wtorek, 10 maja 2016

Sylwestrowy bal w Makowie.

10 maja 2016 r.

Bal sylwestrowy w Makowie, należał do najświetniejszych przyjęć w tym roku. Już od zmierzchu, przed pałac zaczęły zajeżdżać karety. Ludzie podświadomie przeczuwali nadchodzące zmiany i pragnęli niepokój zagłuszyć zabawą. Wielkie salony przybrane palmami, cieplarnianymi drzewkami pomarańczowymi i kwiatami, zapełniły się gośćmi. Wymieniano powitalne ukłony i pocałunki. Szeleściły balowe krynoliny, a na ramionach i szyjach dam lśniły klejnoty. Śmiechy i rozmowy zagłuszały dźwięki orkiestry. Tadeusz, wodzirej balu, lekko przebiegał salę, wybierając panie do kotyliona.
 Nina stojąc przy boku męża, witała przybywających gości uśmiechem i uprzejmym pozdrowieniem. Tego dnia miała na sobie nową, przepiękną suknię sprowadzona z Paryża, ze srebrzystej koronki, iskrzącej się jak świeżo spadły śnieg. Brylantowy naszyjnik, kolczyki i brylantowe bransolety, wzbudzały zazdrość kobiet. Jej włosy uczesane w długie francuskie loki, podtrzymywały brylantowe gwiazdy. Aleks życzył sobie, by w ten ostatni dzień roku, była szczególnie bogato ubrana. Panie wiedząc, że spodziewa się dziecka, z niedowierzaniem spoglądały na jej wężową talię i swobodne ruchy. Wyglądała olśniewająco, przyjmując z zadowoleniem zasłużone komplementy. Jej karnet zapełniony był do ostatniej strony, a panowie, na długo przed balem zamawiali u niej tańce.
Ale od rana czuła się źle, zaś poprzedniego dnia stoczyła prawdziwą bitwę z niania o toaletę. Paryski magazyn mody przysłał zamówioną jeszcze we wrześniu suknię, dosłownie w ostatniej chwili. Przy przymiarce okazało się, że toaleta jest za obcisła w talii i wymaga mocniejszego zasznurowania gorsetu.
- Nie zgadzam się, żebyś się mocno ściskała, bo to szkodzi dziecku. - powiedziała stanowczo Jaga, odstępując o krok i przyglądając się swojej wychowance.
- Przecież nie pokażę się na balu w niedopiętej sukni! - oświadczyła Nina ze złością. - Jeżeli ściągniesz gorset za lekko, będę miała talię jak krowa!
- Najgorzej, że nie ma z czego wypuścić, bo nie zrobili żadnej zakładki. - nieśmiało zauważyła Ulisia.
Ponad jej ramieniem, Jaga posłała swojej wychowance spojrzenie pełne potępienia.
- Nina, jesteś w czwartym miesiącu przy nadziei. W tym stanie prawdziwa dama nie bywa na balach.- osądziła bezlitośnie. - Przecież możesz ubrać inną suknię... - poradziła pośpiesznie, widząc furię rodzącą się w oczach Niny. - O, choćby tę z różowego atłasu. Jeszcze nigdy nie miałaś jej na sobie. Jest piękna i bardzo twarzowa. Możesz włożyć do niej różowe perły lub rubiny.
- Nie znoszę koloru różowego! - wycedziła Nina przez zęby. - Wyglądam w nim, jak oparzone prosię!
-Też coś! - Jaga skrzywiła się z niesmakiem. - Za moich czasów panie w stanie błogosławionym siedziały w domu, modląc się i oczekując na swoją godzinę, a teraz balują. Uważam, że to nieskromne.
- Koniecznie chcesz, żebym zanudziła się na śmierć? - wykrzyknęła Nina, tracąc resztkę cierpliwości. - Czuję się jak stara, wstrętna baba. Brzydzę się sama sobą!
Od wigilii chodziła zdenerwowana, i czasami wystarczyło jedno słowo wypowiedziane nie w porę, by eksplodowała jak bomba. Teraz także miała już dosyć uszczypliwych uwag niani i zadrżały jej ręce. Trzymany flakon z perfumami rozbił się na podłodze, a po całym pokoju rozszedł się mocny zapach lilii, wywołując atak mdłości. Wpadła do łazienki i zaczęła wymiotować, co do reszty ją rozwścieczyło. Trupio blada, wymęczona wymiotami, oświadczyła twardo, że na balu pokaże się w paryskiej sukni, lub nie wyjdzie do gości wcale i niech się dzieje, co chce!
Kaprysiła tak długo, że Jaga dla świętego spokoju machnęła ręką i przed balem kazała Ulisi zasznurować ją tak mocno, że Nina zaledwie mogła oddychać i teraz już naprawdę poczuła się niedobrze. Poprosiła więc Mirę o zajęcie się młodymi panienkami debiutującymi na balu i usiadła przy wojewodzinie, słuchając jej złośliwych komentarzy na temat popisów śpiewaczych dziewcząt.

- Jakie to szczęście, że jestem przygłucha! Pieśni pana Moniuszki należy śpiewać, a nie krzyczeć. 
Kiedy patrzę na te dziewczęta w bieli, mam wrażenie, że widzę stadko hałaśliwych gęsi! - stwierdziła zjadliwym tonem. Tego dnia stara dama była w wyraźnie złym humorze.
- Słyszałam,że pan Moniuszko jest protegée pani Kalegis-Muchanow i pana Wielopolskiego.- napomknęła niewinnie Nina wiedząc, że staruszka nienawidzi margrabiego.
- Cóż z tego? - żachnęła się wojewodzina. - Dziś już nikt nie pamięta, że sam Chopin swoją genialną muzyką uprzyjemniał czas naczelnemu wodzowi, carewiczowi Konstantemu Pawłowiczowi i jego małżonce, tej anemicznej Żanetce. A Konstanty był znienawidzony przez cały naród. Potem w Paryżu, Chopin związał się znowu ze starą, obrzydliwą awanturnicą, babą z dwojgiem nieznośnych bachorów i niezliczonym rojem kochanków. Z tą całą George Sand1! A ta nędznica oszkalowała go przed jego śmiercią, w jednej ze swoich marnych powieścideł i w listach do przyjaciół. - wojewodzina przeszyła Ninę podejrzliwym wzrokiem. - Mam nadzieję, ze jej książek nie czytałaś?
- Nigdy ich nie wzięłam do ręki! - zapewniła ją Nina, wytrzymując bez drgnienia powiek przenikliwe spojrzenie staruszki. - Ciocia widziała może Fryderyka Chopina?
- Owszem, widziałam go raz w kawiarni Tortoniego. Siedział razem z tą wstrętną babą. On kaszlał, ona ćmiła cuchnące cygara. Wyglądała idiotycznie w męskim surducie, szarawarach i tureckim fezie. Chopin pomimo choroby, wydał mi się młodzieńczy i piękny. Miał śliczne włosy i dłonie jak klejnoty. Ta bezwstydnica wyssała z niego życie!
- No, panna hrabianka Maria Wodzińska go nie chciała. - przypomniała Nina.
- Bo była gęsią! Niektórzy głupcy mają do pana Moniuszki pretensje, że szukał protektorów. Tymczasem bez ich pomocy, nigdy nie usłyszelibyśmy "Halki". Chryste, jak te dziewczęta wyją!
- Dlaczego Jadzia dziś nie śpiewa? - Nina zatrzepotała wachlarzem ze srebrnej koronki siejącej deszcz iskier.
-Grymasi!-ucięła wojewodzina, zaciskając wąskie wargi i przybierając nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Jadwiga się skompromitowała. - oznajmiła ciotka Maria, siedząca w pobliżu .Jednym uchem przysłuchiwała się rozmowie, zajęta wraz z panią Jabłocką obmawianiem obecnych na sali gości. - Na imieninach pani Wąsockiej, Jadwiga pozwoliła publicznie pocałować się w policzek panu Starewiczowi! Nawet nie zwróciła mu uwagi, tylko się uśmiechała.
-Widocznie było jej przyjemnie.- bąknęła Nina i chociaż została spiorunowana zgorszonymi spojrzeniami dam, dokończyła odważnie :- Wydaje mi się, że to pan Starewicz ją skompromitował. Gdzie tu wina Jadzi?
Wojewodzina niezadowolona z krytyki wnuka, skrzywiła się sarkastycznie :
- Nino, nie wygłaszaj swoich opinii tak autorytatywnym tonem. Panna Wąsocka straciła poczucie przyzwoitości i trudno wymagać od mężczyzny, by okazywał takiej kobiecie szacunek.
- W tym wypadku winę ponosi wyłącznie pan Starewicz! - upierała się Nina, zirytowana zaślepieniem starej damy.
- Mężczyźnie wiele można wybaczyć Młodej pannie nie!. - wojewodzina trzasnęła wachlarzem na znak, że rozmowę uważa za skończoną. -
- Moje dziecko. - podchwyciła ciotka Maria - Jesteś stanowczo za młoda, aby orzekać w tak drażliwej kwestii. Jadwiga nie może już liczyć na wielkoduszność pana Starewicza, bo kto mu zagwarantuje, że żona po ślubie nie zapomni się z inny? Prawda, pani wojewodzino?
Obrażona Nina wstała i wymówiwszy się obowiązkami gospodyni, odeszła zgrzytając zębami. "Wstrętne stare pudła!" - myślała, ogarnięta szewską pasją. Spostrzegła, że Starewicz przyjechawszy z babką, od początku wieczoru asystował młodej, nieznajomej pannie. Sprawiał takie wrażenie, jakby widział ją nie po raz pierwszy. Stojąc w gronie panów, nie potrafił ukryć odruchu zniecierpliwienia, kiedy podeszła do niego Jadwiga. Na jej pytania odpowiadał krótko i niegrzecznie. Panna Wąsocka ubrana w nietwarzową suknię, sprawiała wrażenie statecznej mężatki.
 Siedziała teraz zupełnie sama w najdalszym kącie sali, bardzo blada, z czołem zroszonym potem. Z napięciem śledziła zachowanie narzeczonego i żaden jego uśmiech, czy gest nie uszedł jej uwadze. Przeczuwała, że ludzie już odgadli jej serdeczną tajemnicę i surowo potępili ją za ten uczynek, płynący z najgłębszej miłości. Bała się i nie chciała jechać na bal, lecz matka egoistycznie zdecydowała, że córka powinna zrobić wszystko, by zatrzymać Starewicza przy sobie. Teraz przeżywała męki zazdrości, widząc jego zaloty do eleganckiej panny. Dostrzegła idącą w jej stronę Ninę i po raz pierwszy przyszło jej na myśl, że skrzywdziła ją, biorąc udział w intrydze pani Jabłockiej i Doroty. Zapewne teraz Nina zechce wyrównać rachunki i zaraz usłyszy z jej ust jakieś przykre słówko, może drwinę? Mimo woli skuliła ramiona i siedziała nastroszona jak młoda sowa, powstrzymując łzy cisnące się jej do oczu.
Nina przystanęła przy niej, uśmiechając się przyjaźnie.
- Jadziu, nie powinnaś siedzieć sama. - odezwała się serdecznym tonem, biorąc ją za rękę. - Zosia ciebie szukała. Dlaczego nie usiądziesz przy niej? Panna Lutówna marzy, żeby akompaniować ci do śpiewu. Te popisy debiutantek mogą świętego wyprowadzić z równowagi. Chodź, usiądziesz przy Zosi.
Jadwiga spojrzała na nią z niedowierzaniem, daremnie próbując ukryć miotającą nią rozpacz. Starewicz niemal bez przerwy rozmawiał z nieznajomą panną. Oboje uśmiechali się do siebie zalotnie. Dziewczyna musiała być zamożna, bo miała na sobie jedwabną suknię w kolorze słodkiego różu, obszytą koronkami i trzy sznury pereł na szyi. Nina nigdy jej przedtem nie widziała i nie miała pojęcia, kto ją dziś przywiózł do Makowa. Panna miała efektowną urodę, popielato-blond bujne włosy i porcelanowe niebieskie oczy lalki. Rozmawiała ze Starewiczem, posyłając mu obiecujące uśmiechy. Ten widok sprawił Jadwidze ogromny ból.
- Nino!- wybuchnęła załamującym się głosem.- Jak możesz pozwolić, żeby ta dziewczyna uwodziła pod twoim dachem człowieka, który ma zobowiązania?
Wyjawiwszy głośno swój sekret, zaczęła ciężko dyszeć, a na jej ciemnych rzęsach zawisły duże łzy. 
 Orkiestra właśnie zagrała walca i Starewicz skłoniwszy się pannie, otoczył ramieniem jej talię i wprowadził na środek sali. Jadwiga się rozpłakała. Nina przysiadła na poręczy fotela i przytuliła ją do siebie.
- Ten mężczyzna nie zasługuje na twoje łzy, ani na twoją miłość. Przysięgam, że nie znam tej dziewczyny i nie wiem, z kim przyjechała. Ale możesz być pewna, że jej noga nigdy więcej nie stanie w moim domu!
- Nino, nie roszczę sobie żadnych praw do twojej życzliwości, bo wiem, że na nią nie zasłużyłam. Boże, tak bardzo się wstydzę. Byłam pewna, że nasz romans pozostanie tajemnicą. Liczyłam, że on osłoni mnie przed obmową i da mi swoje nazwisko. Popełniłam błąd i czuję się, jak pod pręgierzem.
- Niesłusznie się obwiniasz, bo to pan Starewicz zasługuje na potępienie. Mniejsza o niego. Chodź, kochanie, usiądziesz przy Zosi. Przyślę ci też moją Mirunię. To takie słodkie stworzenie, wszystkim życzliwe.
Podczas popisów debiutantek, większość panów nie zważając na dobre maniery, uciekła do palarni, aby przy winie i papierosach dyskutować o polityce. Elegancki, przystojny młody mężczyzna, znany Aleksowi z Sandomierza, strzepnął popiół z papierosa i spojrzał bystro na obecnych w pokoju panów.
- Dlaczego Dyrekcja Białych nie może się zdecydować, jaką ma przyjąć postawę na wypadek wybuchu zbrojnego? Jeżeli Czerwoni ogłoszą rewolucję socjalną, to chłopstwo zmiecie nas z powierzchni ziemi. Wuj Ksawery pokiwał głową z posępną miną, strzepując popiół z cygara. - Prawda jest taka, że chamy uważają powstanie za pańską wojnę. Mój faktor Mojsze powiada, że wojna dla chłopa to keine2 interes Obie walczące strony spalą wieś, zniszczą zasiewy, ukradną ostatnią kurę i zgwałcą babę. Mniejsza o babę, od przybytku głowa nie boli, ale strata krowy lub świni, to dla nich sprawa życia lub śmierci. Nasi chłopi nie są głupi i potrafią rozumować rozsądniej od swoich panów. Szybko zmiarkują, że w walce wsi z dziedzicem, car będzie ich sprzymierzeńcem, więc zaczną wysługiwać się Moskalom. A jeśli Czerwoni ogłoszą rewolucję socjalną, to znowu dla nas będzie to keine interes, bo albo pomordują nas chłopi, albo wojska carskie. A tak na marginesie, to Czerwoni rewolucji nie zrobią, bo wtedy straciliby poparcie Kościoła, z racji religijnych dogmatów przeciwnego wszelkim reformom społecznym.
Nikt nie podjął dyskusji, bo w słowach starego szlachcica było sporo prawdy. Większość ziemian nie popierała przemian społecznych i broniła się przed nimi, w obawie utraty znaczenia i majątku.
- Podobno pan generał Mierosławski pragnie nas odwiedzić. - odezwał się młody blondyn w mundurze studenta wyższej szkoły technicznej.
Wuj Ksawery wybuchnął serdecznym śmiechem.
- Popytajcie tylko panowie Wielkopolan. Oni dobrze wiedzą, jak pan Mierosławski umie dbać o własną skórę. Potrafił sam wybronić się od stryczka, ale mój szwagier i setki innych powstańców, pogniło w pruskich więzieniach.
- To wcale nie musi być Mierosławski, są inni. – mruknął Tadeusz.
- A niby kto? – spytał wuj Ksawery z głupia frant. – Ja nie wstydzę się głośno wypowiadać moich poglądów, mimo iż wiem, że nie są popularne wśród panów braci. Pewnie myślicie, że jestem złym Polakiem i nie zależy mi na dobru ojczyzny. A myślcie sobie co chcecie! Nie chcę widzieć tego kraju utopionego we krwi. Wolę tego nie dożyć. Lepszy jest pokój, nawet za wszelką cenę.
Szczupły student uczelni technicznej był wyraźnie niezadowolony i przypatrywał się wujowi Ksaweremu złowrogo zmrużonymi oczami.
- Kim jest ten jegomość? – zagadnął szeptem Aleksa.
- Nie wiem. – odpowiedział i zaniepokojony ściągnął brwi, bo groźna sława sztyletników nie była czczym wymysłem. Na szczęści śpiewacze popisy panien dobiegły końca, a do palarni wszedł Walenty, prosząc panów na salę balową.
Tańce rozpoczął wielki polonez, prowadzony przez pana i panią domu. Tadeusz zapraszał damy i kawalerów, a to do walca, to do mazura lub galopu. Nina tańczyła bez przerwy przez godzinę. Oczarowani jej urodą panowie, dobijali się o taniec. Zmęczona, zaczęła się przechadzać po sali, rozmawiając z gośćmi, starając się z każdym zamienić choć parę uprzejmych słówek. Na bal zjechało mnóstwo zaproszonych osób, niektórzy zabrali z sobą krewnego albo znajomego. Ninę szczególnie interesowała nieznajoma panna. Mira rozmawiała ze studentem niezadowolonym z uwag wypowiedzianych przez wuja Ksawerego. Nina podeszła do nich i panna Mira przedstawiła jej swego rozmówcę.
- Z panem Arturem Śliwiakiem znamy się jeszcze z Warszawy.- powiedziała - Pan Artur studiuje w Kijowie inżynierię i często przywoził nam nielegalną prasę. Widywaliśmy się w księgarni mego narzeczonego. Prawda, jakie to niespodziewane spotkanie? Serdecznie polecam pana Artura względom pani hrabiny.
Nina spojrzała przyjaźnie na młodego mężczyznę. Student złożył jej głęboki ukłon i ucałował końce palców podanej mu dłoni. Domyśliła się, że Śliwiak musi być kurierem, bo napomknął, że zatrzymał się w Porajach , a przywiózł go Tadeusz. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie.
- Cieszę się, że mam przyjemność poznać pana. Czy pozwoli pan, że na moment zajmę czas pannie Lutównie? Zaraz ją panu zwrócę.
Skinęła mu głową i ująwszy pod ramię Mirę, przeszła z nią do wielkiego salonu.
- Miruniu, znasz Jadzię Wąsocką, prawda? – ściszywszy głos, opowiedziała przyjaciółce o skandalicznym zachowaniu się Starewicza.
- Ależ to oburzające! – zawołała panna Lutówna. – Ten pan nie zasługuje na szacunek.
- Dokładnie to miałam na myśli. Wiesz, co mi powiedziała ciotka Maria? Otóż uznała, że pan Starewicz nie ma obowiązku żenić się z panną, która mu zaufała, bo w przyszłości taka żona może zapomnieć się z kimś innym! Niestety, w naszych czasach żaden szanujący się mężczyzna nie poślubi panny bez wianka!
- To po prostu nieludzkie, okrutne i straszne! – Mira zarumieniona z gniewu, upuściła na posadzkę wachlarz. Tego dnia wyglądała bardzo ładnie, w nowej jedwabnej sukni w kolorze leśnego mchu, przybranej koronką. - Na szczęście nie wszyscy mężczyźni są wyznawcami takich średniowiecznych poglądów. Przed chwilą pan Artur pytał mnie, kim jest ta ładna brunetka w granatowej toalecie. Cały czas na nią zerkał.
- Miruniu, jesteś słodka jak pralinka! – ucieszyła się Nina. – Zapoznaj ich z sobą. Klin klinem! Jadzia siedzi razem z Zosią. Przedstaw ich sobie. Idź, słodki pyszczku.
 
Zostawszy sama, szła wolno przez salon i salę balową, trzepocząc wachlarzem i rozdając ukłony. Zastanawiała się, jak Jadwiga zareaguje na przedstawionego jej studenta i przysięgła sobie, że nie dopuści, by wojewodzina zniszczyła tę biedną dziewczynę. Stara dama tak działała jej dziś na nerwy, że z trudem powstrzymywała się w czasie ostatniej rozmowy, żeby na nią nie huknąć.
- Czy pani hrabina raczy przyjąć od pokornego sługi, życzenia pomyślnego Nowego Roku? – usłyszała za sobą basowy głos i odwróciwszy się, z radością zobaczyła Barycza.
- Waciu! Najwidoczniej zupełnie o mnie zapomniałeś. Nie widziałam cię od miesięcy. – powiedziała, podając mu rękę i spoglądając na niego spod rzęs.
- Jak widzisz, nie zapomniałem. Ale po tak długim niewidzeniu, spodziewałem się po starej znajomości, mniej oficjalnego powitania. – nie wypuszczając jej dłoni, pochylił się nadstawiając jej policzek. Wspięła się na palce, żeby go pocałować, ale w ostatniej chwili on odwrócił głowę i zamiast w policzek, pocałowała go w usta. Oboje zaczerwienili się mocno.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz mnie uwodzić? – szepnęła prowokującym tonem, pomyślawszy, że pocałunek był bardzo miły.
- Ba, gdybym wiedział, że mam szansę! – odparł tym samym tonem i oboje roześmiali się odrobinę sztucznie.
- Gdybyś był kiedyś bardziej przedsiębiorczy, to kto wie? – zaśmiała się zalotnie i zmieniła temat: - Waciu, znasz może tę pannę, z którą rozmawia pan Starewicz? Biedna Jadwinia przeżywa dramat. Co to za dziewczyna?
Barycz popatrzył w stronę flirtującej pary i skrzywił się sarkastycznie.
- Owszem, słyszałem o niej. To wnuczka bogatego fabrykanta z Łodzi. Co prawda dziadek panny jest Niemcem mojżeszowego wyznania, ale ten drobny szczegół widocznie nie przeszkadza panu Starewiczowi. Wnuk wojewodziny zgrał się w paryskich kasynach, zaciągnął pożyczkę na hipotekę swojego majątku i gwałtownie potrzebuje gotówki. Babka nie da mu nawet kopiejki, bo nienawidzi karciarzy, a nasza Jadwinia ma za mały posag i widocznie już mu się znudziła.
- Więc to jest Żydówka? – zawołała Nina z niedowierzaniem. – Ależ pani wojewodzina nigdy nie zezwoli na to małżeństwo! Wnuk polskiej księżniczki ożeniony z osobą innej wiary? Wykluczone!
- Będzie musiała je zaakceptować, gdyż Starewicz nie należy do mężczyzn, którzy pozwalają sobie coś narzucić. Zwęszył duży posag i nie wyrzeknie się panny. Ona zresztą także mile na niego patrzy. Jakby nie było, to szlachcic i wnuk arystokratki. Niestety, pan August jest tak podły, że za wielki posag zgodziłby się zostać nawet muzułmaninem!
- Na miłość boską, Waciu, wojewodzina przenigdy nie wyrazi zgody na ślub wnuka z kobietą obcego pochodzenia. On musi liczyć się z jej zdaniem, bo kiedyś odziedziczy po niej połowę majątku.
Z niesmakiem przypomniała sobie, że stara dama uznała ślub Aleksa z nią, panną bez posagu, za mezalians. Teraz los spłatał jej figla i będzie musiała przyjąć do rodziny Niemkę żydowskiego pochodzenia.
- Niestety. – westchnęła. – Obecnie pieniądze stanowią dostateczny motyw, żeby przymknąć oczy na brak herbu.
- Przykre. – Barycz pochylił się i zajrzał jej w oczy. – Nino, czy zaszczycisz mnie tańcem ryzykując, że mogę podeptać ci pantofelki?
- Masz u mnie szczególne względy i zatańczę z tobą, choćbym się miała wpędzić w chorobę, bo od rana czuję się fatalnie. – kiedy w sali rozległy się dźwięki muzyki grającej kadryla, zaczęli tańczyć. Wtedy okazało się, że Barycz potrafi poruszać się lekko i zgrabnie. Widocznie wyzbył się dawnego kompleksu. Do uszu Niny dochodziły plotki, że ma powodzenie u kobiet, zwłaszcza u młodych mężatek poślubionych starym mężom! Po kadrylu, pożegnała go i zeszła na parter, aby sprawdzić przygotowania do kolacji. Pani ochmistrzyni zapewniła, że kolacja zostanie podana w oznaczonym czasie. Wychodząc z jadalni, natknęła się na Walentego. Kamerdyner powiadomił ją, że pan hrabia czeka na nią w zimowym ogrodzie. Uchyliła szklane drzwi i weszła do środka, wciągając w płuca parne, wilgotne powietrze. Przystanąwszy, rozejrzała się po ogrodzie.
- Tu jestem. – usłyszała głos męża. Siedział na kanapce obok krzewu bzu.- Witam. – powiedział, zauważywszy jej zdumienie. – Czy raczy pani przyjąć ode mnie te skromne kwiaty, panno Nałęczowska? – to mówiąc, podał jej bukiet seledynowego bzu.
Wchodząc w rolę nieśmiałej panienki, skromnie przycupnęła na skraju kanapki, ściągając buzię w ciup.
- Merci. – trwożnie zatrzepotała rzęsami. – Nie wiem, czy to wypada, bo my się za mało znamy, panie hrabio.
Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie, całując jej białą szyję i przesuwając dłonie wzdłuż jej ramion, aż do piersi rysujących się pod obcisłym stanikiem sukni.
- Jesteś ze mną szczęśliwa?
- Niewyobrażalnie! Każdego dnia dziękuję Bogu za ciebie, za ten dom i wszystko, co mi ofiarowałeś. A ty, ukochany, nie żałujesz? Wiem, że bywam nieznośna i jędzowata… - uniosła ramiona, zatapiając palce w jego pachnących, jedwabistych włosach.
- Owszem, żałuję, że spotkaliśmy się tak późno i w tak niesprzyjających okolicznościach. Bo jesteś najlepszą rzeczą, jaka mi się w życiu przytrafiła. Dałaś mi największy skarb: swoją miłość, wiarę we mnie i siebie. Wkrótce dasz mi dziecko, moje dziecko… Jesteś moją miłością i najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem.
- Nie. – z żalem potrząsnęła głową. – Paula była piękniejsza.
- Nic podobnego! – zaprzeczył stanowczo. – Twoje oczy są czyste, usta słodkie, a ciało gorące i spragnione moich pieszczot. Czy ja ci już mówiłem, jak bardzo cię kocham?
- Nie przypominam sobie tego. – wymamrotała, podsuwając mu usta. – Ale łatwo możesz to naprawić.
- Kocham cię, mój słodki promyczku. Czy podobam ci się na tyle, żebym tej nocy został twoim kochankiem?
- Nie namawiaj niewinnej dziewicy do grzechu. – wyszeptała i zadrżała, gdy zamknął dłonie na jej piersiach.
- Najchętniej zaniósłbym cię teraz na rękach do sypialni. – szepnął jej do ucha.
- Och, zrób to, a obiecuję, że nie będę głośno wzywać pomocy! – śmiała się, wtulając twarz w kołnierz jego pachnącego fraka.
Odchylił jej głowę i zaczął całować ją tak namiętnie aż poczuł, że leci mu przez ręce. Potem zaczęli się sprzeczać, kto kogo więcej kocha, całując się przy tym zapamiętale, jakby robili to pierwszy raz w życiu. Wpółprzytomni z uniesienia, odskoczyli nagle od siebie, usłyszawszy dyskretne pukanie.
- Czego tam? – wybuchnął Aleks ze złością niezadowolony, że przerwano im chwilę intymnych, małżeńskich pieszczot.
- Najmocniej jaśnie państwa przepraszam. – odezwał się Walenty półgłosem. – Ośmieliłem się przyjść, bo szampana zostało już niewiele.
Kamerdyner stał w progu, nie odważywszy się wejść do ogrodu.
- To należy przynieść wino z piwnicy! – szorstko pouczył go Aleks.
- Ale ja nie mam kluczy, proszę jaśnie pana hrabiego. – tłumaczył się Walenty.
- Masz ci los! - Aleks podniósł się z kanapki, chrząkając z zakłopotaniem. – Prawda, klucze leżą w moim biurku w gabinecie.
Kazawszy porobić skrytki w lochach, zamknął je na klucz i nie dawał go nikomu z wyjątkiem Walentego. Patrząc na speszoną minę męża, Nina parsknęła śmiechem.
- Ja pójdę po te klucze, a ty, kochany, wracaj do sali, bo niedługo północ.
Pocałowała go w usta i poprawiwszy fryzurę i suknię, udała się z kamerdynerem do gabinetu. Klucze leżały na samym spodzie szuflady, przykryte jakimiś dokumentami. Podała je Walentemu, a sama usiadła na rzeźbionym krześle z wysokim oparciem, czekając aż staruszek wróci. Odruchowo przyjrzała się leżącym na biurku dokumentom. Wzięła je do ręki i przez długą chwilę wpatrywała się w nie z niedowierzaniem. Był to paszport wystawiony na Aleksandra Iwanowicza hrabiego Klonowieckiego z Makowa. Nie wierzyła własnym oczom! Aleks postarał się o paszport, nie wspominając jej o tym ani jednym słowem. Dokument wystawiony był na początku grudnia, a więc zupełnie niedawno. Najwidoczniej mąż zamierzał w tajemnicy przed nią wyjechać za granicę!
Jęknęła i chwyciła się za głowę. Po raz kolejny przekonała się, jak niewiele wie o własnym mężu. Ostatecznie mogła zrozumieć, że był skryty, ponieważ spotkał go w życiu bolesny zawód. Jednak tym razem to go bynajmniej nie usprawiedliwiało. Paula była podłą kreaturą i jadowitą żmiją, to fakt. Ale ona jest przecież jego prawowitą małżonką, oddaną mu ciałem i duszą. Wkrótce urodzi jego dziecko! Położyła dłoń na brzuchu. Jakby pod wpływem tych gorzkich myśli, dziecko poruszyło się w jej łonie boleśnie i gwałtownie. Przez jakiś czas siedziała jak skamieniała, mając ochotę ukryć się w jakimś kącie i płakać. Kiedy Walenty odniósł klucze, położyła je na swoim miejscu, a paszport wsunęła głęboko za dekolt sukni, postanawiając rozmówić się z mężem jeszcze dzisiaj. „O, powiem mu, co o nim myślę, choćbym się miała z nim pokłócić i samotnie spędzić kilka nocy”.
Z ponurą miną wróciła na salę balową. Właśnie rozległ się majestatyczny, spiżowy dźwięk wielkiego zegara wybijającego północ. Zagrzmiał werbel, a orkiestra zagrała tusz. Mąż wziął ją za rękę i razem stanęli na środku sali.
- Mesdames, messieurs! – zawołał donośnie. – Niech żyje Nowy Rok 1863! Oby okazał się pomyślny dla nas i naszej ojczyzny! Wiwat!
Strzeliły korki szampana, a na dziedzińcu huknęła stara armatka. W ciemne, pochmurne niebo trysnęły wysoko kolorowe feerie ogni sztucznych, pękając z hukiem nad dachem pałacu i rozsypując się w pióropusze iskier.
- Najdroższa moja, życzę ci Do siego Roku. – usłyszała szept męża, a na ustach poczuła jego gorący pocałunek. Popatrzyła w jego oczy rozświetlone radością, lecz na myśl o znalezionych dokumentach, oddała mu pocałunek tak chłodno, że spojrzał na nią ze zdumieniem.
Przyszedł jej na myśl pamiętny pierwszy bal sylwestrowy, gdy nieśmiało i z niewiarą życzyła sobie, aby zamieszkać z tym cudownym pałacu. Los uśmiechnął się do niej, ale do miodu dolał złośliwie cały kubeł goryczy. Prowadzona przez męża, podeszła do wojewodziny, przy której stał Starewicz w towarzystwie panny w różowej toalecie. Stara dama rozmawiała z nią bardzo uprzejmie, manifestując wobec niej swoją życzliwość. Przypatrzywszy się pannie z bliska, Nina stwierdziła, że dziewczyna jest ładna, ale brakowało jej wielkoświatowej swobody, była sztywna i lalkowata. Przy składaniu życzeń, Starewicz tak mocno przycisnął usta do dłoni Niny, że musiała mu ją wyrwać. W oczach Aleksa błysnął płomień gniewu. Za to zuchwalstwo posłałby mu chętnie sekundantów, lecz nie chciał ranić matki chrzestnej.
- Pani hrabina pozwoli, że przedstawię jej pannę Rachelę Stein. – powiedział Starewicz, gdy już wszyscy złożyli sobie życzenia.
Prezentowana panna dygnęła, na co Nina odpowiedziała zaledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.
- Jak na Polkę, ma pani dziwaczne imię! – zauważyła niegrzecznie.
Dziewczyna oblała się rumieńcem, a Starewicz pobladł i z obawą zerknął na babkę.
- Panna Stein ma niemieckie korzenie. – wyjaśnił pośpiesznie.
- Doprawdy? – Nina z obraźliwym wprost niedowierzaniem wysoko uniosła brwi. – Dlaczego nie poprosi pan panny Jadwigi do walca? To nieładnie tak zaniedbywać swoją narzeczoną! – upomniała go słodziutkim tonem i nie czekając aż on wydusi z siebie odpowiedź, prędko odeszła.
Orkiestra zagrała popisowego menueta i Tadeusz poprosił ją do tańca. Tańczyli tylko we dwoje, rozmawiając półgłosem:
- Kotku, wyglądasz dziś jak srebrzysta gwiazda. Ale skąd u ciebie ta mordercza mina? – zagadnął, wykonując zgrabny balans. – Czy ktoś cię obraził? Powiedz słowo, a zaraz go zabiję!
- Ach, Tadziu, jestem po prostu wściekła na Starewicza. Najchętniej wysłałabym go do wszystkich diabłów. Dla worka rubli porzucił Jadwigę i zaleca się do tej dziewuchy w różowej sukni.
- Może się zakochał, panna jest ponętna.
- To mogłabym jeszcze zrozumieć, ale on jej nie kocha. Interesuje go tylko jej duży posag. Jest podły i niegodziwy. Składając życzenia, o mało nie odgryzł mi palców.
- O, taki namiętny? – prychnął śmiechem Tadeusz, składając jej ukłon. – Wcale mu się nie dziwię. Sam chętnie bym cię poogryzał tu i tam. Kotku, dałabyś mi całusa przy Nowym Roku.
- Dam ci klapsa i poskarżę się Zosi! – zagroziła, śmiejąc się. – Jestem szalenie ciekawa reakcji pani wojewodziny, kiedy się dowie, kogo kochany Gucio nazwie swą żoną. Nie mam nic do tej dziewczyny, jednak nie mogę spokojnie patrzeć na rozpacz Jadwigi.
- Kiedy ja nie widzę, żeby Jadzia tak bardzo rozpaczała. – ruchem głowy Tadeusz wskazał pannę Wąsocką, z ożywieniem rozmawiającą ze Śliwiakiem, wpatrzonym w nią jak w cudowne zjawisko. 
 Była sztucznie uśmiechnięta i nienaturalna.
- To tylko poza. – powiedziała Nina. – Prosiłam Mirę, żeby zapoznała tego pana z Jadzią. Jej flirt jest niewinnym odwetem na Starewiczu. Uff, mam dosyć tego tańca. Proszę, odprowadź mnie na kanapkę.
Usiedli przy Zosi i jedząc sorbet, rozmawiali o nieszczęsnym romansie Jadwigi. Tadeusz mający bardzo czułe serce, zawrzał gniewem na Starewicza.
- Co za szubrawiec! – warknął. – Mam ochotę dać mu po gębie i wyrzucić z balu.
Obie panie zlękły się wiedząc, że Starewicz znakomicie strzela. Obawiały się awantury do której Tadeusz miał predylekcję3. Na szczęście do sali wkroczył Walenty i uroczyście oznajmił, że do stołu podano. Nina wstała z kanapki i podeszła do Jadwigi.
- Jestem pewna, że ten rok mimo wszystko będzie dla ciebie pomyślny. – wyraziła nadzieję. – Może właśnie spotkasz mężczyznę, który obdarzy cię prawdziwą miłością. – szepnęła jej do ucha.
Panna Wąsocka podniosła na nią oczy pełne łez.
- Nino, kto teraz weźmie mnie za żonę? Och, wolałabym umrzeć!
W połowie balu Ninie zrobiło się słabo. Zaledwie miała siłę żeby dojść do sypialni. Rzuciła się na łóżko i kazała wystraszonej Ulisi przynieść sobie koniaku. Wykurowała się alkoholem ze słabości tak skutecznie, że przez resztę balu bawiła się cudownie, czując się lekką jak podlotek. Miała szalone powodzenie, uwodząc mężczyzn z wyrafinowaną kokieterią. Aleks, z trudem przeciskając się przez mur fraków otaczających żonę, obserwował ją wzrokiem będącym zapowiedzią burzy, co ją niesłychanie bawiło. Bal zakończył się już o świcie „białym mazurem” Jadwiga jednak dała się namówić pannie Lutownie i odśpiewała” „Marsz, marsz Polonio!”.
 
Pieśni wysłuchano w pełnej skupienia ciszy. Mężczyznom zapłonęły oczy, a na ten widok serca kobiet ścisnęły się jakimś złym przeczuciem. Nikomu jednak nie przyszło nawet na myśl, że wraz z minionym rokiem, odeszła nieodwracalnie w przeszłość piękna epoka romantyzmu. Wkrótce cały kraj stanąć miał w obliczu strasznych wydarzeń, które wstrząsnęły podwalinami państwa i zmieniły losy tysięcy ludzi.
1 George Sand - Aurora Dudevant (1804-1876) pisarka francuska, znana z wielu skandali, kochanka Chopina. Powieści - m.inn."Wędrowny czeladnik," "Indiana".
2 Keine - żaden.
3 Predylekcja - skłonność.