niedziela, 31 lipca 2016

Powstańcom Warszawskiem, w 72 rocznicę wybuchu Powstania.


                                                                                                             Bolesławiec 1 sierpnia 2016 r.

Starszy pan o pooranej zmarszczkami twarzy, posuwa się mozolnie przy pomocy „balkonika”. Przygarbiona pani o rzadkich siwych włosach, idzie wspierając się na dwóch laskach. Jakiś inny pan, w bardzo podeszłym wieku, prowadzony jest przez posiwiałego syna i śliczną młodą prawnuczkę. Idą z trudem, jak co roku, na uroczystości kolejnej rocznicy 1 SIERPNIA 1944 r.
Ich wielkiego święta!
Symbol Warszawy.
Mieli po osiemnaście, dwadzieścia parę lat. Byli młodzi, pełni energii i entuzjazmu, kochali Polskę Swoją stolicę Warszawę znali jak własną, pustą kieszeń, i z całej duszy nienawidzili okrutnego, bezwzględnego okupanta. Marzyli o tym od lat, aby nareszcie dobrać mu się do skóry. Pomścić z bronią w ręku lata poniżenia i straszliwych zbrodni popełnianych na narodzie polskim. 
 „ O chwyć za miecz historii. I uderz i uderz!” - pisał wówczas młodziutki, ale już wspaniale zapowiadający się poeta Krzysztof Kamil Baczyński. Byli tacy młodzi i ufni….
Pan z „balkonikiem” miał wtedy dwadzieścia lat i nogi jelenia, gdy ze swoim baonem szedł do szturmu na budynek PAST-y. Może miał pseudo „Ryś” „Sokół”, a może „Orzeł”.
Przygarbiona pani, wspierająca się na dwóch laskach, skończyła właśnie tego roku siedemnaście lat, przyjmując pseudonim „Oleńka”, jak ukochana pana Kmicicowa. Ale nazywali ją „Brzoza”, bo jej długie jasne włosy powiewały za nią, kiedy biegła z meldunkiem do swego dowódcy, lekko przeskakując gruzy Alei Jerozolimskich i chroniąc się przed „gołębiarzem” - strzelcem wyborowym, polującym na wszystko, co żyje.
Sędziwy pan prowadzony przez rodzinę, w 1944 roku nie musiał prosić nikogo o pomoc. Był silnym, wysokim chłopcem z rozwianą jasną czupryną i łobuzerskim błyskiem w oku. Śmiał się, kiedy dostawali rozkaz do ataku i podśpiewywał sobie: „ A gdy cię trafi kula jaka, poprosisz pannę, da ci buziaka Hej!” Dostał buziaka, choć wcale nie był ranny.
Krystyna Krahelska. Poległa  w pierwszych dniach powstania.To Syrenka Warszawska.
Ona była sanitariuszką, a on zakochał się w niej na umór. Przysięgali sobie w te gwiaździste noce sierpniowe, że już nigdy się nie rozstaną, a jak tylko wojna się skończy, wezmą ślub. Taki z wielką pompą, powozami i banderią kolegów na koniach. No i koniecznie przejście pod szpalerem z szabel! Są przecież żołnierzami!
Najcięższy moździeż  ostrzeliwujący W-wę
Nie było ślubu, ani szpaleru z szabel. Z bezsilną rozpaczą patrzył, jak dziewczyna biegnie po rannego, a pociski z ciężkiego karabinu maszynowego, stebnują jej sukienkę na plecach i wbijają się w czaszkę. Leżała z rozrzuconymi ramionami, taka niewielka i bezbronna, pod tą nawałą ogniową nie pozwalającą nikomu ruszyć się z miejsca. Myślał, że przyjdzie po nią nocą i zabierze jej ciało. Ale nocą nadleciały Ju 87 Stukasy i celna bomba zrzucona na sąsiedni dom, zasypała zwałem gruzów jej zwłoki. Nigdy jej już nie odnalazł.
Były śliczne
Przez całe dekady szli świętować ten szczególny dzień, niosąc w sercach pamięć o tych, co już odeszli, i sami oczekując wezwania na wieczną wartę. Każdego roku jest ich mniej, ubywają schorowani, często żyjący w niedostatku lub samotności. Nie zawsze jest się komu pożalić, nie często ktoś chce wysłuchać ich wspomnień. Idą ostatni z walecznych.
Eliza Orzeszkowa pisała o powstańcach styczniowych: GLORIA VICTIS.- Chwała zwyciężonym.
 To samo można by napisać o nich: ostatnich żyjących bohaterach, powstańcach warszawskich.
Powstaniec roku 1863.
Wielu z nich miało w swoim rodowodzie powstańców, dziadków, pradziadków.„Amorek” – legendarny dowódca kompanii „Rudy” w baonie „Zośka” Andrzej Morro, czyli Andrzej Romocki, ze strony ojca i matki miał dziadków powstańców z roku 1863. Jego ojciec minister Paweł Romocki, był legionistą, potem jako minister nadzorował sprowadzenie do Polski szczątków Wieszcza Juliusza Słowackiego. Jego dwaj synowie Andrzej i Janek (Bonawentura) od najmłodszych lat słyszeli o powstańczej działalności swoich przodków i ojca.
Podobnie wcześniej dorastał owiany legendą powstania, późniejszy wyzwoliciel Polski, Marszałek Józef Piłsudski. Swój kult do powstania i jego żołnierzy okazywał na każdym kroku. Na jego rozkaz, generał na widok wiekowego powstańca, stawał na baczność i salutował mu. Ostatni weterani powstania mieli wysokie emerytury i stałą opiekę państwa. Dożywali swoich lat w spokoju i dobrobycie, otoczeni czcią i szacunkiem narodu.
Bohaterowie naszych czasów nie mieli tyle szczęścia. Po wojnie byli solą w oku stalinowskich rządów. Nazywani „zaplutymi karłami reakcji”, byli sekowani, aresztowani, torturowani, a nawet zabijani. Często musieli się ukrywać lub emigrować. Władza Ludowa ich nie znosiła, bowiem w większości była to młodzież inteligencka, często o szlacheckich, lub arystokratycznych korzeniach. O powstaniu raczej się nie wspominało, a jeżeli już, to tylko o walce ludu Warszawy z najeźdźcą! Dopiero po VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR i dojściu Gomułki do władzy, zelżał nieco terror i zaczęły się ukazywać książki poświęcone bohaterskiej walce polskiej młodzieży w powstaniu.
Powstanie często nazywane było i jest przez historyków i pisarzy – zbrodnią.
Gdyby spytać Londyńczyka, Holendra, lub Szwajcara, czy wyobrażają sobie zbrojne powstanie w swoich pięknych stolicach – chyba uznaliby pytającego za wariata. Warszawa także była wielkim milionowym miastem, nieco zniszczonym po roku 1939, ale jeszcze pełnym wspaniałych pamiątek z przeszłości i zabytkowej zabudowy. Warszawa była również centralnym punktem podziemnych władz polskich, z całą jego skomplikowaną strukturą państwa. Warszawa była głównym miejscem zgromadzenia Armii Krajowej i mózgiem, skąd szły rozkazy do wszystkich cywilnych i wojskowych placówek w kraju.
Batalion AK "Kiliński"
  Na tajnych spotkaniach młodzieży AK-owskiej, mówiono o przyszłym powstaniu. Zapewniano młodych ludzi o pomocy, jaka otrzymamy od nadchodzącej wielkimi krokami Armii Czerwonej, od Stanów Zjednoczonych Ameryki, Wielkiej Brytanii, a już na pewno od znajdującego się w Anglii Wojska Polskiego, komandosów polskich, którzy zostaną zrzuceni do Warszawy. Tak mówiono młodym żołnierzom AK i oni wierzyli w to do ostatka.
Ale nic z tego nie było prawdą! 
Już w Teheranie 1.XII.1943 roku, prezydent USA Roosevelt i Stalin, uzgodnili ze sobą strefę wpływów. Polska przypadła Stalinowi wraz z całymi kresami wschodnimi. Stalinowi zaś wcale nie zależało na tym, aby w Polsce jego wojska spotkały się z Armią Krajową, wtedy jeszcze dosyć silną liczebnie i sprawnie dowodzoną. Co ciekawe, Emigracyjnemu Rządowi Polskiemu w Londynie, także powstanie nie wydawało się mądrym rozwiązaniem problemów i Wódz Naczelny WP gen. Sosnkowski, jak również gen. Władysław Anders, byli przeciwni powstaniu, zdając sobie sprawę z niesprzyjających stosunków politycznych. Wysłany do Warszawy generał Okulicki (Niedźwiadek) lub (Kobra), wiózł stanowczy rozkaz Rządu zabraniający rozpoczynania powstania. To, co się potem stało, stanowi do dzisiaj tajemnicę. Dlaczego Okulicki przejął władzę po Bór- Komorowskim i dał rozkaz do walki zbrojnej?
Komu zależało na wznieceniu w milionowej stolicy Polski powstania, a raczej decydującej bitwy? W pierwszym rzędzie Stalinowi, który wkraczając do Polski, nie zamierzał zawracać sobie głowy buntem Polaków, przeciwko wprowadzonej przez niego władzy – Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego w Lublinie. W 1944 r. okupowana Polska miała największą w Europie podziemną siłę zbrojną, Armię Krajową, oraz podziemne władze, doskonale zakonspirowane. Z chwilą wybuchu powstania rząd się dekonspirował, a Armia Krajowa zaczynała beznadziejną walkę, nie posiadając odpowiedniej ilości broni; samolotów, artylerii i czołgów. Szła do walki niemal z gołymi rękami. „Bo na Tygrysy mamy Visy”: - tak młodzi żołnierze śpiewali w Warszawie. Często nie mieli nawet Visów, tylko butelkę z benzyną. 
 Gdy wiadomość o wybuchu powstania doszła do prezydenta Roosevelta, był zdumiony, bo nie rozumiał o co Polakom chodzi. Churchill wpadł we wściekłość i wezwawszy Rząd Emigracyjny, zrugał ich nieparlamentarnymi słowami stwierdzając, iż Polacy raz jeszcze dowiedli, że są beznadziejnymi głupcami i na polityce się nie wyznają! Zapowiedział, żeby nie liczyli na żadna pomoc.
Niemieckie  oddziały pancerne wkraczają do miasta.
  Wybuch powstania był również radosną niespodzianką dla Adolfa Hitlera, który, nie bez racji, widział w stolicy Polski ucieleśnienie oporu. Powstanie dało mu okazję do zmiażdżenia walki zbrojnej i obrócenia miasta w morze ruin. Możemy tylko w przybliżeniu podawać liczbę poległych i zaginionych. Nikt nigdy nie poda prawdziwej cyfry ofiar tej potwornej masakry. Takie były kulisy wybuchu powstania warszawskiego.
Ale młodzi żołnierze-powstańcy nic o tym nie wiedzieli. Cieszyli się, że nareszcie mogą pomścić na wrogu lata niewoli i upodlenia. 
Lata strasznej, niewyobrażalnej męki. Szli do walki z ogromną odwaga i pogardą śmierci, mając nadzieję, że wywalczą wolną i niepodległą ojczyznę.
Byli pełni entuzjazmu....
Byli i są tragicznymi bohaterami lat czterdziestych. Należy się im najwyższy szacunek, cześć i uznanie rodaków. Należą się im przywileje i troskliwa opieka państwa polskiego, gdyż dali z siebie wszystko – swoją młodość, krew i życie z miłości do ojczyzny. Niestety, nawet dzisiaj po 27 latach odzyskania niepodległości, pozywa się starych, blisko stuletnich, schorowanych ludzi przed sądy, aby rozstrzygnąć, czy byli na usługach UB, czy też nie! To już nie skandal, lecz hańba!
 
Panie Prezydencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, proszę o wzięcie tych wspaniałych bohaterskich ludzi w obronę. Proszę nie pozwolić nikomu zakłócić ich ostatnich lat, czy może nawet dni życia nieprawdziwymi oskarżeniami, i zniesławiać ich imion przez instytucje i ludzi, którzy nawet nie rozumieją czasów, w jakich ci ostatni bohaterowie żyli.
                                                    G L O R I A    V I C T I S.
  

Gorące i krwawe dni powstania. Nowi bohaterowie bitew.


31 lipca 2016 r.
Wiosną 1863 roku, sytuacja w kraju była nie tylko dziwaczna, ale i anormalna. W lasach i na polach toczyły się potyczki i bitwy. Grzmiały armaty, wybuchały 
pociski i z każdym dniem przybywało zabitych, rannych i wziętych do niewoli. 
A. Grottger Bitwa.
 Szpitale i lazarety powstańcze były przepełnione. Tymczasem w Warszawie działały dwa wrogie sobie rządy, zwalczając się bezpardonowo.    . Wielki książę Konstanty nie miał wątpliwości, że to on sprawuje legalną władzę w imieniu króla Polski i cara Rosji Aleksandra II. Rząd Narodowy uważał, iż wypowiada się jako reprezentant zniewolonego narodu polskiego. Ale Konstanty i władze powstańcze mylili się w ocenie sytuacji, ponieważ wypadki już wymknęły się spod kontroli. Co najdziwaczniejsze, oba rządy, carski i podziemny, respektowane były przez inne państwa i prowadziły grę dyplomatyczną, walcząc o uzyskanie przewagi nad przeciwnikiem.Za plecami księcia namiestnika, generał hrabia Berg składał do Petersburga tajne raporty, spodziewając się zająć w niedalekiej przyszłości miejsce Konstantego. 
 
gen. hr. Fiodor Berg.
W łonie Rządu Narodowego, toczyła się walka równie podstępna i zajadła, o stołki i stanowiska. Członkowie Rządu zajęci sporami, nie potrafili stworzyć silnej, fachowej władzy, zdolnej poderwać cały naród do walki o wolność. Po upadku dyktatury Langiewicza, śmierci Stefana Bobrowskiego i Zygmunta Padlewskiego, powstanie jakby przygasało. Na krótko pojawiali się nowi 

dowódcy, stając się żywą legendą, dopóki nie dosięgła ich śmierć lub niewola.
 W całym kraju powtarzano sobie nazwisko pułkownika Czachowskiego, którego sukcesy bojowe były już przedmiotem podziwu i otuchy rodaków. Pułkownik z lisią przebiegłością wymykał się z zastawionych pułapek i z reguły uderzał tam, gdzie się go wcale nie spodziewano. Kpiąc sobie z poszukujących go bezskutecznie dowódców rosyjskich, krążył jak wilk koło owczarni, coraz to wyrywając z kolumn rosyjskich krwawe ochłapy. Wycinał oddziały nieprzyjacielskie pod samym Radomiem, pod Stefankowem, Jeziorkiem, Jaworem Soleckim i Grabowcem, zagarniając tabory, broń, amunicję i pułkowe kasy. Zbyt mocno przyciskany, chronił się w nieprzebytą puszczę, albo uciekał w przyjazne mu Góry Świętokrzyskie.
płk. Dionizy Czachowski.
Stał się prawdziwym utrapieniem generała Uszakowa i poszukujących go pułkowników: Ernrotha, oraz Czengierego, podniesionego wkrótce do rangi generała. Zapał i bojowa sprawność Czachowskiego, jego oddanie się duszą i ciałem ojczyźnie, porywały innych do walki. W lubelskim powstała duża partia Marcina Borelowskiego "Lelewela", w augustowskim walczył Konstanty Ramotowski "Wawer". Z Galicji nieustannie napływali dobrze uzbrojeni ochotnicy. Przekraczali Wisłę i włączali się do walki. Pomimo kłótni, zawiści i nieudolnych działań Rządu Narodowego, powstanie trwało i wszystkie klasy społeczeństwa polskiego składały ojczyźnie daninę krwi.
Na niekończącej się liście poległych, znajdowały się nazwiska wielkie i małe. Z
ust do ust przekazywano sobie relacje o bohaterskim poświęceniu i odwadze.
Marcin Borelowski  "Lelewel"
 Uczniowie gimnazjum w Trzemesznie, przystąpili do oddziału Marczyńskiego i wszyscy polegli w bitwie. W Inflantach, młody hrabia Leon Plater, wyruszył wraz ze swoją partią do boju, lecz rozgromiony, dostał się w ręce wroga. Jeszcze w bitwie pod Miechowem, poległ osiemnastoletni hrabia Emanuel Moszyński, a jego serdeczny przyjaciel, dziewiętnastoletni Paweł Borejsza, wnuk słynnego Rejtana, zginął pod Małogoszczą.
Hrabia Jan Działyński, wzorowy obywatel i gorący patriota, ofiarował na rzecz powstania półtora miliona talarów, zastawiając cały swój majątek. Skazany przez władze pruskie na śmierć za działalność patriotyczną, zdołał przedostać się do partii powstańczej. W bitwie pod Ignacewem, gdzie generał Taczanowski poniósł klęskę, Działyński w ostatniej chwili objął dowództwo nad kawalerią powstańczą i zdołał uratować niedobitki oddziału. Nawet po upadku powstania, Działyński i książę Leon Sapieha, czynili nadludzkie wysiłki, opowiadając się za dalszym prowadzeniem walki.
Niespodziewanie, w Krakowie pojawił się ex dyktator Mierosławski, wprawiając Rząd Narodowy w osłupienie, próbując ponownie przechwycić władzę. W spokojnym i nieco sennym Krakowie zapanowało istne piekło! Mierosławski i przedstawiciele Rządu w Galicji wzajemnie obrzucali się obelgami, oskarżając się o zdradę. Wydzierali sobie z rąk broń zakupioną ze składek społeczeństwa i przekupywali co zdolniejszych oficerów. Ale były dyktator miał pecha. Pułkownik Mniewski, uprowadził mu sprzed nosa dużą partię i legion cudzoziemski, złożony z Włochów i Francuzów, którzy pod dowództwem włoskiego pułkownika 
 
płk. Francesco Nullo

Francesco Nullo1, mieli walczyć o wolną Polskę, ramię w ramię z Polakami. Jednakże wywiad rosyjski bardzo szybko rozszyfrował polską metodę walki i niemal każda wyprawa kończyła się niepowodzeniem. Wzdłuż całej granicy Kongresówki z Galicją i Księstwem Poznańskim, czyhały jak kot na mysz, potężne kolumny rosyjskie, rozbijając każdy oddział natychmiast po przekroczeniu granicy.
                                                                   ----------------------------------------
W tym czasie, Maków położony z dala od głównych traktów, wiodących z Kielc do Radomia, gdzie walki partyzanckie były szczególnie zacięte, wsparty o Puszczę Świętokrzyską, rzadko był niepokojony przez obie walczące strony. Czasami we wsi pokazywał się niewielki patrol kozacki lub dragoński i sprawdziwszy, że w pobliżu nie słychać o oddziałach powstańczych odjeżdżał, zabierając na pamiątkę kilka kur albo prosiaka, który niebacznie wpadł im pod rękę.
Bywało, że przybywali powstańcy. Siedzieli na mocnych, dobrych koniach i byli dobrze uzbrojeni. Pojawiali się jak duchy, rekwirowali żywność i paszę, po czym znikali w gęstwinie boru. Nikt nie wiedział, skąd przybywali i dokąd odchodzili. Twarze mieli wychudzone, a oczy przekrwione i złe. Chłopi woleli nie pytać o nic, posłusznie wręczając im chleb, gęś i wiązkę siana.
A. Gierymski. Patrol powstańcy.
 Pewnego dnia przywlokło się do pałacu kilkunastu powstańców z różnych rozbitych oddziałów. Poszukiwali partii "Kruka" lub Czachowskiego, bo już w całym kraju uważano, że to najlepszy partyzant. Zapukawszy do drzwi pałacu, tułacze stali pokornie, niepewni, jak zostaną przyjęci. Udzielenie gościny "buntownikom", dla właściciela domu często kończyło się zesłaniem, a nawet śmiercią. Przybysze byli tak wynędzniali, głodni i zdrożeni, że kobiety zapłakały nad ich losem. Pani ochmistrzyni pobiegła z płaczem do Niny pytając, czy może ich przyjąć? Uzyskawszy zgodę, umieściła przybyszów w oficynie, poleciwszy przygotować im gorącą kąpiel, a brudną, zawszoną bieliznę spalić. Znalazły się dla nich nowe mundury, czysta bielizna, a nawet buty, bo przyszli niemal boso. Wyspani, czyści i ogoleni, zaproszeni zostali na obiad. W dziarskich żołnierzach, pełnych galanterii i zapału, trudno byłoby rozpoznać niedawnych nędzarzy. Zebrane przy stole damy, wypytywały ich o nowiny z pola walki, lecz niestety nic pocieszającego nie usłyszały. Kolejne partie z entuzjazmem szły do bitwy, lecz przypadkowi i nieudolni dowódcy, marnowali poświęcenie swoich żołnierzy, gotując im los godny pożałowania.
Obok Niny, siedział mężczyzna o delikatnych dłoniach i wykwintnych manierach człowieka dobrze urodzonego. Był jeszcze młody, lecz ascetyczna twarz i gęsty zarost, dodawały mu powagi. Z pewnością był głodny, mimo to jadł powściągliwie, odpowiadając uprzejmie na jej pytania. Walczył w partii Marcina Borelowskiego "Lelewela2".rozbitej 24 kwietnia pod Józefowem.
Młody powstaniec
 - Mieliśmy połączyć się z panem generałem Jeziorańskim. - opowiadał cichym głosem, przymykając sinawe powieki. - Lecz Moskale zaatakowali nas wcześniej i nie zdążyliśmy dojść na miejsce zbiórki. Nieszczęsny generał Jeziorański, podobno przez przypadkowe niedopatrzenie, otrzymał tylko po osiem ładunków na żołnierza! - powstaniec z gorzkim grymasem pokiwał głową. - Być może pan generał nie spodobał się komuś wpływowemu, bo to dobry, waleczny dowódca. Pomimo to, udało mu się odnieść zwycięstwo. Ale moja partia została rozbita i utraciliśmy wielu ludzi. Zginął między innymi, szczególnie wartościowy człowiek, młody poeta. Poległ w boju.
- Boże, czy aby nie pan Włodzimierz Wolski? - wykrzyknęła Emilka, gorąca wielbicielka twórcy libretta opery "Halka", oraz wielu popularnych pieśni powstańczych.
- Nie, to nie był Wolski. - potrząsnął głową powstaniec. - Poległ galicyjski poeta, uwielbiany przez młodzież lwowską. Pewnie i panie śpiewają jego piosenkę: "Co tam marzyć o kochaniu".
- Jezu, Romanowski! - na twarzy Niny odmalował się wyraz wielkiego bólu i prędko zasłoniła twarz dłońmi.
- Niestety tak. Mieczysław Romanowski poległ pod Józefowem w swojej pierwszej bitwie.
- Czy to możliwe? - wyszeptała Nina, nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia, po usłyszeniu strasznej wiadomości.- Jakże można lekkomyślnie marnować takie talenty? To zbrodnia! Sami niszczymy rdzeń narodu i ktoś słusznie zauważył, że strzelamy do wroga złotymi kulami. Zastanawiam się, kto w przyszłości zastąpi tych ludzi, których bezmyślnie posyłamy na pewną śmierć? Bo przecież nie chłop, wysługujący się carowi za srebrne ruble, ponieważ nikt nie nauczył go patriotyzmu. Nie ubożuchny rzemieślnik, zaledwie wiążący koniec z końcem, czy mieszczanin zastraszony przez reżim i lękający się własnego cienia. Nie Żyd, przeważnie obcy naszym interesom, wierze i kulturze. Naturalnie, pośród tych stanów z pewnością znajdą się wartościowi ludzie, dobrzy patrioci, lecz każdy naród musi mieć koniecznie swoją elitę, przewodników duchowych. Osoby naznaczone charyzmą. W przeciwnym razie, łatwo staniemy się materiałem gotowym do wynarodowienia i to niekoniecznie przez Rosjan. Już pan Słowacki ubolewał, że jesteśmy papugą narodów i łatwo ulegamy wpływom, często bardzo szkodliwym. Ja bym to określiła bardziej drastycznie, że bezkrytycznie małpujemy inne narody, zaniedbując własną spuściznę historyczną i kulturalną. Dlaczego nie chroniliście Romanowskiego?
Mieczysław Romanowski.
 Słuchający uważnie powstańcy przyznali jej rację.
- Romanowskiego nie udało się nam zatrzymać.- rzekł jej rozmówca. Oczy miał smutne, przygasłe, a wokół ust dwie głębokie zmarszczki, znamiona goryczy i życiowych zawodów. - On po prostu rwał się do walki, mimo iż prześladowało go przeczucie śmierci. Nie wiem nawet, czy odnaleziono jego ciało, bo szukaliśmy go bezskutecznie. Może po bitwie Moskale utopili jego zwłoki w bagnie? Lecz zginął tak, jak chciał - w swojej pierwszej, jedynej bitwie!
Nina przypomniała sobie ulubiony wiersz Romanowskiego, przysłany niegdyś przez Jasia. "Ty wiesz, komu uśmiech miły, komu kwiaty na mogiły, niesie przyszły czas" Boże, odszedł wspaniały młody poeta i już nikt go nie zastąpi. Oddał życie za ideały które wyznawał. Jaka wielka, niepowetowana strata.
- Nie potrafię się pogodzić z jego śmiercią. - wyznała drżącym głosem i zagryzła wargę. - Czy wiecie państwo, że jego wiersz stał się dla mnie dramatyczną wróżbą? Już nigdy nic nie napisze. Nie żyje. Dlaczego właśnie on?
Panie pobladły i wymieniły spojrzenia pełne trwogi. Prócz panny Lutówny, która przeżyła już swoją tragedię, każda z nich zadawała sobie okropne pytanie: "Kiedy ja otrzymam podobną wiadomość?" - i myśląc o tym, czuły zimny dreszcz zgrozy.
Inny powstaniec, z długą czarną brodą, przypominający zakonnika, włączył się do rozmowy:
- Jego wiersz:"Prośba o Orła", powtarzaliśmy sobie przy obozowych ogniskach, jak modlitwę. Panie znają ten wiersz? Nie? W takim razie pozwolę sobie powtórzyć jego ostatnią część, bo wydaje mi się prorocza:
Mieczysłasw Romanowski.

Dość już tych modlitw bezczynnych do Boga.
Walk nam nie wolno dla krzyża pominąć.
Jak ptak - od Boga szablę mam na wroga.
Mnie walczyć - w walce, patrząc w słońce,
Ginąć.

- Sam wymarzył sobie biedak śmierć. - zauważyła pani Salomea. Jej subtelne rysy wyrażały ciche cierpienia. Myślała o jedynym synu.- Nino, czy zgodzisz się ze mną, że jutro należałoby zamówić mszę żałobną za duszę pana Romanowskiego?
Emilka przysłuchująca się w milczeniu rozmowie, naraz zerwała się od stołu i zasłoniwszy twarz chusteczką, wybiegła z jadalni. Mira pobiegła za nią, aby ją pocieszyć. Pani Salomea patrzyła za nimi i duże łzy kapnęły jej na czarną suknię. - Mój syn jest w partii. - wyjaśniła szeptem. - Niedawno się pobrali.
- Ja zostawiłem we Lwowie narzeczoną, czeka na mnie. - rzekł jeden z powstańców.
Naraz, jakby zerwała się w nich jakaś tama, mężczyźni zaczęli opowiadać o swoich domach i rodzinach, oczekujących na wiadomość od nich. Pokazywali fotografie, wstążki, medaliki założone na ich szyje przez kochające ręce matki, żony, siostry, czy ukochanej. Dręczeni tęsknotą, nie rezygnowali jednak z walki, bez względu na to, co im przyszłość miała przynieść. Nina przywołała w pamięci obrazy bezimiennych mogił, mijanych po drodze z Galicji, gdzieś w polu lub pośród lasu. Nikt nigdy nie dowie się, kto w nich spoczywa. Ot, powstańcza dola!
- Czy dużo partii walczy obecnie na terenie kraju?- odezwała się Nina, pragnąc rozproszyć przygnębiający nastrój, jaki zapanował przy stole.
- O, sporo! - odpowiedział młodziutki chłopiec, może nawet w jej wieku. - Na Podlasiu był duży oddział Lewandowskiego, ale został rozbity w potyczce pod Różą. W puszczy Białowieskiej walczy Jan Leliwa-Wańkowicz. Koło Warszawy są partie Jankowskiego, Oksińskiego, Wieluńskiego oraz Cieszkowskiego. Słyszeliśmy, że wybuchło powstanie na Ukrainie i wyruszył tam pan generał Różycki. Wszędzie toczą się bitwy. Na razie przegrywamy, ale to się wkrótce zmieni. - w jego głosie słychać było młodzieńczy zapał i głęboką wiarę w zwycięstwo. Ruchem głowy odrzucił do tyłu długie ciemne włosy i uśmiechnął się pogodnie.
Jego sąsiad posłał mu spojrzenie pełne zachęty.
- Nie wszędzie nas biją.- rzekł z kpiącą miną. - Generał Uszakow nie może sobie poradzić z naszym Czachowskim! - słowo "z naszym", wypowiedziane było z dumą. - Musiał wezwać na pomoc generała Radena z Piotrkowa i generała księcia Meller-Zakomelskiego z Warszawy. Nasz stary lis, będzie miał z nimi ciężką przeprawę, bo to już cała armia wali na niego.
- Boże! - Nina momentalnie zapomniała o poprzednim zmartwieniu, uświadamiając sobie niebezpieczeństwo zagrażające mężowi.
- Och, proszę się nie obawiać! - młodziutki powstaniec starał się ją pocieszyć.- Czachowski poradzi sobie z nimi. Potrafi wyprowadzić Moskali w pole i zrobić z nich głupców. Dlatego idziemy do niego.
Pani Salomea objęła go tkliwym, matczynym wzrokiem.
- Uważajcie na siebie, panowie i pamiętajcie, że gdzieś daleko, ktoś czeka na was z utęsknieniem. Wygląda waszego powrotu, jak i my wyczekujemy wiadomości od naszych bliskich. Będziemy się za was modlić.
Powstańcy zaopatrzeni w żywność i lekarstwa, wieczorem wyruszyli w dalszą drogę. Panie odprowadziły ich aż do bramy i wracały wolno do domu, rozmawiając ściszonymi głosami. Ogromnie zaniepokoiła je wiadomość, o ruszeniu prawdziwej ofensywy na pułkownika Czachowskiego. Nina zastanawiała się zatroskana, czy Aleksowi udało się połączyć z oddziałem pułkownika, przed przybyciem Rosjan.
W sypialni rozebrała się i narzuciwszy na siebie lekki peniuar, przeszła do buduaru. Z szufladki sekretarzyka z różanego drewna, wyjęła jeden z ostatnich wierszy Romanowskiego, podarowany jej na pamiątkę przez młodego powstańca. Zaświeciła świecę, usiadła na krześle i wpatrzyła się w drobne literki wiersza, przepisanego ołówkiem na skrawku papieru. Półgłosem odczytywała strofy wiersza poległego poety.

Nam dzisiaj tak w duszy, jak kiedy się wiosna
Z zimowej wyrywa niemocy.
To smutek, to żałość, to zorza radosna,
To rozpacz, jak wicher północy.
Ach, kiedyż za ciebie w bój skoczym spragnieni,
O Polsko, ty matko miłości?
I kiedyż przy huku dział, blasku płomieni,
Podniesiem okrzyki wolności?
I kiedyż uczynim swobodni oracze.
Lemiesze z pałaszy skrwawionych?
Ach, kiedyż na ziemi już nikt nie zapłacze.
Prócz rosy pól naszych zielonych?

Czytała coraz ciszej, czując w ustach gorycz, jakby się piołunu napiła. Kartka wypadła jej z palców i cicho spłynęła na dywan, a ona siedziała, nie mając siły ani płakać, ani się modlić. Piekły ją oczy, a pod powiekami czuła jakby piasek. "Ukochany! - wołała bezgłośnie, wsłuchując się w bicie zegarów, oznaczających kolejne godziny nocy. - Czy zobaczymy się jeszcze na tym świecie? A może niedługo i do mnie dotrze z daleka żałobna wiadomość, że poległeś i nigdy nie dowiem się, jak zginąłeś i gdzie spoczywa twoje ciało? Jezu Chryste, wolałabym dziś umrzeć, niż tego doczekać."

Przez szeroko otwarte okna i drzwi na taras, wpływał do pokoju upajający zapach kwiatów, cały park rozbrzmiewał namiętnymi trylami słowików. Wstające znad stawu mgły, czyniły światło księżyca podobnym do zwojów srebrzystej gazy. Wsparta łokciami o sekretarzyk, Nina wpatrywała się w drgający płomyk świecy, śledząc wzrokiem krążące nad nią ćmy. Nie mogła zasnąć aż do rana, czując w duszy rozpacz i palącą tęsknotę.
                                           ---------------------------------------
Pani Jadwiga Prendowska dotrzymała słowa. Po kilku dniach, w klasztorze bernardynek zjawił się młody człowiek i oznajmił, że polecono mu przeprowadzić ukrywające się osoby do Galicji. Po pewnym czasie, pani Jabłocka otrzymała z Krakowa kartę pocztową z pozdrowieniami od ciotki Lusi, która już wyzdrowiała. Starsza pani i Dorota odetchnęły, bo karta pisana była przez pana Jabłockiego, mającego na imię Lucjan. Pani Jabłocka zaczęła w tajemnicy starać się o przewodnika, zamierzając połączyć się z mężem.
Do Borku już przybywali kurierzy, przywożąc rozkazy i instrukcje, z których większość należało przepisać w dziesiątkach egzemplarzy i dostarczyć do walczących oddziałów. Popołudniami, wielka jadalnia zamieniała się w średniowieczne skryptorium. Przy długim stole siedziały rzędem panie i pochylone, przepisywały do późnej nocy polecenia Rządu. Starannie przepisane manifesty i odezwy, Emilka i panna Lutówna odwoziły do miast, gdzie znajdowały się podziemne władze administracyjne oraz do powstańczych oddziałów. Obie młode kobiety były teraz rzadkimi gośćmi w domu, nieustannie podróżując po całym kraju i nielegalnie zapuszczając się aż na Litwę i do Galicji.
W przeciwieństwie do Królestwa Polskiego, na Litwie chłopi masowo przystąpili do walki, pragnąc pomsty nad znienawidzonym caratem. Na tych terenach trwały ciężkie boje, a powstańcy walczyli pod rozkazami znakomitych dowódców: księdza Mackiewicza, Narbutta, Wysłoucha, Wróblewskiego, Staniewicza i innych. Całością dowodził pułkownik Zygmunt Sierakowski.
Emilka
 Emilka zazwyczaj brała na siebie najcięższe zadania, pracując niezmordowanie, a jej odwaga i zimna krew ratowały ją z niejednej niebezpiecznej przygody. Nina odniosła wrażenie, że tą pracą niemal ponad siły, młoda kobieta pragnie zagłuszyć dręczącą ją tęsknotę za mężem. U Miry obowiązek patriotyczny, nieustannie walczył o lepsze z poczuciem obowiązku. Jako nauczycielka, miała przede wszystkim zadanie, nauczania wiejskich dzieci. Za to pobierała wynagrodzenie. Gnębiona wyrzutami sumienia, oznajmiła Ninie, że rezygnuje z pensji, bo jako kurierka jest wynagradzana z kasy Rządu. Ale Nina ją wyśmiała i poradziła, by na razie zajęła się pracą, której się podjęła. Na naukę przyjdzie czas w okresie jesiennym i zimowym, kiedy wiejskie dzieci nie pasą bydła i gęsi.
Obie kurierki rozwoziły nie tylko pisma, lecz i pieniądze na żołd dla żołnierzy i oficerów oraz broń krótką i amunicję. Niezmordowanie, jak pracowite pszczoły, krążyły po kraju, wraz z tysiącami innych kobiet, przekazując przesyłki z Galicji do Warszawy, lub ze stolicy do poczt powstańczych, skąd zabierano je i rozwożono do adresatów. Emilka, znana już członkom Rządu, szybko zyskała sobie uznanie władz. Zaczęto jej powierzać coraz trudniejsze zadania wywiadowcze. Wywiązywała się z nich bez zarzutu. Nieobecność Miry i Emilki, przygnębiła Ninę, bo w czasie zimowych miesięcy, serdecznie obie pokochała. Z Mirą przeżyły wiele przygód w czasie galicyjskie podróży. Panna Lutówna była zupełnie inna od panien wychowanych w wiejskich dworach. Była stuprocentową warszawianką, na wsi wszystko ją zachwycało i dziwiło. Idealizowała chłopów, doszukując się w nich zalet, których w większości wcale nie posiadali. W ich obronie, gotowa była kruszyć kopie, kłócąc się nawet z Niną, mimo iż ją uwielbiała.
Panna Mira Lutówna.
Jako mieszczanka, obawiała się koni i krów, a widok rozczapierzonego indyka, biegnącego z gulgotem w jej stronę, przyprawiał ją o panikę. Nina nieraz pokładała się ze śmiechu, obserwując przyjaciółkę, kiedy ta, unosząc wysoko krynolinę, chroniła się w bezpiecznym miejscu przed rozwścieczonym ptakiem, wydając przeraźliwe piski. Ale w obliczu prawdziwego zagrożenia, Mira umiała się zdobyć na zdumiewającą odwagę i szybkość decyzji. Podobnie jak Emilka, całym sercem popierała powstanie, wierząc w zwycięstwo.
Po wyjeździe młodych pań, w pałacu uczyniło się cicho i smutno. Brakowało ich śmiechu i przekomarzań. Nina zajęta była gospodarstwem, pomagając zapracowanemu panu Bochniakowi. Ubrana po męsku, jeździła konno na folwarki, doglądając prac polowych, albo do puszczy, wyznaczając z leśniczym drzewa do ścięcia. Kontrolowała pracę w tartaku, młynie i w cegielni. Cegielnia była tylko jedna w całym powiecie, toteż od wczesnego ranka ciągnęły do niej sznury furmanek po wapno, cegły i inne materiały budowlane. Ludzie przybywali po nie nawet z odległych stron. Pracowała ciężko, nadzorując pracę na obu folwarkach i w Makowie. Spędziwszy większość dnia w siodle, wieczorami była tak zmęczona, że marzyła tylko o kąpieli i położeniu się do łóżka. Zaniedbywała nawet ukochaną muzykę i tylko w niedzielę siadała do fortepianu, wzbudzając swoją grą zachwyt słuchaczy. Jaga i pani Salomea zgodnie utyskiwały, że lekkomyślnie marnuje wielki talent. Nina tłumaczyła, że teraz nikt nie potrzebuje muzyki, tylko jedzenia. Po ciężkiej zimie, ludzie okradzeni ze zbiorów, toczyli rozpaczliwą walkę o przetrwanie i zapewnienie sobie pożywienia na jesień i zimę. Tego roku zbiory zapowiadały się rekordowe i Nina cieszyła się nadzieją, że jeśli Bóg pozwoli, nikomu nie zabraknie chleba.
Mignon.
Na swojej szybkiej jak wiatr Mignon, przemierzała dziesiątki wiorst, mając na oku wszystko, co się w majątku działo. Przy klaczy zawsze biegł Grot, czujny i gotowy do obrony pani. Kiedy pracowała w gabinecie przy biurku, pies leżał u jej nóg, co jakiś czas podnosząc głowę i wpatrując się w nią. Czasami przerywała sprawdzanie ksiąg gospodarczych i nadsłuchiwała. Zdawało się jej, że z dala słyszy donośne rżenie Rexa i szczęk podków ogiera, powracającego ze swoim panem z przejażdżki .
 Wsłuchiwała się w ciszę domu łudząc się, że do jej uszu dobiegnie szelest jedwabnych krynolin, śmiech kobiet, wesołe głosy mężczyzn, brzęk kryształowych kieliszków i strzelanie korków szampana. Marzyła, że usłyszy dźwięki walca, ognistego mazura i gwar gości zgromadzonych w sali balowej. Przymykała powieki, wywołując w pamięci obrazy z przeszłości. Młodziutkie panny w śnieżnych, lekkich jak mgła sukniach, płynęły w tańcu po lśniących posadzkach, podobne do białych łabędzi, w ramionach wykwintnych kawalerów w modnie skrojonych frakach. Łowiła uchem szmer rozmów, szelest wachlarzy, czuła woń paryskich perfum. Jak na jawie, słyszała serdeczny śmiech Tadeusza, cichy, dystyngowany głos cioci Tekli, pochrząkiwanie starszego pana Siekielskiego i tubalny, donośny głos pana Syrwina, przyzwyczajonego w wojsku do wydawania komend.
Bal w pałacu
 Obudzona z marzeń, rozglądała się konstatując z osłupieniem, iż uległa złudzeniu. Ciocia Tecia, pan Syrwin i stary pan Siekielski nie żyli. Koniuszy Kacper i wielu pracowników Makowa poległo. Wierny Rex zginął, a Tadeusz i Aleks walczyli gdzieś daleko i tylko ona, jak ukryty w kącie pająk, snuła nić wspomnień. W ciągu jednego roku zabrakło tylu przyjaciół i znajomych... Zginęli Władek Lasewicz i stary koniuszy Kacper, który cierpliwie uczył ją trudnej sztuki wyższej szkoły jazdy. Polegli w bitwach i na straszliwym noclegu, znani jej stajenni, lokaje i gajowi. Aleja prowadząca do pałacu była cicha i pusta, a bramy zamknięte.
Rozdrażniona wyrytymi w pamięci obrazami, wstawała od biurka i szła do okna, wpatrując się w gąszcz zielonych drzew. W tym roku tylko przyroda nie zawiodła, lecz sam dom był głuchy i jakby pozbawiony życia. Z grymasem rozczarowania ponownie powracała do pracy, biorąc do ręki pióro i pochylając się nad kolumnami cyfr, aby za moment powrócić do marzeń.
W zachodniej Europie życie toczyło się normalnym trybem. W wyzłoconych salach teatrów i oper, publiczność oklaskiwała słynnych śpiewaków i aktorów.
Rachela Felix, jako Lady Macbeth.

W Paryżu mężczyźni wprzęgali się do powozu, wiozącego wielką aktorkę dramatyczną Rachelę, obrzucając ją bukietami kwiatów i klejnotami. W nocnych lokalach, szampan lał się strumieniami, zblazowani panowie znudzeni nieróbstwem, tańczyli do białego rana, obdarzając tancerki z kabaretów futrami z soboli i brylantowymi koliami. Politycy i przemysłowcy, po spokojnie spędzonej nocy i przy obfitym śniadaniu, przeglądali prasę w poszukiwaniu informacji giełdowych, rzucając z roztargnieniem okiem na krótkie wzmianki, o beznadziejnych zmaganiach w odległej Polsce. Kwitowali je wzruszeniem ramion i obojętnym mruknięciem, że ci Polacy, doprawdy zachowują się nieznośnie, wywołując wieczne niepokoje w starej, dobrej Europie, pławiącej się w koniunkturze.
 O wiele bardziej interesujące były dywagacje na temat, który koń wygra w najbliższych wyścigach i doniosła wiadomość, że cena bawełny znowu wzrosła, po zablokowaniu przez flotę Unii, portów Południowych Stanów Ameryki Północnej, uwikłanych w wojnę z Jankesami. 
Cenny surowiec marniał na polach plantacji Południa, a fabrykanci w Lyonie, czy Manchesterze bankrutowali, wyrzucając tysiące robotników na bruk.      
Tymczasem w Królestwie Polskim, na Litwie i Ukrainie, na zieloną wiosenną darń, padali zabici i ranni, konając bez nadziei zmartwychwstania ojczyzny, za cenę ich młodego życia. Ogromne eszelony i setki kibitek, mknęły na wschód, uwożąc powstańców i ich rodziny. Płonęły miasta i wsie, na dziedzińcach twierdz i więzień, wyrastały potworne drzewa szubienic, rozlegały się salwy plutonów egzekucyjnych.

1Nullo Francesco (1826 – 1863) – Włoch, pułkownik, wraz z oddziałem garybaldczyków brał udział w powstaniu styczniowym. Poległ w bitwie pod Krzykawką.
2Borelowski Marcin (1829 – 1863) pseud. Lelewel – rzemieślnik, naczelnik wojenny woj. podlaskiego i lubelskiego.

sobota, 30 lipca 2016

Wojewodzina i niegodny wnuk.


30 lipca 2016 r.
Pogrzeb pana Siekielskiego, ze zrozumiałych powodów, odbył się cicho wczesnym rankiem, w tajemnicy przed sarnickimi chłopami. W kościele stała przed ołtarzem prosta trumna, a przy niej paliły się dwie gromnice. Dopóki nie zamknięto wieka, starszy pan wyglądał w niej, jakby spał spokojnie, tylko głowę miał obwiązaną czarną przepaską, a jego czerstwa, przystojna twarz, miała barwę wosku. Nabożeństwo było krótkie, a trumna niesiona przez panów Wąsockiego, wuja Ksawerego oraz dwóch gospodarzy z Brzezińca, prędko spoczęła w rodzinnym grobowcu.
 
Suknia żałobna z XIX wieku.
Przy grobie stała Zosia w żałobnych kirach, spuchnięta z płaczu, ciotka Maria, obie panie Borutyńskie, pani wojewodzina i Nina z Mirą. Obie podtrzymywały starą damę, posuwającą się z trudnością na chorych, zreumatyzowanych nogach. Dzień był bardzo ciepły, lecz wietrzny i pochmurny. Oczekiwano, kiedy spadnie obfity deszcz i odświeży powietrze pełne kurzu unoszącego się z wiatrem.

Nina nie lubiła ceremonii żałobnych, gdyż natychmiast przypominał się jej makabryczny pogrzeb Pauli. Z niecierpliwością wyglądała końca ponurej ceremonii, pragnąc wrócić do domu i położyć się na kanapce w buduarze. Od chwili przyjazdu z Krakowa, nie miała prawie chwili wytchnienia. Wszyscy zwracali się do niej z każdym kłopotem, oczekując pomocy lub rady. Ona zaś rzadko mogła liczyć na czyjąś pomoc. Pan Bochniak jeszcze nie wrócił z Radomia i musiała radzić sobie sama. Po pogrzebie, pani wojewodzina zaproponowała Zosi, że zabierze ją do Lipieńca. Ale ona odmówiła, łudząc się nadzieją, że może Tadeusz wpadnie do domu, aby ją pocieszyć. Jedna Nina wiedziała, że Tadeusz już jest daleko.
- Kochanie, nie powinnaś być sama w domu. - dotknęła ustami bladego policzka Zosi. - A może pojedziesz z nami do Makowa? Czy chcesz, żebym pojechała z tobą do Brzezińca?
- Dziękuję ci, Ninetko. - Zosia podniosła na nią czerwone z płaczu, zrozpaczone oczy. - Boże, mam okropne wyrzuty sumienia, że ojciec zginął przeze mnie! Może żyłby jeszcze, gdybyśmy nie powiadomili leśnego obozu? Przecież Moskale nie zjedliby go w Radomiu.
- Trusiu, pomyśl tylko rozsądnie! A jeżeli ten konfident doniósł, że pan Siekielski kontaktował się z leśnym obozem? Jezu, zostałby natychmiast wzięty na tortury, a los innych uwięzionych byłby opłakany. Teraz mają szansę dostania się do Galicji.
- Nina mądrze mówi. - poparła ją wojewodzina. - A ty, moje dziecko, nie rób sobie wyrzutów, bo to była wola Boża. Zaraz, Nino, gdzie ci tak śpieszno? - zawołała widząc, że Nina zbiera się do odjazdu. - Pojedziesz ze mną.
" O Boże, jeszcze i to!" - jęknęła w duchu Nina i zaszczebiotała przymilnie :
- Ciotuniu, obiecuję, że jutro przyjadę do Lipieńca. Dziś jestem już bardzo zmęczona. - próbowała wykręcić się od wizyty w Lipieńcu, ale stara dama była niewzruszona.
Pożegnawszy się ze wszystkimi, ruszyła wolno ku cmentarnej bramie, podpierając się laską i ciągnąc Ninę za rękę. Westchnąwszy, potulnie pozwoliła się prowadzić, podpierając staruszkę ramieniem. Marzyła o wypoczynku w samotności, a w obecności wojewodziny trzeba było uważać na każde słowo, aby jej nie urazić lub nie rozgniewać. Przez najbliższe godziny nie odpręży się ani na minutę. Czuła przez skórę, że stara dama gotuje jej przykre kazanie.
- Nie chcę jechać moim powozem! - zrzędziła kapryśnie wojewodzina. - Jest twardy jak trumna, do której mnie niedługo położą.
- Ależ ciociu!...
- Powiedziałam, położą mnie, jak tego biedaka Siekielskiego! Panie świeć nad jego duszą. Pojedziemy twoją karetą. Pani Salomea z Emilką i ta panna nauczycielka, pozostaną na razie w Sarnikach, a potem Marynia odeśle je do Makowa.
Stary stangret wojewodziny i równie leciwy lokaj, podsadzili panią do karety i umieścili na miękkich poduszkach. Usadowiona wygodnie, wojewodzina kazała zaciągnąć firanki, bo raziło ją światło i dała znak do odjazdu.
- A może ciotunia wolałaby pojechać do Makowa? - odezwała się słodko Nina. Nie lubiła Lipieńca, bo nie wiadomo dlaczego, tamten dom kojarzył się jej z grobowcem.
- Cicho bądź! Modlę się! - ofuknęła ją staruszka i w całkowitym milczeniu dojechały na miejsce.
Wojewodzina.
  Nina z tłumioną złością obserwowała spod oka pożółkłą twarz starej damy. Chudą, z wystającymi kośćmi policzkowymi i wydatnym orlim nosem. W tej pomarszczonej twarzy, tylko oczy były zadziwiająco żywotne, młode i błyszczące energią. Bezkrwiste wargi poruszały się cichą modlitwą, spod czarnego wdowiego czepka z weneckiej koronki, wymykały się pasma siwych włosów. Nawet obfita, fałdzista krynolina, nie zdołała zatuszować przygarbionej, płaskiej figury, jak wyciętej z deski. Z szerokich rękawów aksamitnego czarnego płaszczyka, wysuwały się sine, szponiaste dłonie, pokryte wątrobianymi plamami. Nina zirytowana uporem staruszki, przypatrywała się jej ze źle skrywanym obrzydzeniem. Kiedy kareta podjechała pod dwór, wyskoczyła pierwsza i wyciągnęła obie ręce, żeby pomóc starej damie wysiąść.
- Zostaw, od tego mam służbę! - mruknęła wojewodzina i odsunęła ją.
Z ciemnej sieni wybiegło kilkoro służby i na rękach wnieśli panią do buduaru. Pokój wyglądał o wiele weselej niż w zimie. Okna były szeroko otwarte na ogród, pełen wiosennych kwiatów i drzew okrytych młodą zielenią liści. Buduar tonął w seledynowym półcieniu, rzucanym przez dwa olbrzymie klony rosnące w pobliżu domu. Starą damę złożono na wygodnej otomanie, pod spuchnięte nogi podkładając poduszki. Leżała nieruchomo, przymknąwszy powieki, z żółtą jak gromnica twarzą, podobna do umarłej. Tylko koronki poruszające się przy oddechu na staniku sukni wskazywały, że staruszka jeszcze żyje.
Nina przysiadła obok otomany, na dosyć twardym fotelu i bezmyślnie wpatrywała się w okno, marząc o domu.
- No i co? Przyjrzałaś się mi dokładnie? Szpetna jestem, prawda?- rozległ się niespodziewanie szorstki głos wojewodziny.
Nina podskoczyła, zarumieniła się i spojrzała na nią z przestrachem.
- Widzisz, starość nie dodaje urody, ale ją zabiera. - ciągnęła staruszka.- Jak dożyjesz mojego wieku, także już nie będziesz pięknością. Spójrz tylko na mój portret. Kiedy byłam młoda, mężczyźni kochali się we mnie do szaleństwa. Nikt inny nie tańczył tak lekko mazura i nie umiał tak jak ja, prowadzić zalotnej, francuskiej salonowej rozmowy.
Dama w stroju empire.
Nina podniosła oczy i przypatrzyła się wiszącemu nad kominkiem wielkiemu portretowi, przedstawiającemu młodziutką kobietę, rozkosznie roznegliżowaną. Kokieteryjnie ukazywała delikatne piersi, widoczne w wielkim dekolcie sukni w epoki Dyrektoriatu. Jej wielkie czarne oczy płonęły radością życia i młodością. Drobne dłonie były śnieżnobiałe, a palce nosiły kosztowne pierścienie. Serce ścisnęło się jej z żalu i naraz ogarnęła ją ogromna litość dla tej biednej, starej kobiety, samotnie żyjącej w wielkim domu, i nie mającej do kogo przytulić serca. Pod wpływem impulsu, pochyliła się i ucałowała staruszkę.
- Wszystko to marność! - rzekła z goryczą wojewodzina. - Człowiek nawet nie zauważy, kiedy z wiośnianej ślicznotki przekształci się w zgrzybiałą staruchę. Mój Boże, tyle już przeżyłam ludzi i zdarzeń....Urodziłam się w 1786 roku, kiedy Polska była jeszcze wolna, choć już chyliła się ku upadkowi. Jak dziś pamiętam haniebny Sejm Grodzieński i ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
- Naprawdę był taki piękny, jak na portretach? - zaciekawiła się Nina, uwielbiająca historię.
- Przede wszystkim był wybitnie inteligentny, prawdziwy koneser sztuki. Był dość niski i często cierpiał na zaparcia. Kobiety go kochały, naród nienawidził i oskarżał o zdradę. Może i był winien, miał raczej słaby charakter, ale Polsce mógł wtedy pomóc tylko sam Bóg, bo właśni obywatele pchali 
ojczyznę do przepaści. Nie było takiej podłości i ohydy, jaką by się nie splamili wielcy panowie. 
Stanisław August Poniatowski.
 Magnaci słali się carycy do nóg prosząc, by raczyła wkroczyć do Polski i bronić swobód obywatelskich, czyli anarchii i liberum veto1! Oskarżaliśmy Napoleona, że nic dla nas nie zrobił. Nieprawda! Pokazał nam, że chcieć, to móc! Powiedział: „Zobaczę, czy jesteście godni być narodem!” Tym obudził w Polakach prawie zupełnie wygasłą wówczas świadomość narodową, która przetrwała do naszych czasów i patrz, jakie wydała owoce!....
Nina wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami, starając się nie uronić ani jednego słówka.
- Dobry Boże! - szepnęła poruszona i wzruszona.-Widziała ciocia samego cesarza Napoleona?
- Tak jak widzę ciebie. Miałam już dwadzieścia lat i przebywałam z mężem w Warszawie. Mąż postarał się, żebym była prezentowana cesarzowi na wielkim balu w Zamku. O, moje dziecko, mogłabym dużo opowiedzieć o tych czasach. Cesarz był wtedy nieco tłustawym mężczyzną, ze znaczną łysiną czołową. Tylko oczy miał wspaniałe, o przeszywającym spojrzeniu i czoło greckiego boga. Mało kto mógł wytrzymać jego spojrzenie. On dobrze wiedział, że nie wygląd stanowi o wartości człowieka, lecz jego rozum. A rozumu miał aż za dużo! Mówiąc między nami, był niewiernym mężem i niestałym kochankiem, ale wyglądał bardzo sympatycznie. Ta biedna Marysia Walewska, wcale się tak bardzo nie poświęciła, jak to próbują nam wmówić. Boże, miałam osiem lat, kiedy w Grodnie odbywał się ten straszliwy i potworny Sejm, akceptujący dalszy rozbiór Polski. Przeżyłam Insurekcję Kościuszkowską i klęskę Maciejowicką, kiedy wróżono, że to już koniec Rzeczypospolitej. Miałam dwadzieścia sześć lat, kiedy mój jedyny ukochany brat, w 1812 roku, poległ w bitwie pod Borodino, w czasie marszu Napoleona na Moskwę. A siostra owdowiała, straciwszy męża w czasie odwrotu i przeprawy pod Berezyną. - westchnęła i przeżegnała się. - Ale to dawne dzieje. Oleś już wyruszył, prawda?
- Tak. Z rozkazu Rządu, ma się połączyć z oddziałem pułkownika Czachowskiego. Daleko stąd, bo aż w lasach pod Nakłem.
płk. Dionizy Czachowski.
- Bogu dzięki, że już nie jest bezbronny, a jego partia ma nowoczesną broń palną. - wojewodzina stęknęła z bólu i poprawiła się na otomanie.
- Zawdzięcza to hojności ciotuni. - przypomniała Nina, wstydząc się poprzednich nieżyczliwych myśli. - Przepraszam, że jeszcze nie zdążyłam zrobić dokładnego spisu wydatków w Krakowie, ale ciągle mam coś innego do załatwienia.
Stara dama niedbale machnęła dłonią.
- To były twoje pieniądze i mogłaś nimi dysponować według uznania.- uniosła głowę i badawczo przyjrzała się Ninie. - Ładnie wyglądasz, a my tu już obawialiśmy się, że lada dzień trzeba będzie odprawić egzekwie żałobne.
Serce Niny stało się ciężkie od ponurych wspomnień.
- Jakimś cudem uniknęłam śmierci, choć nawet lekarze stracili nadzieję. Ale ja przeżyłam, tylko mój maleńki synek urodził się martwy. - wyszeptała łzawym tonem i sięgnęła do torebki po chusteczkę.
- Wiem. - staruszka poklepała ją po ręce. - Był u mnie Oleś i wszystko mi opowiedział. Ogromnie żal mi dziecka i bardzo ci współczuję, ale oboje jesteście jeszcze młodzi i możecie w przyszłości mieć wielu synów. Zresztą Oleś tak się ucieszył córeczką, że nie miał ochoty przejmować się niczym innym. Jednak sądzę, że decyzję o wysłaniu dziecka do Świerczyńskich podjęłaś raczej bez zastanowienia. Nie świadczy to dobrze o tobie, jako o matce.
Nina ścierpła przeczuwając, że wojewodzina staje się kolczasta niczym jeż. Postanowiła się bronić.
- Przecież wiozłam amunicję, więc jak mogłam zabrać dziecko w tak niebezpieczną podróż? Zapewniłam córce piękne i spokojne życie w Księstwie Poznańskim. Zatrudniłam dla niej zdrową mamkę, która dziecko uwielbia. A nasza Binia jest dobra jak anioł i święta, bardzo małą kocha. Proszę pamiętać, że musiałam się szybko decydować, bo czas naglił! - o pół tonu podniosła głos. - Może gdybym siedziała w Makowie, zamiast awanturować się po Galicji, urodziłabym dwoje zdrowych dzieci we właściwym czasie!- nie mogła odmówić sobie przyjemności, wetknięcia szpilki wojewodzinie i przypomnienia, że podróż była jej pomysłem.
Staruszka utkwiła w niej błyszczące oczy, przewiercając ją wzrokiem.
- Nie próbuj przede mną udawać, że zależało ci na losie córki. Masz naturę swojej babki marszałkowej, a ona była całkowicie pozbawiona uczuć macierzyńskich. Nie chciałaś mieć dzieci, a ciąża była dla ciebie dopustem bożym. Oleś bardzo się tym martwił. A teraz oddałaś córeczkę w obce ręce i nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo zraniłaś swojego męża. On naturalnie się nie poskarżył, ale ja go znam i wiem, co o tym myśli.
- Coś podobnego? - Nina zacietrzewiła się, uznając, że staruszka staje się nieznośna. - Binia nie jest obca, to moja siostra, której zawdzięczam życie. Dziecku będzie u niej jak w raju!
- Posłuchaj, młoda damo!- przerwała jej wojewodzina, unosząc się na łokciu z gniewną miną. - Żadna dobra matka, przenigdy nie rozstanie się ze swoim nowo narodzonym dzieckiem. Ale ty jesteś inna. Oddałaś maleńką i przestałaś zawracać sobie nią głowę. Obiecuję, że kiedy tylko sytuacja się wyklaruje, każę dziecko przywieźć, obojętnie, czy tego chcesz, czy nie. Oleś ma prawo zobaczyć swoją córeczkę, ja również chcę przed śmiercią poznać moją wnuczkę.
- Nie zgadzam się na przywożenie tu małej! - Nina była już naprawdę rozgniewana. - Przecież nikt z nas nie jest teraz pewien życia. Nigdy na to nie pozwolę!
- O, jeśli ty jej nie chcesz, to ja wychowam ją w Lipieńcu. Dopóki nie macie syna, twoja córka jest dziedziczką Makowa, Lipieńca i wielu innych majątków. Gdy dorośnie, będzie tak bogata, że o jej rękę dobijać się będą najwięksi panowie. Wydam ją za wnuka mego brata ciotecznego, będzie księżną! Dlaczego dałaś jej na chrzcie imiona, jakie w naszej sferze noszą pokojówki? Miała mieć na imię Aleksandryna Wiktoria.
- Dałam imiona ojca synkowi.- wycedziła Nina przez zęby. Była coraz więcej zdenerwowana i rozżalona. - Poza tym pokojówkom nie daje się imion Józefiny, Izabeli, Eleonory i Heleny, bo to cesarskie imiona.
Ale stara dama była już w swoim żywiole i nie zamierzała kapitulować.
- Olesiowi się nie podobają, mnie również! Będę na nią wołać Oleńka. Jest moją wnuczką i odziedziczy po mnie wszystko, a niemały to majątek.- wojewodzina prychnęła i zakończyła pogardliwie:- Wykapana z ciebie babunia marszałkowa. Dla własnych dzieci była gorsza niż macocha, a dla zięciów jędzą. Wdałaś się w nią i nic dziwnego, masz przecież Diabła2 w rodzie!
Tym oświadczeniem tak rozwścieczyła Ninę, że ta zupełnie zapomniała o szacunku należnym wielkiej damie. Stara kwoka! Jak śmiała wypominać jej przodków i wady babki? Z szumem krynoliny poderwała się z miejsca, z dumnie podniesioną głową.
Herb Nałęcz.
 - Nie życzę sobie, żeby obrażano moich protoplastów i moją babkę! - wrzasnęła z furią, stając nad otomaną z zaciśniętymi pięściami. - Owszem, w moim rodzie był może diabeł, ale nie było w nim zdrajców! Ród Nałęczów pod wodzą Wincentego z Szamotuł, przyczynił się do zwycięstwa pod Płowcami! Płynie w nas książęca krew Gniewomira z Czołpi! Być może moja babka była jędzą, ale pani również nie zachowuje się anielsko. Nikt pani tego nie wypomina, bo się pani boją. Ale ja się nie boję! Nikt mnie nie pytał, czy chcę dziecka. Miałam siedemnaście lat i pragnęłam użyć życia. Nie powiedziano mi, że ciąża zagraża mojemu zdrowiu i nie wolno mi mieć dzieci! Aleks postarał się o dziecko i poszedł do powstania. Może i martwił się o mnie, ale ta jego troska nie przeszkodziła mu pozostawić mnie i czekać na to, czy umrę lub przeżyję. Urodziłam moje dzieci, jeden Bóg wie, jakim straszliwym kosztem. Myśli pani może, że jestem szczęśliwa? Jezu, mam osiemnaście lat, a żyję jak wdowa. Kocham mego męża, ale on mnie nie kocha i skarży się na mnie do pani. Po co mnie pani tu przywiozła? Aby prawić mi morały i impertynencje? W takim razie zamierzam zaraz pozbawić panią tej przyjemności i wyjeżdżam. Żegnam!
Zadyszana z gniewu pośpiesznie zbierała ze stolika torebkę i rękawiczki. Wojewodzina przypatrywała się jej z nieprzeniknioną miną.
- Nino, jesteś niemądra!
- Décidement3! Jestem głupia i niegodna zaszczytu bycia panią hrabiną Klonowiecką. Drugą żoną! Słusznie! Niechby się ożenił z tą wymokłą księżniczką Wandą, którą mu pani swatała. Nie zależy mi na tytułach i majątkach. Nie chciałam być wcale hrabiną, tylko żoną Alka. A jeżeli moja babka była herod-babą, pani niczym się od niej nie różni!
Stara dama wysłuchała jej z zupełnym spokojem, a kiedy Nina zamilkła oddychając ciężko, wojewodzina niespodziewanie wybuchnęła serdecznym śmiechem. Nina spojrzała na nią z niepokojem, podejrzewając, że staruszce pomieszało się w głowie.
 - Siadaj, siadaj, ty złośnico! - wojewodzina chichotała, ocierając chusteczką łzy ze śmiechu.- Ależ masz języczek! No, przestań się jeżyć i usiądź przy mnie. Napijemy się herbaty. - przekornie przechyliła głowę i patrzyła z uśmiechem na nastroszoną jeszcze Ninę. - Nie gniewaj się na mnie. Czasami chlapnę, co mi ślina na język przyniesie. Nie zamierzałam cię obrazić, tylko nieco rozruszać, bo siedziałaś tu z miną samobójczyni. Dziecko, nawet nie wyobrażasz sobie, jakie miałam i mam wyrzuty sumienia, że posłałam cię w tę przeklętą podróż. Ale nikt nie mógł przewidzieć, że Langiewicz poniesie klęskę, a ty pojedziesz wprost w to piekło anarchii po upadku dyktatora. Gorzkimi łzami opłakałam śmierć twojego synka. Długo nie było od ciebie wiadomości, ja się tym tak gryzłam, że aż rozchorowałam się ze zmartwienia. Oleś także nie skarżył się na ciebie, lecz szalał z rozpaczy, że z jego winy możesz umrzeć. Nie myśl o nim źle. On ciebie bardzo kocha, ale może nie potrafi tego okazać. No, pocałuj mnie na zgodę. Ja także boleję córeńko, że masz takie ciężkie, przykre życie.
Z wyrazem osłupienia, Nina pochyliła się i ucałowała pomarszczony policzek starej damy. Złość opuściła ją zupełnie i w jej sercu obudziła się miłość i czułość do tej biednej staruszki, samotnie dożywającej swoich dni. Usiadła obok niej na otomanie i ujęła obie jej dłonie w mocny uścisk.
- Bardzo przepraszam ciocię, za moje nietaktowne zachowanie, ale ja mam niestety niewyparzony język i jak już coś powiem... Proszę o wybaczenie!
- Dobrze, że jesteś w bojowym nastroju, bo zaprosiłam na podwieczorek Borutyńskich - zaśmiała się wojewodzina. - Trzymaj się ostro, bo Marynia zamierza pożreć cię żywcem za to, że zataiłaś przed nią spotkanie z Binią.
- Binia zrobiła mi niespodziankę. Ale skąd ciocia wie, że spotkałyśmy się w Krakowie? - zdziwiła się Nina, bo jeszcze nie miała okazji przesłać ciotce Marii listu Bini.
- A był tu taki, co was obie widział. - wojewodzina mrugnęła porozumiewawczo.
"Psiakość, Orlewicz!" - zaklęła Nina. Wojewodzina była osobą spostrzegawczą i domyślną, więc wypadało powiedzieć jej prawdę.
- Mówiąc między nami, jest to wersja przeznaczona dla ciotki Marii. Umówiłyśmy się listownie na to spotkanie. Pewnie sam Pan Bóg natchnął mnie tą myślą, bo głównie Bini zawdzięczam życie. Lekarze już postawili na mnie krzyżyk, ale ona nie zwątpiła ani na moment i dodawała mi sił do walki o życie. Och, ciociu, jaka to cudowna, przedobra dziewczyna! Jaka szkoda, że ... - Nina ugryzła się w język i umilkła, nie zamierzając zdradzać sekretów małżeńskich siostry.
- Jest nieszczęśliwa w małżeństwie, prawda? - wojewodzina wysłuchała jej z uwagą i tylko pokiwała głową.
Nina musiała podziwiać jej intuicję i życiową mądrość.
- Ciocia wie?....
- Dziecko, stara już jestem i wiele rzeczy w życiu widziałam. - stara dama z grymasem bólu poprawiła się na poduszkach. - Marynia i Ksawery wydali subtelną, niewinną panienkę za starego lubieżnika. Wygląd Bini po nocy poślubnej, był dla mnie wróżbą jej przyszłego pożycia. Obie jesteśmy mężatkami i dobrze wiemy, że wrażenia z nocy poślubnej pozostają kobiecie na całe życie. Dla mężczyzn nie jest to ważne doznanie. Ot, jedno zbliżenie więcej i to wszystko, ale dla nas może stać się to katastrofą życiową. Mówię ci to z własnego doświadczenia, bo ja również zostałam wydana niemal dzieckiem, za starego dziada. Biedna Binia, zasłużyła na lepszy los. Powiedz mi, Oleś dziękował ci, za urodzenie mu córki?
Serce Nina zalała naraz fala nagłego rozżalenia i goryczy. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu, ale złość była w niej silniejsza.
- Naturalnie, podziękował mi po swojemu! - syknęła z pasją. - Przez całą drogę nie odzywał się do mnie, a przy pożegnaniu, jego pocałunek był zimniejszy od lodu. Swojego psa potraktowałby serdeczniej. - pociągnęła nosem.
- Oho!- w oczach starej damy zabłysła iskierka ciekawości. - Lepiej opowiedz mi dokładnie, co między wami zaszło.
Wzdychając i siąkając nos, Nina opowiedziała jej o awanturze z mężem.
- Nalegałam, żeby przyjął amnestię, dla jego dobra. Jezu, tak się boję, że zginie w tym przeklętym powstaniu i będzie umierał samotnie, z dala ode mnie. A ja nic, zupełnie nic nie mogę! - nie wytrzymała, wybuchnęła płaczem łkając głośno i rozpaczliwie, jak skrzywdzone dziecko. Upadła na kolana i objąwszy ramionami nogi wojewodziny, wtuliła twarz w jej suknię. Stara dama wzruszyła się ogromnie tą rozpaczą. Delikatnie uniosła głowę Niny i gładziła czule jej włosy.
- Nie płacz, skowronku, niedługo zabraknie ci łez. Mój Boże, jak ja chciałam niegdyś mieć córkę, ale na starość zostałam sama jak ten palec. Rozumiem, że czułaś się urażona zachowaniem Olesia, lecz niekiedy trudno jest kobiecie pojąć zawiłe ścieżki męskiej logiki. Kochanie, większość oddziałów powstańczych nie przyjęła amnestii, bo Rząd Narodowy nie ufa carowi i jego doradcom. A zresztą, amnestionować można przestępcę, okazując mu łaskę. A przecież my nie jesteśmy przestępcami: walczymy o niepodległość naszej ojczyzny. Dziecinko, Oleś nie mógł inaczej postąpić. Zrozum, on również pragnie powrócić do domu, cieszyć się tobą i dzieckiem, ale nie kosztem utraty honoru. Jest żołnierzem i musi postępować zgodnie z rozkazami władz powstańczych.
- On woli być w lesie niż przy mnie.- szlochała Nina.- Jeżeli przeżyjemy tę masakrę, prawdopodobnie wystąpi o rozwód. Nie kocha mnie, bo całą swoją miłość oddał Pauli i nie potrafi już kochać innej kobiety.
Wojewodzina osłupiała ze zdumienia, a ochłonąwszy chwyciła się za głowę.
- Nino! Bój się Boga, co ty wygadujesz? Nie wolno ci tak myśleć! On jej nienawidził! Brzydził się nią od dnia ślubu, bo to był wynaturzony potwór, wyuzdany i okrutny. Nie było takiego występku, którego by nie popełniła. Obawiałam się o ciebie, bo ona lubiła ładne dziewczęta.
- Nie, ona mnie nienawidziła. - Nina nie zrozumiała aluzji wojewodziny.
- Miałam na myśli coś innego.- staruszka spuściła oczy zażenowana.- Paula była kompletnie amoralna. Upijała się nawet eterem.
- Czym? - Nina wysoko uniosła brwi. Jednak nie wierzyła, żeby Aleks natychmiast zapłonął nienawiścią, do zaledwie poślubionej żony. Była przekonana, że żyli z sobą przed, a pewnie i po ślubie. Paula doskonale znała jego wymagania, a raz wygadała się, że Aleks ma na biodrze znamię, zatem musiała widzieć go nagiego.
- Upijała się eterem.- powtórzyła wojewodzina. - To pozornie uspokaja, lecz działa zabójczo na ośrodki mózgowe. Nie zaprzątaj sobie nią głowy, córeczko. Kochasz Olesia, prawda?
- Ciociu, ja nie mogę żyć bez niego! Proszę Boga, żeby jego los był i moim losem.
Wojewodzina zamyśliła się i posmutniała. Jej ostre rysy złagodniały, ciemne oczy patrzyły na Ninę z rzadką u niej pieszczotliwą czułością.
- Masz dobre, gorące serce. Oleś jest szczęśliwy, mając taką żonę. - położyła dłoń na głowie Niny. - Otrzyj łzy, dziecinko, bo słyszę turkot. Pewnie Borutyńscy przyjechali.
Nina wyciągnęła chusteczkę i starannie wytarła wilgotne policzki i oczy. Przeglądnęła się w lustrze i poprawiła włosy. Nie chciała żeby ciotka Maria zobaczyła ją w tym stanie. Pewnie powtórzyłaby wszystko pani Jabłockiej, a Dorota miałaby uciechę. Odetchnęła i usiadła na swoim miejscu. Wojewodzina nadsłuchiwała, zdziwiona dochodzącym z sieni hałasem. Ktoś się awanturował, zamierzając przemocą wejść do pokoju, służba broniła wstępu.
Naraz stara dama pobladła.
- To nie Borutyńscy! - wyszeptała drżącymi wargami. - O Boże!
Drzwi szarpnięte mocną dłonią otworzyły się szeroko i do pokoju wpadł stary lokaj wepchnięty siłą, o mało nie przewróciwszy się z rozpędu na posadzkę. Za nim pewnym krokiem wszedł Starewicz, w jasnym rozpiętym płaszczu i popielatym jedwabnym cylindrze na głowie.
- A cóż to za porządki w tym domu? - odezwał się ostro, nie zdejmując nakrycia z głowy. - Dlaczego to stare bydlę nie chciało mnie wpuścić do babci? A, witam najśliczniejszą panią hrabinę. Mam nadzieję, że paniom nie przeszkadzam?
Nie proszony, rozsiadł się wygodnie w fotelu na wprost Niny, zakładając arogancko nogę na nogę. Niedbałym ruchem zsunął cylinder na tył głowy i przypatrywał się jej uporczywie, nie zważając na piorunujące wrażenie, jakie jego wtargnięcie wywarło na babce.
- Ma foi4 ! Babunia dla mnie niełaskawa.
- Nie zapraszałam tu pana! - rzekła wojewodzina z wysiłkiem, mierząc intruza groźnym wzrokiem.
- Sam się zaprosiłem, aby spytać o zdrowie kochanej babci. A jak się miewa szanowny pan hrabia? Mam nadzieję, że wody Karlsbadu powróciły mu już nadwątlone zdrowie? - posłał Ninie drwiące spojrzenie. - Mam do pana hrabiego mały interesik. Kiedy zastanę go w domu?
Starewicz.
  Nina momentalnie zesztywniała, starając się uważać na każde słowo. O Starewiczu mówiono dużo i źle. On sam zresztą nie krył się wcale ze swoimi prorosyjskimi sympatiami. Wiedziano, że jego majątku strzegą kozacy, a on przesiaduje w Kielcach, pijąc na umór z oficerami, grając w kasynie w karty i odwiedzając domy publiczne. Kolumny wojskowe omijały jego ziemie, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Mówiono, że żeni się z panną Stein, choć nie jest Polką i nie pochodzi ze szlachty. Jednak Starewiczowi to wcale nie przeszkadzało, polował na duży posag, żona była jedynie kłopotliwym dodatkiem.
- Wiec jak, kiedy pan hrabia przyjmuje? - powtórzył pytanie.
- Mąż nadal przebywa za granicą. - odpowiedziała, z trudem panując nad sobą.
Uśmiechnął się złośliwie, a jego szare, zimne oczy spojrzały na nią z jawną ironią. Nina nie łudziła się, że zdoła go oszukać. Starewicz doskonale wiedział, gdzie przebywa Aleks. Postanowiła być dla niego uprzejmą, aby go nie drażnić.
- Niesłychane!- zaśmiał się.- Pan hrabia pozostawił panią samą w tak niespokojnych czasach? O, ja na jego miejscu byłbym ostrożniejszy. We dworach i pałacach często kwateruje wojsko, a uroda Polek wznieca w sercach młodych oficerów Jego Cesarskiej Wysokości, namiętne uczucia. Prawda, pani Nino? - zajrzał jej w oczy.
- Nic mi o tym nie wiadomo.- odpowiedziała z wyniosłym chłodem, zastanawiając się, co miał na myśli.
- Doprawdy? Proszę sobie wyobrazić, że niedawno spotkałem w Kielcach młodego kniazia Rudzkoj. O, mocno zawróciła mu pani w głowie. Chłopak mało nie płakał, wspominając panią. Zamierza odwiedzić panią hrabinę i z tego co mówił, zorientowałem się, że gotów jest rozwieść panią z mężem i sam się z panią ożenić! Ale to jeszcze nie wszystko, bo w Radomiu miałem okazję rozmawiać z panem pułkownikiem Woroncewem. Biedaczysko już wyzdrowiał, po kuli otrzymanej w pojedynku, z innym wielbicielem pani. Prosił, żebym przypomniał pani o nim, bo damy przeważnie zapominają o zwyciężonych amantach. Niniejszym spełniam jego prośbę. Sądzę, że pan hrabia nie wziąłby mi tego za złe, bo jego pierwsza małżonka już przyzwyczaiła go do noszenia rogów!
Uśmiechał się, ale jego spojrzenie pełne było dzikiej żądzy i nienawiści.
Nina była bliska zemdlenia. Wszystko co powiedział było prawdą, a zarazem oszczerstwem. Gdyby jego słowa dotarły do uszu Aleksa, ich małżeństwo z hukiem by się rozpadło. Zastanawiała się, czy wojewodzina uwierzy w jej niewinność. Pewnie trudno będzie przekonać ją, że zawsze zachowywała się godnie i nigdy nie pohańbiła nazwiska męża.
- Pańskie niegodziwe insynuacje, mają na celu poróżnienie mnie z panią wojewodziną i zasugerowanie jej, że nie potrafiłam uszanować swej godności. Ale to się panu nie uda! - powiedziała spokojnie, nie okazując gniewu.
- Patrząc w pani piękne oczy, gotów jestem uwierzyć w każde pani słowo. Ale czy pan hrabia będzie równie łatwowierny, bardzo w to wątpię.- odparował, rozsiadając się jeszcze swobodniej i przybierając nonszalancką postawę.
- Milcz! - wmieszała się do rozmowy wojewodzina. - Milcz, ty łajdaku, ty carski sługusie!Nie ośmielaj się szkalować żony mego chrzestnego syna. Nie jesteś godzien, by patrzeć na nią!
- Tak? A od kiedy babunia jest tego zdania? Przecież oburzała się babcia na małżeństwo hrabiego z panną Niną. Czy nie nazywała jej babunia "rien du tout"?
Staruszka załamała dłonie i spojrzała z rozpaczą na Ninę.
- Myliłam się i Bóg mi świadkiem, jak ogromnie tego żałuję, że ją tak bardzo skrzywdziłam. Pomyliłam się również na tobie, uważając ciebie za człowieka honoru. A ty, okazałeś się kanalią i szubrawcem! Nędznikiem bez czci i godności. Po coś tu przyjechał?
Starewicz nie przejął się słowami babki. Wzruszył ramionami i rozejrzał się po pokoju.
- Czy w tym domu nie podaje się herbaty? A mówiąc między nami, nie spodziewałem się tak niemiłego przyjęcia. Rozumiem, państwo Klonowieccy potrafili babcię całkiem zawojować, w nadziei na przyszły spadek. Ale nic z tego. To ja jestem jedynym spadkobiercą babci!
Wojewodzina uniesiona szalonym gniewem, powstała z otomany. Na jej zapadłe policzki wystąpiły krwawe wypieki, a ciemne oczy iskrzyły się z oburzenia.
- Nie jestem zramolałą sklerotyczką i nie narzucisz mi swojej woli. Mój majątek dostanie się temu, komu go zapiszę. Ale taka kanalia jak ty, nie może liczyć na spadek po mnie.
- To się jeszcze okaże! - powiedział, wpatrując się w nią zwężonymi złowieszczo oczami. - Testamenty można unieważnić.
- Ty, ty... ośmieliłbyś się?....- wycharczała staruszka, oddychając z trudem i chwytając się za serce.
- Owszem!
Nina zerwała się, podbiegła i posadziła wojewodzinę, podsuwając jej pod plecy poduszki.
 - Na miłość boską, niech pan przestanie.- zwróciła się błagalnie do Starewicza. - Pana babka jest chora. Ciotuniu, proszę się uspokoić. - ostrzegawczo ścisnęła jej rękę, lecz wojewodzina była zbyt rozdrażniona, aby zważać na słowa.
- Nie zasługujesz, aby być moim spadkobiercą. Prędzej cały majątek zapiszę podrzutkom, niż tobie. - odrzuciła w tył głowę, walcząc o każdy oddech.
- Czemu to babcia nazywa mnie łotrem i kanalią? Zabiłem kogoś, czy okradłem? Co uczyniłem takiego, że babcia postanowiła mnie wydziedziczyć? - spytał podstępnie, bawiąc się trzcinową laską.
- Jesteś sprzedajnym łotrem! - krzyknęła z furią. - Zadajesz się z Moskalami. Precz z mego domu, nie chcę cię znać!
- Babcia ma do mnie pretensje, że nie jestem idiotą i nie poszedłem dać się zabić? - posłał jej pogardliwe spojrzenie i trzepnął się laską po nodze.
- Jesteś zdrajcą i nie spełniłeś obywatelskiego obowiązku!
- A to się babcia złapała we własne sidła! - prychnął. - W takim razie pan hrabia także jest kanalią i szubrawcem, bo umknął za granicę, zamiast walczyć za ojczyznę. - stwierdził zjadliwie.
- Nieprawda! Oleś nigdy.... - wykrzyknęła staruszka z uniesieniem i w tym momencie dostrzegła pułapkę.- Jego tłumaczy ciężka choroba, ciebie nic nie tłumaczy. - zakończyła pospiesznie.
- Nie zauważyłem, żeby pan hrabia był zdechlakiem. No, mniejsza z tym. O spadku pomówimy innym razem, bez świadków. - w jego głosie dała się słyszeć nuta groźby. - Nie przyjechałem kłócić się z babcią. Żenię się i potrzebuję mego pierścionka. Proszę żeby babcia odebrała go od panny Wąsockiej. Mam nadzieję, że szybko się po mnie pocieszy.
Obie kobiety wymieniły spojrzenia pełne lęku i zgorszenia.
- Ja tego nie zrobię! - staruszka dyszała ciężko, szarpiąc kołnierz sukni.
Starewicz patrzył na nią z wyrazem politowania i odrazy.
- Przecież to babcia mnie namawiała, abym nie żenił się z dziewczyną, która nie potrafiła uszanować wianka. Miałem ożenić się bogato i właśnie to czynię.
Wojewodzina chwyciła się za gardło i zaczęła się dławić.
- Och, ty podły....- jęknęła. - Nino, wołaj służbę!
- Te stare kościotrupy? - roześmiał się - Przecież rozsypią się, jak tupnę! Więc jak, odbierze babcia ten pierścionek?
- Ja go odbiorę i prześlę panu. - powiedziała szybko Nina, pragnąc aby już sobie poszedł.
Przysunął się bliżej, a jego spojrzenie wolno ześliznęło się z jej twarzy i przylgnęło do obcisłego taftowego stanika czarnej sukni, pod którym rysowały się jej piersi. Patrzył na nią z jawnym pożądaniem.
- Ma pani wielu wielbicieli. Nic dziwnego, bo jest pani coraz piękniejsza.
- Panie Starewicz, jestem mężatką, kocham mego męża i jego los, będzie zarazem moim losem!- powiedziała z powagą. - Proszę już iść, przecież pan widzi, że pani wojewodzina jest cierpiąca.
- A co za to dostanę?
Nina pochylona nad mdlejącą staruszką, poczuła morderczą pasję. Z rozkoszą wpakowałaby kulę w łeb temu nędznikowi. Zamierzała udać, że nie dosłyszała jego słów, lecz nie wytrzymała.
- Zawsze musi pan coś dostawać? Za bardzo upodabnia się pan do przyszłego teścia! Zamierza pan brać ślub w bóżnicy, czy w cerkwi u popa?
Na policzki Starewicza wypłynął ciemny rumieniec. Wojewodzina oprzytomniała i szeroko otwarła oczy ze zdumienia.
- Co to znaczy? - wyszeptała. - Jaka bóżnica, co za pop? Auguście, kim jest ta kobieta, którą chcesz poślubić?
Nina przeraziła się, bo myślała, że staruszka nie słyszy tego, co powiedziała w złości. Lecz Starewicz zaraz się opanował.
- Nie wezmę ślubu w bóżnicy, ani w cerkwi, bo jestem ateistą, śliczna pani hrabino. Owszem, to prawda, że moja przyszła żona jest niemiecką Żydówką, ale biorę za nią w posagu dwieście tysięcy złotych na rękę, a drugie tyle w nieruchomościach. To ładny kawał grosza i dla takich pieniędzy ożeniłbym się nawet z Eskimoską!
- Jezus Maria! - krzyknęła wojewodzina ze zgrozą. - Ty, szlachcic, mój wnuk, wprowadzasz do rodziny Żydówkę?
- Cóż, takie czasy! - rzekł cynicznie. - Wielu arystokratów żeni się z Żydówkami, by połatać dziury w herbie. Mam długi, babcia nie dała mi ani grosza, to co miałem robić? - znudzony ziewnął, wyciągając przed siebie nogi. Jego lakierowany trzewik dotknął sukni Niny. Natychmiast ją usunęła. - A może jednak babcia da mi trochę pieniędzy, albo jakiś majątek w dzierżawę?
- Nigdy! - wojewodzina uniosła głowę, mierząc wnuka spojrzeniem pełnym pogardy. - Radzę ci, nie czekaj na moją śmierć, bo nie dostaniesz złamanej kopiejki. Nie pomogą ci Moskale, ani sam diabeł. Precz!
Starewicz rzucił okiem na jej zmienioną twarz i przybrał pokorniejsza postawę. Nina zadzwoniła.
- Wody, pani zasłabła!
Wbiegła wiekowa ochmistrzyni, za nią lokaj z oznajmieniem, że przyjechali jaśnie państwo Borutyńscy. Wojewodzina wyciągnęła ku nim ramiona.
- Panie Ksawery, pomocy! Ten niegodziwiec, - wskazała na wnuka - przybył tutaj, aby obrażać starą, chorą kobietę. Maryniu, on znieważył twoją siostrzenicę. Proszę pokazać mu drzwi!
Wuj Ksawery ujął mocniej okutą żelazem laskę i posłał Starewiczowi wymowne spojrzenie.
- Sam pan wyjdzie, czy mam tę laskę połamać na twoim grzbiecie, smarkaczu? - spytał spokojnie i dobitnie.
Starewicz zrozumiał, że jego szanse są znikome, bo panu Borutyńskiemu pospieszy z pomocą służba. Zresztą starszy pan słynął z niepospolitej siły i niebezpiecznie było z nim zadzierać. Uznał więc, że lepiej będzie w porę się wycofać, ratując resztki godności.
- Będę miał jeszcze okazję przypomnieć panu o sobie, w stosownej chwili!- rzekł zduszonym z wściekłości głosem.
- Zawsze do usług. - Borutyński z pogardą wydął wargi.
Starewicz złożył damom niski usług i wolno, bez pośpiechu wyszedł. Wojewodzina wybuchnęła płaczem, żaląc się na wnuka i opowiadając o jego bezczelnym zachowaniu.
- Pani dobrodziejka sama tego gagatka rozpuściła. - dobrodusznie zauważył wuj Ksawery. - Zawsze słyszeliśmy:"kochany Gucio, biedna sierotka!" Sierotka wyrosła i pokazała rogi. Trzeba było szczeniaka trzymać krótko przy pysku.
- Święta racja, to moja wina. - przyznała z bólem staruszka. - Ale Bóg mi świadkiem, że pragnęłam go wychować na dobrego Polaka. To Paryż zrobił z niego szelmę bez honoru. Karty go zgubiły, przeklęty nałóg! Obraził Ninę, odgrażał się Olesiowi, boję się go!
Nina nalała jej wody z syfonu i podsunęła sole trzeźwiące. Staruszka uspokoiła się i dziękowała za pomoc. Nina najchętniej pożegnałaby się i wróciła do domu, ale nie wypadało. Obawiała się, że ciotka Maria wystąpi z pretensjami, lecz mile się rozczarowała. Ciotka usiadła przy niej i przyciągnąwszy ją do siebie, ucałowała.
- Binia pisała, że zrobiła ci niespodziankę. - powiedziała serdecznie. - Ja przecież rozumiem, że takie dwie młode kozy, zawsze mają sobie coś do powiedzenia.
Uspokojona Nina, opowiedziała o planowanym przyjeździe Bini do Sarnika. Wyjęła z torebki fotografie darowane jej przez siostrę i te ostatnie zrobione przed wyjazdem z Krakowa. Mówiła o Bini z taką miłością, że ciotka i wuj, słuchali jej ze wzruszeniem i mieli w oczach łzy.
- Mój Boże.- westchnęła ciotka Maria. - Ogromnie tęsknimy za naszą córeczką i wnukami, ale obawiamy się z Ksawuniem tej drogi z Księstwa Poznańskiego, przez kraj objęty działaniami wojennymi. Podróż z dwojgiem malutkich dzieci, może być niebezpieczna.
- Tak.- przyznał wuj Ksawery.- Wolelibyśmy spotkać się z nią w jakimś zagranicznym kurorcie. Widziałaś może Jasia ? Dawno nie pokazywał się u nas.
- Widziałam go tylko przez chwilę w leśnym obozie. Jest zawsze bardzo zajęty, ale powiedział, że do wujostwa napisze. Opalił się, lecz dalej kaszle i to mnie martwi.
- Bo też wybrał sobie życie, niech Pan Bóg broni! - wybuchnął wuj. - Taki jak on, lekarz z powołania, miałby sławę i pieniądze. Emilka także poczciwa kobiecinka i żyliby sobie jak dwa gołąbki. Ale nie! On musiał przyłączyć się do tej przeklętej ruchawki! Co za głupi chłopak!
- W zupełności podzielam zdanie wuja. - stwierdziła z powagą Nina. - I drżę na myśl, co nam przyszłość gotuje.
- A po co ten Starewicz tutaj przyjechał? - zainteresowała się ciotka Maria, kiedy już siedzieli przy podwieczorku.
- Podobno zamierza się żenić i chce, żebym odebrała od Jadwigi pierścionek zaręczynowy. - odpowiedziała wojewodzina.
Oczy ciotki Marii zabłysły z ciekawości.
- Coś podobnego! Czy z tą panną, z którą tańczył na balu sylwestrowym? Ona podobno nie jest Polką.
- Jest Żydówką niemiecką! August żeni się z nią dla jej posagu. - rąbnęła stara dama. - Hańba! Przeklęłam go i już nie jest moim wnukiem, ani spadkobiercą.
- Ach Boże, niech się żeni nawet z małpą, nic mnie to nie obchodzi! - zawołała zirytowana Nina. - Ale on za dużo wie o Alku, stanowczo za dużo! - westchnęła i umoczyła usta w białym reńskim winie.
Jadła bez apetytu i przysunąwszy się do okna, chłodziła twarz czarnym, koronkowym wachlarzem. W pokoju robiło się coraz duszniej i cała lepiła się od potu. Zaraz po podwieczorku zaczęła się żegnać tłumacząc, że w domu czekają na nią pilne sprawy. Wujostwo mieli jeszcze do niej mnóstwo pytań o Binię, więc zaprosiła ich i wojewodzinę na uroczysty obiad, z okazji urodzin córki.
Do Makowa dojechała przed deszczem, który lunął, kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi pałacu.
1Liberum veto. - Wolne nie pozwalam! - prawo zezwalające jednemu posłowi na zerwanie sejmu i unieważnienie wszystkich jego uchwał. Pierwszy zerwał sejm poseł trocki Władysław Siciński w 1652 r. Liberum veto zniosła Konstytucja 3 Maja w 1791 r. Podania mówią, że ciało Sicińskiego , na wieczną hańbę, nie rozłożyło się po śmierci.
2Diabeł - chodzi o kasztelana nakielskiego Mikołaja z Wenecji herbu Nałęcz, zwanego Diabłem weneckim lub Krwawcem. Ur. w I poł. XIV w. zmarł w 1400 roku. Był aktywny w wojnie z Grzymalitami i ograbił dobra arcybiskupa Bodzanty. Stąd ta nazwa diabła. Poczatki rodu Nałęczów sięgają X w. Protoplastą rodu był wg legendy książę Gniewomir na Czołpi. Przyjął on chrześcijaństwo i poddał się księciu Mieszkowi I, rezygnując z książęcego tytułu. Tereny rodu Nałęczów to Pałuki, Gąsawa, Żnin, Mogilno i Kcynia.
3 Decidement! - Bez wątpienia!
4Ma foi. - tu: daję słowo .