niedziela, 29 maja 2016

Propozycja podróży do Krakowa.


29 maja 2016 r.
Po śniadaniu Nina musiała wydawać dyspozycje służbie, pilnowała wydawania produktów na cały dzień dla pracowników, była w wędzarni, w kuchni, wpadła do młyna i tartaku, zebrała raporty od ekonomów i pisarzy, wędrując po całym gospodarstwie z grubą księgą pełną rachunków, notatek i karteluszków z uwagami. Uporawszy się z porannymi zajęciami, pojechała saniami do Lipieńca. Na jej widok wojewodzina zbladła i załamała ręce.
- Chryste Panie, pewnie Olesiowi przytrafiło się nieszczęście! - wrzasnęła i zapomniawszy o podagrze, zerwała się z fotela na równe nogi.
 - Niech ciocia się uspokoi. Alek był dziś w nocy w domu. - powiedziała pośpiesznie Nina.
- O, chwała Bogu, bo już wyobraziłam sobie najgorsze. - staruszka odetchnęła i odmówiła krótką modlitwę do świętego Józefa Opiekuna. Potem skinęła na Ninę. - Usiądź, moje dziecko. Zaraz zawołam Sophie.
 Ale Zosi nie trzeba było wołać. Usłyszawszy od pokojówki, że przyjechała jaśnie pani hrabina z Makowa, wpadła do pokoju z przerażeniem w oczach i niewypowiedzianym pytaniem na ustach. Nina mrugnęła do niej figlarnie.
- Trusieńko, zrób się na bóstwo! Wieczorem będziesz miała gościa!
Zosia stała przez moment z rozchylonymi ustami, a potem z głośnym płaczem rzuciła się przyjaciółce na szyję, śmiejąc się i szlochając jednocześnie.
- Nareszcie! A ja się tak modliłam i czekałam. Wraca! - wołała obsypując Ninę pocałunkami i ściskając wojewodzinę. Wybiegła z pokoju i zaraz wróciła, niosąc na ręku synka. - Stefciu, tatuś wraca do ciebie i do mamusi. Tatuś wraca! - podśpiewywała, huśtając dziecko. - A mój papcio nie przyjedzie?
Nina bez drgnienia powiek wytrzymała jej ufne spojrzenie.
- Nie, kochanie. Pan Syrwin wyjechał do Galicji, starać się o broń.
T.Axentowicz Portret młodej kobiety.
 Krótko i w oględny sposób opowiedziała o złej przygodzie, jaka spotkała powstańców na noclegu. Wspomniała o utracie taborów, głodzie i braku uzbrojenia. Obie panie wydawały przy tym okrzyki żalu i oburzenia, choć pominęła straszliwe szczegóły. Stara dama energicznie wytarła nos, zadzwoniła i rozkazawszy wezwać rządcę pana Marcinkiewicza, wydała mu zwięzłe rozkazy:
- Są jeszcze w magazynie buty i ciepłe okrycia. Jabłoccy i Wąsoccy także muszą złożyć się i poratować naszych bohaterskich chłopców. Maków nie może sam utrzymywać partii. Proszę też nie zapominać o żywności i paszy dla koni. Trzeba wziąć z naszego stada z dziesięć dobrych koni i posłać je do Porajów, gdzie przebywa partia.
- Alek będzie ciotuni ogromnie wdzięczny za pomoc. Jednak najważniejszą sprawą jest zakup broni.- Nina odetchnęła z głębi serca i tak mocno potrząsnęła głową, że upięte węzeł włosy rozplotły się i opadły jej na ramiona lśniącą falą. - Ciociu, oni są niemal bezbronni. Każde spotkanie z Moskalami, zakończy się masakrą. - umilkła i spojrzała na słuchającą uważnie wojewodzinę. - Czy nie orientuje się ciocia, kto chciałby kupić Milusin? Dwór wprawdzie spalony, ale ziemia żyzna i zbiory w jesieni mogą być obfite.
Stara dama zmierzyła ją wzrokiem pełnym oburzenia.
- Zawiodłaś mnie, Nino. Myślałam, że kochasz Maków. Zamierzasz handlować ziemią? Komu chcesz ją sprzedać? Bo w tych czasach majątek ziemski może kupić jedynie Moskal, spekulant lub wzbogacony Żyd, podstawiając fikcyjnego kupca. Chyba rozum straciłaś!
- Nie straciłam rozumu i najlepiej wiem, co znaczy utrata własnej ziemi! - zdenerwowana Nina podniosła głos.- Takie było życzenie Alka, ponieważ musimy mieć pieniądze na zakup broni. Wolałabym przeciąć sobie żyły, niż sprzedać choćby garść ziemi, ale nie mam wyboru.
Opanowała się, zdawszy sobie sprawę, że była nieuprzejma pokrzykując na staruszkę. Zmieszana, uniosła ramiona, zwijając włosy w węzeł i umacniając je srebrnymi szpilami.
- Przepraszam. Jestem już tylko jednym kłębkiem nerwów. - uśmiechnęła się krzywo.
Zosia wystraszona gniewem starej damy, przytuliła do piersi synka i siedziała cichutko jak myszka. Przez długa chwilę wojewodzina sapała ze złości, dopiero ochłonąwszy, spojrzała na obie przestraszone młode kobiety łaskawszym okiem.
- No dobrze. - rzuciła szorstko. - Mów, Nino, czego potrzebujesz.
- Pieniądze, to jeszcze nie wszystko. - Nina przybrała układną minę. - Nie ma komu jechać w sprawie tej broni do Krakowa. Tadeusz jest lekko ranny w rękę i musi pozostać w domu. Trusiu, to lekka rana i Jaś zapewnił, że szybko się zagoi. - uprzedziła Zosię, która już otwierała usta, by zadać pytanie. - Alkowi potrzeba osoby, która zorientowałaby się w szansach prędkiego zakupu broni i zorganizowała transport przez granicę.
- Nie rozumiem, Ninetko.- wtrąciła się Zosia, unosząc brwi. - Przecież mówiłaś, że papcio jest w Galicji.
Nina na moment zapomniała języka w buzi i przeklęła swoje roztargnienie. Na szczęście nie straciła przytomności umysłu.
- Oczywiście. - przyznała - Ale weź pod uwagę, że chętnych do zakupu broni jest więcej, niż samej broni. Austriacy nie są ślepi i głupi. Na miejscu trudno kupić większą ilość karabinów i amunicji. Aleks wspomniał, że trzeba się dowiadywać we wszystkich miastach, gdzie stacjonują garnizony wojskowe. Podobno najłatwiej o broń aż na granicy z Mołdawią. Pan Syrwin uda się również do Lwowa, a ktoś inny musi starać się o broń w Krakowie i sąsiednich miastach.
- Rozumiem. - uspokojona Zosia skinęła z uśmiechem głową.
Ale wojewodzina nie była taka łatwowierna i popatrzyła na Zosię z matczyną czułością. Dziecko zaczęło płakać, więc Zosia wstała i poszła do swego pokoju, aby je przewinąć. Stara dama przenikliwie popatrzyła na siedzącą w milczeniu Ninę, z nisko opuszczoną głową..
- A teraz przestań mnie czarować i mów, co się wydarzyło. Pan Syrwin nie żyje, prawda?
Nina uznała, ze wojewodzinie może powiedzieć wszystko. Stara kobieta miała twardy charakter.
- Ciociu, to była prawdziwa rzeź! Mordowano ich na tym noclegu siekierami i widłami. Alek o włos uniknął śmierci! Ocalił mu życie koniuszy, ale sam poległ. - urywanym ze wzburzenia głosem, powtórzyła wszystko, co usłyszała od męża. Staruszka wysłuchała jej w ponurym milczeniu, potakując tylko skinieniem głowy.
- Rząd Narodowy zniósł pańszczyznę i darował chłopom ziemię. Oto masz ich wdzięczność!
Pod wpływem wściekłości i chęci zemsty, Nina zarumieniła się, a jej oczy rozbłysły nienawiścią.
- Alek postanowił zataić tę okropną sprawę przed policją narodową. Ale ja uważam, że zbrodniarze muszą ponieść surową karę. - powiedziała stanowczo. - Proszę ciocię, o powiadomienie panny Lasewiczówny o całej tragedii. Policja narodowa musi ukarać sprawców.
Słowa jej dokładnie odpowiadały myślom wojewodziny. Uśmiechnęła się mściwie.
- Zrobię to z wielką przyjemnością i cieszę się, że nasze odczucia są identyczne. Osobiście dopilnuję, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Nie mogę spokojnie myśleć o tym, że ci biedni chłopcy wędrowali na wpół nadzy w śniegu i mrozie!
Powróciła Zosia, więc wojewodzina umilkła, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- Wspomniałaś, że do Krakowa nie ma kto jechać. - zwróciła na Ninę swoje przeszywające spojrzenie.
- Niestety nie. To musi być człowiek zaufany, bo powiezie pieniądze przeznaczone na zakup broni.
- Phi!- prychnęła wojewodzina . - A ty, moja droga, nie możesz tego zrobić dla męża?Podobno go kochasz.
- Ja? - Nina wydała okrzyk i odruchowo położyła obie dłonie na brzuchu.
- A cóż to takiego wielkiego? - stara dama roześmiała się rozbawiona. - W czasie Rewolucji Listopadowej, ja również przewoziłam broń. Bądź pewna, że dziś wiele kobiet zajmuje się tym procederem.
- Ale Nina oczekuje dziecka. - zauważyła Zosia, biorąc przyjaciółkę za rękę.
- Wiem. Mimo to zaręczam, że Nina znakomicie da sobie radę. Zawsze lubiła awanturnicze przygody. - cierpko stwierdziła staruszka.
Nina zacisnęła usta. Pomyślała, że tak naprawdę, nikt nie liczy się z jej stanem, zwalając na jej głowę coraz to cięższe obowiązki. Inne kobiety przy nadziei, były chronione i otaczane troskliwą opieką. Z tłumioną pasją uznała, że rozmowa ze starą damą, przypomina zabawę ze zgniłym jajkiem!
- Nie znam się na tym.- mruknęła.- Zresztą wydaje mi się, że za dużo się ode mnie wymaga. Muszę chronić dziecko.
- Tak? Ciągle słyszę, że bardzo kochasz męża, więc zrób coś dla niego, zamiast biadolić i wyczekiwać boskiego zmiłowania. Jesteś giętka jak sprężyna i doskonale wytrzymasz trudy podróży. - oświadczyła wojewodzina z beztroską miną.
- Ależ pani wojewodzino, ona... - Zosia zdecydowała się stanąć w obronie Niny, lecz zaraz umilkła, zgromiona władczym spojrzeniem starej damy.
- Cicho! Nina nie jest niemową, niech sama mówi.
- Nie mogę jechać do Krakowa z prostej przyczyny; nie posiadam pieniędzy. Zresztą Alek nigdy mnie tam nie puści. - ściągnęła brwi, postanawiając wybić upartej, starej babie ten idiotyczny pomysł z głowy.
- Naturalnie. - staruszka skrzywiła się ironicznie. - Poczekasz jak przyjdą Moskale i problem sam się rozwiąże! Nie będziesz musiała się fatygować.
Nina podziękowała w duchu Panu Bogu, że siedzi w fotelu, bo z oburzenia spadłaby z krzesła.
- Jak ciocia może tak do mnie mówić? - krzyknęła uniesiona gniewem.

- Nie próbuj robić z siebie bezbronnego kobieciątka. - powiedziała chytrze wojewodzina. - Oleś nie pozwoli ci jechać do lekarza? O, byłby człowiekiem bez serca, zabraniając żonie zasięgnąć porady specjalisty w bezpiecznej Galicji. - zachichotała tak złośliwie, że obie młode kobiety aż podskoczyły nerwowo.
Oczy Zosi zaokrągliły się jak spodki, lecz stara dama budziła w niej taki strach i respekt, że nie ośmieliła się pisnąć nawet słówka, posyłając tylko Ninie rozpaczliwe spojrzenia.
- Załóżmy! - Nina niegrzecznie wzruszyła ramionami. - Ale jak to sobie ciocia wyobraża?Pojadę do Galicji bez pieniędzy, potem wezmę karabiny na kredyt, wsadzę je pod pachę, amunicję do torby i cały ten kram przeniosę przez granicę, robiąc z celników durniów?
- Nie bądź uszczypliwa, moje dziecko. - skarciła ją wojewodzina. - Przewieziesz broń w karecie i dużej bryce z podwójnym dnem.
Nina powstrzymała się w ostatniej chwili, żeby nie popukać się palcem w czoło.
- W karecie i w bryczce ukryję z pięćdziesiąt karabinów i kilkaset tysięcy sztuk amunicji?
- No to weźmiesz dwie duże bryki. Zakupisz mniej karabinów, a więcej broni krótkiej. - pani wojewodzina nie zamierzała rezygnować z raz powziętego pomysłu.
- Mam okłamywać męża?
- Oleś, post factum1, będzie ci całował ręce i nogi z wdzięczności. Zapamiętaj sobie; kiedy mężczyźni walczą, kobiety schodzą na drugi plan. Liczy się wyłącznie walka! - starsza pani bystrym wzrokiem dostrzegła w oczach Niny nagły błysk i już wiedziała, że zwyciężyła.
- Hm, ale do porodu pozostało mi jeszcze dużo czasu. - zauważyła Nina z wahaniem. Śmiała impreza wzbudziła jej zainteresowanie.
- Tym lepiej. Weź z sobą pannę Mirę i Jagę, lub pannę Maciejewską. Jeżeli nie chcesz jechać, to któraś z dziewcząt z pewnością podejmie się tego zadania. Odwagi im nie brakuje! - stara dama powiedziała to ot, tak sobie, od niechcenia, udając że nie patrzy na Ninę, siedzącą z obrażoną miną. - Ja wiem, że Oleś byłby spokojniejszy wiedząc, że w Galicji jesteś pod opieką dobrego specjalisty. No więc zdecyduj się, bo czasu jest niewiele. Moskale nie będą czekać, aż nabierzesz chęci. A o pieniądze się nie troszcz Znajdą się natychmiast, kiedy zdecydujesz się pojechać..
Wracając z Lipieńca, Nina całą drogę rozważała niebezpieczny plan wojewodziny. Im więcej oswajała się z tą myślą, tym bardziej pomysł wydał się jej zachęcający. Po powrocie do domu, zaczęła od nowa rozmyślać, na zimno rozpatrując piętrzące się przed nią przeszkody. Nie posiadała paszportu, ani przepustki, a bez tych dokumentów nie mogła legalnie przekroczyć granicy. Wybierając się do Galicji z dużym taborem, musiała występować jawnie, podróżując jako wielka dama, udająca się na kurację zdrowotną. Jej pozycja społeczna wymagała odpowiedniej oprawy. Podróżować musiała wytworną karetą, z osobami towarzyszącymi. Za powozem jechałyby dwie duże bryczki, wiozące kufry ze strojami pani hrabiny oraz przeróżnymi przedmiotami niezbędnymi w drodze. Damy z wyższych sfer podróżując, zabierały z sobą prowiant, całą zastawę stołową, dywany, wanny, ulubione meble, nie wspominając już o ptaszkach w klatkach, pieskach i kotkach. Nie mogło obyć się bez pokojówek, lokajów i stangretów. Taka karawana poruszała się w ślimaczym tempie przez całe tygodnie, zanim dotarła do celu podróży.


Tajne schowki można było porobić już w Krakowie. Wprawdzie Nina nie znała tam nikogo, ale Aleks miał w mieście zaufanych ludzi. Pozostawała sprawa lewych dokumentów i najważniejsze zadanie: przekonanie męża o konieczności wyjazdu do Galicji. W Krakowie zorientuje się, jakie są szanse na zakup broni, amunicji i transport przez granicę. Przypomniała sobie, że mąż kilkakrotnie proponował jej wyjazd do Galicji, a nawet bardzo na to nalegał. Myśl o przygodzie zaczęła ją podniecać. Od dziecka marzyła o zwiedzeniu zabytków Krakowa. Nie zamierzała zawracać sobie głowy lekarzami, pragnąc jak najszybciej powrócić do Makowa. Ku jej zdumieniu, następnego dnia przyjechała do Makowa wojewodzina z Zosią. Stara dama owinięta w pledy i kołdry, unosiła się niemal na rękach swojej służby. Zaniesiona do buduaru, zajęła wygodną kanapę i oznajmiła, że chce się upewnić, iż Nina akceptuje jej plan.
Rozdrażniona taką natarczywością, Nina już miała na języku ostrą odprawę. Ale na jej zgodę decydująco wpłynął list od męża, doręczony jej przez Zosię. Aleks pisał, że z nastaniem suchej pogody, z pobliskich garnizonów ruszy potężna ofensywa wojsk rosyjskich, w pogoni za powstańcami z Gór Świętokrzyskich. Dowódcy kolumn wojskowych oczekiwali z niecierpliwością wiosny i osuszenia błotnistych dróg, aby mogły po nich przejechać ciężkie baterie armat i wozy taborowe. Niepokojące informacje skłoniły Aleksa do ponaglenia jej, aby za wszelką cenę postarała się o pieniądze na zakup broni. To przesądziło sprawę. Nina przestała się wahać i omówiła z wojewodziną szczegóły, przedstawiając rzeczowo wszystkie trudności. Stara dama zapewniła ją, że w przeciągu dwóch tygodni dostarczy jej komplet potrzebnych dokumentów.
Do buduaru weszła pani Salomea i wojewodzina zaczęła ją wypytywać o znajomych w Warszawie. Obie damy zajęły się rozmową, a Nina pociągnęła przyjaciółkę do okna. Tego dnia Zosia wyglądała ślicznie, promieniejąc cichą radością.
- Zaraz widać, trusieńko, że miałaś spokojną noc. - Nina uśmiechnęła się domyślnie.
Zamiast odpowiedzi, Zosia przytuliła się do niej, wydając cichy pomruk, jak rozpieszczona kotka.
- Tadzio jest doprawdy zdumiewający. - szepnęła mocno zarumieniona.
- O, nigdy w to nie wątpiłam. - Nina roześmiała się, przymrużyła oko i pocałowała ją w gładki, różowy policzek. - Przynajmniej ty przez najbliższe tygodnie będziesz spokojna o męża.
 - Nic podobnego, Ninetko. Tadek pozostanie w Lipieńcu tylko do jutra. Wyrywa się do oddziału, chociaż zagroziłam, że się na niego pogniewam. Ale dobrze wiem, że nie utrzymam go w domu i już nie nalegam. Na Łysej Polanie chłopcy budują szałasy przy Diabelskim Bagienku. Moskale nigdy tam nie dojdą, bo nawet kłusownicy nie zapuszczają się w tamte strony, obawiając się złych mocy.
- Trusiu, zaręczam ci, że za kilka srebrnych rubli, chłopi zapomną o strachu i przeprowadzą wojsko nawet przez moczary. - westchnęła Nina.- Nie podoba mi się to miejsce. Szkoda, że nie wybrali sobie obozu za Wykusem. Moskale nie lubią iść w puszczę, a nasi mężowie byliby niedaleko domów.
- Tadek tłumaczył mi, że pan hrabia wybrał tę Polanę celowo, bo przez Łysogóry i Góry Jeleniowskie, prowadzą drogi na Bodzentyn, Suchedniów i Kielce. Pan hrabia chce mieć te drogi pod kontrolą. Zresztą tam będą bezpieczni, bo nie uwierzę, żeby polski chłop wydał za pieniądze walczących rodaków.
Niebieskie oczy Zosi patrzyły tak ufnie i pogodnie, że Nina poczuła dziką chęć, aby coś zniszczyć lub kogoś zabić. W milczeniu przytuliła ją do siebie, z trudem powstrzymując wybuch wściekłości. Tego dnia rozbiła się przysłowiowa bania z gośćmi. Wkrótce po wojewodzinie przyjechała z Sarnik ciotka Maria. Spłakana z radości, pokazywała depeszę ze Świerszczyn. Edward donosił, że Binia urodziła dużego i zdrowego chłopca, tym razem lekko i bez komplikacji. Na chrzcie świętym malec otrzymał imiona Aleksandra Mieczysława.
- Boże, moja dziewczynka jest już matką dwóch synów! - wołała ciotka, potrząsając depeszą. - Drugi raz zostałam babką! Tak bym chciała zobaczyć tych zuchów, ale władze nie zezwalają na wyjazd do Księstwa Poznańskiego. Żebyście widziały panie mego Ksawerego! Ubyło mu lat. Jakby wcale nie chorował! Dziś wyprawił się konno w pole i już planuje, co gdzie wiosną posieje. - ciotka umilkła na moment i westchnęła. - Szkoda, że Paula nie żyje. Poprzednim razem wystarała się nam o paszporty. Nie była taka najgorsza.
Nina uniosła dumnie głowę, a jej oczy zwęziły się złowrogo.
- Przypisuje jej ciocia zbyt wiele cech pozytywnych. - wycedziła, co w połączeniu z lodowatym spojrzeniem wystarczyło, aby pohamować potok słów ciotki. - Nie zrobiła tego z dobroci serca, mając na celu naciągnięcie wuja na pożyczkę.
- Niemniej, była to z jej strony uprzejmość. - upierała się ciotka, bo nie lubiła kiedy ktoś krytykował jej wypowiedzi, nawet tak nietaktowne.
- O, jeżeli uprzejmością z jej strony było nazywanie wuja starym pantoflarzem, a cioci jędzą, to przyznam, że rzeczywiście starała się być uprzejmą!
Wojewodzina zakrztusiła się herbatą, a pani Salomea wyciągnęła chusteczkę i starannie zaczęła siąkać nos. Ciotka Maria zrobiła się purpurowa.
- Nigdy nie uwierzę, żeby dama w tak wulgarny sposób mogła wyrażać się o krewnych! - oświadczyła nadąsana.
- Bo też ona nie była damą, a wujostwo nie byli jej krewnymi. - w podniesionym głosie Niny, nie było nawet śladu potulności. - Kiedy zabrakło jej narkotyków, wyrażała się o wiele gorzej.
Zosia siedziała ze spuszczonymi oczami, ale Nina zdążyła dostrzec drgnięcie jej ust, gdy powstrzymywała śmiech. Natomiast wojewodzina skrzywiła się, jak po occie, i popatrzyła na ciotkę
z lekceważącym politowaniem.
- Jesteś zbyt łatwowierna, Maryniu. Lepiej zmieńmy temat. W taki szczęśliwy dla ciebie dzień, nie warto przypominać upiora.
Nina zupełnie straciła humor i zaledwie zmuszała się do podtrzymywania rozmowy.
Wieczorem usiadła przy sekretarzyku i zaczęła pisać długi list do Bini. Naraz ogarnęła ją straszna tęsknota, za jej srebrzystym śmiechem, wysokim głosikiem i błękitem oczu, zupełnie podobnych do oczu Jasia i zawsze patrzących na nią z czułością. "Mój Boże, tak dawno się nie widziałyśmy!" - szepnęła do siebie. Napisała jeszcze kilka zdań i niespodziewanie doznała olśnienia. Przecież mogą spotkać się na zupełnie neutralnym terenie. W Galicji! Zachwycona swoim pomysłem, klasnęła w dłonie. Przepisała list od nowa, szyfrując jego część. Powiadomiła Binię o projektowanej podróży zapytując, czy istnieje możliwość spotkania się w Krakowie?
Działania wojenne przeniosły się w stronę Chęcin i w okolicy Makowa było spokojnie. Powstanie jakby oddaliło się na pewien czas, pozwalając ludziom odetchnąć. Zosia zamieszkała w Brzezińcu u teścia, a Dorota Biecka założyła mały lazaret. Nie kierowały nią bynajmniej pobudki patriotyczne, tylko zamierzała ulokować w nim rannego męża. Kazio, kurujący się w odległej leśniczówce, był stanowczo za daleko, żeby mogła mieć go na oku. Pewnego dnia pojechała powozem po swego rannego bohatera. Nie wiadomo, co na miejscu zastała, bo nawet osoba tak gadatliwa, jak pani Teosia Jabłocka, tym razem nabrała wody w usta i milczała jak zaklęta. Ale opowiadano, że w leśniczówce Dorota zupełnie zapomniała o manierach damy i z dzikim piskiem wczepiła się we włosy córki leśniczego, leżącej w łóżku obok Kazia, okładając ją pięściami i wodząc się z nią po całej izbie. Sponiewierawszy dziewczynę, rzuciła się z kolei na zbolałego małżonka z taką furią, że sam leśniczy z pomocą parobka, musiał wydzierać ofiarę z jej pazurków.
Kazio zapomniawszy o ranie, prysnął do leśnego obozu, mając nadzieję, że tam nie dosięgnie go rozwścieczona połowica. Zanosiło się na towarzyski skandal, bo Dorota doprowadzona do pasji, zdecydowała się wystąpić o rozwód. Ciotka Maria aż oblizywała się na myśl o lawinie plotek. Wojewodzina, nie darząca sympatią Doroty ani jej matki, a także Bieckiego, uśmiechała się ze złośliwą satysfakcją. Jedynie Zosia, mająca dobre serce, współczuła Dorocie i spotkawszy Ninę w kościele, ubolewała nad jej losem.
- Odradzałam Dorze ten mariaż, ale nie dała sobie nic powiedzieć. Kazio bywa niekiedy sympatyczny, lecz nie nadaje się na męża. Biedna Dora, nie zrobiła dobrego wyboru.
Nina tak nienawidziła pani Bieckiej, że nie umiała się zdobyć na obiektywny osąd.
- Och, byłabym bardzo zawiedziona, gdyby los okazał się dla niej łaskawy! - powiedziała mściwie. - Przypomnij sobie, ile razy w dzieciństwie przez nią płakałam. Pewnego dnia tak mi dokuczyła, że w rewanżu pocięłam nożyczkami jej płaszczyk!

Zabawy dziecięce.
- To było na kinderbalu2 z okazji imienin Bini! - zaśmiała się Zosia. - Pamiętam.
- Właśnie. Ciotka Maria sprawiła mi lanie i zamknęła za karę na stryszku. A ty po kryjomu przyszłaś do mnie i przyniosłaś mi kawałek tortu. Potem przybiegła Binia, i wtedy przysięgłyśmy sobie przyjaźń do grobowej deski!
- Boże, jak to dawno... - Zosia wzruszona westchnęła. - A ile zmian! Jaka szkoda, że karmię jeszcze Stefana, bo pojechałabym z tobą do Krakowa. Może spotkałabym papcia? Tak za nim tęsknię.
Nina zbladła i prędko odwróciła głowę udając, że poprawia coś przy kołnierzu futra.
1Po zakończeniu zadania, po fakcie.
2Kinderbal - zabawa dla dzieci.