wtorek, 17 maja 2016

Tajemnica kaplicy grobowej.


Przez resztę dnia, kobiety w pałacu i w czworakach ciężko pracowały, piekąc chleby, susząc bułki na suchary i przygotowując żywność dla powstańców. Zbierały odzież, zioła i leki z domowej apteczki. Zwijały się jak w ukropie, prawie nic do siebie nie mówiąc. Niemal każda miała w partii kogoś bliskiego i o nim myślała. Większość ciężkich prac, z braku młodych mężczyzn, spadła na barki kobiet, lecz na razie nikt nie narzekał, uniesiony zapałem pierwszych dni walki. Wieczorem, kosze pełne żywności i odzieży, zaniesiono do kaplicy grobowej, dokąd miały zajechać wozy.
Nina skracała sobie czas, pisząc listy do męża i Jasia. Skończywszy, wstała od sekretarzyka i odsłoniła firankę, wyglądając na zewnątrz. Noc była bardzo ciemna, wiał silny wiatr, hucząc w kominkach i niosąc fale ulewy. Z westchnieniem rozejrzała się po wykwintnym buduarku, wyobrażając sobie męża, przebywającego w puszczy pod gołym niebem, w zimnie i deszczu. A może leżał gdzieś w chłopskiej stodole i nie spał, myśląc o niej? "Ukochany, tak ogromnie tęsknię za dotykiem twoich drogich rąk i za twym pocałunkiem" - szepnęła, przyciskając czoło do zimnej szyby. Wzdrygnęła się, bo wicher zawył w kominku, a w parku głośno szumiały drzewa. W taką noc samotność jest szczególnie przykra. Wichura jęczała w kominach, wpadając do sal w starej części pałacu, gdzie dawno już stanęły zegary i tylko czasem mysz zaszeleściła pod boazerią.
Z niepokojem zerknęła na Grota, wyciągniętego wygodnie na poduszce przed kominkiem. Pies miał zamknięte oczy, a pysk złożył na wyciągniętej przedniej łapie. Spał i lekko sapał przez nos. Starzy ludzie powiadali, że psy i konie natychmiast wyczują upiora. Jeżeli Grot spał spokojnie, to widocznie nie ma się czego bać. Zaczęła przechadzać się po pokoju, przypatrując się z niesmakiem swojej postaci, odbitej w taflach luster. Na gzymsie kominka paliły się dwie lampy naftowe, mające śliczne szklane klosze mlecznej barwy. Ze ścian spoglądały na nią portrety dawnych pań Makowa. Jej kroki obudziły psa. Spojrzał na nią i zaskomlił. Przykucnęła przy nim i zaczęła go pieścić, przemawiając do niego, jak do człowieka. Samotność ciążyła jej nieznośnie i ucieszyła się, gdy do pokoju przyszła niania, a po niej Mira, pani ochmistrzyni i Kumosia. Obsiadły kominek, zwijając długie pasy białego płótna pociętego na bandaże. Panna Lutówna, jak zwykle pełna była zapału.
- Zobaczycie moje panie.- odezwała się, przerywając na moment pracę – Jak tylko powstanie ogarnie cały kraj, Francja natychmiast pośpieszy nam z pomocą!
Nina posłała jej gniewne spojrzenie. Naiwność i brak poczucia realizmu zawsze ją u przyjaciółki denerwowały.
- Tre fere! Już to widzę. - syknęła. - Nie poskąpią nam obietnic, dopóki powstanie w Polsce będzie sprzyjało ich interesom. Potem pozostawią nas na pożarcie Moskalom. Czy przypominasz sobie wierszyk biskupa Krasickiego? "Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły!"
- Nie masz racji, kochanie. - upierała się Mira. - Dziś jest zupełnie inna sytuacja niż w roku trzydziestym pierwszym. Upadł mit o niezwyciężonej potędze Austrii, a Napoleon III udowodnił, że potrafi zwyciężać, jak jego nieśmiertelnej pamięci stryj. Włochy się jednoczą, a Rosja została pokonana w wojnie krymskiej. Car był zmuszony podpisać prośbę o pokój!
Napoleon III z żoną Eugenią.
 - W porządku. - Nina dla świętego spokoju machnęła ręką.- Pogadamy za rok. O ile dożyjemy ! - dodała półgłosem.
- Przestańcie się sprzeczać! - upomniała je Jaga. - Będzie, co Bóg da.
- Będzie to, co ludzie sobie sami zgotują. - mruknęła ponuro Nina i zwiesiła na piersi głowę.
Wszystkie jednocześnie podskoczyły, posłyszawszy pukanie. Na tarasie stał pan Bochniak i pukał w szybę. Wszedł do pokoju, otrząsając się z wody jak zmokły pies.
- Ale przykra noc!- prychnął.- Przepraszam, że przestraszyłem panie, ale wolałem iść przez park. Pani hrabina nie zmieniła zdania? W takim razie proszę się ciepło ubrać, bo jest mokro i zimno. Zastanawiam się, jak ci biedacy przejadą wozami po takim błocie?
Nina narzuciła na siebie ciepły płaszcz z kapturem i włożyła kalosze. Wyszli i natychmiast owionął ich powiew wichury i ogarnęła wilgotna ciemność. Nina poczuła, że zapada po kostki w błoto. Rządca oświetlał drogę małą latarenką, gasnącą w powiewach wiatru. Ostre podmuchy szarpały połami jej szerokiego płaszcza, rzucając w twarz fale deszczu. Przypomniała sobie nocną wędrówkę przez park, gdy miała zawieźć do spiskowców listy Aleksa, ostrzegające przed stanem wojennym. Wtedy błądziła, nie mogąc trafić do bocznej furty. Teraz już znała na pamięć każdy zakątek parku i szła przed siebie szybkim, pewnym krokiem. Budynek kaplicy zasłonił ich przed wichurą. Pan Bochniak wręczył jej latarkę, a sam wymacawszy zamek, otworzył ciężkie drzwi kluczem wyjętym z kieszeni. Weszli w ciemną czeluść, zimną i duszną. Nina obserwowała starszego pana, o nic nie pytając. Otrzepała się z wody i przespacerowała z kąta w kąt. Od kamiennej posadzki ciągnął lodowaty chłód.
- Zimno! - przytupnęła, aby rozgrzać stopy. - Długo będziemy na nich czekać?
- W najlepszym razie około godziny.
- Czy dowiem się, gdzie ukryta jest broń? - Nina nie mogła powstrzymać palącej ciekawości.
- Naturalnie. - zaśmiał się rządca. - Pani hrabina raczy stać nad skrytką!
- W krypcie grobowej? Niemożliwe!
- Możliwe. Ludzie obawiają się zmarłych i duchów, a tu straszy! Nikomu z obcych nie przyjdzie do głowy szukać broni w tym ponurym miejscu. - pan Bochniak zbliżył się do ołtarza i zapalił w lichtarzu świeczkę. Mały, drżący płomyk prawie wcale nie rozjaśnił panujących ciemności, zalegających kąty kaplicy.
- To oczywiste. - uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie, jak okropnie była wystraszona, ujrzawszy światło w oknach kaplicy. - A kto wpadł na ten znakomity pomysł?
- A kto inny, jak nie nasz mądrala Walenty. Tylko on, jak nikt, zna kryjówki pałacu. Ale ja przeproszę na chwilę. Muszę zejść do krypty. Może pani hrabina raczy usiąść w ławce i odpocząć?
- Pójdę z panem. - oznajmiła stanowczo.
Krypta grobowa
  Rządca otwarł kluczem żelazną kratę zamykającą wejście do podziemia i wszedł pierwszy, niosąc zapaloną świeczkę, po drodze zapalając od niej kaganki przymocowane do ściany. Nina schodziła za nim, wąskimi kamiennymi schodami, ich cienie podążały za nimi, ruchliwe i upiorne. Zatrzymali się w półkoliście sklepionej krypcie, której koniec ginął w mroku. Po obu stronach stały trumny, ustawione jedna na drugiej na dębowych półkach. Do każdej trumny przybita była metalowa tabliczka z imieniem, nazwiskiem, datą narodzin i śmierci nieboszczyka. Tylko okuta brązami, ciężka trumna zmarłej hrabiny Tekli, stała jeszcze na środku krypty na drewnianym stojaku. Nina przeżegnała się i położyła na niej dłoń, szepcząc pacierz za duszę ukochanej cioci. Poszła nieco dalej, mając niemiłe wrażenie, że lada moment uchyli się wieko jakiejś trumny i wysunie się z niej ramię szkieletu. Pan Bochniak zapewne również nie czuł się w tym miejscu bezpiecznie, bo chrząkał głośno dodając tym sobie odwagi i nieznacznie zerkał do tyłu i na boki. W końcu rzucił okiem na cebulasty zegarek i natychmiast odzyskał zimną krew, zapominając o strachu.
- Późno już. Musimy iść na sam koniec krypty. - oznajmił i poszedł przodem.
Na końcu krypta rozszerzała się na kształt małej rotundy. Tam już nie stały trumny. Posadzka była gładka, z kamiennych płyt. Nieznany kamieniarz wyrzeźbił na ścianie rozmaite emblematy śmierci. Pan Bochniak podszedł i włożył palec w czarny oczodół kamiennej trupiej czaszki. Rozległ się cichy zgrzyt i niespodziewanie pod stopami Niny, odsunęła się jedna z dużych płyt posadzki, ukazując głęboki otwór. Odskoczyła z okrzykiem przerażenia i zdumienia. Okazało się, że wcale nie znała tajemnic swojego domu.
Emblematy śmierci w kaplicy grobowej
  Rządca pochylił się i zajrzał do lochu.
- Tu jest drabina, ale niech młodzi po niej schodzą. Mnie kości bolą na tę pluchę.- rzekł półgłosem. - Karabiny leżą w skrzyniach, dziś weźmiemy tylko część. Reszta niech leży.
- Zupełnie jak w jakimś romansie grozy.- szepnęła Nina. - Ile jeszcze tajemnic kryje Maków?
- Tego chyba nikt nie wie. Niegdyś te podziemia miały praktyczne zastosowanie. Nie było w tym nic romantycznego. W tym miejscu stała baszta obronna, a loch prowadził w puszczę. Tędy uciekali, lub chronili się ludzie z okolicy, w czasie najazdów Tatarów, a potem Krzyżaków. Przejścia używano aż do czasów wojen szwedzkich. Ten mechanizm odsuwający płytę ma przeszło sto lat i działa jak nowy.
- To tymi lochami nadal można przechodzić? - Nina zajrzała do otworu, zarumieniona z emocji.
- Nie. Teraz są już zamurowane. Ale dawniej wiele pokoleń znajdowało w tych murach ratunek.
- Czy te karabiny nie pordzewieją? Przecież wilgoć tutaj.- zauważyła.
- Wykluczone. Są zawinięte w smołowane płótno i dobrze natłuszczone. Mamy tu dwieście sztuk broni palnej. Oj, żeby było jej w kraju więcej! - pan Bochniak westchnął żałośnie. - Ale nasza partia jest najlepiej uzbrojona. Byle tylko chłopcy zdążyli przed świtem, bo droga daleka i niebezpieczna.
- To wracajmy do kaplicy, bo tu nie usłyszymy jak przyjadą. - powiedziała Nina i unosząc suknię, weszła po kamiennych schodach do kaplicy i usiadła w ławce. 
Rządca usiadł przy niej i niespokojnie zerkał na zegarek. Płomyk świecy zapalonej na ołtarzu chwiał się w podmuchach wiatru, wpadającego przez nieszczelne okna. Siedzieli w całkowitym milczeniu, wsłuchując się w poszum drzew. Ninie wydawało się, że w zawodzeniu wichury słyszy dźwięki ponurej pieśni pogrzebowej. Aby stłumić narastający lęk, zaczęła półgłosem odmawiać litanię do Matki Boskiej. Pan Bochniak natychmiast się przyłączył i w ciemnej, pustej kaplicy, ich głosy brzmiały dziwnie tajemniczo, potęgując nastrój niesamowitości. Naraz rządca umilkł i dał znak, żeby zamilkła. Oboje zaczęli pilnie nadsłuchiwać.
- Chyba już są! - rządca podniósł się z ławki i podszedł do drzwi. Otworzył je szeroko i kilkakrotnie uniósł w górę latarnię
W ciemności rozległy się kroki i kilka ciemnych postaci weszło do wnętrza kaplicy.
- No, nareszcie! Spóźniliście się przeszło godzinę! - zawołał rządca.
- A niech szlag trafi taką pieską pogodę!- wymamrotał czyjś zachrypnięty głos i ktoś kichnął. Przybyły zerwał z siebie mokrą płachtę, w jaką był owinięty. Inni mężczyźni też klęli, otrzepując się z wody.
- Panowie, tu jest dama! - ostrzegł pan Bochniak.
Powstańcy dopiero teraz spostrzegli siedzącą w ławce Ninę i zamilkli zawstydzeni i speszeni, pośpiesznie zrywając z głów konfederatki i kłaniając się. Wstała i wyszła im na spotkanie.
- Witam panów. - odezwała się uprzejmie. - Jestem żoną pana naczelnika.
Wysoki mężczyzna, który pierwszy wszedł do kaplicy, podszedł i skłonił się nisko.
- Pani hrabina raczy nam wybaczyć nieoględne wyrażenia, myśleliśmy, że jesteśmy sami. Pani pozwoli, że się przedstawię:jestem Skrzycki, nauczyciel z Zagnańska, a obecnie dziesiętnik w oddziale. A to moi koledzy.
Mężczyźni kolejno podchodzili i kłaniając się, składali na jej dłoni pocałunek.
- Miło mi poznać panów, nawet w tak niesprzyjających okolicznościach. Zaraz po załadunku wozów, czeka na panów gorący posiłek w oficynie. Czy mój mąż nie przekazał panom dla mnie jakiejś wiadomości?
- Owszem. - Skrzycki wręczył jej kilka listów. - Mam list dla pani hrabiny i pań z sąsiednich majątków. A gdzie jest broń?
- Proszę za mną. - pan Bochniak sprowadził powstańców do podziemia. Nina ustawiwszy świeczkę na pulpicie ławki, zaczęła czytać list od męża. Lecz tym razem napisał tylko kilka słów, żegnając się z nią przed odejściem do Wąchocka, pod komendę generała Langiewicza. Obiecywał, że wkrótce powróci z generałem w pobliże Makowa. Wielki ciężar troski legł na jej sercu. Zrozumiała, że wraz z odejściem partii, Maków będzie zdany na łaskę losu. Wąchock był zbyt oddalony, aby w razie zagrożenia można było wezwać oddział na ratunek. Teraz już musieli radzić sobie sami. Nina miała władczy charakter, odziedziczywszy tę cechę po babce marszałkowej i ciotce Marii. Bardzo lubiła rządzić, lecz obecnie samodzielność przyszła zupełnie nie w porę. Musiała wziąć rządy w swoje ręce, czując się apatyczna i ociężała. Rozpacz po rozstaniu z mężem, odebrała jej całą energię, jaką się zawsze szczyciła. Wydawało się jej, że jest dzieckiem, samotnym i bardzo przerażonym, ciężarem odpowiedzialności za ludzi i majątek. To była prawdziwa złośliwość losu, bo jeszcze niedawno marzyła, aby Maków uczynić ośrodkiem kultury i sztuki, słynnym na całą gubernię, a nawet na kraj. Zamierzała zapraszać do pałacu ludzi znanych z talentów i wykształcenia. Pragnęła gościć w swoim domu dalszą rodzinę męża, jego ciotkę księżnę i całą arystokratyczną elitę. Tymczasem wybuch powstania uniemożliwił jej urzeczywistnienie tych marzeń, sprowadzając ją do roli kury domowej – czego nienawidziła.
Mężczyźni przydźwigali ciężkie skrzynie z bronią, głośno stękając i przeciskając się z trudem wąskimi schodami. Minęło sporo czasu, zanim załadowali skrzynie na wóz. Pan Bochniak starannie zamknął kratę do krypty i wszyscy wyszli z kaplicy. Teraz czekał powstańców załadunek amunicji i beczułek z prochem. Nina nie wiedziała gdzie są ukryte. Ale pan Bochniak bez wahania zagłębił się w ciemności parku, za nim ruszyły wozy. W deszczu i wichurze wędrowali długimi alejami dbając, żeby wozy jechały po żwirze i nie ugrzęzły gdzieś na błotnistym trawniku. Silne porywy wiatru przeginały i miotały bezlistnymi gałęziami, ciskając im w twarze krople deszczu.
 Taka pogoda, mimo że uciążliwa, dawała pewną gwarancję bezpieczeństwa. Nina szła z coraz większym trudem, ocierając zalane deszczem oczy i co chwilę wyciągając nogi z błota. Właściwie mogła już wrócić do domu, uważała jednak, iż obecność żony naczelnika, doda powstańcom otuchy i podniesie w ich oczach jej autorytet. Była to teraz jedyna rzecz, jaką mogła dla męża zrobić. Na małej polanie w głębi parku, znajdowała się sztuczna grota zrobiona ze skał. Pan Bochniak wskazał miejsce, gdzie należało kopać. Pod kamienną ławeczką leżały przygotowane łopaty i szpadle, a na przybyszów oczekiwali, drżący z zimna Maciek i dwóch młodych stajennych. Mężczyźni energicznie wzięli się do pracy, odrzucając mokry i miękki piasek. Po chwili łopaty zazgrzytały o obite blachą wieka skrzyń. Samo ich wydobycie i wykopanie kilku baryłek z prochem, nie zajęło już wiele czasu. Ulewa powoli ustała, a silny wicher rozpędził chmury. Blade, anemiczne światło księżyca posrebrzyło korony drzew.
  Nina stała oparta o skałę i modliła się, żeby nie zwymiotować i nie skompromitować się przed żołnierzami męża. Było jej niedobrze i miała zawroty głowy. Odetchnęła kilka razy pełną piersią, wciągając w płuca zimne powietrze. Poczuła się odrobinę lepiej. Zaraz też skończono załadunek i wozy skierowały się ku oficynie. Jednak powstańcy zrezygnowali z gorącego posiłku, zadowalając się kanapkami z wędzonką i popijając je wódką. Nina pomyślała ze strachem, że mogą się upić, lecz Skrzycki rozlał do manierek tylko porcję alkoholu na rozgrzewkę, resztę chowając na potem. Wozy załadowane żywnością i odzieżą już czekały gotowe. Nina pożegnała powstańców, podając każdemu rękę i modląc się w duchu, aby w drodze nie spotkała ich zła przygoda. Kiedy wozy ruszyły, patrzyła za nimi tak długo, aż zniknęły pomiędzy drzewami.
 - Rano będą na ścieżkach ślady kół. - odezwała się do pana Bochniaka.
- Niech się jaśnie paniuleczka nie frasuje, skoro świt, zatrzemy koleiny. - obiecał Maciek. - Da Bóg, nasi dojadą szczęśliwie, bo przy takiej plusze nawet kozunie wolą siedzieć przy piecu.
- Wracajmy. - sapnął pan Bochniak. - Uff, ale mieliśmy niespokojną noc! Żeby tylko pani hrabina nie zachorowała. Ośmielam się radzić kieliszek czystej wódki z pieprzem, a potem do łóżka. Sam sobie zaaplikuję taką kurację, bo czuję, że mnie w nosie kręci na katar
Jaga nie kładła się i czekała na Ninę. Kiedy tylko weszła na taras, niania otwarła drzwi i wpuściła ją do pokoju. Gderając pod nosem, pomogła jej pozbyć się przemoczonego płaszcza i mokrej sukni
- Zdejm zaraz te zabłocone kalosze i mokre pończochy! - poleciła, sadzając Ninę przed kominkiem, jak dużą lalkę i rozplatając jej wilgotne warkocze. - Sina, zziębnięta i mokra! - zrzędziła. - Nic nie dbasz o swoje zdrowie, ale potem będziesz tego żałowała. Zobaczysz!
- Nianiu, proszę, przynieś mi kieliszek wódki z pieprzem i kawałek chleba. - odezwała się Nina ochrypłym głosem, grzejąc nad ogniem lodowate dłonie.
- Zaparzę ci malin. Wódka szkodzi dziecku.
- Do diabła z tym dzieckiem! - wrzasnęła rozwścieczona Nina – Daj mi wódki i przestań marudzić!
Jaga spojrzała na nią ze zgrozą i bez słowa wymaszerowała z sypialni, bardzo obrażona. Powróciła po chwili, niosąc na tacy kieliszek wódki i kromkę chleba z solą. Z hukiem postawiła tacę przed Niną.
- Jak dla furmana! - mruknęła pogardliwie.
Nie zważając na jej dąsy, Nina wypiła wódkę i zaraz po całym ciele rozeszło się gorąco, jak strumień ognia. Głowę miała ciężką, myśli mieszały się i kłębiły pod czaszką. Podtrzymywana przez Jagę, niepewnie powędrowała w stronę łóżka. Z głębokim westchnieniem ulgi, utonęła w miękkich puchach. Pokój wirował, ale to było nawet przyjemne uczucie. Jaga pochyliła się i patrząc na nią ze współczuciem i miłością, ucałowała ją w czoło.
- Moja mała, dzielna dziewczynka! - szepnęła czule.
- Nianiu, ja się boję! - sennie wyszeptała Nina i zapadła w otchłań snu.
Przez następne kilka dni, okolice Makowa były tak spokojne, jakby powstania wcale nie było. Polacy kryli się po lasach, atakując słabsze posterunki nieprzyjacielskie i unikając walki z dużymi kolumnami. Pomimo wszystkich trudności, powstanie nie gasło. Część szlachty, a nawet arystokracji, zlekceważyła polecenie Dyrekcji Białych, zalecającej bojkot walki zbrojnej i wielu czynnie włączyło się do powstania. W samym tylko powiecie bolimowskim, walczyło w powstaniu aż trzech hrabiów. Jednakże ogół szlachty, a nawet część społeczeństwa polskiego, oczekiwały na dalszy rozwój wypadków, uzależniając od zaistniałej sytuacji postawę neutralną, lub wzięcie czynnego udziału w walce.
Książę Władysław Czartoryski
 Dyrekcja Białych czekała na znak z Hotelu Lambert w Paryżu, będący siedzibą księcia Władysława Czartoryskiego, który po zmarłym ojcu przejął rządy dusz oraz politykę zagraniczną podziemnego państwa polskiego. Równie wyczekującą postawę przyjęły państwa zachodnie, wysyłając na terytorium walki swoich agentów i dziennikarzy, pilnie obserwujących zmagania obu walczących stron. Przez ostatnie dni stycznia, powstanie zaledwie się tliło, podtrzymywane heroicznymi wysiłkami Stefana Bobrowskiego, energicznie i sprężyście kierującego pracami. Ze wszystkich stron kraju podążały do stolicy setki kurierów, przybywając niemal co godzinę, z żądaniami broni, amunicji, pieniędzy, odzieży i lekarstw. Bobrowski upadał ze zmęczenia. Dwoił się i troił, chcąc podołać narastającym zewsząd żądaniom. Na jego rozkaz, młody mechanik Ludwik Lempke zorganizował pierwsze warsztaty rządowe, produkujące broń, amunicję, mundury i sprzęt, na potrzeby wojska. Z Warszawy wyruszyli studenci Akademii Medycznej i młodzi lekarze, obejmując obowiązki w lazaretach polowych i tajnych szpitalach wojskowych. W lasach tworzono nowe partie i odbywano musztry z napływającą wciąż nieprzerwanie falą ochotników. Generał Aleksander Uszakow, dowodzący wojskami w guberni radomskiej, zaskoczony wybuchem zbrojnym, bardzo opieszale montował swoją armię. Niestety, generał Langiewicz nie potrafił wykorzystać sprzyjających okoliczności i działać energiczniej. Za to we wszystkich cerkwiach 
imperium i zaboru rosyjskiego, popi używali sobie, przeklinając przy nabożeństwach siarczyście zbuntowaną Polszę1!
1W kościele prawosławnym był zwyczaj wyklinania po nabożeństwie wrogów cara i Moskwy.