czwartek, 5 maja 2016

Przyjazd sprawnika i historia panny Miry.


5 maja 2016 r.
Był ponury, niedzielny dzień. Deszcz bił monotonnie o szyby, spływał po dachu, dzwonił w rynny, tworząc pod schodami tarasu dużą kałużę. Nina leżała w buduarze na miękkiej sofie, zarzuconej jedwabnymi poduszkami. Po powrocie z nabożeństwa i obiedzie, położyła się w nadziei, że trochę podrzemie. Ale paląca zgaga nie dawała jej zasnąć, więc leżąc przyglądała się pokojowi. Ciemno-purpurowe obicia mebli oraz identyczne portiery i kotary, stwarzały w buduarze ciepły, niepowtarzalny nastrój przytulności. Na etażerkach, stoliczkach i półce nad kominkiem, stały wysokie wazony, a w nich puszyły się wielkie śnieżnobiałe chryzantemy.
Buduar.
 Aby nie myśleć, wzięła leżący na stoliczku tomik poezji Słowackiego. Poeta, niemal całkowicie zapomniany po śmierci, tryumfalnie wrócił do łask. Zwłaszcza młodzież licealna i studencka czytała go zachłannie, dopatrując się w jego twórczości proroczych wizji. Przebiegając wzrokiem linijki wierszy, jednocześnie zastanawiała się, kiedy wróci Aleks i żałowała, że pogoda taka szkaradna i nie można iść do parku na spacer, ani jechać do Brzezińca. Przed wyjazdem, Aleks zażądał od niej przyrzeczenia, że aż do rozwiązania zrezygnuje z jazdy konnej. Westchnęła nie mogąc odżałować, że niechciana ciąża pozbawia ją wszystkich przyjemności. Przeciągnęła się i ziewnęła głośno, czując się z każdym dniem więcej ociężała. „Boże! – mruknęła do siebie. – Jak ten czas się dłuży, kiedy Alka nie ma w domu!”. 
 Powróciła do lektury i odłożyła książkę dopiero wtedy, gdy do buduaru weszła panna Lutówna, tak przemoczona, że z jej długich warkoczy ściekały strumyki wody.
- Bój się Boga, Mireczko! – zawołała Nina, podnosząc się na łokciu. – Możesz się przeziębić. Dlaczego nie wzięłaś parasola? Przebierz się zaraz!
Na wyraźne życzenie Niny, mówiły już sobie po imieniu.
- Nic mi nie będzie. – panna Lutówna zaśmiała się i podeszła do kominka, otrzepując się jak pies po kąpieli. – Co czytasz?
- „Anhellego”. Doszłam do wniosku, że Słowacki, musiał mieć jakąś wizję. Wszystko co pisze, to jakby wzięte z mego życiorysu. Posłuchaj!.. Życie moje zaczęło się od przerażenia.
Ojciec mój umarł śmiercią synów Ojczyzny Zamordowany, a matka moja umarła z boleści po nim.                                            
- Jezu, nie, to nie jest lektura odpowiednia na taki ponury dzień. – jęknęła odkładając książkę.
- Słusznie. Potem poczytamy sobie poczciwego pana Dumasa. Może „Królową Margot?”.
- Dziękuję ci, kochanie, tam trup leży na każdej kartce. Nie, wolę coś innego Z Warszawy przysłano mi właśnie nową powieść angielską: "Kobieta w bieli" pana Collinsa Podobno bardzo ciekawa. Skończyłam właśnie „Dawida Copperfielda” pana Dickensa, urocza lektura. Byłaś w lamusie?
-Właśnie stamtąd wracam. Zaniosłam poszyte wczoraj ubranka i bieliznę dla dzieciaków. Ach, kochanie, żebyś ty wiedziała, ile teraz po wsiach nędzy. Sezon prac polowych zakończony i gospodarze nie płacą biedakom za robotę. Dzieci noszą na sobie łachmany i drżą z zimna. Szczęśliwi ci bezrolni z Makowa, których pan hrabia miłosiernie przygarnął. Oni mają codziennie gorącą strawę i nie marzną. Taka ci jestem wdzięczna, że kazałaś dożywiać dzieci w szkółce.
Nina uniosła się i stęknęła. Bolały ją wszystkie kości i była zniechęcona do świata.
- To Alek kazał je dożywiać, nie ja. Wezwał geodetów, żeby odmierzyli te nieużytki i planuje postawić tam gospodarstwa wzorcowe. Naturalnie, utopi w tym przedsięwzięciu ogromne pieniądze, nie zyskując w zamian nawet uznania. Już powiadają, że pan hrabia demokrata i chamów rozpieszcza.- sięgnęła po szklankę z limoniadą1 i przełknęła kilka łyków. Cierpki kwaskowaty napój, przyniósł jej chwilową ulgę, bo od rana dokuczała jej zgaga. Wstała i przeniosła się z sofy na fotel stojący w pobliżu kominka. Panna Lutówna przysiadła u jej stóp na niskim, aksamitnym stołeczku i zaczęła rozczesywać mokre włosy.
- Trzeba urządzić kwestę na ubogich. – zaproponowała.
- Kochanie, nic tak nie demoralizuje ludzi, jak dobroczynność! – odparła Nina gniewnie. – Wy, tam w Warszawie, budujecie zamki na lodzie i idealizujecie wieś, nie zdając sobie sprawy, jaki to groźny żywioł. Ja wyrosłam na wsi. Nie jestem naiwna i wiem, że dziedzice bywają źli, ale i chłopi nie mają anielskich charakterów.
- Nie byliby źli i ciemni, gdyby ich oświecono, dano ludzkie warunki życia. – powiedziała Mira stanowczo.
- Posłuchaj, co ci powiem. W 1846 roku, w czasie Rewolucji Krakowskiej, rząd powstańczy ogłosił zniesienie różnic klasowych, zniósł pańszczyznę i nadał wieśniakom ziemię. Władze austriackie, żeby uśmierzyć powstanie, podburzyły wtedy chłopów galicyjskich, a oni utopili całą Małopolskę we krwi, mordując swych dobroczyńców. To co się tam działo, nie mieści się w głowie. Władze austriackie, na swoją wieczną hańbę, płaciły za głowy zamordowanych. Chłopi atakowali dwory, palili je, wrzucając mężczyzn, kobiety i dzieci do ognia. Dziedzicom świdrami wiercono głowy, rozpiłowywano ich pomiędzy dwiema deskami, rozpruwano ludziom brzuchy, a kobiety masowo gwałcono, odcinano im piersi i wyłupywano oczy. Dzieciom podrzynano gardła, a mężczyzn ćwiartowano piłami do drzewa! Myślisz, że tutaj bunt Szeli nie dotarł? Tutejsi chłopi również gotowi byli do buntu i chcieli mordować szlachtę. Grożono nawet panu Woyciechowskiemu z Łomna, że jego dzieciom wyłupią oczy. A przecież pan Woyciechowski był dla swoich poddanych jak ojciec. Nie! To zbyt straszne wspomnienie. W Galicji nie ma rodziny, która nie straciłaby kogoś bliskiego w czasie rebelii Szeli. Nic nie wiesz o polskiej wsi, Miruniu!
Austriacy płacą chłopom za głowy szlachty.
 Panna Lutówna patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, uświadamiając sobie, że jej wyobrażenia o wiejskiej sielance uległy nagłej rewaluacji. Będąc mieszczanką niewiele wiedziała o rzezi szlachty i galicyjskiej rabacji. Nina zamilkła, przykładając chusteczkę do ust, bo zrobiło się jej niedobrze. Wstrząsnął ją dreszcz na wspomnienie potwornych, niewyobrażalnych wprost okrucieństw, jakich dopuszczali się zbuntowani galicyjscy chłopi na szlachcie. Wydawało się jej, że w wyciu wiatru słyszy jęki mordowanych, świst kos, głuche uderzenia siekier i wrzaski pijanych, rozjuszonych krwią i mordem gromad. W purpurowym blasku ognia widziała łuny pożarów.
- Wiesz, Miruniu, śmiertelnie obawiam się waszych agitatorów, obiecujących chłopom niestworzone rzeczy i namawiających ich do udziału w walce zbrojnej. Uzbrojeni chłopi to nowa rebelia. A Jakub Szela jeszcze żyje, bo nikt nie pomścił na nim męki niewinnych ofiar.
-To niesłychana zbrodnia.– przyznała przyjaciółka.- Ale mimo wszystko, władze konspiracyjne noszą się z zamiarem nadania wieśniakom ziemi.
- A nie wiesz skąd tę ziemię wezmą?
- Podobno majątki ziemskie mają być podzielone.
- To mi się podoba! – roześmiała się ironicznie Nina. – A właścicieli tychże majątków poślą pod kościół na żebry? Uważasz, że jest to zgodne z prawem? Przecież tych majątków nikt nie dał nam za darmo. Albo je kupiono, lub darowano za zasługi wojenne. Nasz Jaśminów, nadał memu przodkowi król Zygmunt III Waza, za ramię, które utracił w bitwie pod Kirchholmem2. Na miejscu tego pałacu, stał niegdyś w Makowie warowny zamek i przez wieki opierał się najazdom Tatarów, Litwinów, Krzyżaków, Szwedów i jeden Bóg wie, kogo jeszcze. Tu miejscowa ludność chroniła się przed wrogiem. W zamku bywali nasi królowie i książęta. Sam król Władysław Jagiełło, który wybierając się pod Grunwald, pielgrzymował do klasztoru na Świętym Krzyżu, podejmowany był uroczyście w Makowie.
Droga królewska na Świętym Krzyżu.
 - Jagiełło? – pannie Lutównie zaparło dech w piersiach.
- Nie tylko on, byli i inni władcy. Mogę ci pokazać dokumenty przez nich podpisane. Jak moglibyśmy dobrowolnie wyrzec się tej ziemi, powiedz sama.
Panna Mira skinęła głową, przypatrując się uważnie wyrytemu nad kominkiem herbowi Klonowieckich.
- Dlaczego ten orzeł nie ma głowy, tylko gwiazdę? – zainteresowała się nagle.
- To jest herb Szaszor, czyli Orla. – wyjaśniła Nina. – Legenda głosi, że pewien książę zabił swego brata i na pamiątkę tej zbrodni w jego herbie umieszczono orła bez głowy. Później, wolno już było na miejscu głowy umieszczać złotą gwiazdę. To starożytny herb, a ja kocham tę gwiazdę i wierzę, że to ona przyniosła mi szczęście.
Herb Szaszor - Orla.
 Zamilkła wzruszona i w pokoju zapanowała cisza. Tylko ogień huczał w kominku, deszcz bulgotał w rynnach, a miedziane gargulce rzygały na dachu strugami wody deszczowej. Do buduaru cicho wsunął się Walenty i zapalił lampy naftowe, przykryte ślicznymi kloszami z mlecznego szkła, malowanymi w kwieciste wzory. Zaciągnął na oknach kotary zakończone złotymi frędzlami i podał paniom parzoną po angielsku herbatę.
-Wiesz, Nino, czasami wstydzę się mieszkać w takich luksusach, gdy dokoła tyle ludzkiej nędzy. – stwierdziła panna Mira, nalewając z porcelanowego dzbanuszka wonną esencję, do filiżanek z saskiej porcelany i zalewając ją wrzącą wodą.
- Choć raz przy niedzieli przestań zadręczać się chłopską nędzą! – powiedziała zniecierpliwiona Nina.
- Ale ja, kochanie, wcale nie myślałam o wsi, lecz o miejskim proletariacie.
Nina niespokojnie poruszyła się na fotelu. Jeszcze nigdy nie słyszała o czymś podobnym. Mira westchnęła głęboko i ciągnęła:
- Bieda na wsi nie może równać się z nędzą w mieście. Fabrykanci i właściciele warsztatów, płacą robotnikom i czeladnikom grosze. Ci nieszczęśni biedacy głodują, wegetując w okropnych dzielnicach nędzy. Właśnie ci ludzie wierzą, że wolna Polska da im godziwe warunki życia.
- Rany boskie! – zawołała przerażona Nina. – Nie obiecujcie tym ludziom gruszek na wierzbie, bo tych obietnic nie dotrzymacie. Możecie tylko doprowadzić do katastrofy. Igracie z ogniem!
Panna Mira potrząsnęła smutnie głową.
- Kochanie, oni nie mają żadnej innej szansy na godziwe życie i wolą zginąć w walce, niż umrzeć z głodu. Zresztą pragną ratować się przed branką.
Nina wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju. Aż do bólu zatęskniła za mężem. Pragnęła wtulić się w jego ramiona, szukając w nich poczucia bezpieczeństwa. Tak przejęła się straszną wizją wybuchu powstania zbrojnego i nowej masakry, że wieczorem dostała bólów i zaczęła wymiotować. Natychmiast posłano po lekarza, który zbadawszy ją, zalecił odpoczynek i bezwzględny spokój. Ale już rano Nina podniosła się z łóżka i pomimo zrzędzenia niani, zawrotów głowy i osłabienia, udała się do gabinetu. Zasiadła przy biurku, wyjęła mapy posiadłości i długo przypatrywała się im z uwagą. To był cały Maków - pałac, wieś, folwarki, młyny, tartaki, cegielnia i pola uprawne. Duży obszar ziemi, przeciętej niby błękitną wstęgą, krętą rzeczką Świśliną. Maków – jej wielka miłość!
Czule pogłaskała mapę.
Ze skarbca wyjęła dokumenty z królewskimi nadaniami. Pożółkłe pergaminy opatrzone ogromnymi pieczęciami, wiszącymi na jedwabnych, zetlałych wstążkach. Atrament był na nich tak wyblakły, że zaledwie dostrzec było można zamaszyste królewskie podpisy. Wszystko to było niezmiernie sędziwe, pradawne i dobitnie świadczyło o starożytności rodu. Tyle kolejnych pokoleń żyło na tej ziemi, a wkrótce i jej dziecko przedłuży tę odwieczną linię. Przez moment poczuła cień dumy. Jakiś czas posądzała męża, że rozdając bezrolnym nieużytki, kieruje się fantazją wielkiego pana. Ale po wczorajszej rozmowie z panną Lutówną, zmieniła zdanie. Postanowiła popierać męża ze wszystkich sił, nie starając się nawet dociec prawdziwych intencji jego darowizny. Po południu przyjechał do pałacu sprawnik, otulony w przemoczony płaszcz. W sieni otrząsnął się z deszczu i kazał zameldować panu hrabiemu, że prosi o rozmowę.
- Jaśnie oświecony pan hrabia w podróży. – oznajmił sztywno Walenty, nie prosząc go do pokoju.
- Więc zameldujcie mnie pani hrabinie.
- Jaśnie oświecona pani hrabina niezdrowa, nie przyjmuje! – wyjaśnił staruszek z lodowatą uprzejmością.
- To odsuń się, fagasie, sam pójdę! – wrzasnął sprawnik wyprowadzony z równowagi, odpychając starego kamerdynera.
Ale Walenty nie stracił zimnej krwi.
- Zechce pan poczekać w saloniku. Pójdę spytać, czy jaśnie pani hrabina raczy pana przyjąć.- zachowując kamienną twarz, Walenty podreptał w głąb domu.
Boruchin usiadł z impetem na najbliższym fotelu, aż jęknęły sprężyny i sapnął gniewnie pod nosem: – „Raczy! Ot, swołocz. Ja ci raczę!”.
Nina przelękła się tej niespodziewanej wizyty, obawiając się, że może ona mieć związek z konspiracyjną działalnością Aleksa.
- Trzeba posłać Pawła do domku myśliwskiego. – szepnęła Walentemu do ucha. – Niech panna Lutówna rozpuści dzieci i wróci do domu.
- Paweł już poszedł. – odpowiedział krótko kamerdyner, a Nina posłała mu porozumiewawczy uśmiech, wyrażając w ten sposób uznanie dla jego przytomności umysłu.
Weszła do saloniku i zastała oficera stojącego przy oknie i bawiącego się rękojeścią szabli. Był znudzony oczekiwaniem. Odwrócił się i bystrym okiem zmierzył jej wysmukłą postać.
Zdjęcie carskiego policjanta.
 - Witam pana. – odezwała się pierwsza. – Przykro mi, że pan czekał, ale jestem niezdrowa i nie przyjmuję nikogo.
- Upadam do nóżek pani hrabinie. – skłonił się jej nisko. – Nie chciałem być natrętny, ale pan hrabia nieobecny, więc ośmieliłem się fatygować panią hrabinę.
- Mąż wyjechał na pogrzeb krewnej. Jakaś pilna sprawa?
Usiadła i zaprosiła go do zajęcia miejsca. W uchylonych drzwiach pojawił się lokaj, niosąc na tacy butelkę węgierskiego wina i kieliszek. Na ten widok oficer się rozpogodził.
- Dzień taki słotny, że powinien pan rozgrzać się po podróży. – zauważyła uprzejmie, dając służącemu znak, żeby napełnił kieliszek.
Posmakowawszy wina, Boruchin mlasnął językiem. Był to mocny dziesięcioletni maślacz.
- Czy mogę w czymś być panu pomocna? W przeciwnym razie musiałby pan raz jeszcze się pofatygować. – spytała, udając obojętność. Nie byłaby taka gościnna, gdyby nie obawa, że wizyta sprawnika jest zapowiedzią czegoś niedobrego. Boruchin ściągnął brwi i zastanowił się chwilę.
- No, nie wiem. - mruknął. – Hospody, pan hrabia przyśle mi sekundantów, gdy się dowie o czym z panią hrabiną rozmawiałem. Ale cóż, robię co mi nakazuje obowiązek. Do rzeczy! – posłał jej przenikliwe spojrzenie.- Doniesiono mi, że w pałacu przebywa młoda panna z Warszawy, to prawda? – zagadnął urzędowym tonem.
Nina nawet nie mrugnęła okiem.
- Ma pan na myśli pannę Mirosławę Lutównę? Naszą kochaną higienistkę? Zaraz każę ją tu przywołać. – powiedziała to tak niefrasobliwym tonem, że policjant spojrzał na nią zdumiony.
- Może za chwilę. Mam jeszcze jedną wiadomość. Poinformowano mnie, że pan hrabia oddaje chłopom za darmo ziemię.
Nina obojętnie bawiła się szarfą.
 - Czy to zabronione? 
- Nie, ale trochę dziwne. Policja ma obowiązek zwracać uwagę na wszelkie zjawiska, że tak powiem ekstraordynaryjne, aby w porę przeciwdziałać zagrożeniom. – oświadczył, pusząc się i spoglądając pożądliwym okiem na butelkę wina.
- Proszę się obsłużyć. – zaprosiła go uprzejmie.
- Spasibo, szanowna pani hrabino. Niebo w ustach i duszę człowiekowi grzeje. - ponownie spróbował wina i znowu mlasnął językiem. - Specjał!
- Kazałam włożyć panu do bryczki kilka butelek i trochę wędlin.
- E… jakżebym śmiał. – wzbraniał się nieszczerze. – Całą duszą jestem oddany państwu. – zaręczył, kładąc dłoń na sercu. – Dlatego też wolałem przyjechać sam, niż wysyłać jakiegoś nieopierzonego oficerka zapaleńca. Muszę panią hrabinę ostrzec. Ta panna jest notowana w warszawskiej policji. Lepiej przegonić ją na cztery wiatry, niż później mieć kłopoty. A chłopom ziemi dawać nie warto, bo już mówią, że pan hrabia w swoich majątkach wprowadza wywrotowe zmiany.
Nina zacisnęła zęby. Po minie oficera poznała, że tę sprawę traktuje poważnie. Poczuła w ustach gorycz. Boże, znowu mieli donosiciela! Wprawdzie Żabiec nie żył, lecz mógł mieć następców. Kto wie, czy informator nie wywodzi się z kręgu chłopstwa niezadowolonego z wprowadzonych innowacji. Nie wierzyła w patriotyzm chłopów i gardziła miejskim motłochem.
- Boże, ktoś wprowadza policję w błąd. – powiedziała, z trudem powstrzymując szloch. – Wiem, że mąż nie jest lubiany, bo urodził się w Rosji i był oficerem gwardii cesarskiej. – westchnęła i webową chusteczką osuszyła powieki. Doprowadziwszy się do porządku, ciągnęła:
- Ale panna Mira? Komu ona przeszkadza? Powiedziała mi zaraz, że jej narzeczony miał nieszczęście narazić się władzom. Ona temu nie winna. Dokumenty ma w porządku, sprawdzałam. Jest znakomitą higienistką i uczy wieśniaczki porządku i czystości. Nie wiem, czy wiadomo panu, że koło Kielc pojawił się dur plamisty, a może i cholera. Bardzo obawiam się chorób zakaźnych i teraz szczególnie muszę na siebie uważać. – powiedziała, usiłując się zarumienić.
- O, gratuluję. – rzekł odruchowo i nagle się przestraszył. - Co? Dur? Cholera?
- Właśnie. Więc sam pan rozumie, że w tej sytuacji wolę mieć dobrą higienistkę, niż zarazę we wsi.
Oficer nalał sobie trzeci kieliszek wina.
- A co z tą ziemią?
Nina posłała mu figlarne spojrzenie i zrobiła tajemniczą minkę.
- Powiem panu, ale to sekret!
- Ma się rozumieć, że zachowam to dla siebie. – zapewnił, śmiejąc się w duchu z jej naiwności.
- Mamy w pobliżu ogromny kawał nieużytków. – powiedziała, ściszając głos. – Koszt melioracji mokradeł i oczyszczenia terenu byłby zbyt wysoki. Poradziłam mężowi, żeby podarował tę ziemię bezrolnym. Niech ją oczyszczą i zaorzą. A gdy grunta zostaną obsiane… O, wtedy zastanowimy się, czy nam się opłaci oddawać ziemię za darmo!
Sprawnik parsknął śmiechem, klepiąc się po kolanie.
- O, mądrze! Bardzo praktycznie. – pochwalił, patrząc na nią z uznaniem.
- Cieszę się, że pan to rozumie. Ale nie uwierzę, żeby takie sprawy zmusiły pana do podróży po naszych wertepach.
Sprawnik miał już dobrze w czubie. Ciepło w pokoju, mocne wino, wprawiły go w nastrój euforii. Przestał uważać na słowa, czując potrzebę wywnętrzenia się przed kimś.
- Złe czasy nadchodzą, pani hrabino. Szczególnie dla nas, stróżów prawa. Ludziom bunty w głowach. Otrzymaliśmy wyraźny rozkaz, żeby sprawdzać po dworach i pytać, czy w okolicy nie kręcą się jakieś podejrzane figury. - Och, proszę mnie nie straszyć! – Nina wprost artystycznie udała przerażenie. – Mieliśmy nadzieję, że wraz z nastaniem rządów Jego Cesarskiej Wysokości księcia namiestnika, doczekamy się liberalizacji polityki rządu.
- Do czorta z liberalizacją! – wybuchnął policjant ze złością. – Dali draniom swobodę, a oni mordują rzetelnych obywateli pod naszym nosem!
- Kto kogo morduje? – Nina wysoko uniosła brwi, zdziwiona nagłą pasją oficera.
- Jak to kto? Anarchiści, nihiliści, czerwona zaraza! O tym się głośno nie mówi, ale ja nie mam tajemnic przed panią hrabiną, moją szczególną dobrodziejką. Na początku listopada, w Lubelskiem, zabito pana Starczewskiego, prosto duszę człowieka, bardzo nam oddanego. No, złapaliśmy łobuzów i dostali za swoje, ale w kilka dni później, w Warszawie, zasztyletowano pana Felknera. Mało tego, ucięto mu ucho! O pardon!... – spostrzegł się, zauważywszy, że Nina głośno przełknęła ślinę. Poprawił ugniatającą go w pośladek szablę i prawił dalej: - Ja, muszę teraz przymknąć oko na sprawki, za które przed rokiem aresztowałbym natychmiast. O, choćby ta uroczystość na Świętym Krzyżu! Niby odpust! 
Historyczna pamiątka z odpustu w 1861 r.
Aha! Do klasztoru zlazło się z pięćdziesiąt tysięcy „odpustowiczów”. Bagatela! A co gadali!… Prosto buntowszczyki. Nic nie mogliśmy zrobić, bo zaraz w Europie zaczęto by wrzeszczeć, że kościołów nie szanujemy. A zresztą, który policjant poszedłby między ten oszalały z fanatyzmu tłum? W try miga rozdarliby go na sztuki. – odsapnął i nalał sobie następny kieliszek wina.- Ech, ciężkie to życie, pani hrabino, a tu dzieciaki rosną, żona choruje i do wód się wybiera, a ty, człowieku, nic tylko płać! A z czego, kiedy pensyjka byle jaka. – użalał się serdecznie, sennie kiwając głową.
Nina o mało nie parsknęła śmiechem, na tę wyraźną przymówkę o pieniądze.
- Przyszła panna Lutówna. – oznajmił Paweł, otwierając przed nią drzwi.
Ale sprawnik stracił ochotę do oglądania Miry. Siedział nadęty, zastanawiając się, czy młoda hrabina zrozumiała aluzję. Panna Lutówna spokojnie sięgnęła do torebki i wręczyła Boruchinowi dokumenty. Wziął je, posyłając jej ponure spojrzenie.
- W Warszawie miała panna kłopoty z policją?
- Nie. Raz pytano mnie o mego narzeczonego. Został aresztowany, ale nie siedział długo, bo umarł.
Sprawnik nachmurzył się jeszcze bardziej, usiłując przestraszyć ją wzrokiem.
- Ja tu chcę mieć spokój, jasne? Panna musi się dobrze sprawować, bo ja pobłażać nie będę! – podniósł głos, lecz zauważywszy wymowne spojrzenie młodej hrabiny, zmienił ton. – No, ja tak z dobroci serca ostrzegam. – mruknął, uspokajając się. – A ten młody pan, który tu był w lecie… - z rozpędu zagadnął Ninę. – Jakże mu się wiedzie?
Nina wytrzymała jego badawcze spojrzenie, choć oblała się potem.
- Ach, kuzynek? Dziękuję za pamięć. Robi karierę, bo leczy się u niego pan Alf Wrześniowski, osobisty adiutant księcia namiestnika. Przez niego tylko krok do dworskiej praktyki lekarskiej.
- Da, da! – stęknął Boruchin uznając, że młoda dama nie zrozumiała jego podmówienia się o łapówkę. – No, to ja już pójdę. - podniósł się ciężko z fotela i złożył Ninie niezgrabny ukłon. Był zły, bo tego dnia mu się nie wiodło. Koniecznie potrzebował pieniędzy i zaczął kombinować, jakby tu naciągnąć na pożyczkę pana Bochniaka.
Nina obserwowała jego zawiedzioną minę.
- Wiem, że lubi pan dobre cygara. – odezwała się, kiedy Boruchin skierował się do wyjścia. – Ja się na tym nie znam, więc proszę samemu zrobić sobie prezent.
Podeszła do stolika i skreśliwszy kilka słów na kartce, podała mu ją. Rzucił okiem na kartkę i rozpromienił się, gdy spostrzegł, że był to kwit na pięćdziesiąt rubli.
- Proszę iść do kasy, a kasjer zaraz wypłaci panu pieniądze. – powiedziała na pożegnanie.
- Anioł! Prosto anioł z nieba! – zawołał uradowany. – Ścielę się do nóżek pani hrabiny. Zawsze gotów do usług.
- Kanalia! – szepnęła panna Mira, patrząc za nim z pogardą.
- Bywają gorsze typy. Ten nie jest taki zły i oddał mi dziś przysługę. Czekaj!... Powiedz mi, czy słyszałaś w Warszawie o niejakim… Oj, chyba zapomniałam. - urwała i wzniosła oczy ku górze. – O, już wiem! O panu Felknerze?
- To szef tajnej policji.
- Zasztyletowano go niedawno przed domem. – oznajmiła Nina z tryumfem.
W szarych oczach panny Miry zabłysła mściwa radość.
- O, Pan Bóg jest sprawiedliwy! – wykrzyknęła z uniesieniem. – To była bestia w ludzkiej skórze. Zasłużył na śmierć, ale cierpiał za krótko. To on przesłuchiwał mego Gucia. Był tak brutalny, że w czasie śledztwa odbił memu biedakowi nerki. Jezu! – ukryła twarz w dłoniach, a spomiędzy jej palców zaczęły spływać łzy.
Nina nie mogła patrzeć spokojnie na jej cichą rozpacz. Utuliła ją w ramionach i ucałowała mokre od łez policzki.
- Nie płacz, kochanie. Kat twego narzeczonego nie żyje.
- Ale to Guciowi życia nie wróci. – Mira westchnęła i otarła oczy.
Nina wyciągnęła z dębowej szafki dwa kieliszki i napełniła je po brzegi winem. Podsunęła kieliszek pannie Mirze i jednym łykiem wypiła swoje wino. Było pyszne.
- Nie powinnaś pić alkoholu. – upomniała ją przyjaciółka.
- Wszystko mi jedno. Czy to prawda, że sztyletnicy zatruwają sztylety?
- Prawda. Nie posiadamy dostatecznej ilości amunicji, więc noże muszą być zatrute, żeby każdy cios był śmiertelny.
- I ty, Miruniu, mówisz o tym tak spokojnie? – Nina spoglądała na nią ze zgorszeniem.
- Nie wzrusza mnie los moskiewskich sługusów! Co jeszcze powiedział ci sprawnik?
- Martwię się, bo prawdopodobnie mamy w pobliżu donosiciela. Ktoś powiadomił policję o twoim przyjeździe i rozdawnictwie ziemi. Sprawnik czepił się tego, jak rzep psiego ogona. – Nina ponownie nalała sobie wina i wsparła głowę o poduszki fotela.
- Boże, miałaś przeze mnie przykrości? W takim razie zaraz się pakuję i wyjeżdżam.
- Nie zawracaj głowy, mój słodki pyszczku. Jesteś już domownikiem w Makowie i nie zamierzam rozstawać się z tobą aż do grobowej deski. Sprawnik wziął łapówkę i będzie siedział cicho. A bezrolni już pracują na nieużytkach. Karczują Koński Wądół i kopią rowy na Mogilance. Wiesz, mocne to wino… Wszystko będzie dobrze.
Lecz w głębi duszy wcale nie była tego taka pewna. Po kolacji wezwała do buduaru Walentego i powtórzyła mu słowa policjanta. Staruszek bardzo się przejął.
- W domu szpiclów nie ma! – oznajmił stanowczo. – Pewnie donoszą ci ludzie, których jaśnie pan hrabia przyjął do lamusa. No i wpuść tu, człowieku, hołotę do domu, a nieszczęście gotowe. Pomówię z naszymi chłopcami. Wyśledzą, kto chodzi do miasteczka i rozmawia z policją.
- Dobrze. I niech Walenty każe ostrzec starego kaprala Gulaka. – przypomniała mu na odchodnym. – Póki co, trzeba strzelnicę przenieść do lasu.
- Jaśnie pani o wszystkim pamięta. – Walenty pokiwał głową z podziwem.
Nazajutrz dzień był tak samo pochmurny i wietrzny. Padało i nie można było nawet marzyć o spacerze. Nina nudziła się przeraźliwie. Od rana nie czuła się dobrze. Wymiotowała, sam widok jedzenia budził u niej obrzydzenie. Nie miała ochoty ani czytać, ani grać na fortepianie. „Jestem kompletnie do niczego!” – stwierdziła z goryczą, oglądając w lustrze swą bladą, zmizerniałą twarzyczkę i podkrążone oczy. „Wyglądam zupełnie jak sowa!”. Przyzwyczajona do ruchu na świeżym powietrzu, nie lubiła długo siedzieć w domu. Męcząca ciąża uniemożliwiała jej jazdę konną, a wszyscy domownicy pilnowali, żeby przyszła matka, broń Panie Boże, się nie przemęczała. Brakowało jej Aleksa i czuła się coraz bardziej nieszczęśliwa. Panna Lutówna, wróciwszy z lekcji, zauważyła jej ponurą minę.
- Źle się czujesz? Może posłać po lekarza?
- Tylko nie to! – jęknęła Nina z głębi serca. – Od rana zamieniłam się w fontannę. A kiedy przestaję wymiotować, zaczynam się nudzić. Słota zmieniła drogi w bajora i nie podobna wybrać się gdzieś z wizytą. Już tydzień nie byłam w Brzezińcu. Niania mnie pilnuje i nie pozwala niczym się zajmować. Przez tę pluchę nawet do stajni iść nie mogę
Panna Mira pomyślała przez chwilę i ożywiła się, patrząc na przyjaciółkę z nadzieją.
- A może pójdziemy obejrzeć starą część pałacu? – zaproponowała. – Nigdy tam nie byłam.
Nina klasnęła w dłonie.
- Cudownie! Musimy jeszcze tylko wziąć świece, bo w korytarzach ciemno.
 Z biblioteki zabrały katalog, ze spisanymi w nim dziełami sztuki, znajdującymi się w pałacu i raźno pomaszerowały długimi, mrocznymi korytarzami, w głąb starej części domu. Zachodziły do wielkich ciemnych pokoi, o szczelnie zasłoniętych oknach. Stały tam ciężkie, rzeźbione meble, w jakich lubował się barok. W kufrach i szafach znajdowała się nawet jeszcze odzież, męska i damska, jak również obuwie, aksamitne pantofelki na wysokim obcasie, zwane niegdyś baczmagami. Staromodne robrony pachniały zwietrzałą już, zaledwie uchwytną wonią perfum. W jednym z pokoi, w toaletce Nina znalazła zapomnianą la boite á poudre, ze srebra i lapis lazuli, istne cacko z XVIII wieku.
Podarowała znalezioną puderniczkę Mirze. Przechodząc z sali do sali, przypatrywały się starym portretom. Z ciemnego łuszczącego się tła, wychylały się ku nim twarze piękne lub brzydkie, kobiet, mężczyzn i dzieci, w bogatych strojach z ubiegłych wieków, ludzi dawno zmarłych i może spoczywających w kaplicy grobowej. Ta część pałacu sprzątana była raz na tydzień. Lecz rzadko wietrzone pokoje były duszne, bo ciężkie portiery i kotary tamowały obieg powietrza, a w kominkach dawno nie palono. Nina nie lubiła tu przychodzić, bo zdawało się jej, że wkracza w strefę mroku. Ale panna Lutówna zachowywała się, jak na wycieczce do muzeum i co chwilę wydawała okrzyki zachwytu, odkrywając jakieś piękne dzieło sztuki.
Nina poczuła się zmęczona chodzeniem, ale nie miała serca psuć przyjaciółce przyjemności. Przygnębiały ją te zamknięte komnaty, gdzie milczały zegary i tylko czasami słychać było szelest przemykającej za boazerią myszy. W końcu doszły do dawnych apartamentów kasztelana.
- Wracajmy, kochanie. – odezwała się Nina, biorąc ją za rękę. – Tu już nie ma nic ciekawego.
Na twarzy Miry odmalowało się rozczarowanie.
- Ale w katalogu piszą, że są tu rzeczy bardzo cenne. Sypialnia kasztelana wybita jest złoconym kurdybanem sprowadzonym aż z Hiszpanii, a w salonie stoi bezcenna waza chińska, prezent carowej Katarzyny II!
- Obejrzymy to innym razem. – oświadczyła Nina. – Wracajmy, jestem zmęczona.
Panna Lutówna przypatrywała się jej badawczo.
- Dlaczego nie chcesz tu wejść? – spytała wprost.
- Jestem zmęczona. – Nina mimo woli się zarumieniła. – Niania będzie krzyczeć, że za dużo chodzę.
Na samą myśl o wejściu do pokoju, gdzie wisiał portret Pauli, poczuła dreszcz strachu. Mira nic o Pauli nie wiedziała, a ona wstydziła się przyznać, że boi się patrzeć na jej wizerunek.
- Wejdziemy jeszcze tylko tutaj i zaraz kończymy zwiedzanie! – nie czekając na odpowiedź, panna Lutówna szeroko otworzyła drzwi saloniku. Uchyliły się, skrzypiąc nie naoliwionymi zawiasami.
Nina cofnęła się, wstrzymując na moment oddech. Salon był zupełnie ciemny, bo okiennice były zamknięte, a okna zasłonięte kotarami. Mira niecierpliwym ruchem odsunęła kotary, otwierając okna i okiennice. Do pokoju wtargnęła szara poświata, chłodne wilgotne powietrze i szum padającego deszczu.
- O mój Boże, jakież to piękne! – rozległ się głośny okrzyk Miry. – Nino, kim jest ta dama?
 Nina zmusiła się, by wejść do środka.
- To pierwsza żona mojego męża. Nie żyje. – wyjaśniła, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie.
 - Doprawdy, co za demoniczna uroda. A i sam portret jest wielkim dziełem sztuki. – Mira zajrzała do katalogu. – Nie ma o nim wzmianki. Znałaś ją? Czy naprawdę była taka piękna?
- Tak. Była może jeszcze piękniejsza niż na portrecie. – nagle Ninę ogarnęła panika i głos się jej załamał. Szybko odchrząknęła. Nie patrzyła na obraz ale wydawało się jej, że lada chwila Paula spłynie spomiędzy ram i stanie przed nią, w sukni splamionej krwią
.- Chodźmy stąd natychmiast! – krzyknęła ostro, aż Mira podskoczyła przestraszona.
Nie oglądając się za siebie, Nina wybiegła z salonu i opamiętała się dopiero w swoim buduarze, jasno oświetlonym lampami.
- Przepraszam. – powiedziała ze skruchą, ujmując rękę przyjaciółki. – Zachowałam się jak histeryczka, ale z tą kobietą łączą się okropne wspomnienia. Nie mogę patrzeć na jej portret.
- To ja powinnam przeprosić, bo byłam natrętna. – nie udobruchana jej pokorą Mira, ceremonialnie dygnęła.
- Nic nie rozumiesz, kochanie.
Nina pociągnęła ją na kanapkę i opowiedziała o dziejach Pauli. Wiele spraw dotyczących Aleksa pominęła milczeniem, ale i tak panna Lutówna aż pobladła z wrażenia. Ilustracją opowieści było wycie wzmagającej się wichury, miotającej w okna pałacu fale ulewy i resztkę pożółkłych liści.
- Boże, tego się słucha jak strasznej bajki. – westchnęła Mira, nerwowo zacierając dłonie i przysuwając się bliżej do Niny. – Moja ty najmilsza, najmocniej cię przepraszam, bo zachowałam się zupełnie karygodnie i bezmyślnie. Ale nic o tej kobiecie nie wiedziałam. Nie dziwię się, że tak często ci się śni, bo i mnie wydaje się wcieleniem zła.
Nina westchnęła i przeżegnała się.
- Wierzysz w duchy, Miruniu?
Panna Lutówna pochyliła nisko głowę, skubiąc mankiecik bluzeczki.
- Ja widziałam ducha! – wyszeptała zdławionym głosem, - Siedziałam w mojej klitce na poddaszu i przeglądałam kajety uczniów. Naraz poczułam, że nie jestem sama. Podniosłam głowę i zobaczyłam Gucia. Stał przy drzwiach i patrzył na mnie. Nawet nie pomyślałam, jak mógł wejść przez zamknięte drzwi, tylko zerwałam się i pobiegłam do niego wołając: „Bogu dzięki, że nareszcie jesteś wolny!”. Chciałam go objąć, a wtedy on zniknął. Zrozumiałam, że ujrzałam widmo i zemdlałam. Następnego dnia doręczono mi wiadomość o jego śmierci. Nie byłam tym zaskoczona. Wiedziałam, że już nie żyje.
Nina przytuliła ją do siebie.
- Często o nim śnisz?
- Nigdy. A tak bardzo pragnę ujrzeć go choćby tylko we śnie.
Nazajutrz przyjechał Aleks, przywożąc same przyjemne nowiny. Na pogrzebie starszej księżnej, zebrała się cała familia. Aleks zaprezentował im fotografię Niny, wyjaśniając z jakiej rodziny pochodzi i chwaląc się jej urodą i talentami.
- Wyobraź sobie, że byli tobą zachwyceni. – opowiadał, śmiejąc się. – Okazało się, że cioteczna babka księżna, była niegdyś serdeczną przyjaciółką twojej babki marszałkowej i obie panie bardzo się kochały. Zachowały się nawet ich listy. Wszyscy żałowali, że nie mogłaś ze mną przyjechać. Obiecałem, że jak szczęśliwie urodzisz, przyjedziemy na Litwę, bo mamy mnóstwo zaproszeń. Ale wcześniej całą rodzinę zaprosiłem do nas na chrzciny.
- Cieszę się, względu na ciebie, Alku. – Nina uśmiechnęła się i wspomniała mu o wizycie Boruchina.
Początkowo Aleks zaniepokoił się, lecz usłyszawszy w jakim celu oficer przyjechał, lekceważąco machnął dłonią. - Pewnie się boi, że i jego może dosięgnąć sztylet policji narodowej. Mniejsza z tym. A ty, mój promyczku, jak się teraz czujesz? – spytał, składając pocałunek na jej czole.
- O, zupełnie nieźle. – gładko skłamała. – Trochę obawiam się porodu. Nie potrafię cierpliwie znosić bólu. Podobno twoja babka zmarła przy porodzie.
Pobladł, ale ona tego nie zauważyła, bo odchylił głowę, tuląc ją do siebie.
- Ty nie umrzesz, słonko. – oświadczył stanowczo. – Ładnie wyglądasz, a przy dobrym apetycie i wrodzonej żywotności, wszystko zakończy się pomyślnie. Na wiosnę pojedziemy do Warszawy, a tam będziesz miała doskonałą opiekę lekarską. Nie bój się, przechodzisz ciążę zdrowo i prędko urodzisz. – szeptał jej do ucha cichym i czułym głosem. – Los nie może nas rozdzielić, kiedy dopiero się połączyliśmy.
Oparła głowę o jego piersi i rzekła pogodniejszym tonem:
- No, ale widzisz, niedługo nie będzie między nami tak, jak dotychczas. – zerknęła na niego i zarumieniła się. – Trzeba potem długo na to czekać. 
 - Promyczku, zapomniałaś już czego cię uczyłem? Jesteśmy dobrymi kochankami i poradzimy sobie.
Następnego dnia nadszedł z Warszawy list od Jasia, który donosił o ważnym wydarzeniu, jakim było otwarcie Szkoły Głównej. W wielkiej sali uczelni, dnia 25 listopada, zgromadziły się najświatlejsze umysły Królestwa. Nastrój był podniosły, choć w sali panował tak lodowaty chłód, że musiano zagrzać nieco powietrze, zapalając spirytus nalany na talerze. W tym samym czasie, do nauki przystąpili studenci Politechniki w Puławach, a margrabia Wielopolski zewsząd zbierał zasłużone pochwały.
Profesorowie Szkoły Głównej.
Władze podziemne wszędzie posiadały swoich informatorów. W policji, żandarmerii, wojsku i w sztabie wielkiego księcia Konstantego. Pomimo to, policji udało się w największej tajemnicy zgotować konspiratorom i społeczeństwu polskiemu śmiertelny cios - brankę! Listy poborowych sporządzał sam oberpolicmajster Muchanow i Zygmunt Wielopolski, syn margrabiego, będący prezydentem Warszawy. Akcja przeprowadzona została w tak ścisłym sekrecie, że członkowie Komitetu Centralnego Narodowego, zajęci walką o władzę, niczego się nie domyślili. Za tę ich nieuwagę, kraj miał w niedalekiej przyszłości zapłacić straszliwą cenę. Nieświadome zagrożenia społeczeństwo, zajęte było tymczasem obchodami trzydziestej rocznicy wybuchu Powstania Listopadowego.
1 Limoniada - napój z cytryny.
2 Kirchholm - (pod Rygą, Łotwa) W 1605 r. wielkie zwycięstwo hetmana Karola Chodkiewicza nad przeważającymi siłami szwedzkimi.