czwartek, 12 maja 2016

Tej nocy nadszedł rozkaz!


12 maja 2016 r.
Nad Górami Świętokrzyskimi zaległa ciemna noc styczniowa. Nadciągające zewsząd chmury wróżyły długotrwałą słotę, z ciemnego nieba mżył drobny deszcz. Silny północny wiatr przyginał gałęzie drzew, a żelazna chorągiewka na dachu kaplicy grobowej, obracała się szybko przeraźliwie skrzypiąc.
Zima w Górach Świętokrzyskich.
 Starego odźwiernego Świtałę, obudził ostry dźwięk dzwonka, szarpniętego niecierpliwą dłonią..Stary nie śpiesząc się, powoli naciągnął buty, wdział kożuch, oglądając się z żalem na łóżko z ciepłą pierzyną. Miał cichą nadzieję, że nocny natręt znudzi się i pójdzie sobie do diabła, pozwalając mu powrócić do miękkiej pościeli. Ale dzwonek nad bramą hałasował tak mocno, że zniecierpliwiony Świtała wziął okuty żelazem kij, pomstując wyszedł z domku i podreptał ku bramie, mrucząc mściwie pod nosem:
- Śpieszy mu się! Diabelec! Odmieniec! Czy to po chrześcijańsku, starego po nocy z wyrka wyciągać? A niech ta se postoi na deszczu!
Doszedł do bramy i zawołał ochrypłym ze snu głosem:
- Czego tam? Noc, nikomu nie otwieram. Odejdźcie!
- Ja do pana hrabiego. Otwieraj prędzej! - rozkazał mężczyzna, siedzący na spienionym wierzchowcu. Ogier kręcił się niespokojnie, roniąc na ziemię białe płaty piany.
- Ani mowy!- odburknął odźwierny. - Jaśnie oświecony pan hrabia śpi, a pałac zamknięty. Jedźcie sobie z Bogiem, bo psami poszczuję!
- Otwieraj dziadu, bo pożałujesz! - wrzasnął przybysz i z całej siły kopnął żelazne wrota, aż zadźwięczały łańcuchy. - Cóż to, nie poznajesz mnie?
Świtała pośpiesznie zapalił lampę wiszącą nad bramą i przycisnąwszy twarz do żelaznych prętów, próbował dojrzeć coś w ciemnościach.
- O rety, przecie to jaśnie pan dziedzic z Brzezińca! Już, już otwieram, za chwilkę!
Szarpał łańcuchy, niemal po ciemku otwierając kłódkę. Chwyciwszy połowę bramy, odciągnął ją z trudem, robiąc szparę przez którą koń mógł się przecisnąć. Ale nadbiegły psy zwabione hałasem, szczekając i rzucając się wściekle na bramę. Z daleka rozległy się świstawki stróżów nocnych, biegnących Świtale na pomoc.
Tadeusz był w kłopotliwej sytuacji, bowiem wierzchowiec przerażony szczekaniem psów, zaczął się pod nim miotać, bojąc się wejść w uchyloną bramę. Gryzł munsztuk i parskał trwożnie.
- Weźcie te psiska, do jasnej cholery! - wrzasnął Siekielski, próbując poskromić ogiera.
Świtała z pomocą stróżów odciągnął pieklące się brytany i otworzył szeroko obie połowy bramy.
- Niech was szlag trafi! - warknął Tadeusz, spinając konia ostrogami i pomknął aleją w stronę pałacu. Pędził nie zwalniając tempa, aż kopyta końskie zadzwoniły o kamienne tafle podjazdu. Zeskoczył z siodła i bez ceremonii zaczął walić w drzwi rękojeścią pejcza. Długo się dobijał, zanim zaspany i zły lokaj wpuścił go do sieni.
- Co to, zamek śpiącej królewny? - prychnął Tadeusz i rozkazał. - Idź, obudź pana hrabiego. Aha, dajcie mi gorącej herbaty i jakąś szmatę, bo cały jestem zabłocony. Niech ktoś zatroszczy się o mego konia!
- Ale jaśnie pan śpi, a ja... - zaczął lokaj, lecz Tadeusz nie pozwolił mu dokończyć zdania.
- Rusz się do kroćset! Marsz, błaźnie, bo oćwiczę cię batem! - huknął, uniesiony furią.
Lokaj zerknąwszy na jego zaciśnięte szczęki i złowrogo zmrużone oczy, przestał się wahać i pobiegł w głąb pałacu. Siekielski rzucił się na najbliższy fotel i wyciągnąwszy przed siebie nogi w wysokich, zabłoconych butach z ostrogami, uderzał się pejczem po cholewie, klnąc pod nosem. Ale nie czekał długo, bo po chwili dostrzegł idącego spiesznie hrabiego, w szlafroku niedbale narzuconym na ramiona. Jego jasne, zmierzwione włosy, opadały w nieładzie na czoło.
- Co?... - zaczął, lecz natychmiast umilkł, bo Tadeusz poderwał się na jego widok i stanąwszy na baczność, zameldował :
Pieczęć Komitetu Central.Narodowego.
 - Panie naczelniku, przywiozłem rozkazy! Kurier powiedział, że to bardzo pilne.
Aleks pobladł, a w jego szeroko rozwartych oczach, na ułamek sekundy odmalowała się trwoga. Poczuł, że wyschło mu w ustach, a serce zaczęło walić, jakby chciało wyrwać się z piersi. Bez słowa skinął na Tadeusza, prowadząc go do gabinetu. Tam odebrał od niego zalakowaną kopertę, uważnie sprawdził, czy pieczęcie są nienaruszone i powiedział do stojącego na baczność Tadeusza:
- Niech pan siada.
Rozerwał kopertę i przebiegł wzrokiem gęsto zapisane karteczki. Naraz zmienił się na twarzy i cisnął kartki na biurko.
- To ja dopiero teraz otrzymuję rozkazy? - krzyknął gniewnie. - Czy oni, tam w Warszawie, rozum postradali? Wie pan, kiedy wybuchnie powstanie?
- Kiedy? - Tadeusz pochylił się ku niemu, nie spuszczając z niego oczu błyszczących z podniecenia i napięcia.
Aleks podał mu maleńki skrawek papieru, ze śladem pieczęci KCN-u.
- Dziś jest dziewiętnasty stycznia. Otóż walka rozpocznie się nocą z dwudziestego drugiego, na dwudziesty trzeci stycznia! Za cztery dni! W tym czasie, ja muszę odbyć drogę do Krakowa, odebrać zakupioną tam broń i wrócić z nią do kraju. Wszystko w ciągu tych kilku dni! Przecież to nierealne. Co oni, do diabła, robili do tej pory? Gdzie są kurierzy?
- Rzeczywiście.- Tadeusz kiwnął głową, kompletnie oszołomiony wiadomością o wybuchu powstania. W konspiracji był od dawna, wciągnięty do spisku przez Jasia, lecz do tej pory, po prostu nie zdawał sobie sprawy, że może dojść do wybuchu walki zbrojnej.
Aleks bardzo zdenerwowany, potrząsnął głową i przygładził potargane włosy.
- Musimy jak najszybciej zgromadzić ludzi, ściągnąć sprzęt, żywność i odejść w lasy. - wstał od biurka i zaczął spacerować po pokoju. - Będziemy działać z zaskoczenia. W Bodzentynie, Suchedniowie i w Wąchocku, są dosyć silne placówki rosyjskie. Zalecam ostrożność, bo możemy być obserwowani. Powstania jeszcze nie ma, a u nas już chaos i brak dobrej organizacji.
Tadeusz był tak wytrącony z równowagi, że z wdzięcznością przyjął papierosa i zapaliwszy go, głęboko zaciągnął się dymem. Tymczasem hrabia zabrał się przy pomocy lupy, do mozolnego odczytywania następnych karteluszków.
- Aha! - mruknął, wzruszając ramionami. - Mianowano mnie naczelnikiem wojennym naszego okręgu i zapewne, o tym "doniosłym" fakcie, nikogo więcej nie powiadomiono. Będę zmuszony użerać się z cywilnymi władzami podziemnymi. - sapnął z tłumioną pasją i zapalił nowego papierosa, nie kończąc 
Ger. Marian Langiewicz.
 nawet poprzedniego.- KCN poleca mi połączyć się z oddziałem pana pułkownika Mariana Langiewicza, nowego wcale nam nie znanego dowódcy regionu świętokrzysko – sandomierskiego. - westchnął i spojrzał na Tadeusza. - Przydzielono nam dowódcę, nie orientującego się ani w terenie, ani w stosunkach panujących w kręgach władzy. O ile wiem, pan Langiewicz był dotąd wykładowcą w szkole wojskowej w Cuneo i darł koty z Mierosławskim. Ach, jakby nam się teraz przydał Sierakowski! No tak, ale konia z rzędem temu, kto mi powie, gdzie obecnie przebywa pan pułkownik Langiewicz? W rozkazach nie ma słowa o miejscu zgrupowania.
- Langiewicz? - ożywił się Tadeusz uszczęśliwiony, że może pomóc. - Moja Zosia spotkała się wczoraj w Wąchocku, z panią Jadwigą Prendowską z Mirca. Pani Prendowska napomknęła, że spodziewa się przyjazdu bardzo ważnej osobistości. Przypuszczam, że chodzi o pana Langiewicza, bo pan Prendowski jest w cywilnych władzach województwa.
- Co? - Aleks poczuł, że ogarnia go nowy atak wściekłości. - Taką informację mogłem otrzymać od pokojówki żony, a nie od mego zastępcy!
Tadeusz poczerwieniał ze wstydu. Porwał się z miejsca i stanął wyprostowany. Był zrozpaczony, że już na początku akcji zasłużył na naganę dowódcy. Aleks opanował się i z uśmiechem położył mu rękę na ramieniu.
Rozkaz naczelnika gen. Langiewicza.
- Przepraszam, to nie pana wina. Jednak musimy nawiązać z Langiewiczem kontakt. Mam rozkaz zaatakowania jednego z pobliskich miasteczek, najpewniej Suchedniowa. Niech pan pułkownik przyśle mi stosowne rozkazy i wyznaczy punkt zborny oddziałów. Proszę notować!
Tadeusz posłusznie usiadł przy biurku, wyciągnął z kieszeni notatnik i ołówek, zaczynając pilnie zapisywać rozkazy dowódcy.
- Ilu mamy ludzi?
- Pewnych stu siedemdziesięciu, nie licząc chętnych chłopów. Razem około dwustu pięćdziesięciu ludzi.
- Na początek wcale nieźle. - zauważył Aleks z zadowoleniem. - Konie mamy dobre, a wozy mocne. Rozkaże pan dziesiętnikom rozdać ludziom broń i amunicję. Trzeba opróżnić magazyn w Lipieńcu. Po południu dwudziestego drugiego, należy zgromadzić ludzi w puszczy, na starym wyrębie. Tam odbędzie się msza polowa, a proboszcz poświęci naszą chorągiew i odbierze przysięgę od ochotników. Potem wymarsz lasami w stronę Suchedniowa. Ja natychmiast jadę do Krakowa i postaram się jak najszybciej wrócić. Och, żebym tylko zdążył! - przetarł dłonią czoło i zamyślił się. Tadeusz w milczeniu wpatrywał się w niego jak w tęczę.
Hrabia raz jeszcze przejrzał doręczone rozkazy i z szuflady biurka wyjął plik banknotów, wręczając je Siekielskiemu.

- To na potrzeby partii. Proszę za wszystko płacić, za rabunek lub gwałt, kara śmierci! Ludzie muszą być ciepło ubrani i mieć dobre buty, bo czekają nas długie marsze. Wszyscy powinni mieć na głowach konfederatki, to nasz znak rozpoznawczy. Dla oficerów nie posiadających własnych wierzchowców, proszę wybrać konie z mojego stada.
- Tak jest!
- Zaraz! - żachnął się Aleks. - Kto doręczył panu rozkazy?
- Kurier z Porajów. Powiedział, że to bardzo ważne, więc domyśliłem się, że pójdziemy do powstania.
- A dlaczego rozkazów nie przywiózł Jaś ? - zdziwił się Aleks.
- Przecież Janek się żeni... - odparł z roztargnieniem Tadeusz i aż podskoczył na krześle. - Jezu, on ma ślub dwudziestego trzeciego stycznia! Gdyby nie rozkaz z Warszawy, już dzisiaj jechalibyśmy z Zosią na wesele, bo jestem jego świadkiem.
- Będzie pan miał wesele w lesie. - stwierdził Aleks z sarkazmem. - No, ma chłopak pecha. Ale moim zdaniem, ślub go nie usprawiedliwia. Ja zostawiam żonę przy nadziei, pan opuszcza małżonkę z małym synkiem. W zaistniałej sytuacji, Janek powinien zapomnieć o sprawach osobistych. Ale to już kwestia jego sumienia. Byłem pewny, że będę miał dobrego chirurga w oddziale. - westchnął.
Dwór w Mircu skąd 22.I. Langiewicz szedł do walki
Wyciągnął rękę i targnął taśmę dzwonka. W tej samej chwili wszedł Walenty, ubrany i całkiem roztrzęsiony.
- Jaśnie panie? - zajrzał hrabiemu w oczy.
Aleks odpowiedział mu uśmiechem podejrzewając, że stary kamerdyner czekał chyba za drzwiami. Zawsze pierwszy wiedział o wszystkim, co się w         domu wydarzyło.
- Walenty, niech ktoś pójdzie obudzić pana Bochniaka, czekam na niego. Tu są klucze do piwnicy. Na ostatniej półce, stoją jeszcze cztery flaszki tego wina, co Walenty wie. Jedną wypijemy dzisiaj, a reszta zostanie do dnia chrztu mojego dziecka. A teraz proszę mnie spakować. Walenty wie, co zabieram na drogę.
- Oczywiście.- staruszek głośno przełknął ślinę, pochylił się i pochwycił rękę Aleksa, pokrywając ją pocałunkami i łzami.
- A ja? Jaśnie paniczu, proszę mnie zabrać z sobą. Nawet taki stary grzyb przyda się na coś.
Głęboko wzruszony Aleks uścisnął go po synowsku.
- Nie przyjacielu, musisz zostać w Makowie. Opiece Walentego powierzam mój największy skarb - moją żonę. Dbajcie o nią, żeby nie stała się jej jakaś krzywda, kiedy mnie tu nie będzie.
- Słucham jaśnie pana hrabiego. - kamerdyner otarł rękawem oczy i powłócząc nogami, cicho wyszedł z gabinetu.
Stojący na kominku wspaniały zegar, tykał regularnie mierząc godziny nocy. Aleks pośpiesznie porządkował papiery, jedne paląc, inne odkładając na bok, lub zamykając w skarbcu. Poczęstował Tadeusza hawańskim cygarem i sam zapalił.
- Pani Zofia wie, że odejdzie pan do lasu?
- Powiedziałem jej o tym. - Siekielski chrząknął i miał dziwnie zmieniony głos, gdy uparcie wpatrywał się w dywan. - Biedne te nasze żony. My idziemy walczyć, to męska rzecz. Ale one? Skazujemy je na oczekiwanie na wiadomości, a może zemstę Moskali. O mało się nie poryczałem, bo Zosia, jakby wiedziona przeczuciem, przyniosła mi syna i kazała go pobłogosławić. Bardzo płakała... - głos mu się załamał, lecz smutek nie był właściwy jego naturze, więc prędko wziął się w garść. - Zapomniałem powiedzieć panu naczelnikowi, że pański karczmarz zwiał z całą rodzinką. Karczma pusta. Od parobka dowiedziałem się, że byli u niego jacyś panowie, ale już go nie zastali, bo uciekł. Podobno podsłuchiwał pijanych chłopów i donosił do policji.
Aleks udał zdumienie, jednocześnie myśląc z gniewem, że policja narodowa działa nieskutecznie. Karczmarz dawno powinien wisieć! Powrócił Walenty, niosąc butelkę z ciemnego szkła, pokrytą grubą warstwą kurzu. Wytarł ją serwetą, odkorkował i napełnił winem dwa kieliszki stojące na srebrnej tacy.
- Walenty napije się z nami! - rzekł hrabia. - To nie byle jakie wino. Rocznik historyczny: tysiąc osiemset dwunasty! Każda kropla na wagę złota. - wzniósł kieliszek i zawołał: - Za Polskę! Za zwycięstwo! Za wolność! Za niepodległość!
 Wypili wino i cisnęli kryształowe kieliszki na posadzkę. Rozbiły się z żałosnym brzękiem na drobne okruchy. Walentemu trzęsły się ręce, bo zdawał sobie doskonale sprawę, co oznacza nagły wyjazd pana. Wszedł Paweł, przynosząc gorącą herbatę i oczyścił Siekielskiemu płaszcz i buty. Tadeusz pił chciwie, parząc sobie usta. Aleks zajął się pisaniem listu do pułkownika Langiewicza. Do gabinetu wpadł zaspany pan Bochniak, w kożuchu narzuconym na nocną koszulę, ogromnie poruszony niespodziewanym wezwaniem.
 - Czy to już?... - zawołał od progu.
- Dwudziestego trzeciego, pełna gotowość. - Aleks uniósł głowę znad biurka i posłał mu porozumiewawcze spojrzenie. - Pojutrze zbierze pan ludzi z folwarków i przekaże komendę panu Syrwinowi. Naszych chłopców poprowadzi koniuszy Kacper.
- To ja nie idę? - oburzył się rządca.
- Wykluczone! - kiedy hrabia mówił takim tonem, znaczyło to, że powziął stanowczą decyzję. - Maków jest magazynem broni i tylko pan i Walenty, znacie wszystkie skrytki. Muszę tu mieć człowieka, zorientowanego w naszych sprawach konspiracyjnych. Poza tym, moja żona nie da sobie rady sama i musi mieć pomoc. Panie Bochniak, to rozkaz! - uciął ostro widząc, że rządca zamierza protestować. - Jak zwykle, będzie pan opiekunem i wielką podporą dla mojej żony. - dodał łagodniej.
- Rozumiem. - szepnął pan Bochniak i westchnął.
Aleks wydał jeszcze kilka poleceń, ufając mu w zupełności. Wiedział, że pan Bochniak jest człowiekiem bystrym, całkowicie oddanym jemu i Sprawie. Przez ten czas, Tadeusz posilał się, pożerając z wilczym apetytem kanapki z szynką. Po wyjściu rządcy, Aleks zalakował list i czekał, aż Walenty powiadomi go, że zajechała kareta.
Na szybach osiadały drobne krople deszczu. Pomyślał zatroskany o rozmiękłych drogach i ścieżkach leśnych, na których będą grzęznąć ciężkie wozy taborowe. Odepchnął od siebie rozważania o przyszłych kłopotach, bo od momentu przyjazdu Siekielskiego dręczyła go myśl, jak Nina przyjmie wiadomość o jego wyjeździe. Znał jej impulsywny sposób reagowania na każde przykre wydarzenie. Nie potrafiła godzić się z przeciwnościami losu, bardzo głęboko przeżywając każde zmartwienie. Obawiał się, że nagłym wybuchem rozpaczy może sobie poważnie zaszkodzić. Chciał, żeby wyjechała do Warszawy, dopóki walki nie uniemożliwią podróży. "Jak ja jej to powiem?" - myślał, wpatrując się przez okno w mroczną otchłań pochmurnego nieba.
- Nina śpi? - zagadnął Tadeusz, jakby czytając w jego myślach.
- Starałem się jej nie budzić. - Aleks odwrócił się i podszedł do niego. - Bardzo się o nią obawiam. Zostanie tu sama, w najgorszym okresie.
Tadeusz wpatrywał się w niego i ich oczy się spotkały.
- Panie naczelniku, przepraszam, ale może ja mógłbym zastąpić pana w czasie, gdy pan odwiezie Ninę do Warszawy. - zaproponował nieśmiało.
Na policzkach Aleksa wykwitły mocne rumieńce.
- To niemożliwe, ale dziękuję, że pan to powiedział. - uścisnął mocno dłoń Siekielskiego. - Nie wiem, co ona mi powie.
Nie zauważyli kiedy weszła Nina, tak cicho, jakby się skradała.
- Nie musisz mi nic mówić. - powiedziała spokojnie.
Tadeusz zerwał się i podbiegł do niej. Objęła go i ucałowała jak brata.
- Wiem, co oznacza twój przyjazd. Idą wszyscy znajomi, prawda?
- Jasne, nawet te dwa stare pryki,Wąsocki i Jabłocki! Nabawią się tylko w lesie reumatyzmu. No, czas na mnie! Kotku, miej oko na moją Zosię, dobrze? - pochylił się i dotknął ustami jej policzka, a potem ucałował obie dłonie.
- Powodzenia. - rzekł mu hrabia na pożegnanie. - Jeśli zdążę, zobaczymy się w Gliszczyskach u Orlewiczów.
Tadeusz złożył im ukłon i wyszedł.
 Nina zachowywała się bardzo spokojnie. Nie płakała, a kiedy kroki Tadeusza ucichły w korytarzu, podeszła do męża i położyła mu głowę na piersi.
- Więc to już?
- Dwudziestego trzeciego. Proszę, zachowaj to dla siebie. - objął ją i przymknął powieki. Nie chciał, żeby widziała, jak bardzo on sam przeżywa rozstanie. - Zaraz jadę do Krakowa, ale zobaczymy się jeszcze w Gliszczyskach. Przyjedź tam po mszy polowej. Pan Bochniak o wszystkim ci powie.
- Jedziesz do Galicji, więc spakowałam najcenniejsze przedmioty, srebra stołowe i moją biżuterię. Zdeponuj to w jakimś banku w Krakowie, lub każ wysłać do Francji.
Spojrzał na nią z mimowolnym podziwem. W tak dramatycznej chwili potrafiła myśleć o wszystkim.
- Zadbam o to, kochanie. A o mnie się nie martw, mój promyczku, nic złego mnie nie spotka.
Jeszcze mocniej przytuliła się do niego.
- Alku, ty na długo?...- zapytała cichutko.
- Nie wiem, jedyna. - zdawał sobie sprawę, że Nina zmaga się z sobą i niespodziewanie powiedział dźwięcznym, metalicznym głosem żołnierza: - Nino, nie utrudniaj mi tego, co i tak już jest ciężkie!
Skinęła głową, uśmiechając się bezmyślnie. Nie rozumiała prawie ani jednego słowa z tego, co do niej mówił. Wiedziała tylko, że za chwilę go utraci, że pochłonie go ta mglista zimna noc, a potem rozstaną się na długo, może już na zawsze. Poczuła, że serce podchodzi jej do gardła i zaczęła ciężko dyszeć. Przemocą uniósł jej głowę i wpatrzył się nieopisanym spojrzeniem w jej zamglone męką oczy.
- Najdroższa moja, nie mam serca zostawić cię tutaj samą. Ubierz się szybko, wezmę cię z sobą do Krakowa. Jaga i Mira dołączą do ciebie za kilka dni. Obiecuję.
- A ty zostaniesz w Krakowie?
- Nie. Muszę przecież wrócić do kraju z bronią. Mój oddział czeka na mnie.
- Więc i ja pozostanę w Makowie. To mój dom, tutaj będę bliżej ciebie.
Nie próbował jej przekonywać, bo rozumiał, że jej decyzja jest ostateczna.
- Posłuchaj, Nino. Jakby ktoś pytał o mnie, to jestem w Galicji na kuracji zdrowotnej, a potem jadę do Karlsbadu. Otrzymasz stamtąd kilka kart pocztowych na wypadek, gdyby zainteresowała się mną policja. W skarbcu masz pieniądze, a w biurku notatki o najpilniejszych pracach. Kochanie, idź do sypialni, zaraz tam przyjdę i pożegnamy się bez świadków.
- Sprawdzę, czy sakwojaże spakowane.- powiedziała tak opanowanym głosem, jakby mąż wybierał się z sąsiedzką wizytą. Ale jej spokojowi przeczyła trupio blada twarz i posiniałe wargi, które raz po raz nerwowo przygryzała, jakby pragnąc powstrzymać rozsadzający jej piersi krzyk.
Aleks szybko uporządkował biurko i wychodząc, stanął na progu zatrzymując wzrok na portrecie dziadka. Lekko skinął mu głową, cicho zamykając za sobą drzwi. Sakwojaże były już spakowane. Nina sprawdziła, czy nie brakuje czegoś, lecz Walenty pamiętał o każdym drobiazgu, nawet o tomiku poezji Byrona i ulubionej wodzie kolońskiej hrabiego.
- Nie bierzesz z sobą broni? - Nina ze zdziwieniem popatrzyła na wchodzącego do sypialni męża.
- Ja wyjeżdżam na kurację zdrowotną. - przypomniał. - Broń, ciepłą odzież i konia, ty dostarczysz do Gliszczysk. Tylko uważaj na patrole, bo mogą się tutaj kręcić kozacy. Wszędzie, gdzie jedziesz, zabieraj z sobą Maćka, to bardzo dzielny chłopak.
 Zapukał Walenty i przez drzwi powiedział, że zajechała kareta.
Do uszu Niny docierały jedynie fragmenty jego słów, a ich sens ją przerażał .Kiedy mąż wziął ją w ramiona, stała sztywno, mocno zacisnąwszy powieki.
- Mój najsłodszy promyczku.- wyszeptał czule, gładząc włosy żony.
Rozchyliła usta chwytając powietrze i poczuła, jak po twarzy spływają jej strużki potu.
- Nie! Nie możesz, nie powinieneś myśleć o tym poważnie. - wyszeptała, otwierając oczy i patrząc na niego z rozpaczą.- Alek, to przecież szaleństwo.
- Nino! - mocniej przycisnął ją do siebie, jakby pragnąc osłonić ją przed porywem desperacji.
- Nie mieszaj się do tego. Nikt nie może cię zmusić, żebyś wziął udział w tej koszmarnej awanturze.
- Nikt mnie nie zmusza. - odgarnął jej włosy z czoła.- Uważam to za swój obowiązek.
- Boże, twoje życie warte jest więcej, niż źle pojęty obowiązek. Błagam, nie rób tego. Przywieź tę broń i wyjedźmy za granicę. - przywarła do niego świadoma przegranej, ale mimo wszystko, nie chcąc się z nią pogodzić. - Alku, kocham ciebie! - uchwyciła się klap jego surduta, mając dłonie mokre z potwornego strachu. - Nie potrafię patrzeć spokojnie, jak idziesz na niemal pewną śmierć.
Mógł ją tylko mocniej przytulić i oddałby pół życia, żeby nie miała takich oczu aż dzikich z rozpaczy.
- Ukochana...- wyszeptał błagalnie.
- Przepraszam. Już dobrze. - głęboko zaczerpnęła tchu. - Wszystko się jakoś ułoży. Najdroższy, może byłam niedobrą żoną, ale kocham cię więcej niż Boga!
W uniesieniu całował jej usta, delikatną szyję i piersi wychylające się z dekoltu batystowej nocnej koszuli. Kolejno przyciskał do ust białe dłonie, zachwycając się ich prześlicznym kształtem. Nie miał siły oderwać się od niej, aż osunął się do jej nóg, całując kolana i stopy. Podniósł się z twarzą szarą jak popiół, mając w oczach wyraz człowieka, któremu odczytano wyrok śmierci. Łagodnie odsunął ją od siebie.
- Już czas!
"To niesprawiedliwe i okrutne. - myślała - Otrzymałam od losu wielką szansę, a teraz stoję i patrzę bezradnie, jak ją tracę." Zagryzła usta do krwi, żeby zachować spokój i nie krzyknąć: "Nie odchodź! Mamy przed sobą tyle wspólnych lat życia, zostań!"
W uchylonych drzwiach pokazała się twarz Jagi, obawiającej się dla niej nadmiernego wzruszenia. Hrabia był już zupełnie opanowany i żegnał się ze wszystkimi domownikami, mówiąc każdemu jakieś miłe słówko. Nina niema i otępiała, poruszała się jak automat. Z garderoby wyjęła futro, ubrała je i razem z mężem wyszła na ganek, odprowadzając go do karety. Kiedy już wsiadał, raz jeszcze zarzuciła mu ręce na szyję, przywierając z całej siły do jego ust. Oderwał się od niej niemal brutalnie i nie oglądając się, wskoczył do karety. Stach ujął mocno długie lejce i batem uczynił znak krzyża nad grzbietami koni. Przez zasłonę z łez, Nina śledziła te przygotowania do podróży. Naraz rzuciła się naprzód, czepiając się klamki karety.
- Nie jedź, ja nie chcę! - krzyknęła.
- Ruszaj! - usłyszała głos męża. Konie porwały się do biegu i czarne pudło karety prędko rozpłynęło się w ciemnościach nocy.
Z zachmurzonego nieba wolno spływały białe płatki śniegu, topniejąc na ziemi. Nina stała jeszcze przez chwilę, nadsłuchując zgrzytu żwiru pod kołami karety. Jaga nie odstępująca jej ani na moment, pochwyciła ją wpół i przemocą zaprowadziła do sypialni.
- Kumosiu, proszę zaparzyć silnych ziół nasennych. Pani Ruchwalska, sole trzeźwiące!.... - zawołała, obawiając się, że gdy Nina otrząśnie się z apatii natychmiast zacznie rozpaczać.
W sypialni było ciepło, bo Ulisia ponownie rozpaliła ogień w kominku. Płomień rozświetlił cały pokój różowym blaskiem. Nina ciężko usiadła na łóżku, patrząc przed siebie jakimś martwym wzrokiem. Czuła w sobie lodowate zimno i miała wrażenie, że już nigdy nie zdoła się rozgrzać. Kumosia przyniosła filiżankę gorących ziół i na znak Jagi odeszła.
- Kotuniu, wypij te ziółka. - przemówiła łagodnie, jak niegdyś, kiedy mała Nina była chora. Sprawnie zdjęła z niej futro i mokre pantofelki. - Połóż się, dziecinko, ja zostanę przy tobie dopóki nie zaśniesz.
Nina posłusznie wypiła gorzki napar, ciągle zachowując się jak lunatyczka. Nie mogła ocknąć się ze strasznego letargu, w jaki popadła. Pod przymkniętymi powiekami przesuwały się oderwane obrazy, fragmenty wspomnień. Niegdyś już przeżyła podobną noc, ale wtedy był maj i zamiast śniegu padał ulewny deszcz. Ktoś bardzo kochany obejmował ją i całował. Jej dziecinne serce rozdzierała bezsilna rozpacz.
- Dziecinko, połóż się i odpocznij. - głos niani dobiegał do niej jakby z oddali.
Jaga odchyliła atłasową kołdrę i oczy Niny padły na poduszkę. Był na niej odciśnięty ślad głowy męża. Wyciągnęła rękę i dotknęła poduszki końcami palców. Wydało się jej, że miejsce zachowało jeszcze ciepło jego ciała. Nagle długo tłumiona rozpacz, okropny żal i tęsknota, ogarnęły ją jak płomień. Poczuła, że się dusi i runęła na poduszkę, przyciskając usta do miejsca, gdzie niedawno spoczywała jego głowa. Rozstanie z nim przeżywała o wiele boleśniej, niż niegdyś odejście ojca, utratę rodzinnego domu i śmierć matki. Wówczas była jeszcze dzieckiem i nie zdawała sobie w pełni sprawy z rozmiarów nieszczęścia, jakie ją dotknęło. Tym razem, nieubłagany los odbierał jej człowieka, bez którego nie umiała i nie chciała żyć. Powstanie jeszcze nie wybuchło, ale dla niej już rozpoczął się koszmar. Ślepy płacz zatykał jej gardło i rozrywał piersi. Chwyciła się za włosy i zaczęła je targać, doświadczając niezwykle intensywnego uczucia straty. Na próżno Jaga próbowała ją uspokoić, sama go głębi serca przejęta jej cierpieniem. Nina jej nie słyszała, pogrążona w otchłani bólu. Do pokoju wpadła Mira, niosąc grzane wino, za nią pani ochmistrzyni z solami, Kumosia z naparem z kwiatu pomarańczy i pokojówki. Wszystkie kobiety starały się na swój sposób ją uspokoić, nie mogąc zrozumieć, co było powodem tak strasznej rozpaczy. Tylko Mira zrozumiała, co się musiało wydarzyć i przeszedł ją zimny dreszcz.
- Dziecko, na litość boską, uspokój się, bo poronisz! - prosiła Jaga, podtykając jej sole trzeźwiące. - Panno Miro, brom!
Nagle stało się coś, czego się nie spodziewały. Nina przestała płakać i choć oczy ociekały jeszcze łzami, siłą woli stłumiła rozpacz.
- Nie potrzebuję bromu. - powiedziała ochrypłym, ale stanowczym głosem. - Nic mi nie jest i proszę, pozostawcie mnie samą.
Kobiety zdumione i zaskoczone tą nagłą przemianą, bez słowa i na palcach wymknęły się z sypialni. Nina parę godzin przeleżała z otwartymi oczami, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Pomyślała, że wkrótce odezwie się dzwon wzywający ludzi do pracy, po korytarzach zacznie krzątać się służba i dom obudzi się do życia tak, jakby nic ważnego nie wydarzyło się tej fatalnej nocy.
- Jezu, nie wiem, jak ja potrafię żyć bez niego. - powiedziała półgłosem, wtulając twarz w poduszkę i czując wstręt do samotnej egzystencji, podniesienia się z łóżka i zajęcia się czymkolwiek. Wiedziała jednak, że nie wolno jej zasklepiać się w bólu i musi podołać obowiązkom pani i dziedziczki Makowa.
----------------------------------------