poniedziałek, 30 maja 2016

W powstańczym obozie.

Góry Świętokrzyskie
30 maja 2016 r.
Wyjechali z Makowa przed świtem, zaledwie białe opary mgieł zaróżowiły się w promieniach wstającego słońca. Omijając ludzkie osiedla kierowali się ku Łysogórom. Za koniem Jasia, szły dwa potężne perszerony, obładowane pakunkami. W lasach znać jeszcze było ślady zimy, lecz na południowych stokach, gdzie słońce dogrzewało mocniej, nieśmiało puszczała się młoda trawa, a na wierzbach widać było włochate "kotki". Jechali bardzo ostrożnie, bo droga była kamienista i śliska. Do leśnego obozu prowadziły dwie ścieżki. Jedna, od strony Świętej Katarzyny, którędy od biedy mógł dojechać wóz do pewnej wysokości, bowiem wyżej droga stawała się tak stroma, iż większe ciężary należało przewozić na końskich grzbietach. Druga, była to wąska ścieżyna, ukryta w gąszczu drzew i krzewów i prowadziła pomiędzy skałami w stronę Łysicy. Tą drogą mógł przejechać jeździec na dobrym koniu, lub człowiek idąc piechotą.
 
Łysogóry
Jaś wybrał tę trudniejszą drogę, gdyż pragnął uniknąć niemiłego spotkania z patrolem. Tu i ówdzie zaczynało się już gołoborze - skalne rumowisko, niezwykle trudne do przebycia. Minąwszy je bokiem, wjechali w dziką, pierwotną puszczę, pełną ogromnych jodeł, lip i buków. Potężne pnie drzew strzelały ku niebu, niby gigantyczne kolumny chramu bożego. Tu przyroda była jeszcze nieskalana. Omijali zwalone przez wiatry pnie pełne próchnicy, niektóre leśne olbrzymy porośnięte były malowniczo bluszczem. Latem rosły w puszczy ogromne paprocie i rzadkie gatunki leśnych kwiatów. Pomiędzy gałęziami drzew można było dostrzec niekiedy zaczajonego rysia, poszukującego pożywienia.
Niegdyś czczono tutaj bóstwa Pośwista i Pogody, potem na miejscu pogańskiej kontyny na Łysej Górze, wzniesiono klasztor i tu, gdzie według legend, odbywały się sabaty czarownic, od setek lat rozlegał się dźwięk dzwonów kościelnych. Była to cudowna kraina, pełna śladów pradawnej historii. Na wzgórzach pokrytych lasem, wznosiły się ruiny potężnych zamków rycerskich, stały pałace magnatów i dwory szlacheckie. W jesienne i zimowe wieczory opowiadano sobie w domach, o strasznych najazdach tatarskich, pustoszących cały kraj. Niedaleko, bo w Chmielniku, w 1241 roku, miała miejsce wielka i krwawa bitwa z Tatarami, w której poległ kwiat rycerstwa polskiego. Zresztą cała ta ziemia usiana była grobami nieznanych, poległych wojowników. Według innej legendy, w puszczy miał się ukazywać tajemniczy jeleń, niosący między rogami szczątek Krzyża Świętego. Spotkanie się z nim, nie wróżyło nic dobrego. Na tej pięknej ziemi mieli swoje gniazda rodzinne najwięksi i najsławniejsi rycerze polscy, tak zwani "przedchorągiewni", biorący udział w bitwie pod Grunwaldem.
 
Chmielnik - cmentarz

Nina wygodnie usadowiona w szerokim damskim siodle, prowadziła ostrożnie klaczkę uważając, aby nie wpadła nogą w jakiś otwór pozostały po odwiecznej kopalni, skąd wydobywano bogactwa tych ziem: żelazo, miedź, marmur, piaskowiec i margiel. Nad głowami jeźdźców piętrzyły się porosłe mchem nawisy skalne, a w wąwozach błękitniały małe jeziorka i szumiały bystre, górskie potoki. Nina przypomniała sobie, że ubiegłej jesieni była z Aleksem na Łysej Polanie, lecz wówczas jechali wygodniejszą drogą, tą, od strony od Świętej Katarzyny.
Minęło kilka godzin męczącej jazdy, lecz nic nie wskazywało bliskości obozu.
- Jasiu, kiedy będziemy na miejscu? - spytała, czując już zmęczenie.
Wstrzymał wierzchowca i posłał jej przekorne spojrzenie.
- Przypominam, że odradzałem ci tę wycieczkę. Teraz nie narzekaj! - mruknął zrzędliwie, ale zaraz pochylił się ku niej z troską. - Może zrobimy postój? Oj, czuję, że wódz zmyje mi głowę i słusznie. Nic cię nie boli?
- Ależ nic mi nie jest, tylko jestem głodna. - zapewniła go.
- To dobry znak. Ja też jestem głodny.
- A czy kiedykolwiek nie jesteś? - spytała uprzejmie i jednocześnie się roześmiali.
- Widzę, że humor ci dopisuje. - skwitował jej złośliwą uwagę Jaś. - W obozie zaraz napijesz się gorącej herbaty i coś zjesz. Widzisz przed sobą tę skalną iglicę? - podniósł ramię i wskazał wysoką, wąską skałę. - Jeszcze pół wiorsty i będziemy w obozie. Aleks dobrze wybrał to miejsce. Jest prawie niedostępne i jeszcze nigdy nie widziałem tak wspaniałych terenów łowieckich. Codziennie mamy możność upolowania sarny, dzika czy jelenia. Dzięki temu chłopcy mają stale świeże mięso.
Wykus. Tu obozował gen. Langiewicz.
 Jechali jednak jeszcze dosyć długo, bo droga była kręta i wznosiła się niekiedy stromo w górę pomiędzy głazami. Ninę rozbolały ramiona od powstrzymywania klaczy. Mignon wypoczęta po kilkudniowym postoju, była psotna i nieposłuszna. Udając przestrach, robiła nagły skok i rzucała głową, sprawdzając czujność swej pani. Lecz kierowana pewnymi rękami, lub upomniana lekkim klapsem, pokorniała i poddawała się woli pani. Jaś doświadczonym okiem myśliwego, dostrzegał ślady drobnej zwierzyny: kun, popielic, lisów i orzesznic. W gąszczu gałęzi drzew świergotały już po wiosennemu ptaki, płosząc się, gdy po niebie przemknął cień drapieżnika. Przejechali świerkowy zagajnik i małą polankę. Nagle zupełnie niespodziewanie rozległ się ostry głos niewidzialnego wartownika:
- Stój! Kto idzie?
Jaś roześmiał się i uniósł dłoń w geście pozdrowienia.
- Cóż to, Franuś,oślepłeś? Już zapomniałeś, kto ci czyraki na zadku wycinał?
- O laboga! To przecie pan dochtór! A ta pani to kto? - spoza potężnego pnia lipy, wyszedł młody chłopak, w niebieskiej konfederatce na długich, jasnych włosach. W rękach trzymał przedpotopową flintę myśliwską. Przystanąwszy, ciekawie przypatrywał się Ninie.
- Ta dama jest żoną naczelnika. - wyjaśnił Jaś, ruszając z miejsca.
Zauważywszy wpatrzone w nią oczy chłopaka, Nina prędko poprawiła się na siodle, przybierając swobodną postawę. Miała na sobie elegancką czarną amazonkę, przybraną futrem srebrnego lista. Szeroka spódnica z trenem i luźny żakiecik doskonale maskowały jej stan. Futrzany toczek z fantazją nasunięty na oko, podkreślał jej nieskazitelną cerę i bogactwo włosów. Nina świetnie zdawała sobie sprawę, że ona i klacz wyglądają zachwycająco.
Ruszyła wolno za Jasiem, rozglądając się z zainteresowaniem. Obóz był prawie gotowy. Na środku polany stały obszerne drewniane szałasy, a dokoła pełno było ścinków drewna i wiórów. Za obozem rosły czarne olsze, wyznaczając granice twardego gruntu. Dalej już ciągnęły się bezdenne bagna, a spod kożucha roślin przeświecała czarna woda. Nocami świeciły tutaj gazy, wzbudzając strach przesądnej ludności. Szałas dowódcy stał przy końcu polany, pod skałą chroniącą go od wiatrów.
Nina klepnęła zagapioną Mignon i zrównawszy się z Jasiem, jechała środkiem polany, a za nią podążały zdumione oczy powstańców. Wielu jej nie znało i teraz przypatrywali się olśnieni smukłej, wytwornej damie, dosiadającej z gracją karej klaczy arabskiej. Mignon również lubiła się pokazać i szła w lansadach, prezentując się w całej okazałości. Tętent koni wywabił z pobliskiego szałasu rozczochranego mężczyznę. Stanął w drzwiach i przygładzając czuprynę, patrzył na jeźdźców.
- Oho, Tadeusz! - mruknęła pod nosem Nina. - Założę się, że zaraz narobi wrzasku.
Siekielski postąpił kilka kroków i obserwował ją z osłupieniem.
- Jasiek! - ryknął, ściągając brwi z widoczną złością. - Do jasnej cholery, rozum ci odjęło?Jak mogłeś zabrać ją z sobą? Mam ochotę wybić ci dwa przednie zęby.
Nina przyjrzała się mu z niesmakiem.
- Okropnie schamiałeś, Tadziu. Zamiast grozić Jasiowi pobiciem i brzydko kląć, bądź tak miły i pomóż mi zejść z konia, a potem przywitaj się ze mną.
Tadeusz głośno zrzędząc, ujął ją pod boki i delikatnie postawił na ziemi. Pocałował ją w policzek i w rękę, następnie obejrzał troskliwie, czy jest cała i zdrowa.
- Nie rozumiem, jak można było tę biedną dziewczynę wlec taki kawał drogi. Konował nie lekarz!- gderał. - A ty, Nino, nie powinnaś w tym stanie jeździć konno.
- Po pierwsze, nie wypada panom tego stanu zauważać! - stwierdziła z irytacją. - A po drugie, przyjechałam żeby złożyć mężowi życzenia imieninowe. Złociutki, błagam, przestań trzeszczeć, bo chcę mu zrobić niespodziankę.
- To wódz ma dzisiaj święto? - zdziwił się Tadeusz.- O, do diabła! W takim razie wypada urządzić mu małą uroczystość.
- Nie teraz! - ucięła. - Chcę osobiście złożyć mu życzenia, bez asysty. Jest sam?
- Jasne! - Siekielski domyślnie zmrużył jedno oko. - Daję ci godzinę, nie dłużej. Wiesz, Jasiek, ona jeszcze bardziej wyładniała! - mruknął, oglądając ją uważnie i ze zdumieniem potrząsając głową. 
Obóz powstańczy.
 Wziął cugle Mignon i pociągnął klaczkę za sobą. Jaś poszedł za nim, by rozładować pakunki i napoić spragnione konie.
Nina uchyliła drzwi szałasu i na palcach weszła do środka. Było tam ciemnawo, gdyż szałas nie miał okien. W powietrzu unosił się zapach świeżo heblowanego drewna i gałązek świerkowych rozrzuconych na ziemi. Całe umeblowanie składało się ze stołu i ławy zbitych z desek. Pod ścianą stało prowizoryczne posłanie. Świeczka przyklejona do deski stołu, skwierczała mocno, rzucając wąski, migotliwy krąg światła. Aleks siedział przy stole, odwrócony do drzwi plecami. Pochylony, pisał coś, co chwilę przerywając i niecierpliwym ruchem strzepując ze stalówki atrament. Blask świecy padał na jego schyloną głowę i jasny, złocący się rozdział włosów. Szerokie ramiona miał okryte płaszczem, bo w szałasie zimno było jak w lodowni. Nina stała bez ruchu, wpatrując się w niego przez zasłonę z łez. Pióro znowu zgrzytnęło przeraźliwie po papierze, Aleks zaklął i strzepnął je ponownie.
- Aleczku. - wyszeptała drżącymi ustami.
Wolno odwrócił głowę i wstał z ławy.
- Kto tam? - spytał ,usiłując dostrzec coś w półmroku.
- Kochany! - powtórzyła śmielej. - Nie gniewaj się, że przyjechałam...
- Nina? - odezwał się z niewiarą. - Nina!
Skoczył ku niej i porwał ją na ręce.
- Jesteś! - wyszeptał, jakby jeszcze nie dowierzał swemu szczęściu. Zjawiła się tak niespodzianie, jak spełnienie jego tęsknoty. Kiedy jej ramiona objęły go mocno, zapomniał o całym świecie. Walka, głód, niewygody, stały się czymś mało ważnym, bo jej obecność zmieniała ponurą rzeczywistość w czarowną bajkę. W uniesieniu całował jej usta i białą szyję wyłaniającą się z futrzanego kołnierza. Pokrywał pocałunkami jej suknię i przypadał ustami do białych, delikatnych dłoni. Wpół przytomna ze szczęścia, oddawała mu pocałunki, gładząc szorstkie od niegolonego zarostu policzki i jedwabiste włosy męża.
- Przyszłaś...przyszłaś do mnie! - powtarzał, ogarniając ją całą miłosnym spojrzeniem. - Kochanie moje, mój słodki promyczku!
Kiedy zdecydował się wypuścić ją z ramion i postawić na ziemi, sięgnęła po pakunek położony na ławie i szczelnie zawinięty w wilgotne płótno. Odwinęła je i podała mu bukiet purpurowych róż z zimowego ogrodu. Ciemny szałas wypełnił się upajającą wonią kwiatów.
- Pewnie zapomniałeś, że dzisiaj są twoje imieniny.- powiedziała z uśmiechem.- Przyjechałam, by złożyć ci życzenia. O mój ukochany, niechaj Bóg miłosierny i Przeczysta Maryja, zachowają cię w zdrowiu, dla mnie i naszego dziecka. Modlę się, żeby Pan Jezus powrócił mi ciebie i chronił od kul i szabel. Niczego więcej nie pragnę.
Wziął od niej kwiaty i wąchał je przymykając powieki.
- Pamiętałaś o mnie? Jak te róże cudownie pachną! Jeszcze nigdy nie spotkała mnie tak miła niespodzianka. Pokaż się; ślicznie wyglądasz w tej amazonce.
Zaczął ją znowu całować, a potem popatrzył na nią z wyrzutem, kłócącym się z zachwytem na jego twarzy..
- Rozumuję jak egoista. Nie powinnaś była dla mnie narażać zdrowia. - rzekł, tuląc ją do siebie. - Przecież to już szósty miesiąc! Jeszcze tylko kilkanaście tygodni i zostanę ojcem. Aż trudno mi w to uwierzyć.
- Mnie również. Przywiozłam ci trochę żywności, koce i co tam w domu było dobrego. A gdzie twoja wilczura? Płaszczem się okrywasz? Przecież musi być ci zimno.
- Wilczura? - odruchowo poprawił spadający mu z ramion płaszcz. - Wiesz, przyszedł do nas taki młody chłopak, miał na sobie łachmany, bo uciekł od gospodarza. Dałem mu wilczurę, ja mam przecież płaszcz.
Wzruszona pogładziła jego policzek. Zawsze był hojny i bezinteresowny. Posadził ją na posłaniu i przykrył kocem nogi.
- Dobrze się czujesz? Musisz być bardzo zmęczona. Obawiam się, żeby ta droga ci nie zaszkodziła - pochylił się nad nią, a jego zarost złocił się w świetle świecy.
- Nie jestem zmęczona, lecz głodna i chce mi się pić. Prosiłabym o gorącą herbatę. Nie, nie odchodź jeszcze. - pochwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie.
Zdjął jej z głowy futrzany toczek i gładził włosy, zwinięte w ogromny węzeł. Lśniły jak świeże kasztany zerwane jesienią z drzewa. Pod wpływem pieszczoty, mrużyła oczy, wydając cichy pomruk. Dotknęła dłonią jego chłodnej twarzy. Obrysowała palcem kształt jego ust. Pochylił się nad nią w porywie namiętności.
- Aleczku. - szepnęła, między jednym pocałunkiem, a drugim. - Pozwól mi dziś zostać z tobą.
- Oczywiście. Ja bym się nawet nie zgodził, żebyś dzisiaj ponownie odbyła tak długą podróż. Tylko obawiam się, że może ci być tutaj niewygodnie. Jutro rano odprowadzę cię kawałek.
Obóz powstańczy w lesie.
 Uszczęśliwiona, zaczęła mu opowiadać o wszystkim, co wydarzyło się w domu. Nie wspomniała jedynie o swojej tęsknocie i niepokoju. Ale on intuicyjnie odgadywał jej myśli z kurczowego uścisku ręki i momentach milczenia.     
Kiedy powiedziała mu o planowanym ślubie Jasia, Aleks nie był tym zachwycony.
- Nie wiem, czy to mądrze, żenić się w tych czasach. - powiedział, okrywając ją ciągle spadającym kocem. - My jesteśmy jak te ptaki przelotne. Dziś tu, jutro tam. Po co zakładać rodzinę i obarczać kochaną kobietę męką oczekiwania w niepewności?
- A przecież ty także spodziewałeś się powstania, lecz mimo to, postanowiłeś się ożenić.
- Nino, nikt z nas nie mógł przewidzieć, czy i kiedy dojdzie do wybuchu zbrojnego. Ja niczego nie żałuję, bo gdybym zwlekał, nie zostałbym ojcem. Widzisz... - urwał i zagryzł wargę. - Jakbym.... to zawsze pozostanie ci to dziecko.
Przeszył ją potworny lęk. Pochwyciła go za klapy kołnierza płaszcza i potrząsnęła z siłą, zdumiewającą u tak kruchej, delikatnej kobiety.
- Zabraniam ci!... - krzyknęła rozdzierającym głosem. - Nigdy tak do mnie nie mów, słyszysz? Nigdy!
Wstrząśnięty strasznym wyrazem malującym się na jej pobladłej twarzy, zaczął ją przepraszać, przeklinając swoją głupotę.
- Co za dureń ze mnie! Jedyna moja, nie płacz. Błagam, uspokój się. Ja wcale tak nie myślałem i zrobiłem z siebie sentymentalnego idiotę. Nino, przepraszam. Słonko, ja nie mogę patrzeć na twoje łzy!...Będę żył sto lat i doczekam prawnuków! Obiecuję!
Leżała na jego płaszczu, zanosząc się z płaczu. Aleks miał ochotę rozedrzeć się na drobne kawałeczki. Uniósł jej głowę i wycierał mokre od łez policzki własną, przybrudzoną chusteczką. Zauważywszy, że Nina powoli się uspokaja, podszedł do drzwi i otwarł je szeroko. Złota smuga promieni słonecznych rozjaśniła mroczne wnętrze szałasu.
- Zaraz będzie gorąca herbata, a wieczorem porozmawiamy o Jasiu. Hej, jest tam który? - zawołał donośnie. - Jasiek, gdzie się podziewasz?
Jakby oczekując na ten znak, z sąsiedniego szałasu wyszła istna procesja z Jasiem na czele. Siekielski, Barycz, Biecki i kilku innych, nie znanych Ninie oficerów.
- Wodzu! - przemówił Jaś z uśmiechem. - Nina przywiozła z domu pyszności i zamierzamy wyprawić ci ucztę imieninową. Mam nadzieję, że nie dostanę po uszach za to, że zabrałem ją z sobą. Ona się uparła, a jest nieustępliwa jak młoda oślica!
- Dostaniesz ode mnie medal, że ją przywiozłeś. - uspokoił go Aleks. - Nino pozwól, moi panowie oficerowie!
Obóz powstańczy.
 Nina przywoławszy uśmiech na usta, witała powstańców, przekazując znajomym pozdrowienia od rodzin. Całowali jej dłonie i prawili komplementy, podziwiając urodę młodej hrabiny. Dwóch żołnierzy przytaszczyło kosze z jedzeniem. W domu całą noc przygotowywano różne gatunki mięs, wędliny i bigos myśliwski. Był nawet tort z inicjałami solenizanta. Oficerowie rozpromienili się na widok skrzynki węgierskiego Tokayu. Pełniąc z wdziękiem honory pani domu, Nina postawiła przywieziony z Makowa sześcioramienny świecznik, zapaliła białe świece i ustroiła skromne nakrycie bukietem z róż. W blasku świec nawet ten ponury szałas wyglądał nieco przytulniej.
Aleks rozlał wino do kubków. Wzniesiono toast na cześć solenizanta, życząc mu generalskiej rangi, a sobie zwycięstwa i szczęśliwego powrotu do domów. Cały szałas trząsł się w posadach przy hucznym"Sto lat". Drzwi otwierały się bez przerwy i wchodzili nowi goście, pragnąc złożyć dowódcy życzenia i zobaczyć jego młodą żonę. Nina była nieco zażenowana tym wyłącznie męskim towarzystwem. A powstańcom wydawała się ona jakimś cudownym zjawiskiem, darem losu w twardym, brutalnym żołnierskim bytowaniu. Co chwilę wstawali z ław i ryczeli na jej cześć jeszcze głośniej, niż Aleksowi.
Ubiory powstańców styczniowych
 Przy ogniskach świętowali żołnierze. W kociołkach bulgotała grochówka na wędzonce, na rożnach smażyły się kiełbasy, których woń przywabiła wszystkie obozowe psy. Było wesoło lecz nie hałaśliwie, bo dowódca, oprócz szacunku i uwielbienia, potrafił budzić lęk. Miał ciężką rękę i chłopcy bali się go jak ognia wiedząc, że nie pobłaża najmniejszemu przewinieniu. Zawsze powtarzał, że błędy dowódcy zemszczą się na jego żołnierzach. Wszyscy bawili się beztrosko, jakby nie ciążył nad nimi cień szubienicy. Któryś z młodszych oficerów przyniósł gitarę i zaraz popłynęły powstańcze piosenki:"Dalej bracia do bułata", "Jak wspaniała nasza postać, kiedy w słońcu błyszczy stal," i te tkliwe, melancholijne: "Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła" oraz inne, mniej znane pieśni. Aleks ruchem ręki przerwał śpiewy i powiadomił kolegów o bliskim ślubie Jasia. Oficerowie rzucili się, by uściskać przyszłego pana młodego i wznieść toast na cześć młodej pary. Dopiero koło północy goście rozeszli się do swoich szałasów. Nina stojąc na progu u boku męża, przypatrywała się oczarowana powstańczemu obozowi.
Noc była pogodna, choć jeszcze mroźna. Na ciemne niebo wyroiły się migoczące gwiazdy. Krwawe łuny palących się ognisk, rzucały purpurowe odblaski na bloki skalne, a dymy zdmuchnięte przez lekki powiew wiatru, wznosiły się w górę i rozpływały w powietrzu. Nie sklecono jeszcze wszystkich szałasów i część powstańców spoczywała przy ogniskach, na grubych derkach i wiązkach słomy. Byli to ludzie w różnym wieku: od pucułowatego wyrostka, do starych, żylastych, zahartowanych w bojach żołnierzy. Jedni przyszli od Langiewicza, inni od Kurowskiego spod Kielc, a byli i tacy, co dowiedziawszy się o wybuchu powstania, porzucili urzędy, szkoły, warsztaty rzemieślnicze lub zdezerterowali z armii carskiej. Niektórzy już spali, inni kręcili się przed snem, majstrując coś przy przyodziewku, paląc fajki albo pożywiając się chlebem ze smalcem i z kiełbasą.
Kosynierzy w 1863 r.
 W pobliżu szałasu dowódcy, siedział młody chłop i wsparłszy się plecami o skałę, szeptem odmawiał różaniec, bijąc się w piersi spracowaną dłonią. Pośrodku polany stało kilka wozów taborowych i pasły się sianem konie przywiązane do długich palików. Zewsząd rozlegały się głębokie męskie śmiechy lub soczyste przekleństwa. Na czarnym tle bagien ukazywały się czasem błękitnawe ogniki i zaraz gasły. Jakiś młody chłopak przysiadł na pniu zwalonego drzewa i przygrywając na ustnej harmonijce, przyśpiewywał wesołą piosenkę:
- Kto powiedział, że Moskale są dziś braćmi nas, Lechitów
Temu pierwszy w łeb wypalę, przy kościele Karmelitów.
 Kosynierzy w 1863 r.
 Kątem oka śpiewak dostrzegł stojącego na progu szałasu dowódcę i momentalnie zamilkł. Zapadła grobowa cisza, a żołnierze błyskawicznie ułożyli się do snu. Tylko duży czarny kundel przeciągał się w cieple ogniska i szeroko ziewał. Zaszumiał wiatr i czuby drzew zakołysały się sennie. Od strony bagien przelatywały nad ogniskami nocne ptaki, krzycząc przeraźliwie. Przytulona do boku męża, Nina całą duszą chłonęła ten malowniczy i zarazem groźny obraz. Światła ognisk migotały na stalowych ostrzach kos ustawionych w snopy, lub złociły świeże wióry leżące na zadeptanej murawie.
Było jej w tym momencie ogromnie dobrze, ale zarazem dziwnie smutno.
- Mój Boże. - westchnęła. - Tak bym chciała zostać tu z tobą.
- Nie byłbym ciebie godzien, zgadzając się na to. - odpowiedział równie cicho. - Nie zawsze jest tak sielankowo. W zwykły dzień, o tej porze chłopcy już śpią po capstrzyku. Tylko dziś zrobiłem wyjątek. To, na co patrzysz, wydaje ci się bardzo romantyczne. Lecz to tylko złudzenie. Życie obozowe ma swoje ciemne strony. Często bywa brutalne i trudne do zniesienia. Zżera nas tęsknota za domem i rodziną, prymitywne warunki życia wielu zniechęcają. Zdarza się, że niektórzy porzucają obóz i wracają do domów. Nawet zdrowych i silnych mężczyzn często opanowuje agresja, a wtedy dochodzi do bójek, nawet zabójstw.
Ubiory piechoty w powstaniu.
 - Ja bym od ciebie nigdy nie uciekła. - szepnęła, podnosząc na niego oczy przepełnione miłością. Poczuła na policzku jego gorące usta.
- Ty zawsze jesteś przy mnie. Chodźmy, promyczku, bo się przeziębisz. Nie zdejmuj na noc sukni, bo w szałasie wieje z każdego kąta. Dobrze, że wiosna nadchodzi, bo zimą trudno byłoby tu wytrzymać. Połóż się, bo ja idę na obchód.
- Nie mogę ci towarzyszyć?
- Nie. Życie obozowe nie nadaje się dla oczu dam. Żołnierze czuliby się skrępowani, a tobie byłoby wstyd.
- To poślij kogoś innego.
- Kochanie, to ja odpowiadam za moich żołnierzy i osobiście muszę wszystko sprawdzić. - narzucił na ramiona płaszcz i posławszy jej dłonią całusa, wyszedł.
Nina rozejrzała się po ubogim gospodarstwie męża. Z pakunków wyjęła ciepłe koce oraz skórę niedźwiedzią, leżącą poprzednio przed jego łóżkiem. Szukała kożucha baraniego, ale nie mogła go znaleźć. Z ciężkim westchnieniem zabrała się do ścielenia posłania, kładąc na spód futro. Była bardzo wyczerpana uciążliwą drogą i ostrym górskim powietrzem. Położyła się, naciągając na siebie pledy. Cofnęła się pod samą ścianę, robiąc miejsce dla męża. Prawie natychmiast zapadła w sen.
Góry Świętokrzyskie
Z początku nie mogła się zorientować, co ją obudziło. Świece przygasły, a wosk spłynął na deski stołu. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Zamiast barwnych fresków i jedwabnych zasłon, widziała nad sobą deski poutykane mchem. Zapach wilgoci i potu końskiego, jakim przesiąknięte były derki na posłaniu, drażnił jej nozdrza. Po szałasie krzątał się Aleks, chodząc na palcach, żeby jej nie zbudzić. Zdmuchnął świeczki, pozostawiając tylko jedną i zmylony jej bezruchem, usiadł na ławie, wsparł się o ścianę i naciągnąwszy na siebie szczelniej płaszcz, zabierał się do spania. Nina kichnęła, pociągnęła noskiem i usiadła na twardym, niewygodnym posłaniu, wyciągając do niego rękę.
- Alku!
Otwarł oczy, wstał i podszedł do niej.
- Przepraszam. Chyba cię obudziłem. Tak smacznie spałaś.- szepnął, pochylając się nad nią.
- Bo zasnęłam, ale już nie jestem śpiąca. Połóż się przy mnie.
Odpiął ciężką kawaleryjską szablę i położył ją na stole, czule głaszcząc rękojeść.
- Tęsknisz? - spytała.
Nie odpowiedział, ani nie zapytał, co miała na myśli. Nina wiedziała, że połowa jego serca krwawiła, kiedy był zmuszony podnieść rękę i walczyć przeciwko braciom Rosjanom, synom wytęsknionej Rosji, jego pierwszej ojczyzny. Kiedy położył się przy niej, troskliwie otuliła go pledami.
- Mój Jezu, tak tu marzniecie, a w domu jeszcze tyle dywanów i futer. Jak tylko wrócę, zaraz przyślę ci łóżko polowe z pościelą, meble i dywany. Każ sobie obić ściany, żeby ci nie wiało. Dlaczego się śmiejesz? - spytała z urazą, zauważywszy w półmroku błysk jego białych zębów.
- Skarbie, prędzej czy później Rosjanie dowiedzą się o naszej kryjówce i trzeba będzie się stąd wynosić. Nie zamierzam obdarowywać ich moimi dywanami. Jeszcze czego! Poza tym, widzisz, moi chłopcy nie sypiają na łóżkach polowych z pościelą. Promyczku, sam dobrowolnie wybrałem taki los. No, nie myśl już o tym.
Trzymał ją mocno w ramionach. Na policzku czuła ciepło jego oddechu.
- Ach, mam ci tyle do powiedzenia. - ożywiła się. - Binia urodziła drugiego syna i dali mu na imię Aleksander Mieczysław. Żeby to u mnie było już po wszystkim! - stęknęła.
Wartownik powstańczy.
- Już niedługo, skarbie. - pocieszył ją pomimo, że sama myśl o zbliżającym się porodzie, budziła w nim paniczny strach. Bał się tego, jak samej śmierci.
Uspokojona jego niefrasobliwym tonem, Nina poweselała. W ramionach męża było jej ciepło i bezpiecznie. Pocałowała go w nieogolony policzek.
- Ale najważniejszą nowinę pozostawiłam na koniec. - rzekła tajemniczo.-Pani wojewodzina da ci pieniądze na zakup broni!
- Naprawdę? - ucieszony, podniósł się na łóżku. - Kochana starowinka, muszę jej osobiście podziękować.
- A kto pojedzie po tę broń? - spytała niby od niechcenia, zamierzając przejść do meritum sprawy: swojego wyjazdu do Krakowa.
- Chyba poślę Jasia, bo Tadeusz ciągle gorączkuje, a rana kiepsko się goi. - odrzekł po chwili namysłu.
- Przecież Janek się żeni! - przypomniała.
- To ożeni się po powrocie z Galicji. - zadecydował.
Stłumiła ziewnięcie. Było już bardzo późno, może trzecia nad ranem. Księżyc wisiał nisko, a jego promienie nieśmiało zaglądały do szałasu przez nieszczelne poszycie dachu.
- Jest inne rozwiązanie. - rzekła powoli. - Kiedyś, życzyłeś sobie żebym jeszcze przed porodem wybrała się do Warszawy.
Na jego szyi wyczuła przyśpieszony puls. Wolno zwrócił ku niej głowę i jakby skurczył się cały.
- Nino, ty się źle czujesz? - wyszeptał. Twarz miał trupio bladą, przeżywając gwałtowny przypływ lęku i miłości. Wydało się mu, że jakaś lodowata ręka zacisnęła się na jego sercu.
- Nie w tym rzecz! - zaśmiała się swobodnie, ujmując jego głowę w obie dłonie i całując go w koniec nosa. - Nic mi nie dolega. Ale jak dobrze wiesz, trochę boję się porodu. Jaś wspominał, że w Krakowie jest znakomity specjalista chorób kobiecych, więc pomyślałam sobie, że może byłoby warto zasięgnąć jego porady. Jednocześnie mogłabym rozpytać się o zakup broni i ewentualny transport przez granicę. To mi przecież niczym nie grozi.
Aleks był tak zdumiony jej propozycją, że zaniemówił. Nina zlękła się, że mąż jej zabroni i postara się wybić jej ten pomysł z głowy.
- Chciałabyś to dla mnie zrobić? - szepnął ogromnie wzruszony.
- Oczywiście. Musisz tylko polecić mi osoby, do których będę mogła zwrócić się w tej sprawie.
- Kochanie, jesteś taka dobra!...- zaledwie zdołał zapanować nad sobą, żeby nie upaść na kolana i nie całować jej stóp. - Ale jak ty, moje biedactwo, zniesiesz taką długą podróż? - wpatrywał się w nią z troską.
- Och, nie martw się. Pojadę z paradą, całym dworem, jako wielka dama. Wezmę karetę, a do towarzystwa nianię i Mirunię. Prócz Stacha, pojedzie Maciek i Tomek .Ale jest problem: nie posiadamy dokumentów!

- Tym się nie kłopocz. - machnął ręką. - Wkrótce otrzymasz wszystkie potrzebne paszporty i przepustki. - mocno zacisnął rozdygotane dłonie, chowając je pod pled. - Moja cudowna, słodka dziewczyno, a ja nie mogę ci towarzyszyć! - wybuchnął z rozpaczą. - Mam wyrzuty sumienia, bo ty narażasz się dla mnie, a ja opuściłem cię wtedy, kiedy najbardziej mnie potrzebowałaś.
- Już się z tym pogodziłam. - skłamała gładko. - Przecież wiem, że mnie kochasz.
- Zawsze cię kochałem i pragnąłem bardziej, niż samego życia. Lecz ciągle mam świadomość, że cię krzywdzę.
- Więc zgadzasz się na mój wyjazd? - odgarnęła mu włosy z czoła i ucałowała.
- Tak, przynajmniej o ciebie będę już spokojny.
Miał cichą nadzieję, że zdoła ją namówić, aby pozostała w Galicji, aż do czasu zakończenia walki. Działania wojenne przeniosły się dalej w kierunku zachodnim, więc może lepiej żeby Nina odbyła tę podróż w tym czasie. Wiosną, gdy ruszy ofensywa, wojaż do Krakowa mógłby się okazać niemożliwy. Nie miał złudzeń i jasno zdawał sobie sprawę, że powstanie upadnie, a wtedy zaczną się dziać rzeczy straszliwe. Za wszelką cenę pragnął zaoszczędzić jej tych okropności. W Krakowie znajdzie tak potrzebny jej spokój i fachową opiekę lekarską. Jeżeli uda się jej szczęśliwie urodzić dziecko, namówi ją, by wyjechała do Francji. Zmusi ją do tego!... Na myśl o czekającym ją porodzie, poczuł paraliżujący strach. Wyobraził sobie jej cierpienia, kiedy będzie daleko od niego i ogarnęła go rozpacz tak okropna, iż gotów był odebrać sobie życie, gdyby Ninie przytrafiło się coś złego. Ale nie mógł okazać jej swojego niepokoju. Ona nie powinna nawet domyślić się, że zagraża jej niebezpieczeństwo, bo ta świadomość mogłaby ją zabić.
- Cieszę się, że pozwoliłeś mi jechać, ale ja nie znam Krakowa i nie wiem, gdzie powinnam się zatrzymać.
- To bagatela. Zamieszkasz u państwa Piotrowskich. To pewni ludzie i mają własny dom za Wawelem, na przedmieściu. Będzie ci u nich dobrze.
- A dlaczego nie mogę zamieszkać w hotelu?
- To niebezpieczne. W hotelach mieszczą się agentury obcych wywiadów. Pan Piotrowski załatwiał mi zawsze dostawy broni. Jemu oddasz pieniądze, a on już zajmie się resztą. Piotrowski jest doświadczonym konspiratorem i obmyśli jakiś sposób przerzucenia broni przez granicę. Można tego dokonać przy pomocy żydowskich handlarzy bronią, podejmujących się tego zadania za duże pieniądze.
A. Grottger Znak.
 Odetchnął na myśl, że niedługo jego oddział będzie uzbrojony i gotowy do walki. Świtała mu myśl, żeby połączyć się z pułkownikiem Czachowskim i skrzyknąwszy kilka innych oddziałów, stworzyć siłę zdolną do podjęcia zadań zaczepnych wobec nieprzyjaciela. Miał już dosyć ciągłej defensywy. Czachowski nie cieszył się sympatią Langiewicza, zaś starego wiarusa drażniła okazywana przez generała zawiść i niezdecydowanie przy podejmowaniu decyzji. Czachowski miał odwagę wytknąć generałowi jego błędy i tego Langiewicz nie mógł mu wybaczyć. Stary pułkownik miał charakter czysty jak kryształ, do powstania przystąpił z pobudek wyłącznie patriotycznych. Swoich żołnierzy trzymał żelazną ręką, bez litości rozstrzeliwując dezerterów i wieszając zdrajców. Chłopów winnych kumania się z wrogiem karał stryczkiem, a nieposłusznych, własnoręcznie batożył. Twardy i bezkompromisowy, cieszył się u podwładnych szacunkiem i czcią. Czachowski nie bez podstaw podejrzewał Langiewicza o karierowiczostwo. Generał długo przebywając za granicą, nie znał politycznych układów w kraju i łatwo mógł paść ofiarą spisku Białych, pragnących przechwycić ster rządów. Aleks zamyślił się tak głęboko, że oprzytomniał dopiero, gdy Nina pociągnęła go za ucho.
- O, przepraszam, ale zastanawiałem się nad twoim wyjazdem. Odkryłaś się! - zawołał, otulając ją pledami.- Właściwie nie mam wyboru, bo znając twój charakter wiem, że i tak postawiłabyś na swoim. Ale mimo to, bardzo cię kocham.
- Chcesz dać mi do zrozumienia, że jestem uparta jak oślica? Pięknie, a myślisz, że miłość do ciebie to rajska sielanka?
Roześmiał się głośno i serdecznie.
- Chyba nie. Ale ty mnie kochasz takiego, jaki jestem, prawda? - powiedział, wodząc palcem po haftkach stanika jej sukni.
- Aha! - mruknęła i opowiedziała mu o przygotowaniach do ślubu Jasia. Widząc jej śmiejące się oczy, było mu przykro, że musi odmówić jej przyjemności.
- Słonko, nie będziesz zadowolona, ale ślub powinien być zupełnie cichy. Ktoś doniósł, że pan Syrwin jest powstańcem i Ciążyny spłonęły. Potem był donos na księdza proboszcza, więc nie można wykluczyć, że w pobliżu znajduje się donosiciel. Niechże więc ktoś się wygada o ślubie powstańca, a Moskale zgotują nam krwawe wesele.
A. Grottger. Pod murami więzienia.
 Nina cała pochłonięta planami podróży, łatwo zrezygnowała z hucznych zaślubin.
- Słusznie, nie pomyślałam o tym. To kiedy mam się umówić z księdzem proboszczem i wujostwem Borutyńskimi?
- Po co zwlekać? Chcą się pobrać, więc nie należy odkładać tego w nieskończoność. Bądźcie w Sarnikach w piątek, o czwartej nad ranem. A teraz już śpij, moje maleństwo, bo musisz wyjechać z obozu o świcie.
Przyciągnął ją mocniej do siebie, ogrzewając własnym ciałem. Wsunął rękę w jej włosy. Były chłodne i sypkie, a pod jego dotykiem spłynęły miękką falą z posłania aż na ziemię.