poniedziałek, 30 maja 2016

Wielka radość - niespodziewany gość!


30 maja 2016 r.
Pod koniec lutego zrobiło się cieplej. Śniegi stopniały, a słońce stojąc coraz wyżej, świeciło po wiosennemu. Piękna pogoda skłoniła panie do spaceru po parku. W alejach po śniegu pozostały tylko kałuże wody, a od nagich jeszcze pól, południowy wiatr niósł zapach ziemi gotowej do siewów. Nina myślała z troską, że w marcu trzeba sadzić wczesne ziemniaki. Nadchodził czas siewów zbóż jarych i wysiewania pierwszych warzyw do gruntu. Wsparta na ramieniu Miry, szła wolno, wdychając z rozkoszą chłodne, rześkie powietrze. Lubiła bardzo spacerować aleją ogromnych drzew pozbawionych jeszcze liści, pod nieskończonym obszarem błękitnego nieba.
- Teraz rozumiem, dlaczego tak bardzo kochasz Maków. - odezwała się panna Maciejewska, rozglądając się dokoła. - To jest wprost magiczne, cudowne miejsce, a jego uroda niemal zapiera dech w piersiach.
Nina obdarzyła ją wdzięcznym spojrzeniem, bo Emilce udało się w kilku słowach wyrazić to, co ona czuła do swojej ziemi. Zbliżała się wiosna, na trawnikach kiełkowała młoda trawa, a na słonecznych polanach kwitły już nieśmiało pierwsze kwiaty; śnieżyczki i krokusy.
- O, spójrzcie tylko! - zawołała, pochylając się nad krzewem forsycji. - Są już pączki! - końcami palców pieszczotliwie dotykała gałązki rośliny.
Idący przy jej nodze Grot, nagle szczeknął krótko i przyjął postawę psa wystawiającego zwierzynę. Stał nieruchomo jak posąg, z uniesioną przednią łapą i wyprostowanym puszystym ogonem. Musiał coś zwęszyć, bo posłał swej pani pytające spojrzenie. Istotnie, zaraz na końcu długiej alei pokazał się jeździec pędzący karierem1.
- O Boże, czy to nie jakiś kozak lub dragon? - zaniepokoiła się pani Salomea, podnosząc do oczu srebrne lorgnon.2
Emilka mająca lepszy wzrok, przysłoniła oczy dłonią i bacznie przypatrywała się jeźdźcowi.
  - Janusz! - wydała przeraźliwy okrzyk i otworzywszy ramiona, pobiegła mu naprzeciw.
Jaś podjechał do niej galopem i zeskoczywszy z konia w pełnym biegu, jak cyrkowiec, pochwycił ją na ręce, pokrywając jej twarz, usta i oczy płomiennymi pocałunkami. Całowali się zapamiętale, wcale nie zważając na podchodzące panie. Pani Salomea uznała za stosowne dyskretnie chrząknąć.
- Jean, cela ne convient pas3! - półgłosem skarciła syna. - Może i z nami zechcesz się przywitać?
Jaś oderwał się od narzeczonej i rozejrzał nieprzytomnym wzrokiem.
- Mamusia...Matuś! - wykrzyknął z taką radością, jakby dopiero teraz ją zauważył. Postawił Emilkę na ziemi i uniósł starszą panią wysoko w ramionach. Miał jeszcze niezupełnie przytomną minę i ciągle zerkał na zarumienioną i zawstydzoną narzeczoną. Zachowanie panny Maciejewskiej nagle uległo zupełnej zmianie. Zazwyczaj chłodna i bardzo opanowana, teraz oczy miała błyszczące jak gwiazdy, śmiejące się usta i cała promieniała pod wpływem wielkiej miłości. Całkowicie przeistoczona, nie przypominała spokojnej panny, której Nina zazdrościła zimnej krwi i odwagi. Teraz jej chłodne, jasnoniebieskie oczy przepełnione były radością i szczęściem. Drżącą dłonią dotykała ramienia Jasia, jakby chcąc się upewnić, że to naprawdę on. Otrząsnąwszy się z miłosnego szału, Jaś przywitał się czule z Niną i ucałowawszy rękę Miry, ponownie wskoczył na konia, przytrzymując mocno spory pakunek przy siodle, który co chwilę się poruszał, wydając dziwne odgłosy.
- Jasiu, dlaczego tak przylepiłeś się do tego konia? - zaintrygowana Nina przechyliła głowę, przyglądając się mu z ciekawością. - Krótki spacer z nami dobrze ci zrobi .Co jest w tym pakunku? Znalazłeś worek ze złotymi imperiałami?
- Mylisz się, kotku. To nie są imperiały, lecz wielce apetyczne prosię, które przypadkowo spotkałem na drodze.
- Jak to, spotkałeś? - naiwnie zdziwiła się pani Salomea. - Po co je brałeś? Należało zwrócić je właścicielowi.
- Ani mi się śni! - Jaś uśmiechnął się szeroko. - Cały czas głodowaliśmy, bo nasz wódz nie pozwolił skubać wieśniaków. Teraz chłopcy spragnieni są dobrej wyżerki, aby nabrać sił do trzepania skóry burkom. T akie młode, różowe prosię upieczone na rożnie, to prawdziwy rarytas! - Jaś oblizał się i poklepał po zapadłym brzuchu. - Mniam!
- Mam rozumieć, że ukradłeś komuś tego prosiaka? - pani Salomea była wyraźnie zgorszona postępkiem syna.
Jaś zachichotał, bagatelizując biadanie matki nad jego moralnym upadkiem.
- Wcale się tego nie wstydzę! - oświadczył bezczelnie. - A prosiaka nie ukradłem, tylko podzieliłem się nim z wujem Ksawerym. Zwierzak maszerował sobie środkiem drogi od dworu, więc zabrałem go z sobą. Wujowi nie ubędzie, za to my posmakujemy pysznej pieczeni!
Nina zatoczyła się ze śmiechu, wspierając się na Mirze, żeby nie upaść.
- Misiu! - zapiszczała, płacząc ze śmiechu. - Braciszku, oj dobrze, że wuj tego nie widział. Musiałbyś mu zaraz krew puszczać, żeby go szlag nie trafił ze złości! Na drugi raz kradnij u proboszcza. Staruszek spokojny, niekonfliktowy, apopleksja mu nie grozi. Od ręki dostaniesz rozgrzeszenie.
Obie panny zaśmiewały się głośno, a pani Salomea patrzyła na syna i Ninę w osłupieniu.
- Dzieci, o czym wy mówicie? Nie, ja nie nadaję się do tych czasów.
- A wolałaby mamusia, żebym głodował? - Jaś pieszczotliwie poklepał przeraźliwie kwiczące prosię.
- Emilko, uważaj! - zawołała wesoło Nina. - On ma minę ludożercy!
- Och, och! - panna Maciejewska udała, że kuli się ze strachu.
- Nie da się ukryć! - zaśmiał się Jaś, spoglądając z góry na narzeczoną. - Mam ochotę schrupać do ostatniej kosteczki pewną śliczną pannę.
Jaś?
W pałacu przywitano owacyjnie niespodziewanego gościa. Kobiety zawirowały dokoła niego, jak pszczoły wokół kielicha kwiatu. Jaś usadowiony na najmiększej kanapce, żartami odpowiadał na pytania stawiane mu przez domowników. Emilka przytaszczyła mu stos jedwabnych poduszek, Nina podsunęła pod nogi miękki podnóżek, zaś pani Salomea usiadła przy nim i trzymając w dłoniach rękę syna, wpatrywała się w niego wzrokiem, w którym mieścił się cały ocean matczynej miłości. Przy drugim boku Jasia usiadła Emilka i tuliła jego lewą dłoń do swego policzka.
- Byłeś w Warszawie. - odezwała się Nina. - Co tam słychać? Kiedy Rząd zdecyduje się nareszcie zakończyć tę krwawą masakrę?
Jaś nie odpowiedział, lecz posłał jej spojrzenie pełne potępienia.
- Zmieniłaś się, młoda damo! - mruknął z urazą. - Na niekorzyść. Niegdyś istniał w tym domu zwyczaj częstowania gości frykasami. Doprawdy, czy zgłodniały mężczyzna nie może tu podjeść sobie, co nieco?
- Mój, ty, mężczyzno! - rozczulona Nina potargała mu pieszczotliwie jasną czuprynę. - Już nakrywają do stołu. Pan Szymon uwija się jak w ukropie i popędza kuchcików. Miej odrobinę cierpliwości. Nie dopuszczę, żeby w moim domu doszło do tragicznego aktu kanibalizmu. Walenty, czy możemy już przejść do jadalni? - spytała kamerdynera wchodzącego do buduaru.
- Jedną chwileczkę, już nakrywają. A jaśnie panicz do nas na dłużej? - zatroskany przypatrywał się wychudzonej twarzy swego ulubieńca. - Oj, zmizerniał nam paniczyk. Czy nie chory, broń Boże?
- Jestem zdrowy i głodny jak wilk! Chłopstwo trzymało nas na ścisłej diecie. Wiadomo, wojna nie tuczy. A niech no pan Szymon przygotuje większe porcje, bo ja mało jeść nie mogę! - mrugnął i roześmiał się.
Stary kamerdyner o mało nie płakał. Zatrzepotał rękami, wybiegł z pokoju i odbył z kuchmistrzem piorunującą naradę. Po krótkim czasie wrócił i oznajmił, że do stołu podano. W małej jadalni stały na stole wiklinowe koszyczki, a w nich świeży chrupiący wiejski chleb, rogaliki z francuskiego ciasta i świeżutkie masło w masielniczce. Duże półmiski pełne były pokrojonej wędliny smakowicie pachnącej. Spod srebrnej pokrywy unosił się wspaniały zapach szynki na gorąco, obok stał pasztet z dziczyzny, różne gatunki serów, ryby smażone, wędzone i w oliwie oraz inne smakołyki. Kumosia przyniosła swoje słynne rosolisy4, a za nią wpłynęła pani ochmistrzyni, w obfitej krynolinie, niby okręt flagowy w pełnej gali. Do gorącej szynki był chrzan ze śmietaną, gruszki w occie, rydze i prawdziwki w marynacie. Walenty przyniósł z piwnicy butelkę Xeresu5.
- Mam nadzieję, że do obiadu jakoś wytrzymasz. - Nina przysiadła koło niego i podsunęła mu pasztet z dziczyzny, arcydzieło pana Szymona.
- Złotko, jesteś aniołem! - powiedział uroczyście i owinąwszy szyję serwetą, zabrał się do jedzenia. W krótkim czasie uporał się ze wszystkim, opróżniając półmiski. Panie co jakiś czas zrywały się i biegły do spiżarni, przypomniawszy sobie, że Jaś jeszcze nie kosztował cielęcych kotlecików, wędzonego półgęska, czy kruchych ciasteczek maślanych. Wszystkie dary Jaś przyjmował z wdzięcznością i pochłaniał kilkoma ruchami szczęk.
Zaspokoiwszy głód, odsapnął.
- Dobrze jest żyć, żeby tak jeść! - zauważył z zadowoleniem. - Ślicznej gosposi paluszki całuję, a wszystkim obecnym damom składam serdeczne dzięki za wyrozumiałość. Nino, masz skarb w osobie pana Szymona!
- Francuzi powiadają, że dobry kucharz i piękna żona, to najcenniejsze dary w życiu mężczyzny.- napomknęła żartobliwie Nina.
- Te żabojady mają przewrócone w głowie. - prychnął Jaś. - Bez żony mężczyzna od biedy może się obejść, ale bez jedzenia niepodobna.
- Mądrala! - Nina pokazała mu czubek języka, krzywiąc się z niesmakiem. - Zostaniesz starym kawalerem, ty żarłoku, bo utyjesz i żadna panna cię nie zechce. A żebyś nie narzekał, że w moim domu zapomniano o dobrych obyczajach, to na obiad będzie barszczyk z uszkami, pieczona gęś z nadzieniem, a na podwieczorek twoje ulubione ciastka z kremem i konfitury naszej nieocenionej Kumosi! Nie dopuszczę, żeby doszło do ludożerstwa z powodu wygłodzenia.
- Jesteś słodka, jak malinka! - zawołał,nie kryjąc entuzjazmu. - Podjąłem decyzję, że zrezygnuję z ludożerstwa, pod warunkiem, że dasz mi teraz dobrej, mocnej kawy. - włożył serwetę w srebrne kółko i powrócił na swoje miejsce w buduarze.
Z błogą miną rozparł się na kanapce, wyciągając przed siebie nogi w butach z ostrogami. Matka i Emilka obsiadły go, wpatrując się w niego jak w tęczę.
- No nie! - wykrzyknęła Nina, ujmując się pod boki. - Ten bęcwał zachowuje się jak sułtan w haremie. Mów, widziałeś się z Alkiem po powrocie z Warszawy?
- Jak będziesz na mnie tak wrzeszczeć, to nie odpowiem na żadne pytanie! - oświadczył z zarozumiałą miną, podkładając sobie pod plecy jeszcze jedną poduszkę. - Tak, widziałem wodza. W Warszawie, w naszym mieszkaniu, zastałem Rózię, pocieszającą się z jakimś strażakiem. A w Komitecie przyjął mnie Awejde z krzywą gębą i zapowiedział na wstępie, że pieniędzy nie ma i raczej nie będzie, więc lepiej żebyśmy nauczyli się radzić sobie sami. Z Suchedniowa, pożyczonym koniem wróciłem do obozu. Wódz dał mi dzień urlopu więc oczekuję, że będziecie mnie panie rozpieszczać. Aha, Nina dostanie ode mnie w prezencie list i buziaka, bo Aleks polecił mi żonkę ucałować. Wszystkim paniom pan hrabia przesyła ucałowanie rączek, a domownikom pozdrowienia.
Przyciągnął Ninę do siebie i z powagą złożył na jej czole pocałunek. Potem skłonił się paniom nisko, z przesadną elegancją.
- No, to jesteśmy kwita! Tu masz kotku list od stęsknionego małżonka. Idź sobie do sypialni i wypłacz się w poduszkę, bo wiem, że masz na to ochotę.
- Jasieńku, jesteś nieocenionym posłem. Tylko proszę, nie opowiadaj najciekawszych nowin, dopóki nie wrócę.
Wiosna w pałacowym  parku.
  Najwidoczniej Aleks się śpieszył, bo list był krótki. Prócz troskliwych pytań o jej zdrowie donosił, że już nie głodują i nie marzną, bo sąsiedzi pośpieszyli z pomocą, przysyłając wozy z żywnością i ciepłą odzieżą, a na Łysej Polanie stanęły szałasy. List kończył się namiętnymi zapewnieniami miłości i pozdrowieniami dla domowników.
"Boże, czy już do końca życia będziemy spotykać się ukradkiem i rozmawiać z sobą listownie? Co to za życie? Kilka kradzionych godzin razem i długie miesiące rozłąki. - myślała, podnosząc list do ust. - Boję się tego porodu i chcę, żeby wtedy był przy mnie, trzymał mnie za rękę i pocieszał, kiedy będę krzyczała z bólu. Pragnę słyszeć w nocy koło siebie jego spokojny oddech. Och, dlaczego on jest taki piekielnie uparty?" 
Siedziała na łóżku, wpatrując się bezmyślnie w okno. Wcale nie miała ochoty do płaczu, chciała raczej brzydko zakląć i rzucić czymś ciężkim w lustro. Zdegustowana wstała, poprawiła włosy i pomiętą suknię i wróciła do buduaru. Jaś zrobił do niej perskie oko i rzekł scenicznym szeptem:
- Powiem wodzowi, że oblałaś jego list rzewnymi łzami. Będzie rozczulony.
- Nic mu nie mów, bo się zmartwi. A dlaczego dał ci tylko jeden dzień urlopu? Napiszę mu, co o tym myślę!
- Kotku, nie wymyślaj ślubnemu mężowi. Muszę wrócić, bo mam w obozie rannych.
- Opowiedz wreszcie, co nowego dzieję się na świecie, bo tu, na prowincji, o wszystkim dowiadujemy się ostatni. - ponagliła go panna Lutówna.
Jaś wysoko uniósł brwi i potrząsnął głową.
J. Kossak. Masztalerz z końmi.
  - Nie bądźcie takie skromne. Wódz wspominał, że Nina konferowała z Langiewiczem i z Czengierym. Powinnyście być dobrze poinformowane. Co nowego? Niestety, na razie sukcesy nas omijają.
- Ot, kraczesz, jak ta wrona! - oburzyła się Mira. - A Święty Krzyż, Staszów, Skała i tyle innych bitew?
- To tylko potyczki, nie rozstrzygające bitwy. - uśmiechnął się i przeczesał czuprynę palcami. - Aha, zapomniałem wam powiedzieć, że mieliśmy dyktatora!
- Jak to mieliśmy? Kogo?- zawołały panie jednym głosem.
- Mierosławskiego! Mieliśmy, ale już nie mamy. Na początku cały Rząd aż podskakiwał z uciechy, że taki wielki generał jest z nami. Jeden Bobrowski widział sprawę jasno, ale został zakrzyczany. Radość była krótka, bo pan Mierosławski przegrał wszystkie potyczki i nareszcie zwiał z kraju.
- Jezu! - jęknęła Nina. - Ten pomyleniec? Pewnie na pożegnanie wydukał jakiś wzruszający banał.
- Nie zdążył, bo Rosjanie siedzieli mu na karku. Doprowadził ludzi do takiej desperacji, że po kolejnej przegranej potyczce, jakiś zrozpaczony oficer strzelił do niego, lecz chybił. Dyktator spędziwszy tydzień w kraju na intrygach, wyniósł się do Francji lub do Prus, tego nie wiem.
gen. Ludwik Mierosławski
  - Och, jaka szkoda, że ten oficer chybił! - powiedziała Nina z zawziętością. - Przez tego bufona wiele matek i żon w kujawskim, opłakują swoich najbliższych, tak jak niegdyś moja matka opłakiwała ojca. Nienawidzę tego typa .Sama bym go z ochotą zastrzeliła!
Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, rozmyślając nad losami powstania.
- Mam nadzieję, że już nie powróci. - ponownie przemówiła Nina. - Mierosławski jest mistrzem w posługiwaniu się frazesami. Uwodzi nimi naiwnych mężczyzn i egzaltowane kobiety. Dałabym głowę, że w jego obozie nie brakowało jego wielbicielek.
Jaś pominął jej uwagę milczeniem, nie wiadomo dlaczego był zirytowany.
- Jestem przeciwnikiem obecności kobiet w wojskowych obozach. - powiedział, marszcząc brwi. - To mi się nie podoba, zarówno jako mężczyźnie, jak i lekarzowi.
- Mówisz jak zdeklarowany antyfeminista!- prychnęła Nina i spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. - Przecież adiutantem generała Langiewicza jest panna Pustowójtówna.
- Nie masz pojęcia, co sobie o niej opowiadają żołnierze na biwakach! - odparł z gniewnym błyskiem w oczach. - Owszem, panie są niezbędne, pełniąc funkcje pomocnicze; kurierek, łączniczek i wywiadowczyń. Tam oddają Sprawie nieocenione usługi. Ale w żadnym wypadku, nie powinny brać udziału w walce. W naszej partii nie ma kobiet, bo naczelnik nigdy nie wyraziłby na to zgody.
- Gdybym była zdrowa, musiałby się zgodzić! - mruknęła Nina ze złością. - Posłuchaj tylko Emilko, jakiego będziesz miała męża. Świętoszek!
Panna Maciejewska i Mira z oburzeniem zaczęły jednym tchem wymieniać narodowe bohaterki, wypominając mu męski szowinizm. Jaś wysłuchał ich z taką miną, jakby walczył z chęcią sprawienia pannom solidnego lania. Kiedy zadyszane nareszcie umilkły, zareagował natychmiast :
- Żebyście, moje krzykliwe kwoczki, nie oskarżały mnie o męski szowinizm, opowiem wam historię pani Piotrowiczowej. To wydarzyło się przed kilkoma dniami, posłuchajcie. Pani Piotrowiczowa była córką zamożnych rodziców z okolic Łodzi. Entuzjastka powstania uważała, że bez niej powstanie odbyć się nie może. Zdołała namówić męża, aby przystąpili do partii doktora Dworzaczka. Partia składała się głównie z młodzieży i robotników z fabryk łódzkich. Doktor był bardzo zacnym człowiekiem, ale na wojowaniu nie znał się wcale.   Na biwaku, koło Dobrej, w czasie śniadania, 
 
Maria Piotrowiczowa.
dopadli ich kozacy, prowadzeni przez niemieckich kolonistów.Powstańcy bili się jak lwy, lecz słabo uzbrojeni, od początku nie mieli żadnych szans. Pani Piotrowiczowa nie chciała się poddać i broniła się zaciekle. Kiedy padła ranna, nadbiegający sołdaci z piechoty, zadali jej tyle ciosów bagnetami, że trudno było rozpoznać jej zmasakrowane zwłoki. Razem z nią poległy trzy inne kobiety. Pijani sołdaci rozpoczęli rzeź! Nagich, poranionych powstańców, jeszcze żywych, wrzucali w ogień, na stos złożony ze sprzętu obozowego i gałęzi. Oficerowie próbowali im w tym przeszkodzić, jednak sołdaci odmówili wykonania rozkazu, oskarżając przełożonych o zdradę i sprzyjanie powstaniu. Doktora Dworzaczka niemieccy koloniści oddali w ręce Rosjan, a pan Piotrowicz ciężko ranny, także pewnie został zamordowany. - Jaś zamilkł i powiódł wzrokiem po wzruszonych twarzach kobiet. Potem dokończył ponurym głosem :  - A teraz powiem wam coś, co będzie okrutne. Po walce, sołdaci rozpruli brzuch pani Piotrowiczowej, wtedy okazało się, że spodziewała się dziecka!
- Ach! - Ninie nagle zrobiło się niedobrze i musiała napić się herbaty, aby nie zwymiotować.
Jaś zerwał się, przyklęknął przy niej i przygarnął ją do siebie.
- Wybacz mi, siostrzyczko. Ja musiałem to powiedzieć, bo wiem, że ty również miałaś ochotę towarzyszyć mężowi. Kotku, jak się czujesz?- z niepokojem zajrzał jej w oczy i zbadał tętno. - No, puls w normie, będzie dobrze. - pogładził ją po policzku.
Panie były wstrząśnięte i zaszokowane potwornością tego, co usłyszały. Pani Salomea nie mogła się uspokoić.
- Nie potrafię zrozumieć, jak ta biedna kobieta mogła ryzykować życie nienarodzonego dziecka. To przecież była zbrodnia!
Śmierć Marii Piotrowiczowej.
  - Jestem tego samego zdania. - rzekł Jaś z gorzkim uśmiechem. - Opowiedziałem wam tę okropną historię dla przestrogi. A teraz zmieńmy temat, bo Nina zrobiła się zielona, jak królewna zamieniona w żabę! Po obiedzie cię zbadam i porozmawiamy sobie o twoim zdrowiu. No, póki co, wypij, kotku kieliszek wina.
Posłusznie wypiła ciężkie i mocne wino. Poczuła się znacznie lepiej i podsunęła mu kieliszek wskazując, aby napełnił go ponownie. Spojrzał na nią z wahaniem i pokręcił głową.
- Ninko, nie powinnaś...
- Wiem, co mi chcesz powiedzieć! - przerwała mu w pół słowa. - Nie powinnam pić alkoholu, bo może mi zaszkodzić. Nie powinnam martwić się o losy moich najbliższych, oglądać trupów, odbywać męczących podróży, jeździć konno i wysłuchiwać takich strasznych opowieści, jaką nas przed chwilą uraczyłeś. A ponieważ nie da się teraz tego uniknąć, pozwól mi spokojnie się ululać, dobrze?
- Dobrze, złotko. - zgodził się potulnie.
Wstała z fotela stwierdzając, że alkohol przywrócił jej dobry humor i energię.
- À propos, kawalerze, mam z tobą do pomówienia. Pozwól na słówko.
- O, macie przed nami sekrety? - spytała pani Salomea z uśmiechem.
W drzwiach, Nina odwróciła się do niej i mrugnęła znacząco. Pani Salomea i Mira wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, a Emilka spuściła oczy i siedziała skromnie, skubiąc falbankę.
- Dowiecie się wszystkiego w swoim czasie. No, chodźże, ty, cudaku! - pochwyciła Jasia za rękę i pociągnęła za sobą do biblioteki.
- O co chodzi? - zaskoczony Jaś rozejrzał się niepewnie. - Masz do mnie jakieś pretensje?
- Z ust mi to wyjąłeś! - Nina popchnęła go na fotel i przysiadła na poręczy. - Chcesz się wytłumaczyć, czy mam cię od razu sprać na kwaśne jabłko, aby zaoszczędzić czasu nam obojgu?
Wytrzeszczył na nią oczy, niebieskie jak bławatki, nie rozumiejąc, o co się wścieka.
- Nie wolno bić kogoś, nie przedstawiwszy mu zarzutów. - zaprotestował słabo.- To byłoby nieludzkie.
- Aha, nie rozumiesz! - Nina ujęła się pod boki, niby kłótliwa kumoszka. - Rozkochałeś w sobie dziewczynę, obiecałeś jej małżeństwo, a przed samym ślubem prysnąłeś do lasu i tyle cię widziała! Więc pytam, co zamierzasz?
Jaś nerwowo przełknął ślinę.
- Przecież mamy powstanie. - przypomniał cicho.
- Tylko nie wykręcaj się powstaniem! W czasie wojen ludzie się żenią, a nawet miewają potomstwo. Sama jestem tego najlepszym przykładem. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś i ty się ożenił, mój bohaterze!
Dama w żałobie narodowej
  - Koteczku, dobrze się czujesz? - Jaś przyjrzał się jej z uwagą, tłumiąc ogarniającą go wesołość. - Mam się ożenić i zaraz zostawić żonę, wracając do partii?
- Nie będziesz wyjątkiem. Boże! - westchnęła rozdzierająco. - Twoja męska logika jest nieznośnie prymitywna.
- A twoje pomysły niedorzeczne! - zrewanżował się. - Nie czas na wesele, kiedy toczą się walki i giną ludzie.
- Nic mi o tym nie wiadomo! - zakpiła. - Misiu, to mi podejrzanie wygląda. Czy przypadkiem jakaś wiejska piękność nie zawróciła ci w głowi? One lubią przystojnych paniczów. - powiedziała to z rozmysłem, wiedząc doskonale jaki będzie efekt tych słów.
Jaś porwał się, jakby go użądliła pszczoła i zmierzył ją groźnym wzrokiem.
- Oszalałaś? Myślisz, że zdolny byłbym sprzeniewierzyć się mojej narzeczonej?- wybuchnął.
- Kto wie? - ze smutną miną potrząsnęła głową. - Cóż, nie chcesz się żenić, nikt cię nie zmusi. A zresztą Emilka może zrobić nawet lepszą partię.
- Przecież ja się chcę z nią ożenić, ale po powstaniu! - krzyknął ze złością.
- Tere fere! Czekaj tatka latka. Wkrótce będziesz bez szans. Nie zdziwię się, jakby Emilka znudzona czekaniem, poślubiła jakiegoś zamożnego dziedzica.
W oczach Jasia zapaliła się nagle niebezpieczna iskra, a Nina zlękła się, czy czasem nie przedobrzyła. W pewnych sprawach z Jasiem nie było żartów. Żeby go udobruchać, objęła go i ucałowała.
- Kochany, nie psuj nam przyjemności! - zaszczebiotała przymilnie. - Twoja mama i ciotka Maria już obmyśliły cały ceremoniał. Ślub odbędzie się nocą, przy pochodniach, a od ołtarza pójdziecie pod szpalerem szabel. Potem przyjęcie dla całego oddziału. No, sam powiedz, czy nie pięknie? Zgadzasz się?
Kurier powstańczy.
 - Po co wam moja zgoda? - Jaś odtajał i zaśmiał się. - Przecież już ułożyłyście cały program.
- Niestety, twoja obecność na ślubie jest niezbędna. - Nina odgarnęła z czoła włosy niecierpliwym gestem. - Więc jak? Albo się żenisz, albo nie dostaniesz obiadu, a będzie pyszny!
- Wobec takiej alternatywy, zmuszony jestem skapitulować.- stwierdził z powagą.
- Jesteś kochany! - uściskała go. - Co wcale nie znaczy, że cię potem nie przetrzepię, jakbyś chciał się wycofać. Ale na razie dam ci spokój.
- Nie podlizuj się! - pociągnął ją za warkocz. - Jesteś słodziutka, jak cukierek maczany w truciźnie.
Nina przez chwilę siedziała cicho, ważąc coś w myślach.
- Braciszku, - rzuciła mu błagalne spojrzenie. - mam do ciebie wielką prośbę.
- Nie! Nie! Nie zgadzam się na żadne szaleństwo! - bronił się ze śmiechem.
- Ale posłuchaj tylko. Jutro Alek ma imieniny. Jasieńku, zabierz mnie z sobą do obozu. Tak bardzo chcę osobiście złożyć mu życzenia.
- Wykluczone! - Jaś zesztywniał i przybrał srogą minę. - Na Łysą Polanę nie można dojechać karetą. Nie wolno mi narażać cię na wstrząsy.
- Ale ja nie mam zamiaru jechać karetą. Pojadę na mojej Mignon!
- Co ty wygadujesz! - wrzasnął, nie zważając na jej nieszczęśliwą minę. - Chcesz się narazić na upadek z konia? O nie! Wtedy Aleks by mnie uśmiercił, a ja zamierzam żywy doczekać dnia ślubu. Napisz do niego czuły liścik, sam mu go doręczę z odpowiednim komentarzem.
- No wiesz? - Nina wzruszyła ramionami. - Od czasu, gdy nauczyłam się odróżniać konia od capa, spadłam z siodła tylko dwa razy. - spojrzała na niego i zatrzepotała rzęsami z bezradną minką. - Jasiu, bądź przyjacielem.
- Jak już ty się uprzesz!... No, nie potrafię gadać z babami! - zawołał, rozkładając dramatycznym ruchem ramiona.
- Jak się ożenisz, to nabierzesz doświadczenia z babami! - rzekła mentorskim tonem. 
Oboje spojrzeli sobie w oczy i wybuchnęli  zgodnym
śmiechem.
                                                  ----------------------------------------
1Karier - en carriere - szybki galop, tak zwany wyścigowy.
2Lorgnon - rodzaj ozdobnych okularów z trzymadełkiem.
3Jean, cela.... - Janie, to nie wypada!
4Rosolisy - nalewka ze specjalnego gatunku róż.
5Xeres - mocne wino hiszpańskie - angielskie sherry.