piątek, 20 maja 2016

Tajemniczy nocny gość i niebezpieczna wyprawa.


20 maja 2016 r.
Pewnej nocy obudziło mieszkańców pałacu mocne pukanie do drzwi.
Pierwszy porwał się Walenty, śpiący jak zając, z otwartymi oczami. Nie śpiesząc się z otwieraniem, poszedł obudzić panią. Zanim oprzytomniała z twardego snu, już zerwali się z łóżek lokaj Paweł i Jaga oraz pani ochmistrzyni. Razem poszli sprawdzić, kogo licho przyniosło. Przez uchylone drzwi, wcisnął się do sieni mężczyzna otulony w futrzaną szubę. Spod puszystej czapki z lisa, widać mu było tylko oczy. Rozejrzał się i uspokojony widokiem rozespanych domowników, złożył niezgrabny ukłon.
- To Maków, majątek pana hrabiego Klonowieckiego? - spytał cichym, opanowanym głosem.
- Tak. - Nina zmierzyła przybysza podejrzliwym wzrokiem. W tych czasach nie wolno było ufać nikomu obcemu.
- Przepraszam. Obudziłem państwa o bardzo niestosownej porze. - usprawiedliwiał się nieznajomy, strącając z siebie krople deszczu. - Muszę koniecznie pomówić z panem hrabią!
- Niepotrzebnie się pan trudził. - burknęła Nina rozespana i zła. - Mąż wyjechał za granicę dla poratowania zdrowia. Przykro mi.
Przybysz nie wyglądał na zawiedzionego tą wiadomością.
- W takim razie chcę rozmawiać z panią hrabiną Klonowiecką! - oświadczył, nie zrażony chłodnym przyjęciem. - To bardzo ważne!
  Nina gestem zaprosiła go do buduaru. Walenty pośpiesznie zapalił lampy naftowe i świeczniki, kierując całe światło na nieproszonego gościa, aby Nina mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Ale spod podniesionego kołnierza i wciśniętej mocno na czoło czapki, niewiele było widać. Nina skinęła i kamerdyner pozostawił ich samych. Była świadoma, że Walenty stoi razem z Pawłem za drzwiami i gotowy do interwencji nadsłuchuje, czy nie dzieje się jej krzywda.
- Słucham pana.- usiadła i wskazała nieznajomemu fotel.
- O panu Klonowieckim słyszałem od doktora Borutyńskiego. - przemówił mężczyzna. Wstęp był niebezpieczny i Ninę ogarnęło złe przeczucie. Nie ufała ludziom kryjącym swoje twarze.
- Przepraszam. - odezwała się wyniośle. - Jak dotąd, nie wiem z kim rozmawiam.
- Pani raczy mi wybaczyć. - gość zaczął manipulować przy dużym guziku futra. Z trudem odkręcił wierzch guzika i wydobył maleńką karteczkę, wręczając ją Ninie
Pieczęć Rządu Narodowego 1863 r.
  Ciągle spięta i nieufna, podeszła do lampy i obejrzała uważnie skrawek papieru. Dostrzegła pieczęć z Orłem, Pogonią i Archaniołem Michałem, a poniżej napis:"Polska z roku 1772, jedna, niepodzielna." Był to rozkaz Rządu, polecający okazicielowi dokumentu, udzielenie wszelkiej pomocy i informacji. W razie odmowy groziła surowa kara. Dokument był z pewnością autentyczny, bo zupełnie takie same pieczęcie widziała na rozkazach przywożonych przez Jasia1.
Nieznajomy zdjął czapkę i złożył jej głęboki ukłon.
- Jestem członkiem Rządu Narodowego i nazywam się.... - nie dokończył, bo przerwała mu stanowczym gestem.
- Nie! Proszę mi się nie przedstawiać. Mogę zostać aresztowana i gdyby pytano mnie, czy znam takiego a takiego pana, chcę z czystym sumieniem odpowiedzieć, że go nie znam!
- Jak pani hrabina sobie życzy. - zgodził się mężczyzna i starannie ukrył karteczkę we wnętrzu guzika.
- W czym mogę być panu pomocna? - spytała, chowając obie dłonie w szerokich rękawach peniuaru, obszytego białym futrem. Obcy nie powinien był się domyślić, że trzęsie się ze strachu. Obecność członka Rządu Narodowego pod dachem jej domu, niosła zapowiedź zemsty władz carskich, widmo więzienia i zesłania, a może nawet śmierci.
Mężczyzna zdecydował się zdjąć futro. Usiadł swobodnie i patrzył na nią badawczo.
Komitet Centralny Narodowy.
 - Potrzebuję pomocy pani hrabiny. - rzekł, zniżając głos do szeptu. Twarz miał młodą, szczupłą i raczej pospolite rysy przeciętnego inteligenta. Zachowywał się nieśmiało, widocznie nie oswojony jeszcze z piastowaną wysoką godnością. Nie nauczył się żądać i rozkazywać tylko prosił.
- Ja wiem, że pan naczelnik "Czarny", znajduje się w polu wraz ze swoją partią. - ciągnął, używając pseudonimu Aleksa, znanego tylko wtajemniczonym. - Pan Janek wiele mi o nim opowiadał i polecił dom pana hrabiego, jako miejsce, gdzie w razie potrzeby można znaleźć gościnę i pomoc.
" A to mi się braciszek przysłużył!" - pomyślała z gniewem, unosząc jednocześnie kąciki ust w uroczym uśmiechu.
- Czy wiadomo pani hrabinie, gdzie obecnie znajduje się pan generał Langiewicz?
- Prawdopodobnie jeszcze w Nowej Słupi.
- Daleko stąd ?
- Kilkanaście wiorst. To niewielkie miasteczko u stóp Góry Świętokrzyskiej.
- Rozumiem. - bąknął przybysz, ściągając z namysłem brwi. - Mimo wszystko, ja muszę dotrzeć do pana generała! Miałem pecha, zgubiłem się. Nie znam terenu i nie posiadam żadnego środka lokomocji. Wynajęty chłop podwiózł mnie tylko do Makowa.
- Pan wie o spaleniu Wąchocka?
- Niestety wiem. Wszyscy o tym mówią i zapał zaczyna przygasać. Tym bardziej muszę widzieć się z generałem.
Nina popatrzyła na niego z politowaniem.
- Pan wcale nie orientuje się w sytuacji! - oznajmiła podniesionym tonem. - Od strony Radomia, generał Mark rozsyła kolumny wojska, pacyfikując okolicę. Palą i niszczą przed sobą wszystko .Z Kielc wyruszył pułkownik Czengiery i razem z Gołubowem pustoszą tereny Gór Świętokrzyskich. Wszędzie buszują kozacy. Pan mówi:"muszę się widzieć z Langiewiczem!" A jak do niego dotrzeć, pytam? Na miotle?
Zarys ust mężczyzny nagle stwardniał.
- Nie wiem jak, ale mam nadzieję, że pani hrabina ułatwi mi to zadanie. Przedzieraliśmy się tutaj w większym gronie, lecz dla bezpieczeństwa rozdzieliliśmy się i teraz nie mam pojęcia gdzie obecnie są moi koledzy i czy jeszcze żyją. Rząd Narodowy musi nawiązać kontakt z panem generałem! - jego głos nadal brzmiał uprzejmie, ale w ostatnich słowach dosłyszała nutkę rozkazu.
Członkowie Rządu Narodowego.
- Zrobię, co w mojej mocy, lecz nie mogę zagwarantować panu, że ta impreza się powiedzie. Proponuję, żeby pan przenocował i wypoczął. Jutro zastanowimy się, co robić. - wstała i pociągnęła taśmę dzwonka.
Walenty zjawił się w mgnieniu oka.
- Proszę wskazać panu pokój i podać posiłek. Walenty, nikogo tu nie było tej nocy!
- Oczywiście! Wszyscy całą noc mocno spaliśmy! - odparł kamerdyner krótko i z ciekawością obejrzał gościa.
- Życzę panu spokojnej nocy. - Nina skinęła głową i poszła do sypialni
Jaga czekała na nią, ogromnie zaintrygowana nocnym przybyszem, lecz rzuciwszy okiem na zatroskaną twarz wychowanki, nawet nie spytała, kto przyjechał.
- Coś mi się wydaje, że znowu masz nowe kłopoty, kotuniu. - zauważyła tylko, odruchowo strzepując i porządkując pomiętą pościel.
- Obawiam się, że tak, nianiu. Idź już spać, kochana. Połowę nocy mamy straconą.
Ułożywszy się w wyziębionym łożu, Nina rozważała, w jaki sposób pomóc wysłannikowi Rządu. W normalnych warunkach, można było dojechać do Słupi w kilka godzin. Lecz trwało powstanie, każdego podróżnego obowiązywały dokumenty: przepustka lub paszport, wystawione przez carskie władze. Nie wątpiła, że delegat Rządu miał doskonale podrobione papiery, lecz to wcale nie było gwarancją bezpiecznej podróży. Rosyjscy sołdaci rozbestwieni bezkarnością, mordowali nawet niewinnych podróżnych, jadących w karetach pocztowych i strzelali do niech dla rozrywki. Poddających się powstańców, bezlitośnie wieszali, .a rannych po bitwie dobijali. Swoim oficerom, próbującym powstrzymać ich od gwałtów, grozili buntem. Sam wielki książę Konstanty, był wstrząśnięty brutalnym zachowaniem swoich żołnierzy i pisał do cara:"Rozbestwienie ich jest okropne i zaczyna sięgać takich rozmiarów, że mnie przeraża!"
 
Stara Słupia. W tym dworze kwaterował Langiewicz.
W tej sytuacji, Nina miała o czym myśleć, jak przewieźć tego człowieka, który jej zaufał, przez obszary patrolowane przez kozaków i dragonów. Nic nie przychodziło jej do głowy, choć tak wysilała umysł, aż dostała migreny. Bardzo żałowała, że nie może się od tego przykrego obowiązku wykręcić, ale nie chciała zrazić do siebie członka Rządu, ze względu na męża, a trochę ze strachu przed surową karą, jaką pewnie wymierzyłaby jej policja narodowa, czyli sztyletnicy! Nie, lepiej nie ryzykować. Pech chciał, że pan Bochniak wyjechał do Kielc, w sobie tylko wiadomym celu, i nie miała się kogo poradzić. Wolała nie wtajemniczać w sprawę nawet panny Lutówny, nie wiedząc, czy przedstawiciel Rządu wyraziłby na to zgodę.

Dawniej, z każdym problemem zwracała się do męża. Westchnęła i stękając, wstała z łoża i pomaszerowała do jego pokoju, aby choć pożalić się przed jego portretem. "Najdroższy, poradź mi, co mam robić?" - wołała w duchu, wpatrując się w jego piękną twarz. Objęła się ramionami i stała, drżąc z zimna i nerwów. Odpowiedział jej poważnym spojrzeniem bursztynowych oczu. O, jakże pragnęła gorącymi pocałunkami rozjaśnić uśmiechem mroczne głębie jego źrenic, tchnąć życie w nieruchomą twarz. Był taki piękny, daleki i nieosiągalny. Potrząsnęła ze smutkiem głową i powróciła do łóżka. Aby oderwać myśli od trosk, wzięła powieść Jane Austin, lecz sentymentalne perypetie miłosne zimnokrwistych Anglosasów tylko śmieszyły ją i denerwowały. Zazdrościła im spokojnego i bezpiecznego życia w tym mglistym i mokrym od deszczu kraju, którego od czasu najazdu Normanów nie tknęła noga najeźdźcy. Wzruszała ramionami, czytając opisy balów i uroczystych obiadów w pałacach arystokracji, gdzie na wspaniałych srebrach stołowych podawano gościom cynaderki w sosie własnym i tradycyjne kanapki z ogórkiem! Znudzona ziewnęła, odłożyła książkę i zgasiła świeczkę. Jeżeli wysłannik Rządu pojedzie jedynie z furmanem, już przez to samo będzie podejrzany. Może mniej rzucałby się w oczy, jakby towarzyszyła mu kobieta. No dobrze, ale kto? Panna Lutówna? O, Mira była bardzo odważna i całym sercem oddana Sprawie, ale nie znała tutejszych ludzi i terenu. Niestety, wygląda na to, że będzie musiała sama się potrudzić. Było to jedyne rozsądne rozwiązanie tej kwestii. Nina sapnęła i przewróciła się na drugi bok. Do rana już nie zasnęła, obmyślając najkrótszą drogę do Słupi. Wstała o świcie i posłała Pawła do pokoju gościa, zapraszając na śniadanie.
- Czy mogę liczyć na pomoc pani hrabiny? - spytał delegat Rządu, kiedy usiedli do stołu w małej jadalni.
- Zdecydowanie tak!
- Mam nadzieję, że dostanę za przewodnika człowieka pewnego i dobrze znającego okolice?
- Naturalnie.- odparła spokojnie, napełniając mu filiżankę wonną mokką. - Pojedzie mój stangret, zaprzysiężony powstaniec i ja!
Mężczyzna spojrzał na nią, jak na osobę obraną z rozumu i aż podskoczył na krześle.
- Pani hrabino, wykluczone! Absolutnie nie wyrażam na to zgody! - oznajmił stanowczo. - Ostatecznie mogę ryzykować własne życie i z konieczności życie człowieka, który pojedzie ze mną. Ale nigdy, przenigdy, nie narażę na niebezpieczeństwo damy w.... - przerwał i spuścił oczy – Pani hrabina raczy mi wybaczyć, ale nie pozwoliłbym narażać się swojej żonie, więc i pani na to nie pozwolę.
- A ma pan inne wyjście? - popatrzyła na niego kpiąco.
- Nie zgadzam się!
- Hm! - Nina wysoko uniosła lewą brew. - Nie wątpię, że w Warszawie liczą się z pańskim zdaniem, ale w Makowie ja rządzę i odpowiadam teraz za pańskie bezpieczeństwo. Dwaj podróżujący mężczyźni natychmiast obudzą podejrzenia patrolu. Co innego, jeśli pojedzie z panem kobieta.
- Powtarzam, ja się na zgadzam! Gdyby, co nie daj Boże, stała się pani krzywda, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
- Pomówimy o tym, kiedy dojedziemy do celu podróży. Na razie proszę się ze mną nie sprzeczać, tylko spokojnie wykonywać moje polecenia. - oświadczyła władczym tonem.- Mam nadzieję, że włada pan językiem rosyjskim?
- Studiowałem w Rosji. Pani hrabino, jest pani niezwykłą kobietą. - patrzył na nią z podziwem. - Jeżeli dożyję starości, opowiem moim wnukom, jak pewna prześliczna dama ratowała mnie w tarapatach.
- Życzę tego panu i sobie, ale na wypadek gdyby zatrzymał nas patrol, niech pan głośno wrzeszczy, przeklina i wygraża im pięścią. Takie zachowanie zawsze robi na nich wrażenie. Ja jestem pańską siostrą i wiezie mnie pan do lekarza w Słupi.
- A jest tam jakiś lekarz ?
- Nie wiem. My mieszkamy w Świętomarzu. Musi pan zapamiętać nazwy miejscowości. Proszę podać mi swoje fikcyjne imię
W jego poważnych oczach błysnęła iskierka humoru.
- Powiedzmy, Józef! Do usług pani hrabiny. - skłonił się uprzejmie. Próbował ją jeszcze przekonać, by pozostała w domu, ale nawet nie chciała go słuchać.
Józef Kajetan Janowski.
Prychnęła, obróciła się na pięcie i wyszła z jadalni. Narzuciwszy na siebie futro, poszła do stajni. Mignon przywitała ją cichym rżeniem, wyciągając ku niej głowę. Poczęstowała ulubienicę jabłkiem i kostką cukru, i zaczęła się wolno przechadzać, uważnie obserwując konie stojące w boksach.
- Jaśnie paniuleczka chce gdzieś jechać? - usłyszała nad sobą głos Maćka. Stał na drabinie i widłami zrzucał ze stryszku siano dla koni. Był wprawdzie jej osobistym stangretem, ale często musiał sam obsługiwać i karmić zwierzęta, bo po wybuchu powstania pozostało tylko czterech stajennych.
- No... jeszcze nie wiem. - urwała, zastanawiając się, czy ma prawo narażać życie chłopaka.- Mam taki zamiar, ale to niebezpieczna impreza. - powiedziała, patrząc na niego z wahaniem.
Oczy Maćka zabłysły. Zeskoczył z drabiny, odłożył widły i podszedł do niej
- Jakże to? Przecie ja samej jaśnie paniulki nie puszczę! Gdzie moja pani, tam i ja! A gdzie pojedziemy?
- Musimy się dostać do Słupi i bezpiecznie zawieźć tam jednego pana.
- Do partii Langiewicza? - Maciek aż poczerwieniał z emocji.
- Aha! Posłuchaj, Maciuś, w drodze możemy natknąć się na kozacki patrol i zawisnąć na przydrożnym drzewie, wiesz?
- E.... do wszystkiego można się przyzwyczaić, jak powiadał jeden wisielec. - filozoficznie skomentował jej uwagę. - Kto by się bał? A kiedy pojedziemy?
- Za godzinę. Pomyśl, jakie wziąć konie. Szkoda, że śnieg stopniał, bo sanie byłyby najlepsze.
Uradowany nadzieją na obiecującą przygodę, Maciek dokładnie obejrzał wszystkie konie i zdecydował się na cztery wałachy
- To diabły nie koniska. - rzekł z przekonaniem. - Pan koniuszy Kacper powiadał, że można nimi do samego piekła dojechać. Nie ma lepszych do bryczki. Weźmiemy tę zieloną, bo ma daszek. Wytrzyma jazdę nawet po skałach. Koła się nie połamią, bo niedawno moczyłem je w stawie. Dyszel także mocny. Proszę jaśnie paniulki...
- Tak?
- Ja bym sobie wziął do pomocy Tomka Kochana.
- Nikt nie może wiedzieć, gdzie jedziemy i kogo wieziemy.- oświadczyła surowo.
Maciek posłał jej wymowne spojrzenie i pocałował ją w rękę.
- No, czego jeszcze chcesz, ty uparciuchu ? - złagodniała Nina.
- Przecie to dobry chłopak i dla naszego pana dałby się ze skóry obedrzeć. On nawet wcale kozaków się nie boi, a gębę trzymać potrafi. - gorąco przekonywał ją Maciek. - Stary Gulak uczył go strzelać, ino chłopak nie ma z czego. A sprytna jucha... Cygana oszuka! Konie go lubią i przyda się nam po drodze, bo będziemy powozić na zmianę
- Dobrze, ale pamiętaj, że za niego zaręczyłeś!
Uradowany chłopak obiecał, że za godzinę bryczka będzie gotowa do drogi .Wyciągnął ją z wozowni i z zapałem zaczął wpychać pod siedzenie worki z obrokiem dla koni i zapasowe części uprzęży, tak na wszelki wypadek.
- Nie zajeżdżaj pod pałac, tylko stań przy bocznej furcie. - poleciła Nina odchodząc.
W domu ubrała się ciepło i starannie, lecz bez przesadnej elegancji, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Dokumentów nie brała. Polakom nie musiała się legitymować, a Rosjanom nie mogła, ze względu na fałszywe papiery delegata. Zajrzała do pokoju niani i wyobraziwszy sobie piekielną awanturę, jaką urządzi jej Jaga po powrocie, skuliła ze strachu ramiona. Na paluszkach weszła do pokoju kredensowego i rozglądnęła się ostrożnie, szukając wzrokiem masywnej postaci niani. Ale w kredensie był tylko kamerdyner
- Walenty, gdzie jest moja niania? - spytała szeptem.
- Niedawno widziałem, jak szła z panią ochmistrzynią do pulardarni2. - odparł równie cicho i spojrzał na nią z nagłym niepokojem. - Przecież jaśnie pani hrabina nie pojedzie...O Jezu, ja nie pozwolę! Położę się na progu i nie puszczę!
- Ciii! - położyła palec na ustach. - To niedaleko, jutro będę w domu. Może po drodze dowiem się czegoś o panu. - przekonywała go chytrze, dobrze wiedząc, że tym argumentem trafi mu do przekonania.
- Panno Najświętsza, w tym stanie? - jęknął, łapiąc gwałtownie oddech.- Nie daj Jezu Chryste nieszczęścia, to ja bym nie mógł panu w oczy spojrzeć. Tylko kamień przywiązać do szyi i do stawu!
- Wszystko będzie dobrze. - zaśmiała się wzruszona i rozbawiona jego tragiczną miną. - Walenty dożyje późnej starości i nie będzie musiał skakać do zimnej wody. Jakby niania o mnie pytała, to pojechałam z Maćkiem do pani wojewodziny i przenocuję u niej, żeby nie wracać w nocy. Niech pan Szymon prędko przygotuje prowiant dla czterech osób na dwa dni.
- Jezusie Nazareński, królu żydowski! - stękał przerażony staruszek. - Przecież to nawet nie wypada, żeby dama sama jedna jechała z mężczyznami. A dokąd się jaśnie pani hrabina wybiera? -spytał konspiracyjnym tonem.
- Do Langiewicza! - szepnęła mu do ucha.- Proszę nikomu tego nie powtarzać.
Biedak aż pobladł i oniemiał, lecz wiedział z doświadczenia, że młodej pani nie przekona i posłusznie podreptał do kuchni, mamrocząc po drodze pacierz. Nina weszła do buduaru, gdzie siedział delegat Rządu.
- Proszę się ubierać, panie Józefie, jedziemy! - zawołała wesoło.
Pośpiesznie narzucił na siebie płaszcz i wcisnął na głowę lisią czapę. Wzdychając, podążył za nią do bryczki. Walenty postanowił odprowadzić panią aż do bocznej furty. Za nim dreptał Paweł, obładowany paczkami z jedzeniem. W bryczce leżały już ciepłe pledy, poduszki i kilim, służący do okrycia siedzenia. Nina wsiadła do bryczki przy pomocy Maćka, wspominając z goryczą czasy, kiedy jeszcze niedawno wskakiwała na nią jednym susem. Usadowiła się wygodnie, okrywając siebie i swego towarzysza pledami. Maciek usiadł na koźle obok Tomka i cmoknął na konie. Koniuszy Stach, asystujący przy odjeździe pani, obrzucił bryczkę i konie krytycznym spojrzeniem i z zadowoleniem skinął głową.
- Z Bogiem! - mruknął . - Będą z chłopców ludzie.
Konie ruszyły raźno, parskając i wyrzucając łbami. Walenty długo patrzył za nimi, odmawiając modlitwę do świętego Krzysztofa, patrona szczęśliwej podróży. W końcu zamknął za bryczką bramę i wolno powrócił do pałacu, ocierając wierzchem dłoni wilgotne oczy.
Wypoczęte i spasione wałachy, tak lekko ciągnęły bryczkę, że Maciek musiał lejcami hamować ich zapał. Ale na wiejskiej drodze koła zaczęły grzęznąć w rozmiękłej glinie i zapadać w dziury wymyte deszczami. Pogoda była paskudna. Po kilku dniach mroźnych przyszła odwilż, zamieniając śnieg w błoto, a drogi w bajora. Świat roztopiony w mętnych, szarych strugach zimnego deszczu, sprawiał przygnębiające wrażenie. Krople deszczu bębniły rytmiczne staccato na podniesionej budzie bryczki. Nina zniechęcona małomównością towarzysza podróży, próbowała drzemać, przymykając powieki i kołysząc się w przód i w tył. Lecz sen przerwał jej strumyczek wody, cieknącej nie wiadomo skąd, prosto na jej głowę. Przesunęła się w inne miejsce, ale woda złośliwie podążała za nią i uparcie kapała jej na głowę. Naciągnęła kaptur i zaczęła obserwować mijaną okolicę, patrząc z obrzydzeniem na rozmiękłe pola. Mijane wsie, małe i brudne, tuliły się do niewielkich sadów. Z chat pokrytych gontem lub słomą, unosiły się smugi białawych dymów i ciągnęły nisko nad ziemią. Na bezlistnych drzewach siedziały wrony, skulone, mokre i zziębnięte.
Maciek trzaskał z bata, poganiając konie. Przestraszone ptaki podrywały się ciężko i kracząc, odlatywały kawałek, opadając na najbliższe drzewo niczym zwiastuny nieszczęścia. Nad tą beznadziejnie smutną krainą, sprawowały patronat ubogie kapliczki, przybrane w przegniłe, zeszłoroczne wieńce. Delegat Rządu zdawał się drzemać, ale gdy bryczka podskoczyła, otworzył oczy i rozejrzał się czujnym wzrokiem.
- Ubogo to wszystko wygląda. - zauważył, spoglądając na mijaną wieś.

- Kiedy przejdą tędy Moskale, będzie wyglądało znacznie gorzej!- stwierdziła uszczypliwie. - Tym bardziej, że gospodarze nie mogą już liczyć na pomoc ze strony dworu. Swoim Manifestem oddaliście sobie i im niedźwiedzią przysługę.
- Nie zgadzam się z panią. Przez wieki szlachta bezlitośnie bogaciła się kosztem nędzy poddanych. Niechże teraz poniesie konsekwencje swoich czynów.
- Myli się pan, bo to wy poniesiecie skutki bezmyślnego entuzjazmu, ponieważ ogromna większość chłopów przenigdy nie poprze powstania. Są mądrzy i bardziej wierzą w zaręczenia cara. Nie zyskując sobie sprzymierzeńca we wsi, zraziliście do siebie ziemiaństwo. Szlachta boi się gwałtownych przemian społecznych. To był poważny błąd.
Delegat spojrzał na nią z ukosa i spostrzegł, że Nina mruży oczy nagle pociemniałe i bardzo chłodne.
- Wydaje mi się, że nie należy pani do zwolenniczek walki zbrojnej? - zauważył, ściągając brwi.
- Podziwiam pańską intuicję. - odparła ironicznie. - Nie, nie należę!
- A przecież mąż pani jest powstańcem. Poprzednio działał w konspiracji, organizując partię w tej okolicy i świetnie ją uzbrajając. Zrobił również wiele dobrego dla swoich poddanych, znosząc pańszczyznę i rozdając ziemię.
- Zrobiłby znacznie więcej, gdyby nie wybuch walki zbrojnej. - oświadczyła, patrząc mu w oczy twardo i odważnie. - Będę z panem zupełnie szczera. Gdyby to zależało ode mnie, oboje bylibyśmy już za granicą! Sądzi pan zapewne, że jestem złą Polką? Otóż nie. Ja mam tylko bardzo tragiczne i ponure doświadczenia z lat dziecinnych. Mój ojciec ponosił dla kraju wielkie ofiary. Był nieszczęsnym uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego, zakończonego klęską. A kiedy potem umierał samotnie w pruskiej twierdzy, miał czas zastanowić się, czy warto było poświęcić żonę, małą córkę i cały majątek, dla z góry przegranej sprawy. Powstanie dowodzone przez pana Mierosławskiego upadło, a tysiące mórg polskiej ziemi - mojej ukochanej ziemi, dostało się w łapy Prusaków! Taki był efekt nieprzemyślanej ruchawki! - zawołała z gniewnym uniesieniem, jak zawsze, gdy wspominała mękę ojca i utratę domu. Żarliwość, jaka brzmiała w jej głosie, zrobiła na delegacie Rządu pozytywne wrażenie.
- Ja panią rozumiem. - rzekł znacznie łagodniej. - Lecz w naszym szczególnym położeniu, jako naród nie istniejący na mapach świata, podzielony na trzy części, musimy wszelkimi siłami starać się wybić na niepodległość. Tylko walka daje nam taką szansę.
- Oczywiście! - parsknęła.-"Kijami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty!" - zacytowała drwiąco słynne powiedzenie Leona Frankowskiego.
- Nie należy szydzić z zapału naszej młodzieży. - skarcił ją, boleśnie dotknięty. - Nie jesteśmy zresztą sami. Niedawno wielki Garibaldi powiedział: "Italia fata, Polonia fata sera!" To znaczy: "Włochy zrobione, następna będzie Polska."
- Doprawdy? - syknęła – Te apele Garibaldiego i Mazziniego zraziły do nas cesarza Napoleona III, który często bywał celem ataków anarchistycznych Włochów.
- O, widzę, że pani hrabina poważnie interesuje się polityką. Ale zapewniam panią, że słowa takich ludzi, jak Garibaldi czy Mazzini, są więcej warte niż armaty.
- To spróbujcie strzelać nimi do Moskali! - wrzasnęła wyprowadzona z równowagi. - Wielka szkoda, że nie słyszał pan, co mówią o was ludzie, których domy spłonęły, a bliskich wymordowano. Nie wierzą we wzniosłe frazesy i przeklinają sprawców swego nieszczęścia.
Mężczyzna spuścił nisko głowę i umilkł. Nina ochłonęła ze złości i zrobiło się jej bardzo nieprzyjemnie. "Boże, ja zawsze muszę coś niepotrzebnie chlapnąć językiem. Przecież to przedstawiciel Rządu i może poważnie zaszkodzić Alkowi." - robiła sobie wyrzuty po fakcie. Wyciągnęła rękę i lekko uścisnęła dłoń mężczyzny.
- Przepraszam. - powiedziała pokornie. - Pewnie nie mam racji i moja opinia jest zbyt subiektywna. Kocham moją ojczyznę i pragnę jej wolności, lecz niekiedy ogarniają mnie wątpliwości, w sens dalszej walki i lęk o życie bliskich mi osób.
- To ja najmocniej panią przepraszam. - podniósł jej rękę do ust i ucałował.- Pozwoliłem sobie na demagogiczne argumenty zapominając, że pani ma powody do zniechęcenia. Ja również wolałbym budować niż burzyć, ale tą walką staraliśmy się uchronić tysiące młodych mężczyzn przed branką. Powstanie, to był ich wybór, nie nasz. Komitet do ostatniej chwili próbował przesunąć termin wybuchu zbrojnego. Zostaliśmy zmuszeni do podjęcia tej dramatycznej decyzji.
 "Uratowaliście tysiące chłopców przed branką, tylko po to, by posłać ich z gołymi rękami na armaty!" 
Widok Łysicy ze strony Starej Słupi.
 Nie powiedziała tego głośno, lecz on widocznie domyślił się tego, bo pokiwał głową. Potem długi czas jechali w milczeniu. Bryczka trzęsła, bo droga stawała się stroma i kamienista, wznosząc się i opadając w dół.. Koła przestały zapadać w błoto, ale za to podskakiwały mocno na wystających z ziemi skałkach. Nina otuliła się szczelnie pledem, bo wiał porywisty północny wiatr, a dzień był zimny i wilgotny. Była już głodna i spragniona. Miała ochotę napić się gorącej herbaty z winem i zjeść coś solidnego.
Zostawiwszy za sobą równinę, jechali wzdłuż pasma górskiego porosłego ogromnymi jodłami. Szczyty Łysicy i Łysej Góry, Szczytnika i Góry Chełmowej, tonęły we mgle. Omijając Tarczek i Świętomarz, przemykali bocznymi drogami, podążając ku Nowej Słupi. Po kilku godzinach uciążliwej jazdy, Nina poczuła się tak zmęczona i zbolała, że kazała Maćkowi stanąć na krótki postój. Na rozdrożu stała stara, opuszczona karczma, której właściciele widocznie w popłochu uciekli. Dokoła nie było żywego ducha, jedynie z potężnych jodeł kapała woda na gontowy dach budynku.
Góra Chełmowa
W dużej, zrujnowanej izbie, piec na szczęście był cały. Obaj chłopcy zaczęli zbierać kawałki drewna na podpałkę, ale były wilgotne i nie chciały się palić. Bez namysłu zdarli podłogę i po chwili w piecu huczał ogień, a w kociołku wrzała woda na herbatę. W wiklinowym koszu zapakowanym przez Kumosię, była duża szynka, bochny białego chleba, pieczeń cielęca, kiełbasa i pasztet z zająca. Prócz tego butelka francuskiego wina. W szczelnie zakrytym garnku był apetyczny bigos myśliwski, a przezorna klucznica nie zapomniała ani o sztućcach, ani o naczyniach. Gorąca herbata z winem w blaszanym kubku, smakowała Ninie jak nigdy dotąd. Siedząc przy stole zaimprowizowanym z dużego pnia, wygłodniali, pożerali wprost domowe przysmaki. Tylko Maciek niespokojny o konie, często zrywał się i wychodził przed karczmę, obserwując podejrzliwie okolicę. Lecz dokoła panowała cisza, tylko deszcz bębnił po dachu. Konie zanurzywszy głowy w workach, chrupały smacznie obrok.
W czasie posiłku, Nina miała okazję przyjrzeć się bliżej Tomkowi Kochanowi. Piętnastoletni chłopiec był już właściwie młodziutkim mężczyzną. Zachowywał się bardzo powściągliwie i nie pytany, nigdy nie zabierał głosu, przysłuchując się tylko rozmowie. Panna Lutówna wychwalała jego żądzę wiedzy i ogromną łatwość, z jaką ją sobie przyswajał. Niekiedy Nina spotykała go w pałacowej bibliotece, gdzie wybierał książki do czytania. Na widok młodej hrabiny, rumienił się, bąkał coś pod nosem i złożywszy niezgrabny ukłon znikał, unosząc wybraną lekturę. Nie wiadomo dlaczego, krępowała się przemówić do niego i okazać mu odrobinę serdeczności. Za to Aleks, często z nim rozmawiał i był przekonany, że chłopaka należy koniecznie kształcić, bo jest wybitnie inteligentny, uzdolniony i zapowiada się na pięknego mężczyznę. Miał szczupłą pociągłą twarz, duże błękitne oczy, kształtny prosty nos i ładnie zarysowane, trochę jeszcze dziecinne usta. Jasne włosy w gęstych lokach opadały mu na wysokie czoło, a smukła figura była sprężysta i silna. Na swoje lata był wysoki i dobrze zbudowany. Nina postanowiła, że po powrocie zajmie się chłopcem i zacznie go uczyć obcego języka, koniecznego w gimnazjum. Jego samotne dzieciństwo, a przede wszystkim uwielbienie, jakim darzył Aleksa budziło jej sympatię i współczucie.
Napojone i nakarmione konie odpoczęły i można było ruszyć w dalszą drogę. Za sobą pozostawili Łomno, majątek państwa Woyciechowskich, a przed sobą mieli masyw Góry Chełmowej, pokrytej gęstym borem. Po drugiej stronie znajdował się las, o dziwnej nazwie Serwis!
Omijali z daleka ludzkie osady, ponieważ w niektórych wsiach, Rosjanie pozostawili już stałe posterunki strzegące rogatek. Donosiły one dowódcom kolumn wojskowych o ruchach powstańców. Tutaj znać już było ślady wojny. Napotykali spalone domy, a w małej, całkowicie zniszczonej osadzie za Sosnówką, w sadzie na drzewach kołysały się wiotkie sylwetki wisielców. Przy budzie leżał zastrzelony pies, pewnie broniący do śmierci domu. Nina odwróciła oczy od ponurego widoku, z wysiłkiem przełykając ślinę napływającą jej do ust. Westchnęła, pomyślawszy z żalem, że mogłaby teraz leżeć wygodnie na sofie, w swoim prześlicznym buduarze, czytając jakąś pogodną i sentymentalną powieść. Przebyli drewniany mostek na bystrej górskiej rzeczce i zagłębili się w głębokim wąwozie, często spotykanym w okolicach Gór Świętokrzyskich. Wyminęli połamany chłopski wóz i zabitego konia. Maciek z niepokojem popędzał wałachy. Przemknęli przez zakręt i niespodziewanie ich oczom ukazało się kilku jeźdźców. Maciek ściągnął lejce i obejrzał się do tyłu.
- Przed nami jacyś konni! - krzyknął wystraszony
Nina spojrzała na delegata Rządu okrągłymi z przerażenia oczami. Mężczyzna nie okazywał niepokoju. Siedział spokojnie, choć musiał przecież zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa oraz z tego, co go czeka, gdy dostanie się w ręce nieprzyjaciela.
- Nie możemy zawrócić, już za późno. - rzekł opanowanym głosem. Wstał i wytężył wzrok, starając się przeliczyć konnych. Jeźdźcy siedząc na dobrych wierzchowcach szybko się zbliżali.
- No cóż, pani hrabino, spróbujemy odegrać komedię, ale nigdy nie byłem utalentowanym aktorem. Tak mi przykro, że z mojej winy grozi pani poważne niebezpieczeństwo. - nieznacznie wsunął rękę do kieszeni płaszcza. Nina dostrzegła w niej zarys rewolweru.
- Proszę jaśnie pani! - wyrwał się naraz Tomek, z napięciem obserwujący konnych. - Kiedy to nie są kozacy ani dragoni .
- Jesteś tego pewien? - w sercu Niny zatliła się wątła iskierka nadziei.
- Chyba tak. - Tomek obdarzony sokolim wzrokiem, zerwał się z kozła i zawołał z radością:- To Polacy! Mają na głowach konfederatki!
M. Gierymski Patrol powstańczy.
  Nina z westchnieniem ulgi opadła na ławkę, dziękując Bogu za ocalenie. Powstańcy podjechali do nich galopem i otoczyli bryczkę kołem. Był to niewielki oddziałek kawalerii, dowodzony przez postawnego blondyna. Chłopcy siedzący na koźle, pożerali wzrokiem ich porządne karabinki przewieszone przez ramię i powstańcze mundury.
- Kim jesteście, obywatele? - spytał dowódca, podejrzliwym okiem obrzucając elegancki, jasny strój Niny. Dobre Polki nadal w tym czasie nosiły żałobę. Delegat Rządu skinął na dowódcę i rzekł cichym głosem:
- Wolność!....
- Równość! Niepodległość! - odrzekł tamten jak echo i przyjrzał się niepozornej postaci nieznajomego. - Obywatelu, czy wy jesteście....
Delegat skinął głową i odwróciwszy się, nieznacznie odkręcił guzik. Powstaniec przeczytał dokument i zasalutował.
- Niezmiernie mi miło powitać państwa. - złożył Ninie niski ukłon. - Boże, gdzie ja miałem oczy, że nie poznałem pani hrabiny? Przecież tak pięknej kobiety nie spotyka się dwa razy w życiu.
- Pan mnie zna? - zdumiona uniosła brwi.
- Ależ byłem gościem pani w Makowie!. Nocowałem w tym ślicznym saloniku od ogrodu -. zaśmiał się kawalerzysta. - Jestem porucznik Jan Chrzciciel Prendowski3, dowódca kawalerii pana generała Langiewicza, do usług pani hrabiny!
Jan Chrzciciel Prendowski.
- Naturalnie, teraz sobie pana przypomniałam. - z uśmiechem podała mu rękę. - A my już powoli gotowaliśmy na śmierć lub niewolę przekonani, że wpadliśmy na patrol kozacki.
- Wszystko jest możliwe, ponieważ kozacy są w tej okolicy. - odrzekł Prendowski.
- Dzięki niezwykłej odwadze pani hrabiny Klonowieckiej i tych dwóch zuchów, – delegat wskazał na stangretów - bez przeszkód dotrę do celu.
Konie powstańców były zmęczone, więc kawalerzyści jęli je karmić i poić. W skalnym zagłębieniu rozpalono małe ognisko, na którym wkrótce zabulgotał w kociołku krupnik. Nina ofiarowała żołnierzom do zupy wędzony boczek i pęto kiełbasy bodzentyńskiej, słynącej z wybornego smaku. Delegat Rządu siedząc przy ognisku, wypytywał Prendowskiego o dotychczasowy przebieg działań wojennych Langiewicza.. Porucznik całym sercem oddany swemu dowódcy, ważył każde słowo. Jednakże nawet z tych skąpych wyjaśnień, można się było domyślić, że taktyka wojenna generała była nieskuteczna. Tylko kompletnemu zaskoczeniu Rosjan i ich wyjątkowej ślamazarności, powstańcy zawdzięczali, że nie zostali przez nich rozgromieni już pierwszego dnia, i nie utopiono ich we krwi, Po klęsce wąchockiej, generał przezornie wycofał się w odwieczne bory świętokrzyskie, dokąd Moskale na razie się nie zapuszczali. 
Pierwsze dni lutego przyniosły powstańcom same niepowodzenia. W augustowskiem, rozbito pod Czystą Budą oddział Jastrzębskiego. Pod Słubczą poszła w rozsypkę partia Leona Frankowskiego, podążającego z pomocą Langiewiczowi, a sam Frankowski ciężko ranny, wpadł w ręce wroga. W lasach bolimowskich rozbito partię hrabiego Stroynowskiego. Mówiono nawet, że sam hrabia poległ. Generał Uszakow, naciskany przez wielkiego księcia Konstantego, był zdecydowany stłumić za wszelką cenę bunt, na terenie guberni radomskiej i kieleckiej. Wojska rosyjskie rozwścieczone bezskuteczną pogonią za Langiewiczem, nie dawały pardonu nikomu, mordując rannych na polu walki, nie szczędząc dworów, ani magnackich pałaców należących nawet do przeciwników powstania. Między innymi, doszczętnie ograbiono piękny pałac hrabiego Poletyłły, senatora i członka Rady Stanu. W czasie napadu, dwie osoby zabito, a kilka poważnie poraniono. Namiestnik nie przyjmował żadnych skarg, ponieważ cesarz sobie tego nie życzył. W ogarniętym powstaniem kraju, Góry Świętokrzyskie były zapewne jedynym miejscem, gdzie nieprzyjaciel czuł się niepewnie. Pomimo poniesionych strat, mała armia polska nieustannie powiększała swoje szeregi. Stojący w Słupi Langiewicz, gotował się do rozprawy ze zbliżającymi się kolumnami pułkownika Czengierego.
- Czy do obozu przybył już ktoś z Warszawy? - zagadnął Prendowskiego delegat Rządu, biorąc z jego rąk kubek z gorącą herbatą.
- Owszem, jest ksiądz Mikoszewski.
- A obywatela Awejdy jeszcze nie było?
- Niestety nie. Ksiądz również pytał o niego generała i bardzo niepokoi się spóźnieniem obu panów.
- Panie poruczniku. - Nina wtrąciła się do rozmowy. - Czy w Słupi słyszano może o oddziale naczelnika "Czarnego"?
- O ile mi wiadomo, po bitwie wąchockiej pan naczelnik poszedł ku Brodom. - odrzekł uprzejmie Prendowski.
- Boże! - szepnęła blednąc. - Przecież Brody spalone! Nie wie pan o jakiejś bitwie w tamtych stronach?
- Przykro mi, lecz nie potrafię udzielić pani hrabinie bardziej szczegółowych informacji. - porucznik posłał jej współczujące spojrzenie. - Ale proszę się nie martwić. O takiej bitwie wiedzielibyśmy z pewnością, bo Moskale głośno by to wydarzenie skomentowali.
- Zapewne. - przyznała, choć wyjaśnienia porucznika wcale jej nie uspokoiły.
Krupnik ugotował się i dokoła rozeszła się woń wędzonki i kiełbasy. Zgłodniali powstańcy obsiedli kociołek i jedli zupę chlipiąc i wzdychając z lubością. Nina nie mogła nic jeść, pomimo serdecznych zaproszeń Prendowskiego. Za to obaj chłopcy przysiedli się do ogniska i pałaszowali zupę pogryzając chlebem, bardzo dumni, że oto są pomiędzy powstańcami, jakby w samym ich obozie. Zaraz po posiłku Nina zaczęła się żegnać, rezygnując z wypoczynku.
- Nigdy nie zapomnę pani poświęcenia i odwagi. - powiedział delegat Rządu, całując obie jej ręce. - Moja żona żegnając mnie, płakała. Być może, to pani hrabinie zawdzięczam, że nie musi mnie opłakiwać do końca życia.
- Cieszę się, ze względu na bezpieczeństwo pana i nasze. A tak między nami: dlaczego Rząd upatrzył sobie nasze skromne górki na cel zbiorowych wycieczek? Podobno Tatry są bardziej malownicze.
- Też tak słyszałem. Ale mieliśmy nadzieję, że generał Langiewicz utrzyma się w Wąchocku, a my będziemy się mogli w końcu ujawnić na terenie opanowanym przez powstańców.
- Rozumiem. - Nina zagryzła usta powstrzymując wybuch śmiechu. - W takim razie życzę panu i całemu Rządowi samych sukcesów. Niech was Bóg ma w opiece. - a po cichu dodała:"Nas również!"
- Zdaję sobie sprawę, że sądzi nas pani surowo, lecz kiedyś Bóg i historia ocenią, czy słusznie zrobiliśmy wzniecając powstanie. Nie jest pani ciekawa, dla kogo się pani narażała?
- Nie! Ale wiem dla kogo to zrobiłam! Dla mego męża walczącego w powstaniu. - odpowiedziała z powagą. - Adieu, panie Józefie.- wsiadła do bryczki i wypoczęte konie ruszyły miarowym kłusem.
Nigdy potem nie próbowała się dowiedzieć, kogo wówczas przewoziła. Przypuszczała, że mógł to być Józef Kajetan Janowski4, sprawujący w Rządzie funkcję ministra, sekretarza stanu, bo przedstawił się swoim prawdziwym imieniem. Wracając do domu, Nina miała cichą nadzieję, iż czeka tam na nią wiadomość od męża. Śpieszyła się i kazała Maćkowi poganiać konie. Bryczka skakała po wyboistej drodze, a ona podskakując na twardym siedzeniu marzyła, by znaleźć się nareszcie w ciszy swej sypialni i zasnąć. Pozostawili za sobą Krajków i Łomno i jechali pustą drogą, omijając wsie. Deszcz nareszcie przestał padać i pomiędzy skłębionymi obłokami, wyglądała nieśmiało blada tarcza słońca. Obaj chłopcy szeptem dzielili się wrażeniami ze spotkania z kawalerią polską, utyskując po cichu, że nie mogli się do nich przyłączyć. Ich narzekania zirytowały Ninę.
- Maciek, nie buntuj Tomka! Jest za młody, aby ginąć. Patrzcie, bohaterowie się znaleźli!
Skarceni chłopcy zamilkli obrażeni i aby zamanifestować chęć do walki, zaczęli śpiewać półgłosem starą pieśń z czasów Insurekcji Kościuszkowskiej.
Niech wzdyć wspomną sobie fryce
Racławice, Kościelnice
Końskie i Dubienkę!
Chodźwa, bijwa, tnijwa
Sieczwa nosy na bigosy
Śpieszwa na wojenkę!5
Dalej jechali w milczeniu, rozglądając się bacznie po okolicy. Lasy pozostały za nimi i teraz bryczka podążała po dosyć płaskim terenie, ze wszystkich stron widoczna. Właśnie mijali kępkę wysmukłych brzóz rosnących przy drodze, kiedy Tomek obejrzał się za siebie i pobladł.
- Jezu, kozacy za nami!- zawołał struchlałym głosem.
 
Nina i Maciek spojrzeli w tym kierunku i dostrzegli na końcu drogi mały oddziałek kozaków. Siedzieli na drobnych, zwinnych konikach, a ostrza wysokich pik lśniły w blasku zimowego słońca. "To już koniec!" - przemknęła Ninie przez głowę rozpaczliwa myśl. Maciek nie uległ panice. Podniósł się na koźle i stanąwszy w szerokim rozkroku, żeby nie stracić równowagi, zamachnął się potężnie batem.
- Trzymajta się! - ryknął wniebogłosy.
Smagane bez litości konie pomknęły galopem. Sadziły na przełaj przez pola, nie trzymając się drogi. W szalonym pędzie uciekały w tył drzewa, skałki i jakieś chłopskie chaty. Budynki zasłoniły ich na moment przed pościgiem, mimo to kozacy prędko się zbliżali. Nina skulona na siedzeniu, kurczowo trzymała się poręczy przekonana, że za moment rozlegną się strzały i usłyszą gwizd kul. Ale kozacy nie strzelali, bo szkoda im było amunicji na tak marną zdobycz, która lada moment miała wpaść im w ręce. Co jakiś czas Maciek odwracał głowę i mierzył wzrokiem odległość dzielącą ich od pościgu. Czasami kozacy znikali zakryci drzewami, ale w miarę upływu czasu bryczka zwalniała, a ścigający byli coraz bliżej. Twarz Maćka wykrzywiona grymasem strachu, wyglądała przerażająco, w jego oczach płonęła dzika, zajadła nienawiść.
Nina obijana w tym szalonym pędzie, jęczała z bólu. Bryczka trzęsła i pochylała się na boki grożąc przewróceniem. Nina zdawała sobie sprawę, że długo nie wytrzyma takiej jazdy i zemdleje lub poroni. Bała się, że wypadnie i nic ją wtedy nie uratuje przed śmiercią. Chciała się pomodlić, ale słowa pacierza zamierały jej na wargach i tylko szeptała cicho: "Aleczku, ratuj!"... Przed nimi był ostry zakręt. W tym miejscu kończyły się płaskie pola, a zaczynał gęsty las. W pobliżu widać było kilka nędznych chłopskich chałup, na wpół skrytych w gęstych sadach. Tomek odwrócił się na koźle. Ujrzała jego szeroko rozwarte oczy błyszczące podnieceniem, i młodzieńczą twarz ściągniętą wyrazem stanowczej decyzji.
Chełmoński Czwórka
- Jak tylko miniemy ten zakręt, skaczcie! - wrzasnął desperacko, wyrywając lejce z rąk Maćka. - Kozunie polecą za mną. Maciek, ratuj panią! Skaczcie, wrócę po was!
W mgnieniu oka Maciek zrozumiał jego plan. Błyskawicznie przeniósł się z kozła do wnętrza bryczki. Kiedy tylko minęli zakręt i las zasłonił ich na moment przed wzrokiem pogoni, Tomek powstrzymał rozbiegane konie. Maciek pochwycił Ninę na ręce i wyskoczył z bryczki, która ruszyła i prędko zniknęła pomiędzy drzewami lasu. Pobiegli skuleni rowem, a potem skryły ich drzewa w sadzie. Maciek ciągnął ją za sobą, pędząc w stronę chałup, a strach jeszcze dodawał mu sił. Trafiwszy na otwartą przestrzeń czołgali się po błocie, tuląc do rozmiękłej ziemi. Nina biegła coraz wolniej i podnosiła się z trudem, ciężko dysząc. Z przerażeniem zrozumiała, że siły ją opuszczają. Brzuch ciążył jej nieznośnie, traciła równowagę, potykała się i pieniła z wściekłości na myśl, iż przez to niechciane dziecko prawdopodobnie straci życie. "Och, jakbym tak teraz miała pod sobą moją konisię, mogłabym sobie kpić z kozaków!" - myślała z żalem. Potknęła się i upadła. Leżąc twarzą do ziemi wiedziała, że już się nie podniesie.
 - Maciek, zostaw mnie i uciekaj! - wycharczała z trudem przez zaschnięte gardło. - Ja już nie mogę ...
Bez słowa pochylił się nad nią i stękając, zarzucił ją sobie na plecy, jak worek ziemniaków. Zgarbiony pod jej ciężarem, dźwigał ją cierpliwie aż do pierwszego z brzegu małego domku. Ocierając kroplisty pot z czoła, ostrożnie postawił ją na nogach, sapiąc i z wysiłkiem łapiąc oddech rozchylonymi ustami. Weszli nieśmiało do ciemnej izby, brudnej, z glinianą polepą uginającą się pod stopami. W kącie, na barłogu zbitym z desek, na garści słomy, leżało chude jak szkielet, widocznie chore dziecko. Przy nim stała młoda jeszcze kobieta, strasznie zabiedzona, trzymając w ramionach sinawe niemowlę. Zatrzymali się na progu, obrzucając szybkim spojrzeniem wygasły komin i drewnianą konewkę, będącą oprócz barłogu, jedynym sprzętem w tej izbie.
- Ścigają nas kozacy! - wykrztusiła Nina, kaszląc i otrząsając się z błota. Nawet w ich rozpaczliwej sytuacji, widok tej okropnej nędzy był wstrząsający. Zgasła ostatnia nadzieja na ratunek, bo cóż ich los mógł obchodzić tę wynędzniałą kobietę. Wieśniaczka popatrzyła na nich obojętnie, bez zdziwienia.
- Wejdźcie na stryszek. Tam dużo siana, nie znajdą was. - powiedziała, wpatrując się w nich apatycznym wzrokiem.
Po wąskiej drabince wdrapali się na stryszek, aż po dach zawalony sianem. Ukryli się w najdalszym kącie, zakopując głęboko w sianie. Skuleni, drżący ze strachu, oczekiwali z bijącymi sercami na dalszy rozwój wypadków. Kozacy nie byli głupcami. Jeden oddziałek pomknął za bryczką, a drugi zatrzymał się przy osiedlu, metodycznie przeszukując dom po domu. Przez cienki gontowy dach, słychać było ich wrzaski, krzyki ludzi bitych nahajkami, gdakanie przerażonych kur, które mołojcy chwytali i troczyli sobie do siodeł.
Głosy zbliżały się, ktoś otwarł z trzaskiem drzwi i do izby wpadło kilku kozaków.
- Widziała ty, Lachów? A może ukryłaś gdzieś buntowników, co? - rozległ się rozkazujący męski głos i jednocześnie świsnął w powietrzu bat, spadając na barki kobiety.
Chłopka zaczęła płakać, a niemowlę na jej rękach rozkrzyczało się przeraźliwie. Ninie włosy stanęły na głowie. Obiema rękami zakryła usta i przytuliła się do boku Maćka, jakby u niego szukała pomocy. Chłopak równie przerażony jak ona, przygniótł ją mocniej do desek podłogi, nakazując spokój.
- Panowie, nie bijta! - szlochała kobieta. - Przecie widzita, że tu ni ma nikogo.
- Co tam macie na strychu? - zagadnął inny po polsku.
- Ino siano la krowy. Ale ktosik nam krowinę ukradł i tera ni mam mlika nawet dla dziecków.- tłumaczyła łkając.
- Sprawdzić strych! - rozkazał dowódca.
Skrzypnęły szczeble drabiny, rozległy się ciężkie kroki dwóch mołojców i naraz ostrza pik jęły kłuć siano miejsce przy miejscu. Nina zwinęła się w kłębek przekonana, że lada moment stalowe ostrze przeszyje jej ciało na wylot. Słyszała, że kroki podążają w ich stronę, szeleściło siano poruszane pikami, a obaj kozacy głośno sapali. Ciężki but ze stalową ostrogą minął o centymetry jej twarz. Była już cała mokra od potu oblewającego jej ciało i wpółżywa ze strachu. Nie tyle może lękała się śmierci, co bólu i hańby. Kozacy znani byli z dzikości i wyrafinowanego okrucieństwa. Ze szczególnym sadyzmem pastwili się nad polskimi kobietami, gwałcąc i okaleczając je okropnie przed śmiercią. Nina miała przy sobie pistolet ojca i postanowiła, że żywa nie dostanie się w ich łapy. Maciek także posiadał broń. Chłopak silny i sprawny fizycznie, miał większe szanse przeżycia. Mógł wyjść przez gontowy dach i spróbować ucieczki. Ale ona, ociężała i zmęczona, w razie wykrycia, byłaby zgubiona bez ratunku.
  Mołojcy bardzo dokładnie spełnili rozkaz dowódcy i przeszukali strych, dziesiątki razy przeszywając siano pikami. Po jakimś czasie, który ukrywającym wydawał się wiekiem, drabina ponownie zatrzeszczała i ktoś zameldował po rosyjsku, że na strychu nie ma nikogo. Na pożegnanie, chłopka dostała pięścią w twarz i nareszcie kozacy się wynieśli. Jeszcze przez godzinę Nina i Maciek leżeli jak nieżywi w obawie, iż kozacy mogą powrócić. Upewniwszy się, że jednak odjechali naprawdę, nie mogli wprost uwierzyć w swoje ocalenie. Wygrzebawszy się z siana, Nina rozpłakała się, będąc na skraju histerii. Maciek rzucił się na kolana i głośno, z uniesieniem odmawiał "Zdrowaś Maryjo", bijąc się w piersi i trzęsąc ze zdenerwowania.
W porywie wdzięczności, Nina objęła go za szyję i ucałowała jak brata.
- Maciuś, winna ci jestem życie! - wyszeptała mu do ucha łzawym głosem.
Dopiero po zmroku odważyli się zejść ze strychu. Kobieta miała rozbity i zakrwawiony nos, ale widząc ich zdrowych i całych, uśmiechnęła się uszczęśliwiona. Nina nie mogła zrozumieć, skąd w tej prostej ubogiej kobiecie, znalazło się tyle odwagi i patriotyzmu, jakich na próżno można by szukać pośród wielu ludzi, którym ojczyzna dała bogactwo i przywileje. Chłopka nie chciała wziąć żadnej zapłaty, ale Nina przemocą wcisnęła jej w rękę dwieście rubli. Kobieta w osłupieniu wpatrywała się w pieniądze, nie umiejąc ich nawet policzyć. Usłyszawszy, że jest posiadaczką dwustu rubli w srebrze, rzuciła się na kolana i całowała Ninę po rękach i nogach, bełkocząc błogosławieństwa.
- Nie dziękujcie nam. To my powinniśmy wam dziękować na klęczkach za ocalenie życia. - rzekła Nina, podnosząc ją i ściskając. - Przysięgam, że dopóki ja żyję, nigdy nie zaznacie biedy i głodu. A jakbyście potrzebowali pomocy, przyjdźcie do Makowa i spytajcie o dziedziczkę. Jak się nazywacie?
- Na chrzcie świętym dali mi Katarzyna, a po moim chłopie to Owczarkowa. - wymamrotała kobieta oszołomiona ze szczęścia, nie odrywając oczu od pieniędzy. Mrugała powiekami, jakby nie wierzyła temu, co się działo.
Nigdy o was nie zapomnę. - powiedziała Nina z powagą.
 Prowadzeni przez wieśniaczkę, powędrowali polną ścieżyną do lasu. Upewniwszy się, że są bezpieczni, Owczarkowa pożegnała ich z wylewną serdecznością, polecając opiece boskiej i odeszła. Zdawało się Ninie, że wieki minęły od chwili wyjazdu z domu. Momenty grozy przeżytej w drodze i na strychu, wpłynęły na zmianę żywionych dotąd przez nią przekonań i opinii. Z głębokim wzruszeniem i wdzięcznością, myślała o odwadze i poświęceniu obu chłopców, którym zawdzięczała życie. Była absolutnie pewna, że Maciek dałby się raczej porąbać na drobne kawałki, niż pozostawił ją na pastwę wroga. Zginąłby, broniąc jej do ostatniego tchu. Dotychczas, jej stosunek do chłopów był raczej niejednoznaczny, będąc odbiciem przesądów istniejących w sferach ziemiańskich. W domu wujostwa Borytyńskich, mieszkańców wsi traktowano pogardliwie, odmawiając im zdolności do uczuć wyższych, szlachetnych odruchów i honoru. Tę świadomość Nina wyniosła z ich domu. Ani mąż, ani Jaś, nie potrafili przekonać jej, iż takie rozumowanie jest błędne i krzywdzące. Służbę pałacową traktowała serdecznie, mając w pamięci ponure wspomnienia z dzieciństwa. Ale do wieśniaków odnosiła się z pewną wyniosłością, wynikająca raczej z nieśmiałości, niż niechęci. Dopiero tego dnia uzmysłowiła sobie, jak bardzo była niesprawiedliwa i korzyła się, pełna skruchy i pokory, przysięgając sobie, nigdy więcej nie osądzać ludzi wedle ich pochodzenia. Złożyła w myślach uroczyste ślubowanie przed Bogiem, że zrobi absolutnie wszystko, by zasłużyć na szacunek, a może nawet miłość swoich poddanych.
Breloczek z roku 1863 z Orłem i kajdanami.
Wędrowali aż do świtu, zmarznięci, brudni i głodni, lecz zachwyceni tym, że jeszcze żyją i los dał im szansę oglądania nowego dnia. Wzeszło słońce i poranek uczynił się pogodny, choć bardzo zimny. Nina wlokła się krok za krokiem, tak ogromne zmęczona, że w końcu usiadła pod przydrożnym drzewem, oświadczając Maćkowi, iż raczej woli umrzeć niż iść dalej. Maciek przysiadł koło niej, otulając ją połową swego kożucha. Dzwoniąc zębami, przytuleni do siebie, czekali na powrót Tomka, albo na zmiłowanie boskie.
- A jeżeli Tomkowi nie udało się ujść pogoni? - uniosła głowę, otrząsając się z ogarniającej ją senności.
- E, przecie bryczka była już letka. Uciekł im, psiawiarom, co daj dobry Panie Jezu, amen! - odparł chłopak, drżąc i kuląc się z zimna.
- W takim razie powinien już tutaj być! - stwierdziła, wyobrażając sobie z narastającym niepokojem, że może Tomek miał mniej szczęścia od nich i teraz leży gdzieś martwy, lub siedzi w kozie, oczekując surowej kary.
- Posiedzimy, zobaczymy. - mruknął Maciek, z chłopską cierpliwością godząc się z losem.
Nina ujęła jego rękę w obie dłonie i mocno ją uścisnęła.
- Jeśli Bóg pozwoli, że powrócimy do Makowa, nie będziesz narzekał na moją niewdzięczność.- szepnęła, dzwoniąc zębami.
- Co też jaśnie paniuleczka wygaduje? - obruszył się urażony.- To miałem uciec i zostawić moją panią na zatracenie? Przecie sam jaśnie pan naczelnik oddał mi jaśnie paniuleczkę pod opiekę. Jakbym swoją panią zostawił, to musiałbym chyba oczu od psa pożyczyć. No, chwała Bogu, że kozunie nas nie znaleźli w tym sianie. A cały czas kręciło mnie w nosie na kichnięcie! Tera to bym się ino kropnął do wyrka i przespał cały dzień pod pierzyną. Matula mnie pewnie wygląda.
- A mnie niania. - wybełkotała Nina, trzęsąc się z zimna.
- Czy jaśnie pani nie chora ? - Maciek popatrzył na nią z troską. - Oj, niedobrze tak na tym zimnie siedzieć.
- Jeszcze nie wiem. - uśmiechnęła się krzywo. - Taka jestem zmęczona. - westchnęła sennie i wsparłszy głowę o ramię Maćka zdrzemnęła się, we śnie ponownie przeżywając dramatyczne przygody.  
Tomek zastał ich siedzących na ziemi i śpiących. Oboje byli u kresu sił. Okazało się, że kozacy zapędzili chłopca tak daleko, aż konie padały ze zmęczenia i musiały długo wypoczywać przed powrotną drogą. Już bez przygód dotarli do Makowa. Na odgłos zajeżdżającej bryczki, wybiegła z domu Jaga, płacząc i krzycząc, za nią pędzili domownicy oderwani od zwykłych zajęć.
- O Jezus Maryjo święta! Wróciłaś! - niania rzuciła się na Ninę, tarmosząc ją i całując na przemian. - Wstrętne dziewczynisko, gdzie ty się podziewałaś? Sumienia nie masz, żeby mnie tak zmartwić. A ja umierałam ze strachu o ciebie. Ty się Boga nie boisz. Wyjeżdżasz, ot tak sobie, nie zostawiając mi żadnej wiadomości? W błogosławionym stanie jeździsz bryczką! Możesz poronić, a pan hrabia obwini mnie za to, że ciebie nie pilnowałam. Nie! Przestań się do mnie czulić, bo tego ci nie wybaczę. Całą noc przepłakałam! Nie ruszaj się! Nic cię nie boli? Nie całuj mnie, bo już ciebie nie kocham. Boże, jesteś taka blada, zmęczona, brudna, obdarta.... Płaszczyk i suknia całe w strzępach. O Matko cudowna, dzięki Ci, że moje dziecko wróciło żywe!
Nina nie miała nawet siły, aby się odezwać. Bezwolnie pozwoliła rozebrać się z mokrych i podartych resztek odzieży, umyć się i nakarmić. Całe ciało miała pokryte sińcami, na rękach i nogach naskórek pościerany był do krwi. Kumosia przygotowała kąpiel ziołową i natarła ją jakąś maścią pachnącą rumiankiem i łagodzącą podrażnienia skóry. Po kąpieli została ułożona w rozkosznie miękkim łożu, w ciszy sypialni i natychmiast zapadła w sen.
Obaj chłopcy raczej pożarli niż zjedli miskę tłustej zupy, a potem tak jak stali, rzucili się na posłania i chrapali do rana. Następnego dnia Stach wypytywał ich, gdzie byli i co robili, lecz oni wykręcali się byle czym i koniuszy niczego się od nich nie dowiedział.
Winieta znanej gazety warszawskiej z 1863 r.
 
Nina obudziła się nazajutrz taka zbolała i słaba, jak po ciężkiej chorobie. Mira opowiedziała, że kilka godzin po jej wyjeździe, powrócił z Kielc pan Bochniak. Dowiedziawszy się, że hrabina wybrała się z wizytą do Lipieńca, bez namysłu zabrał kilku młodszych parobków i pojechał po nią. Bomba pękła, gdy okazało się, że pani wojewodzina widziała Ninę w przeddzień wybuchu powstania, na mszy polowej. Rządca powrócił do Makowa z ponurą miną, zastanawiając się z troską, co się stało i gdzie ma młodziutkiej pani szukać. Był przerażony, bo w pobliżu kręcili się kozacy. Domownicy przeżyli kilka strasznych godzin niepewności przeświadczeni, iż młodej dziedziczce przytrafiła się zła przygoda. Nina ze skruszoną miną wysłuchała wyrzutów i skarg, ale milczała jak zaklęta, nie próbując się nawet tłumaczyć.
1Pogoń jest herbem Litwy, a Archanioł Michał godłem Ukrainy.
2Pulardarnia - hodowla pulardy, to jest wykastrowanego i specjalnie tuczonego drobiu.
3Jan Chrzciciel Prendowski (1839 -1905) – Od pierwszej chwili wybuchu powstania, brał w nim udział, jako szeregowiec, porucznik, w końcu rotmistrz kawalerii w oddziałach Langiewicza, Czachowskiego i Hauke- Bosaka. Trzykrotnie ranny, przedostał się za granicę. W r. 1866 powrócił do kraju. Aresztowany i osadzony w Cytadeli, skazany został na 5 lat katorgi i poźniejsze osiedlenie w Tomsku. Po latach powrócił i zmarł 9.IX.1905 r. w Dąbrowicy k| Janowa.
4Józef Kajetan Janowski ( 1832 – 1914) architekt. W młodości zwolennik Mierosławskiego, potem zbliżony do prawicy Czerwonych. Od grudnia 1862 do maja 1863 był członkiem Komitetu Centralnego i Rządu Tymczasowego Narodowego, nastepnie sekretarzem wszystkich rządów powstańczych. W rządzie wrześniowym pełnił obowiązki dyrektora Wydziału Spraw Wewnętrznych. W kwietniu 1864 r. opuścił kraj, przebywał we Francji. Potem osiadł we Lwowie i tam zmarł. W jego pogrzebie uczestniczył osobiście Komendant Józef Piłsudski.
5Pieśń bojowa kosynierów spod Racławic.