poniedziałek, 9 maja 2016

Wigilia, gasnące świece.


9 maja 2016 r.
Wigilia była po wodzie. Deszcz rozpadawszy się, od tygodnia już siekł uporczywym, zimnym kapuśniaczkiem. Nina siedziała od rana w ogrodzie zimowym i okropnie się nudziła. Domownicy pilnowali, aby unikała wszelkiego wysiłku, a lekarz z miasteczka był zdania, że najzdrowszym zajęciem dla damy przy nadziei, jest nudzenie się w domu. Siedziała więc w ogrodzie sama, czytając bez zainteresowania książkę i 
Pałacowy ogród zimowy.
 słuchając szczebiotu kolorowych papużek. Panna Lutówna, przygotowywała w lamusie choinkę dla wiejskich dzieci, bo Aleks wyasygnował sporą kwotę na upominki i słodycze. Nie było go w domu, bo wybrał się do Brzezińca, odwiedzić chorego starszego pana Siekielskiego i złożyć życzenia świąteczne. Nina westchnęła i pomasowała bolące krzyże. Książka zupełnie przestała ją interesować. Przed samymi świętami przyjechała do Makowa Zosia i przywiozła z sobą kawał ślicznego, mięsistego jedwabiu o barwie czystego amarantu. -Ninetko! – zaszczebiotała, rozsiadając się w buduarze. – Pani wojewodzina wyznaczyła ciebie do wyhaftowania chorągwi dla naszej partii1, bo ty to najpiękniej zrobisz. Na jednej stronie ma być Orzeł w koronie i napis: „Honor i Ojczyzna”, a na drugiej podobizna Matki Boskiej Częstochowskiej i słowa: „Pod Twoją obronę”-. wręczyła jedwab oniemiałej z wrażenia Ninie i uśmiechając się filuternie dodała:
- A pośpiesz się, najmilsza, bo chorągiew może być niedługo potrzebna!
Bez słowa protestu Nina przyjęła pracę i odtąd popołudniami haftowała chorągiew, mając do pomocy Mirę i Kumosię. Jasne światło lamp zalewało buduar, a amarantowy jedwab błyszczał jak zarzewie ognia, rzucając ciepłe odblaski na twarze pochylonych nad nim kobiet. Uprzyjemniając sobie czas, śpiewały piosenki nucone wtedy po wszystkich polskich domach:
Polak nie sługa, nie zna co pany,
Nie da się okuć przemocą w kajdany.
Wolnością żyje, do wolności wzdycha,
Bez niej jak kwiatek, bez wody usycha.
Nina przerywała niekiedy pracę i przyciskała dłonie do brzucha, bo dziecko, jakby czytając w jej myślach, niespokojnie poruszało się w łonie. Ktokolwiek wchodził do pokoju, stawał urzeczony uroczym widokiem, trzech czarno ubranych kobiet, pilnie haftujących płat amarantowego jedwabiu srebrnymi nićmi. O powstaniu głośno się nie mówiło, ale i tak co przezorniejsi dziedzice gromadzili żywność, przewidując szaloną drożyznę. W Makowie także robiono zapasy, ściągając z folwarków jarzyny, zboże, mięso. Beczki z żywością wtaczano do głębokich lochów pozostałych po obronnym 
zamku. Zaufani ludzie wykuli w podziemiach skrytki, gdzie miano ukryć najcenniejsze rzeczy. 
Arras z Aubusson.
 Bezcenne arrasy, flamandzkie gobeliny, obrazy, dywany z Aubusson, dzieła sztuki i broń wysadzaną drogimi kamieniami. Sporządzono skrzynie obite blachami, w których miał spocząć jeden z najcenniejszych skarbów pałacu: wielki serwis stołowy z Sevres, zrobiony na zamówienie księcia d’Artois, późniejszego króla Francji Karola X. Skrytki miano zastawić półkami na których leżakowały setki butelek wina. Zaprzysiężeni ludzie, kopali pod okiem koniuszego głębokie doły, w najdalszych kątach parku, a potem wtaczali w nie dębowe beczułki i spuszczali skrzynie zalane smołą, wszystko zasypując ziemią i przykrywając zdjętą uprzednio darnią.
Nina biernie obserwowała tę krzątaninę i starała się zachować spokój, lecz chwilami chwytała ją rozpacz i trwoga. Miała ochotę głośno krzyczeć, błagając męża, by ukrył ją w ramionach, bo sama nie zdoła już udźwignąć ciężaru tej męki niepewności. Z najwyższym wysiłkiem zdobywała się na uśmiech, gdy wracał z nocnych wędrówek, patrząc na niego z miłością, jakiej nie umiałaby nawet wyrazić słowami. Nocami dręczyły ją gorączkowe sny. Zrywała się z krzykiem i siadała na łóżku, dławiąc się nerwowo i walcząc o głęboki oddech. Aleks budził się, brał ją w objęcia i pytał, co się jej śniło? Jego cichy głos, światło lampki nocnej, powoli ją uspokajały i po chwili ponownie zapadała w sen, nie dający wypoczynku, budząc się rano obolała i apatyczna.
Rozmyślając o tym, przełknęła napływającą do jej ust ślinę. Była głodna. Wprawdzie proboszcz zwolnił ją od obowiązującego dziś postu, ale pomyślała sobie, że jeśli wyrzeknie się w ten dzień drobnych przyjemności, to może Pan Bóg zmiłuje się i powstania nie będzie. Z głodu zaczęła ssać cukierek, lecz mdła słodycz wywołała nudności. Zaledwie zdążyła wybiec z ogrodu na zewnątrz i natychmiast zwymiotowała. Wypłukała usta wodą z karafki, ale nawet ta woda miała dla niej posmak ołowiu. Wstała z kanapki i poszukawszy nożyc ogrodowych, zaczęła ścinać tulipany o skulonych pąkach, białe róże i kalie. Podzieliła kwiaty na dwa bukiety i przybrała je asparagusem. 
 Pochylona nad stoliczkiem, złowiła uchem zbliżające się wolno kroki. Do ogrodu majestatycznie wmaszerowała Jaga, w świątecznej sukni i pięknym koronkowym czepku na głowie.
- Dla kogo te bukiety? – odezwała się inkwizytorskim tonem, mierząc Ninę badawczym wzrokiem. – Dlaczego jesteś taka blada?
- Jestem blada, bo znowu wymiotowałam! – odburknęła Nina. – A bukiet zaniosę do kaplicy. Potem pojadę po księdza proboszcza. Nianiu, bądź łaskawa, przysłać mi tu dwa opłatki.
- Nina, ty coś kręcisz!
- Zlituj się, zrozum, nie chcę już siedzieć tu i myśleć. Przecież od tego można oszaleć… - Nina podniosła głos, ręce zaczęły jej drżeć i rozsypała kwiaty.
Jaga westchnęła.
- Zrób jak uważasz. - skapitulowała. - Tylko ubierz się ciepło, bo dziś można się przeziębić. Pamiętaj, że cię ostrzegałam!
- Jeeezu, pamiętam! - jęknęła rozdzierająco Nina i poszła się przebrać.
Deszcz padał bez przerwy i musiała iść na palcach omijając wielkie kałuże. Dzień był ciemny, pochmurny, park wyglądał brzydko i ponuro. Marmurowe posągi pokrywała zielonkawa pleśń, gazony przypominały grząskie bajora. Silne podmuchy wiatru wyrywały jej parasolkę z ręki. Po błocie doszła do kaplicy i z trudem przekręciła klucz w zamku, otwierając obite żelazem drzwi. Owionął ją lodowaty chłód i zapach stęchlizny. Ułożyła kwiaty w wazonach, napełniając je przedtem wodą. Pod obrus na ołtarzu wsunęła opłatek. Potem uklękła przed kratą, zamykającą drogę do podziemnej krypty i zaczęła się modlić za zmarłych, ale nie potrafiła się skupić, bo w zawodzeniu wiatru doszukiwała się podobieństwa do posępnej pieśni pogrzebowej, śpiewanej przy zwłokach Pauli. Odpędziła straszne wspomnienia i przeżegnawszy się, wyszła z kaplicy nie oglądając się za siebie. Przed odjazdem, w ostatniej chwili wskoczył do karety Grot i ułożywszy się na nogach pani, ogrzewał je swoim ciałem. W drodze do Sarnik obserwowała, jak w mijanych wsiach, z szeroko otwartych drzwi domostw, buchały kłęby pary. Gospodynie szykowały wigilijną wieczerzę. Zdawało się jej, że w powietrzu unosi się zapach gotowanej kapusty z grzybami i smażonych śledzi. Na samą myśl o jedzeniu, zrobiło się jej niedobrze i przycisnęła do ust chusteczkę obawiając się, że pobrudzi atłasowe obicia siedzeń. Stach poganiał konie i niebawem pomiędzy drzewami ukazała się smukła wieża kościoła w Sarnikach, a dalej wieś i dwór. Poleciła stangretowi zatrzymać się przed bramą cmentarną i przytrzymać Grota, aby nie wszedł za nią na cmentarz. Pusto tu było i bardzo smutno. Zapalone na grobach znicze i 


świeczki pogasły zalane deszczem, świerkowe wieńce mokły na płytach grobowców. Odwiedziła grób Władzia Lasewicza, przypominając sobie ze wzruszeniem, że poprzedniego roku był na wigilii u narzeczonej. O płytę grobowca Pauli monotonnie uderzały krople deszczu i rozpryskując się, tworzyły dużą kałużę. Z trudem zapaliła znicz i wsunęła go pod cokół pomnika. Położywszy kwiaty i opłatek, śpiesznie odeszła, odmawiając szeptem "Wieczne odpoczywanie". Za to na plebanii było rozkosznie ciepło. Pachniał pieczony placek z makiem, gotujące się grzyby i smażona ryba. Organiścina krzątała się, przygotowując potrawy na Wieczerzę dla swojej rodziny. Pracowała tutaj od wielu lat, zajmując się razem z mężem plebanią i kościołem. W saloniku przy piecu siedział proboszcz, w nowej sutannie i czytał brewiarz. Na widok Niny uśmiechnął się i pogłaskał Grota.
- Przyjechałam po księdza dobrodzieja. - rzekła Nina, całując staruszka w ramię.
- A kiedy się boję, że na Pasterkę nie zdążę wrócić. - mruknął, gładząc ją po policzku.
- Na Pasterkę pojedziemy wszyscy. Nie, ja nie przyjmuję żadnych wykrętów. Przecież byliśmy umówieni.- przypomniała mu, zacierając dłonie i przykładając je do gorącego pieca.- Pani wojewodzina z pewnością poczułaby się urażona, a z nią niebezpiecznie zadzierać.
- Słusznie, to bardzo wojownicza niewiasta. - przyznał z uśmiechem proboszcz. - Dobrze, że ją zaprosiliście, jest taka samotna....Ale ja zawsze jadałem wigilię na plebanii.
- Bo ja nie byłam jeszcze żoną pana Klonowieckiego.
- Prawda. Poczekaj, moje dziecko, wezmę jeszcze dla pana hrabiego ze dwie butelczyny tej naleweczki, którą on tak lubi. - otworzył kluczykiem starożytną, rzeźbioną szafkę, pamiętającą czasy króla Augusta Mocnego i przepych baroku. Wyjął z niej dwie butelki z ciemnego szkła. - Samotność w ten dzień, to wielkie cierpienie. - westchnął. - W ten święty wieczór nikt nie powinien być sam. Ale dlaczego ty się męczyłaś? Mogłaś przysłać karetę, albo pojechałbym do was z państwem Borutyńskimi.
- Byłam na jej grobie. - wyznała szeptem.
- Nie należy wstydzić się dobrych uczynków.-powiedział proboszcz, wdziewając płaszcz przy pomocy Niny.
- Ja nie robię tego z dobroci serca. Nienawidziłam jej za życia i cieszyłam się z jej śmierci, bo to było wybawienie dla mego męża. A mimo to, coś każe mi dbać o jej grób i modlić się za nią. Boże, ja tak się czegoś boję!... - jej oczy napełniły się łzami.
- Nie trzeba się bać. - proboszcz podniósł dłoń i ją przeżegnał. - Bez woli bożej włos nie spadnie ci z głowy. Twoim obowiązkiem jest myśleć o dziecku, bo ono jest najważniejsze.
 "Nieprawda!- pomyślała. - Bez tego dziecka mogłabym żyć sto lat, będąc zupełnie szczęśliwą, lecz bez Alka nie mogłabym istnieć, tak jak bez wody, czy powietrza."
Suknia przygotowana na ten uroczysty wieczór okazała się niestety za ciasna i trzeba było spruć zakładki. W ciemnobłękitnej toalecie z jedwabiu, przybranej tiulem i koronkami, Nina wyglądała prześlicznie, ale fakt iż trzeba już było poszerzać suknię, bardzo ją zmartwił.
-Wkrótce zacznę przypominać beczułkę! - stwierdziła, przeglądając się z niesmakiem w lustrze.
- Kotku, przecież to już czwarty miesiąc! - perswadowała Jaga. - Nie możesz mieć talii jak piętnastolatka. Zresztą prawie nic nie widać i nie musisz podnosić spódnicy, żeby zakryć brzuch.
- Jaśnie pani hrabina wcale nie pogrubiała. - stwierdziła Ulisia, poprawiając fałdy sukni. - Pewnie ciąża weszła w krzyże, to brzucha nie widać, ale poród może być długi.
Nina pobladła i spojrzała na pokojówkę z niepokojem.
- Nie pleć głupstw! - zgromiła dziewczynę Jaga. - A ty, kotku, nie słuchaj tego głuptasa, bo to nieprawda. - zmierzyła pokojówkę złowrogim wzrokiem i za plecami Niny pogroziła jej palcem. - Możesz odejść, sama sobie poradzę. - powiedziała surowo i z zapałem zaczęła opowiadać Ninie o przygotowaniach do balu. Ale Nina siedziała zamyślona, skubiąc koronkę rękawa.
- Nianiu, - odezwała się z wahaniem - ze mną jest coś niedobrze, prawda?
- O, znowu sobie wymyślasz jakieś zmartwienia. - Jaga roześmiała się i weszła do garderoby, aby powiesić w niej poranną suknię i płaszczyk.- Zapewniam cię, że urodzisz szybko i bez bólu duże, zdrowe dziecko. Tylko masz mnie słuchać! - zaznaczyła na wszelki wypadek.
Z powodu gęstych chmur nie było widać nieba, więc Wieczerzę miano podać o piątej. Wielka jadalnia przygotowana była do uroczystości. Światło kryształowych żyrandoli padało na pięknie nakryty stół. Pani ochmistrzyni i Kumosia porozrzucały po śnieżnym obrusie drobne gałązki świerkowe. Jaga układała na kryształowych talerzach złociste kule pomarańcz i fioletowe grona malagi2. Hrabia, proboszcz i wuj Borutyński, siedzieli w bibliotece, paląc cygara i rozmawiając o aktualnych wydarzeniach politycznych. W buduarze, wojewodzina z ciotką Marią, wspominały dawno zmarłych krewnych i znajomych oraz oddawały się ulubionemu zajęciu - obmawianiu sąsiadów.
- Jak żyję nie pamiętam takich mokrych Godów! - narzekała pani ochmistrzyni cierpiąca na bóle stawów. - Żeby w wigilię śniegu nie było?
- A na świętą Barbarę lało! - skwapliwie podchwyciła Kumosia. - Oj, chyba zbliża się zapowiadany koniec świata. W tamtym tygodniu widziano całkiem czerwony księżyc, a nocami psy tak wyją, że spać nie można.
Jaga przerwała swoje zajęcie i posłała klucznicy wymowne spojrzenie.
- Lepiej niech Kumosia swoje wróżby zachowa dla siebie! - mruknęła.
- Przecież to nie wróżba, bo kometę wszyscy widzieli. - Kumosia próbowała się bronić.
Ale mina Jagi zapowiadała burzę, więc tylko pochyliła głowę i umilkła. 
 Punktualnie o piątej, proboszcz pobłogosławił stół i zaczęto dzielić się opłatkiem. Podając opłatek mężowi, Nina zarzuciła mu ramiona na szyję i ukryła twarz na jego piersi, bo wstyd jej było, że ma oczy pełne łez.
- Jesteś ze mną szczęśliwa ? - spytał, całując ją w usta.
- Największym szczęściem dla mnie, jest dzielenie z tobą życia. - powiedziała cicho. - Pragnę stać się żoną godną takiego mężczyzny, jak ty!
Przy wigilii panował nastrój pełen wzajemnej życzliwości. Proboszcz wzniósł do góry kieliszek z winem i rzekł z powagą:
- Daj nam Boże, spotkać się tutaj za rok, w tym samym gronie. A za oknem szalała prawdziwie jesienna zawierucha. Wiatr wył i siekł szyby deszczem. Proboszcz mrugnął do Walentego, dając mu znak, aby napełnił kieliszki nalewką dereniową, tak lubianą przez Aleksa. Właśnie zamierzano wstać od stołu, kiedy niespodziewanie, bez żadnej widocznej przyczyny, zgasły dwie białe świece palące się dotąd równo. 

Walenty natychmiast poprawił knoty i ponownie je zapalił, ale one nie chciały płonąć i znowu zgasły. Kamerdynerowi zatrzęsły się ręce, lecz opanował się i prędko, sprawnie, wymienił świece na nowe. Jego oczy spotkały się ze wzrokiem Niny i uciekły w bok. Nikt prócz nich nie zwrócił uwagi na ten drobny incydent.
Ciotka Maria.
 Goście przeszli na piętro do wielkiego salonu, gdzie stała choinka. Nina zauważyła, że tego dnia ciotka Maria i wuj, byli bardzo poważni i małomówni, zapewne myślami będąc w Świerczynach, przy córce, zięciu i wnuku. Przy fortepianie zasiadła panna Mira i zagrała pieśń do słów wiersza Ujejskiego :
"W noc spokojną do domów wpadniemy, gdzie szczęśliwi cichymi śpią snami."
Nina wzdrygnęła się przejęta nagłym przeczuciem zbliżającego się nieszczęścia. Tymczasem salon już zapełnił się domownikami, a Mira zaintonowała starą, dobrze wszystkim znana kolędę:
Anioł pasterzom mówił:
Chrystus się nam narodził
. W Betlejem, nie bardzo podłym mieście,
Narodził się w ubóstwie.
Pan wszego stworzenia.
Śpiewając z innymi, Nina próbowała przezwyciężyć prześladujący ją od samego rana smutek. Pomyślała, że za rok będzie już matką i życzyła sobie, żeby to był syn. Naraz przypomniała się jej andrzejkowa wróżba i te dwie gasnące świece.... Na moment zamarło w niej serce i miała wrażenie, że do jasnego ciepłego salonu, wdarła się niespodziewanie wichura, niosąc z sobą lodowate tchnienie śmierci.
1 Partia - W Powstaniu Styczniowym duży oddział partyzancki.
2 Malaga - winogrona hiszpańskie oraz wino o tej samej nazwie.