poniedziałek, 11 lipca 2016

Nieudane małźeństwo Bini i starania o broń.


11 lipca 2016 r.
 Panna Lutówna była tak mocno przeziębiona, że sama zaproponowała Ninie, żeby zamieszkała z siostrą, obawiając się ją zarazić. Wieczorem, jak niegdyś w Sarnikach, ułożyły się obie na szerokim łożu małżeńskim, a Nina po raz pierwszy od momentu wyjazdu z domu, poczuła się szczęśliwa.
- Masz inną pokojówkę. - zauważyła. - A gdzie Zuzia?
- O, wyszła już za mąż i ma córeczkę. - Binia dawnym, zapamiętanym przez Ninę ruchem, usiadła na łóżku z podkurczonymi pod siebie nogami, nakrywając się połową atłasowej kołdry. W migotliwym świetle świecy, jej drobna delikatna twarzyczka, wydawała się tak samo młodzieńcza, jak za panieńskich czasów.
Binia.
 Przez chwilę wydało się Ninie, że są jeszcze w Sarnikach. Lada moment rozlegnie się skrzypienie drewnianych schodów i na progu stanie ciotka Maria, by skarcić je za nocne rozmowy i niepotrzebne wypalanie świecy. Jednakże bolący krzyż i ociężałość ciała, przywróciły ją do rzeczywistości. Czasy pierwszej młodości bezpowrotnie minęły, a ona wkrótce zostanie matką. Binia sięgnęła do szuflady nocnego stoliczka i wyjęła safianowy portfel, przysuwając bliżej świeczkę.
- To moi chłopcy. - powiedziała, podając Ninie twarde kartoniki fotografii. - Widzisz, jaki Zygmunt już duży? Kochane dziecko, takie ciche i spokojne. Za to Aleks nie wdał się w brata, bo złośnik i ciągle krzyczy o jedzenie. - uśmiechała się z macierzyńską dumą, podając kolejne fotografie. 
Jedna z nich, grupowa, przedstawiała cała rodzinę Świerczyńskich. Siedząca  pośrodku Binia, trzymała na kolanach najmłodszego synka. W szerokiej, falbaniastej krynolinie, przypominała nieco kwoczkę z kurczęciem. Za to Edward wyraźnie się postarzał. Utył, włosy miał już przerzedzone, z głębokimi zakolami. Na jego twarzy malował się wyraz błogiego zadowolenia.
- Mam nadzieję, że i ja urodzę syna. - westchnęła Nina, dotykając brzucha. Przyjrzała się pospolitej, nieciekawej fizjonomii Świerczyńskiego.- Nie możesz go pokochać? - spytała, przysuwając się bliżej do Bini i obejmując ją ramieniem.
Młoda kobieta skuliła się, podciągając wyżej kolana.
- Nie potrafię. - odpowiedziała cicho. - Nigdy mu nie wybaczę, że w noc poślubną wykopał pomiędzy nami przepaść. Oboje kochamy nasze dzieci, ale nawet w tym nie jesteśmy zgodni. Edward życzy sobie mieć dużą rodzinę zapominając, że ja nie mam na to zdrowia. Zaproponowałam mu separację od łoża. O mało mnie wtedy nie uderzył! Oskarżył mnie przed księdzem, że jestem złą żoną i złą katoliczką, bo nie chcę wypełniać obowiązków małżeńskich. Ksiądz zagroził, że nie udzieli mi rozgrzeszenia, wobec tego przestałam się spowiadać. Edward pragnie, żebym urodziła córkę i zmusza mnie do uległości. Wyniosłam się więc z sypialni do buduaru. Wtedy zrobił mi okropna scenę krzycząc, że mam kochanka! Jezu, ja i kochanek! - Binia opowiadała o swoim życiu zwyczajnym tonem, bez cienia goryczy lub złości, jakby mówiła o kimś obcym.
"Wielki Boże, - pomyślała Nina z gniewem. - ten nędznik wyrządził jej okropną krzywdę, za którą nikt go nie ukarał." Była bliska płaczu, wyobraziwszy sobie ponurą małżeńską egzystencję Bini.
- Moja ty, najdroższa, jedyna! - zawołała, całując gładki policzek siostry. - Nienawidzę twego męża Uważam, że jest niegodziwym egoistą i wcale nie zasługuje na taką cudowną istotę, jak ty!
- Naprawdę tak myślisz? - Binia podniosła spuszczone powieki i spojrzała na nią nieśmiało. - Bo Edward powiedział, że ja jestem nienormalna. Uważasz, że nie miał racji?
 Nina gwałtownym ruchem usiadła na łóżku, wznosząc w górę zaciśnięte pięści. Miała ochotę skląć Świerczyńskiego, jak święty Michał diabła.
- Co za nędznik! - wrzasnęła, nie umiejąc pogodzić się z tak jawną niesprawiedliwością.- On sam jest nienormalny, gwałcąc w noc poślubną młodą żonę. Na twoim miejscu zamieniłabym mu życie w piekło. Ty nawet nie wiesz, nie potrafisz sobie wyobrazić, jak on strasznie ciebie skrzywdził. Okradł cię z najwspanialszych uczuć i wrażeń, jakich doznaje kobieta w ramionach ukochanego mężczyzny. - przywołała w pamięci piękną twarz Aleksa, i na wspomnienie jego zmysłowych pieszczot aż wygięła się cała, porwana dreszczem pożądania.
Binia pociągnęła noskiem i wsparła głowę o jej ramię.
- Widzisz, dla Edwarda życie zamyka się w czterech ścianach pokoju dziecinnego i kancelarii, przy obliczaniu zysków. Może to i pożyteczne cechy charakteru, ale nie w nadmiarze. Ja mam dopiero dwadzieścia lat, a on przekroczył już czterdziestkę. Jest ospały i mało aktywny. Niekiedy mam ochotę na jakąś rozrywkę, zabawę, czy sąsiedzką wizytę, ale on tłumaczy mi, jak komuś głupiemu, że wstaje o świcie i pod wieczór jest zmęczony. Naturalnie, wcale nie musi wstawać tak wcześnie, bo mamy dobrego rządcę, ale on robi mi na złość, idąc spać z kurami. Czasem mam chęć z kimś porozmawiać, pośmiać się, ale mój mąż siedzi wtedy w fotelu z otwartymi ustami i głośno chrapie! Powinien ożenić się z jakąś przywiędłą wdówką i siadywać z nią wieczorami przy piecu, ciesząc się, że kury dobrze się niosą. Och, kochanie!... - objęła Ninę za szyję i rozpłakała się zawodząco. - Wieczorami podchodzi do mnie z wymownym uśmiechem, bierze mnie za rękę i mówi: "No mateczko, czas do łóżka!" A ja wtedy żałuję, że się urodziłam. Staram się siedzieć jak najdłużej, wymyślam jakieś roboty modląc się, żeby on tymczasem zasnął. Ale przeważnie nie śpi i czeka na mnie.
- Podły, lubieżny satyr! - prychnęła wściekle Nina, mając ochotę rozbić coś na drobne kawałki. Gdyby jakimś cudem Świerczyński znalazł się w pobliżu, byłoby mu naprawdę ciepło.
- Może nie powinnam tego mówić, ale przed tobą nie chcę mieć tajemnic. - Binia uspokoiła się i spojrzała jej w oczy. - Postanowiłam zemścić się na mężu i wziąć sobie kochanka. Mieliśmy przystojnego sąsiada, który mi się podobał, a ja chyba jemu, bo często się spotykaliśmy. Pewnego dnia pojechaliśmy konno na spacer do lasu. Byłam już zdecydowana na zbliżenie, ale kiedy mnie zaczął całować i próbował rozebrać, wyobraziłam sobie, że może okazać się takim samym brutalem jak Edward, a z nim każde zbliżenie to tylko ból....Więc wyrwałam się, wskoczyłam na konia i uciekłam. Zapewne pomyślał sobie, że oszalałam, bo więcej już go nie zobaczyłam. Sprzedał majątek i wyjechał.
 Nina słuchała jej skarg z sercem przepełnionym żalem, nienawiścią i pogardą do człowieka, który złamał siostrze życie i okrutnie ją skrzywdził.
 - Złotko, zrobiłaś bardzo źle! - powiedziała stanowczo. - Przypomnij sobie rodziców. Pamiętasz, oni zawsze mieli coś sobie do powiedzenia, często się całowali i nawet w dzień zamykali w sypialni. Mam nadzieję, że nie uznasz mnie za kobietę rozpustną, kiedy ci powiem, że zbliżenie z ukochanym mężczyzną jest dla kobiety niewyobrażalną rozkoszą.
Binia oblała się rumieńcem i popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę? Więc nie są to powieściowe wymysły?
 - Nie, to prawda. Każde nasze zbliżenie z Alkiem, jest dla mnie najgłębszym przeżyciem i tego nie da się opowiedzieć. Krzyczę w jego ramionach, nie z bólu lecz z rozkoszy. W tym jest coś tak przeszywającego, że traci się świadomość. Francuzi nazywają tę chwilę małą śmiercią i mówią, że w tym momencie nawet anioły przysłaniają twarze skrzydłami, zazdroszcząc nam tego. Ty, moja biedna, obawiasz się nocy, my z Alkiem kochamy się często w dzień, bo tak bywa w każdym dobrym małżeństwie. Biniu! - wybuchnęła z pasją. - Rzuć tego łajdaka! Rozwiedź się! Och, zrób coś nareszcie dla siebie! Przyjedź z dziećmi do Makowa, wychowamy je razem.
Binia spojrzała na nią wilgotnymi od łez oczami i smutnie potrząsnęła głową.
- On mi nie odda dzieci, a ja bez moich synów nie odejdę. Natychmiast zerwałabym wszystkie więzy, ale muszę myśleć o przyszłości dzieci. Boże, nie mogę się stamtąd wyrwać! - wykrzyknęła i upadła twarzą na poduszki.
Nina pobladła ze złości i serdecznego współczucia.
- Najmilsza, wybacz, że wyrażę się wulgarnie, ale mam wielką ochotę pojechać do Świerszczyn i osobiście wygrzmocić po pysku twojego małżonka! - syknęła z wściekłością.
Już świt bielił ściany pokoju, a one jeszcze szeptały, zwierzając się sobie z najbardziej intymnych doznań, o jakich nigdy nie wspomniałyby przy konfesjonale. Na koniec zasnęły uszczęśliwione, że znowu są razem. Obudziło je bicie dzwonów w kościele Mariackim i pukanie do drzwi. Pokojówka przyniosła na tacy świeżo parzoną kawę ze śmietanką, maślane rogaliki, wędlinę i kilka gatunków sera. Jeszcze w peniuarach narzuconych na nocne koszule, usiadły na szerokim marmurowym parapecie okiennym i popijając kawę, obserwowały uliczny ruch na ulicy Floriańskiej. Od Bramy Floriańskiej ciągnęły gromady odświętnie ubranych mieszczan, idących do kościoła Najświętszej Panny Marii, na niedzielne nabożeństwo. Dzień był prawdziwie wiosenny i od rana świeciło słońce. Właśnie od strony kościoła nadchodził oddział żuawów śmierci, wracających po mszy do koszar. Szli równym, elastycznym krokiem i przed samym hotelem, z ust chłopców wyrwała się wesoła, żołnierska piosenka:
Nie masz to wiary, jak w naszym znaku
Na bakier fezy, do góry wąs!
Śmiech i manierek brzęk na biwaku,
A w bój się idzie, jak gdyby w pląs!
Lecz gdy bój zawrze, to nie na żarty.
Miecz lub karabin do ręki bierzem.
Bo Polak w boju zawsze uparty,
Staje od razu starym żołnierzem.
Marsz, marsz żuawy, na bój na krwawy.
Święty, a prawy, marsz żuawy, marsz 1!
Rekonstrukcja oddziału żuawów śmierci.
 - Jak oni ślicznie śpiewają. - Binia wychyliła się z okna, podziwiając marsowy oddział.- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś Aleksa, od razu poczułaś gwałtowny wybuch namiętności? Mam na myśli ten dzień, kiedy się w nim zakochałaś.
- O Boże, tak! Wydawało mi się, że płonę i wiedziałam, że to mężczyzna, który jest mi przeznaczony. Byłam tego pewna.
Młodzi żołnierze dostrzegli w oknie hotelu dwie śliczne damy, przypatrujące się im z ciekawością. Nie namyślając się, zaczęli przykładać dłonie do serca, posyłając paniom uśmiechy i całusy. Zarumienione i roześmiane, poczuły się znowu wesołymi panienkami, skorymi do flirtów i kokieterii. Nina zeskoczyła z parapetu, wyjęła z wazonu czerwoną różę i figlarnie rzuciła ją wiarusowi, prowadzącemu oddział. Nie zwalniając marszu, pochwycił kwiat i przycisnął go do ust.
- Jezus Maria, chyba padnę trupem! - usłyszały raptem za sobą, drżący z oburzenia głos niani. - Jak wam nie wstyd? Matki dzieciom, mężatki i suszą zęby do żołnierzy! Precz mi z tego okna! Ubierajcie się, bo czas do kościoła. Bezwstydnice! W samych peniuarach wylegują się w oknie i flirtują. No, już ja was dziś przypilnuję!
Miała taką srogą minę, że obie grzesznice na serio zlękły się, iż Jaga złapie trzepaczkę i przypomni im dziecinne lata. Spojrzały na siebie z popłochem, posłusznie zeskoczyły z okna i zaczęły się ubierać, nie pisnąwszy nawet słówka.
- Paskudnice! - grzmiała Jaga, bynajmniej nie ułagodzona ich pokorą. - Wpół nagie wywieszają się z okna, jakby wstydu nie miały. Dzięki Bogu, że jeszcze dziś się stąd wyprowadzamy, bo nie śmiałabym ludziom patrzeć w oczy. Niedługo zaczną was palcami wytykać. Doczekałam się na stare lata! - rozwścieczona niania ujęła się pod boki, mierząc winowajczynie szparkami zmrużonych oczu.
- Ależ nianiu, przecież my wcale... - zaczęła Nina, chcąc się usprawiedliwić, ale Jaga nie pozwoliła jej dokończyć zdania.
- Nie dyskutuj ze mną! - powiedziała surowo. - Zastanowię się, czy nie powiadomić o twoim zachowaniu pana hrabiego. O, z pewnością nie będzie zachwycony manierami żony. - otworzyła drzwi i zawołała pokojówkę. - Broniu, uczesz swoją panią. Nina, siadaj, splotę ci warkocze. Uff, co ja z wami mam!...Samo utrapienie.
 Obie młode kobiety wykonały bez protestów jej polecenia. Binia zerkała na Jagę z nieudawanym strachem, poddając się potulnie jej tyranii. Ale w oczach Niny zapaliły się iskierki znamionujące bunt. Gotowa już była wierzgnąć, jak źrebak, ale na razie milczała, czekając cierpliwie aż niania się wysapie. Mira źle się czuła i postanowiła przed południem poleżeć. Jaga postanowiła iść na sumę do kościoła Mariackiego. Kiedy wszystkie były już ubrane, niania wyprostowała się z godnością i oznajmiła:
- Mam nadzieję, że nie zrobicie mi wstydu po raz drugi. A teraz proszę: idziemy do kościoła Najświętszej Panny Marii!
Tym razem Nina już nie wytrzymała.
- Nianiu, postanowiłyśmy z Binią zwiedzić Katedrę wawelską. Jeżeli masz ochotę, chodź z nami. A tak na marginesie: zwracam ci uwagę, że obie dawno już wyrosłyśmy z krótkich majtek i jesteśmy dorosłe. Odpowiadamy za swoje czyny.
Wystraszona Binia otwarła usta, a Jaga zaczęła sapać, jak bizon gotujący się do ataku.
- Nino, idziemy wszystkie do kościoła Mariackiego! - powtórzyła, patrząc na swoją wychowankę wzrokiem, jakim patrzyłaby na parszywą owieczkę.
- Ależ proszę bardzo, idź! - uprzejmie zgodziła się Nina. - My pójdziemy do Katedry. Jak wrócimy, chcę żeby wszystko było przygotowane do przeprowadzki.
W jej głosie zadźwięczały metaliczne nutki, a wzrok stwardniał i stał się lodowaty. Binia obserwowała ją pełna podziwu, bo sama nie odważyłaby się sprzeciwić niani. Przez krótką chwilę Jaga i Nina patrzyły sobie w oczy.
- A róbcie jak chcecie! - skapitulowała niania i wyładowując miotającą nią złość, wyszła trzasnąwszy drzwiami.
 Kraków. Konny tramwaj na ul Grodzkiej.
 Poszły do Katedry piechotą, podziwiając po drodze na ulicy Grodzkiej, przepiękne gotyckie i renesansowe kamieniczki i pałacyki. Ale na wspaniałych budowlach znać było ząb czasu. Mury rysowały się, odpadały tynki, wilgoć i grzyb kończyły dzieło zniszczenia. Część murów obronnych waliła się, wcale nie restaurowana. Władzom austriackim nie zależało na tym, by zachować piękno starej stolicy Polski. Pomimo niedzielnego ruchu, Kraków był tylko sennym, prowincjonalnym miastem, zgnuśniałym i      zamierającym.  
Jedynie kościoły i klasztory były zadbane i odnawiane.
Minęły monumentalną fasadę świątyni Piotra i Pawła, z grobem księdza Skargi oraz kościół świętego Andrzeja, ufundowany przez księcia Władysława Hermana, w podzięce za syna Bolesława, zwanego potem Krzywoustym. Po drodze wstąpiły do Franciszkanów, by pomodlić się przy grobie błogosławionej Salomei. Binia przypomniała szeptem, że w tym klasztorze młodziutka królowa Jadwiga Andegaweńska, spotykała się potajemnie ze swoim, w dzieciństwie poślubionym małżonkiem, Wilhelmem Habsburgiem2.
 Kraków. Kościół Franciszkanów.
 - Aż trudno uwierzyć, że był czas, kiedy małżeństwo królowej Polski z Habsburgiem, Polacy uważali za mezalians! - odszepnęła z uśmiechem Nina.
- Prawda? Ale kto dzisiaj ośmieli się przypomnieć o tym cesarzowi Franciszkowi Józefowi? - Binia uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.
Minęły średniowieczne kamieniczki na ulicy Kanoniczej i ujrzały przed sobą wawelskie wzgórze. Jakiś czas szły wolno stromą drogą, prowadzącą do Katedry i na Zamek. Nina, mająca bujną fantazję, wyobraziła sobie wspaniałe orszaki królewskie podążające tą drogą. Przez zniszczoną, lecz jeszcze piękną renesansową bramę, weszły na plac katedralny. Podniecone niecodzienną przygodą, wskazywały sobie wyryte na murach herby dynastii królewskich i znaki herbowe najpierwszych rodów Korony, Litwy i Rusi. Pomiędzy nimi Nina z dumą dostrzegła herb Nałęcz, jakim od wieków pieczętowała się rodzina ojca, oraz Wieniawę, herb ich matek.
Kraków Katedra.
 Pełne skupienia i zadumy weszły do ciemnawej Katedry. Było jeszcze wcześnie, ale kościół pełen był ludzi. W lewej, bocznej nawie, znalazły maleńką ławeczkę, wciśniętą pomiędzy ścianę, a potężną kolumnę. Usiadły i rozejrzały się onieśmielone, zarazem podniesione na duchu świadomością, że oto znajdują się w miejscu uświęconym obecnością zmarłych monarchów polskich, spoczywających snem wiecznym w podziemnej krypcie świątyni. Zagrały organy i z zakrystii wyszedł ksiądz w przepysznym ornacie, suto haftowanym złotymi nićmi. Ale jego kazanie nie zrobiło na obu paniach pozytywnego wrażenia. Ksiądz mówił z ambony chłodno, a jego oracja pozbawiona była jakichkolwiek akcentów politycznych. Można było przypuścić, że za Wisłą panuje błogi spokój, nie leje się polska krew, a powstańcy nie giną w rozpaczliwej walce o wolność ojczyzny. Nina przyzwyczajona do bojowych, namiętnych kazań w kościołach zaboru rosyjskiego, nie mogła wybaczyć księdzu, że nie chce, lub nie umie, wstrząsnąć sumieniami słuchaczy i obudzić w nich ducha.
- Oj, przydałby się tutaj nasz kochany staruszek proboszcz! - tchnęła Bini do ucha. - Ten by ich zaraz rozruszał.
Dosyć nudne nabożeństwo dobiegło końca i świątynia opustoszała. Wyszły z ławki i zaczęły zwiedzać Katedrę. Obie dobrze znały piękne, zabytkowe kościoły w Warszawie, Gnieźnie i w Poznaniu. Binia w czasie w podróży poślubnej, miała okazję zobaczyć, nie mające sobie równych, bazyliki Rzymu, Wenecji i Paryża. 
Wnętrze Katedry.
 Ale w tej Katedrze było coś takiego, co zapierało im dech w piersi i przyśpieszało bicie serca. Prostowało karki i zmuszało do podniesienia z dumą głowy. Z religijną czcią dotykały palcami wspaniałych marmurowych sarkofagów królewskich, zachwycając się swojską prostotą grobowca Władysława Łokietka, spokojem rysów Władysława Jagiełły i majestatem przepięknych, gotyckich tumb grobowych Kazimierza Wielkiego i Kazimierza Jagiellończyka. Długo stały przy grobowcu Władysława III Warneńczyka, urzeczone jego mistyczną pięknością i chwałą ostatniego, tragicznego Krzyżowca, poległego pod Warną śmiercią rycerską3.
- Trzeba tygodni, żeby wszystko tutaj obejrzeć. - stwierdziła Binia, kiedy oglądały spoza krat renesansową Kaplicę Zygmuntowską, wzniesioną na wzór bazylik włoskich przez budowniczych z Italii. - Wiesz, - dodała szeptem - przyrzekłam sobie, że gdy moi synowie dorosną, przywiozę ich tutaj, aby poczuli się dumni, że urodzili się Polakami.
Kaplica Zygmuntowska na Wawelu.
 - Ja także przyjadę tu jeszcze z moim synkiem. - oznajmiła Nina. Była zupełnie pewna, że da mężowi męskiego potomka i przyszłego dziedzica Makowa. - Aż trudno uwierzyć, że ród Jagiellonów, zasiadał w średniowieczu na tronach niemal połowy Europy i dał początek wielu dynastiom królewskim. - zauważyła z zadumą.
Katedra wawelska była chyba największą nekropolią w Europie, gromadząc w swoim wnętrzu szczątki władców Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak nie udało się im zejść do podziemia, bo krypta była zamknięta. Lecz największe wrażenie zrobiła na nich główna część Katedry, znajdująca się za srebrną trumną świętego Stanisława. Doznały niezwykłego przeżycia, wchodząc do purpurowo-złotego sanktuarium, tonącego w tajemniczym półmroku. Niegdyś po obu stronach ołtarza, stały dwa trony, okryte purpurą i gronostajami. W tym miejscu, monarchowie otrzymywali z rąk arcybiskupa gnieźnieńskiego, namaszczenie olejami świętymi, a potem koronę, berło i jabłko, symbole władzy królewskiej. Szkarłatny mrok sanktuarium przecinała błyskawica królewskiego miecza koronacyjnego Szczerbca, kreślącego znak krzyża na cztery strony świata. 
Tron królewski w Katedrze 
Zasiadający na tronie polskim królowie, byli jednocześnie wielkimi książętami Litwy, Rusi, książętami Prus, Mazowsza, Inflant, et cetera...Ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski, koronował się w Warszawie, abdykował w Grodnie i zmarł w Petersburgu, gdzie został pochowany. Nie był godzien, by spoczywać pod dachem Katedry wawelskiej i nigdy nie dostąpił tego zaszczytu.
W szkarłatnym sanktuarium, gromadziła się cała świetność ogromnego państwa. Srebrne głosy trąb, dźwięk bijącego dzwonu Zygmunta i chóry włoskich śpiewaków, głosiły chwałę królewską i oręża polskiego. Srebrzyły się zbroje rycerskie, mieniły barwami tęczy klejnoty, strusie pióra, ubiory ze złotogłowiu. Pod wysokimi sklepieniami świątyni, drżały jeszcze może echa organów i hucznych okrzyków uniesienia. Rzeźbione Orły i Pogonie, każdy kamień posadzki, przemawiały do młodych kobiet głosem wieków i wielkiej, świetnej historii. W tym miejscu także żegnano zgasłych władców, z niezwykle skomplikowanym ceremoniałem, patrząc ze zgrozą, jak rycerz ubrany w zbroję królewską, jadący na królewskim rumaku, symbolicznie z hukiem zapada pod posadzkę katedry.
Wawel. Otwarcie grobu Kazimierza Wielkiego.
 Nina wsparta o cokół marmurowej kolumny, przymknęła oczy, próbując zatrzymać pod powiekami cudowny obraz przeszłości. Binia złożyła ręce jak do modlitwy i wodziła zachwyconym wzrokiem po ołtarzach i tablicach, upamiętniających wielkie wydarzenia w dziejach Polski. Urodziły się obie w niewoli i cały czas wmawiano im, że należą do narodu pozbawionego własnej historii, nędznego i zacofanego. Żywy organizm państwa poćwiartowano na trzy odrębne części, narzucając każdej z nich innego władcę, inny język i inną wersje historii ojczystej. Wyrosły, stykając się codziennie z pogardą tej ziemi i jej mieszkańców, w terrorze i ucisku, bo taki był obraz ówczesnej rzeczywistości.
Tymczasem tutaj, spod wyniosłych gotyckich sufitów, zwieszały się chorągwie krzyżackie, zdobyte pod Grunwaldem i pod Koronowem, wisiały chorągwie tureckie spod Chocimia i Wiednia, buńczuki tatarskie i wołoskie spod Obertyna4 i sztandary kozackie spod Beresteczka, chorągwie szwedzkie spod Kirchholmu5, oraz tyle innych znaków chwały oręża polskiego. Pod wpływem głębokiego wzruszenia, Nina zdjęła z szyi sznur pereł i zawiesiła je przy ołtarzu Czarnego Krucyfiksu, jako wotum, prosząc Boga o opiekę nad mężem. Binia ofiarowała duży złoty krzyż, modląc się o zdrowie synów.
Czarny Krucifiks królowej Jadwigi.
 - Dopóki stać będzie ta Katedra i Zamek, nikt nie zdoła stłumić w nas pragnienia wolności, bo te kamienie krzyczą! - powiedziała głośno i głęboko westchnęła.
Uklękły przed Czarnym Krucyfiksem, z którego - według legendy - miał przemówić Pan Jezus do królowej Jadwigi, i dziękowały Bogu który sprawił, że znalazły się w tym cudownym miejscu. Wyszły z Katedry pełne nabożnego skupienia i zamyślenia. 
Wracając do hotelu, podeszły do kamienicy Starego Telegrafu. W zakratowanym oknie na parterze, Nina zobaczyła bladą, znękaną twarz panny Pustowójtówny, wyglądającej na ulicę z nieopisaną tęsknotą. Zatrzymała się i zawołała półgłosem :
- Panno Henryko! - Pustowójtówna uśmiechnęła się słabo i skinęła jej dłonią. Była przygnębiona i apatyczna, jej czarne oczy przygasły.
- Proszę powiedzieć, czego pani potrzebuje? - Nina wspięła się na palce, żeby ją lepiej widzieć.
Więźniarka wydęła usta, jakby dmuchała.
- Rozumiem, papierosy! Czy wolno panią odwiedzać?
Panna Pustowójtówna przecząco potrząsnęła głową.
- To oburzające! - zdenerwowała się Binia, jej łagodne niebieskie oczy rozbłysły gniewem. - Jak można więzić kobietę z dobrego domu, niby pospolitą zbrodniarkę? Nie uczyniła nic złego, walczyła tylko o wolność ojczyzny.
- A to jest właśnie najcięższa zbrodnia! - szepnęła Nina, dając pannie Henryce znak, że jeszcze powrócą.
Była niedziela i sklepy zamknięte, ale kawiarnie były czynne i tam zakupiły papierosy, słodycze, ciasta i owoce, a także bukiet biało-czerwonych róż. Wróciły pod Wawel i oddały paczkę na wartowni, dołączając do niej serdeczny bilecik. Czekały pod oknem do chwili, aż żołnierz doręczy więźniarce prezenty. Panna Pustowójtówna podbiegła do okna dziękując, przesyłając im dłonią pocałunki i przyciskała usta do na wpół rozkwitłych pąków róż. Obiecały, że przyjdą następnego dnia i przyniosą wszystko, czego może potrzebować uwięziona kobieta.
 W hotelu przyjęła je Jaga, jeszcze bardzo obrażona na swoją wychowankę. Manifestowała to w wymowny sposób, otaczając przesadną troskliwością pannę Lutównę. Wyprowadzili się z hotelu, nie pozostawiając adresu i pilnując, aby nikt nie szedł ich śladem. Dom państwa Piotrowskich okazał się bardzo wygodny, zaś gospodarze tak serdeczni, że Nina błogosławiła męża, który polecił jej tutaj się zatrzymać. Od początku były trudności z kupnem broni i amunicji, więc należało uzbroić się w cierpliwość. Nazajutrz po przeprowadzce, przyszedł braciszek Benon i powiadomił Ninę, że wyjeżdża na kilka dni z Krakowa, aby rozejrzeć się w pobliskich miastach, gdzie znajdowały się duże garnizony.
Czas szybko mijał na zwiedzaniu Krakowa i okolicy oraz na zakupach. Kraków posiadał kilka naprawdę eleganckich sklepów, mających towary prosto z Wiednia i ze Lwowa. Panie ogarnął szał zakupów i codziennie wracały obładowane paczkami. Kupowały prezenty dla przyjaciół, a dla siebie nowe toalety, kapelusze i wytworne drobiazgi. Mira wyzdrowiała, więc pan Piotrowski zaproponował paniom wycieczkę do małej osady góralskiej, niedawno odkrytej przez doktora Chałubińskiego. Wieś nazywała się Zakopane i już zaczynała być modna w towarzystwie.
Stroje góralskie w XIX wieku.

Do Zakopanego przyjechali w samo południe. Kareta stanęła na środku piaszczystej wiejskiej drogi. Panie wysiadły i zaczęły się rozglądać. Jedna Binia widziała już Alpy i Apeniny, ale ani Nina, ani Mira, nigdy jeszcze nie były w wysokich górach. Toteż z rozchylonymi z podziwu ustami przypatrywały się ogromnym sinawym turniom pokrytym śniegiem. Dzień był słoneczny, ale spoza gór już wypływały ciemne puszyste obłoki, wróżąc zmianę pogody. Nad osadą górował liliowo-ołowiany masyw Czerwonych Wierchów, niby gigantyczna zapora.
Zakopane.
 Nie potrafiły nawet wyrazić swoich doznań, porażone majestatycznym pięknem i grozą natury. Oryginalnie ubrani górale, namawiali panie do obejrzenia podobno ślicznego jeziora górskiego, wspaniale położonego pośrodku skalnych olbrzymów, lecz z uwagi na zdrowie Niny, poprzestano tylko na Gubałówce, dokąd górale wnieśli panie w lektykach. Ze szczytu roztoczyła się przed nimi cudowna panorama wysokich Tatr w całej swojej krasie. Nakupiły owczych serków, kożuszków pięknie haftowanych, różnych innych drobiazgów i powróciły do Krakowa syte wrażeń.
Pod koniec miesiąca pogoda nagle się popsuła. Zaczął padać deszcz ze śniegiem, było zimno i wilgotno. Nina rzadziej wychodziła do miasta, czasami tylko odwiedzała pannę Pustowójtównę, zanosząc jej książki, papierosy, bieliznę i domowe przysmaki. W wozowni, zaufani stolarze i makowscy stangreci, przygotowywali w karecie i w bryczkach tajne schowki. Po obiedzie, wszyscy domownicy zasiadali przy herbacie w saloniku. Nina grała Mozarta, a Binia i Mira śpiewały pieśni pana Moniuszki i piosenki powstańcze.
Zgasły dla nas promienie nadziei,
Zanim zorza zaświeci nam blada.
Stańmy jako upiorów gromada,
We krwi wroga ugasić pragnienie.
W przerwie koncertu, pan Piotrowski opowiadał ciekawie o latach spędzonych na Sachalinie. Czasami przychodził braciszek Benon, w obecności dam zmieniając się w dowcipnego i wykwintnego viveur'a6.
Wybierając się do Krakowa, Nina naiwnie wierzyła, że uda się jej załatwić wszystko w ciągu paru dni. Tymczasem mijały kolejne dni i tygodnie, a ona ciągle siedziała w mieście, coraz bardziej zniecierpliwiona i zła. Martwiła się, że z Makowa nie przyszło potwierdzenie nadanej przez nią depeszy, tęskniła do domu i wszystkich których kochała. Brakowało jej Grota i codziennych odwiedzin w stajni u Mignon. Pod koniec marca, braciszkowi nareszcie udało się zakupić rewolwery i broń znalazła się w piwnicach domu. Zaraz jednak okazało się, że amunicja proponowana przez handlarzy bronią, jest złego kalibru i należy rozglądnąć się za inną. Zirytowany dalszą zwłoką pan Piotrowski, osobiście wyruszył do Lwowa, by u tamtejszych handlarzy zakupić właściwe naboje.
Pewnego dnia przyszedł do Niny stary Aaron, zaufany faktor wojewodziny. Oznajmił, że handlarze mają na sprzedaż prawie nowe karabiny oraz pasującą do nich amunicję. Było tych dobrych, nowoczesnych sztucerów około czterdzieści sztuk. Oferta Ninę zainteresowała, lecz jednocześnie zastanawiała się, w jaki sposób taką ilość broni i amunicji zdoła przemycić przez granicę. Stary Żyd patrzył na nią wyczekująco, kręcąc na palcach długie pejsy.
Portret starego Żyda.
 - Ny! - cmoknął. - Czy stary Aaron może coś doradzić jaśnie oświeconej pani hrabinie?
- Oczywiście, chętnie posłucham, co Aaron ma do powiedzenia.
- Tu są takie osoby, co une żyją ze szmuglu bronią. Une chętnie podejmą się dostarczyć trefny towar na miejsce, jakie im jaśnie pani hrabina wskaże. Ale to będzie kosztować!
- Ile? - spytała krótko i rzeczowo.
- Uny chcą siedem tysięcy rubli!
Na owe czasy była to ogromna kwota. Nina milczała, nie wiedząc, czy zgodzić się, lub odrzucić ofertę. Nie wszyscy Żydzi byli tak uczciwi i patriotycznie wychowani, jak Josel, czy Aaron. Nie każdemu można było zaufać. Zdarzali się oszuści, zamieniający po drodze dobrą broń na stary szmelc i zleżałą, zawilgoconą amunicję. Bywało, że zakupiona za wielkie pieniądze broń, trafiała wprost w ręce Rosjan, a odbiorca broni zadenuncjowany przez handlarza, wędrował na Sybir a nawet na szubienicę. Zresztą polscy handlarze bronią nie byli wcale lepsi. Bezwzględnie okradali powstańców, dzielili się tysiącami rubli, stając się w krótkim czasie bogaczami, o ile przedtem żandarmeria narodowa nie wpakowała im kuli w łeb, lub sztyletu w serce. Wprawdzie Aaron, całym swoim majątkiem zaręczał, że interes jest czysty i zaklinał się na życie swoich wnuków, że karabiny dotrą na miejsce przeznaczenia, ale Nina wahała się, bojąc się ryzyka i utraty pieniędzy wojewodziny. Powiedziała Aaronowi, że musi się jeszcze zastanowić.
Pan Piotrowski powrócił ze Lwowa z kwaśną miną i zalecił jej cierpliwość. Ale ona nie chciała już czekać, pragnąc za wszelką cenę powrócić do Makowa. Tego samego dnia, pod wieczór, przyszedł braciszek Benon i Nina obu panom opowiedziała o propozycji Aarona. Zakonnik wysłuchał jej z zadowoleniem.
- No, no, musieli Żydkowie zwęszyć dobry interes. Ile chcą za transport?
- Siedem tysięcy rubli!
- Aż tyle? - braciszek wysoko uniósł brwi. - O widzę, że chcą panią oskubać, to starzy geszefciarze.
- Ja nie znam się na tym i wolałam sama nie decydować. - przyznała się Nina otwarcie.
- Na szczęście, my coś o tym wiemy, prawda, panie Piotrowski? - braciszek błysnął zębami w szerokim uśmiechu. - Otóż przeciętny dostawca, bierze za karabin in loco obóz, dwadzieścia pięć, do trzydziestu rubli srebrem. Bezpośrednio z fabryki, dostawa karabinu kosztuje siedemnaście rubli, plus dwa ruble za transport.
- Oho! - mruknęła Nina - Wygląda na to, że mają mnie za idiotkę!
- Dała im pani jakąś zaliczkę?
- Nie. Powiedziałam, że się zastanowię, a tak naprawdę, zamierzałam poradzić się panów w tej kwestii.
- Bardzo rozsądnie. - pochwalił ją pan Piotrowski. Braciszek przysunąwszy się bliżej, ściszył głos do szeptu : - Znakomicie się składa, bo ja pilnie muszę przejść przez granicę. Proszę skontaktować mnie z Aaronem, ja z nim pomówię. Możemy kupić te karabiny. Oczywiście za rozsądną cenę. Pojadę z transportem i dopilnuję, żeby broń trafiła na miejsce przeznaczenia.
Nina rozpromieniła się z radości.
- Och, jak to dobrze! Dam braciszkowi pieniądze. Aaronowi można zaufać, to bardzo porządny i uczciwy człowiek. Braciszek wie, gdzie należy złożyć broń, aby nie zdekonspirować leśnego obozu?
- Wiem. Na tym wzgórzu, za dąbrową. Tak mi polecił sam pan naczelnik. W takim razie nie należy sprawy odkładać. Postaram się wytargować dobrą cenę i na razie zapłacę im tylko połowę. Drugą ratę otrzymają po przybyciu na miejsce. Proszę jutro nadać depeszę do Makowa, że cioci się polepszyło i wybiera się w drogę.
- O mój Boże! - jęknęła Nina rozpaczliwie. - A ja muszę tu siedzieć i czekać na tę przeklętą amunicję do rewolwerów. Mężowi bardzo zależy na broni krótkiej.
Braciszek spojrzał na nią i naraz klepnął się w czoło :
- À propos rewolwerów. Po co mamy płacić dwa razy, kiedy można za jednym zamachem przewieźć przez granicę całą broń. Rewolwery i te sztucery, które pan Piotrowski dostał od poznaniaków. Pani hrabina zajęłaby się tylko przewozem amunicji do broni krótkiej.
Zakonnik potrafił działać bardzo szybko i skutecznie. Następnej nocy załadowano broń na duży prom, który spłynął Wisłą ku granicy. Nina dalej oczekiwała na dostawę nabojów. Stała się dziwnie apatyczna i przestała interesować się miastem, całymi dniami przesiadując w swoim pokoju, leżąc na kanapce i czytając książki. Niani i Bini tłumaczyła, że brzydka pogoda działa na nią przygnębiająco. Ale nie była to prawda.
1Słowa "Marsza żuawów", napisał Włodzimierz Wolski, twórca libretta do opery "Halka"S. Moniuszki.
215 czerwca 1378 roku, w Hainburgu w Austrii, czteroletnia Jadwiga poślubiła ośmioletniego księcia Wilhelma Habsburga.Po wyborze Jadwigi na tron polski, małżeństwo zostało unieważnione, a królowa poślubiła księcia Jagiełłę.

3Władysław III, zwany Warneńczykiem. (1425-1444) w wieku 9 lat, król polski i wielki książę litewski. Syn Władysława Jagiełły i Sonki Holszańskiej. Od roku 1440 król węgierski.
4Obertyn – miasto pod Stanisławowem na Ukrainie. W 1531 r. wielkie zwycięstwo wojsk polskich, pod wodzą hetmana Jana Tarnowskiego nad Wołochami. Wołosi – nazwa używana w XIV – XVIII w. na określenie rumuńskiej ludności Mołdawi i Wołoszczyzny, to jest krainy w Rumunii między Karpatami,a Dunajem.
5Kirchholm- miejscowość pod Rygą (Łotwa).W 1605 r. zwycięstwo hetmana Karola Chodkiewicza nad przeważającymi siłami szwedzkimi.
6Viveur - bywalec,typ światowca.