czwartek, 21 lipca 2016

Bitwa!


  21 lipca 2016 r.
Ostry, rozkazujący głos, zapytał szorstko po rosyjsku:
- Wy kto?
- Niech się panie nie odzywają. - polecił szeptem pan Piotrowski, a głośno odezwał się po rosyjsku, władając tym językiem biegle i z doskonałym akcentem: - Czego od nas chcecie? Nie widzicie, że kareta ugrzęzła w piasku i nie możemy ruszyć?
Patrol kozacki 1863 r.
- Ruki wirch! - warknął ten sam głos i z gęstwiny zarośli wynurzył się rosły kozak na kudłatym koniu. Za nim pokazało się kilku innych jeźdźców. Podjechali do karety, starając się przebić wzrokiem półmrok i zorientować się, z iloma ludźmi mają do czynienia.
- Panowie, - perswadował pan Piotrowski - jesteśmy spokojnymi podróżnymi i chcemy dojechać bezpiecznie do domu.
Nieznacznie odwrócił się do Maćka i szepnął:
- Wpadliśmy, ładować broń!
- Nie szeptać tam! Ilu was jest? Wychodźcie na środek drogi z podniesionymi rękami!Dalej! - rozkazał dowódca patrolu i podjechawszy do karety, szarpnął i otworzył drzwiczki, zaglądając do środka. Jego bystre oczy dostrzegły w mroku przytulone do siebie kobiety. Roześmiał się z satysfakcją.
- Ot, braciszkowie, to my barysznie naszli! No, zapłacicie nam za fatygę. Wychodzić!
Nina zacisnęła dłoń na ramieniu Miry, przygniatając ją do siedzenia. Sama wolno mechanicznym ruchem, zebrała fałdy szerokiej krynoliny i ociągając się, wstała. Czuła rozchodzący się od serca lodowaty chłód. Zacisnęła mocno zęby i rozejrzała się, szukając wzrokiem oficera, by odwołać się do jego honoru. Lecz pośród kozaków oficera nie było. Zrozumiała co ich czeka, gdy kozacy odkryją prom i domyślą się wszystkiego. Mężczyźni dostaną kulę w łeb, bo będą bronić się do ostatniego naboju. W najgorszym razie, powędrują za końskim ogonem do najbliższego miasta i po przesłuchaniu, zawisną na szubienicy. Ale one tu zostaną, zdane na łaskę i niełaskę kozaków!
Zagryzła wargę, żeby głośno nie szczękać zębami i odezwała się pewnym głosem :
- Przecież dokumenty mamy w porządku. Możecie sprawdzić. Ja znam osobiście generała Uszakowa i pułkownika Czengierego. Poskarżę się im, jeśli nas skrzywdzicie.
Próbowała zagadać kozaka, aby zyskać na czasie. Za ścianą karety usłyszała cichutki szczęk metalu. Chłopcy ładowali pistolety.
- Nu, zobaczymy co z was za ptaszki! Pokażcie te dokumenty.- dowódca kozaków wyciągnął do niej rękę.
- Kuźma, na rzece stoi prom! - wrzasnął podnieconym głosem jeden z kozaków, zjechawszy na brzeg Wisły.
 - A, to wy tacy? Wychodzić, bo strzelamy! Wszyscy na drogę!
Kozacy cofnęli się do tyłu, celując z karabinków w karetę. Ciągle jeszcze nie mogli się zorientować, z iloma przeciwnikami mają do czynienia. Sam patrol liczył zaledwie kilkunastu ludzi.
- Niech pan nie strzela! Już wychodzimy. - zawołała Nina błagalnie i stanęła na stopniu karety.
Na razie obie strony trzymały się w szachu i sytuacja była patowa. Kozacy czaili się w zaroślach, a półmrok nie pozwalał im rozeznać się dokładnie w sytuacji. Podejrzewali, że Polaków może być więcej i czekali aż się rozwidni, żeby zaatakować. Lecz dowódcę korciły kobiety i podjechał bliżej. Zapalił suche drewienko i podniósł je do góry, aby przypatrzyć się Ninie. Jego skośne czarne oczy, wpiły się w nią, pod długimi wąsami błysnęły białe zęby w okrutnym uśmiechu. Wpatrywał się w nią długą chwilę i gwizdnął przeciągle.
- Prosto cud krasawica! - mruknął. Wyciągnął rękę i pieszczotliwie dotknął palcem jej policzka.
Pod wpływem tego muśnięcia poczuła, że zamiast serca ma kamień w piersi. Silna męska ręka chwyciła ją za warkocz. Szarpnął tak gwałtownie, że zobaczyła wszystkie gwiazdy. Nieznacznie sięgnęła do kieszeni sukni. Z marmurową twarzą, na której nie malowało się żadne wzruszenie, patrząc kozakowi prosto w oczy, szybko jak myśl, wyciągnęła pistolet i nacisnęła cyngiel. Kula trafiła tam, gdzie celowała - w sam środek czoła! Mogło się wydawać, że wszyscy czekali na ten znak. Stach odwrócił się płynnym ruchem i potężnym uderzeniem ołowianej rękojeści bata, zwalił z konia stojącego obok kozaka.
- Hospody! - ryknął trzeci, trafiony przez pana Piotrowskiego kulą. Rozłożył ramiona i spadł martwy z konia.
Maciek rzucił się jak tygrys na czwartego kozaka, wbijając mu w piersi sztylet aż po samą rękojeść. W tej samej chwili, Tomek zamachnął się długim biczem i ciął nim konia stojącego najbliżej kozaka. Oszalałe z bólu zwierzę, skoczyło czterema nogami w górę i wycięło tylnymi kopytami, wyrzucając jeźdźca z siodła. Kozak nie zdążył wyjąć stopy ze strzemienia i rozbiegany koń pogalopował przed siebie, ciągnąc go za sobą po ziemi. Reszta kozaków, jak na komendę, dała ognia. Strzelali niecelnie i kule gwizdnęły tylko nad głowami Polaków, nie czyniąc nikomu krzywdy. Ale konie zaprzężone do karety i bryczek, przerażone strzałami, zaczęły się rzucać w uprzęży i rżeć. Tomek ryzykując życie, zaczął je pod gradem kul wyprzęgać. Tymczasem robiło się coraz jaśniej. Wstawał ciepły i pogodny kwietniowy poranek. Lada chwila mogły nadejść kozakom posiłki, zaalarmowane odgłosem strzałów.
- Niech panie wsiadają na konie! - rozkazał pan Piotrowski, obejmując dowództwo. - Uciekajcie, my ich tu zatrzymamy.
- Pli! - rozległa się rosyjska komenda i grad kul posypał się na karetę, dzwoniąc o stalowe podwozie i przeszywając pudło powozu na wylot.
- Jezu! - stęknął przewoźnik, waląc się na ziemię.
- Uciekajcie! - powtórzył rozkaz kapitan.
- Ja nie potrafię jeździć konno! - zawołała Mira z płaczem. - Spadnę i zabiję się. Dajcie mi pistolet, będę strzelać!
- Ja także nie dam rady jechać konno. - powiedziała Jaga. Spojrzała na Ninę i zakreśliła jej na czole krzyżyk. - Uciekaj, ratuj się, moje dziecko najdroższe. Dajcie mi wystrzeloną broń, to będę nabijać. Nina, rusz się!
Przez jedną krótką chwilę, Nina toczyła z sobą straszną walkę. Tak bardzo chciała żyć, zobaczyć męża, powrócić do ukochanego Makowa. Wystarczyło wskoczyć na konia i zniknąć w ciemnych zaroślach. Kozacy z pewnością nie będą jej ścigać, może nawet nie zauważą jej ucieczki. Lecz zdawała sobie sprawę, że do końca życia prześladować ją będą twarze niani, Miry i tych cudownych chłopców, którzy zapłacą życiem, osłaniając ogniem jej ucieczkę. Będzie ich widziała w snach i na jawie, w dzień i w nocy. Czy potem odważy się spojrzeć w twarz mężowi, matce Maćka, żonie i dzieciom Stacha? A po najdłuższym życiu, czy odważy się spojrzeć bez wstydu w oblicze Boga?
- Nie! - oświadczyła stanowczo. - Ja zostanę. Ale ty, Tomku, uciekaj z końmi i jedź w tę stronę, z której ma nadjechać pan naczelnik.
- Ja nie pojadę! - krzyknął z rozpaczą chłopak i pobladł śmiertelnie, wpatrując się w nią rozbieganymi oczami. - Nie zostawię mojej pani. Lepiej tu zginę, niż mam powiedzieć panu, że was pomordowano!
- Tomku, rozkazuję ci w imieniu pana naczelnika, bierz konie i jedź, bo za chwilę zabiją nam zwierzęta! - powiedziała twardym tonem.- To nie jest ucieczka. Zrozum, nawet jak przeżyjemy, nie ruszymy się stąd, mając martwe konie. Amunicja musi dotrzeć do obozu. Postaraj się znaleźć pana naczelnika.
Chłopak spojrzał na nią oczami pełnymi łez, potem jednym skokiem znalazł się na końskim grzbiecie i ciągnąc za sobą pozostałe konie, zniknął zakryty drzewami. Słońce wznosiło się coraz wyżej nad linią horyzontu, złocąc czuby drzew Nina leżąc za kołem karety, podziwiała ten cud natury, na który zwykle nie zwracała uwagi. "Jaka szkoda, że nie zobaczę już zachodu słońca i nie dożyję poranka." - rozmyślała z najgłębszym żalem. Wtuliła twarz w gęstą zieloną trawę, lecz zaraz zmusiła się, by podnieść głowę i starannie wycelowała z pistoletu w lekko poruszającą się gałąź krzaka. Wymierzyła dokładnie i wolno nacisnęła cyngiel. Usłyszała wystrzał, okrzyk bólu i po jej wargach przemknął uśmiech ponurego zadowolenia.
Sytuacja była raczej beznadziejna. Kozakom każdej chwili mogły nadciągnąć posiłki i zakończyć walkę. Zeskoczywszy z koni, pokryli się w zaroślach i strzelali gęsto, haniebnie pudłując. Jak dotąd, nikt poza nieszczęsnym przewoźnikiem, nie został nawet draśnięty. Zaszyci w krzakach kozacy byli niewidoczni, za to cel mieli jak na dłoni i uparcie dziurawili pudło karety i obie bryczki.
"Za chwilę będzie po nas! - pomyślała Nina, z trudem zachowując spokój. - Jeżeli trafią w amunicję, wylecimy w powietrze. Może to i lepiej? Boże, po jakiego licha posłuchałam pani wojewodziny?". Modliła się, żeby ta męka nie trwała długo, gdyż miała wrażenie, że od początku potyczki minęły wieki. "Czy to nie idiotyczny żart losu, że wyszłam ze śmiertelnej choroby, tylko po to, żeby zginąć tutaj za sprawę, która jest mi obojętna?"
- Na litość boską, niechże się panie ratują, dopóki ich jeszcze powstrzymujemy! - odezwał się ochrypłym głosem pan Piotrowski.
- Nie uciekniemy daleko. Dogonią nas i.. Nie, lepiej już zginąć od kuli. - Nina przełknęła ślinę, zwilżając zaschnięte gardło. Podczołgała się nieco dalej i pociągnęła Maćka za nogawkę spodni. Obejrzał się na nią niecierpliwie. Twarz miał skurczoną dziką nienawiścią, a w kącikach ust pianę. W jego oczach płonęła wprost zwierzęca wściekłość.
- Maciuś... - szepnęła drżącym głosem. - Daj mi słowo honoru powstańca, że nie pozwolisz, aby mnie wzięli żywą! No wiesz...zrobisz to?
- Nikogo z nas żywcem nie dostaną. Przysięgam na zbawienie duszy, że im mojej jaśnie paniulki nie oddam! - uniósł wargi w złym grymasie. Na tle ciemnej opalonej twarzy, zalśniły białe zęby, ostre i drapieżne, jak u dzikiego zwierzęcia. - Ot, tam nasze wybawienie! - ruchem głowy wskazał dach karety wyładowany amunicją. - Ja nie spudłuję!
Uścisnęła mu rękę, uspokojona i nawet pogodzona z losem. To będzie lekka śmierć, może nawet nic nie poczuje? Pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, znad rzeki podniosła się mgła i zasnuła brzeg Wisły, przysłaniając drzewa i zarośla. Ranek był tak piękny, że Ninie zrobiło się żal, że musi umierać na wiosnę. Ponownie złożyła głowę na trawie i wdychała jej zapach i woń ziemi, którą ukochała całym sercem. Wtem pan Piotrowski poderwał się i wyciągnął szyję, pilnie nadsłuchując.
- Chryste! - wrzasnął w ostatniej rozpaczy. - Kryjcie się, Moskale nadjeżdżają!
Teraz już wyraźnie słychać było pędzące galopem konie i trzask łamanych gałęzi. Jakiś oddział nieprzyjacielski, zaalarmowany strzałami nadjeżdżał z pośpiechem, łamiąc ciężarem koni zarośla. Nina poczuła, że obejmuje ją mocne ramię Jagi. Odszukała rękę Miry i ścisnęła ją z całej siły, wpijając paznokcie w jej ciało. W nagle zapadłej ciszy usłyszała ufny szept modlitwy niani: - - Kto się w opiekę odda Panu swemu i całym sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może: Mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.
Nina nie miała nawet siły, by przyłączyć się do modlitwy. Skuliła się, przymknęła powieki czekając, aż piki kozackie przygwożdżą ją do ziemi, albo usłyszy wystrzał i wyleci w powietrze w obłoku ognia i dymu. Kątem oka dostrzegła Maćka, jak wstaje z ziemi i wolno podnosi rękę z rewolwerem, celując w dach karety. Czekał... Widocznie mściwie pragnął, aby razem z nimi zginęli także kozacy.
W zaroślach rozległ się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach krzyk i natychmiast rozległy się wściekłe wrzaski, kwik koni i huk strzałów. Z krzaków wypadł oszalały ze strachu koń kozacki, niosąc na grzbiecie zalaną krwią kulbakę.
- Nasi!! - ryknął pan Piotrowski z uniesieniem i wyrzucił w górę czapkę.
- Maryjo, Józefie święty, to nasze chłopaki! - krzyczał wniebogłosy Maciek, strzelając na wiwat w powietrze. - A bywajcie,w samą porę!
Stach upadł na kolana i żegnając się, odmawiał głośno pacierz, dziękując Bogu za ocalenie. Jaga i panna Lutówna płakały, nie wstydząc się łez. Nina tak osłabła ze wzruszenie, że nie miała siły podnieść się i leżała z czołem przyciśniętym do koła karety. Modliła się bez słów, samym tylko bezgranicznym porywem wdzięczności. Otwarła oczy i naraz wzrok jej padł na kozaka, którego sama zabiła. Kula z pistoletu zmasakrowała mu twarz. Z krwawej maski wyłaniały się tylko zęby, wyszczerzone w szyderczym grymasie śmierci. Poczuła zawrót głowy i zrobiło się jej niedobrze. Upadła twarzą na trawę, dławiąc się i charcząc. Pusty .żołądek kurczył się i podchodził pod gardło. Jak przez watę słyszała tubalne głosy mężczyzn, szloch Miry i radosny śmiech Jagi.
Ktoś przyklęknął obok i czyjaś dłoń delikatnie uniosła jej głowę. Chłodna blacha manierki dotknęła ust. Ufnie pociągnęła długi łyk i krztusząc się, kaszląc i dysząc, ponownie opadła na trawę, oszołomiona ognistym smakiem wódki. Była tak wyczerpana nerwowo, że nie miała nawet ochoty otworzyć oczu i zobaczyć, kto przy niej klęczy. Spirytus palił ją w gardle jak ogień. Czyjaś troskliwa ręka otarła jej twarz z potu, chusteczką zamoczoną w wodzie. Gorące usta dotknęły jej czoła, składając długi, mocny pocałunek. Drgnęła, bo było to bardzo znajome dotknięcie.
- Zdążyliśmy w ostatniej chwili!- usłyszała głos i natychmiast podniosła powieki, otwierając szeroko oczy.
Aleks był jeszcze bardzo blady, w jego źrenicach tliły się iskierki okropnego przerażenia. Pochylił się nad nią nisko, a jego mocne ramiona przygarnęły ją z całej siły do piersi.
- Aleczku! - szepnęła, ogarnięta falą nieopisanej radości. Zarzuciła mu ręce na szyję i pokrywała namiętnymi pocałunkami jego gorące usta i policzki, szorstkie od niegolonego zarostu.
Nie mogła jeszcze uwierzyć, że to nie sen, nie przewidzenie, z którego ocknie się do strasznej rzeczywistości. Powoli uzmysłowiła sobie, że żyje i patrzy w pełne miłości oczy męża. Trzymała go kurczowo przekonana, że zaraz zniknie, kiedy tylko wypuści go z ramion. Wpatrywał się w nią potrząsając głową. Na jego twarzy malował się niezdecydowany wyraz i szczęścia i gniewu.
- Właśnie się zastanawiam, czy mam na ciebie krzyczeć, albo przełożyć cię przez kolano i wlepić kilka klapsów, co? Co ty tu robisz, młoda damo? Myślałem, że jesteś już we Francji, błagałem cię o to! Dlaczego tak strasznie się narażałaś?
Nina uśmiechnęła się.
- Czy wiesz, że zasłużyłaś na piekielną awanturę? - zrządził, udając surowość. Potrząsnął nią. - Wiesz o tym?
- Tak. - powiedziała słodko i pokornie. - Kocham cię, mój jedyny!
Gładziła go po włosach, jeszcze nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Krzycz na mnie, bij, ale ja nigdy z kraju nie wyjadę i ciebie nie opuszczę. - szeptała, tuląc się do niego.
- Ja też ciebie kocham, lecz mimo to, mam ochotę dać ci w skórę! - naraz rozejrzał się z błyskiem potwornego strachu. Z twarzą białą jak papier, skoczył na równe nogi i spojrzał na podziurawione pojazdy. - A gdzie dziecko? - krzyknął .
- Uspokój się. Mała jest bezpieczna i w tej chwili jedzie z Binią do Świerszczyn. Przecież nie mogłam zabrać jej z sobą w tę podróż. - nieznacznie wzruszyła ramionami.
Wziął głęboki oddech, a po jego twarzy przemknął cień.
- Należało pozostać z dzieckiem w Krakowie. Dlaczego oddałaś córkę Bini?
Nina podniosła się z ziemi i starannie otrzepała spódnicę.
- Potem ci wszystko opowiem. Jak nas odnalazłeś?
- Tomek nas naprowadził.
- Doprawdy, ten chłopak wart jest tyle złota, ile waży! Już drugi raz ratuje mi życie. Wszyscy nasi chłopcy spisali się po bohatersku. Nie wiem, jak zdołamy się im zrewanżować.
Pozwoliła, żeby mąż otrzepał ją z ziemi i źdźbeł trawy i pomógł usiąść na kłodzie zwalonego drzewa. Zerknęła na martwego kozaka i wzdrygnęła się ze wstrętem.
- To ja zabiłam tego człowieka. - wyszeptała, ruchem głowy wskazując trupa.
- Kochanie, on nie zasłużył na nic lepszego. - powiedział Aleks, a jego rysy przybrały zimny, bezlitosny wyraz. Spostrzegł, że ona patrzy na martwego kozaka z przerażeniem i rozkazał go uprzątnąć.
Otaczało ich kilkunastu młodych, roześmianych powstańców. Między nimi poznała kilku synów dziedziców z sąsiednich dworów, dzierżawców i oficjalistów z makowskich folwarków, gajowych, parobków i gospodarskich synów. Wszyscy mieli dobre, mocne konie i byli jednakowo ubrani, w granatowe czamary z amarantowymi wypustkami. Na rozkaz dowódcy zeskoczyli z wierzchowców i szybko odciągnęli zwłoki zabitych kozaków, wrzucając je do Wisły. Fale cicho plusnęły i zamknęły się, kryjąc w sobie ciała poległych. Nina obserwująca tę scenę uznała, że wprawdzie przyjemnie było w panieńskich czasach marzyć o czynach Emilii Plater, ale rzeczywistość wcale nie była romantyczna i wolałaby zapomnieć o tym strasznym momencie, gdy twarz żywego człowieka zamienia się w krwawą maskę.
- Boże święty, spadliście nam panowie jak z nieba. - powiedziała Mira. - Było już z nami krucho.
- Spóźniliśmy się. - rzekł Aleks i na wspomnienie strasznego przeżycia ponownie poczuł, jak krew zastyga mu w żyłach. - Wpadliśmy przypadkiem na patrol dragonów. Dwóch zabiliśmy, ale pozostałych trzech zdołało nam uciec. Musieliśmy ich ścigać, żeby nie naprowadzili na nas wojska. Idąc naszym tropem, mogli dotrzeć do was. Zapędziliśmy się daleko w las i zabłądziliśmy. Z daleka usłyszeliśmy strzelaninę, potem natknęliśmy się na Tomka. To on zaprowadził nas nad rzekę.
Westchnął i posłał Ninie wymowne spojrzenie.
- Czy zdajesz sobie sprawę co przeżyłem, kiedy Tomek powiedział, że ty się tutaj znajdujesz? Przecież mogliśmy nie zdążyć.
Nina artystycznie udała skruchę, której wcale nie czuła.
- No, nie dla wszystkich potyczka zakończyła się pomyślnie. - wtrącił pan Piotrowski. - Mamy zabitego przewoźnika.
- Nie, on żyje! - zawołała Mira z radością, klęcząc przy rannym i ostrożnie badając wlot kuli. - Jest poważnie ranny i musi być operowany, ale żyje.
- Okryjcie go pledami! - poleciła Nina. Podeszła do kapitana i wsunęła mu do kieszeni plik banknotów. - To dla tego biedaka. - rzekła półgłosem.
- Rozumiem. A teraz najwyższy czas ruszać, bo lada chwila Moskale zwalą się nam na kark. - ostrzegł pan Piotrowski. Pożegnał się z wszystkimi serdecznie, a kiedy rannego wniesiono na prom, natychmiast popłynął w stronę Krakowa.
Dzięki odwadze i sprytowi Tomka, żaden koń nie został ranny. Były tylko bardzo przestraszone i chrapały, węsząc zapach krwi. Zaprzężone do karety i bryczek, ruszyły posłusznie ciągnąc z wysiłkiem ciężkie pojazdy. Jaga spojrzała wymownie na pannę Lutównę i obie przesiadły się na bryczkę, pozostawiając małżonków samych. Zaledwie kareta ruszyła, Nina ponownie znalazła się w ramionach męża.
- Dawno się nie widzieliśmy i niemal już zapomniałem, jaka jesteś piękna. Nigdy jeszcze tak ślicznie nie wyglądałaś. - powiedział, nie spuszczając z niej oczu.
Jego dotyk wystarczył, żeby obudzić w niej pragnienie. Ona również na nowo odkrywała jego urodę. Blask bursztynowych oczu, miękkość złotych włosów i smak warg. Całował ją wolno uśmiechając się, a każda pieszczota, każdy dotyk parzył ją jak ogień. Wodził wargami po jej twarzy i szyi, gładził splecione w warkocze włosy.
- To ty jesteś piękny, Alku. - wyszeptała dysząc. - Pewnie nigdy żadna kobieta nie powiedziała ci "nie" i nie dała kosza.
Uniósł brwi z drwiącym uśmiechem.
- Kosza? Zwykle nie proponowałem paniom małżeństwa.
- Nie? A co im proponowałeś? - spytała opuszczając długie rzęsy.
Przeczesał palcami jej włosy.
- Myłaś rano buzię? - zagadnął, raptownie zmieniając temat..
- A cóż to za nietaktowne pytanie! - prychnęła urażona.
- A czy twoje pytania były taktowne? - odciął się i mocno pocałował ją w usta.
Kiedy trochę ochłonęli, ściągnął brwi zastanawiając się nad czymś.
- Jednego nie rozumiem, słonko. Kurier zawiadomił mnie, że z Krakowa rusza transport amunicji. Ale byłem tak zdenerwowany, że nawet nie spytałem Piotrowskiego, kiedy mi ją dostarczy.
- Przecież ją eskortujesz. - rzekła z przekornym uśmiechem.- Po to jechałam do Krakowa.
Wpatrywał się w nią, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Nino, ależ to było szaleństwo! - wybuchnął z gniewem. - Ja bym ci nigdy na to nie pozwolił!
- Wiedziałam o tym i jadąc do Krakowa użyłam podstępu. Potrzebowałeś broni i amunicji. Nie gniewasz się na mnie, że cię okłamałam?
- Promyczku, powinienem dziękować ci na kolanach. - przycisnął usta do jej włosów. - Jesteś prawdziwą bohaterką. - na samą myśl, jak strasznie ryzykowała, przebiegł go zimny dreszcz.
Ukryła twarz na jego piersi i opowiedziała mu o wszystkim, co się wydarzyło. Wspominając śmierć synka, głośno płakała.
- Tak mi przykro, Alku, bo zawiodłam twoje nadzieje. - szlochała.- Chciałeś syna.
- Nie wolno ci się o cokolwiek obwiniać. To cud, że przeżyłaś ten poród! Nie umiałem pogodzić się z myślą, że możesz przepłacić życiem narodziny naszego dziecka. Ta myśl przez długie miesiące była dla mnie torturą. Kiedy wyjechałaś, a z Krakowa nie nadchodziła żadna wiadomość, byłem bliski obłędu. Dopiero Orlewicz dał mi znać, że żyjesz i urodziłaś szczęśliwie dziecko. Wstyd się przyznać, ale wtedy upiłem się z radości! Więc mamy córeczkę? Jak ona wygląda, ma twoje oczy? Jakie ma włoski i do kogo jest podobna? Całe życie pragnąłem dziecka i ogromnie cieszę się z naszej córeczki. Opowiedz mi o niej!
Jeszcze nigdy w życiu Nina nie czuła się tak upokorzona i nieszczęśliwa. Aleks chciał wiedzieć o dziecku wszystko. Każde jego pytanie było ciosem w serce. Musiała kłamać, bo wcale nie wiedziała, jakiego koloru były oczy córki. Nie mogła mu przecież powiedzieć, że mała jest obrzydliwie łysa i nie podobna do nikogo.
- Oczy? - udała, że się zastanawia, cierpnąc pod jego uważnym wzrokiem. - Wiesz, ona jeszcze jest malutka, a dzieciom zmienia się kolor oczu. Na razie włosków ma niewiele, ale myślę, że będą jasne, po tobie. Widzisz, ona jest wcześniakiem i trzeba na nią ogromnie uważać, strzec przed przeziębieniem. Na szczęście pani Piotrowska wystarała się o idealną mamkę, która dziecko uwielbia. Martwiłam się, bo przecież nie mogłam małej zabrać z sobą i dopiero Binia wybawiła mnie z kłopotu.
- Nino, przecież ja ciebie prosiłem, żebyś pozostała za granicą. - przypomniał, ściągając brwi.
Przez rozbite kulą okna wpływało do wnętrza karety świeże, poranne powietrze. Ale ciągle jeszcze czuć było zapach prochu.
- Alek, nie myślałeś tego poważnie!
- Owszem, jak najpoważniej. Miałem nadzieję, że pozostaniesz z dala od tego piekła.
Nina była tak zakłopotana jego dociekliwymi pytaniami o dziecko, że nawet nie zwróciła uwagi na szczególny ton, jakim je zadawał. Mogło się wydawać, że czegoś od niej oczekiwał, jego oczy kryły błysk, którego nie potrafiła zanalizować. Ale była zbyt zajęta własnymi myślami, żeby zważać na zachowanie męża.
- Zagrażało ci śmiertelne niebezpieczeństwo, a ja nie mogłem ci pomóc. - dotknął palcem jej policzka i obrysował owal twarzy. - Nadal nie rozumiem, jak mogłem tyle czasu żyć z tym ciężarem. Czekałem na twój poród i o mało nie osiwiałem od strasznych myśli, jakie mnie nachodziły.
- Nawet profesor się zastanawiał, jak zdołałam przeżyć ten koszmar. - zaśmiała się swobodnie, daleka już od wspomnień o porodowych męczarniach. Pragnąc zmienić temat, zaczęła go wypytywać o dom i rodzinę.
- Trzeba się pogodzić z faktem, że nasze majątki na wschodzie uległy doszczętnemu zniszczeniu. - powiedział, - Pewien powstaniec z partii Lewandowskiego mówił, że nad Bugiem widział wszędzie spalone wsie i dwory.
- To Kaniówka przepadła? Szkoda mi naszego stada koni.
- Obawiam się, że po powstaniu te majątki już do nas nie wrócą.
Skinęła smutnie głową i zamilkła. Nagle poderwała się i poszukawszy torebki, wyciągnęła z niej pomiętą gazetę. Uniosła ku niemu promieniejące radością oczy.
- A może nie będzie tak źle? Kochanie, wiozę ci niewiarygodną, wspaniałą wiadomość! Nie mogłam się doczekać chwili, żeby ci o tym powiedzieć. Przeczytaj tylko ten artykuł! - podsunęła mu "Czas", wskazując palcem kolumnę z manifestem cara.
Bez większego zainteresowania rzucił okiem na artykuł i nie czytając go nawet, odłożył gazetę na kanapkę. Nie okazał ani zdumienia, ani radości, jakiej się po nim spodziewała.
- Jak to, nie czytasz? Przecież to dotyczy ciebie.- wpatrywała się w niego, niemile zawiedziona i zdumiona jego reakcją.
- To mnie nie interesuje.
Radosny uśmiech powoli znikał z jej ust.
- Alku, przecież ten manifest cara dotyczy całego kraju. Wszystkich walczących i ich rodzin. Nie rozumiesz tego?
- Czytałem go wcześniej od ciebie. Takie obwieszczenia wiszą w każdym miasteczku, a księża, sołtysi i wójtowie mają obowiązek ogłaszać treść manifestu ludności.
- Zdumiewasz mnie. Powiedziałeś to takim tonem, jakby ten manifest cię nie obchodził. - odsunęła się od niego i zmusiła się, by zachować spokój.
- Bo mnie nie obchodzi! - odrzekł obojętnie.
Ogarnął ją lodowaty chłód. Oblizała suche wargi językiem i patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie wiedziała, co ma sądzić o zachowaniu męża. Dla niej manifest był najradośniejszą nowiną od momentu wybuchu powstania.
- Alek!. - chwyciła go za rękę.- Czy mam rozumieć, że nie chcesz skorzystać z amnestii? - zapytała zmienionym głosem i zaczęła drżeć.
Powędrował spojrzeniem gdzieś przed siebie, wyglądając ze znudzoną miną przez okno. Mogłaby przysiąc, że pragnie ukryć przed nią wyraz oczu. Ale gdy odwrócił ku niej głowę, jego rysy nie odzwierciedlały żadnych uczuć, były nieprzeniknione. Wmawiała sobie, że jest to tak ważna decyzja, iż Aleks przed jej podjęciem musi sprawę dokładnie przemyśleć. Był przecież dowódcą powstańczego oddziału, odpowiedzialnym za los swych żołnierzy. Rozumiała także, że podjęcie decyzji o rozwiązaniu oddziału, będzie dla niego bardzo trudne. Mimo wszystko wierzyła, że mąż nie odrzuci tej jedynej, jakże ważnej szansy na powrót do domu - do niej! W tym momencie miłość do męża wzrosła w jej sercu aż do zapamiętania. Pragnęła przytulić jego głowę do piersi i scałować tę głęboką zmarszczkę, widoczną pomiędzy ciemnymi brwiami. Wpatrywała się w niego z mocnym biciem serca, oczekując na jego słowa. Zauważył, że ona patrzy wyczekująco. Momentalnie jego twarz przybrała zimną, stanowczą minę.
- Posłuchaj. - powiedział to szorstko, bez cienia czułości. - Nie zamierzam cię oszukiwać i łudzić próżnymi nadziejami. Dla większej części powstańców, propozycja cara jest nie do przyjęcia i nie zamierzamy z niej skorzystać!
Nagle zabrakło jej tchu, a w głowie zawirował rój złośliwych pszczół, nieznośnie brzęcząc w uszach. Przez jakiś czas słyszała tylko łomot swego serca. Poczuła, że się dusi i położyła dłoń na piersiach. Och, była taka głupia i naiwna jak gąska! Jakże mogła uwierzyć, że on się zmieni?Zaprzeczanie samemu sobie nie leżało w jego naturze. Kiedy raz podjął jakąś decyzję, nigdy jej nie zmieniał i był twardy jak kamień! Z trudem zaczerpnęła powietrza i zaczęła mówić, a raczej bełkotać, jak osoba niespełna rozumu.
- Alek! Zamierzasz zignorować to wszystko, co ci powiedziałam? - wpatrywała się w niego z rozpaczą.- Jezus!... Nie, ja nie pozwalam! Ja nie dam ci zginąć. Co ty za nonsensy wygadujesz?Nie chcesz wrócić do domu? Tak bardzo zasmakowała ci ta przeklęta wojaczka? Nie pragniesz sam wychować swojego dziecka? Alek, zastanów się... Przez miłość do mnie i do naszej córeczki. Błagam cię, zwolnij ludzi z przysięgi i wracaj, wracaj do Makowa! Nie waż się odrzucać jedynej, ostatniej szansy na normalne życie.
Zwrócił się ku niej i patrzył na nią z litością. Tego akurat uczucia wcale sobie nie życzyła. Z uporem potrząsnął głową.
- Nie mam nic więcej do powiedzenia. Wysłuchałem twego zdania i nie mam zamiaru go komentować.
To było wprost nie do wiary i Nina zaczęła się zastanawiać, czy to możliwe, żeby kilka miesięcy walki w powstaniu, pozbawiły go ludzkich uczuć.
- Nie! - krzyknęła, spazmatycznie chwytając powietrze.- Alku, musimy porozmawiać poważnie. Matko Boska, tylko mi nie mów, że wolisz zginąć, niż honorowo zakończyć walkę i wrócić do domu! Nie mów mi tego, bo zwariuję! Wiozłam tę gazetę z taką radością i nadzieją, że to już koniec naszej udręki. Byłam wprost wniebowzięta na samą myśl, że nigdy więcej nie będę musiała się bać. Bo ja się bardzo boję, Aleczku. Od początku tego przeklętego powstania zabija mnie strach. Lękam się o twoje życie, o nasz Maków. Mam przeczucie, że nie przeżyję tej masakry. Śni mi się po nocach, że zsyłają mnie na Sybir, a ciebie wieszają.
- Jestem oficerem gwardii i zostanę rozstrzelany. - poprawił ją bezlitośnie.
- Alek, nie drwij. Nie ośmielaj się szydzić z moich słów, bo jeszcze nigdy nie rozmawiałam z tobą w tak ważnej sprawie.
- Nino... - zaczął, ale nie pozwoliła mu skończyć zdania.
- Słuchaj, jeden Bóg wie, co przeżyłam, kiedy poszedłeś do lasu, pozostawiając mnie na łasce losu. Wiedziałeś, jak bardzo jestem chora.... Ale poszedłeś! Może nasz synek urodził się martwy, bo przez długie miesiące nie miałam ani chwili spokoju. Bo szalałam rozpaczy i z tęsknoty za tobą. Bo zmagałam się z najazdami wojska i ruiną majątków, kiedy ty porzuciłeś mnie dla romantycznej chimery!
Wziął głęboki oddech i usiadł na kanapce wyprostowany.
- Nino, tyle razy rozmawialiśmy na ten temat, że to staje się po prostu nudne! - oświadczył spokojnie.
- Nie, pozwól mi dokończyć. Poszedłeś do lasu, spełnić swój patriotyczny obowiązek. Rozumiem. Wróciłeś tylko po to, żeby mi powiedzieć, że musicie mieć broń. Postanowiłam ci pomóc. Jechałam do Krakowa pewna, że żywa stamtąd nie wrócę. To była ciężka droga... - umilkła i z trudem pohamowała wybuch płaczu. Po krótkiej przerwie, mówiła dalej, z coraz większym uniesieniem: - Nie możesz sobie nawet wyobrazić tych trzech dni potwornych mąk, nieludzkich tortur! Gryzłam własne palce i modliłam się nie o życie, a o śmierć! I nienawidziłam ciebie. Twojej obowiązkowości, która kazała ci iść do lasu, zamiast być przy mnie w tej okropnej godzinie, gdy ważyły się moje losy. Chciałeś mieć dziecko, więc powinieneś być świadkiem moich męczarni. Ale ciebie nie było i nie słyszałeś moich krzyków, mego wycia, nie widziałeś strumieni krwi buchających z mego ciała. Myślisz pewnie, to zwykła rzecz, każda kobieta rodzi w bólach. O nie! To nie był zwykły poród, ale walka o życie, wymyślna średniowieczna tortura. Wołałam ciebie, ale ty byłeś daleko. Jesteś dobrym patriotą, ale czy równie dobrym mężem? - przerwała zadyszana i zaraz podjęła dalej: - Te miny lekarzy... Boże, nawet dziecko domyśliłoby się, że skazali mnie na śmierć. A ja tak bardzo pragnęłam żyć! Nie było ciebie przy mnie, kiedy powiedziano mi, że nasz synek urodził się martwy. Profesor przyznał, że cudem przeżyłam. Wyzdrowiałam i kiedy przeczytałam o tej amnestii, to pragnęłam ptakiem zalecieć do Makowa, żeby ci powiedzieć, iż wkrótce będziemy razem. Omal nie umarłam z radości. Car okazał się uczciwym człowiekiem. Wypełniliście swój patriotyczny obowiązek i możecie z honorem wrócić do domu. Alku, marzę żeby znowu każdej nocy słyszeć twój oddech przy sobie. Za tę łaskę, za twoje życie, będę błogosławić cara! A ty mi mówisz, że nie zamierzasz z amnestii skorzystać?
- Najdroższa moja!...- szepnął blady jak ściana, chwytając jej obie ręce. Pomimo zewnętrznego spokoju, był równie wzburzony jak ona, tocząc z sobą wewnętrzną walkę.
Szarpnęła się wściekle, lecz nie zdołała wyrwać rąk z kurczowego uścisku.
- Nie mów do mnie tak czule! Powiedz mi, że wrócisz do domu. Tego od ciebie oczekuję!
Wzdrygnął się gwałtownie, a potem zbliżywszy twarz do jej twarzy, wyrzucił z siebie z okrutną szczerością:
- Nawet dla twego dobra, nie zrobię tego. Nigdy! - mówiąc to, patrzył jasnym, wyzywającym wzrokiem w jej oszalałe z bólu oczy.
W duchu prosiła Boga o piorun, który zamieniłby ją w garstkę nieczułego popiołu.