czwartek, 14 lipca 2016

Na progu śmierci.


13 lipca 2016 r.
 Od pewnego czasu Nina czuła się bardzo źle. W dolnej części brzucha i w okolicy bioder odczuwała głuche bóle, ciągnące się ku udom. Pobladła, oczy miała podkrążone, a w snach zaczęły nawiedzać ją koszmary. Pomimo złego stanu zdrowia, nie myślała udać się do lekarza, zdając sobie sprawię, że poleci jej natychmiast pozostać w łóżku aż do czasu rozwiązania. Zajmowała z Binią dużą sypialnię i bardzo ją to krępowało, a troskliwość siostry i badawcze spojrzenia niani, doprowadzały do rozpaczy. Marzyła, by wrócić do domu i spocząć na swoim ogromnym łożu, za zasłoną jedwabnych firanek. 
Nade wszystko jednak pragnęła obecności męża, dotyku jego dłoni, pieszczoty ust i dźwięku jego głosu. Noce spędzała wpółsiedząc na łóżku, wsparta na wysoko ułożonych poduszkach. Miała duszności, obawiała się zasnąć, bo zaraz nawiedzały ją zmory. We śnie przychodziła do niej Paula, i z przerażającym uśmiechem pochylała się nad nią, jakby oczekiwała na coś, co miało wkrótce nadejść. Z upiornego snu Nina zrywała się z krzykiem, trzęsąc się ze strachu. Obudzona Binia dopytywała się, co jej dolega i tuliła ją do siebie, ocierając zroszone potem czoło i szepcząc do ucha słowa otuchy.
Nina uśmiechała się słabo i uspokajała ją zapewniając, że złe samopoczucie minie wraz ze zmianą pogody. Binia patrzyła na nią nieprzekonana, ale o nic nie pytała zauważywszy, że Nina nie lubi mówić o swoim zdrowiu. Niewyspana, dręczona obawami, Nina słaniała się po pokoju, oczekując ze strachem nadejścia nocy. Bóle w dole brzucha stopniowo się nasilały, a na bieliźnie pokazały się krwawe plamy. Nina nigdy nie była wytrzymała na ból. W dzieciństwie najmniejsze skaleczenie wzbudzało jej paniczny lęk i darła się jak opętana, na widok kropli krwi. Natomiast teraz, prawdziwe cierpienie znosiła w milczeniu, nie próbując szukać pomocy. Binia z narastającym niepokojem obserwowała jej twarz ściągniętą bólem i częste przybieranie pozycji skulonej. Niania również zwróciła na to uwagę i zatroskana, cierpliwie znosiła jej nagłe zmiany humoru.
- Kotku, na miłość boską, powiedz mi, co ci dokucza? Nie ukrywaj przed nami niczego. - błagała, patrząc na wykrzywione bólem rysy wychowanki. - Ja wezwę lekarza, dobrze?
- Ależ nic mi nie jest! - prychała Nina ze złością. - Mam zgagę i boli mnie głowa. Jestem w siódmym miesiącu ciąży i mam prawo czuć się źle.
  Bieliznę i prześcieradła poplamione krwią chowała w komodzie prosząc Boga, żeby pozwolił jej wrócić do domu i raz jeszcze zobaczyć Aleksa i Maków, choćby zaraz potem miała umrzeć. 
Obchody Wielkanocy w Krakowie.
Tego roku Wielkanoc przypadała piątego kwietnia i w całym domu wrzała gorączkowa praca. Sprzątano, myto okna i przygotowywano świąteczne przysmaki. W pokojach pachniał wosk pszczeli, a z kuchni dochodziły zapachy wanilii, gotowanej szynki i smażonych białych kiełbas. Nina była tak osłabiona, że nawet nie wychodziła z domu, a w Wielki Piątek nie poszła do kościoła, by odwiedzić Grób Pański. W Krakowie urządzano uroczystości pasyjne z przepychem i dbaniem o szczegóły męki Chrystusowej. 
 Binia wybrała się w tym celu do Katedry na Wawel, zabierając z sobą Mirę, Jagę i trzech stangretów. Wszyscy powrócili zachwyceni i bardzo wzruszeni wspaniałym widowiskiem.
Grób Chrystusa w krakowskim kościele.
  W Wielkanoc o świcie, rozdzwoniły się wszystkie dzwony w kościołach. Nina nie odważyła się pójść na Rezurekcję, tylko siedząc przy uchylonym oknie, słuchała potężnego dźwięku dzwonu Zygmunta, odzywającego się tylko w czasie wielkich uroczystości. Święconego prawie nie tknęła, czując wstręt do jedzenia. Piła tylko chciwie, aby zwalczyć pragnienie i odczuwaną gorączkę.
W drugi dzień świąt pogoda uczyniła się prawdziwie majowa. Pani Piotrowska zaproponowała wycieczkę do Tyńca. Nina zdecydowała się jechać, czując się nieco lepiej. Kareta była częściowo rozebrana przez stolarzy robiących skrytki, pojechały więc wynajętym odkrytym powozem. Damy ubrały się po wiosennemu, a Nina w nowej ciemnobłękitnej sukni z tafty i kapelusiku z błękitnymi strusimi piórami, wyglądała tak pięknie, że oglądali się za nią przechodnie. Panie zwiedzały podkrakowskie okolice, podziwiając malownicze widoki i wijącą się w meandrach Wisłę. Klasztor w Tyńcu, pozostałość dawnego wspaniałego opactwa benedyktynów, sprawiał jeszcze imponujące wrażenie. 

Widok opactwa z drugiej strony Wisły.
Niegdyś było to prawdziwe państwo w państwie, a bogactwo zakonników stało się przysłowiowe. Nawet królowie zadłużali się, zaciągając u benedyktynów pożyczki. Z klasztoru w Tyńcu ruszył do Krakowa na koronację orszak królowej Jadwigi. W tych prastarych murach szukali też schronienia żołnierze Naczelnika Kościuszki i stąd pomaszerowali do Krakowa, na uroczystą przysięgę Naczelnika, wzniecającą Insurekcję.

Mira wspomniała, że w Wielką Sobotę zaniosła pannie Pustowójtównie świąteczne przysmaki, ale już jej nie zastała, bo panna Henryka została uwolniona po złożeniu przysięgi, że więcej nie weźmie udziału w walce. Generała Langiewicza także przewieziono do więzienia na Morawach. Nina słuchała jej jednym uchem, rozpamiętując dziwny i straszny sen, jaki miała tej nocy. Przyszła do niej Paula, podeszła do łóżka i wlepiając w nią oczy powiedziała z tryumfem: - Umrzesz! - i dotknęła palcem jej brzucha. Nina zerwała się z jękiem, czując przeszywający ból i do rana nie zmrużyła już powiek, spodziewając się najgorszego.
Okolice Tyńca.
  Z Tyńca panie powracały pod wieczór. Pogoda była tak cicha i łagodna, jak to bywa w kwietniu. Zieleniły się pola, a w przejrzystym powietrzu kołowały ptaki. W mijanych gajach kwitły leśne kwiaty i śpiewały kosy. Z dala dochodził głos dzwonów bijących na Anioł Pański. Damy przeżegnały się i odmówiły krótką modlitwę za poległych pod Cecorą1. Słońce wolno schodziło ku zachodowi, rozpalając na niebie wieczorne zorze. Konie szły dosyć wolno, bo po niedawnych ulewach droga była pełna wyrw i nierówności. Blisko domu, przednie koła powozu wpadły w głęboką dziurę. Konie ponaglone batem woźnicy, szarpnęły z całej siły, aż powóz ugiął się na resorach. Wstrząs był tak silny, że wszystkie panie podskoczyły na siedzeniu. 
Nina wydała głośny okrzyk i wpiła się palcami w ramię Bini. Zbladła śmiertelnie, czując w brzuchu przeszywający ból.
- Kotuniu, co tobie? - dobiegł ją z oddali głos niani.
Poruszyła sinymi wargami, ale nie zdoła przemówić. Ręce Jagi delikatnie uniosły jej głowę, Poczuła zapach soli trzeźwiących i otworzyła oczy zamglone cierpieniem.
- Kochanie, połóż się na kanapce i podnieś nóżki, o tak! Zaraz poczujesz się lepiej.
Jak krzepiący był głos niani, jej mocne, czułe dłonie ułożyły ją troskliwie na siedzeniu. Przerażona Binia ponagliła woźnicę :
- Prędko do domu, pani hrabina zasłabła! Tylko proszę uważać, żeby znowu nie wpaść w jakąś dziurę.
Zajechali przed dom, lecz Nina nie mogła już wysiąść o własnych siłach. Gryzła dolną wargę do krwi, żeby nie krzyczeć, tymczasem ból narastał z każdą chwilą coraz straszniejszy. Z oficynki wybiegł Maciek i pochwyciwszy ją na ręce, ostrożnie wniósł do pokoju i położył na łóżku.
- Żeby to któryś z nas powoził, nie byłoby nieszczęścia! - zgrzytnął z pasją zębami. - Sakramenckie galicyjskie ścierwo!
Jaga wyprawiła go z pokoju i pośpiesznie rozebrała jęczącą Ninę, ściągając z nóg pantofelki i pończochy.
- Jezu, ja chyba umieram! - stęknęła Nina, wpijając palce w ramę łóżka.
- Nie umierasz, tylko rodzisz, koteczku. Zaraz wezwiemy lekarza i wszystko będzie dobrze. - pocieszała ją Jaga, ukradkiem ocierając łzy.
- Pani hrabina ma przedwczesny poród. - zauważyła pani Piotrowska, - Trzeba wezwać akuszerkę. Ale to nic strasznego, bo wiele młodych kobiet rodzi przedwcześnie.
Nina położyła obie dłonie na brzuchu i jęknęła głośno.
- Ja wiem, że nie będzie dobrze. - wyszeptała drżącym głosem. - Teraz rozumiem, czego obawiali się Alek i Jaś i dlaczego wzywali do mnie profesorów.
Blada i roztrzęsiona Mira stała na środku pokoju, z przerażeniem wpatrując się w przyjaciółkę. Potem skierowała się do wyjścia, nieznacznie skinąwszy na Binię. Na korytarzu poinformowała ją o zagrażającym Ninie niebezpieczeństwie.
- Koniecznie musimy postarać się o najlepszego specjalistę położnika. - w podnieceniu podniosła głos, lecz rzuciwszy okiem w stronę sypialni, natychmiast zaczęła mówić szeptem. - Jaś i profesor z Warszawy, obawiali się, że ona nie przeżyje porodu. Nikt jednak nie spodziewał się, że rozwiązanie nastąpi przed czasem. To bardzo komplikuje sprawę i tak już groźną dla jej życia.
- Matko Przenajświętsza! - Bina zrobiła się sina z przerażenia. - Jak pani wojewodzina mogła pozwolić jej na ten wyjazd? To przecież zbrodnia! - zawołała ogarnięta wściekłością. - Zaraz napiszę list do profesora, a służąca go odniesie.
Przechodząca mimo pani Piotrowska, usłyszała jej ostatnie słowa.
- Ależ droga pani, mamy dziś Wielkanoc! - przypomniała. - Profesor z pewnością będzie zajęty w domu.
- Święto?- syknęła przez zęby Binia, z groźnym błyskiem w oczach. - Nina może umrzeć, a on jest lekarzem i ma obowiązek przyjść chorej z pomocą! - pobiegła do saloniku i zaczęła pisać bilet, myląc się i robiąc kleksy ze zdenerwowania, bo drżały jej ręce. Bała się, okropnie się bała o Ninę, wiedząc z własnego doświadczenia, jak bardzo niebezpieczny dla kobiety i dziecka jest przedwczesny poród.
Przez ten czas, Jaga ani na moment nie odstępowała od łóżka Niny, krzątając się i wyjmując z komody czystą pościel. Na dnie szuflady natknęła się na kłąb zwiniętych prześcieradeł i koszul nocnych. Rozwinęła je i osłupiała, wpatrując się w płótno pokryte krwawymi plamami. Trzymając pokrwawioną bieliznę, podeszła do łóżka.
- Nina, coś ty zrobiła? - krzyknęła, wybuchając płaczem. - Dlaczego nie przyszłaś do mnie i nie powiedziałaś, że krwawisz? Może udałoby się nie dopuścić do wczesnego porodu. O Jezu Chryste, dziecko się przy mnie zmarnowało, a ja stara, ślepa baba, nic nie widziałam! Żeby mnie ta święta ziemia więcej nie nosiła, jak tobie stanie się coś złego! - szlochała.
- Cicho, nianiu. - jęknęła Nina. - Przecież ty nie zawiniłaś i nie rób sobie niepotrzebnie wyrzutów.
Ale po chwili przestała w ogóle zwracać uwagę na zawodzenie Jagi, pochłonięta dzikim bólem rozdzierającym jej łono, jak ciosy noża. To, co się z nią teraz działo, przechodziło wszelkie wyobrażenie o bólu. Wstydziła się krzyczeć, więc gryzła usta do krwi i tak mocno zaciskała palce na krawędziach łóżka, że łamała sobie paznokcie. W krótkich momentach ulgi, widziała obok siebie słodką twarzyczkę Bini, i jej kochające oczy wpatrzone w nią z miłością i współczuciem.
- Ninko, krzycz! - błagała. - Nie próbuj walczyć z bólem. Nie musisz się wstydzić, bo w domu są same kobiety. Proszę cię, siostrzyczko, krzycz!
- Nie! - wycharczała Nina. - To przecież tak bardzo nie boli. Jezu! - zawyła. - Idźcie, zostawcie mnie samą, chcę już umrzeć.
- Dziecko kochane, z pewnością pani nie umrze. - pani Piotrowska starała się ją pocieszyć, lecz robiła to nieszczerze i Nina natychmiast to wyczuła. - Stangret pojechał już do profesora, a służąca poszła po akuszerkę. Wszystko będzie dobrze. - mówiąc to, pomagała kucharce wtaszczyć do pokoju cebrzyk z gorącą wodę.
Nina chciała coś odpowiedzieć, ale przeszywający ból odrzucił jej głowę do tyłu. Wydała chrapliwy krzyk i przegryzła sobie usta nie czując, że krew spływa jej po podbródku. Miała dziwaczne wrażenie, że jest rodzącą Zosią, a jednocześnie stoi przy jej łóżku i przypatruje się męce rodzącej. Wtedy zarzekała się, że nigdy nie będzie miała dziecka, bo kobieta w połogu przypomina wyjące z bólu zwierzę. Teraz sama stała się takim zwierzęciem, ogłupiałym z męki, nieprzytomnym z niewyobrażalnego cierpienia rozrywającego kości jej bioder.
- Nie! Ja nie chcę! - krzyczała, pomiędzy jednym skurczem a drugim. - Boże, nie stójcie tak nade mną, tylko pomóżcie mi, żebym się tak nie męczyła. Ratujcie mnie!
Jaga i Binia na zmianę ocierały wilgotnymi ręcznikami jej spoconą twarz, podawały kojące zioła do picia, Mira zmieniała prześcieradła mokre od krwi. Służąca posłana po akuszerkę, powróciła sama. Kobieta zajęta była przy porodzie i obiecała przyjść za kilka godzin. Stach nie zastał profesora w domu, bo wyjechał na święta na wieś. Binia wypytawszy Stacha o profesora, bardzo zmartwiona weszła do saloniku. Siedział tam pan Piotrowski, cierpliwie znosząc krzątaninę kobiet.
- Czy mógłby mi pan polecić jakiegoś dobrego lekarza? - Binia zarumieniła się zakłopotana. - Siostra jest bardzo poważnie chora, obawiamy się o jej życie.
- Tak mi przykro. - kapitan z bezradną miną rozłożył ręce. - W takim dniu jak dziś, jedynie w szpitalu można zastać lekarza. Ale czy zechce przyjść ?
- Boże, tak strasznie się boję! - szepnęła Binia i wyszła na podwórze. Zawołała Stacha i wyjaśniła mu, gdzie ma jechać i z kim mówić. Dała mu bilet i kazała się spieszyć.
Kiedy dosiadł konia i odjechał, wsparła się o słupek ganku i zaniosła gorzkim płaczem. Lekarz nie mógł przyjść, bo miał operację. Akuszerka zjawiła się dopiero późnym wieczorem. Zbadawszy chorą, z rozczarowaniem potrząsnęła głową.
- Przecież to dopiero początek. Pani hrabina może urodzić jutro. - zawyrokowała, patrząc z zawodową obojętnością na udręczoną rodzącą.
- Aż jutro? - stęknęła Nina, zdruzgotana tym bezlitosnym wyrokiem. - Nie wytrzymam, umrę do rana.
- E, przecie to jeszcze tak bardzo nie boli. - uśmiechnęła się akuszerka.
- Chryste, to może boleć więcej? - oczy chorej rozwarły się szeroko, bo ból stawał się nie do wytrzymania.
Nie mogła zrozumieć, dlaczego ta kobieta nie chce jej pomóc. Upływały godziny, a ona cierpiała. Stękając głucho, przewracała się z boku na bok, z wysiłkiem chwytając powietrze.
- Nino, krzycz! Krzycz, ty idiotko! - rozpaczała Binia, nie mogąc już znieść widoku jej męki. - Siostrzyczko, nie udawaj zucha, każda z nas krzyczy przy porodzie.
- Nie! - stęknęła Nina i ugryzła własną rękę.
Profesor przyszedł rano. Jego mocne, owłosione ręce brutalnie obmacywały jej obnażone, zbolałe ciało. Ale ona nie czuła już wstydu, będąc jednym kłębkiem bólu. Z pogryzionych ust spływała krew ze śliną i mieszała się z potem, obficie spływającym jej z twarzy. W jej wykrzywionych okropną męką rysach, nie można się było dopatrzyć nawet śladu urody. Uniosła lekko głowę i popatrzyła na lekarza przekrwionymi oczami.
- Proszę mi dać truciznę. - szepnęła. - Przecież ja wiem, że umrę. Nie chcę się dalej męczyć.
Profesor rzucił jej spod krzaczastych brwi ostre spojrzenie.
- Jestem tu, żeby panią ratować, a nie zabijać. - mruknął i nacisnął jej zbolały brzuch.
Zawyła, a prześcieradło poczerwieniało od buchającej z niej krwi. Jaga upadła na kolana i skuliła się, zatykając uszy, aby nie słyszeć jej spazmatycznych krzyków. Mira zemdlała i trzeba ją było wynieść z sypialni. Jedna Binia trwała niestrudzenie, wpół żywa ze zmęczenia, wyczerpana, lecz pełna energii i głębokiej wiary, że Nina mimo wszystko przeżyje. Nawet akuszerka odeszła, przekonana, że rodząca umrze.
- Panie profesorze, czy jest nadzieja, że siostra urodzi? - spytała półgłosem Binia, wpatrując się błagalnie w lekarza.
- Dopóki człowiek żyje, zawsze jest nadzieja. - odburknął i podniósł się znad łóżka. - Nie ukrywam, że stan pani hrabiny jest bardzo ciężki. Ciąża od początku była ryzykowna, bo pani hrabina ma wadliwą budowę miednicy. Dlatego poród jest tak długi i ciężki. Dziecko może być źle ułożone. Zrobię wszystko, żeby matka i dziecko przeżyli. Ale potrzebuję jeszcze jednego lekarza, bo ja mam dodatkowe zajęcia. Proszę posłać do szpitala z tą kartką i niech ktoś wstąpi do apteki i wykupi lekarstwa. - podał Bini kartkę zapisaną ołówkiem.
- Czy dziecko żyje? -
- Jak dotąd żyje, ale puls jest słaby, zaledwie wyczuwalny. Jeżeli poród się przedłuży, nie ręczę za jego życie.
- Proszę w takim razie, za wszelką cenę ratować życie mojej siostry. - Binia zakręciła się i szeleszcząc krynoliną pośpiesznie wybiegła z sypialni.
Nina już zupełnie nie zwracała uwagi na to, co się koło niej dzieje. Nie bała się śmierci, raczej wyczekiwała jej, jak wybawienia od bólu i upragnionej ciszy. Ale śmierć nie chciała nadejść, a bóle nie słabły. Zrezygnowała z dumy i w miarę upływu czasu, jęczała, potem krzyczała i wyła, wrzeszczała aż do ochrypnięcia. Głośno wzywała męża wierząc, że gdyby tylko ujął ją za rękę, ból zniknąłby bez śladu. Potem w przebłysku świadomości uzmysłowiła sobie, że Aleks jest daleko i przestała go wołać i myśleć o nim z miłością. Był sprawcą jej tortur, bo zapragnął dziecka, które teraz odbiera jej życie. Miał doświadczenie i z pewnością wiedział, jak ustrzec ją przed niepożądaną ciążą. Ale dla własnych egoistycznych celów, naraził ją na śmiertelne niebezpieczeństwo. Od początku musiał wiedzieć, że coś zagraża jej życiu, bo stale nalegał, żeby rodziła w mieście pod opieką specjalistów. Przypomniała sobie spojrzenia Jasia, uważne, ciepłe i zatroskane. On również zdawał sobie sprawę z nieuchronności jej śmierci! Wszyscy o tym wiedzieli, oprócz niej. A kiedy teraz umiera, mąż jest daleko, chociaż to dla niego naraziła życie, wybierając się w tę męczącą podróż.
Umiera z dala od Makowa, ukochanego domu, i zostanie pochowana w tym obcym, odległym mieście, zamiast spoczywać w krypcie grobowej, obok cioci Teci. Pogrążając się w otchłani cierpienia, czuła do męża nienawiść. Jakże była głupia wiążąc się z mężczyzną, za którym wlokło się ponure widmo Pauli. Wijąc się w mękach, przeklinała jego czułe, namiętne pieszczoty, będące jedną z masek, jakie przybierała natura dla podtrzymania gatunku.



Maków

Z oknami wolno wstawał dzień. Drugi dzień jej potwornych cierpień. Niania i Binia co chwilę zwilżały jej popękane wargi, podając chłodną herbatę z cytryną i wycierając całe jej ciało ręcznikami zwilżonymi wodą. Czasami bóle słabły, a wtedy czuła się jak wniebowzięta. Lecz te cudowne momenty trwały krótko i bóle powracały ze wzmożoną siłą, a ona znowu wyła, wpół oszalała z męki. Miała siną, napuchniętą twarz, przekrwione oczy, a z jej ciała wciąż buchały szkarłatne strugi krwi. Binia pociągnęła za rękaw młodego lekarza, czuwającego przy łóżku.

- Panie doktorze, przecież siostra się wykrwawi na śmierć. - powiedziała z rozpaczą. - Czy doprawdy nie ma sposobu, aby powstrzymać krwotok?
Lekarz był młodym mężczyzną, krótka praktyka nie zabiła w nim jeszcze uczuć i potrafił wzruszać się cierpieniem pacjentów.
- To nie takie proste. - odparł, trąc czoło i wichrząc sobie czuprynę. - Ciągle trwa poród. Można by przykładać do brzucha lód, ale ja się obawiam skrzepów. Macie tu lód?
- Zaraz się dowiem. - Binia wyszła i obudziła kucharkę. Kobieta spała tak mocno, że trzeba było nią potrząsnąć. Wstała ziewając i poszła do kuchni.
- A jest trochę. - rzekła, zasłaniając usta, aby powstrzymać ziewnięcie. - Zara poślę kogoś do miasta i przyniesie nowy.
Lód przyniósł Ninie pewną ulgę i bóle jakby zelżały. Łudziła się, że może jej cierpienia nareszcie się skończą. Młody lekarz nie miał serca, by uświadomić jej, że powinna modlić się o bóle, bo w przeciwnym razie umrze. Binia przyniosła jej z kuchni filiżankę bulionu, ale Nina odwróciła głowę ze wstrętem.
- Już mnie nie będzie bolało? - wyszeptała, patrząc na lekarza błagalnie.
Spuścił oczy, nie mogąc znieść jej żebrzącego wzroku. W południe przyszedł profesor, obejrzał ją, zbadał puls i zmarszczył brwi. Rozpuściwszy w szklance jakiś proszek, podał jej do wypicia. Przełknęła niechętnie lekarstwo, bo bała się tego nieprzystępnego, zimnego człowieka. Bóle wkrótce powróciły, szarpiąc jej ciało na drobne kawałeczki.
Nadchodził wieczór. Na okrytym różowymi kwiatami drzewku jabłoni usiadł kos i zaniósł się godowym śpiewem. Jaga tłumiąc łkanie, osuszała ręcznikami długie włosy Niny, tak mokre z potu, jakby była po kąpieli. Obaj lekarze wyszli z pokoju, starając się nie okazywań narastającego zdenerwowania. Binia podeszła do profesora. Zwrócił ku niej złą, zaciętą twarz.
- Panie profesorze, czy nie można jej operować? - spytała łamiącym się głosem, starając się powstrzymać łzy.
- Wyobraża pani sobie, że pozwoliłbym pacjentce umrzeć, gdyby operacja była możliwa? - wybuchnął rozdrażniony. - W tym stanie nie przeżyłaby zabiegu. Ma za mało krwi i za słabe serce. Zastanawiam się, jakim cudem ona jeszcze żyje?
- Więc nic? Zupełnie nic? - Binia zamarła z przerażenia.
- W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, tylko czekać. Dziecko jeszcze żyje, ale obawiam się, że już nie zdoła się urodzić. Umrze razem z matką.
Jaga uchyliła drzwi i usłyszawszy ten wyrok, wydała przejmujący jęk. Wróciła do sypialni i runąwszy przy łóżku na kolana, wsparła głowę o stopy Niny i zaczęła się modlić, z takim żarliwym błaganiem, jak jeszcze nigdy w życiu. Nina była całym jej światem, treścią życia i jedyną, największą miłością. Pyszniła się jej pięknością i talentami. Patrzyła z dumą na jej prześliczną buzię, miękła pod spojrzeniem jej wielkich oczu, a słodki uśmiech Niny i jej brązowe loczki, wijące się na smukłym karku, rozczulały ją do łez. Teraz, widząc jak życie ucieka z jej dziecka, sama czuła, że słabnie i umiera. Bez Niny jej życie nie miałoby sensu, po prostu nie byłoby po co żyć.
Pod wieczór niebo zachmurzyło się, a powietrze przesycone było wilgocią. Nadchodziła pierwsza w tym roku burza. Zaczął padać ulewny deszcz i miotał falami wody, spływającymi po szybach. Ciemne obłoki przeciął jaskrawy wąż błyskawicy i głos gromu zaczął ciężko przetaczać się po niebie. Przed północą profesor ponownie rozpuścił w szklance wody proszek i niemal przemocą wlał lekarstwo w usta Niny. Bóle wyraźnie słabły, a ona na przemian mdlała albo zasypiała. 
Lekarze patrzyli na siebie z ponurymi minami. Kobiety nie śmiały nawet pytać o stan zdrowia chorej. Zgon jej był już tylko kwestią godzin. Profesor na zmianę z asystentem, rozcierali jej ziębnące stopy i dłonie, pobudzali masażem pracę serca, które chwilami przestawało bić. Ale bóle nie powracały i obaj lekarze spojrzeli sobie w oczy. Nadchodziła śmierć.
Nina obudziła się, słysząc bicie zegara. Była pierwsza w nocy. Jej spojrzenie padło na klęczącą przy łóżku Jagę.
 - Już nie wrócę do Makowa. - powiedziała tak cicho, że niania musiała przyłożyć ucho do jej warg.
- Wrócisz!- szepnęła niania, tłumiąc dziki krzyk rozpaczy. - Matka Najświętsza jest miłosierna i nie odbierze mi mojego ukochanego dziecka. Ona wysłucha moich próśb.
- Nianiu, błagam, nie chowajcie mnie w obcej ziemi. Zabierz moje ciało do domu, a jakby nie można było inaczej, weź tylko moje serce. Chcę spocząć w kaplicy grobowej.
Jaga zamierzała zaprotestować, ale spostrzegła, że chora usnęła.
Przeraźliwa jasność błyskawicy obudziła Ninę. Drgnęła i rozejrzała się po pokoju. Za oknami było ciemno, lecz już zbliżał się świt i na ogrodowych drzewach rozświergotały się ptaki. Obaj lekarze drzemali, wyciągnięci w fotelach i głośno chrapali. Binia siedziała na podłodze, z głową wspartą o krawędź łóżka. Jaga klęczała, obejmując stopy chorej. Bóle zupełnie ustały i wielki ciężar przesunął się w dół brzucha. Nina mogła swobodniej oddychać, choć serce jej biło bardzo słabo. "Wszyscy śpią, a ja umieram. - pomyślała bez żalu. - Niedługo cieszyłam się życiem. Boże, pozwól choć mojej duszy powrócić do Makowa." Nie lękała się śmierci, lecz nawrotu bólów. Myśli powoli odpływały, jak fale wody pod wpływem lekkiego wiatru. Do męża nie czuła już ani nienawiści, ani miłości, stał się jej obojętny, a jego obraz zacierał się w jej pamięci. Poczuła, że leży w wilgotnej pościeli i pomyślała, że oto wykrwawia się na śmierć.
Naraz cały pokój stanął w fioletowym ogniu. Piorun strzelił w wysoką topolę stojącą w ogrodzie, a dom zatrząsł się w posadach od straszliwego huku. Odruchowo Nina podniosła głowę i spojrzała w okno. W ułamku sekundy, w jednym mgnieniu oka, dostrzegła za szybą ohydną maskę, śmiejącą się czarnymi opuchłymi wargami. " Paula przyszła po mnie!" - przemknęła jej przez głowę przerażająca myśl. Potworny, rozrywający ciało ból sprawił, że wydała z siebie przeraźliwy krzyk i usiadła na łóżku, odrzucając kołdrę. Wszystko, co dotąd wycierpiała wydało się jej błahostką, w porównaniu z tym bólem. Jej ciało wyprężyło się i wygięło, gdy z wytrzeszczonymi oczami zanosiła się krzykiem. Obaj lekarze zerwali się na równe nogi, wymieniając spojrzenia pełne zdumienia i niedowierzania.
Jaga i Binia zaczęły głośno płakać przekonane, że Nina umiera.
- Niech panie stąd natychmiast wyjdą! - rozkazał profesor i energicznie wypchnął kobiety za drzwi, zamykając je szczelnie. Stały na korytarzu płacząc, przytulone do siebie i nadsłuchiwały dochodzących z pokoju krzyków Niny i głosów obu lekarzy. W pewnej chwili jęki ucichły, a z sypialni rozległ się słaby płacz noworodka. Jaga chwyciła się za serce i uklękła, wznosząc oczy ku niebu. Bina zaczęła szlochać z radości.
- Mogą panie wejść. - profesor otworzył szeroko drzwi. Binia podbiegła do łóżka i w uniesieniu całowała ręce i czoło Niny.
- Widzisz? Już dobrze! - wołała śmiejąc się i płacząc. - Nie umrzesz! Boże, jaka w Makowie będzie radość!...
Profesor miał dziwną minę. Skinął na Jagę i szepnąwszy jej coś do ucha, podał jakiś przedmiot owinięty w ręcznik. Niania wydała stłumiony okrzyk i zasłaniając dłonią usta, wybiegła z sypialni. Młody lekarz uważnie obejrzał noworodka, badając czy dziecko ma prawidłową budowę. Noworodek cicho popiskiwał na jego rękach. Nina powoli uniosła powieki i poruszyła się lekko w obawie, że bóle pochwycą ją znowu w swoje kleszcze. Była potwornie obolała, ciężko chora, ale jej brzucha i bioder nie rozdzierały już skurcze. Zdumiona, usłyszała słaby płacz dziecka. Pomimo ogromnego wyczerpania, zalała ją fala radosnego podniecenia. Urodziła syna! Wyraźnie słyszała, jak sam profesor powiedział do asystenta: "To chłopiec". Aż trudno jej było uwierzyć, że mimo wszystko spełniły się marzenia Aleksa - miał syna. "I nie umarłam! - myślała, kierując do Boga słowa najgorętszej wdzięczności.- Alek będzie bardzo szczęśliwy. Nareszcie ma spadkobiercę."
Ale gdzieś, na samym dnie serca, tkwił jak ostry cierń, obraz potwornego widziadła ujrzanego za szybą. Zdecydowanie odrzuciła od siebie to okropne wspomnienie, tłumacząc je halucynacją, spowodowaną krańcowym osłabieniem i zażywanymi lekarstwami. Z leciutkim uśmiechem patrzyła, jak promieniejąca Binia, z największą ostrożnością, spowija dziecko w pieluszki. Noworodek skrzeczał cichym głosikiem, nie mającym w sobie nic ludzkiego - głosem mechanicznej zabawki. Nina westchnęła, kiedy do łóżka podszedł profesor i mocno uścisnął jej dłoń. Zapomniała o niedawnej niechęci i spojrzała na niego z wdzięcznością.
- A jednak nie zawiodła pani moich nadziei. - powiedział z uśmiechem.
Jego duża, mocna ręka dodawała jej otuchy.
- Mam wobec pana profesora ogromny dług do spłacenia. Dziękuję najmocniej obu panom.
- Proszę dziękować Bogu, nie mnie. Niewiele mogliśmy zrobić. Pani młodość i wola życia przemogły i zwalczyły śmierć. - rzekł szorstko, ale w jego zmęczonych oczach czaiły się wesołe iskierki. Był z niej bardzo zadowolony.
Binia owinęła maleństwo powijakami z atłasu i koronek, z wyhaftowaną jedwabiem hrabiowską koroną. Huśtając dziecko na rękach, z dumą prezentowała je lekarzom.

- Proszę pamiętać, że to wcześniak! - ostrzegł profesor. - Musi leżeć dosłownie w wacie.
Do sypialni chyłkiem powróciła Jaga, bardzo blada, z zaczerwienionymi od łez oczami. Wzięła dziecko z ramion Bini i patrzyła na jego malutką twarzyczkę wilgotnym wzrokiem. Asystent profesora, wdał się z Binią w fachową rozmowę, na temat pielęgnacji wcześniaków.
- Musicie się panie, postarać dziecku o mamkę, bo pani hrabina nie ma pokarmu. Kołyskę należy wyłożyć watą i zakryć. Dziecko musi przebywać tylko z mamką. Jest bardzo słabe i nie przeżyje żadnej choroby.
Niną ponownie targnął niepokój. Słowa lekarza uświadomiły jej, że niebezpieczeństwo wcale nie minęło, a groźba śmierci teraz zawisła nad dzieckiem. Jaga trzymając maleństwo w ramionach, nie zbliżała się do jej łóżka. Takie zachowanie niani niemile ją zdziwiło. Przyszło jej na myśl, że Jaga wyszła pośpiesznie z pokoju, nie ucałowawszy jej przedtem. To bardzo dziwne.
- Nianiu. - zaledwie poruszyła ustami, bo gardło miała mocno nadwyrężone krzykiem i bolało ją nieznośnie. - Nianiu, podaj mi mego syna. Myślę, że należy go zaraz ochrzcić. Dajcie mu imiona Aleksander Wiktor. Tak sobie życzył mój mąż.
Jaga posiniała i odruchowo cofnęła się, tuląc do siebie noworodka. Posłała profesorowi rozpaczliwie spojrzenie. Potrząsnął głową i rozłożył ręce w geście bezradności. Niania wolno podeszła do łóżka i delikatnie położyła dziecko przy piersi Niny.
- Pan Bóg dał ci córeczkę. - powiedziała głucho.
Wyciągnięte ramiona Niny opadły, a oczy zaokrągliły się ze zdumienia. Przestała się uśmiechać, czując w sercu lodowaty chłód.
- Kłamiesz! - wychrypiała suchymi wargami. - To nieprawda, ja urodziłam chłopca. Sam profesor tak powiedział. Oddajcie mi mego syna! - uniosła się na posłaniu i zaraz opadła z jękiem na poduszki.
Jaga zasłoniła twarz chusteczką i zaczęła głośno zawodzić. Binia spoglądała kolejno na nią i na Ninę, nie rozumiejąc o co chodzi. Profesor usiadł na skraju łóżka i wziął w obie ręce bezwładną dłoń Niny.
- Moje drogie dziecko. - odezwał się ojcowskim tonem. - Chcieliśmy pani zaoszczędzić cierpienia. Urodziła pani bliźnięta. Chłopiec niestety już był martwy, dziewczynka przeżyła. Mam jednak nadzieję, że uda się nam utrzymać to dziecko przy życiu.
Wyrwała mu dłoń i szklanym wzrokiem wpatrywała się w leżące przy niej dziecko. Było czerwone jak rak, bez włosów, o zdecydowanie brzydkich rysach, trzęsąca się galareta! Obserwowała piszczące stworzenie osłupiałym spojrzeniem. Jak to? Czy po to przez trzy dni męczyła się jak potępieniec, żeby na granicy śmierci wydać na świat córkę? Przecież dziewczynka nie przedłuży wygasającego rodu Klonowieckich. Wszystkie jej nadzieje i oczekiwanie Aleksa rozwiały się jak mgła. "Mój synek nie żyje! Chryste, od początku o tym wiedziałam. Miałam przeczucie, że widmo Pauli nie odejdzie z pustymi rękami. Dlaczego nie umarłam? Lepsza byłaby moja śmierć i tego nieszczęsnego stworka. Przecież nigdy nie ośmielę się pokazać jej ojcu. Jezu, co za wstyd!” Ogarnięta rozpaczą, odsunęła ze wstrętem dziecko od siebie. Brzydki noworodek zaczął znowu cichutko popłakiwać.
- Trzeba podać malutkiej trochę lekkiego rumianku. - rzekł młody lekarz. - Pewnie jest głodna. Już dzisiaj musi mieć zdrową, mocną mamkę.
- Ninko, nie pocałujesz córeczki? - spytała niepewnie Jaga.
Twarz Niny wyrażała lodowatą obojętność. W oczach miała zacięty upór.
- Zabierzcie stąd to dziecko. - powiedziała głośno i wyraźnie. - Mój syn nie żyje. Biedny Oleś. Rodząc go widziałam śmierć!
- Panie profesorze, ona majaczy! - zawołała zatrwożona Jaga. - Kociątko, o czym ty mówisz?
Profesor zbadał chorej tętno i kazał asystentowi przygotować lek na uspokojenie.
- Proszę usunąć z sypialni dziecko i pozostawić panią hrabinę samą. - polecił. - Nie należy jej denerwować, bo jest jeszcze bardzo słaba i wstrząśnięta po ciężkim porodzie. Mój asystent dziś tu pozostanie przy chorej. Przepiszę pani hrabinie coś na lepszy apetyt, bo straciła wiele krwi i musi odzyskać siły, a także laudanum na sen. Przyjdę w południe.
Napisał recepty, pożegnał się i wyszedł. Młody lekarz udał do sąsiedniego pokoju, żeby się przespać. Przy łóżku Niny uklękła Binia i łagodnie gładziła jej zmierzwione włosy. Rozumiała siostrę lepiej niż Jaga.

- Kochana moja, to wcześniak, więc nie grzeszy urodą. - Binia najwyraźniej odpowiadała na obawy nie wyrażone głośno przez Ninę. - Za kilka miesięcy twoja córeczka będzie normalnym, ślicznym dzieciątkiem, rozkoszną kruszynką. Będziesz z niej dumna. A kiedy dorośnie, stanie się taką pięknością, jak jej matka. Oby tylko przeżyła przez najbliższe tygodnie. Aleks z pewnością będzie córką uszczęśliwiony. Ona jest urocza! O, spójrz, rusza paluszkami i tak zabawnie marszczy nosek. Mój Boże, tak bym chciała mieć córeczkę, a rodzę samych synów. To przemiła dziecinka.
Nina odwróciła głowę i zasłoniła się ramieniem.
- Zabierzcie ją stąd! Nie mogę na nią patrzeć. Nie chcę jej widzieć. Mój syn nie żyje.
- Jak ty możesz tak mówić? - oburzyła się Jaga. - Przecież to twoje dziecko!
- Precz! - krzyknęła Nina i zemdlona opadła na poduszki.
------------------------------------
1Cecora - równina nad Prutem k.Jass w Rumunii. W 1620 r. klęska wojsk polskich pod wodzą hetmana Stanisława .Żółkiewskiego w bitwie z Turkami i Tatarami. Żółkiewski poniósł tam rycerską śmierć. „ Ja swoim tułowiem do ojczyzny nieprzyjacielowi drogę zawalę!“ - historyczne, ostatnie słowa hetmana.