicho, podając mu cieplutki, watowany kożuszek własnoręcznie uszyty.
- Jest mi ciepło, kochanie. Kurtka i burka są podbite futrem. Dam ten kożuszek Jasiowi, dopóki nie wyfasuje w obozie nowego.
Pomogła mu się ubierać, sama zapinając guziki, wygładzając dłonią każda fałdkę na zamszowej kurtce. Zapięła pas z zawieszoną na nim kawaleryjską szablą. Pragnęła chociaż na kilka minut oddalić straszny moment pożegnania.
- Masz do mnie żal, promyczku? - zaglądnął jej w oczy.
Potrząsnęła głową, nie mogąc wydobyć głosu .Gardło miała ściśnięte, a usta pełnej słonej goryczy. Łzy mimo woli wypływały spod przymkniętych powiek i wolno toczyły się po bladych policzkach obfitym strumieniem. Aleks patrzył na nią z zachwytem. Długie ciemne rzęsy leżące miękko na policzkach nagle się uniosły, odsłaniając źrenice lśniące w blasku świec, jak drogocenne klejnoty. Jego cichy głos wyrwał ją jakby z letargu. Westchnęła i z całej siły objęła go w pasie ramionami, przywierając do niego mocno.
- Najdroższa, każda moja myśl pierwsza i ostatnia będzie poświęcona tobie. Nie żegnamy się przecież na zawsze i przez jakiś czas pozostaniemy w pobliżu. Może uda mi się przyjść którejś nocy do domu. Jedyna, twoje łzy odbierają mi odwagę. Jesteś taka blada i smutna, a ja przysiągłem sobie, że uczynię cię szczęśliwą. Nie dotrzymałem obietnicy, przebacz mi.
Wepchnęła sobie w usta chusteczkę, aby stłumić głośny płacz.
- Życie moje, błagam, nie płacz! - tulił ją w ramionach, a w jego oczach malowała się udręka.
Nina bohatersko przełknęła łzy i wytarła mokre policzki.
- Ja nie płaczę nad sobą, Alku, tylko nad wami. Powstanie jeszcze nie wybuchło, a już wszystko zaczyna się walić. Kochany, jeszcze jest czas! Rozpuść tych ludzi do domów, ocalisz im życie. Uciekajmy za granicę.
Nie odpowiedział, a gdy po dłuższej chwili przemówił, jego głos był zimny i tak oficjalny, że Nina skuliła się w poczuciu winy.
- Proszę, żebyś więcej nie poruszała tego tematu. Nie zmienię decyzji.
- Dobrze, kochany. - kiwnęła głową rozumiejąc, że uczyniła tylko to, co uważała za słuszne. On także powiedział to, co musiał. - Mam coś dla ciebie. - wydobyła z kieszeni małe zawiniątko. - To mój krzyżyk z pierwszej Komunii i moja fotografia. Miej to zawsze przy sobie. - zawiesiła mu na szyi złoty krzyżyk i medalion. Nacisnęła sprężynkę i wieczko się uniosło. Fotografia zrobiona była w Warszawie. Stała na niej na tle kurtyny, w ciemnej krynolinie, z opuszczonymi na piersi warkoczami. Miała poważną minę i wielkie oczy zamglone smutkiem. 
Ucałował medalion i wsunął go pod koszulę. Zwarli się w tak kurczowym uścisku, że bliżej już nie mogli się znaleźć. Całowali się rozpaczliwie, do utraty tchu, jakby nie mieli nadziei, że ponownie się zobaczą. Oderwał się od niej całą siłą woli.
- Nino, uśmiechnij się do mnie, zabiorę twój uśmiech z sobą. Byłaś mi światłem oczu i jedyną miłością. Wiem, że odchodzę w chwili, gdy tak bardzo mnie potrzebujesz. Kocham cię i moje serce pozostanie z tobą. Zawiadom mnie natychmiast, jakbyś się gorzej poczuła.
Podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego, ale jej uśmiech smutniejszy był od łez. Jaś grzebiący w swoim tobołku chrząknął i wyszedł z alkierzyka.
- Kotku, jak na jeden dzień, masz stanowczo za dużo wrażeń. - rzekł pokaszlując. - Wracaj do domu i zaraz do łóżka!
- Mój ty, najmilszy biedaku. - powiedziała z czułością. - Tak bardzo ci współczuję. Musiałeś odwołać ślub. To był z pewnością ciężki cios dla panny Emilii. A tak się wszyscy cieszyliśmy....
- Trudno. Zamiast "Veni creator", zaśpiewam sobie:"Jak to na wojence ładnie". Zawiadom mamusię, że dojechałem bez przygód. Przeproś ciotkę i wuja, że ślubu nie będzie. Pamiętaj, żadnych wzruszeń, bo możesz sobie zaszkodzić. Fe, plucha jak w listopadzie! - wyjrzał oknem, naciągnął na siebie kożuszek i serdecznie pożegnał się z Niną.
- Przyślę ci do obozu syrop z cebuli. Misiu, uważaj na Alka. Jedźcie z Bogiem.- narzuciła na siebie futro i wyszła razem z nimi na ganek. Parobek trzymał osiodłane konie.
Noc była zimna, mglista i wilgotna. Siąpił drobny, jakby przesiany przez sito deszcz. Orlewicz pierwszy dosiadł wierzchowca. Miał przed sobą długą drogę i niebezpieczne zadanie. Po spotkaniu z pułkownikiem Langiewiczem, jako kurier Rządu, miał jechać do Radomia i Kielc, montując po drodze misterną siatkę łączności.
- Życzę powodzenia, panie Stanisławie. - powiedziała Nina na pożegnanie.
- Do widzenia. - spiął konia i ruszył kłusem, niknąc w ciemnościach.
- Brrr! - wzdrygnął się Jaś. - Ależ plucha, w tej ciemności konie nogi sobie połamią. Daleko do tego młyna?
- Około czterech godzin jazdy. - Aleks poklepał Rexa po szyi i sprawdził, czy popręg mocno dopięty. - Coute-que-coute5, musimy tam być przed świtem.
- W takim razie w drogę. - stękając, Jaś wspiął się na siodło i usiadł przygarbiony, bez właściwej sobie gracji. - Z Bogiem, Nino. Zaraz wracaj do domu, a jutro poleż w łóżku.
- Dobrze.- szepnęła i objęła męża, trzęsąc się z przenikającego jej serce bólu. - Boję się, Alku. Strasznie się boję o was. - zaszczękała zębami, nie mogąc się opanować.
- Do zobaczenia. - powiedział cicho i złożył na jej ustach mocny pocałunek.
Powstańcy na koniach.
Lekko wskoczył na konia i ruszył, rozpływając się we szarej mgle. Jaś wolno poczłapał za nim. Stała na ganku, nadsłuchując oddalających się kroków koni. Była tak otępiała z rozpaczy, że nawet nie czuła deszczu zacinającego jej w twarz.
- A niechże jaśnie wielmożna pani nie stoi na tej wilgoci. - usłyszała za sobą głos gospodyni. - Chłopom wojaczka w głowie, a babom płakanie. Mój tyż poszeł i wzion ze sobą chłopaka. A może ja arbaty jaśnie pani zrobię?
Nina oprzytomniała i jej wzrok początkowo tępy, spoczął na twarzy kobiety z takim wyrazem, jakie odczuwa dziecko, niewinnie i okrutnie skrzywdzone.
- Nie, dziękuję. Proszę żeby moja bryczka już zajechała.
W pokoju wszystko przypominało jej chwilę pożegnania. Zbierając ze stołu rozrzucone drobiazgi, dostrzegła zapomnianą papierośnicę męża. Przycisnęła do niej usta i schowała do torebki. Maciek wczuwając się w rozpaczliwy nastrój swojej pani, nie próbował nawet nawiązać rozmowy. Musiał zresztą dawać baczenie na konie, bo droga była śliska i wyboista. Do Makowa dojechali przed samą północą. Nina tak zesztywniała, że Maciek troskliwie wniósł ją do domu na rękach.
Spodziewała się, że w pałacu już wszyscy będą spali, tymczasem w sieni zgromadzili się domownicy, oczekując na jej powrót. Razem z dziedzicem poszło do powstania wielu młodych mężczyzn. Poszedł syn wójta i jedynak ekonoma Olszaka z Borka. Zapłakana Ulisia pożegnała brata i chłopca starającego się o nią. Czekano więc na panią, żeby się czegoś dowiedzieć o losach najbliższych. Walenty cmokając z niezadowoleniem, zdjął z Niny futro, nie mogąc opanować nerwowego dreptania w miejscu.
- Jaśnie pan hrabia miał pomyślną podróż? Wrócił? - odważył się spytać, patrząc na nią z niepokojem. - Wszyscy tutaj modlimy się za pana hrabiego i naszych chłopców.
Nina skinęła tylko głową trzęsąc się, jakby nagle dostała febry. Niemal natychmiast znalazła się w ciepłych i mocnych ramionach Jagi.
- W sypialni napalone, cieplutko jak w uchu. Musisz się zaraz położyć. Powinnaś coś zjeść, przyniosę ci bulionu.
- Która godzina? - odezwała się Nina, wysuwając się z jej objęć.
- Dochodzi północ. - rzekła panna Mira, otulając się ciepłym szalem. - Nino, na miłość boską, koniecznie musisz wypocząć.
- Zaraz. - stojąc na środku sieni, Nina zastanawiała się, jak może pomóc mężowi. Aleks z pewnością nie potrzebował rozhisteryzowanej kobiety, płaczącej jak fontanna. Nie mogła iść razem z nim, ale musi coś z siebie dać.
Poczuła przygniatający ciężar odpowiedzialności za ludzi i majątek. Była przecież dziedziczką, panią na Makowie i od tego dnia, ponosić będzie konsekwencje każdej podjętej decyzji. Postanowiła, że postara się godnie zastąpić męża. Rozejrzała się po twarzach domowników, patrzących na nią w milczeniu.
- Przyjaciele. - odezwała się donośnym głosem. - Nadszedł czas ciężkiej próby. Dzisiejsza noc może będzie ostatnią w życiu wielu powstańców. Złączyła nas szczególna więź: jesteśmy wszyscy jedną, wielką rodziną polskich żołnierzy. To honor i zaszczyt, ale i obowiązek. Módlmy się, aby Bóg błogosławił tym synom ojczyzny, którzy z własnej woli porzucili domy i rodziny i poszli walczyć o wolność Polski. Pamiętajcie także, że obowiązuje nas tajemnica. Od naszej czujności mogą zależeć losy naszych bliskich. Wasi ojcowie, mężowie, synowie i bracia, poszli walczyć, ich obowiązki spadły na wasze barki. Ale razem poradzimy sobie, prawda? Na razie naszym chłopcom nie grozi niebezpieczeństwo, bo są ukryci głęboko w puszczy, ale niedługo ruszą do walki. My musimy okazać się godnymi ich poświęcenia.
Ludzie rzucili się z płaczem do jej rąk, całując je i przyrzekając wierność i pomoc.
- Nie zawiedziemy, przeczekamy najgorsze, a potem może będziemy wszyscy cieszyć się wolnością. - powiedział Walenty z powagą.
- Dziękuję, kochani. A teraz idźcie spocząć i pogaście w domu światła.
Wszyscy rozeszli się w ciszy i skupieniu.
Nina weszła do sypialni, ciepłej, pachnącej i różowej od blasku ognia w kominku. Zauważyła, że przed obrazem Matki Boskiej palą się dwie świece. Wpatrzyła się w łagodną, smutną twarz Maryi, samym porywem serca błagając Ją o zmiłowanie i zawierając w spojrzeniu to, czego nie potrafiła wyrazić słowami. Nigdy nie była przesadnie pobożna uważając, że na dewocję przyjdzie czas na starość. Pacierze klepała z obowiązku, modląc się szczerze jedynie w wyjątkowych okolicznościach. Ale w tym strasznym dniu, po raz drugi w jej krótkim życiu, zawalił się szczęśliwy, bezpieczny świat. Pożegnała męża i modlitwa była jedyną ucieczką i ratunkiem, przed zwątpieniem i szaleństwem rozpaczy. Z całej siły zaciskała usta obawiając się, żeby zamiast słów pacierza, nie wyrwał się z nich krzyk.
Grottger. Alegoria wojny.
Trwała w skupieniu, dopóki nie dopaliły się świece i nie zgasły. W kominku pozostały już tylko rozżarzone popioły. W całym pałacu panowała grobowa cisza, ale ona wiedziała, że nikt nie śpi, wszystkie kobiety czuwają i modlą się razem z nią. Podniosła się z kolan i czując nagły zawrót głowy, wsparła się dłonią o ścianę, przez chwilę nie odrywając od niej palców. Jedyną pociechą w tym wielkim zmartwieniu był pałac, podarowany jej wielkodusznie przez męża. Jego mury wsparte na smukłych kolumnach, chroniły ją od okrutnego świata, jak kochające ramiona. Cisza wielkich komnat koiła jej rozpacz. Dopóki istniał dom, ona przysięgła sobie strzec go, aby nikt nie zniszczył jego nieprzemijającego piękna.
Tejże nocy, z majątku Mirzec należącego do państwa Prendowskich, wyruszył pułkownik Langiewicz, żeby objąć dowództwo zgrupowania i uderzyć na Szydłowiec. W kierunku Bodzentyna, skradał się lasami oddział braci Dawidowiczów. W miasteczku na plebanii, oczekiwali ich z niecierpliwością księża, a wikary Omiński gotował się uderzyć w dzwony kolegiaty, dając tym znak do szturmu.
A. Grottger. Sybir.
Nad ziemiami Królestwa Polskiego, wisiały czarne chmury i padał lodowaty deszcz, jakby samo niebo płakało. Ponad skłębionymi obłokami pędzonymi porywistym wiatrem, ukazywała się czasami blada tarcza księżyca. Potem zakrywały ją chmury, a na uśpione miasta i wioski padał głęboki, złowrogi cień. Minęła północ i nastał 23 stycznia 1863 roku, dzień wybuchu powstania, nazwanego potem Styczniowym.

                                                K o n i e c    t o m u   p i e r w s z e g o
1 Treść Manifestu autentyczna,
2 Indemnizacja – odszkodowanie, rekompensata.
3 Kolęda prawdopodobnie autorstwa Mieczysława Romanowskiego.
4 Stefan Bogdanowicz oraz Jan Toporek zginęli w szturmie na Bodzentyn. Stanisław Zygadlewicz został powieszony w Bodzentynie 30 maja 1864 roku.
5 Coute-que-coute - za wszelką cenę.