niedziela, 10 lipca 2016

Nareszcie w Krakowie! Radosne spotkanie.


10 lipca 2016 r.
Jechali wolno brzegiem rzeki, bo pogoda była fatalna i padał deszcz ze śniegiem oraz wiał porywisty zimny wiatr. Podróżowali przez część nocy, zatrzymując się dopiero w Woli Batorskiej na nocleg. Był tam duży porządny zajazd, więc Nina postanowiła dać dłuższy odpoczynek zmęczonym ludziom i koniom. Sama gotowa była jechać do Krakowa nawet bez przystanków, lecz konie były bardzo przemęczone, a biednej Jadze tak spuchły nogi, że Nina uznała, iż niania koniecznie powinna poleżeć jeden dzień w łóżku. Na skutek zimnej kąpieli w Wiśle, Mira się rozchorowała. Kichała jak z moździerza, ucinając co jakiś czas kawał płótna, bo chusteczki już nie wystarczały.
J. Chełmoński.   Orka.
  Dopiero trzeciego dnia wyruszyli w dalszą drogę. Słota minęła i słońce świeciło już zupełnie po wiosennemu. Uchyliwszy okno w karecie, damy przyglądały się mijanym wsiom i miasteczkom, większym i zasobniejszym niż świętokrzyskie. Nie mogły się nadziwić, że napisy na szyldach i tablicach są w języku polskim. Teraz podróż nie była już tak męcząca i monotonna. Nie musieli obawiać się patroli, a w łagodnym powietrzu pachniała nagrzana słońcem ziemia. Ptaki świergotały radośnie na bezlistnych jeszcze gałęziach drzew. Od szarych pól szedł zapach poruszonej roli gotowej do siewu. Patrząca przez okno, Nina aż do bólu zatęskniła za Makowem. Jakże tam musiało już być pięknie!... Zapragnęła dosiąść Mignon i wyjechać w pole, by poczuć woń swojej ziemi, zatęskniła za widokiem ukochanych Gór Świętokrzyskich. Pragnęła przechadzać się parkowymi alejami, z idącym przy nodze Grotem, obserwując przemiany dokonujące się w przyrodzie. Pocieszała się jedynie nadzieją ujrzenia Krakowa, dawnej stolicy potężnej Rzeczypospolitej, miasta nierozerwalnie związanego z najświetniejszym okresem w dziejach narodu. Wyobrażała sobie, że zobaczy wielkie, tętniące życiem miasto i na samym wstępie spotkał ją przykry zawód.
Kraków Sukiennice w XIX wieku.
 Nad Krakowem unosiły się poranne mgły, przez które przeświecało błękitne niebo. Minęli senne rogatki i jechali wąskimi, brudnymi uliczkami, gęsto zabudowanymi brzydkimi, odrapanymi kamienicami czynszowymi, gdzie znajdowała schronienie miejska biedota. W tych obskurnych, przeważnie żydowskich ruderach, trudno było dopatrzyć się piękna. Zawiedziona Nina ze złością zatrzasnęła okno. Stach machnął batem nad grzbietami koni. Przyśpieszyły biegu i po jakimś czasie wjechali na ogromny Rynek. Kareta podskoczyła kilka razy na kocich łbach i stanęła.
Rynek krakowski w XIX wieku.
  Nina pierwsza wysiadła i rozejrzała się z ciekawością. Tak - to miejsce było właśnie takie, jak je sobie wyobrażała. Nad Rynkiem górowały strzeliste, gotyckie wieżyce kościoła Mariackiego, a skąpany w promieniach rannego słońca plac, otaczały prastare kamieniczki i magnackie pałace. Nad ich głowami, piętrzyły się spadziste dachy i zęby renesansowej attyki. Z dachu Sukiennic wykrzywiały się ku nim paszcze maszkaronów i fantastycznych gargulców.
- Spójrzcie tylko, moi kochani. - Mira, wchodząc w rolę nauczycielki, wskazała palcem piękną budowlę. - To słynny pałac "Pod Baranami", siedziba hrabiów Potockich.
Trzej stangreci dosyć pobieżnie obejrzeli budynek, nie okazując entuzjazmu.
- E, tam! Nie trza jeździć aż do Krakowa, żeby barany zobaczyć. - trzeźwo i rozsądnie stwierdził Maciek. Tomek miał niewyraźną minę i wolał się nie odzywać. Mira była rozczarowana reakcją swoich uczniów.
- Ależ chłopcy, widzicie przed sobą przepiękny pałac, w którym bywali wielcy Polacy. Naczelnik Kościuszko, książę Józef Poniatowski i inni. W tym pałacu zapadały ważne decyzje polityczne.
- A mnie najlepiej podoba się nasz Maków, a potem zamek w Kurozwękach i Chęcinach, to dopiero zamczyska! - upierał się Maciek.
- To są zamki obronne, a nie reprezentacyjne pałace. - cierpliwie tłumaczyła Mira, siąkając nos. - Jak tylko poczuję się lepiej, zaraz pokażę wam zamek królewski i inne zabytki. Oj, Boże! - posłała Ninie zbolałe spojrzenie i znowu wysiąkała nos. - Ale sobie dogodziłam .
Kraków Pałac "Pod Baranami"
  - Może to i piękne, - odezwał się Stach - ale ja bym wolał zajść do jakiejś gospody i coś przegryźć, niż gapić się na stare domy. Koniska także głodne, rzemienie żują.
Nina nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Brak egzaltacji i realizm chłopski, zawsze budził jej szacunek i zrozumienie.
- Stach ma rację. Na wszystko przyjdzie pora, teraz musimy poszukać hotelu, bo może Binia już tam czeka. - powiedziała stanowczo.
Zaczepiony mieszczanin, wskazał im ulicę Floriańską. Okazało się, że byli dosłownie o kilka kroków od hotelu. Nina pogratulowała sobie przezorności, bo hotel pękał w szwach. Miasto pełne było uciekinierów z ogarniętej powstaniem Kongresówki. Ze wszystkich stron przybywali ziemianie, wypłoszeni widmem chłopskiego buntu i żołnierze z rozbitych oddziałów powstańczych.
W krakowskich hotelach miały swoje przedstawicielstwa państwa Europy zachodniej, obserwujące teatr wojny. Tu także mieli siedziby dziennikarze gazet zagranicznych, węszący za sensacyjnymi wiadomościami. Nareszcie, w każdym hotelu przebywali agenci tajnej policji carskiej, śledzący uważnie poczynania delegatów Rządu Narodowego.
Brama hotelu "Pod Różą" w XIX w.
Hotel "Pod Różą" ( celowo wprowadziłam obecną nazwę. W roku 1863 hotel nosił nazwę 'Hotel de Russe') znajdował się w pięknej starej kamienicy, owianej legendami. Wielką sień szczelnie wypełniał wielojęzyczny tłum, szturmujący spoconego i zasapanego hotelarza. Na widok wchodzących nowych gości, właściciel hotelu rozłożył bezradnie ręce.
- Ogromnie mi przykro, ale nie mam już wolnych pokoi i miejsc w stajni. - uprzedził.
- Nie otrzymał pan mojej depeszy? - zdziwiła się Nina, niemile zaskoczona. Ujrzawszy jej wizytówkę, hotelarz wypogodził twarz zawodowym uśmiechem.
- Najmocniej przepraszam, jaśnie pani hrabino. - powiedział, składając jej ukłon.- Oczywiście, pokoje są już przygotowane na pani przyjęcie. W stajniach jest miejsce dla koni. Chłopak zaraz wskaże drogę. Czy można wziąć kufry?
- Tak, dziękuję. - Nina sprawdziła jeszcze, czy stangreci otrzymali wygodny pokój . - Może zechce pan sprawdzić, czy przyjechała już pani Bibianna Świerczyńska ze Świerszczyn w Księstwie Poznańskim? Miała zamówiony apartament obok mojego.
- Natychmiast zobaczę. Trudno spamiętać wszystkich gości. - hotelarz otworzył wielką księgę i twierdząco skinął głową. - Owszem, dama przyjechała wczoraj wieczorem. Wicek, masz tu klucze i zaprowadź jaśnie panie do numerów.
Nina aż zarumieniała się z radości, nie mogąc doczekać się chwili spotkania z Binią.
- Nianiu, Miruniu, rozgoście się w pokojach, a ja pójdę przywitać się z Binią. Potem do was razem przyjdziemy. Nianiu, zamów śniadanie do pokoju.
Unosząc oburącz ciężką krynolinę, weszła na pierwsze piętro i zapukała niecierpliwie w masywne drzwi.
- Kto tam? - spytał cienki kobiecy głos i w uchylonych drzwiach ukazała się pyzata buzia młodej pokojówki.
- Pani Świerczyńska u siebie?
- Jaśnie pani zmęczona, odpoczywa i nikogo nie przyjmuje. - służąca zmierzyła ją nieufnym wzrokiem i zamierzała zamknąć jej drzwi przed nosem.
- Odsuń się, mnie przyjmie . - Nina energicznie odepchnęła dziewczynę i weszła. - Biniu!!
W odpowiedzi rozległ się przeraźliwy, radosny pisk i z drugiego pokoju wybiegła Binia, w papilotach na włosach i jedwabnym szlafroczku, widocznie niedawno wstała z łóżka. Przez moment wpatrywała się w Ninę szeroko otwartymi oczami i naraz z głośnym płaczem rzuciła się jej w ramiona.
- Ninka! O Jezu, siostrzyczko najmilsza! Wprost nie do wiary, jeszcze wypiękniałaś! Daj, niech cię ucałuję. Moja najmilsza, tak się za tobą stęskniłam. Boże, to naprawdę ty? - odsunęła Ninę na długość ramienia, spojrzała na nią przez łzy i znowu przytuliła ją do siebie.- Kochanie, nareszcie razem. Ach, napatrzeć się na ciebie nie mogę!
Całowały się, szlochając ze szczęścia.
- Rzeczywiście, wyglądam przepięknie z tym wystającym brzuchem! - Nina otarła łzy, nie wypuszczając Bini z objęć. - A ty, moja jedyna, zawsze jak piętnastoletnia panienka. Ani odrobiny powagi. - ucałowała siostrę z czułością.
Binia wcale się nie zmieniła. Dwukrotne macierzyństwo nie zdeformowało jej smukłej figurki. Niebieskie oczy śmiały się, jak dawniej figlarnie. Była tą samą uroczą, jasnowłosą panienką z Sarnik.
- Najmilsza moja! - śmiała się, jednocześnie nie przestając popłakiwać. - Nawet przy nadziei wyglądasz cudownie. Hrabia musi za tobą szaleć. Dalej przebywa w partii? Zdrowy? To kiedy się spodziewasz ? A jak u moich rodziców ? - zasypała Ninę pytaniami. - Wejdźmy do pokoju. Ach, jak to dobrze, że miałaś taki wspaniały pomysł!
Nie przestając wypytywać o wszystko na raz, wprowadziła Ninę do dużego, wygodnie urządzonego pokoju, zarzuconego częściami damskiej garderoby. Jednym ruchem zrzuciła z kanapki stos sukien, kopnęła je pod szafę i usadziwszy na niej Ninę, usiadła przy niej. Zaczęły mówić jednocześnie, zamilkły, spojrzały sobie w oczy, wybuchnęły śmiechem i znowu padły sobie w ramiona. Obie były rozdygotane i długo siedziały na kanapce mocno objęte, opłakując kilkuletnią rozłąkę.
- Najpierw mi powiedz, kiedy spodziewasz się dziecka? - Binia nadal nie mogła oderwać oczu od twarzy Niny, zachwycając się jej urodą.
- Chyba w maju. Jak wiesz, z tym nigdy nic pewnego. Przywiozłam z sobą nianię i pannę Lutównę. To taka dobra dusza, z pewnością się polubicie. Moja ty, złota, tak się cieszę, że znowu jesteśmy razem. Alek przesyła ci ucałowania. Był bardzo zadowolony, że się spotkamy i przyrzekł mi dyskrecję przed ciotką Marią. Walczy w powstaniu i bardzo rzadko się widujemy.
 Binia wyprawiła pokojówkę po owoce, a gdy zostały same, Nina szczerze wyznała w jakim celu przybyła do Krakowa. Binia wcale nie była zdziwiona, tylko westchnęła i pogładziła ją po policzku.
- Jesteś najlepszą żoną, jaką hrabia mógł sobie znaleźć, ale ta twoja impreza wcale nie jest łatwa i bezpieczna. Wiem o tym, bo wiele dam z Wielkopolski, także przewozi broń dla walczących partii. Musisz uzbroić się w cierpliwość, bo słyszałam, że w Krakowie niełatwo o broń.
Wymieniwszy pierwsze zwierzenia, przeszły do apartamentu Niny, bo Binia pragnęła przywitać się z Jagą i poznać pannę Lutównę. Po śniadaniu, Nina postanowiła wybrać się do państwa Piotrowskich i sprawdzić, czy braciszek Benon rozmawiał już z kapitanem o zakupie broni. Mira czuła się tak źle, że zaraz po posiłku położyła się do łóżka. Jaga także była zmęczona po podróży i pragnęła odpocząć. Poszły więc z Binią piechotą do Rynku, bo na samą myśl o zamkniętej karecie, Nina dostawała dreszczy.
Kraków Rynek w XIX wieku.
 - Wyobraź sobie, kochanie, - opowiadała Binia po drodze - że jechałam tu trzy dni! Te ciągłe przesiadki były koszmarne. Dym, hałas, sadze... Przyjechałam do Krakowa czarna, jak kominiarz po dniu ciężkiej pracy. Byłam zupełnie ogłuszona tym ciągłym turkotem kół. Aha, słuchaj złotko! - zatrzymała się raptownie na środku ulicy, chwytając Ninę za rękę. - Powinnyśmy chyba spać w jednym pokoju, prawda? Mamy przecież sobie tyle do opowiedzenia. Pokażę ci fotografie moich chłopców. Kazałam je zrobić specjalnie dla ciebie przed samym odjazdem. Spójrz, kochanie, co to za cudaki?
Weszły właśnie na Rynek zatłoczony barwnymi kramami. Było południe i z wieży kościoła Mariackiego rozległ się srebrny głos trąbki grającej hejnał. Stada gołębi wzleciały nad dachami domostw, spłoszone dźwiękiem dzwonów kościelnych. Jednakże okrzyk zdumienia, jaki wyrwał się Bini, spowodowany był widokiem dwóch mężczyzn w bardzo oryginalnych ubiorach. Mieli na sobie białe jedwabne koszule i czarne kamizelki, z wyszytym na piersiach dużym białym krzyżem. Szerokie szarawary wpuszczone były w miękką cholewkę wysokich butów. Czarny surdut bez kołnierza i turecki czerwony fez na głowie oraz czarno-biała chusta na szyi, dopełniały całości tego egzotycznego stroju. Sprawiali wrażenie dziwaczne i marsowe, bo za pas wetknęli pistolety, a przy boku zwieszały się im szable. Obie damy przystanęły, przypatrując się im z zainteresowaniem.
- Widocznie to jakieś poselstwo przybyłe ze Wschodu, pewnie z Turcji. - półgłosem zauważyła Binia.
Od lewej hr. Wojciech Komorowski, Francois de Rochebrune
 Stojąca w pobliżu tęga kwiaciarka w krakowskim stroju, z wiadrem pełnym żółtych żonkili, roześmiała się serdecznie.
- Oj, wielmożne panie chyba z daleka. - odezwała się poufale, z krakowska zaciągając wyrazy.- Przecie to nie obce, jeno chłopaki od Rochebruna1.Żuawy śmierci
- Doprawdy? - Nina nie spuszczała oczu pełnych podziwu, z rozmawiających spokojnie mężczyzn. - Ale dlaczego oni są tak dziwnie poubierani?
- Bo pułkownik Rochebrun to Francuz. Przyjechał gdziesik z Afryki, gdzie żołnierze tak się właśnie noszą. Przykazał poszyć naszym chłopakom takie samiutkie ubiory. Ale dla mnie, nie ma jak ułan! Talia wcięta, mundur piękny i chłopak jak malowanie. A w tych szerokich gaciach to nawet nie widać, czy on cienki, czy spasiony. Oj, poginęło tych biedaków wielu pod Miechowem i pod Skałą, a potem pod Małogoszczą i Grochowiskami. Żałoba u nas, bo to przecie kwiat młodzieży. Podziwiajcie se wielmożne panie, bo nigdzie tego nie zobaczycie. Wiadomo, Kraków! - zakończyła z dumą.
Żuawi posłyszawszy, że o nich mowa, przerwali natychmiast dyskusję i odwrócili się ku damom. Puszyli się jak dwa koguty, posyłając paniom przeciągłe spojrzenia i uśmiechy. Zarumieniły się i pośpiesznie ruszyły ku Sukiennicom, gdzie był postój fiakrów. Ze zdumieniem przypatrywały się spacerującym po Rynku mężczyznom w konfederatkach na głowach, z karabinami przewieszonymi przez ramię. Ich zawadiackie zachowanie nie robiło żadnego wrażenia na austriackich policjantach, zachowujących stoicki spokój i dobroduszną pobłażliwość.
- Jezus Maria! - przejęta Nina wydała okrzyk. - Nikt mi u nas nie uwierzy, jak powiem, że widziałam uzbrojonych przyszłych powstańców, spacerujących w jasny dzień po Rynku!
- U nas w Wielkopolsce, taki widok także jest nie do pomyślenia. Wielu młodych mężczyzn poległo, zastrzelonych przez Prusaków przy przekraczaniu granicy. Porozmawiamy jeszcze na ten temat. A gdzie mieszkają ci państwo Piotrowscy?
- Alek mi mówił, że za wawelskim wzgórzem nad samą Wisłą.
- To dosyć daleko. Boże, jakie to piękne!- westchnęła Binia, oczarowana starymi kamieniczkami otaczającymi Rynek. - Widzisz tamtą kamienicę na rogu Floriańskiej? To dom "Pod Murzynami". Niegdyś należał do rodziny Zborowskich. Czytałam, że gościli w niej królowie. Podobno król Henryk de Valois, przybył na wesele Andrzeja Zborowskiego w szatach koronacyjnych, bo właśnie tego dnia przyjmował hołd na Rynku od miasta Krakowa. Kronikarze wspominają, że nie tylko tańczył, ale poczynał sobie bardzo frywolnie z damami, budząc ogólne zgorszenie.
Kamienica "Pod Murzynami"
 - Aha, pamiętam jak nas tego uczyła nasza kochana Gosslinka. - Nina rozejrzała się po Rynku. - Spójrz, a tamta kamienica, z taka wspaniałą attyką, była miejscem zaślubin Maryny Mniszchówny z Dymitrem Samozwańcem, przyszłym carem Rosji. A ten pałac jest własnością margrabiego Wielopolskiego. Popatrz tylko jaki zadbany! Jutro pójdziemy na mszę do Katedry Wawelskiej.
Słuchająca jej uważnie Binia, naraz zrobiła wielkie oczy i mocno trąciła Ninę łokciem. Na wprost nich szedł młody, niepozorny mężczyzna, skromnie ubrany. Nosił okulary o bardzo grubych szkłach. Zamyślony, szedł z pochyloną głową i o mało nie wpadł na obie damy.
- O, najmocniej przepraszam! - wykrzyknął zażenowany.
- Nino, szybko, złóżmy mu ukłon! - szepnęła podniecona Binia.
Młody człowiek zmieszał się ogromnie i wytrzeszczył swoje krótkowzroczne oczy, zaskoczony widokiem dwóch ślicznych, strojnych w aksamity i futra dam, które dygnęły, składając mu niemal dworski rewerans. Szybko się odkłonił i czerwony z zakłopotania poszedł dalej, nawet się nie obejrzawszy.
- Biniu, kto to był? - zagadnęła półgłosem zaintrygowana Nina.
- To był pan Stefan Bobrowski, naczelnik Warszawy i członek Rządu Narodowego. - odpowiedziała przejęta spotkaniem Binia.
- Ten pan? Niemożliwe! - Nina potknęła się i przystanęła. - Co on tu robi w Krakowie? Znasz go?
- Spotkaliśmy go raz w Paryżu, na pewnym przyjęciu. Potem o jego działalności opowiadał nam pan Guttry2, który u nas czasami bywa.
Nina obejrzała się, lecz Bobrowskiego już nie było.
- Ja także wiele o nim słyszałam od Emilki, bo żona Jasia była łączniczką Rządu. Wyrażała się o nim w samych superlatywach. To wspaniała dziewczyna i Jaś idealnie trafił. Ale co on robi w Krakowie?
- Kto, Jaś?
- Nie, Bobrowski .
- Tego nie wiem. Chodźmy, Ninko, bo trafimy u tych państwa na obiad, a to przecież nie wypada.
Stefan Bobrowski
 Wsiadły do fiakra i przez ulicę Grodzką pojechały w stronę Wawelu. Stary powóz podskakiwał na bruku, a wąsaty woźnica cmokał na zmęczoną klacz i poganiał ją batem. Wyjechali z ulicy Kanoniczej i niespodziewanie wyrosła przed nimi góra zamkowa, otoczona potężnymi murami fortecznymi. Ze strzelnic wyglądały paszcze dział skierowane na miasto. W czasie Rewolucji Krakowskiej, z wawelskiego wzgórza Austriacy bombardowali dawną stolicę Polski. Tylko wspaniały renesansowy kształt zamku królewskiego i wyniosłe wieże Katedry, przypominały przechodniom, że była to niegdyś rezydencja królów przesławnej Rzeczypospolitej. Władze austriackie uczyniły z zamku królewskiego cytadelę, strzegącą ustalonego porządku.
- Czy można zwiedzić Wawel? - spytała Binia woźnicę.
- Tylko Katedrę, dalej nie puszczają, bo tu są ichne koszary. - mruknął, strzykając przez zęby brunatną śliną, gdyż nieustannie żuł tytoń.
- Jakieś święto dzisiaj, że tyle ludzi stoi pod Wawelem? - zainteresowała się Nina, widząc pod basztą twierdzy gromadzących się przechodniów. Ludzie krążyli niespokojnie i zadzierając głowy, spoglądali w okna fortalicji, inni oglądali się na stojąca w pobliżu kamienicę. Miedzy nimi stało kilku policjantów, pilnując porządku.
- Jaśnie panie to chyba nie z Krakowa. - właściciel fiakra obejrzał się na swoje pasażerki. - Przecie tu, na Wawelu, Austriaki zamkły naszego dyktatora Langiewicza.
Wawel - fortalicje.
 - Langiewicza? - obie młode kobiety wykrzyknęły te słowa niemal jednocześnie.- Na Wawelu?
- A jakże. W tej kamienicy, naprzeciwko góry zamkowej, siedzi panna, co u niego w wojsku służyła. Ten dom nazywa się Stary Telegraf. - woźnica był zdziwiony nieświadomością obu dam, bo już cały Kraków wiedział o nowej zniewadze zaborców, osadzających w twierdzy wawelskiej, jak na urągowisko, byłego dyktatora powstania generała Langiewicza i drwiąc sobie z uczuć społeczeństwa polskiego.
- To panna Pustowójtówna również aresztowana? - zmartwiła się Nina. - Mój Boże, to taka dzielna dziewczyna i wspaniała Polka. Nie pisałam ci, że ona i Langiewicz byli na początku lutego w Makowie.
- Znasz ich osobiście? O, to ja już dopilnuję, żebyś mi wszystko opowiedziała z detalami! - oświadczyła Binia.
Pałac Górków "Pod Telegrafem.'
Dom        państwa    Piotrowskich stał na odludziu, przy drodze prowadzącej do Tyńca. Budynek był prawie niewidoczny spoza wysokiego parkanu i gęstego żywopłotu, nad którym zwieszały się gałęzie drzew ogrodowych. Nina z uznaniem obejrzała dom.
- Dobrze położony, prawda, Biniu?
- Idealnie! - przyznała Binia z zapałem.
Nina kazała fiakrowi zaczekać, nie wiedząc, czy zastały pana Piotrowskiego w domu. Wysiadły i podeszły do furty. Stał za nią duży pies i kiedy Nina energicznie pociągnęła za sznur dzwonka, pies zaczął ujadać, z wściekłością rzucając się i szczerząc długie kły. Binia cofnęła się pośpiesznie. Spojrzały na siebie z popłochem, wyobrażając sobie, co by pozostało z ich pięknych krynolin, gdyby psu udało się wydostać na zewnątrz. Na odgłos dzwonka, z domu wyszła niemłoda kobieta w białym fartuszku i odciągnęła psa od furty.
- Państwo Piotrowscy w domu? - zagadnęła ją Nina. - Przyszłyśmy z wizytą. - podała kobiecie złocony bilet wizytowy, z hrabiowską koroną.
- A w domu, gdzieżby. Zara jaśnie paniom otworzę, ino zamknę tego zbója do komórki. Niechże się jaśnie panie nie bojają, ten pies "nic nie mówi "! To dobre bydlę, ino dla postrachu tak szczeka.- wyjaśniła służąca pogodnie, zamykając pieklącego się zwierzaka w drewnianej szopce.
Otworzywszy furtę, poprowadziła obie panie alejka, pomiędzy krzaczkami agrestu i porzeczek w stronę domu. Budynek był duży, jednopiętrowy, z małą oficynką i porządną wozownią. Nina pomyślała, że trudno byłoby wymarzyć sobie lepsze miejsce na kryjówkę konspiracyjną. Na ich spotkanie wyszła pani w średnim wieku, elegancko ubrana i rzuciwszy okiem na bilet, przyjęła gości nadzwyczaj uprzejmie.

- Spodziewaliśmy się przyjazdu pani hrabiny, bo wczoraj był tu braciszek Benon i uprzedził, że pani hrabina już jedzie do Krakowa. - kobieta mówiła miękkim, czeskim akcentem i wskazała im drogę do salonu. Był to jasny, ładnie umeblowany pokój z dużymi oknami wychodzącymi na ogród.
Na kanapce siedział starszy, szpakowaty mężczyzna z bujnymi bokobrodami. Odłożył czytany "Czas3" i powstał, składając damom ukłon. Nina obrzuciła go bystrym spojrzeniem i uznała, że wygląda na solidnego człowieka. Pan Piotrowski był niegdyś oficerem armii carskiej. Zdegradowany za udział w nielegalnej organizacji wojskowej i zesłany na Sybir, uciekł i długo tułał się po świecie. Na koniec osiadł w Krakowie i ożenił się z córką zamożnego czeskiego kupca. Prowadził interesy teścia i działał w konspiracji, całym sercem oddany sprawie narodowej. Aleks ufał mu całkowicie.
- Poczytujemy sobie z żoną za zaszczyt, mogąc gościć w naszym domu panią hrabinę. - oznajmił z galanterią. Po wzajemnych prezentacjach zaczął wypytywać Ninę o podróż. Siedząc obok Bini na kanapce, Nina rozglądała się dyskretnie po pokoju, pełnym egzotycznych przedmiotów, zebranych w czasie podróży po świecie.
- Nikt nie mógł przewidzieć klęski dyktatury Langiewicza. - westchnęła. - Do Galicji dotarliśmy cudem. Czy pańskim zdaniem, po upadku Langiewicza, powstanie wygaśnie? Czy w tej sytuacji, jest sens kupowania broni? - odważyła się zadać mu to pytanie, patrząc na niego z niepokojem.
- Oczywiście. Pan Langiewicz nie miał, na szczęście, wpływu na działania powstańcze w innych regionach kraju. Powstanie trwa. Udało mi się dostać dla pana hrabiego kilkanaście sztuk znakomitych sztucerów belgijskich, z transportu broni idącego z Wielkopolski. Nie mam wprost słów uznania dla ofiarności tamtejszych obywateli. - kapitan złożył ukłon Bini. - Nie licząc się z kosztami, dostarczają walczącym oddziałom doskonałą, nowoczesną odtylcową broń palną, o jaką u nas bardzo trudno. Nie zapłaciłem ani grosza, bo poczciwi poznaniacy z góry pokryli wszelkie koszta transportu. Teraz oczekuję sygnału z Tarnowa, Przemyśla, Rzeszowa i Jarosławia, bo tu, w Krakowie, znalazło się tylu chętnych do kupna broni, że musielibyśmy na nią długo czekać.
Z Tarnowa poszło do powstania 600 osób.
 - Mnie przede wszystkim zależy na czasie. - oświadczyła Nina. - W chwili obecnej, mąż więcej jest zainteresowany kupnem broni krótkiej. Pragnie mieć nowoczesne rewolwery i amunicję do nich. Potrzeba mu również amunicji do karabinów kupionych przez pana w ubiegłym roku. Przydałoby się też kilkanaście szabel dla oficerów i sztylety. Ale to pozostawiam już panu do oceny.
Pan Piotrowski skierował na nią spojrzenie bystrych, ciemnych oczu.

- Broni nigdy nie jest za wiele. Karabiny mogą leżeć ukryte, do czasu nowego transportu. - stwierdził rozsądnie. - Braciszek ma szansę zakupu kilkudziesięciu rewolwerów, ale będzie problem z przerzutem broni przez granicę.
Nina w kilku słowach wyjaśniła mu cel swojej podróży i plan przewiezienia broni w karecie i w bryczkach, prosząc o polecenie jakiegoś zaufanego majstra, który podjąłby się zrobienia skrytek. Pan Piotrowski chrząknął zakłopotany.
- Pani hrabina podjęła się przewozu broni przez granicę? A pan hrabia wyraził zgodę na takie ryzyko? - w jego oczach Nina dostrzegła błysk przerażenia.
- Mąż jest przekonany, że wyjechałam,w celu konsultacji u lekarza specjalisty, a przy sposobności, żebym doręczyła panu pieniądze na kupno broni. To wszystko. Nie przewidział klęski pod Grochowiskami i dalszych jej konsekwencji. W obecnej sytuacji, broń można przewieźć przez granicę wyłącznie fortelem.
Pan Piotrowski milczał,rozważając jej słowa.
- To prawda. - przyznał. - Ale taka impreza połączona jest ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. - zerknął wymownie na jej figurę.
- Ja sobie zdaję z tego sprawę, ale nie mam wyboru. - rzekła spokojnie. - Oddział męża jest prawie bezbronny, a wiosną ruszy ofensywa wojsk rosyjskich. - ściągnęła brwi, patrząc z lękiem na kapitana, w obawie, że może on odmówić jej pomocy. Ale pan Piotrowski z czcią ucałował jej rękę.
- Niech mi wolno będzie wyrazić podziw dla odwagi i patriotyzmu pani hrabiny. Mając takie kobiety, przetrwamy wszelkie burze. Nie rozumiem tylko, dlaczego pan hrabia potrzebuje tak pilnie broni? Przecież w ubiegłym roku zakupiłem dla niego wiele karabinów i amunicji.
Nina zadrżała i szukając odpowiednich słów, wspomniała o tragedii, jaka wydarzyła się na noclegu w chłopskiej osadzie. Wszyscy słuchali jej z najwyższą uwagą, nie przerywając nawet okrzykiem, tylko panie głośno wzdychały, a Binia wąchała sole. Dopiero kiedy skończyła mówić, słuchacze wyrazili swoje oburzenie i gniew.
Stanisław Witkiewicz  Ranny powstaniec.
- Obym się mylił. - rzekł pan Piotrowski ponuro. - Ale z tego, co widzę, mam przeświadczenie, że powstanie upadnie, zduszone rękami polskiego chłopa. Potrafili przecież utopić całą Galicję we krwi i unicestwić Rewolucję Krakowską, niosącą im wyzwolenie i swobodę. Partyzantka nie może istnieć bez pomocy miejscowej ludności. Żołnierz musi mieć miskę ciepłej strawy, kąt do spania i pewność, ze rodak nie wyda go nieprzyjacielowi. O, błędy przeszłości zemściły się na nas okrutnie. Moskale mogą sobie poszukać nowego Szeli!
Nina roześmiała się z goryczą.
- W Kongresówce niemal każda wieś ma swojego Szelę! Chłopi lubią pieniądze, a Rosjanie płacą pięć srebrnych rubli za głowę żywego, lub martwego powstańca. Są bardzo hojni, bo ileż rzeczy można za te pieniądze kupić! - przygryzła usta i umilkła.
Pani Piotrowska rozpłakała się i prędko wyszła z pokoju.
- Przepraszam, gdzie się pani hrabina zatrzymała? - zmienił temat pan Piotrowski.
- W hotelu "Pod Różą."
- A dlaczego nie u nas? Pokoje są już przygotowane. Braciszek wspomniał, że pani hrabina będzie naszym gościem.
Nina zarumieniła się zakłopotana.
- Ale ja przyjechałam z całym dworem. - tłumaczyła. - Mam przy sobie przyjaciółkę, nianię oraz trzech stangretów, a także konie i trzy pojazdy. Nawet nie śmiałabym kłopotać państwa, dlatego postanowiłam zatrzymać się w hotelu.
- Pani hrabina raczy darować, ale ja się stanowczo na to nie zgadzam! - kapitan wstał i przeszedł się po pokoju. - W każdym hotelu, gość z terenów zaboru rosyjskiego, jest dokładnie sprawdzany przez agentów policji carskiej. W tej sytuacji, nie mogę ręczyć za powodzenie całej sprawy. Bałbym się nawet przystąpić do działania, żeby nie narażać znajomych osób. Proszę zaufać memu doświadczeniu. Czy jesteście panie pewne, że nikt za wami nie jechał?
- Absolutnie pewne. - odpowiedziała Binia. - Nino, w takim razie ja pozostanę w hotelu, a ty koniecznie przenieś się do państwa.
- Ależ nie ma takiej potrzeby. - uśmiechnął się pan Piotrowski. - Dom jest duży i może wszystkich gości pomieścić. Konie i powozy także znajdą tu miejsce. Proponuję, żeby panie przenocowały w hotelu, a z samego rana przeniosły się do nas, nie pozostawiając nigdzie nowego adresu.
Nina lubiła swobodę, ale miała dużo zdrowego rozsądku i nie upierała się rozumiejąc, iż kapitan dobrze radzi. Spytała, kiedy pan Piotrowski spodziewa się zakupić broń?
- Za dwa, może trzy tygodnie, albo i miesiąc. Nie wcześniej, bo Austriacy zaczynają nas przyciskać.
- Wielki Boże! - Nina wybuchła śmiechem.- Nie mogę wprost uwierzyć w swobodę, jaką się tu cieszycie. W ciągu jednego miesiąca straciłam dwa folwarki i zanosi się na to, że do końca powstania nie zostanie mi ani jednego krowiego ogona. Nasze majątki w Hrubieszowskiem przepadły. Czuwamy po nocach, by nie dać się zaskoczyć kozakom. Codziennie płoną miasta i wsie, a tysiące ludzi traci życie lub mienie.
Pani Piotrowska powróciła do pokoju, a za nią służąca wniosła gorącą kawę, ciasta i owoce.
- Słyszeliśmy od uciekinierów, że dzieją się u was straszne rzeczy. Ale tu także mamy godzinę policyjną, a powstańców powracających do domu osadza się w więzieniach. Nie, w żadnym zaborze nie jest słodko. - powiedziała pani Piotrowska, nakrywając mały stolik do kawy białą serwetą.
Serdecznie zapraszane, panie zgodziły się zostać na obiedzie i zasiedziały się do późna, słuchając wspomnień kapitana. Pani domu zasiadła do fortepianu i grała piosenki powstańcze, nie znane jeszcze po drugiej stronie Wisły. Nina dostała od niej nuty do hymnu Ujejskiego:"W górę serca i czoła! noc się czarna odsłania" Binia żaliła się na zaostrzone rygory wobec Polaków od czasu, kiedy szefem rządu pruskiego został pan Otto von Bismarck. Pomiędzy rządami pruskim i carskim, zawarta została ugoda, zwana konwencją Alvenslebena, na mocy której, oba państwa zobowiązały się, do udzielania sobie wzajemnej pomocy, przy ściganiu przestępców politycznych, ekstradycji uchodźców i zwalczaniu partii powstańczych. Na ziemiach Księstwa Poznańskiego zapanował terror niemal tak bezwzględny, jak w zaborze carskim. Pomimo to, Wielkopolanie walczą o przetrwanie, zachowanie polskości i pomagają walczącym braciom.
- Słyszałem o tej konwencji. - rzekł pan Piotrowski, zdejmując okulary i starannie przecierając szkła. - Podobno oburzyła ona cesarza Napoleona III. Rząd Narodowy ma niełatwy orzech do zgryzienia, bo Francja uzależniła pomoc militarną od ogłoszenia pospolitego ruszenia, czyli ogólnego powstania narodowego. Są już ulotki wzywające społeczeństwo do walki. To nasza odpowiedź na zarzuty Anglików, którzy oskarżają naszą szlachtę o brak patriotyzmu.
hr. Jan Działyński
- Ależ to podłe! - wykrzyknęła Binia, podskakując na kanapce. - Czy wiecie państwo, że pan hrabia Raczyński i pan hrabia Działyński, ofiarowali na rzecz powstania miliony talarów, zaciągając długi hipoteczne na swoich majątkach? Jeśli powstanie upadnie, utracą wszystko, bo nie zdołają przecież spłacić pożyczki w terminie. Prusacy skonfiskują im majątki!
Do hotelu powróciły o zmierzchu. Jaga przywitała je wymówkami i nie dała się przebłagać nawet Bini, której także się oberwało. Nina w milczeniu przyjmowała jej oskarżenia i dopiero, gdy Jaga się wysapała, odważyła się stanąć we własnej obronie.
- Nianiu, ja nie przyjechałam tu dla rozrywki, ale po broń i amunicję. Musimy tu jakiś czas pozostać, więc należy urządzić się wygodnie. Państwo Piotrowscy zaprosili nas do siebie. Omówienie wszystkich szczegółów przeprowadzki, zabrało nam trochę czasu. Przepraszam, że martwiłaś się o nas.
Jaga popatrzyła na jej zmęczoną twarz, ociężałą figurę i złagodniała.
 - Bałam się, że przydarzyła wam się zła przygoda. Jak ty się czujesz?
- O, zupełnie dobrze. - Nina uśmiechnęła się najsłodziej, jak tylko potrafiła. Kłamała, bo od jakiegoś czasu miewała wewnętrzne bóle, do których nie przyznawała się nikomu. Miała nadzieję, że wypoczynek pomoże jej odzyskać siły.

1Francois de Rochebrune (1830 – 1870) – Francuz, od 1855 r. był guwernerem w arystokratycznej rodzinie. Po wybuchu powstania zgłosił się do szeregów i zorganizował „żuawów śmierci“. Walczył w stopniu pułkownika, potem generała. Po upadku Langiewicza, przebywał w Krakowie, gdzie przygotowywał zamach stanu w celu objęcia władzy wojskowej.(22. III) . Opuścił kraj w lipcu 1863 r. lecz powrócił ponownie, ale poróżniony z generałem Heydenreichem, wyjechał na stałe do Francji. Zginął w wojnie francusko- pruskiej.
2Aleksander Guttry - jeden z przywódców poznańskich demokratów.
3"Czas" - dziennik wydawany w Krakowie od 1848 r. organ konserwatystów, w opisywanym okresie redagowany przez L.Chrzanowskiego.