wtorek, 3 maja 2016

Wizyta u pani wojewodziny.


3 maja 2016 r.
W kraju życie miało pozory normalności. W Warszawie, w salach zamkowych, odbywały się bale i świetne przyjęcia. W Pałacu Łazienkowskim publiczność podziwiała Biblię z IV wieku, odnalezioną na Górze Synay. W kilku guberniach zniesiono stan wojenny, wycofano wojsko z ulic i placów. Skończył się także czas masowych demonstracji. W domach prywatnych urządzano zabawy. Teatry, kabarety i opera, pełne były rozbawionej publiczności. W teatrzykach ogródkowych, przy piwie i kotlecie, słuchano zjadliwych kupletów politycznych, z których potem śmiała się cała Warszawa.
W-wa. Rynek na Mariensztacie.
Mało kto zwrócił uwagę, na wydrukowaną w „Dzienniku Powszechnym”, krótką wzmiankę o tym, że dnia 30 września, Rada Administracyjna zatwierdziła projekt branki, uprzednio zaakceptowany przez samego cara. W odpowiedzi na tę enuncjację, ukazała się ulotka i obiegła cały kraj. Była to tak zwana „Kartka o poborze”. Nigdy nie udało się zidentyfikować jej autora. Poza innymi komunałami, zamieszczono tam następujące zdanie:
 „Zanim wróg zdąży dopełnić barbarzyńskiego dzieła, nastąpi godzina zmartwychwstania!”. Prawdopodobnie twórcą ulotki był jakoś zwolennik z kręgu generała Mierosławskiego, a może była to perfidna prowokacja? Tego nie dowiedziano się nigdy.
Komitet Centralny Narodowy zlekceważył sobie ulotkę, nie odcinając się stanowczo od tej brzemiennej w straszne skutki obietnicy anonimowego autora. Tym samym, Komitet przyjmował na siebie pełną odpowiedzialność wobec całego narodu, a także pozwalał władzom carskim, decydować o terminie branki i wybuchu powstania zbrojnego.
Jesień zapowiadała się bardzo gorąca. Młodzież przygotowywała się do wstąpienia na pierwszy rok studiów, w mającej otworzyć swe bramy Szkole Głównej, i garnęła się do Instytutu Politechnicznego w Puławach. Tymczasem do Cuneo we Włoszech, gdzie mieściła się polska Szkoła Wojskowa, nadeszło z kraju tajne wezwanie: „Wracajcie, czas się zbliża!”. Oficerowie, wykładowcy i absolwenci, przyszła kadra dowódcza w powstaniu, zakończyli zajęcia i zaczęli przedzierać się przez kordony do kraju.
W Kościele polskim widoczny był rozłam. Po dwóch bardzo burzliwych zjazdach, ogromna większość duchowieństwa, spontanicznie opowiedziała się za walką zbrojną i przyjmowała przysięgi składane przez spiskowców. Wyższe duchowieństwo, z nielicznymi wyjątkami, popierało oficjalne stanowisko arcybiskupa Felińskiego, przeciwnego jakimkolwiek wystąpieniom przeciwko Rosji. Podczas gdy biskupi w homiliach, zalecali wiernym spokój i godzenie się z losem, niższe duchowieństwo stanęło murem za Komitetem Centralnym Narodowym i wspaniałymi, gorącymi kazaniami zachęcało młodzież do walki. Ponaglani naukami przy konfesjonale, młodzi mężczyźni masowo przystępowali do konspiracji i gotowali się do powstania zbrojnego.
Nadchodziła najprzykrzejsza pora roku – słotna jesień.
 Dni były krótkie, spowite mgłami, zalane strugami deszczu. Drogi rozmiękły, stając się nieprzejezdne. Ustały wizyty sąsiedzkie. W makowskiej pałacowej szwalni, dziewczęta pod czujnym okiem Kumosi i pani ochmistrzyni, szyły wspaniałą wyprawkę dla mającego się narodzić dziecka. Panna Lutówna obrała sobie na kwaterę domek myśliwski, stojący w głębi parku i zbierała tam wiejskie dzieci oraz młodych parobków, którzy pragnęli się uczyć. Miała wiele uroku i potrafiła szybko przezwyciężyć początkową nieufność, okazywaną jej przez chłopów. Znała się na chorobach, ranach, przynosząc z pałacu lekarstwa i odzież dla uboższych. Nauczała kobiety pielęgnacji niemowląt, uprawy nowych roślin ogrodowych i urozmaiconego gotowania. Pracowała z niegasnącym entuzjazmem, nie tylko kochając swój zawód, lecz umiejąc w interesujący sposób przekazywać wiedzę dzieciom i dorosłym. Po lekcjach, niestrudzenie wędrowała po wsi, tonąc po kostki w błocie i zaglądając do najuboższych ruder, śpiesząc biedakom z pomocą. Czasami w tych wędrówkach towarzyszyła jej Nina. Najpierw z nudów, a potem poczuwając się, jako dziedziczka, do tego obowiązku. Odwiedziwszy kilka lepianek, uświadomiła sobie ze strachem, że tuż obok pałacu, istnieje świat pełen nędzy, niedoli i cierpienia.
 Stary hrabia, stryj Aleksa, wydzierżawił gospodarzom makowskim duży szmat ziemi na dogodne spłaty. Młody hrabia zniósł pańszczyznę, zamieniając ją na płatną pracę, a grunta na których stały wiejskie zagrody, darmo oddał chłopom. Lecz w Makowie byli także biedacy nie posiadający ani ziemi, ani własnego domu. Gnieździli się w nędznych norach, pracowali przy wyrębie lasu, lub wynajmowali się do pracy u bogatszych gospodarzy. Emisariusze Czerwonych wędrując po kraju, u nich znajdowali największy posłuch, gdyż bezrolni nie mieli nic do stracenia, a bardzo wiele do zyskania, w przypadku wybuchu powstania. Chciwie nasłuchując obietnic rozdawnictwa ziemi dworskiej, cierpliwie czekali na odmianę losu, marząc i przymierając głodem. Nina była tym odkryciem wstrząśnięta i miała do siebie pretensje, że obca osoba daje jej, dziedziczce, lekcję poglądową miłosierdzia. Wyrzucała sobie, że nie wspomaga ubogich z potrzeby serca. Potrafiła rzucić hojną ręką garść złota na cele dobroczynne, lecz nie mogła się przemóc, by wziąć na ręce zasmarkanego wiejskiego dzieciaka i zwyczajnie wytrzeć mu nos. To było ponad jej siły, tak przynajmniej w owym czasie myślała. Z pewnym zdziwieniem stwierdziła, że biedacy nie byli już tak pokorni, jak niegdyś. W jej obecności, ośmielali się narzekać, urągać wójtowi, a nawet dopytywać się, czy nie słychać czegoś o rozdawaniu ziemi dla bezrolnych.
 Po naradzie z panną Mirą i proboszczem, Nina postanowiła urządzić wielką tombolę1 na cele dobroczynne, a za uzyskane pieniądze kupić lekarstwa, żywność i odzież zimową dla ubogich. Pod przewodnictwem księdza, zawiązał się komitet charytatywny dam. Uzgodniono, że tombola odbędzie się w pałacu na otwarcie sezonu myśliwskiego. Pewnego dnia, Nina wychodząc z walącej się szopy, znalazła się oko w oko z nadjeżdżającym konno mężem. Ujrzawszy ją, brodzącą w błotnistej kałuży, pobladł i wstrzymał konia, ale w porę zdołał się opanować i skłoniwszy się obu paniom, w milczeniu odjechał. Pod Niną zatrzęsły się nogi i powróciła do domu z duszą na ramieniu. Nawet nie przebrawszy się, pobiegła do gabinetu i wsunęła się boczkiem, przygotowana na awanturę. Aleks siedział przy biurku, przeglądając księgi majątkowe. Po sposobie, w jaki przewracał kartki poznała, że był bardzo zły. Zebrała resztę odwagi i mocno pocałowała go w usta wiedząc, że kiedy go całuje, mąż nie potrafi się na nią gniewać.
- Alku, proszę, nie krzycz na mnie. – odezwała się pokornym tonem. – Boję się twojego krzyku, a strach może mi zaszkodzić! – nie zawahała się użyć małego szantażu.
- Czyżby? – spojrzał na nią kątem oka. – Ale włóczenie się po ruderach jakoś ci nie szkodzi.
Stwierdziwszy, że Aleks nie ma ochoty do kłótni, odetchnęła.
- Przecież zawsze chciałeś żebym interesowała się losem naszych poddanych – przypomniała.
- Owszem, ale nie w tym stanie!
- A co to ma do rzeczy? – odburknęła nadąsana.
- Ma i dlatego musisz na siebie uważać.
W głębi duszy był z niej dumny, mając nadzieję, że żona z czasem stanie się bardziej przystępna. Na skutek pewnej wrodzonej nieśmiałości, Nina nie potrafiła nawiązać z makowskimi gospodarzami bliższego kontaktu. Jednak zmiana jej zachowania przyszła zupełnie nie w porę. Nie chciał jej robić przykrości, ale bał się o nią, a sytuację utrudniał fakt, iż Nina nie wyobrażała sobie, żeby on mógł gniewać się na nią za jej miłosierne uczynki.
- Słonko, pomówmy poważnie. – odezwał się stanowczo. – Pozwolę ci na wszystko, dam pieniądze, ale nie zgodzę się, żebyś w tym czasie narażała się na utratę zdrowia. Rozumiem szlachetne intencje, jakimi się kierujesz, lecz mimo to nie pozwolę - słyszysz, nie pozwolę ci ryzykować życia. Więcej tam nie pójdziesz, albo się pogniewamy!
- Jesteś egoistą! – tupnęła nóżką.
-Wolę być egoistą niż wdowcem! Nie pozwalam ci chodzić po tych norach. W przeciwnym razie porozmawiam sobie z panną Mirą i poradzę jej, żeby poszukała sobie innej pracy!
- Nie zrobisz mi takiej przykrości! – zawołała Nina z przerażeniem.
- Zrobię! – wybuchnął zdenerwowany. – Panna Lutówna może sama spacerować po błocie, ale nie wolno jej narażać ciebie.
Nina spojrzała na niego z oburzeniem, zapomniawszy o pokorze i słodkich minkach.
- Miłosierny z ciebie pan dziedzic! – syknęła przez zęby.
- Nino! – poczuł się dotknięty jej ironią.
- Już dobrze. Zrobię jak każesz! – oświadczyła ozięble i demonstracyjnie przeniosła się z jego kolan na kanapę.
- Kochanie, nie zmuszaj mnie do tanich sentymentów. – westchnął i przetarł czoło. – Twoja tombola nie pomoże tym biedakom. Okazyjna dobroczynność, to tylko ochłap rzucony dla uspokojenia własnego sumienia, dobrze spełnionym obowiązkiem. Nędzę może uleczyć jedynie praca. Praca na własnej ziemi. Myślałem o tym, żeby bezrolnym ofiarować upragniony własny grunt. Proszę, bądź cierpliwa.
Wzruszyła ramionami, wstała i skierowała się do wyjścia.
- Promyczku - szepnął za nią czule.
Przystanęła, ale nie odwróciła głowy. Kiedy podszedł do niej i wziął ją w ramiona, poddawała się jego pieszczocie biernie, nie odpowiadając na pocałunki.
- Koteczku, zastanów się; chodzi mi tylko o twoje zdrowie.
- Nie nazywaj mnie koteczkiem! – prychnęła. – Więc o co ci w końcu chodzi?
- O nasze dziecko. Narażasz także i jego życie.
Wolniutko odwróciła głowę i z osłupieniem spojrzała mu w oczy. Nigdy dotąd nie myślała o macierzyństwie w tych kategoriach. Najważniejszą osobą była ona i wokół niej skupiało się życie w pałacu. Niespodziewanie stała się jakby mniej ważna, a nadrzędnego znaczenia dostąpiło coś, czego jeszcze wcale nie było. Jej ciało nieświadomie stało się schronieniem istoty, która zagnieździła się w nim wbrew woli i zmuszała ją do podejmowania decyzji sprzecznych z jej wolą. Dziecko odbierało jej część miłości męża i tylko to jedno wystarczyło, żeby znienawidziła intruza. Była szalenie zazdrosna o uczucia Aleksa, dobrze wiedząc, że nienarodzone dziecko już darzył ojcowską miłością. Podobnie zachowywała się niania. Niby to okazywała jej czułość, dbała o nią, ale tak naprawdę obchodziło ją tylko to dziecko! Pomyślała z goryczą, że gdyby umarła, nie przeżywszy porodu, prędko by o niej zapomniano, pocieszywszy się dzieckiem. Zdecydowanym ruchem wysunęła się z ramion Aleksa.
- Jeżeli to dziecko jest dla ciebie takie ważne, - rzekła przez zęby – to postaram się na siebie uważać do czasu, aż się urodzi.
Instynktownie odgadł, co się dzieje w jej sercu. Uznał, że jego słowa sprawiły jej ból. Obiema dłońmi ujął jej głowę i uniósł do góry, wpatrując się w płonące gniewem oczy.
- Nino, to ty jesteś dla mnie najważniejsza. Wolałbym nie mieć wcale dzieci, niż utracić ciebie. Wierzysz mi? – nachylił się i dotknął ustami jej ust. Wargi jej rozgrzały się i nabrały jędrności, niczym dojrzały owoc. Objęła go ramionami i równie gorąco go pocałowała.
Pod koniec października pogoda uczyniła się bardzo dokuczliwa. Nad Górami Świętokrzyskimi płynęły nisko ołowiane chmury, z których padał deszcz. Czasami, przed samym zachodem, ciemne obłoki rozstępowały się, a na ich ciemnogranatowym tle, ukazywała się tarcza słoneczna, czerwona, bezpromienna, opuchła, jakby chora. Oświetliwszy wilgotną ziemię jaskrawym, purpurowym światłem, ponownie kryła się za chmury, a z nieba znowu padał uporczywy deszcz. Starzy ludzie, patrząc na te osobliwe zjawisko, potrząsali głowami zatroskani, bo ich zdaniem, taka pogoda nie wróżyła nic dobrego. Termin tomboli trzeba było przesunąć, gdyż we Wszystkich Świętych tak lało, że stojące pod kościołem karety i bryczki musiano z błota wyciągać wołami. Święto Zmarłych zawsze było dla Niny bardzo przykre. Cierpiała żałując, że nie może zapalić znicza na grobie matki w Gnieźnie, a ojciec nawet nie miał mogiły, zakopany byle gdzie na niemieckiej ziemi. Uczciła ich pamięć, umieszczając w kaplicy marmurową tablicę i pod nią zapalała znicze.
 Korzystając z popołudniowej drzemki męża, wybrała się w Zaduszki karetą na cmentarz. Przy bramie wysiadła, zabierając ze sobą przywiezione znicze nagrobne i kwiaty. Omijając rozwrzeszczanych dziadów, tradycyjnie siedzących pod murem cmentarnym, weszła na cmentarz. Nabożeństwo odbyło się w południe, teraz było tu cicho i prawie pusto. W mglistym powietrzu tliły się zapalone świeczki i znicze, dokoła pełno było dymu i unosiła się jakaś dziwna poświata, jak z sennego majaku. Zapaliła znicz na grobie Lasewicza i odmówiwszy pacierz, poszła zapadając się po kostki w błoto, do grobu Pauli. Zamawiając nabożeństwo żałobne za wszystkich drogich zmarłych, dała także na wypominki za nią i za Rafała, bo jakoś nie potrafiła ich pominąć.
Aleją bezlistnych drzew doszła do grobu. Pusto tam było, a na granitowej płycie leżały pożółkłe, przegniłe liście spadłe z drzew. Z nagich konarów kapały krople wody. Odrzuciła z twarzy koronkową woalkę, bo w tym wilgotnym powietrzu brakowało jej tchu. Przykucnęła i położyła na grobie bukiet cieplarnianych kwiatów, które natychmiast jakby zszarzały i przywiędły. Zapaliła znicze, drobne płomyki drgały, przygasając i rozpalając się na nowo. Uporządkowała płytę i stanęła nad grobem, rozmyślając już bez emocji i nienawiści, o spoczywającej pod jej stopami kobiecie. W pobliżu nie było nikogo, tylko na mogiłach migotały nisko nad ziemią ogniki świec. Zadrżała, gdy wielka kropla zimnej wody spadła jej na twarz. Pośpiesznie dokończyła pacierz i ruszyła ku bramie. Przedtem jednak, ciekawość kazała jej skręcić ku mogile Żabca. Zamierzała i jemu zapalić znicz. Ale pod drewnianym krzyżem paliła się już świeczka, a przy grobie stał samotny stary chłop.
 Na odgłos jej kroków odwrócił się i popatrzył na nią groźnie. Nie zapomniała tej złej, pomarszczonej twarzy i szarych oczu, ponurych i pełnych nienawiści. To był ojciec Rafała. Obronnym gestem przycisnęła obie dłonie do mocno bijącego serca, cofnęła się, odwróciła i jak szalona wybiegła z cmentarza. Wolałaby zobaczyć ducha Rafała, niż jego ojca. Na jej widok, dziady jęły się wydzierać, wrzaskiem dopraszając się datku i z przesadną gorliwością odmawiając pacierze za zmarłych. Rozejrzała się i wybrała starego dziada szeptem odmawiającego modlitwy. Do jego miseczki wrzuciła hojny datek. Podniósł na nią oczy pokryte bielmem i wyciągnąwszy ręce, dotknął palcami jej ciężkiej, aksamitnej sukni.
 - Bóg zapłać, jaśnie pani. Za kogo mam się modlić? - odezwał się zachrypniętym głosem.
- Za dusze Pauli i Rafała. – powiedziała i nie oglądając się za siebie odeszła.
Stach czekał na nią i gderając, pomógł jej wsiąść do karety.
- Że też jaśnie pani hrabina nie ma nad sobą zmiłowania! – mruczał. – Pogoda, że i psa by człowiek nie wyrzucił. Nie szkoda nóżek?
- Jak zwykle macie rację. – przyznała uprzejmie. – Do domu, Stachu!
Żebracy pod cmentarzem.
 Obudzony ze snu Aleks, dał jej burę za spacery po deszczu, lecz zauważywszy jej smutne oczy, sam zdjął z jej nóg buciki i rozcierał w dłoniach zmarznięte stopy, całując je i zrzędząc. Pragnąc zrobić jej przyjemność, pomyślał także o biedakach, gnieżdżących się w nędznych norach. Kazał ich umieścić w stojącym na uboczu lamusie. Był to duży, potężnie zbudowany budynek, będący niegdyś częścią murów obronnych w czasie, gdy pałac był jeszcze warownym zamkiem. Do lamusa wstawiono drewniane legowiska i żelazne piecyki. Tej zimy nie groził biedakom mróz i głód. Nina poszła z panną Mirą obejrzeć lamus i wróciwszy do domu, zastała męża w gabinecie, pochylonego nad rozłożoną na biurku mapą.
- To jest cały Maków! – powiedział, witając ją uśmiechem. Wskazał palcem punkt, gdzie znajdował się pałac. – A tu są nieużytki.
- Aha! – Nina zajrzała mu przez ramię. – I co, kochanie?
- Z tych terenów chcę wykroić ziemię dla naszych bezrolnych. – zmarszczył brwi i szepnął: - Żebym tylko zdążył…
- Dlaczego masz nie zdążyć? – zdziwiła się Nina. Położyła dłoń na mapie, czując jak krew szybciej krąży w jej żyłach. Maków był jej wielką miłością.
- Czy to są pustki? – spytała, schylając się nad mapą.
- Nie. W Makowie nie ma pustek. Od wieków dziedzic i chłopi mieli wydzielone grunta.
Pustki, były to tereny, do których chłopi zgłaszali pretensje twierdząc, że poprzednio należały do nich, a potem bezprawnie zagarnął je dziedzic.
- A dużo tych nieużytków? – pomysł męża spodobał się Ninie i bardzo się nim zainteresowała.
- Po oczyszczeniu i zmeliorowaniu, będzie to kawał żyznej ziemi, bo leży w kotlince. Obliczyłem, że na rodzinę przypadłoby po cztery morgi, a może nawet nieco więcej.
- Wiesz, to brzmi obiecująco! A kiedy zamierzasz im tę ziemię rozdać?
Na widok jej promiennych oczu i różowego buziaka, serce zalała mu fala miłości. Ucieszył się, że jest taka wrażliwa i miłosierna.
- Najpierw muszę załatwić sprawę z adwokatem i geometrą. Jeżeli ci ludzie chcą mieć tę ziemię, muszą uprzątnąć z niej pnie i kamienie, a także zasypać bagienko. Trzeba się z tym pośpieszyć, bo na wiosnę już powinni siać i sadzić. Postawimy im porządne domy, przestronne i widne. Sam narysuję plany. Ale to będzie kosztowna impreza, promyczku. Nie żal ci pieniędzy? Zrobiłem mojemu słonku przyjemność?
- Naturalnie. Podziwiam twoją przezorność. Wprawdzie kocham każdą piędź naszej ziemi… Czekaj, a jakbyśmy sami zagospodarowali te nieużytki, a tym ludziom dali pieniądze na kupno ziemi?
- Obliczyłem, że sama robocizna kosztowałaby tyle, że rzecz nie byłaby warta zachodu.
- Rozumiem. Zresztą w razie zamieszek, ci ludzie mogliby się okazać bardzo niebezpieczni. Należy zawczasu starać się ich sobie pozyskać.
Na twarzy Aleksa ukazał się cień. Spojrzał na nią dziwnie.
- Czy powiedziałam coś niestosownego? - spytała niespokojnie.
- Nie. Tylko wydawało mi się, że ty…
 - No, wykrztuś to z siebie! – zawołała zdenerwowana. – Rozumuję głupio? 
- Wprost przeciwnie. – westchnął. – Stwierdzam, że w wieku siedemnastu lat, masz więcej rozsądku i zimnej rozwagi, niż osiwiały w swoim zawodzie polityk. Ja się już tego, niestety, nie nauczę.
Zerknęła na męża, nie będąc pewna, czy to, co od niego usłyszała, może uznać za komplement. Jednak obserwując zachowanie Aleksa, doszła do wniosku, że z jakiegoś powodu mąż jest z niej niezadowolony. Ponieważ nie lubiła zastanawiać się nad swoimi błędami, chrząknęła i na wszelki wypadek zrobiła żałosną minkę.
- Mam nadzieję, że z czasem staniesz się dobrą dziedziczką. Pamiętaj, że jesteśmy obowiązani służyć ludziom, tak samo, jak oni nam. Dobry dziedzic musi być dla swoich chłopów zarówno panem, jak i sługą.
- Oczywiście, Alku! – potwierdziła gorliwie i poprzestawszy na lekkim pocałunku wyszła, wzruszając po drodze ramionami.
Na początku listopada powróciła z Marienbadu pani wojewodzina i wysłała do Makowa zaproszenie na podwieczorek. Należało starej damie złożyć wizytę kurtuazyjną, ale na samą myśl o spotkaniu się z nią oko w oko, Ninę przebiegły ciarki. Zupełnie tak samo, jak wujostwo Borutyńscy, wojewodzina nie wydała na cześć młodej pary wystawnego rautu, zapraszając ich tylko na zwykły podwieczorek. Już sam ten fakt dowodził, że starsza pani nie zamierza witać ich kwiatami.
Pani wojewodzina była osobą ogólnie szanowaną i nadawała w towarzystwie ton, kształtując opinię. Kto miał nieszczęście narazić się damie i nie przypaść jej do gustu, ten nie mógł liczyć, że będzie przyjmowany w najlepszych domach. Nina dwa razy poważnie się jej naraziła. Raz, odrzucając oświadczyny Starewicza, a drugi raz poślubiając hrabiego. Na wiadomość o ich ślubie, wojewodzina wybuchnęła gniewem i demonstracyjnie wyjechała do wód. Zawsze żyła nadzieją, że po śmierci Pauli, chrzestny syn poślubi pannę z książęcą mitrą i dużym posagiem. Jego ponowne małżeństwo z dziewczyną bez posagu, uznała za karygodny mezalians. Gdy Nina była dzieckiem, starsza pani, na złość ciotce Marii, okazywała jej względy i nawet zabierała ją niekiedy do Lipieńca. Ale mając choleryczny charakter, nie szczędziła jej przy tym upomnień i uszczypliwych słówek. Nina nie lubiła wojewodziny i nawet będąc już panną, trochę się jej bała.
Przeczytawszy chłodne, oficjalne zaproszenie zrozumiała, że stara dama nie przyjmie jej z otwartymi ramionami, i że ta pierwsza poślubna wizyta, może okazać się bardzo przykra. Lecz mąż był serdecznie przywiązany do swojej matki chrzestnej, a ona wzajemnie darzyła go prawdziwie macierzyńską miłością, zapowiadając z góry, że po jej śmierci, Aleks odziedziczy połowę jej dużego majątku. Drugą połowę zapisała ciotecznemu wnukowi.
Przed wizytą Nina długo przewracała w szafach, zastanawiając się nad odpowiednią toaletą. Zdecydowała się na skromną czarną suknię, której jedyną ozdobą był przepiękny szal z kosztownej koronki Chantilly, ofiarowany jej przez hrabinę Teklę. Narzuciwszy szal na ramiona, przypatrywała się sobie z dezaprobatą. Wyglądała mizernie. Była blada i miała oczy podkrążone ciemnymi sińcami, bo przez połowę dnia wymiotowała. Do garderoby wszedł Aleks i obejrzał ją uważnie.
- Wydaje mi się, że trochę przesadziłaś z tą skromnością. – stwierdził, kręcąc głową. – Stanowczo za oszczędnie.
- Wiesz, że pani wojewodzina nie lubi przesadnie wystrojonych kobiet. – broniła się Nina, nie mając ochoty przebierać się po raz drugi.
- Dlaczego nie wzięłaś jakiejś biżuterii? Ktoś jeszcze pomyśli, że żałuję pieniędzy na twoje stroje.
- Pan hrabia ma rację. – zawyrokowała Jaga, asystująca przy toalecie. – Ubrałaś się jak żałobna wdowa. Nie dziwacz. Kiedyś lubiłaś się stroić! – niania zajrzała do szkatułki i wyciągnęła z niej trzy sznury mlecznych pereł. - Brawo! - Aleks rozpogodził się na widok klejnotów.- Perły są odpowiednie do tej sukni. Wepnij jeszcze perłowe kolczyki. O, właśnie! Nie jestem snobem, lecz noblesse oblige.2
Jaga zapięła perły na szyi Niny i artystycznie upięła szal na jednym ramieniu, skąd spływał po plecach aż do zagięcia drugiej ręki. Pojechali paradną karetą już odnowioną po wypadku, zaprzężoną w czwórkę nowych koni. Do Lipieńca
nie było daleko i jeszcze za dnia stanęli przed bramą.
 Dwór szumnie nazywany pałacem, był piętrowym budynkiem z wielkim, oszklonym gankiem. Otaczał go duży, dobrze utrzymany ogród urządzony w stylu francuskim. Gdy przed gankiem rozległ się turkot karety, z sieni wybiegło kilku służących, otwierając drzwiczki, opuszczając stopnie i na rękach znosząc Ninę. O zamożności dworu świadczyła liczna służba, ale byli to w większości ludzie w podeszłym wieku. Sędziwy majordomus w galowej liberii, poprowadził gości przez szereg bogato urządzonych sal, do buduaru pani domu. Nina była tak wystraszona, że gdyby nie silna ręka męża mocno ją trzymająca, zrobiłaby w tył zwrot i dała drapaka. Aleks przystanął i unosząc jedną brew, spojrzał na nią kpiąco. Pocałował ją w koniuszek noska, w ten sposób dodając jej odwagi.
Buduar był dużym pięknym pokojem, bardzo jasnym i kolorowym, wybitym kwiecistymi wschodnimi dywanami. Przez wysokie okna sączyło się szare światło kończącego się dnia. Przy wielkim kominku, na którym płonęły polana z jabłoni, dając delikatny, przyjemny zapach, siedziała wojewodzina wtulona w miękki głęboki fotel, wyłożony poduszkami. Nogi owinięte grubym pledem, opierała na hebanowym podnóżku..
 Na widok gości poruszyła się i wyciągnęła ku nim rękę w powitalnym geście. Nina zauważyła, że od spotkania na pogrzebie Lasewicza, stara dama znacznie się postarzała, a jej orli nos zaostrzył się jak dziób drapieżnego ptaka. Lecz ciemne ogniste oczy, nadal patrzyły bystro i płonęły energią, a głos zachował dawną siłę i władczość.
- No, chodźcie, chodźcie bliżej! – rozkazała z pewną niecierpliwością. – Wybaczcie, że nie wstaję na powitanie, ale moje biedne nogi nie chcą dziś mnie nosić. Drze mnie w kościach, więc powinno się rozpogodzić. No, Olesiu, pokaż mi swoją żonę. O, chyba jeszcze wyładniałaś. Możesz mnie pocałować, moje dziecko. – powiedziała łaskawie, nadstawiając policzek i cmoknęła ustami w powietrzu nad głową Niny. Zupełnie inaczej przywitała chrzestnego syna, ujmując jego głowę w obie dłonie i składając na jego czole macierzyński pocałunek. Patrzyła na niego z uśmiechem dumy.
- Widać synku, że małżeństwo ci służy. No cóż, nie dziwię się, masz młodą i piękną żonę.
Onieśmielona przeszywającym wzrokiem starszej pani, Nina zaledwie odważyła się przycupnąć na brzegu fotela. Zdawała sobie sprawę, że wojewodzina przyjęła ją wyłącznie ze względu na Aleksa, lecz długo nie wytrzyma i wkrótce wstąpi na ścieżkę wojenną. Jej rozumowanie było słuszne, bo stara dama wycedziwszy kilka zdawkowych słówek, podniosła oprawione w złoto lorgnon i zmierzyła ją od stóp do głów.
- Ma chére, je vous felicite3! – zagrzmiała. – Doprawdy nie rozumiem, jak mogłaś nalegać się na tak pośpieszne małżeństwo? Łamiąc wszelkie przyjęte normy, weszłaś do rodziny w atmosferze skandalu! Tak było ci pilno zostać panią hrabiną? Zraziliście do siebie wszystkich. Dalsza rodzina Olesia nawet słyszeć o was nie chce. Oboje naraziliście się na izolację, obmowy i drwiny. A ty, Olesiu, także nie wykazałeś rozwagi, grożąc damom pojedynkiem z ich mężami. Daruj, ale to był szczyt impertynencji! Ludzie są zbulwersowani i obawiają się pisnąć słówko. Ale ja ci mówię prawdę w oczy, bo jestem kobietą i mnie na pojedynek nie wezwiesz! … - zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.
Nina pobladła i siedziała jak na szpilkach. Najchętniej wyszłaby stąd, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi, lecz ze względu na męża musiała zachować spokój. Aleks był pomiędzy młotem, a kowadłem. Musiał ująć się za żoną, jednocześnie obawiając się zranić matkę chrzestną, starą schorowaną kobietę, która go bardzo kochała.
- Nie bądź dla Niny niesprawiedliwa. – odezwał się ostrzej, niż zamierzał. – Ona jest niewinna. To ja błagałem ją, żeby mnie poślubiła, bez względu na to, co o nas powiedzą. Potrzeba nie lada odwagi, aby ludziom rzucić rękawicę. Zrezygnowała nawet z podróży poślubnej, tęskniąc do Makowa. Tymczasem zamiast życzliwości, spotkały nas intrygi kilku bezmyślnych bab. Miałem prawo bronić honoru mojej żony!
Wojewodzina zacisnęła wąskie wargi.
- Wielka dama powinna zachowywać się w taki sposób, żeby mąż nie musiał bronić jej honoru z pistoletem w ręce. – oznajmiła bezceremonialnie, bynajmniej nie ułagodzona słowami Aleksa. – Rok, to zupełnie odpowiedni okres czasu dla mężczyzny starającego się o rękę panny.
Nina niemal fizycznie czuła, jak w mężu narasta gniew.
- Zapominasz, kochana matko, że mam już trzydzieści siedem lat, a za sobą koszmar małżeństwa z Paulą. Chcę nareszcie mieć prawdziwą rodzinę, doczekać się dziecka. Sytuacja w kraju jest niepewna i nikt z nas nie wie, co go czeka za rok. Dlatego nie zwracałem uwagi na konwenanse i los był dla mnie łaskawy, bo wkrótce moja Nina obdarzy mnie upragnionym dzieckiem.
Starsza pani podejrzliwym spojrzeniem objęła talię Niny.
- Nic jeszcze nie widać. – zauważyła, a Nina poczerwieniała z oburzenia.
- To dopiero trzeci miesiąc! – prychnęła, nawet nie siląc się na uprzejmość. Aleks ponownie chciał zareagować, ale wzrokiem dała mu znak, żeby nie pogarszał już i tak napiętej sytuacji.
- Rozmawiałem w tej sprawie z Felińskim i Kościół nie wyraził żadnych zastrzeżeń, godząc się na nasze małżeństwo. – rzekł Aleks pojednawczo.
Wojewodzina lekceważąco strzepnęła rękami.
- Jestem starą kobietą i wiem, co mogą pieniądze. Wyobrażam sobie, ile cię ta zgoda kosztowała. I proszę, nie wspominaj mi o Felińskim. Moskiewski sługus! Z winy jego gadatliwej matki, wielu godnych ludzi powędrowało na Sybir, po wykryciu spisku Szymona Konarskiego. Polski arcybiskup mianowany przez cara. Hańba!
Feliński był Ninie obojętny, ale na złość wojewodzinie stanęła w jego obronie.
- Nie jest pierwszym polskim arcybiskupem z łaski cara. – dobitnie skwitowała wypowiedź starszej pani. – Mieliśmy wielu prymasów zdrajców! Raczy pani zapominać, że Feliński walczył w Powstaniu Wielkopolskim i odniósł nawet ranę. Był serdecznym przyjacielem Słowackiego, który umarł na jego rękach. A że arcybiskup jest przeciwny spiskom i walce zbrojnej? Widocznie zdaje sobie jasno sprawę z konsekwencji, jakie one niosą. Nie jest w tych obawach odosobniony, bo podziela je wielu godnych ludzi. Cokolwiek pani wojewodzina o nim sądzi, Feliński jest niekwestionowaną głową polskiego Kościoła i dla katolików polskich najwyższym autorytetem!
Wojewodzina przygryzła usta, rozumiejąc, że posunęła się za daleko. Obrażona mina Aleksa nie wróżyła nic dobrego. Znając go dobrze wiedziała, że jeśli się zatnie, żadna siła go nie zmusi żeby ją przeprosił. Kochała go i nie zamierzała stracić chrzestnego syna. Dla niego gotowa była nawet tolerować Ninę. W głębi serca nie miała do niej pretensji, lecz urażona ich pośpiesznym małżeństwem, twardo akcentowała swoje stanowisko w tej sprawie. Pragnąc zyskać na czasie, sięgnęła po flakonik z solami i wąchała je, przymykając powieki.
- Przepraszam. – szepnęła omdlewającym głosem. – Miałam najlepsze intencje.
Nina ani przez moment nie uwierzyła w jej skruchę. Podejrzewała, że stara dama jak szuler, trzyma asa w rękawie, aby użyć go w odpowiednim czasie.
- Z dziecka bardzo się cieszę. – wojewodzina posłała synowi słodki uśmiech. – To będzie mój wnuk, pamiętajcie! – poprawiła się w fotelu, podciągając opadający z nóg pled i sycząc z bólu.- Pardon, zapomniałam Olesiu, przekazać ci ukłony od panny Wandy. Urocze dziecko! Spotkałam ją na deptaku w Marienbadzie, otoczoną panami. Nic dziwnego, taki posag! Pytała się o ciebie, ale co ja jej mogłam powiedzieć? - wojewodzina wzniosłą oczy ku górze i żałośnie westchnęła. – Księżniczka była niegdyś sympatią Olesia. - wyjaśniła Ninie usłużnie. - Spodziewaliśmy się, że ją poślubi, bo to moja krewna. Ale on wtedy spotkał tę rozpustną Paulę. Wielka szkoda, bo to taka dystyngowana, miła panna. – w zamyśleniu pokiwała głową, a potem z roztargnioną miną zwróciła się do Niny:-To kiedy spodziewasz się rozwiązania? 
Nina uporczywie wpatrywała się w figurkę pierrota z saskiej porcelany stojącego na etażerce, szczerze żałując, że nie wypada rozbić go na głowie starszej pani. Wojewodzina świadomie i celowo wspomniała o księżniczce Wandzie domyślając się, że sprawi jej tym przykrość. Pochodząc również z rodziny książęcej, popierała bliską krewną marząc, by połączyć ją z chrzestnym synem. Nina wiedziała o tym i wstydziła się swojej chorobliwej zazdrości o męża, mając do niego nieuzasadnione pretensje, że kochały go inne kobiety. Ogarnęła ją taka złość, że miała ochotę głośno i ordynarnie zakląć, tak po chłopsku, nie licząc się z konsekwencjami, splunąć i wyjść! Ale taki postępek pogrążyłby ją na wieki w opinii pani wojewodziny i dowiódłby, że jej obiekcje były uzasadnione, bo kochany Oleś rzeczywiście ożenił się z osobą źle wychowaną. Zniosła więc prowokację z godnością i siedząc w milczeniu, zaciskała nieznacznie pięści.
Aleks jakby pod wpływem telepatii odgadł jej myśli.
- Panna Wanda nigdy nie była moją sympatią. – zaprotestował stanowczo. – Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się nią zachwycasz. To pospolita dziewczyna, tuzinkowa i nieatrakcyjna. W dodatku ma wadę wymowy i sepleni. Nie ma powodzenia, bo pomimo posagu nie wyszła jeszcze za mąż. Nie zamierzałem nigdy się z nią żenić. Okazałaby się kobietą zimną i pełną przesądów klasowych, powiększając smutny poczet niekochanych żon, jakich są setki w naszej sferze. A ja chciałem mieć w żonie przyjaciela, wykonawcę moich zamierzeń. Nina jest jeszcze młodziutka, ale wybitnie utalentowana muzycznie. Jest przeuroczą panią domu, uwielbianą przez służbę i całym sercem kocha Maków, bo miłość do ziemi ma we krwi. Gdyby mnie zabrakło, ona poprowadzi dalej moje dzieło. Jest krucha i delikatna, lecz zarazem twarda jak stal. Tak jak ty, ma chére maman4! - ujął i ucałował dłoń starej damy.
Nina spłonęła rumieńcem radości, wojewodzina miała minę nieprzeniknioną, mimo iż słowa Aleksa bardzo jej pochlebiały. Sama była wzorową dziedziczką, szanowaną przez swoich poddanych. Nieco ułagodzona, obdarzyła Ninę połową uśmiechu.
- To ładnie, że bronisz żony. – pochwaliła. – Ta biedna dziewczyna nie miała u Maryni słodkiego życia. – przyznała. – Nino, od dziś możesz mówić do mnie, ciotuniu. Jesteśmy już rodziną. – wyciągnęła rękę i poklepała ją lekko po policzku.
Tę szorstką pieszczotę Nina przyjęła z rezerwą. Przemogła się jednak, wstała i przykucnęła, składając wojewodzinie dworski rewerans.
- Merci, chére tante5. – szepnęła układnie.
- Wiesz, ona naprawdę jest prześliczna.- zawołała stara dama, obserwując z aprobatą pełne wdzięku ruchy Niny. – Usiądź, moje dziecko. Powiedz mi, kiedy spodziewasz się rozwiązania? – powtórzyła pytanie.
- Profesor wspomniał, że w maju.
Wojewodzina szeroko otworzyła oczy i zgromiła Aleksa oburzonym wzrokiem.
- Wzywałeś do niej profesora? Olesiu, nie dziwacz! Każda z nas rodziła, zadowalając się co najwyżej miejscowym lekarzem lub akuszerką. O, zupełnie niepotrzebnie rozpieszczasz żonę.
Nina przeraziła się, zauważywszy w oczach Aleksa błyskawice gniewu. W jednej chwili przybrał odpychający wyraz wyniosłości i zaciętości.
- Jestem dostatecznie bogaty, żebym mógł sobie na to pozwolić. Nina jest bardzo młoda i to jest jej pierwsza ciąża. Jeżeli komuś nie podoba się, że troszczę się o zdrowie żony, może nie utrzymywać ze mną stosunków. Jakże możesz mieć mi za złe, że pragnę wynagrodzić żonie przykrości, doznawane od bliskiej rodziny? Ona dosyć się wycierpiała.
Stara dama zlękła się i spokorniała.
- Wybacz, masz zupełną rację. – przyznała ugodowym tonem. Zadzwoniła i lokaje zaczęli wnosić tace z serwisem do herbaty, a na stoliku stanął srebrny samowar. Nalewając herbatę, wojewodzina uskarżała się na starość i trudności w zarządzaniu majątkiem -Wydaje mi się, – rzekła Nina - że pan Starewicz po ślubie z Jadwigą, mógłby zamieszkać w Lipieńcu i pomóc ciotuni w zarządzaniu majątkiem. Jadzia byłaby dla cioci opiekunką i towarzyszką.
- To kwestia. – wojewodzina nie wydawała się zachwycona taką perspektywą. – Gucio jest pięknym chłopcem i podoba się pannom. Ale Jadwiga nie jest dla niego odpowiednią partią. Obnosi się ze swoją miłością, jak Żyd ze starzyzną! Wyobraża sobie naiwnie, że jako żona mego wnuka, wejdzie do sfery arystokracji. Dzisiejsze dziewczęta mają na oku wyłącznie korzyści materialne i ambicjonalne. Ale spotka ją zawód! Uboga, prosta panna, nawet przez znakomity mariaż, nie wejdzie do naszego entourage! – oznajmiła podniesionym tonem, wpadając ponownie w zły humor. Te cierpkie słowa były niedwuznacznie skierowane pod adresem Niny.
Niewiele było potrzeba, żeby Nina wpadła w pasję. Nigdy nie grzeszyła pokorą i łagodnością. Lekceważące zachowanie wojewodziny również nie usposobiło jej pokojowo. Przez wzgląd na męża, cierpliwie znosiła docinki starej damy, ale teraz uznała, że okazała aż nadto dobrej woli. Wyprostowała się i zmierzyła staruszkę zuchwałym spojrzeniem.
- Mam rozumieć sugestię pani, madame, że ja również wyszłam za mąż z chęci znalezienia się w wyższych sferach? – roześmiała się z ironią. – Kiedy byłam dzieckiem, samotnym i często upokarzanym, podtrzymywała mnie na duchu myśl, że płynie we mnie krew jednego z najstarszych i najpotężniejszych rodów polskich, który tworzył historię kraju i miał ogromny wpływ na dzieje narodu. Moi przodkowie i rodzice, nie roztrwonili majątku grając w karty, lecz utracili go walcząc w obronie ojczyzny. Byli senatorami i biskupami, wodzami i żołnierzami Insurekcji Kościuszkowskiej, odznaczonymi przez Naczelnika orderem Virtuti Militari i żelaznym pierścieniem. Mnie, pani wojewodzino, nie zaimponują tytuły galicyjskich książąt czy hrabiów, kupione za pieniądze zarobione w nie zawsze uczciwy sposób. Kocham mego męża i wyszłam za mąż z miłości, choć przyznaję, że gdybym marzyła o karierze, wybrałabym inną drogę! Prowadzącą na wielki monarszy dwór!
Zadyszała się i zamilkła, zrozumiawszy poniewczasie, że uraziła męża i przemówiła tonem, jakim nie powinna się była zwracać do osoby starszej i ogólnie szanowanej. Spodziewała się, że wojewodzina wybuchnie gniewem, a wtedy wypadnie im wyjść bez pożegnania. Zdziwiła się, bo starsza pani nie tylko nie wzięła jej tego wybuchu za złe, ale patrzyła na nią z aprobatą, a w jej ciemnych oczach rozbłysły iskierki uśmiechu.
- Bon6! Utarłaś mi nosa i zgoda. – rzekła i sięgnęła do szufladki stoliczka, wyjmując stamtąd dwa pudełka, z wyciśniętym na wieczkach złotym herbem rodzinnym.- Nino, proszę, weź to etui, a ty Olesiu, to czarne pudełeczko. Omal nie zapomniałam dać wam prezentów ślubnych.
Podarunkiem przeznaczonym dla Niny, okazała się przepiękna bransoleta z wielkich jak groch brylantów i ametystów rzadkiej czystości i blasku oraz sznur dużych różowych pereł bez najmniejszej skazy. Były to prawdziwie książęce klejnoty. Aleks otrzymał sygnet z wielkim soliterem7, zegarek wysadzany drogimi kamieniami i brylantową szpilkę do krawata. W sumie był to spory majątek. Wojewodzina nie pozwoliła sobie podziękować mówiąc, że są to klejnoty rodowe i muszą pozostać w rodzinie. Usłyszawszy, że Nina urządza tombolę, pochwaliła ten zamiar.
- Słusznie, moje dziecko. Wszystkie wielkie damy zajmują się dobroczynnością. Ja również nie pożałuję na ten cel pieniędzy. – powiedziała, wpatrując się bacznie w szal, otulając ramiona Niny. – To chyba po Tekli, prawda? - wyciągnęła rękę i dotknęła palcem szala.
- Owszem. Ciocia podarowała mi go na krótko przed śmiercią. – Nina dostrzegła w oczach staruszki zawiść i śpiesznie dodała: - Mam go na sobie pierwszy raz. Gdyby ciotunia raczyła przyjąć ten szal w podarunku ode mnie, byłoby mi bardzo miło.
Koronka Chantille.
- Hm! To wspaniałe koronki i zapewne je lubisz… - wojewodzina wahała się, nie będąc pewna, czy wypada jej przyjąć ten hojny dar.
Ale Nina zdjęła szal i złożyła go na jej kolanach.
- Jestem za młoda, żeby je ubierać. Są odpowiedniejsze dla damy w starszym wieku. – oznajmiła dyplomatycznie. Żal jej było szala, lecz wolała go poświęcić, byle tylko ugłaskać wojowniczą damę i nie stawiać męża przed trudnym wyborem. Jakoż jej ofiara nie poszła na marne. Po raz pierwszy, wojewodzina przygarnęła ją i ucałowała serdecznie.
- Poczciwe dziecko! – sapnęła rozrzewniona. – Merci, Ninon! – zarzuciła szal na ramiona i pogładziła go z zadowoleniem. – Pomogę ci w tomboli, żebyś się nie przemęczała. A zaraz po tomboli, urządzę na waszą cześć raut.
- Zdobyłaś matkę chrzestną szturmem, a była jak osa! – zaśmiał się Aleks, kiedy siedzieli już w karecie. – To dobra kobieta, choć czasem bywa nieznośna. Cały czas lękałem się, że skoczycie sobie do oczu. Kochanie, musisz jej wybaczyć, bo wiele w życiu wycierpiała. W pewnym sensie jesteście do siebie podobne.
- Pięknie dziękuję. – prychnęła obrażona. – Miły jesteś.
- Wiem, co mówię. Ale może wyjaśnisz mi, co miałaś na myśli, wspominając o jakiejś świetnej karierze i dworze monarszym?
- Miałam na myśli moją karierę pianistyczną. W Warszawie wróżono mi sławę Marii Szymanowskiej. – powiedziała prędko, czując na sobie jego badawczy wzrok. – A czy ta księżniczka Wanda, naprawdę tak sepleniła, jak usiłowałeś nam wmówić?
- Nieważne. Promyczku, kupię ci jeszcze ładniejszy szal, więc nie żałuj tamtego, bo dziś zyskałaś w matce chrzestnej wiernego sprzymierzeńca. Teraz będzie stawać w naszej obronie i biada temu, kto się jej narazi! Wiem, że byłaś bardzo zła i trząsłem się ze strachu, że za moment wybuchniesz. Bo ty również jesteś złośnicą, mój skarbie! – spojrzał na nią figlarnie i zauważywszy jej nadąsaną buzię, poprawił się pośpiesznie: - Ale i tak cię kocham! – przycisnął ją do siebie i pocałował tak gorąco, że natychmiast wybaczyła mu to przejęzyczenie.
1 Tombola - loteria,często połączona z zabawą.
2Noblesse.... - tu: wysoka pozycja społeczna obowiązuje.
3 Ma chére, je vous felicite. - Winszuję,moja droga !
4 Chére maman. - Droga mamo.
5 Merci.... - Dziękuję,droga ciociu.
6 Bon - Dobrze.
7 Soliter - wielki brylant.