niedziela, 31 lipca 2016

Gorące i krwawe dni powstania. Nowi bohaterowie bitew.


31 lipca 2016 r.
Wiosną 1863 roku, sytuacja w kraju była nie tylko dziwaczna, ale i anormalna. W lasach i na polach toczyły się potyczki i bitwy. Grzmiały armaty, wybuchały 
pociski i z każdym dniem przybywało zabitych, rannych i wziętych do niewoli. 
A. Grottger Bitwa.
 Szpitale i lazarety powstańcze były przepełnione. Tymczasem w Warszawie działały dwa wrogie sobie rządy, zwalczając się bezpardonowo.    . Wielki książę Konstanty nie miał wątpliwości, że to on sprawuje legalną władzę w imieniu króla Polski i cara Rosji Aleksandra II. Rząd Narodowy uważał, iż wypowiada się jako reprezentant zniewolonego narodu polskiego. Ale Konstanty i władze powstańcze mylili się w ocenie sytuacji, ponieważ wypadki już wymknęły się spod kontroli. Co najdziwaczniejsze, oba rządy, carski i podziemny, respektowane były przez inne państwa i prowadziły grę dyplomatyczną, walcząc o uzyskanie przewagi nad przeciwnikiem.Za plecami księcia namiestnika, generał hrabia Berg składał do Petersburga tajne raporty, spodziewając się zająć w niedalekiej przyszłości miejsce Konstantego. 
 
gen. hr. Fiodor Berg.
W łonie Rządu Narodowego, toczyła się walka równie podstępna i zajadła, o stołki i stanowiska. Członkowie Rządu zajęci sporami, nie potrafili stworzyć silnej, fachowej władzy, zdolnej poderwać cały naród do walki o wolność. Po upadku dyktatury Langiewicza, śmierci Stefana Bobrowskiego i Zygmunta Padlewskiego, powstanie jakby przygasało. Na krótko pojawiali się nowi 

dowódcy, stając się żywą legendą, dopóki nie dosięgła ich śmierć lub niewola.
 W całym kraju powtarzano sobie nazwisko pułkownika Czachowskiego, którego sukcesy bojowe były już przedmiotem podziwu i otuchy rodaków. Pułkownik z lisią przebiegłością wymykał się z zastawionych pułapek i z reguły uderzał tam, gdzie się go wcale nie spodziewano. Kpiąc sobie z poszukujących go bezskutecznie dowódców rosyjskich, krążył jak wilk koło owczarni, coraz to wyrywając z kolumn rosyjskich krwawe ochłapy. Wycinał oddziały nieprzyjacielskie pod samym Radomiem, pod Stefankowem, Jeziorkiem, Jaworem Soleckim i Grabowcem, zagarniając tabory, broń, amunicję i pułkowe kasy. Zbyt mocno przyciskany, chronił się w nieprzebytą puszczę, albo uciekał w przyjazne mu Góry Świętokrzyskie.
płk. Dionizy Czachowski.
Stał się prawdziwym utrapieniem generała Uszakowa i poszukujących go pułkowników: Ernrotha, oraz Czengierego, podniesionego wkrótce do rangi generała. Zapał i bojowa sprawność Czachowskiego, jego oddanie się duszą i ciałem ojczyźnie, porywały innych do walki. W lubelskim powstała duża partia Marcina Borelowskiego "Lelewela", w augustowskim walczył Konstanty Ramotowski "Wawer". Z Galicji nieustannie napływali dobrze uzbrojeni ochotnicy. Przekraczali Wisłę i włączali się do walki. Pomimo kłótni, zawiści i nieudolnych działań Rządu Narodowego, powstanie trwało i wszystkie klasy społeczeństwa polskiego składały ojczyźnie daninę krwi.
Na niekończącej się liście poległych, znajdowały się nazwiska wielkie i małe. Z
ust do ust przekazywano sobie relacje o bohaterskim poświęceniu i odwadze.
Marcin Borelowski  "Lelewel"
 Uczniowie gimnazjum w Trzemesznie, przystąpili do oddziału Marczyńskiego i wszyscy polegli w bitwie. W Inflantach, młody hrabia Leon Plater, wyruszył wraz ze swoją partią do boju, lecz rozgromiony, dostał się w ręce wroga. Jeszcze w bitwie pod Miechowem, poległ osiemnastoletni hrabia Emanuel Moszyński, a jego serdeczny przyjaciel, dziewiętnastoletni Paweł Borejsza, wnuk słynnego Rejtana, zginął pod Małogoszczą.
Hrabia Jan Działyński, wzorowy obywatel i gorący patriota, ofiarował na rzecz powstania półtora miliona talarów, zastawiając cały swój majątek. Skazany przez władze pruskie na śmierć za działalność patriotyczną, zdołał przedostać się do partii powstańczej. W bitwie pod Ignacewem, gdzie generał Taczanowski poniósł klęskę, Działyński w ostatniej chwili objął dowództwo nad kawalerią powstańczą i zdołał uratować niedobitki oddziału. Nawet po upadku powstania, Działyński i książę Leon Sapieha, czynili nadludzkie wysiłki, opowiadając się za dalszym prowadzeniem walki.
Niespodziewanie, w Krakowie pojawił się ex dyktator Mierosławski, wprawiając Rząd Narodowy w osłupienie, próbując ponownie przechwycić władzę. W spokojnym i nieco sennym Krakowie zapanowało istne piekło! Mierosławski i przedstawiciele Rządu w Galicji wzajemnie obrzucali się obelgami, oskarżając się o zdradę. Wydzierali sobie z rąk broń zakupioną ze składek społeczeństwa i przekupywali co zdolniejszych oficerów. Ale były dyktator miał pecha. Pułkownik Mniewski, uprowadził mu sprzed nosa dużą partię i legion cudzoziemski, złożony z Włochów i Francuzów, którzy pod dowództwem włoskiego pułkownika 
 
płk. Francesco Nullo

Francesco Nullo1, mieli walczyć o wolną Polskę, ramię w ramię z Polakami. Jednakże wywiad rosyjski bardzo szybko rozszyfrował polską metodę walki i niemal każda wyprawa kończyła się niepowodzeniem. Wzdłuż całej granicy Kongresówki z Galicją i Księstwem Poznańskim, czyhały jak kot na mysz, potężne kolumny rosyjskie, rozbijając każdy oddział natychmiast po przekroczeniu granicy.
                                                                   ----------------------------------------
W tym czasie, Maków położony z dala od głównych traktów, wiodących z Kielc do Radomia, gdzie walki partyzanckie były szczególnie zacięte, wsparty o Puszczę Świętokrzyską, rzadko był niepokojony przez obie walczące strony. Czasami we wsi pokazywał się niewielki patrol kozacki lub dragoński i sprawdziwszy, że w pobliżu nie słychać o oddziałach powstańczych odjeżdżał, zabierając na pamiątkę kilka kur albo prosiaka, który niebacznie wpadł im pod rękę.
Bywało, że przybywali powstańcy. Siedzieli na mocnych, dobrych koniach i byli dobrze uzbrojeni. Pojawiali się jak duchy, rekwirowali żywność i paszę, po czym znikali w gęstwinie boru. Nikt nie wiedział, skąd przybywali i dokąd odchodzili. Twarze mieli wychudzone, a oczy przekrwione i złe. Chłopi woleli nie pytać o nic, posłusznie wręczając im chleb, gęś i wiązkę siana.
A. Gierymski. Patrol powstańcy.
 Pewnego dnia przywlokło się do pałacu kilkunastu powstańców z różnych rozbitych oddziałów. Poszukiwali partii "Kruka" lub Czachowskiego, bo już w całym kraju uważano, że to najlepszy partyzant. Zapukawszy do drzwi pałacu, tułacze stali pokornie, niepewni, jak zostaną przyjęci. Udzielenie gościny "buntownikom", dla właściciela domu często kończyło się zesłaniem, a nawet śmiercią. Przybysze byli tak wynędzniali, głodni i zdrożeni, że kobiety zapłakały nad ich losem. Pani ochmistrzyni pobiegła z płaczem do Niny pytając, czy może ich przyjąć? Uzyskawszy zgodę, umieściła przybyszów w oficynie, poleciwszy przygotować im gorącą kąpiel, a brudną, zawszoną bieliznę spalić. Znalazły się dla nich nowe mundury, czysta bielizna, a nawet buty, bo przyszli niemal boso. Wyspani, czyści i ogoleni, zaproszeni zostali na obiad. W dziarskich żołnierzach, pełnych galanterii i zapału, trudno byłoby rozpoznać niedawnych nędzarzy. Zebrane przy stole damy, wypytywały ich o nowiny z pola walki, lecz niestety nic pocieszającego nie usłyszały. Kolejne partie z entuzjazmem szły do bitwy, lecz przypadkowi i nieudolni dowódcy, marnowali poświęcenie swoich żołnierzy, gotując im los godny pożałowania.
Obok Niny, siedział mężczyzna o delikatnych dłoniach i wykwintnych manierach człowieka dobrze urodzonego. Był jeszcze młody, lecz ascetyczna twarz i gęsty zarost, dodawały mu powagi. Z pewnością był głodny, mimo to jadł powściągliwie, odpowiadając uprzejmie na jej pytania. Walczył w partii Marcina Borelowskiego "Lelewela2".rozbitej 24 kwietnia pod Józefowem.
Młody powstaniec
 - Mieliśmy połączyć się z panem generałem Jeziorańskim. - opowiadał cichym głosem, przymykając sinawe powieki. - Lecz Moskale zaatakowali nas wcześniej i nie zdążyliśmy dojść na miejsce zbiórki. Nieszczęsny generał Jeziorański, podobno przez przypadkowe niedopatrzenie, otrzymał tylko po osiem ładunków na żołnierza! - powstaniec z gorzkim grymasem pokiwał głową. - Być może pan generał nie spodobał się komuś wpływowemu, bo to dobry, waleczny dowódca. Pomimo to, udało mu się odnieść zwycięstwo. Ale moja partia została rozbita i utraciliśmy wielu ludzi. Zginął między innymi, szczególnie wartościowy człowiek, młody poeta. Poległ w boju.
- Boże, czy aby nie pan Włodzimierz Wolski? - wykrzyknęła Emilka, gorąca wielbicielka twórcy libretta opery "Halka", oraz wielu popularnych pieśni powstańczych.
- Nie, to nie był Wolski. - potrząsnął głową powstaniec. - Poległ galicyjski poeta, uwielbiany przez młodzież lwowską. Pewnie i panie śpiewają jego piosenkę: "Co tam marzyć o kochaniu".
- Jezu, Romanowski! - na twarzy Niny odmalował się wyraz wielkiego bólu i prędko zasłoniła twarz dłońmi.
- Niestety tak. Mieczysław Romanowski poległ pod Józefowem w swojej pierwszej bitwie.
- Czy to możliwe? - wyszeptała Nina, nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia, po usłyszeniu strasznej wiadomości.- Jakże można lekkomyślnie marnować takie talenty? To zbrodnia! Sami niszczymy rdzeń narodu i ktoś słusznie zauważył, że strzelamy do wroga złotymi kulami. Zastanawiam się, kto w przyszłości zastąpi tych ludzi, których bezmyślnie posyłamy na pewną śmierć? Bo przecież nie chłop, wysługujący się carowi za srebrne ruble, ponieważ nikt nie nauczył go patriotyzmu. Nie ubożuchny rzemieślnik, zaledwie wiążący koniec z końcem, czy mieszczanin zastraszony przez reżim i lękający się własnego cienia. Nie Żyd, przeważnie obcy naszym interesom, wierze i kulturze. Naturalnie, pośród tych stanów z pewnością znajdą się wartościowi ludzie, dobrzy patrioci, lecz każdy naród musi mieć koniecznie swoją elitę, przewodników duchowych. Osoby naznaczone charyzmą. W przeciwnym razie, łatwo staniemy się materiałem gotowym do wynarodowienia i to niekoniecznie przez Rosjan. Już pan Słowacki ubolewał, że jesteśmy papugą narodów i łatwo ulegamy wpływom, często bardzo szkodliwym. Ja bym to określiła bardziej drastycznie, że bezkrytycznie małpujemy inne narody, zaniedbując własną spuściznę historyczną i kulturalną. Dlaczego nie chroniliście Romanowskiego?
Mieczysław Romanowski.
 Słuchający uważnie powstańcy przyznali jej rację.
- Romanowskiego nie udało się nam zatrzymać.- rzekł jej rozmówca. Oczy miał smutne, przygasłe, a wokół ust dwie głębokie zmarszczki, znamiona goryczy i życiowych zawodów. - On po prostu rwał się do walki, mimo iż prześladowało go przeczucie śmierci. Nie wiem nawet, czy odnaleziono jego ciało, bo szukaliśmy go bezskutecznie. Może po bitwie Moskale utopili jego zwłoki w bagnie? Lecz zginął tak, jak chciał - w swojej pierwszej, jedynej bitwie!
Nina przypomniała sobie ulubiony wiersz Romanowskiego, przysłany niegdyś przez Jasia. "Ty wiesz, komu uśmiech miły, komu kwiaty na mogiły, niesie przyszły czas" Boże, odszedł wspaniały młody poeta i już nikt go nie zastąpi. Oddał życie za ideały które wyznawał. Jaka wielka, niepowetowana strata.
- Nie potrafię się pogodzić z jego śmiercią. - wyznała drżącym głosem i zagryzła wargę. - Czy wiecie państwo, że jego wiersz stał się dla mnie dramatyczną wróżbą? Już nigdy nic nie napisze. Nie żyje. Dlaczego właśnie on?
Panie pobladły i wymieniły spojrzenia pełne trwogi. Prócz panny Lutówny, która przeżyła już swoją tragedię, każda z nich zadawała sobie okropne pytanie: "Kiedy ja otrzymam podobną wiadomość?" - i myśląc o tym, czuły zimny dreszcz zgrozy.
Inny powstaniec, z długą czarną brodą, przypominający zakonnika, włączył się do rozmowy:
- Jego wiersz:"Prośba o Orła", powtarzaliśmy sobie przy obozowych ogniskach, jak modlitwę. Panie znają ten wiersz? Nie? W takim razie pozwolę sobie powtórzyć jego ostatnią część, bo wydaje mi się prorocza:
Mieczysłasw Romanowski.

Dość już tych modlitw bezczynnych do Boga.
Walk nam nie wolno dla krzyża pominąć.
Jak ptak - od Boga szablę mam na wroga.
Mnie walczyć - w walce, patrząc w słońce,
Ginąć.

- Sam wymarzył sobie biedak śmierć. - zauważyła pani Salomea. Jej subtelne rysy wyrażały ciche cierpienia. Myślała o jedynym synu.- Nino, czy zgodzisz się ze mną, że jutro należałoby zamówić mszę żałobną za duszę pana Romanowskiego?
Emilka przysłuchująca się w milczeniu rozmowie, naraz zerwała się od stołu i zasłoniwszy twarz chusteczką, wybiegła z jadalni. Mira pobiegła za nią, aby ją pocieszyć. Pani Salomea patrzyła za nimi i duże łzy kapnęły jej na czarną suknię. - Mój syn jest w partii. - wyjaśniła szeptem. - Niedawno się pobrali.
- Ja zostawiłem we Lwowie narzeczoną, czeka na mnie. - rzekł jeden z powstańców.
Naraz, jakby zerwała się w nich jakaś tama, mężczyźni zaczęli opowiadać o swoich domach i rodzinach, oczekujących na wiadomość od nich. Pokazywali fotografie, wstążki, medaliki założone na ich szyje przez kochające ręce matki, żony, siostry, czy ukochanej. Dręczeni tęsknotą, nie rezygnowali jednak z walki, bez względu na to, co im przyszłość miała przynieść. Nina przywołała w pamięci obrazy bezimiennych mogił, mijanych po drodze z Galicji, gdzieś w polu lub pośród lasu. Nikt nigdy nie dowie się, kto w nich spoczywa. Ot, powstańcza dola!
- Czy dużo partii walczy obecnie na terenie kraju?- odezwała się Nina, pragnąc rozproszyć przygnębiający nastrój, jaki zapanował przy stole.
- O, sporo! - odpowiedział młodziutki chłopiec, może nawet w jej wieku. - Na Podlasiu był duży oddział Lewandowskiego, ale został rozbity w potyczce pod Różą. W puszczy Białowieskiej walczy Jan Leliwa-Wańkowicz. Koło Warszawy są partie Jankowskiego, Oksińskiego, Wieluńskiego oraz Cieszkowskiego. Słyszeliśmy, że wybuchło powstanie na Ukrainie i wyruszył tam pan generał Różycki. Wszędzie toczą się bitwy. Na razie przegrywamy, ale to się wkrótce zmieni. - w jego głosie słychać było młodzieńczy zapał i głęboką wiarę w zwycięstwo. Ruchem głowy odrzucił do tyłu długie ciemne włosy i uśmiechnął się pogodnie.
Jego sąsiad posłał mu spojrzenie pełne zachęty.
- Nie wszędzie nas biją.- rzekł z kpiącą miną. - Generał Uszakow nie może sobie poradzić z naszym Czachowskim! - słowo "z naszym", wypowiedziane było z dumą. - Musiał wezwać na pomoc generała Radena z Piotrkowa i generała księcia Meller-Zakomelskiego z Warszawy. Nasz stary lis, będzie miał z nimi ciężką przeprawę, bo to już cała armia wali na niego.
- Boże! - Nina momentalnie zapomniała o poprzednim zmartwieniu, uświadamiając sobie niebezpieczeństwo zagrażające mężowi.
- Och, proszę się nie obawiać! - młodziutki powstaniec starał się ją pocieszyć.- Czachowski poradzi sobie z nimi. Potrafi wyprowadzić Moskali w pole i zrobić z nich głupców. Dlatego idziemy do niego.
Pani Salomea objęła go tkliwym, matczynym wzrokiem.
- Uważajcie na siebie, panowie i pamiętajcie, że gdzieś daleko, ktoś czeka na was z utęsknieniem. Wygląda waszego powrotu, jak i my wyczekujemy wiadomości od naszych bliskich. Będziemy się za was modlić.
Powstańcy zaopatrzeni w żywność i lekarstwa, wieczorem wyruszyli w dalszą drogę. Panie odprowadziły ich aż do bramy i wracały wolno do domu, rozmawiając ściszonymi głosami. Ogromnie zaniepokoiła je wiadomość, o ruszeniu prawdziwej ofensywy na pułkownika Czachowskiego. Nina zastanawiała się zatroskana, czy Aleksowi udało się połączyć z oddziałem pułkownika, przed przybyciem Rosjan.
W sypialni rozebrała się i narzuciwszy na siebie lekki peniuar, przeszła do buduaru. Z szufladki sekretarzyka z różanego drewna, wyjęła jeden z ostatnich wierszy Romanowskiego, podarowany jej na pamiątkę przez młodego powstańca. Zaświeciła świecę, usiadła na krześle i wpatrzyła się w drobne literki wiersza, przepisanego ołówkiem na skrawku papieru. Półgłosem odczytywała strofy wiersza poległego poety.

Nam dzisiaj tak w duszy, jak kiedy się wiosna
Z zimowej wyrywa niemocy.
To smutek, to żałość, to zorza radosna,
To rozpacz, jak wicher północy.
Ach, kiedyż za ciebie w bój skoczym spragnieni,
O Polsko, ty matko miłości?
I kiedyż przy huku dział, blasku płomieni,
Podniesiem okrzyki wolności?
I kiedyż uczynim swobodni oracze.
Lemiesze z pałaszy skrwawionych?
Ach, kiedyż na ziemi już nikt nie zapłacze.
Prócz rosy pól naszych zielonych?

Czytała coraz ciszej, czując w ustach gorycz, jakby się piołunu napiła. Kartka wypadła jej z palców i cicho spłynęła na dywan, a ona siedziała, nie mając siły ani płakać, ani się modlić. Piekły ją oczy, a pod powiekami czuła jakby piasek. "Ukochany! - wołała bezgłośnie, wsłuchując się w bicie zegarów, oznaczających kolejne godziny nocy. - Czy zobaczymy się jeszcze na tym świecie? A może niedługo i do mnie dotrze z daleka żałobna wiadomość, że poległeś i nigdy nie dowiem się, jak zginąłeś i gdzie spoczywa twoje ciało? Jezu Chryste, wolałabym dziś umrzeć, niż tego doczekać."

Przez szeroko otwarte okna i drzwi na taras, wpływał do pokoju upajający zapach kwiatów, cały park rozbrzmiewał namiętnymi trylami słowików. Wstające znad stawu mgły, czyniły światło księżyca podobnym do zwojów srebrzystej gazy. Wsparta łokciami o sekretarzyk, Nina wpatrywała się w drgający płomyk świecy, śledząc wzrokiem krążące nad nią ćmy. Nie mogła zasnąć aż do rana, czując w duszy rozpacz i palącą tęsknotę.
                                           ---------------------------------------
Pani Jadwiga Prendowska dotrzymała słowa. Po kilku dniach, w klasztorze bernardynek zjawił się młody człowiek i oznajmił, że polecono mu przeprowadzić ukrywające się osoby do Galicji. Po pewnym czasie, pani Jabłocka otrzymała z Krakowa kartę pocztową z pozdrowieniami od ciotki Lusi, która już wyzdrowiała. Starsza pani i Dorota odetchnęły, bo karta pisana była przez pana Jabłockiego, mającego na imię Lucjan. Pani Jabłocka zaczęła w tajemnicy starać się o przewodnika, zamierzając połączyć się z mężem.
Do Borku już przybywali kurierzy, przywożąc rozkazy i instrukcje, z których większość należało przepisać w dziesiątkach egzemplarzy i dostarczyć do walczących oddziałów. Popołudniami, wielka jadalnia zamieniała się w średniowieczne skryptorium. Przy długim stole siedziały rzędem panie i pochylone, przepisywały do późnej nocy polecenia Rządu. Starannie przepisane manifesty i odezwy, Emilka i panna Lutówna odwoziły do miast, gdzie znajdowały się podziemne władze administracyjne oraz do powstańczych oddziałów. Obie młode kobiety były teraz rzadkimi gośćmi w domu, nieustannie podróżując po całym kraju i nielegalnie zapuszczając się aż na Litwę i do Galicji.
W przeciwieństwie do Królestwa Polskiego, na Litwie chłopi masowo przystąpili do walki, pragnąc pomsty nad znienawidzonym caratem. Na tych terenach trwały ciężkie boje, a powstańcy walczyli pod rozkazami znakomitych dowódców: księdza Mackiewicza, Narbutta, Wysłoucha, Wróblewskiego, Staniewicza i innych. Całością dowodził pułkownik Zygmunt Sierakowski.
Emilka
 Emilka zazwyczaj brała na siebie najcięższe zadania, pracując niezmordowanie, a jej odwaga i zimna krew ratowały ją z niejednej niebezpiecznej przygody. Nina odniosła wrażenie, że tą pracą niemal ponad siły, młoda kobieta pragnie zagłuszyć dręczącą ją tęsknotę za mężem. U Miry obowiązek patriotyczny, nieustannie walczył o lepsze z poczuciem obowiązku. Jako nauczycielka, miała przede wszystkim zadanie, nauczania wiejskich dzieci. Za to pobierała wynagrodzenie. Gnębiona wyrzutami sumienia, oznajmiła Ninie, że rezygnuje z pensji, bo jako kurierka jest wynagradzana z kasy Rządu. Ale Nina ją wyśmiała i poradziła, by na razie zajęła się pracą, której się podjęła. Na naukę przyjdzie czas w okresie jesiennym i zimowym, kiedy wiejskie dzieci nie pasą bydła i gęsi.
Obie kurierki rozwoziły nie tylko pisma, lecz i pieniądze na żołd dla żołnierzy i oficerów oraz broń krótką i amunicję. Niezmordowanie, jak pracowite pszczoły, krążyły po kraju, wraz z tysiącami innych kobiet, przekazując przesyłki z Galicji do Warszawy, lub ze stolicy do poczt powstańczych, skąd zabierano je i rozwożono do adresatów. Emilka, znana już członkom Rządu, szybko zyskała sobie uznanie władz. Zaczęto jej powierzać coraz trudniejsze zadania wywiadowcze. Wywiązywała się z nich bez zarzutu. Nieobecność Miry i Emilki, przygnębiła Ninę, bo w czasie zimowych miesięcy, serdecznie obie pokochała. Z Mirą przeżyły wiele przygód w czasie galicyjskie podróży. Panna Lutówna była zupełnie inna od panien wychowanych w wiejskich dworach. Była stuprocentową warszawianką, na wsi wszystko ją zachwycało i dziwiło. Idealizowała chłopów, doszukując się w nich zalet, których w większości wcale nie posiadali. W ich obronie, gotowa była kruszyć kopie, kłócąc się nawet z Niną, mimo iż ją uwielbiała.
Panna Mira Lutówna.
Jako mieszczanka, obawiała się koni i krów, a widok rozczapierzonego indyka, biegnącego z gulgotem w jej stronę, przyprawiał ją o panikę. Nina nieraz pokładała się ze śmiechu, obserwując przyjaciółkę, kiedy ta, unosząc wysoko krynolinę, chroniła się w bezpiecznym miejscu przed rozwścieczonym ptakiem, wydając przeraźliwe piski. Ale w obliczu prawdziwego zagrożenia, Mira umiała się zdobyć na zdumiewającą odwagę i szybkość decyzji. Podobnie jak Emilka, całym sercem popierała powstanie, wierząc w zwycięstwo.
Po wyjeździe młodych pań, w pałacu uczyniło się cicho i smutno. Brakowało ich śmiechu i przekomarzań. Nina zajęta była gospodarstwem, pomagając zapracowanemu panu Bochniakowi. Ubrana po męsku, jeździła konno na folwarki, doglądając prac polowych, albo do puszczy, wyznaczając z leśniczym drzewa do ścięcia. Kontrolowała pracę w tartaku, młynie i w cegielni. Cegielnia była tylko jedna w całym powiecie, toteż od wczesnego ranka ciągnęły do niej sznury furmanek po wapno, cegły i inne materiały budowlane. Ludzie przybywali po nie nawet z odległych stron. Pracowała ciężko, nadzorując pracę na obu folwarkach i w Makowie. Spędziwszy większość dnia w siodle, wieczorami była tak zmęczona, że marzyła tylko o kąpieli i położeniu się do łóżka. Zaniedbywała nawet ukochaną muzykę i tylko w niedzielę siadała do fortepianu, wzbudzając swoją grą zachwyt słuchaczy. Jaga i pani Salomea zgodnie utyskiwały, że lekkomyślnie marnuje wielki talent. Nina tłumaczyła, że teraz nikt nie potrzebuje muzyki, tylko jedzenia. Po ciężkiej zimie, ludzie okradzeni ze zbiorów, toczyli rozpaczliwą walkę o przetrwanie i zapewnienie sobie pożywienia na jesień i zimę. Tego roku zbiory zapowiadały się rekordowe i Nina cieszyła się nadzieją, że jeśli Bóg pozwoli, nikomu nie zabraknie chleba.
Mignon.
Na swojej szybkiej jak wiatr Mignon, przemierzała dziesiątki wiorst, mając na oku wszystko, co się w majątku działo. Przy klaczy zawsze biegł Grot, czujny i gotowy do obrony pani. Kiedy pracowała w gabinecie przy biurku, pies leżał u jej nóg, co jakiś czas podnosząc głowę i wpatrując się w nią. Czasami przerywała sprawdzanie ksiąg gospodarczych i nadsłuchiwała. Zdawało się jej, że z dala słyszy donośne rżenie Rexa i szczęk podków ogiera, powracającego ze swoim panem z przejażdżki .
 Wsłuchiwała się w ciszę domu łudząc się, że do jej uszu dobiegnie szelest jedwabnych krynolin, śmiech kobiet, wesołe głosy mężczyzn, brzęk kryształowych kieliszków i strzelanie korków szampana. Marzyła, że usłyszy dźwięki walca, ognistego mazura i gwar gości zgromadzonych w sali balowej. Przymykała powieki, wywołując w pamięci obrazy z przeszłości. Młodziutkie panny w śnieżnych, lekkich jak mgła sukniach, płynęły w tańcu po lśniących posadzkach, podobne do białych łabędzi, w ramionach wykwintnych kawalerów w modnie skrojonych frakach. Łowiła uchem szmer rozmów, szelest wachlarzy, czuła woń paryskich perfum. Jak na jawie, słyszała serdeczny śmiech Tadeusza, cichy, dystyngowany głos cioci Tekli, pochrząkiwanie starszego pana Siekielskiego i tubalny, donośny głos pana Syrwina, przyzwyczajonego w wojsku do wydawania komend.
Bal w pałacu
 Obudzona z marzeń, rozglądała się konstatując z osłupieniem, iż uległa złudzeniu. Ciocia Tecia, pan Syrwin i stary pan Siekielski nie żyli. Koniuszy Kacper i wielu pracowników Makowa poległo. Wierny Rex zginął, a Tadeusz i Aleks walczyli gdzieś daleko i tylko ona, jak ukryty w kącie pająk, snuła nić wspomnień. W ciągu jednego roku zabrakło tylu przyjaciół i znajomych... Zginęli Władek Lasewicz i stary koniuszy Kacper, który cierpliwie uczył ją trudnej sztuki wyższej szkoły jazdy. Polegli w bitwach i na straszliwym noclegu, znani jej stajenni, lokaje i gajowi. Aleja prowadząca do pałacu była cicha i pusta, a bramy zamknięte.
Rozdrażniona wyrytymi w pamięci obrazami, wstawała od biurka i szła do okna, wpatrując się w gąszcz zielonych drzew. W tym roku tylko przyroda nie zawiodła, lecz sam dom był głuchy i jakby pozbawiony życia. Z grymasem rozczarowania ponownie powracała do pracy, biorąc do ręki pióro i pochylając się nad kolumnami cyfr, aby za moment powrócić do marzeń.
W zachodniej Europie życie toczyło się normalnym trybem. W wyzłoconych salach teatrów i oper, publiczność oklaskiwała słynnych śpiewaków i aktorów.
Rachela Felix, jako Lady Macbeth.

W Paryżu mężczyźni wprzęgali się do powozu, wiozącego wielką aktorkę dramatyczną Rachelę, obrzucając ją bukietami kwiatów i klejnotami. W nocnych lokalach, szampan lał się strumieniami, zblazowani panowie znudzeni nieróbstwem, tańczyli do białego rana, obdarzając tancerki z kabaretów futrami z soboli i brylantowymi koliami. Politycy i przemysłowcy, po spokojnie spędzonej nocy i przy obfitym śniadaniu, przeglądali prasę w poszukiwaniu informacji giełdowych, rzucając z roztargnieniem okiem na krótkie wzmianki, o beznadziejnych zmaganiach w odległej Polsce. Kwitowali je wzruszeniem ramion i obojętnym mruknięciem, że ci Polacy, doprawdy zachowują się nieznośnie, wywołując wieczne niepokoje w starej, dobrej Europie, pławiącej się w koniunkturze.
 O wiele bardziej interesujące były dywagacje na temat, który koń wygra w najbliższych wyścigach i doniosła wiadomość, że cena bawełny znowu wzrosła, po zablokowaniu przez flotę Unii, portów Południowych Stanów Ameryki Północnej, uwikłanych w wojnę z Jankesami. 
Cenny surowiec marniał na polach plantacji Południa, a fabrykanci w Lyonie, czy Manchesterze bankrutowali, wyrzucając tysiące robotników na bruk.      
Tymczasem w Królestwie Polskim, na Litwie i Ukrainie, na zieloną wiosenną darń, padali zabici i ranni, konając bez nadziei zmartwychwstania ojczyzny, za cenę ich młodego życia. Ogromne eszelony i setki kibitek, mknęły na wschód, uwożąc powstańców i ich rodziny. Płonęły miasta i wsie, na dziedzińcach twierdz i więzień, wyrastały potworne drzewa szubienic, rozlegały się salwy plutonów egzekucyjnych.

1Nullo Francesco (1826 – 1863) – Włoch, pułkownik, wraz z oddziałem garybaldczyków brał udział w powstaniu styczniowym. Poległ w bitwie pod Krzykawką.
2Borelowski Marcin (1829 – 1863) pseud. Lelewel – rzemieślnik, naczelnik wojenny woj. podlaskiego i lubelskiego.