poniedziałek, 18 lipca 2016

Nowiny z Makowa - niespodziewany gość.


18 lipca 2016 r.
Pewnego ranka, Nina siedząc na łóżku trzymała w dłoni lustro oprawione w srebrną ramkę i uważnie badała swoje odbicie. Czuła się zdumiewająco lekko i młodo. Z rozkoszą oddychała zapachem rozwijającej się w ogrodzie zieleni i kwiatów. Dziękowała Bogu, że żyje, widzi wysokie błękitne niebo, usiane białymi obłokami i nie spoczywa pod ziemią na cmentarzu Rakowickim.
Spoglądając w lustro, sprawdzała, czy ciężka choroba nie ujęła jej urody. Obejrzała dokładnie każdy rys swojej twarzy: wysokie czoło, śliczny cienki nosek i rozkoszny łuk różowych ust, ukazujących w uśmiechu rząd perłowych zębów. Była jeszcze bardzo blada, przez co cera wydawała się tak delikatna, jak z alabastru, a oczy bardziej lśniące i głębokie, w oprawie ciemnych rzęs. Stwierdziła z zadowoleniem, że wystarczy jeśli odrobinę przytyje, a będzie nawet piękniejsza niż przed porodem. Z satysfakcją obdarzyła swoje odbicie uśmiechem pełnym zadowolenia. Pod oknem sypialni, w sadzie, Rozalka ustawiła szczelnie zakrytą kołyskę pod kwitnącą wiśnią i rozwieszała na sznurach upraną bieliznę. Czasami, gdy dziecko zaczynało cicho popiskiwać, mamka natychmiast przerywała robotę, podchodziła do kołyski i pochylała nad nią pełną twarz:
- Cichaj, Józia. - mówiła z uśmiechem. - Zara ciebie pokołyszę, ino pieluchy rozwieszę. Słoneczko świeci i pięknie płótno wybieli. Cichaj, królewianko.
Zbudzona ze słodkich marzeń, Nina przez moment zastanawiała się, co to za Józia i dopiero oprzytomniawszy, stwierdzała z niesmakiem, że to jej córka tak ma na imię. Ponieważ zaś myśl o dziecku była dla niej niemiła, prędko starała się zająć czymś innym, nie tak przykrym. Dokoła działo się tyle ciekawych spraw, na które wcześniej, będąc chora, nie zwracała uwagi. Nie było sensu psuć sobie humoru nieudanym dzieckiem, które zresztą wkrótce zniknie z jej życia.
Pan Piotrowski powiadomił ją, że dostawa amunicji jest na dobrej drodze i nastąpi za kilka dni. Naboje miano przywieźć do majątku ziemskiego w pobliżu Gawłuszowic, blisko brzegu Wisły. Naradzając się, doszli do wspólnego wniosku, że nie warto przewozić amunicji do Krakowa, jedynie po to, żeby ją stamtąd ponownie transportować przez granicę, nadkładając solidny kawał drogi. Pan Piotrowski postanowił nająć prom z zaprzysiężonym przewoźnikiem, popłynąć nim do miejsca, gdzie amunicję magazynowano, załadować naboje na prom i spotkać się z Niną, już po drugiej stronie Wisły, pomiędzy Połańcem, a Strużkami, przy ujściu rzeczki Czarnej, wpadającej do Wisły. Kapitan zapewniał, że w tym miejscu zarośla i wikliny schodzą niemal do samej wody, a w pobliżu jest mały zagajnik, w którym można ukryć pojazdy. Wyjazd z Krakowa miał nastąpić za kilka dni pod warunkiem, że Nina będzie zdolna do odbycia tak męczącej podróży. Rozmyślając o tym, zżymała się na siebie i z pasją cisnęła lustro w nogi łóżka.
Zdziwiła się, słysząc głośną rozmowę w korytarzu, a po chwili w uchylonych drzwiach stanęła Jaga. Zauważywszy, że Nina nie śpi, weszła z szelestem obfitych spódnic.
- Myślałam, że drzemiesz. Masz gościa, przyjechał pan Orlewicz. - oznajmiła oschle.
 Nina najpierw zarumieniła się, ale zaraz potem śmiertelnie zbladła, wyobraziwszy sobie, że Orlewicz przynosi jej złą wiadomość.
- Niech niania zaraz tu pana prosi! - poleciła, podciągając kołdrę pod szyję.
- Chcesz obcego mężczyznę przyjmować w sypialni?- zgorszyła się Jaga.- To nieprzyzwoite. Nigdy na to nie pozwolę!
- Więc jak, twoim zdaniem, mam z nim rozmawiać? Telepatycznie? - zirytowała się Nina.
- Uchylę drzwi i wtedy posłyszysz, co pan Orlewicz ma ci do powiedzenia. - oświadczyła nieustępliwie Jaga, będąca równie uparta, jak jej wychowanka.
- Mam z nim rozmawiać o transporcie amunicji, przy otwartych drzwiach i oknach? To może lepiej wezwij carskich agentów, niechże i oni sobie posłuchają!
- Nina, zastanów się, jesteś rozebrana, leżysz w łóżku. To nie uchodzi. - upierała się niania.
- Nianiu, poproś tu pana Orlewicza, bo inaczej szlag mnie w tym łóżku trafi! - wrzasnęła Nina wyprowadzona z równowagi. - Rób co mówię, niech diabli porwą salonowe głupoty. Czekam!
Jaga posłała jej spojrzenie, wyrażające milczący sprzeciw i zapowiadające dalszą niełaskę. Zdruzgotawszy wychowankę wzrokiem, odwróciła się i wyszła. Zamiast jednak wprowadzić gościa,. powiedziała coś do niego i po chwili wróciła do sypialni. Wyjęła z komody świeżą pościel, a dla Niny piękną jedwabną matinkę1, obszytą drogimi koronkami i łabędzim puszkiem. Przetrzepała poduszki i podniosła je tak wysoko, że Nina siedziała, aż po podbródek zasłonięta kołdrą. Dopiero wtedy Jaga zdecydowała, że można gościa zaprosić do pokoju.
Orlewicz od progu ogarnął Ninę spojrzeniem pełnym uwielbienia i zachwytu. Nigdy nie wydała się mu tak piękna. Jej drobna twarzyczka w oprawie brunatnych warkoczy, zdawała się niemal dziecinna i tak prześliczna, jak jakieś wyrafinowane dzieło genialnego artysty.
- Na Boga, panie Stanisławie, czy stało się coś złego? - zapytała jednym tchem, wkładając w to pytanie cały, miotający nią lęk.
- Proszę się uspokoić. Przybyłem do Krakowa, bo pan naczelnik ogromnie niepokoi się brakiem wiadomości od pani hrabiny. - odpowiedział i usiadł na wskazanym krześle, stojącym w pewnym oddaleniu od łóżka.
Odetchnęła i natychmiast przybrała minę cierpiącego anioła, przypomniawszy sobie, że młody mężczyzna jest w niej zakochany. Jego spojrzenia były aż nadto wymowne. Pomyślała, że przyjemnie znowu być piękną i adorowaną. Posłała mu lekki uśmiech, unosząc kąciki ust. Wiedziała, że przy tym, na jej policzkach, tworzą się dwa urocze dołeczki, zdolne usidlić nawet stuletniego staruszka, pod warunkiem, że coś jeszcze będzie widział.
- To znaczy, że moje depesze nie dotarły do Makowa? - zmartwiła się, wyciągając do niego śnieżnobiałą rączkę, którą Orlewicz z namaszczeniem ucałował. - Więc mąż nic nie wie, że urodziła mu się córka?
Miała szaloną ochotę wypróbować na nim siłę swoich wdzięków, ale rzuciwszy okiem za siebie, opadła na poduszki i mina jej zrzedła. U wezgłowia łóżka stała Jaga, niczym westalka strzegąca świętego ognia i obserwowała ich z nieprzeniknioną miną. Niania również pamiętała, że Orlewicz niegdyś starał się o rękę Niny. Młody mężczyzna z trudem usiłował ukryć swoje uczucia, oblewając się panieńskim rumieńcem i starając się nie patrzyć na obiekt swej miłości.
- Raczy pani hrabina przyjąć moje gratulacje. - bąknął, próbując zebrać myśli i powiedzieć coś sensownego. - Wiem, że przed moim wyjazdem z obozu, nie dotarła tam żadna wiadomość z Krakowa. Pan naczelnik był tym ogromnie zaniepokojony. Tym większa będzie jego radość, kiedy dowie się, że został ojcem.
Nina momentalnie zapomniała o zalotności i przybrała wyraz głębokiego smutku.
- To nie będzie wesoła nowina, bo nasz nowo narodzony synek oddał ducha Bogu. Po tak ciężkiej stracie, urodzenie córki nie stanowi dla mnie żadnej pociechy. - sięgnęła pod poduszkę, wyciągnęła spod niej chusteczkę i otarła wilgotne oczy.
Jaga chrząknęła groźnie i już zamierzała zrobić jakąś uwagę, lecz Nina ją uprzedziła :
Jaga.
- Nianiusiu, pan Orlewicz z drogi. - powiedziała słodziutko. - Może zechcesz zadysponować kucharce, by podano herbatę i jakąś przekąskę?
Jaga zacisnęła usta i mruknąwszy coś pod nosem, wyszła z sypialni z miną nie wróżącą nic dobrego. Żeby wyładować przepełniającą ją złość, z całej siły trzasnęła drzwiami. No, po prostu nie mogła sobie tego odmówić. Nina wzniosła oczy ku niebu, wysłuchawszy hałasu z anielską pokorą, jakby chciała powiedzieć:"Boże, daj mi cierpliwość!" Westchnęła i zadała kolejne pytanie : - Czy karabiny dotarły do obozu?
- Tak, karabiny są już na miejscu. Mamy na razie spokój, bo Moskale uganiają się za panem pułkownikiem Czachowskim, który ostatnio napsuł im mnóstwo krwi. Pan naczelnik był tak zaniepokojony brakiem wiadomości od pani, że sam zamierzał wybrać się do Krakowa. Ale w samą porę ja się zjawiłem na Łysej Polanie, bo jadę z Warszawy do Lwowa. Pan naczelnik skorzystał ze sposobności i zobowiązał mnie, abym dowiedział się, co się z panią dzieje.
- Ach tak! - Nina spod rzęs przypatrywała się swemu wielbicielowi. Orlewicz bardzo zmężniał. Rysy miał ściągnięte zmęczeniem i twarz pociemniałą od trudu. Zapuścił wąsy i wyglądałby bardzo marsowo, gdyby nie wyraz smutku w marzących oczach. Otrząsnąwszy się z chłopięcego zawstydzenia, jął opowiadać jej o powstańczym życiu w leśnym obozie.
Nina słuchała go jednym uchem, zajęta inną myślą.
- Jak długo zatrzyma się pan w Krakowie? - przerwała mu w pół słowa.
- Tylko na jeden dzień. Jutro już muszę jechać do Lwowa.
- Dam panu list do męża. Może pan oddać go kurierowi jadącemu do Porajów. Panna Lasewiczówna postara się doręczyć list mężowi. Przekonałam się, że teraz nie można ufać poczcie, bo korespondencja nie dochodzi do rąk adresata.
- Pani hrabinie zależy na pośpiechu,prawda? - Orlewicz ożywił się i nieznacznie przysunął krzesło do łóżka. - W takim razie dam list kurierowi, jadącemu do naszego leśnego obozu. Pojutrze pan naczelnik list otrzyma. Ach, przecież pani hrabina nie wie o ostatnim sukcesie pana naczelnika.
Przed tygodniem, udało się mu rozbić konwój moskiewski. Zdobyto trochę broni palnej oraz kilka tysięcy rubli.
- Wielki Boże! - krzyknęła Nina, nie zauważywszy, że kołdra zsunęła się nisko odsłaniając jej piersi, doskonale widoczne poprzez cienki batyst koszuli i koronki matinki. - Atakowali, nie mając broni palnej?
- Mieli trochę karabinów, ale to głównie kosynierzy rozstrzygnęli walkę, rozprawiając się z eskortą konwoju. - powiedział, zmuszając się do spuszczenia oczu i walcząc z chęcią wpatrywania się w obraz, jaki odsłoniła kołdra.
Nina zbladła i miała ochotę zerwać się z łóżka, ubrać i popędzić do Makowa choćby po śmierć.
- Mąż nie dał panu dla mnie listu?
Skrzywił się i z ubolewaniem potrząsnął głową.
- Przepraszam, oczywiście, że mam list, ale zagadałem się i zapomniałem oddać go pani.
List Aleksa był krótki i pełen rozpaczliwego niepokoju.
Aleks
 "Jedyna moja! Nie dajesz znaku życia i sam już nie wiem, co mam o tym myśleć. Przekląłem chwilę, kiedy wyraziłem zgodę na Twój wyjazd. Staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że coś Ci się przytrafiło. Promyczku mój słodki, czy Jesteś zdrowa? Drżę, wyobrażając sobie, w jakich okolicznościach podróżowałaś przez tereny, które po upadku Langiewicza, zamieniły się w istne piekło. Czy szczęśliwie dotarłaś do Krakowa? Dlaczego nie depeszujesz, jak się uprzednio umówiliśmy? Jak się czujesz i co powiedział Ci profesor? Nie tylko ja zamartwiam się o Ciebie, bo Janek i Tadeusz codziennie przychodzą do mego szałasu i patrzą na mnie pytająco. Denerwują się i klną, gotowi jechać do Galicji, gdy tylko im zezwolę. Matka chrzestna aż pochorowała się ze zmartwienia, a kochane panie z Makowa i Sarnik, pocieszają mnie mając nadzieję, że lada chwila dostaniemy od Ciebie wiadomość. Błagam Cię, natychmiast daj mi znać przez pana Orlewicza, jak się czujesz. A może jesteś chora? Umieram z niepokoju i tęsknoty, i z zamierającym sercem oczekuję od Ciebie wiadomości! Oby tylko były pomyślne. Kocham Cię, Nino. A."
Na drugiej stronie jego listu były dopiski Jasia i Tadeusza. Obaj przesyłali jej ucałowania od cioci Salusi, Emilki i Zosi oraz wszystkich przyjaciół. Starannie złożyła list i wsunęła go do szufladki nocnego stolika. Ponownie sięgnęła po chusteczkę udając, że siąka nos. Nie chciała, by Orlewicz widział, że płacze. Ale on odwrócił głowę wpatrując się w kwitnącą jabłoń widoczną za oknem. Dopiero kiedy odchrząknęła, spojrzał na nią.
- Jednego nie rozumiem, panie Orlewicz. - Nina rzuciła mu badawcze spojrzenie. - Przecież braciszek dotarłszy do obozu, musiał powiedzieć mężowi, że bezpiecznie dojechałam do Krakowa. Tymczasem mąż pisze mi, że nie wie, czy zdołałam dojechać do Galicji. Jak mam to rozumieć?
- Bardzo prosto. Braciszek miał jeszcze inne zadanie, ogromnie ważne, zlecone mu w Krakowie. Musiał je wykonać i w leśnym obozie wcale nie był, pozostawiając wiadomość u proboszcza, że broń jest złożona w wiadomym miejscu.
- Rozumiem. - szepnęła zdenerwowana, bo list męża wzniecił w jej sercu burzę uczuć.
- Ale tym razem, - dodał Orlewicz - postaram się, żeby pan naczelnik nie czekał długo na wiadomość od pani. Wprawdzie nasi mają już broń palną, ale ciągle brakuje im amunicji do rewolwerów.
Pomiędzy ciemnymi brwiami Niny, pojawiła się głęboka zmarszczka.
- Z tym mamy niejakie trudności. Proponowano nam kupno nabojów innego kalibru. Na szczęście amunicja jest już w drodze. To zaledwie kwestia kilku dni.
Orlewicz rozpogodził się i znowu nieznacznie przysunął krzesło do łóżka.
- To świetnie! Sprawa jest tak pilna dla pana naczelnika, że postanowił sam eskortować transport od granicy aż do obozu.
- Wykluczone! - krzyknęła Nina, podskakując z wrażenia na łóżku. - Przecież to szalenie niebezpieczne. Słyszałam, że kozacy i dragoni, znowu patrolują cały teren przygraniczny.
- Właśnie dlatego pan naczelnik zdecydował się osobiście dopilnować, żeby amunicja bezpiecznie trafiła do naszych rąk. Specjalny kurier będzie czekał na informację o wyruszeniu transportu z Krakowa. Do pani należy tylko podać datę wyjazdu, o kilka dni wcześniej, żeby pan naczelnik zdążył dojechać do granicy.
 Nina była tak wzburzona, że o mało głośno nie zaklęła. Jej poświęcenie i daleka droga, jaką odbyła, okazały się zupełnie niepotrzebne. Braciszek nadzorował transport broni, a sam Aleks mógł ją transportować od granicy do obozu. Skutkiem tej uciążliwej dla niej podróży, był przedwczesny poród i śmierć synka. Choroba o mało nie wyprawiła jej na tamten świat i przyczyniła obcym ludziom wiele kłopotu. Ale nikt nie mógł z góry przewidzieć takiego rozwoju sytuacji.
Orlewicz milczał, nie ośmieliwszy się przerywać jej zamyślenia. Dopiero kiedy podniosła na niego oczy pełne niepokoju, przemówił ściszonym tonem :
- Pan naczelnik prosił, aby pani hrabina zechciała powiadomić go, ile pozostało pani pieniędzy po opłaceniu wszelkich należności?
- Po co mu taka wiadomość? - wzruszyła ramionami, wpatrując się w niego ze zdumieniem.
- Pan naczelnik życzy sobie, żeby pani hrabina po szczęśliwym rozwiązaniu, udała się z dzieckiem do Francji i przebywała tam, aż do zakończenia powstania. - wyjaśnił uprzejmie Orlewicz.
Nina aż zakrztusiła się ze złości.
- Mąż życzy sobie, żebym nie wracała do domu? - przy tych słowach jej głos nieznacznie się załamał. - Ale nic mi o tym nie pisze.
- Powtarzam, co mi powiedział przed moim wyjazdem. Stanowczo na to nalegał.
Teraz już było dla niej zupełnie jasne, dlaczego Aleks tak łatwo zgodził się na jej podróż do Krakowa. Tutaj mogła wsiąść po prostu do pociągu i bez żadnych trudności, dojechać do samych granic Francji. Troszczył się, żeby starczyło jej pieniędzy na drogę i pobyt za granicą. "O, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!" - pomyślała, pochyliwszy nisko głowę. Nie zamierzała zdradzić się przed Orlewiczem, że wkrótce zamierza powrócić do kraju.
- Hm! Na razie jestem chora i o żadnej podróży nie może być mowy! - oświadczyła, robiąc zbolałą minę.
 Rozmowę przerwało im wejście Jagi, za którą służąca niosła na tacy herbatę, kanapki i ciasta. Niania dopilnowała, żeby dziewczyna nakryła stolik i ustawiła na nim talerzyki i filiżankę, oraz dzbanek z herbatą.
- Czy podać coś jeszcze? - Jaga zwróciła się do Niny oficjalnym tonem, jakim przemawiała jedynie wówczas, kiedy w jej mniemaniu, wychowanka popełniła niewybaczalny grzech.
- Nie, dziękuję. To wszystko. - równie oficjalnie powiedziała Nina przekonana, że niania nie oprze się chętce podsłuchiwania pod drzwiami i przez cały dzień będzie się na nią dąsać.
Jaga obrzuciła ją szybkim spojrzeniem i błyskawicznie podciągnęła kołdrę aż pod sam nos wychowanki. Potem z godnością wymaszerowała z pokoju, pozostawiając uchylone drzwi.
Orlewicz posilał się, w przerwach opowiadając Ninie o życiu w leśnym obozie.
- W porównaniu z innymi oddziałami, nasi chłopcy żyją sobie jak paniska! Mają co jeść i nie kapie im za kołnierz. Wiosna nadchodzi ciepła i sucha, więc wszyscy rwą się do walki. Ale pan naczelnik powiada, że bez amunicji niewiele się nawojują, tylko ściągną na siebie uwagę Moskali. Tymczasem pan pułkownik Czachowski, rozbił pod Stefankowem2 duży oddział nieprzyjaciela. Pan naczelnik aż zaklął ze złości i powiedział, że jak dalej tak pójdzie, to dla niego pozostaną same ogryzki!
Nina oblała się rumieńcem wstydu. "To przeze mnie!" Ta myśl tak ją rozdrażniła, że zasłoniła twarz chusteczką i rozpłakała się z bezsilnej wściekłości na siebie. Orlewicz spojrzał na nią z przerażeniem.
- Pani hrabino, jakże tak można? - zerwał się z krzesła i przyklęknął przy łóżku, ujmując jej rękę. - Boże, pewnie powiedziałem jakieś głupstwo. Najmocniej przepraszam!
Poczuła na dłoni jego gorące usta. Kilka razy podniósł jej rękę i ucałował. Obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem i wolno cofnęła dłoń. Speszył się swoim zuchwalstwem i usiadł krześle.
- To może ja zostanę w Krakowie i sam dopilnuję wszystkiego? - zaproponował. - Dokumenty powiezie do Lwowa inny kurier. - urwał i z zapartym tchem czekał na jej odpowiedź.
Jego propozycja wcale nie spodobała się Ninie. "Do licha, on gotów zepsuć mi cały plan!" - pomyślała z gniewem.
- Nie! Proszę nawet o tym nie myśleć. Wszystkim zajmie się pan kapitan Piotrowski. - oznajmiła lodowatym tonem. - W Krakowie aż roi się od moskiewskich agentów. Jeżeli mąż osobiście wybiera się do granicy, to proszę mnie pouczyć, jak mam zawiadomić kuriera? Muszę mu powiedzieć, w którym miejscu transport przekroczy granicę.
- Oczywiście. - przyznał Orlewicz. Był doświadczonym konspiratorem i nie upierał się przy swoim zdaniu. - Kurier będzie czekał codziennie w kościele Franciszkanów, przy kaplicy błogosławionej Salomei. To wysoki mężczyzna z długą blizną przez prawy policzek. Powie mu pani :"Już świta", na co odpowie:"Z Bożą pomocą ".Aha, będzie czekał między godziną 10 i 11, proszę zapamiętać.
- Nie zapomnę. - Nina skinęła głową i uśmiechnęła się uszczęśliwiona, że sprawa ruszy z miejsca..
Orlewicz z widocznym żalem spojrzał na zegar.
- Zasiedziałem się. Muszę poszukać sobie jakiegoś lokum, bo przyszedłem tu wprost z drogi. - z ociąganiem wstał z krzesła.
- Proszę nie korzystać z hotelu. - ostrzegła Nina. - Ulokujemy pana w oficynie.
- Nie chciałbym nadużywać uprzejmości pani hrabiny. - rzekł z wahaniem. - Zazwyczaj zatrzymujemy się w hotelu "Saskim", który jest zupełnie pewny. Ale obawiam się, że nie znajdę tam miejsca, bo po aresztowaniu generała Langiewicza, zjechało z Warszawy mnóstwo ważnych figur.
Do sypialni weszła Jaga, nawet nie racząc zapukać i zebrała na tacę naczynia. Zwykle robiła to służąca. Niania miała zimną i wyniosłą twarz i Nina obawiała się, że będzie dziś miała z nią ciężką przeprawę. Pomimo to, zrobiła dobrą minę do złej zabawy.
- Nianiu, bądź łaskawa i zaprowadź pana Orlewicza do pana Piotrowskiego. Powiedz mu, że proszę, aby zechciał udzielić panu gościny na jedną noc.
Jaga mruknęła coś pod nosem, nie zamierzając nawet obdarzyć ją spojrzeniem..
- Czy mógłbym zobaczyć córeczkę pani hrabiny? - spytał nieśmiało Orlewicz, zatrzymując się na progu.
Nina ściągnęła brwi. Nie życzyła sobie, żeby ktokolwiek oglądał małą. Była zbyt brzydka, aby się nią chwalić.
- To niemożliwe. - powiedziała, przywołując na usta nieszczere skrzywienie imitujące uśmiech. - Dziecko jest wcześniakiem i z polecenia lekarza opiekuje się nią tylko mamka. Nawet ja jej nie widuję.
- Bardzo żałuję, bo miałem nadzieję, że opowiem o niej panu naczelnikowi. - Orlewicz skłonił się i wyszedł.
Nina natychmiast zabrała się do pisania długiego listu do męża, opisując swoją pechową podróż, straszliwy poród i śmierć synka. Parę razy przerywała pisanie, żeby otrzeć z oczu łzy, ale i tak spadały na papier, rozlewając się w ciemne smugi. Pomyślała, że powinna list przepisać, ale zaraz zmieniła zdanie. Mąż powinien wiedzieć, jak bardzo jest jej ciężko. Zanim skończyła list, do sypialni weszła Jaga. Bez słowa podeszła do łóżka i stanąwszy w nogach, wpatrywała się w wychowankę oskarżycielskim wzrokiem. Przez jakiś czas Nina udawała, że tego nie widzi, ale po chwili spojrzenie niani zaczęło działać jej na nerwy. Ręka jej zadrżała, zrobiła duży kleks i przerwała pisanie.
- Stoisz nade mną, jak ten kat nad grzeszną duszą! - zawołała ze złością. - Czym znowu zasłużyłam na twoją niełaskę?
- Przeszkadzam ci? Niedawno prosiłaś żebym przy tobie siedziała.
- Owszem, ale widzisz przecież, że teraz piszę list.
- Napiszesz mężowi, jak traktujesz jego dziecko? - Jaga wzięła się pod boki, patrząc na nią z góry. - Wstydzisz się własnej córki, bo jest nieładna? Ja również nie grzeszę urodą i może przyjdzie czas, że i mnie będziesz się wstydziła. Stara, zrzędliwa niania nada się tylko do lamusa.
- Jezus Maria! - Nina chwyciła się za serce. - Czego ty ode mnie chcesz? Wyobrażasz sobie, że nurzam się w rozpuście, bo rozmawiam z Orlewiczem w cztery oczy? Bóg mi świadkiem, że nie w głowie mi romanse. Rozmawialiśmy o śmiertelnie poważnych sprawach. Masz mi za złe, że nie pochwaliłam się córką? A jest się czym chwalić? Mała jest szkaradna i nic na to nie poradzę. A Orlewicz ma długi język. Kiedy pani wojewodzina oraz ciotka Maria wezmą go w obroty, wypapla wszystko. Wyobraź sobie, jakie będą miały używanie! Już słyszę wojewodzinę, jak ubolewa: "Biedny Oleś, dla niej popełnił mezalians, a ona nawet nie potrafiła urodzić mu ładnej córki! A synek był martwy.“ Nie rozumiesz tego?
- Nie, nie rozumiem! Jeszcze nigdy nie spotkałam matki, która wstydziłaby się własnego dziecka. Ty także po urodzeniu nie byłaś pięknością, czerwona jak rak, pomarszczona i wrzeszcząca jak opętana. Ale rodzice byli tobą zachwyceni!
- Ale ja byłam normalnym, brzydkim dzieckiem. - głos Niny podniósł się niebezpiecznie do najwyższej skali. - Nianiu, czy ty jesteś ślepa? Nie widzisz, że wydałam na świat potworka?
- Milcz! - Jaga tupnęła nogą i spiorunowała ją wzrokiem. - W życiu nie spotkałam podobnej idiotki. To jest normalne dziecko, tyle że za wcześnie się urodziła. Podrośnie i będzie taka, jak inne dzieci.
- Chciałabym w to wierzyć! - mruknęła zawzięcie Nina. - Poza tym, to dziewczynka. Alek pragnął syna. - głęboko wciągnęła powietrze i szepnęła zdławionym głosem : - I był chłopiec, ale go śmierć zabrała.
Jaga popatrzyła na nią z politowaniem.
- A gdyby ten chłopiec był równie brzydki, jak twoja córka, to też nie chciałabyś go znać.
- Nieprawda! Mój Oleś z pewnością był śliczny! - powiedziała Nina z przekonaniem.
Jaga tylko pokiwała w milczeniu głową. Nie miała serca, by jej powiedzieć, że chłopiec był jeszcze brzydszy od dziewczynki. Tak brzydki, że szybko ukryła jego maleńkie ciałko, by zaoszczędzić Ninie okropnego wstrząsu.
- Masz rację, był bardzo ładny.- głos Jagi ścichł, stłumiony wzruszeniem. - Ale ja nie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że nie wracam z tobą do Makowa. Jadę razem z Binią i dzieckiem do Świerszczyn!
Nina wstrzymała oddech, a w jej oczach odmalował się strach i niedowierzanie. Pewna była, że się przesłyszała.
- Co ty mówisz? - wyjąkała z krzywym uśmiechem. - Niemożliwe, nie możesz mnie opuścić.
- Mówię zupełnie poważnie. Wracam w swoje strony. Nie zostawię tej biednej kruszynki samej. Ona ma tylko mnie. - Jaga oświadczyła to twardym, zdecydowanym głosem.
Nina wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami. Nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek Jaga zechce ją opuścić. Wszyscy, ale nie ona! Nie, tak tylko mówi... Mężnie przełknęła łzy i opanowała rozdygotane nerwy.
- Dlaczego chcesz mnie zostawić? To wcale nie ma sensu. Nie powinnaś być taka zawzięta. Dziecko nie jest samo. Ma własną mamkę, a przede wszystkim Binię, która się nim zachwyca. Ja się nie zgadzam. .Nie pozwalam ci!.... - porwała się z łóżka, ale zaraz opadła na nie bezsilnie.
Boże, czy to możliwe, że powróci do domu sama, bez niani? Prawdopodobnie nie zobaczy jej nigdy więcej. Ta myśl przejęła ją nagłą rozpaczą. Czuła, że coś ściska jej serca i że cała się trzęsie z przerażenia. Wszyscy mogli ją opuścić, nawet Aleks, może jakoś by to przeżyła. Ale nigdy nie niania. Nie potrafiła wyobrazić sobie rozstania z Jagą.
- Nie pojedziesz! - wrzasnęła z rodząca się furią, waląc pięścią w materac.
Jaga obojętnie wzruszyła ramionami.
- Krzykiem mnie nie zatrzymasz, więc nie podnoś na mnie głosu. Podjęłam decyzję i jej nie zmienię. Dziecko mnie potrzebuje.
- To ja jestem twoim dzieckiem i mnie jesteś potrzebna! - zaczęła krzyczeć Nina, już cała czerwona z gniewu i rozpaczy.- Nie dam ci na drogę pieniędzy!
- Nie potrzebuję twoich pieniędzy. - odpowiedziała spokojnie Jaga. - Mam przy sobie tysiąc rubli w złocie. Wystarczą mi do końca życia. A tobie nie jestem już potrzebna. Dorosłaś, stałaś się wielką panią i coraz bardziej przypominasz mi ciotkę Marię. Podobnie jak ona, jesteś uparta i nieznośna. Zawsze musisz mieć rację. Stara już jestem i nie mam ochoty znosić twoich kaprysów. Nie próbuj więcej mnie przekonywać. Wyjeżdżam!

Nina wydała żałosny jęk i schowała głowę pod kołdrę. Zawsze tak robiła, kiedy ktoś ją skrzywdził, lub gdy czegoś bardzo się obawiała. Zaczęła płakać, najpierw po cichu, pociągając nosem, potem coraz głośniej i spazmatycznie. Jaga słuchała tych łkań ze zmienioną twarzą. Westchnęła ciężko i w milczeniu wyszła z sypialni.
Pomimo stanowczych protestów profesora, Nina z niezłomnym uporem zaczęła wstawać z łóżka. Z pomocą Bini i Miry, ponownie uczyła się chodzić, nie zważając na osłabienie. Przed wyjazdem odbył się chrzest dziewczynki w Katedrze Wawelskiej. Chrzestnymi rodzicami małej, zostali pan Piotrowski, Binia oraz panna Lutówna i Maciek, ponieważ Nina życzyła sobie, żeby jej córka miała ojca chrzestnego chłopa-powstańca. Z radością uświadomiła sobie, że jej dziecko nie jest poddanką cara i urodziło się w wolnym mieście. Binia pragnąc zostać z Niną jak najdłużej, postanowiła wyjechać z Krakowa tego samego dnia, co ona. Dziecko nadal było bardzo słabe i Binia obawiała się dla niego długiej podróży koleją. Jednak było to lepsze rozwiązanie, niż uciążliwa i niebezpieczna droga karetą wiozącą amunicję. Nina spisała u notariusza testament i wręczyła siostrze woreczek z klejnotami wojewodziny i niebagatelną sumką w złotych rublach. Dała jej również pełnomocnictwo do banków francuskich, na wypadek, gdyby oboje z Aleksem nie przeżyli powstania. Binia wzbraniała się wziąć od niej pieniądze tłumacząc, że ich nie potrzebuje, a mała będzie miała w Świerszczynach wszystko, czego zapragnie. Ale Nina przemocą wcisnęła jej w rękę sakiewkę z pieniędzmi.
- Ja wiem, ty jesteś aniołem, ale Edwardowi może się nie spodobać utrzymywanie cudzego dziecka. Być może ja i Alek nie dożyjemy końca tej masakry, więc mała na zawsze pozostanie u ciebie. Będzie dziedziczką wielkiego majątku i kapitałów w bankach. W testamencie zaznaczyłam, że do chwili jej pełnoletności, jesteś jej jedyną prawną opiekunką. Nie rozpieszczaj jej zanadto. Ma być wychowana praktycznie i rozsądnie.
Binia spojrzała na nią z wyrzutem.
- Chyba żartujesz? Mam być dla niej taka, jak moja matka wobec ciebie? Serio to mówisz?
Zakłopotana Nina uśmiechnęła się i pogładziła ją po ramieniu.
- Przepraszam. Przecież wiem, że u ciebie będzie jej jak w raju. Ty potrafisz obdarzyć ją miłością matczyną, na jaką ja nie umiem się zdobyć. - przestała się uśmiechać, a jej oczy zamgliły się smutkiem. Jedynie Bini zwierzała się ze swoich zmartwień i obaw. Miłość i łagodność siostry miały na nią dobroczynny wpływ. Mogła się szczerze wyżalić wiedząc, że zawsze znajdzie zrozumienie.
W miarę jak zbliżał się dzień wyjazdu, Nina stawała się coraz więcej zdenerwowana i zrozpaczona decyzją Jagi. Niania niewzruszenie trwała przy swoim postanowieniu zamieszkania w Świerszczynach. Wszystkie prośby i błagania Niny zbywała, nie chcąc jej nawet słuchać i odchodziła, pozostawiając ją w desperacji. W głębi serca Nina czuła do niej wielki żal i urazę. Podejrzewała, że Jaga musiała się bardzo zmienić, pozostawiając ją tak obojętnie własnemu losowi. Przecież zdawała sobie chyba sprawę, jak śmiertelnie niebezpieczna droga wkrótce ją czeka.
Z kolei Jaga, kochając Ninę matczyną miłością, współczuła jej i żałowała z całego serca. Nie sypiała po nocach, wyobrażając sobie z dreszczem zgrozy tę straszną drogę, jaką Nina miała do przebycia wówczas, kiedy jej już przy niej nie będzie. Ale pokochała także biedną dziewczynkę, tym bardziej, że rodzona matka nie darzyła jej uczuciem. Postanowiła resztę swego życia poświęcić małej, nie uświadamiając sobie, że jej decyzja powzięta została pod wpływem emocji.

1Matinka - strojny kaftanik nakładany na nocną koszulę.
2Bitwa pod Stefankowem 22, IV.1863 r. Oddział pułk. Czachowskiego w sile 180 strzelców i 200 kosynierów rozbił 2 kompanie piechoty nieprzyjacielskiej i 60 kozaków. Dla celów powieściowych cofnęłam ją nieco w czasie.