piątek, 6 maja 2016

Złowroga wróżba


6 maja 2016 r.
A. Grottger. Wdowa.
W sarnickim kościele odprawiano żałobne nabożeństwa za poległych powstańców w roku 1831. Wszystkie damy wystąpiły w żałobie, a mężczyźni w strojach narodowych, kontuszach i przy szabli. Nawet niektórzy chłopi obszyli sukmany czarnymi tasiemkami. Po nabożeństwie panie kwestowały, zbierając pieniądze dla rodzin uwięzionych, zesłanych i straconych patriotów. W pałacu odbyła się wieczornica. Nina grała polonezy i etiudy Chopina. Jadwiga zaśpiewała jego znaną pieśń, do słów Wincentego Pola:" Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne”, zaś panna Mira deklamowała wiersze Mickiewicza: „Do matki Polki" oraz " Ofiarowanie" Słowackiego.
A. Grottger. Szlachta i chłop.
W gabinecie rozsiedli się panowie, przy winie i papierosach dyskutując o sytuacji w kraju i kłócąc się, ponieważ jak zwykle, każdy był innego zdania. Pan Syrwin, ojciec Zosi, były powstaniec z roku 1831, rozwodził się nad błędami popełnionymi przez władze powstańcze:
- W trzydziestym pierwszym roku, mieliśmy jeszcze własną armię, rząd i Skarb Państwa Stać nas było na zakup ziemi dla chłopów, w wielkich majątkach ziemskich. W obronie tej ziemi, chłop biłby się zajadle, bo widziałby sens walki. Obecnie, tylekroć zawiedzeni w nadziejach, chłopi już nam nie ufają. Obawiam się, że władzom podziemnym nie uda się poderwać wsi do walki zbrojnej. Chłopi liczą raczej na to, że ziemię podaruje im car i zniesie zarazem pańszczyznę.
Wuj Borutyński lekceważąco wzruszył ramionami.
- Oczywiście, że chłopi walczyć nie będą, ponieważ mówią, że powstanie to pańska wojna. Po wsiach krążą czerwoni agitatorzy i zawracają chamom w głowie, obiecując złote góry. Każą nawet zakładać po wsiach szkoły! Ponieważ jesteśmy tu we własnym gronie, oświadczam panom, że jestem przeciwny nauczaniu wieśniaków. Chłop świadomy i światły, nie pozwoli sobą pomiatać i będzie skory do buntu. Ale ci czerwoni agitatorzy, znajdują posłuch nie tylko w chłopskich chatach, lecz i po dworach panów braci! - złożył zebranym szyderczy ukłon.
- To Biali zachęcają do otwierania szkółek dworskich, żeby Czerwoni nie gadali, że szlachta nic nie robi dla ludu. – Tadeusz posłał wujowi Ksaweremu kose spojrzenie.
- Nie wolno nam dopuścić, żeby chłop polski nadal był ciemny i zacofany. – przestrzegł Aleks. Strzepnął popiół do popielniczki i zaciągnął się dymem z papierosa. – Za wszelką cenę trzeba znaleźć z nimi jakiś konsensus. W przeciwnym wypadku grozi nam zguba.
- Ja nie dowierzam Białym, podobnie jak tym przeklętym Czerwonym! – zagrzmiał zacietrzewiony wuj Ksawery. – Przede wszystkim musimy chronić własną skórę, a nie myśleć o uwłaszczeniu chamów i zniesieniu pańszczyzny.
Starszy pan Siekielski, ojciec Tadeusza, próbował zapobiec kłótni.
- Zgadzam się z panem Ksawerym, iż w tych czasach nasze dwory są ostoją polskości i tradycji narodowych. Znikną dwory, a wtedy społeczeństwu grozi utrata świadomości narodowej. Wielkie grzechy na sumieniu ma szlachta polska, ale należy pamiętać, że gdy trzeba było poderwać społeczeństwo do walki, to właśnie szlachta stawała na czele powstania. Nasza ziemia i dwory, to święty depozyt powierzony nam przez przodków. Musimy dbać o to, aby ten depozyt przekazać z honorem następnemu pokoleniu.
- Święte słowa! – zawołał pan Wąsocki tubalnym basem, podkręcając sumiastego wąsa. Miał nieco konserwatywne zapatrywania, lecz był dobrym Polakiem i zapobiegliwym gospodarzem w swoim majątku Siewkach.
- Podzielam zdanie pana Siekielskiego, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek z panów wspomniał o karczmach. – wtrącił Aleks. – Polski chłop jest nie tylko ciemny i niedożywiony, ale jeszcze z winy dziedzica, rozpija się i marnieje. Jeżeli nie ograniczymy wyszynku po wsiach, to nasze chłopstwo ulegnie degeneracji. Coraz częściej się zdarza, że niektórzy panowie płacą swoim poddanym wódką. To zbrodnia! Zobaczcie, ile na wsi rodzi się debilów, kalek, ile nowo narodzonych dzieci umiera.
- Ech, to jedynie wymysły czerwonych. – wuj Ksawery sceptycznie uniósł brwi. – Poza tym pijany chłop nie myśli o buncie.
 Tadeusz spojrzał na niego z pogardą. Wsteczne poglądy starszego pana wydały mu się odrażające, godne potępienia. Ale nie zdążył urządzić mu awantury, bo hrabia znowu zabrał głos.
- Wiem, Ksawery, że jesteś znakomitym gospodarzem. Starasz się mieć jak najwięcej „dusz” w swoim majątku. Ale przepity chłop choruje, nie jest wydajny w pracy, a jego potomstwo bywa cherlawe i prędko umiera. Sprzedając swoim wieśniakom wódkę, masz krótkotrwały zysk, a w przyszłości wielką stratę. Warto o tym pamiętać! – na tę oczywistą prawdę, wujowi Ksaweremu odebrało na moment mowę.
- Czy ktoś zastanawiał się, jaki ten naród będzie w przyszłości? – ciągnął Aleks. – Chłopi stanowią prawie siedemdziesiąt procent społeczeństwa. Czy nie rozumiecie panowie, że zaborcy sami ułatwiają nam otwieranie coraz to nowych gorzelni? Dziedzic liczy pieniądze z zysku i cieszy się, a zaborcy cierpliwie czekają na efekt nadużywania alkoholu. W moich majątkach gorzelni jest niewiele, a gdybym się dowiedział, że mój karczmarz handluje wódką, odbiorę mu dzierżawę karczmy! – jego słowa nagrodzono oklaskami. Ale bili mu brawo przeważnie młodsi ziemianie, zaś starsi nie byli zachwyceni. Czerpiąc z gorzelni zyski, nie zamierzali z nich zrezygnować.

- Proszę mówić dalej, panie hrabio! – zachęcił go Tadeusz.
- Dobrze. Prawda jest taka, że większość z nas żyje ponad stan. Przez to, na skutek złej, przestarzałej gospodarki, majątki upadają. Kupują je Rosjanie, wzbogaceni Żydzi, przemysłowcy, lub koloniści niemieccy. Dla egoistycznych celów szlachta sztucznie przedłuża ustrój feudalny. Pańszczyzna, brak oświaty, nieograniczona władza Kościoła. W porównaniu do Europy zachodniej, jesteśmy cofnięci o półtora wieku!
- A Wielkopolska, panie hrabio? – wyrwał się Tadeusz. – Przecież tam Polacy dorównują Niemcom w handlu, rolnictwie i przemyśle.
- Owszem. – zgodził się Aleks. – Ale w Wielkopolsce szlachta zaczęła się uczyć od zaborcy. To nie wstyd, bo Niemcy są dobrymi gospodarzami swojego kraju. Byłem kiedyś w Turwi, majątku pana barona Chłapowskiego1. On nie wahał się jechać do Anglii i od podstaw uczyć się nowoczesnej gospodarki rolnej, osiągając u siebie zadziwiające rezultaty. Jego chłopi są dobrze opłacani i zamożni. Czują się Polakami! W Makowie również sięgnęliśmy do wzorów zachodnich i sami panowie widzicie, jakie u mnie bywają zbiory.
Mężczyźni potakiwali, zazdrośnie wzdychając, bo świętokrzyska ziemia choć piękna, jest w części jałowa i nieurodzajna. Zaraz po kolacji goście rozjechali się do domów, gdyż pogoda uczyniła się bardzo przykra, prawdziwie listopadowa.
W każdą wigilię świętego Andrzeja, w czeladnej, dziewczęta pod okiem Kumosi, lały wosk, z jego zastygłych kształtów wróżąc sobie na przyszłość. Panna Mira, dla której wiejskie zwyczaje były nowością, koniecznie chciała zobaczyć, jak odbywają się takie wróżby. Wprawdzie Nina nie lubiła guseł i zmęczona przyjęciem nie miała ochoty iść do czeladnej, lecz ustąpiła, żeby nie zrobić przyjaciółce przykrości. Izba czeladna znajdowała się w starej części domu. Było to długie niskie pomieszczenie, z bielonymi ścianami i belkowanym sufitem. Na wyszorowanej podłodze leżały kolorowe dywaniki utkane rękami kobiet, a na ścianach wisiały pęki zasuszonych ziół, poświęconych w święto Matki Boskiej Zielnej. W jesienne wieczory tu zbierały się kobiety, przędąc, tkając, szyjąc i haftując. W ogromnym kominie paliły się całe pnie, jasno oświetlając izbę. Dziewczęta widocznie spodziewały się wizyty pań, bo wszystkie wystrojone były świątecznie, a Kumosia miała nowy czepek z mocno wykrochmalonych koronek, wiązany wstążkami pod brodą.
Na widok wchodzącej dziedziczki, dziewczęta wstały i dygnęły, starając się zasłonić sobą miskę z wodą i rondelek z roztopionym woskiem. Ale panna Mira szybko wprowadziła wesoły nastrój prosząc, by nie przerywały wróżb. Uradowana Kumosia kazała stopić nowy wosk i zaścieliwszy dębową ławę poduszkami, zaprosiła damy do zajęcia miejsca. Stopiony wosk lano do miski z zimną wodą, przez obrączkę ślubną najstarszej gospodyni. Kiedy wosk opadł na dno miski, Kumosia wyjmowała go ostrożnie i trzymała pod świecą w ten sposób, żeby cień ulanej figury padał na ścianę i wtedy wróżyła z jego kształtów.
Dziewczęta zauważywszy, że pani uśmiecha się pobłażliwie, nabrały odwagi i rozszczebiotały się, śmiejąc się i piszcząc, gdy cień na ścianie przypominał kołyskę lub obrączkę. Mira nie wytrzymała i poprosiła Kumosię o wróżbę. Nina, spojrzawszy na cień zawołała ze śmiechem:
- O, książka się wylała! .
- Rzeczywiście. – przyznała Mira, przypatrując się odbitemu na ścianie cieniowi. – Przecież jestem nauczycielką.
 Dziewczęta kołem otoczyły Kumosię, z ciekawością przypatrując się „książce”.
- A mój pociotek, to aż do samej Hameryki popłynął statkiem! – wyrwała się Ulisia, ładna osiemnastoletnia dziewczyna, z długimi, jasnymi warkoczami i śmiejącą się buzią, pokojówka i ulubienica Niny. – Jego baba tak lamentowała, że o mało co na rozum jej nie padło. Ale teraz przyszedł list od niego. Pociotek się chwali, że w tej Hameryce kupili gruntu, chałupę postawili i dobrze im się wiedzie, ino orać chłopy chodzą ze strzelbami, bo jakieś dzikusy ich napastują.
- O Jezu, że też ludzie nie boją się płynąć morzem taki szmat drogi. – westchnęła Kumosia.
- A ja bym popłynęła. Co mi tam! – Ulisia strzepnęła warkoczami, a jej twarz aż poczerwieniała z emocji.
Makowski. Andrzejkowe wróżby.
 Kumosia zgromiła ją wzrokiem.
- Ot, koza! – mruknęła zgryźliwie.- Nawet nie wiesz, gdzie ta "Hameryka!"
- Może i ty, Miruniu, do tej "Hameryki" popłyniesz? – żartowała, rozbawiona Nina. – A co będzie, jeśli wróżba się nie spełni?
- Wróżyć można i na kilka lat z góry. – tłumaczyła z godnością klucznica. – Wróżby w wigilię świętego Andrzeja zawsze się sprawdzają.
- Dobrze wiedzieć. – Nina wstała z ławy i strzepnęła suknię. – Było nam bardzo miło, dziękujemy. Chodźmy, Mireczko.
- Nino, a ty sobie nie powróżysz? – zawołała panna Lutówna ze zdumieniem.
- Nie. Ja nie jestem zainteresowana.
Ale Kumosia przejęła inicjatywę i ośmieliła się zaprotestować.
- Niechże jaśnie paniuleczka pozwoli sobie raz wylać wosk. Przecież to tylko zabawa.
Ulisia, bardziej poufała i śmielsza od innych dziewcząt, dygnęła i pocałowała panią w rękę.
- Proszę zostać jeszcze z nami. – powiedziała przymilnie.
Nina zatrzymała się niezdecydowanie. Rozsądek mówił jej, że to tylko ludowe zabobony i nie warto przywiązywać do tego wagi. Nigdy nie była ciekawa swojej przyszłości, zadowalając się teraźniejszością. Jednak widząc dokoła posmutniałe twarze, postanowiła nie psuć zabawy.
- Dobrze, ale tylko raz! – zastrzegła, zgadzając się niechętnie.
Klucznica pochyliła się nad miską, uważnie patrząc na wylany wosk.
- Zaraz zobaczymy, co my tu mamy. – powiedziała, ujmując delikatnie w palce cienki płatek i strzegąc go, żeby się nie połamał.
Dziewczęta obstąpiły ją, zaglądając jej przez ramię i szczebiocząc między sobą, jak stadko hałaśliwych wróbli. Kumosia podniosła wosk i ustawiła go przed świecą.
- Hm! – mruczała przejęta, przyglądając się ulanej figurze przez zsunięte na czubek nosa okulary. – Co też to może być? – zastanawiała się półgłosem. – Jakieś takie, czy ja wiem?...
Powoli odwróciła płatek wosku na drugą stronę.
- Jezusie! – wrzasnęła cienko i upuściła wosk na podłogę.
Ale Nina dostrzegła, co się wylało.
W ułamku sekundy, na tle białej ściany pojawił się dokładny kształt trupiej czaszki. Puste oczodoły głębokie jak otchłań i szczerbate zęby, szczerzące się w szyderczym uśmiechu śmierci. Poczuła szum w uszach i pociemniało jej w oczach. Zatoczyła się jak pijana wspierając się ręką o ścianę.
- Nino, co tobie? – wykrzyknęła przerażona Mira, podtrzymując ją.
Kumosia prędko podparła Ninę z drugiej strony i razem podprowadziły ją do ławy.
- Maryjo święta! – szepnęła staruszka, drżąc z trwogi. – Szybko wody! Ulisiu podłóż pani poduszkę pod głowę. Dajcie chłodny kompres!...
Mira odzyskawszy przytomność umysłu, zaczęła trzeźwić Ninę solami. Nacierała jej skronie i poklepywała po policzku. Drzwi czeladnej otworzyły się z trzaskiem i do izby wpadła zadyszana Jaga. Ujrzawszy zemdloną Ninę, wydała okrzyk i przypadła do niej, tuląc ją do siebie z rozpaczą.
- Wiedziałam! – zawołała z płaczem. – Byłam pewna, że coś się stanie! A pani ochmistrzyni ostrzegała: „Niech pani Jaga pójdzie do czeladnej, bo pani hrabina poszła sobie wróżyć!” Jak śmiałyście pokazywać pani jakieś głupoty? Nina, moje słodkie kociątko, odezwij się do mnie. Boże, jaka ona blada. – niania miotała się nieprzytomnie, próbując podnieść ją z ławy. Odetchnęła, gdy Nina otworzyła oczy, lecz była taka słaba, że nie miała siły ruszyć się z miejsca.
- Może jeszcze wody? – Kumosia blada ze strachu, przyniosła szklankę czystej wody. Ale Jaga odepchnęła ją z gniewem.
- Z Kumosią, to ja sobie jeszcze na osobności porozmawiam! – rzuciła groźnie. – Pani w błogosławionym stanie, a te głupie baby straszą biedne dziecko. Nino, koteczku, lepiej ci?
Nina nie zdążyła odpowiedzieć, tylko chwyciła się za gardło. Jaga błyskawicznie podstawiła jej miskę, w którą zwymiotowała.
- Jak pani stanie się coś złego, to was wszystkie rozszarpię! – niania aż trzęsła się z oburzenia. – O, powiem panu hrabiemu, co tu się zdarzyło!
Zwymiotowawszy, Nina poczuła się odrobinę lepiej. Przy pomocy Jagi i panny Lutówny usiadła, wspierając się plecami o ścianę.
- Ulisiu, idź, przywołaj służących.- rozkazała Jaga. - Trzeba przenieść panią do sypialni. Na razie ani słówka o tym, co zaszło, bo gdyby się pan hrabia dowiedział, to niech nas od tego ręka boska broni. Kotuniu, powąchaj jeszcze sole.
Mira była zrozpaczona.
- Proszę się nie gniewać na Kumosię. – szepnęła, powstrzymując łzy. – To ja prosiłam Ninę, żeby sobie powróżyła i namawiałam ją, bo ona nie chciała.
- Ale jak to się stało, że ona nagle zemdlała? – głośno zastanawiała się Jaga. – Coś ją przestraszyło?
- Nie mam pojęcia. – panna Mira potrząsnęła głową z zatroskaną miną. – Może Kumosia coś widziała.
Jaga ściągnęła brwi i ostro spojrzała na oniemiałą z przerażenia klucznicę.
- Niech panna Mira posiedzi przy Ninie, a ja się dowiem co zaszło.
Podeszła do staruszki, ujęła się pod boki i zmierzyła ją groźnym wzrokiem.
- A teraz Kumosia powie mi całą prawdę! – sapnęła.
Stara klucznica rozejrzała się dokoła, jakby szukając pomocy, a potem pochyliła się Jadze do ucha.
- Z wosku wylała się trupia czaszka! – jęknęła. – Pani to zobaczyła i zemdlała. O, ja nieszczęśliwa, bodaj bym się nie urodziła!
Jaga posiniała, wpatrując się w nią szeroko rozwartymi oczami. Cofnęła się, kreśląc na piersi znak krzyża.
- Trupia czaszka? Kłamiesz, głupia! To niemożliwe! – zawołała, przejęta grozą.
- Tak było, żebym się z tego miejsca nie ruszyła. – mamrotała płaczliwie Kumosia. – Pani to zobaczyła i zasłabła.
Jaga wyszeptała krótką, błagalną modlitwę i spiorunowała klucznicę zawziętym spojrzeniem.
- Jakby, nie daj Boże, pani zaniemogła, to nie chciałabym być w skórze Kumosi! – warknęła i odwróciwszy się od niej, energicznie zajęła się Niną.
- Ostrożnie! – dyrygowała lokajami, przenoszącymi chorą do sypialni. – Co to? Worek z ziemniakami niesiecie? Chłopy jak dęby, a słabi niczym chuchro. Nieście panią delikatnie, nie ważcie się nią wstrząsać. O, jest pan Walenty! Niechże pan spojrzy na tych osiłków. Jeść umieją za czterech, a nie mają siły unieść leciutkiej pani!
Kamerdyner przystanął i z niepokojem patrzył na bladą śmiertelnie Ninę.
- Mój Boże, a co to się stało jaśnie pani hrabinie?
- At, nieszczęście! – Jaga rozpaczliwie załamała ręce. – Kumosia jakieś wróżby jej pokazywała i biedactwo zemdlało.
Przejęty staruszek leciutko dotknął bezwładnej dłoni Niny.
- Matko święta, co też Kumosi wpadło do głowy? Żeby tylko nasze słoneczko nie zachorowało. Broń, cudowna Pani Częstochowska! Pan hrabia tak czeka na to dzieciąteczko. My wszyscy czekamy i cieszymy się, że niedługo przyjdzie na świat. Może panicz się urodzi? – szepnął z nadzieją.
- Czasami to ludzie rozumu nie mają. – mruknęła Jaga.
- Da Bóg, że wszystko będzie dobrze. – Walenty był bardzo zmartwiony, lecz starał się podnieść Jagę na duchu. – Chłopcy, nieście panią ostrożnie. Mam zawiadomić jaśnie pana hrabiego?
- Nie. Jeszcze nie teraz, bo bardzo by się przejął, a i tak chodzi jakiś nieswój.
W sypialni ułożyła chorą wygodnie, a kiedy Nina odzyskała całkiem przytomność, niania postanowiła wezwać lekarza.
- Nawet o tym nie myśl! – zaprotestowała Nina słabym głosem.- Alek wpadnie w panikę i przeprowadzi śledztwo. A wtedy biedna nasza Kumosia może mieć poważne kłopoty.
- Ja także. - Mira ze skruchą uderzyła się w piersi.
- I ja także! – ucięła Nina. – Nianiu, powiedz panu, że czuję się niezdrowa, bo mam migrenę i chcę odpocząć.
 Zostawszy sama, próbowała przypomnieć sobie, co ją tak przeraziło? W ślad za szokiem pojawił się strach. Wzdrygnęła się uprzytomniwszy sobie, co zobaczyła. Wielki Boże, czy to możliwe? Zapewne było to przewidzenie. Ale nie, Kumosia także to widziała. Czy ta ohydna trupia czaszka była przepowiednią czyjejś śmierci? Ale czyjej? „Może mojej”. – powiedziała sobie i skuliła się ogarnięta zgrozą. Nakazała sobie rozumować rozsądnie tłumacząc, że był to tylko zwykły dziwaczny światłocień i niemądrze wpadła w panikę na widok małego kawałka wosku. Lecz kiedy tylko przymknęła powieki, natychmiast pojawiał się przed nią trupi czerep, wyszczerzony szyderczo w martwym uśmiechu. Tego roku były w rodzinie dwa tragiczne zgony. Czyżby nowy rok zapowiadał się równie dramatycznie?
Wspierając głowę na stosie miękkich puchowych poduszek, przymknęła oczy. Była bardzo wyczerpana i musiała się zdrzemnąć, bo aż podskoczyła, kiedy Aleks leciutko odgarnął włosy z jej czoła. Kiedy spała, stał jakiś czas nad nią, przypatrując się jej z troską i miłością. Mała alabastrowa lampka nocna, rzucała wąski krąg światła na stolik, a reszta wielkiego pokoju tonęła w półmroku. Gałązki ogromnej paproci stojącej na postumencie w pobliżu łoża, rzucały upiorne cienie, jakby szponów wyciągniętych nad śpiącą. Gdy obudzona otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego, natychmiast zmienił wyraz twarzy i odpowiedział jej uśmiechem.
- Jaga uprzedziła mnie, że jesteś cierpiąca, ale ja nie umiem iść spać, nie powiedziawszy ci „dobranoc”. Może napijesz się herbaty z cytryną? Ulisia przyniosła. Boli cię jeszcze głowa? - pomógł jej usiąść na łożu i podał szklankę.
- Nie martw się, to była tylko zwykłą migrena. – powiedziała i zagryzła usta, bo naraz zebrało się jej na płacz. Marzyła, żeby przytulić się do niego i czerpać pociechę z jego siły. Chciała wyznać mu co zobaczyła, lecz rozmyśliła się, gdyż mąż z pewnością wpadłby we wściekłość i cały jego gniew skupiłby się na biednej Kumosi. Wypiwszy herbatę poczuła się znacznie lepiej.
- Pójdę już do siebie, bo ty powinnaś wypocząć. – rzekł, podnosząc jej dłoń do ust.
- Nie. Proszę, zostań Alku. Nie chcę dziś być sama. – poprosiła cichutko. – Mógłbyś zgasić tę lampkę? Razi mnie w oczy. – przewróciła się na bok, zwinęła w kłębek i wpatrywała się w ogień na kominku. Szczapy syczały, posyłając w górę komina snopy złocistych iskier. Błyski ognia tańczyły wokół twarzy Aleksa, złocąc jego włosy. Wyglądał, jak żywcem wyjęty z ilustracji, przedstawiającej rycerza z bajki.
- Już! – zdmuchnął lampkę i zaczął się rozbierać. Położył się przy niej i mocno ją objął. Jego pocałunek był długi, tak długi i słodki, że serce Niny zaczęło szybko bić.
- Kochany! – szepnęła, wyciągając do niego ramiona.
1 Chłapowski Dezydery Adam (1788-1879) generał. W czasie powstania 1830|31 dowódca wyprawy na Litwę. Zasłużony oficer w armii Napoleona I. Otrzymał od cesarza tytuł barona Cesarstwa.