czwartek, 26 maja 2016

Sukcesy i niepowodzenia powstańców. Wizyta u pani wojewodziny.


26 maja 2016 r.

Po okresie niepowodzeń, generał Langiewicz zaczął odnosić spektakularne sukcesy. Stoczywszy potyczkę pod Staszowem, zawrócił w kierunku zachodnim i przemykając pomiędzy kolumnami nieprzyjaciela, uparcie go szukającego, minął Kielce i 22 lutego połączył się z pułkownikiem Jeziorańskim w miasteczku Małogoszcz.
 Generał  Antoni Jeziorański.
 Był już ogólnie znany. Interesowały się nim państwa zachodnie Europy, obserwując z napięciem zmagania wojenne powstańców. Śmiałość i zręczność z jaką generał wymykał się nieprzyjacielowi, zaimponowała nawet Rosjanom. Wielki książę Konstatny w liście do cara, wyraził się o nim pochlebnie. Wiadomości o sukcesach Langiewicza, roznoszone przez wszędobylskich handlarzy żydowskich i księży, wzbudziły w całym kraju powszechną radość i nadzieję. Z dnia na dzień stał się bohaterem, wodzem na miarę Napoleona I. Jego podobizny damy nosiły w medalionach na sercu, a portrety generała zdobiły wystawy sklepów w całej Galicji.
Ogólny entuzjazm zmroziła wiadomość o klęsce poniesionej przez pułkownika Kurowskiego pod Miechowem. Był to ten sam dowódca, który w dniu powstania, bez żadnego powodu rozpuścił swój oddział. Jego działalność pozbawiona była energii, a ambicje przerastały mierne zdolności militarne. Niewielki oddział, jaki początkowo zebrał, szybko zasiliło społeczeństwo Krakowa ludźmi i bronią. Dołączyli do niego "żuawi śmierci", elitarny oddział wybranej młodzieży małopolskiej, dowodzony przez Francuza pułkownika Rochebrune'a. Przybyli studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego, górnicy z Olkusza, mieszczanie, a nawet chłopi.
 
Bitwa o Miechów.
 Jednakże Rosjanie, uprzedzeni o mającym nastąpić szturmie, zamienili zabytkowe miasteczko Miechów w istną twierdzę, barykadując się w domach. Atak powstańców nastąpił 17 lutego. Lecz na próżno polscy żołnierze składali wielką daninę krwi, a żuawi w szaleńczych i bezprzykładnych w pogardzie śmierci atakach, próbowali zdobywać domy. Niewidoczni niemal strzelcy rosyjscy, skutecznie razili ogniem szturmujących powstańców. Bitwa, od początku nieudolnie dowodzona, 
zakończyła się klęską. 
 
pułk. Apolinaty Kurowski
Przegrana uszła Kurowskiemu na sucho, chociaż liczba zabitych i wziętych do niewoli była porażająca.     Cała Małopolska okryła się żałobą. W oddziałach Kurowskiego służyli synowie arystokracji, karmazynowej szlachty i inteligencji krakowskiej, a ich nazwiska wiązały się nierozerwalnie z historią narodu. W bezsensownych atakach zmarnowano wspaniałych, młodych żołnierzy, posyłając ich na pewną śmierć.
Tymczasem w Makowie liczono straty, poniesione w czasie pobytu kolumny Czengierego. Sam pałac był w opłakanym stanie. Oglądając pokoje zajmowane przez oficerów, Nina zaciskała pięści i wielkim głosem wzywała pomsty bożej na wandali. Wprawdzie najkosztowniejsze przedmioty ukryto w lochach, ale z domu poginęło wiele cennych rzeczy. Prawie w każdym pokoju czegoś brakowało. Pokradziono obrazy, świeczniki, wschodnie dywany, kosztowne bibeloty ze srebra, złota i saskiej porcelany. Z kwatery Czengierego zniknął komplet pięknych szachów rzeźbionych w kości słoniowej i w opalu. Chińska waza, będąca podarunkiem carycy Katarzyny II, rozbita została na drobne kawałki. Nina zdobyła się na ironiczną uwagę, że prezent carycy Rosji, zniszczyły ręce Rosjan. Delikatne meble w salonach często były połamane, jedwabne obicia podarte i poplamione. Wspaniałe posadzki z różanego drewna, celowo dziurawiono, a złocone sztukaterie na ścianach poodbijano, zaś same ściany pokryto nieprzyzwoitymi napisami. Perskie dywany nosiły ślady ostróg i błota. Patrząc na zniszczenia ukochanego domu, Nina trzęsła się z szewskiej pasji.
- Nie do wiary! - krzyczała ogarnięta dzikim gniewem. - Przecież kwaterowali tu ludzie podobno kulturalni, posiadający własne piękne domy. Dlaczego wszystko niszczyli? Jezu, mój dom to istna stajnia Augiasza1! Tacy ludzie powinni mieszkać w chlewie.
Pomstowała i płakała, zarządzając w całym domu generalne porządki. Z miasteczka sprowadziła rzemieślników, do naprawy poważniejszych szkód. Jednakże zniszczenia w samym domu były niczym, w porównaniu do strat poniesionych w gospodarstwie. Rządca z pisarzami prowentowymi poświęcili 
cały dzień na spisywanie strat. Nazajutrz pan Bochniak z ponurą miną wręczył Ninie listę szkód. 

Kozacy prowadzą jeńców.
Czekały ich ciężkie chwile, bo wojsko rozkradło niemal cały zapas paszy. Połowa zboża uległa zniszczeniu, gdyż sołdaci załadowawszy dwadzieścia worków zboża na wozy taborowe, resztę rozsypali po całym dziedzińcu, karmiąc nim przylatujące wróble i wrony i strzelając do głodnych ptaków. Wyrżnięto niemal cały chlew. Pod nóż poszło dziesięć mlecznych krów, a sołdaci pożarli prawie cały drób. Ofiarami żołdackiej zabawy padły daniele i sarny. Strzelano do wiewiórek, które z ufnością przybiegały do ludzi. Ze spichrzów wyniesiono wory mąki, kaszy, sery i wędlinę. Skradziono ziemniaki przeznaczone na sadzenie. Na dziesięciu wozach wywieziono z Makowa zrabowane zapasy. Służba dworska pozbawiona została dobytku, gromadzonego przez całe życie, a wieś miała się jeszcze gorzej. Mogło się wydawać, że przez Maków przeszła trąba powietrzna. Nina w niemym osłupieniu przeczytała fatalną listę i usiadła na krześle, nie mogąc utrzymać się na nogach, porażona ogromem nieszczęścia.
- I co my poczniemy, panie Bochniak? - spojrzała bezradnie na rządcę stojącego z posępną miną. Miała ochotę płakać, krzyczeć, kląć i walić pięścią w stół. Jej zaradna natura nie mogła pogodzić się z ruiną majątku. - Jeszcze jedna taka "wizyta" i wszyscy powędrujemy na żebry pod kościół. - mruknęła, mnąc papier i ciskając go na sekretarzyk.
- Słusznie. Niedługo wiosna.... czekają nas siewy, sadzenie. - przypomniał rządca, szarpiąc długi wąs. - Wieś wygląda od nas pomocy, a po cichu narzeka, że ponieśli szkody przez "pańską wojnę". Tym bezrolnym także trzeba coś dać za ciężką pracę, bo inaczej zaczną się kumać z Moskalami. - pan Bochniak pochylił siwiejącą głowę, wyrzucając sobie, że nie potrafił ustrzec majątku przed rabunkiem. - Chyba się już do niczego nie nadaję. - rzekł z rezygnacją. - Zawiodłem panią hrabinę i patrzyłem, jak na moich oczach rozkradają cały Maków. Co ze mnie za administrator? Oj, ciężko mi patrzeć w oczy pani hrabinie.
Nina pochwyciła jego rękę i mocno ją uścisnęła.
- Przecież ja nie mam do pana pretensji, kochany panie Bochniak. Podobnie nie potrafiłby pan powstrzymać powodzi, czy zarazy. - odruchowo poprawiła stojący na sekretarzyku posążek nimfy, a jej umęczona twarz nieco się rozjaśniła. - Ale mogło być gorzej. Mimo wszystko żyjemy i mamy dach nad głową. Ocalały nasze araby i stado opasów w Borku. Zameczek na szczęście nie został okradziony i jakoś sobie poradzimy. Z tych stu pięćdziesięciu krów, jakie są w Zameczku, trzeba będzie część rozdać pomiędzy gospodarzy na dogodne spłaty.
- Oczywiście! - podchwycił pan Bochniak. - Stamtąd również ściągniemy paszę i drób, bo Grabiszyna hoduje znakomite indyki, kaczki i gęsi.
- Otóż to! - Nina nareszcie się uśmiechnęła. - Na szczęście sołdaci nie wywęszyli skrytek z żywnością. Do wiosny możemy się tym ratować i wspomóc innych.
Żuławi śmierci pułk. Rochebrune'a.
  Ostatnią pamiątką, jaką Rosjanie pozostawili po sobie, były dwa trupy włamywaczy do kaplicy, rozstrzelanych z wyroku sądu wojennego. Salwa, która tak przeraziła mieszkańców pałacu, oddana została przy ich egzekucji. Zwłoki leżące pod murem, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś Wielenin całował Ninę, bez ceremonii wrzucono do wykopanego dołu i przysypano ziemią. W pogrzebie zabitego Bartusia, uczestniczyła cała wieś. Koszty pokryła dziedziczka, kazawszy wystawić chłopcu pomnik. Nazajutrz przybył z Lipieńca konny posłaniec z listem od pani wojewodziny. Stara dama pisała, że w jej domu przebywa Zosia z synkiem i prosiła o odwiedziny. Nina uszczęśliwiona, że przyjaciółka się odnalazła, postanowiła jeszcze tego samego dnia jechać do Lipieńca.
Natrafiła jednak na bardzo stanowczy opór Jagi.
- Nigdzie nie pojedziesz! - oświadczyła stanowczo niania. - Szukasz przygód? Moskale mogą być jeszcze gdzieś w okolicy, więc nie ciesz się za bardzo, że już odeszli. Koniecznie chcesz poronić?
„Boże, znowu to dziecko i poronienie!” Nina wzniosła oczy ku niebu i rozdzierająco westchnęła.
- Ależ nianiu, ja muszę jechać. - powiedziała łagodnie, aby nie wywoływać burzliwej awantury. - Pani wojewodzina słabuje i odnalazła się Zosia. Bardzo chcę ją zobaczyć. Alek miałby do mnie pretensje, że nie odwiedziłam jego matki chrzestnej.
Zamiast odpowiedzi, Jaga omdlewającym ruchem opadła na krzesło i zaczęła głośno płakać.
- O mój Boże! - szlochała, zasłoniwszy twarz dłońmi. - Co pan hrabia mi powie, jak ty stracisz to dziecko? Przecież cała wina spadnie na mnie, bo ty się zawsze wykręcisz.
Nina przestąpiła z nogi na nogę, patrząc na nią bezradnie.
- Nianiu, kochanie, przestań lamentować. - prosiła pokornie.
- Nie pojedziesz? - Jaga zerknęła na nią przez palce, nie przestając pochlipywać.
- Pojedziemy razem. Spójrz, spadł świeży śnieg. Maciek założy wałachy do sań i za godzinkę będziemy w Lipieńcu. No, nareszcie się uśmiechnęłaś!
Niania Jaga.
Pojechały tylko we dwie, bo pani Salomea cierpiała na migrenę i odpoczywała, pielęgnowana przez Emilkę, a Mira nie miała ochoty jechać, gdyż wojewodzina, nie wiadomo dlaczego, bywała dla niej cierpka. Poranek był mroźny, a pola pokryła gruba warstwa białego puchu. W mglistym powietrzu mijane wsie wydawały się ciche, jak wymarłe. Po przejściu wojska chłopom groziła nędza i głód. Nina łamała sobie głowę, zastanawiając się, jak pomóc gospodarzom przetrwać do przyszłych zbiorów. "Boże, skąd ja na to wszystko wezmę pieniądze?"- utyskiwała. Manifest władz powstańczych zwalniał wieśniaków z wszelkich powinności wobec dworu i należnych dziedzicom opłat. Od stycznia przestały wpływać do dworskiej kasy pieniądze za czynsze i dzierżawy. Myślała o tym przez całą drogę i nic mądrego nie wymyśliła.
Dwór w Lipieńcu sprawiał wrażenie twierdzy. Przy bramie wjazdowej stał stróż uzbrojony w przedpotopową skałkówkę. Towarzyszyły mu trzy potężne psy. Długo się namyślał, czy otworzyć bramę, przypatrując się gościom podejrzliwie.
- Jaśnie pani dziedziczka zdrowa? - spytała Nina, odchylając niedźwiedzie futra, jakimi była przykryta.
- A bo ja wiem? Ja nie z pokojów! - odburknął stróż, wolno zdejmując łańcuchy i otwierając kłódki.
- Ot, dureń! - warknął Maciek z oburzeniem. - Jak śmiesz tak odpowiadać jaśnie oświeconej pani hrabinie z Makowa?
- Wjeżdżajcie, albo spuszczę psy! - zagroził stary, patrząc na nich spode łba. Psy warczały groźnie, mając widocznie chętkę dobrać się gościom do skóry.
- Jedź, Maciuś! - ponagliła Jaga, obawiając się awantury z upartym staruchem.
Dom z zabitymi na głucho oknami i zamkniętymi drzwiami, sprawiał wrażenie opuszczonego. Lecz z kominów unosił się dym, a na odgłos strzelania z bata, w zamczystych drzwiach uchyliło się okienko, ktoś wyjrzał i stary lokaj wpuścił ich do sieni. Jagą zaopiekowała się wiekowa ochmistrzyni, Maciek poszedł do czeladnej, a Nina zdejmując przy pomocy służącego futro i rozwiązując wstążki futrzanego kaptura, ze zdumieniem rozglądała się po sieni.
- Dlaczego tak się barykadujecie? - zagadnęła lokaja.
- Musi, nasza jaśnie pani Ruska się boi! - wyszeptał, oglądając się ze strachem, czy ktoś nie słyszy.
 
Pani wojewodzina.
W salonie na kominku buzował ogień, a brokatowe kotary ukrywały zabite deskami okna. W świetle świec i w blasku ognia, pokój wyglądał barwnie i wesoło, bo ściany obite były wschodnimi kilimami, a złocone mebelki podnosiły jeszcze jego wytworność. Ninę zaskoczył widok Jadwigi Wąsockiej, siedzącej w pobliżu wojewodziny. Zosia wpółleżała na sofie, tuląc w ramionach synka.
Wojewodzina zdjęła z nosa okulary i posłała Ninie obrażone spojrzenie.
- Nareszcie raczyłaś sobie przypomnieć o mnie! - powiedziała uszczypliwie, podając jej rękę do pocałunku. - Pewnie, komu chce się pamiętać o starej, chorej kobiecie.
Nina nie zdążyła odpowiedzieć na ten niesprawiedliwy zarzut, bo Zosia z płaczem rzuciła się jej na szyję. Dopiero przywitawszy się z damami, Nina siadła w głębokim fotelu i odpowiedziała:
- Nie zapomniałam o cioci, ale przez ostatnie dni, mój Maków był w oblężeniu. Najpierw odwiedził mnie pan generał Langiewicz, naturalnie nie sam i przewietrzył gospodarzom spiżarnie. Następnie pan pułkownik Czengiery, uznał za stosowne, wybrać się do mnie z wizytą, w asyście dragonów, piechoty oraz sotni kozaków i baterii armat. Zanosiło się na to, że nikt z nas nie ujdzie z życiem, ale zginął tylko jeden parobek. Przez kilka dni byliśmy pod kuratelą Moskali, niepewni dnia i godziny. Odchodzące wojsko zrabowało wszystko, co tylko mogło z sobą zabrać. Zniszczyli mi dom, a majątek i wieś są kompletnie ograbione. Nie mam pojęcia, jak dociągnę do wiosny i czym wspomogę gospodarzy. Przed najazdem Czengierego, kozacy spalili Borek, okradli chłopów i znęcali się nad dziewczętami. Chłopi, choć nie płacą mi nawet złamanej złotówki, właśnie ode mnie wyglądają pomocy. Przeżyliśmy ciężkie chwile, więc proszę nie posądzać mnie o nieczułość i brak pamięci. Nie wracam przecież, do diabła, z balu ani z kurortu! - zakończyła podniesionym tonem.
- Nino!- upomniała ją szeptem Jadwiga.- Nie wypada przeklinać w obecności pani wojewodziny.
- Jadwiniu, proszę cię, zamknij dzióbek! - wysyczała Nina z jadowitą słodyczą. - Kiedy pani wojewodzina wpadnie w złość, to jej klątwy słychać na drugim końcu wsi!
Stara dama obserwowała ją w milczeniu. Niespodziewanie roześmiała się tak dźwięcznie, jak śmieje się młoda dziewczyna, wypłatawszy komuś figla.
- No, no! - pogroziła palcem. - Nie równaj się ze mną, moje dziecko. Ja mam swoje lata i wiem, co mi wolno. Rozumiem, że nie masz powodów do radości, będąc w tym trudnym czasie przy nadziei. Lecz dla dobra ojczyzny, warto ponieść nawet straty. Niech to będzie dla ciebie pociechą. O, spójrz, Sophie także utraciła dom rodzinny, ale przeżyła i uratowała dziecko.
Nina przesiadła się na sofę i objęła przyjaciółkę ramieniem.
- Byłam w Ciążynach jeszcze tej samej nocy, zaraz po pożarze, bo umierałam z niepokoju o ciebie. Jakaś staruszka powiedziała mi, że udało ci się uciec przed kozakami.
Zosia wzdrygnęła się na wspomnienie przeżytych dramatycznych chwil.
- To było jak koszmar, Ninetko. - powiedziała spokojnie, pomimo niemiłego ucisku w żołądku. - Ktoś zadenuncjował papcia, nie wiem kto. Siedziałam ze Stefankiem w bawialni, aż tu wpada Kasia i krzyczy, że kozacy jadą do dworu. Czasami lepiej kierować się instynktem. Coś mnie tknęło, że to po mnie. Miałam tylko tyle czasu, aby zawinąć dziecko w zerwaną z okna kotarę i tak jak stałam, w samej sukni, wyskoczyłam przez okno do ogrodu i pod drzewami pobiegłam do stajni. Nawet nie siodłałam konia, ale dosiadłam go na oklep i popędziłam przed siebie. Na rozstajach, przy krzyżu, obejrzałam się, a mój dom już cały stał w płomieniach. - umilkła i drobne jak perełki łezki, potoczyły się po jej policzkach. - Już nie mam rodzinnego domu....Jak się nieco uspokoi, zamieszkam w Brzezińcu u teścia.
 Nina w jednej chwili wyobraziła sobie płonący pałac i zrobiło się jej niedobrze ze strachu.
- Moje słodkie biedactwo. - czule ucałowała Zosię. - Najmocniej ci współczuję, bo dobrze wiem, czym jest utrata domu rodzinnego. Jesteś naprawdę bardzo dzielna. Pan Syrwin i Tadeusz będą z ciebie dumni.
Pani wojewodzina kiwała głową przytakując i przysłuchując się uważnie ich rozmowie.
- Oleś nie pisał do ciebie? - spytała wzdychając i mimo woli przesuwając w palcach paciorki różańca.
- Niestety, nie.- Nina spochmurniała.- Pan pułkownik Czachowski powiedział mi, że oddział Alka osłaniał uciekającą ludność Wąchocka. Potem poszli na Brody, nic więcej nie wiem.
- Przecież Brody nie za morzami, do tego czasu Oleś powinien się odezwać.- staruszka spojrzała na obraz przedstawiający Chrystusa w Ogrójcu i przeżegnała się nieznacznie.- Attende venir2, wkrótce da znać o sobie.
- Nino, jak wygląda pan generał Langiewicz? - odezwała się Jadwiga, pragnąc zmienić temat. - Młody, przystojny?
- Ot, sroka!- skarciła ją wojewodzina, stukając laską o podłogę i piorunując pannę wzrokiem. - Co cię to obchodzi, czy on jest przystojny? Najważniejsze, że bije Moskali!
gen. Langiewicz i panna Pustowójtówna
Aby zapobiec ponownemu atakowi złego humoru starej damy, Nina zaczęła opowiadać o przybyciu powstańców i najeździe Rosjan, skrupulatnie wyliczając poniesione straty. Miała cichą nadzieję, że wojewodzina wzruszona jej niedolą, zadeklaruje się z pomocą. Ale spotkał ją zawód, bo wprawdzie staruszka wysłuchała jej skarg, ale poprzestała na współczującej minie.
- Dziś wszystkim jest ciężko, moje dziecko. - wyraziła przekonanie. - W Suchedniowie Moskale zrabowali domy, a pewną panią zranili tak mocno, że trzeba było amputować rękę. Spalili również piękny dom pana Reklewskiego, naczelnika okręgu górniczego.
- Mam nadzieję, że w moich Ciążynach nikt nie zginął. - dorzuciła Zosia. - Martwię się, bo podejrzewam, że mój rządca jest nieuczciwy, a teść będąc kaleką, ma trudności z zarządzaniem dwoma majątkami.
- Obiecuję, że pan Bochniak postara ci się o dobrego rządcę.- pocieszyła ją Nina. - Kochanie, jedź ze mną do Makowa.
- Nie! - sprzeciwiła się wojewodzina. - Sophie pozostanie u mnie. Ona i dziecko mają tu bezpieczny dach nad głową, a ja miłe towarzystwo. Nie zamierzam siedzieć tu sama jak sowa. Zresztą w Lipieńcu spokojnie.
- Ciocia uważa, że okna zabite deskami i drzwi zamknięte na klucz, mogą odstraszyć Moskali? - Nina uśmiechnęła się z ironią. - Jakby, co nie daj Boże, przyszli tutaj, to w ciągu minuty nie będzie ani okien, ani drzwi, ani stróża! Oni są jak Hunowie! A jakie mają uzbrojenie...Ciociu, co się z nami stanie, jeśli powstanie upadnie? - zapytała szeptem.
- Co ci przyszło do głowy? - Jadwiga lekceważąco wzruszyła ramionami.- Pan generał Langiewicz odnosi sukcesy. Z pewnością powstanie wygramy!
- Wygramy... na trąbce! - odcięła się Nina złośliwie. - Nie widziałaś z bliska ich armat. Czy któraś z naszych partii ma choć jedną nowoczesną armatę?
- Tak mówisz, jakbyś wątpiła w zwycięstwo naszej Sprawy. - wojewodzina zacisnęła wąskie wargi i zmierzyła ją nieprzychylnym spojrzeniem.- Czy tak mówi żona naczelnika partii powstańczej?
- Jakby to zależało ode mnie, mój mąż nie brałby udziału w tej awanturze. - oznajmiła Nina odważnie. - Bylibyśmy teraz za granicą!
- Nawet nie chcę tego słuchać. - stara dama obrzuciła ją zimnym, pełnym potępienia wzrokiem. - Aż boję się myśleć, że mój kochany syn chrzestny, wziął za żonę kobietę obojętną naszej wielkiej Sprawie.
Nina zbladła, lecz nawet nie próbowała się bronić. Nie potrzebowała, bo natychmiast otrzymała wsparcie.
- Nie tylko Ninetka obawia się przyszłości. - Zosia kurczowo splotła palce drżących rąk. - Codziennie modlę się, aby to powstanie nareszcie się skończyło. Pragnę, żeby mój syn miał żywego ojca, a nie wspomnienie o jego bohaterskiej śmierci.
Nina posłała jej wdzięczne spojrzenie.
- Powiedział mi pułkownik Czengiery, że spodziewają się na dniach przybycia niemal stu tysięcy nowych żołnierzy i dostawy broni z głębi imperium. A nasi chłopcy walczą o głodzie i chłodzie, mając starą i nieskuteczną broń i ani jednej armaty.- nie zamierzała kapitulować.
Wojewodzina z nadąsaną miną poprawiła się na poduszkach fotela.
- My także nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. - oświadczyła wojowniczym tonem. - Dobrą broń otrzymamy z zagranicy, a wtedy inaczej pomówimy z carem. Może i Garibaldi i cesarz Napoleon III pośpieszą nam z pomocą?
Nina aż zaniemówiła z irytacji.
- I ciocia w to wierzy?- prychnęła.
- Przecież muszę w coś wierzyć. A choćby nawet powstanie upadło, to i tak moralnie my będziemy zwycięzcami. Przypomnijcie sobie pierwszych chrześcijan, rozszarpywanych przez dzikie bestie na arenach cyrków. Rzymianie byli przekonani, że to ofiary, ale chrześcijanie już wtedy czuli się tryumfatorami.
- A co będzie, jeżeli nasi mężowie polegną? - histerycznie krzyknęła Zosia.- Obojętnie, czy powstanie upadnie, czy zwycięży, dla nas to będzie koniec świata. Prawda, Nino?
Nina skinęła tylko głową, bo słowa nie mogły przejść jej przez ściśnięte kurczem gardło. Z Zosią zawsze rozumiały się bez słów. Obudzone głośną rozmową dziecko, zaczęło płakać. Matka rozwinęła je z powijaków i wziąwszy na ręce, huśtała, cmokając i przyśpiewując łzawym głosem:
. Jedzie sobie pan, pan.
Na koniku sam, sam.
A za panem Żydóweczki,
Pogubiły patyneczki.
Wojewodzina zadzwoniła i kazała podać herbatę. Do salonu weszli lokaje, niosąc serwisy i dymiący samowar. Jadwiga skorzystała z zamieszania i skinąwszy na Ninę, zaciągnęła ją w drugi koniec salonu.
- Powiem ci nowinę. - szepnęła jej do ucha. - Pisał do mnie pan Artur!
- Co za pan Artur? - zdziwiona Nina wysoko uniosła brwi.
- Nie pamiętasz? - Jadwiga zarumieniła się z emocji. - Ten student, którego poznałam na sylwestrowym balu. Pisze, że służy w partii pana generała Padlewskiego na Kurpiach i pyta, czy może liczyć na moją sympatię!
- Poczciwy chłopiec. - Nina uścisnęła Jadwigę, patrząc w jej jaśniejące radością oczy. - A co ty na to, Jadziu?
Panna Wąsocka spoważniała.
- Ależ Nino, on się przecież ze mną nie ożeni. Zdaję sobie z tego sprawę.
- To nie był twój grzech i tylko jakieś zimnokrwiste istoty mogą tego nie rozumieć. Pan Artur wydaje mi się uczciwym mężczyzną. A jeżeli prosi ciebie o pamięć, to znaczy, że zależy mu na tobie. Starewicza wymaż z pamięci. Nie zasługiwał na twoją miłość. Nawet pani wojewodzina nie wspomina go wcale.
Jadwiga pochyliła się w jej stronę i szepnęła :
- Bo ty nic nie wiesz! On obiecał babce, że zbierze partię i przyłączy się do powstania. Tymczasem pojechał do Kielc i zażądał od Moskali ochrony swego majątku. Teraz cała sotnia kozaków pilnuje dworu i jego chłopów.
- Miał rozum! - mruknęła do siebie Nina. - A pani wojewodzina gniewa się o to na niego?
- Ona go przeklęła! Zapowiedziała, że nawet grosza nie zobaczy w spadku i zmieniła testament, a moich rodziców prosiła, żeby pozwolili mi przyjechać do Lipieńca. Jest dla mnie bardzo miła.
Stara dama zajęta przygotowaniem do poczęstunku, nagle odwróciła głowę i nadstawiła ucho.
- Co wy tam tak szepczecie? - odezwała się zrzędliwym tonem. - To nie wypada. Jadziu, siadaj przy mnie i bierz się do szycia koszul. Nina, nie czaj się po katach! Też mi konfidencja panny z mężatką...Co to ja chciałam powiedzieć? Aha, już wiem! Była tu kiedyś pani Salomea z panną Maciejewską. Piękna panna, inteligentna, oczytana i entuzjastka naszej Sprawy. O, Jaś będzie miał wartościową żonę. No, panna Lutówna także dzielna dziewczyna. Kazia Lasewiczówna bardzo ją sobie chwali.... - urwała i posłała Ninie wiele mówiące spojrzenie. - Ty, oczywiście nie popierasz powstania i nie wierzysz w zwycięstwo?
 - Nie popieram i nie wierzę! A nawet gdyby jakimś cudem, udało się nam pokonać cara, to i tak zniweczylibyśmy to zwycięstwo. Jesteśmy w Europie bodaj jedynym narodem, który każdy sukces potrafił zamienić w klęskę. Wygraliśmy bitwę pod Grunwaldem, a potem pozwoliliśmy, by Prusy stały się suwerennym królestwem. Zniweczyliśmy swą głupotą jedyną szansę, utworzenia wraz z Rosją najpotężniejszego państwa na świecie. Pobiliśmy Turków pod Wiedniem, nie bacząc, że Austria rośnie w potęgę i wkrótce stanie się jednym z trzech zaborców. Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność. Nie mam czasu myśleć o Sprawie, bo nie jestem zwolenniczką zbiorowego samobójstwa. - mówiła dobitnie, patrząc wojewodzinie w oczy. - Muszę się zastanawiać, skąd mam wziąć środki, żeby wspomóc biedujące wsie i ratować upadający majątek. Nie mogę pozwolić, żeby moi ludzie głodowali! Jestem dziedziczką i to jest mój pierwszy obowiązek. Potrzebuję ziemniaków na sadzenie i zboża na siewy oraz wielu innych rzeczy. Nic poza tym nie ma znaczenia!
- To ci się chwali. - twarz starej damy na moment złagodniała, ale zaraz ironicznie zmrużyła oczy. - A czy Oleś wie o twoich poglądach odnośnie naszej Sprawy? O, pardon, to już jego rzecz. Byłaś ostatnio u Borutyńskich? Ksawery słabuje. Obawiam się, że raz tego starego dusigrosza nagła krew zaleje, na widok chłopa, kradnącego mu kurę! Ach, wybacz, wprawdzie to twój wujek, ale sama najlepiej wiesz, co o nim myśleć. - pani wojewodzina zaczynała przypominać pokrzywę i Nina uznała, że najwyższy czas zbierać się do domu.
Transport rannego powstańca
 Starsza pani miała bardzo zmienny charakter. Czasami bywała dla niej czuła, lecz jeszcze częściej dawała jej do zrozumienia, że nie pochwala wyboru chrzestnego syna. Prawdopodobnie wizyta pani Salomei i Emilki, wpłynęła na pogorszenie jej humoru. Z pewnością życzyła sobie dla Aleksa innej żony, entuzjastki walki zbrojnej, konspiratorki, jaką była panna Maciejewska. Ninie zrobiło się bardzo przykro. Pragnęła jedynie chronić życie męża i swój dom, nie dbając nawet o własne zdrowie. Ponieważ nie wypadało odjeżdżać zaraz po poczęstunku, usiadła skromnie, słodko uśmiechnięta, złożywszy obie rączki w małdrzyk na czarnej krynolinie, jak wypadało młodej, dobrze wychowanej damie. Ale w jej wielkich oczach tliły się płomyki buntu i nie potrafiła się powstrzymać, by nie posyłać wojewodzinie wyzywających spojrzeń. Dopiła resztę herbaty i opowiedziała o zajściu w kaplicy grobowej przyznając, że niekiedy odczuwa wyrzuty sumienia, ponieważ to na podstawie jej oskarżeń, Czengiery rozkazał rozstrzelać dwóch żołnierzy.
Tym razem stara dama spojrzała na nią z aprobatą.
- Ci łajdacy nie zasługiwali na łaskę. Nie przejmuj się tym. Uważam, że postąpiłaś właściwie.
- Och, to tylko chwilowe obiekcje, bo tam, w kaplicy, najchętniej sama bym ich zastrzeliła. - rzekła twardo Nina.
- Tak, to mi się u ciebie podoba! - staruszka posłała jej łaskawy uśmiech, a przy pożegnaniu ucałowała ją w czoło. - A daj mi, proszę, znać, jak tylko dowiesz się czegoś o Olesiu! - zawołała jeszcze za nią.
Kiedy sanie minęły bramę Lipieńca, Nina odetchnęła. Konie smagnięte batem pomknęły przez ośnieżone pola.
- U pani wojewodziny rygor jak w wojsku. - odezwała się Jaga. - Pani chora, ale w domu i gospodarstwie porządek. Dobra z niej gospodyni, ale surowa dla ludzi.
- Mimo to, służba ją kocha. - zauważyła Nina. - Jest bardzo zaradna, bo próbowała mi wcisnąć cukier po wyższej cenie, niż sprzedają na jarmarku. Naturalnie odmówiłam. Ja także jestem dobrą gospodynią i nie trafiła na głupią gęś! - parsknęła gniewnie. - Potrafię dbać o moje interesy, równie dobrze, jak ona. Wyobraź sobie, nianiu, w mieście kilogram cukru kosztuje czterdzieści kopiejek, a ciotunia zamierzała mi go sprzedać za czterdzieści osiem kopiejek! Pomyśl tylko, matka chrzestna mego męża!
- No, panu hrabiemu oddałaby z pewnością za darmo. - westchnęła Jaga, otulając się futrem.
Powożący końmi Maciek, obejrzał się i nie mogąc się powstrzymać, dorzucił swoje trzy grosze:

- Jak drugim razem pojedzie jaśnie paniulka do Lipieńca, to wezmę se na drogę pajdę chleba ze słoniną, bom zgłodniał w tej gościnie. Stara pani dziedziczka skąpa, aż strach! Nie ma to jak w naszym Makowie. Człowiek tłusto zje, to i do roboty chętny.
- Cicho bądź! - ofuknęła go Nina. - Nie wypada krytykować gościny.
- Tak? A wypada, żeby mi po tej gościnie kiszki marsza grały? - odezwał się z pretensją. - Niechby do Lipieńca pan koniuszy Stach jeździł. Stary, to mu się bardzo jeść nie chce.
Przez kilka następnych dni, do Makowa nie dotarła żadna wiadomość od Aleksa. Nina nocami wypłakiwała się w poduszkę, nie chcąc w dzień obnosić się ze swoim cierpieniem. Nie tylko ona wyczekiwała wiadomości, bo wiele kobiet w pałacu i na wsi przeżywało obawę o najdroższą głowę. Pani Salomea i Emilka znosiły swój ból w milczeniu, rzadko wspominając o Jasiu mimo, iż nieustannie o nim myślały. Proboszcz wypuszczony z aresztu, jak zawsze w niedzielę, odprawił mszę w intencji ojczyzny, modląc się za generała Langiewicza i jego małą armię, za zwycięstwo powstania i za poległych w walce. Ludzie głośno śpiewali:"Boże, coś Polskę“, a wielu niezdecydowanych mężczyzn, pod wpływem jego wspaniałego kazania, zdecydowało się przystąpić do powstańczych oddziałów. Sytuacja w tym czasie była tak złożona, że sam car w liście do brata skarżył się gorzko: "Strach pomyśleć, że cała nasza władza w Królestwie trzyma się tylko na naszym wiernym wojsku. Poza nim, nie możemy liczyć na nikogo."

1Augiasz – mit. grecka. Król Elidy; oczyszczenie jego od lat nie porządkowanych stajni było jedną z 12 prac Heraklesa.
2Poczekaj tylko.