czwartek, 7 lipca 2016

Ostatnie chwile w Makowie - wyjazd do Galicji.


  5 lipca 2016 r.

Bawialnia dworku w Zameczku przytulna była i zaciszna. Duży piec z kafli holenderskich promieniował ciepłem, a spoza uchylonych drzwiczek, padał na deski podłogi jaskrawy blask ognia. Stara Grabiszyna, niegdyś mamka małego panicza Aleksa, teraz w imieniu hrabiego zarządzająca całym folwarkiem, wniosła przy pomocy służącej dzbanek z wiejską kawą, śmietankę z zapiekanym kożuszkiem i maślane rogaliki z malinowym nadzieniem. Pamiętała, że mały Oleś niegdyś bardzo je lubił. Nakrywszy do stołu, dygnęła i wyszła, nie chcąc państwu przeszkadzać. 
Salonik w małym dworku

Za oknami była mglista i zimna noc  marcowa, zaś cały pokój tchnął ciepłem domowego zacisza. Aleks siedzący przy okrągłym, pięknie rzeźbionym stole, pamiętającym zapewne czasy króla Jana III Sobieskiego, wpatrywał się w Ninę, wtuloną w kąt małej kanapki.
- No, nie wiem. - rzekł, przerywając picie kawy. - Ale ta twoja eskapada budzi coraz większe moje obawy.
Pani wojewodzina uznała za stosowne upomnieć chrzestnego syna.
- Doprawdy, Olesiu, dziwaczysz. Nina jedzie wygodną karetą, posiada autentyczne dokumenty i zabiera z sobą zaufanych ludzi. Z pewnością dojedzie do Krakowa bez przygód. Niepotrzebnie się zamartwiasz i straszysz żonę.
- Nie należę do osób, lękających się byle czego. - urażona Nina sięgnęła po kolejny rogalik. Od kiedy nudności przestały ją męczyć, miała większy apetyt.
- No właśnie! - podchwyciła stara dama. - Młodzi bywają egoistami. Zaręczam ci, Olesiu, że Nina cieszy się na tę podróż, którą ty, synku, próbujesz jej obrzydzić.
- Oczywiście. Wszystko co mówię lub robię, wynika z pobudek egoistycznych. - powiedziała Nina zjadliwie, wznosząc oczu ku niebu. Była niezadowolona, że wojewodzina bagatelizuje jej poświęcenie.
- Przede wszystkim, Nina nie jedzie na bal, tylko na konsultację do lekarza specjalisty.- wtrącił się Jaś dobitnym tonem. Siedzieli z Emilką na jednym fotelu, objęci wpół i zapatrzeni w siebie.
Aleks przytaknął, odnosząc się z rezerwą do zdania wyrażonego przez starą damę. Gdyby nie zależało mu na zdrowiu żony, przenigdy nie zgodziłby się na tę podróż. Dręczyły go złe przeczucia, a myśl o długim rozstaniu napełniała jego serce przerażeniem. Pamiętał o ostrzeżeniach lekarzy i wyobrażając sobie jej przyszły poród i związane z nim śmiertelne zagrożenie życia, był po prostu chory ze zmartwienia. Gdyby jednak, o czym nie śmiał marzyć, Nina urodziła szczęśliwie, postanowił, że ona i dziecko pozostaną już za granicą.
Aleks.
 Uświadomiwszy sobie, że widzą się prawdopodobnie po raz ostatni, nie umiał się z tą myślą pogodzić i zmagał się z rozpaczą. Pragnął teraz pozostać z żoną sam na sam, aby wyznać jej, jak bardzo ją kocha i czym naprawdę stała się dla niego, przez krótkie miesiące po ślubie. Jednak zdawał sobie sprawę, że powinien zachować powściągliwość, by zaoszczędzić jej wzruszeń. Nina nie powinna była niczego się domyślać.
Wstał od stołu i przysiadłszy na poręczy kanapki, ujął jej delikatną białą rączkę, wpatrując się w lśniące z emocji oczy żony.      Zachwycał się jej czarującym uśmiechem, ukazującym perłowe ząbki. Wiedział, że żona cieszy się na tę podróż, lecz nie miał o to do niej ani cienia żalu. Była jeszcze taka młodziutka i spragniona wrażeń. Przed ślubem miał zamiar zapewnić jej cudowną egzystencję, pełną egzotycznych wojaży, wizyt na monarszych dworach i wielkich balów, gdzie jej niepospolita uroda znalazłaby odpowiednią oprawę. Wybuch powstania przekreślił jego plany. Biedna Nina siedziała w pustym pałacu i marnowała swój wielki talent muzyczny, zajmując się gospodarstwem i dzielnie walcząc o utrzymanie zniszczonego majątku, nie zważając na swoje zdrowie. Na szczęście nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo zagrożone jest jej życie.
Aleks z obawą liczył dni, dzielące ją od porodu, który rozstrzygnie o jej losie. Albo urodzi szczęśliwie i powróci do zdrowia, lub nie urodzi i umrze. Może także wydać na świat martwe dziecko i umrzeć, albo urodzi zdrowe dziecko, ale sama zapłaci za to życiem. Rozmyślając o tych potwornych kombinacjach, obawiał się, że nie wytrzyma napięcia i oszaleje. Winił siebie za jej chorobę i cierpiał katusze, wyobrażając sobie, że w tej decydującej o jej życiu chwili, on będzie daleko, towarzysząc żonie jedynie myślami i każde z nich przeżyje swoją mękę samotnie.
Bywały takie chwile, że chciał rzucić wszystko w diabły i jechać z nią do Krakowa, żeby w tej strasznej godzinie nie czuła się samotna i opuszczona. Martwił się również wiedząc, że droga, jaką miała do przebycia, wcale nie była taka bezpieczna. Wprawdzie działania powstańcze przeniosły się na zachód, podczas gdy Nina miała podróżować na południe. Jednak nikt nie mógł przewidzieć, co się jeszcze może wydarzyć. Na szczęście w Krakowie pomoże jej braciszek. Aleks podniósł głowę i spojrzał przyjaźnie na siedzącego w milczeniu zakonnika.
W stojącej na stole filiżance, stygła jego kawa. Sięgnął po nią i wypił wszystko, pozostawiając na dnie fusy. Nina wzięła dzbanek i ponownie napełniła mu filiżankę mocną, aromatyczną mokką.
- Ach, jakby ta podróż nie była konieczna dla twego zdrowia, nie zgodziłbym się na twój wyjazd. - westchnął ciężko.
Wojewodzina
 Nina wymieniła z wojewodziną szybkie spojrzenia. Stara dama sposępniała i spuściła głowę, nie patrząc na chrzestnego syna.
- Olesiu, zachowujesz się dziś, jak stara, przesądna baba! - odetchnęła, wyraźnie walcząc o zachowanie spokoju. - Przecież Nina wkrótce powróci razem z dzieckiem i wtedy będziesz się śmiał z dzisiejszych obaw. Sytuacja polityczna uległa poprawie, bo mamy dyktatora i nowy Rząd. Czytałam odezwę do szlachty, powołującą ją pod broń. Lada chwila doczekamy pospolitego ruszenia.
Jaś z całego serca popierający legalny Rząd warszawski, potrząsnął głową, a Aleks zaśmiał się ironicznie.
- Pospolite ruszenie szlachty? O, chciałbym to widzieć! - rzekł sceptycznie.
- Nie wierzysz? - upierała się staruszka. - Przecież wszyscy, jak tu jesteśmy, pochodzimy ze szlachty i arystokracji i wszyscy służymy Sprawie. Zgodzisz się ze mną?
- Nie! W moim oddziale większość żołnierzy to chłopi, mieszczanie i służba leśna oraz dworska. Tak jest w każdej niemal partii.
Jaś nie wytrzymał i również zabrał głos :
- Proszę zauważyć, że nowy Rząd tworzą w większości Biali. Jako tacy, nie są reprezentatywni dla całego społeczeństwa. Ale mniejsza o to. Ja wolałbym, żeby jednak Ninka pojechała do Warszawy. Pan doktor Chałubiński zająłby się nią troskliwie.
- No wiesz!- w oczach Niny zapaliły się gniewne ogniki. - Warszawa może być oblężona, bombardowana. Nie mam ochoty zginąć pod gruzami. W Krakowie mogę się zorientować w sprawie kupna broni. Jasiu, zajmij się swoją żoną, dobrze?
- Kiedy, Bogu dzięki, Emilce nic nie dolega, a ty za niecałe trzy miesiące zostaniesz matką. Musisz bardzo na siebie uważać. - powiedział to z uśmiechem, ale w głębi serca martwił się o nią.
Nina
 - Doktorze, zachowaj swoje uwagi dla siebie! - wybuchła Nina z gniewem. - Emilko, bądź łaskawa i przytrzymaj go przez chwilę, dopóki ja nie sięgnę po tę dużą wazę i nie rozbiję jej na głowie tego marudy!
- Bardzo chętnie.- zgodziła się Emilka, zachowując powagę. - Ale radzę ci, weź lepiej patelnię, bo ta waza wydaje mi się zbyt cenna.
- Odżałuję, bylebym mogła zamknąć buzię temu mądrali!
- Jeeezu! - jęknął Jaś ze zgrozą. - Ożeniłem się z nieczułą sadystką, a moja pacjentka jest niebezpieczna dla otoczenia.
- Dosyć dzieci, nie kłóćcie się! - wojewodzina prędko zażegnała sprzeczkę. - Olesiu, którędy Nina pojedzie? Pokaż to na mapie.
Aleks rozłożył na stole dużą mapę, na której sam wyznaczył Ninie trasę podróży. W małym zeszyciku, Nina notowała adresy osób poleconych jej przez męża. Aleks komentował przypuszczalne ceny broni i wskazywał miejsca do magazynowania niebezpiecznego ładunku.
- Nino, pamiętaj, aby sprawdzono, czy amunicja nie jest zleżała, lub zamoknięta. Niech pan Piotrowski postara się o trochę szabel dla moich oficerów i kilkanaście sztyletów.
- A z kosztami się nie licz. - wtrąciła wojewodzina. - Nie żałuj złota, bo wiosną z pewnością ruszy ofensywa. Do tego czasu Oleś musi mieć broń .Przecież tu chodzi o twoje życie, synku. - staruszka z matczyną czułością pogładziła jego złote włosy.- A frater, - zwróciła się do zakonnika, - niech się szykuje do drogi. Tu są pieniądze.- podała mu sakiewkę pełną złotych imperiałów.- Chyba głodowaliście w tym klasztorze, bo frater taki chudy, aż przykro patrzeć.
- Kiedy ja zawsze byłem taki chudy. - roześmiał się brat Benon. - Taka już moja uroda. Z panią hrabiną spotkamy się w Krakowie, u państwa Piotrowskich. W razie czego, będę w klasztorze bernardynów. Wobec tego, do zobaczenia! - zarzucił na głowę kaptur i był gotowy do drogi.
- Zaraz! - zawołała wojewodzina. - Do granicy dowiezie fratra moja bryczka.
- Ale kto to widział, żeby ubogi zakonnik rozpierał się w bryczce, niby jakiś dziedzic! - wzbraniał się braciszek.
- Niech frater ze mną nie dyskutuje! - wojewodzina stuknęła laską, niby marszałkowską buławą.
- Trzeba jechać bryczką, bo chodzi o pośpiech! - uciął Aleks stanowczo. - Konie stoją pod laskiem.
Tym razem zakonnik nie ośmielił się protestować. Pożegnał się, wziął przygotowaną paczkę z żywnością i szepnąwszy: - Laudetur.... - wyszedł.
Aleks spojrzał na zegar i rzekł do Niny:
- Jeżeli zamierzasz jeszcze dzisiaj jechać, to powinnaś prędzej wrócić do Makowa, żeby odpocząć przed podróżą. Na mnie także już pora.
Jaś zajęty podziwianiem wdzięków żony, podniósł się z fotela wzdychając:
Emilka.
 - Jak trzeba, to trzeba. - pocałował Emilkę i przeciągnął ramiona, aż chrupnęły stawy.
Nina nieznacznie mrugnęła do męża. Zrozumiał jej niemą prośbę, bo wesoło zwrócił się do Jasia:
- A ty, mój konowale, możesz zostać. Ciężko chorych nie mamy. Wczoraj przysłano mi do obozu dezertera z armii carskiej, kapitana Soszkiewicza. Będę miał z niego pociechę, bo to doświadczony oficer. Musi się tylko zapoznać z ludźmi i terenem. Na razie zastępuje Tadeusza, bo ta jego ręka źle się goi. Zajrzyj do niego, Jasiu, jest u ojca w Brzezińcu.
Nina wstała i wzięła męża za rękę.
- Chcę się pożegnać z Alkiem. Proszę nam przez chwilę nie przeszkadzać. - powiedziała i pociągnęła go do małej, ciepłej sypialni. Usiedli obok siebie na szerokim łożu przy płonącym piecu.
- Nino, błagam, daj mi natychmiast znać, jak tylko dojedziesz do Krakowa.- odezwał się, przyciągając ją do siebie. - Ja tu chyba oszaleję z niepokoju. A może jednak pojedziesz do Warszawy?
Potrząsnęła głową i oparła nosek o jego policzek. Naraz ta upragniona podróż straciła dla niej cały urok. Serce ścisnęło się boleśnie na myśl, że zostawia go tutaj niemal bezbronnego w chwili, gdy Rosjanie już gotują się do ofensywy. Ale właśnie dlatego musiała jechać i śpieszyć się, by powrócić z bronią przed rozpoczęciem działań nieprzyjacielskich.
- Nie zaprzątaj sobie mną głowy, bo masz dosyć własnych zmartwień. Powiem ci sekret: w Krakowie spotkam się z Binią. Tylko nie zdradź mnie przed ciotką!
 - To naprawdę dobra wiadomość. - wyglądało na to, że szczerze się ucieszył. - Ucałuj ją ode mnie, i uważaj na siebie. Nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo cię kocham. Jesteś prawdziwym promieniem słońca w moim ponurym życiu i moim największym skarbem.
- Najdroższy! - zarzuciła mu ramiona na szyję, całując jego usta z rodząca się namiętnością. Jej oczy zrobiły się ogromne i błyszczące, wydawało mu się, że w nich utonie. Czuł łomotanie jej serca i przywarł do jej warg z rozpaczliwym pragnieniem, którego nie mógł powstrzymać. Pomyślał, że gdyby Nina umarła przy porodzie, życie z tą świadomością byłoby trudniejsze od śmierci, bo stanowiłoby dla niego największą karę.
Z drugiego pokoju rozległo się głośne chrząknięcie.
Jaś.
- Wodzu, niech się Nina nie przegrzewa, bo jeszcze nabawi się w drodze jakiegoś zapalenia. - zawołał Jaś.
Nina wydała pomruk niezadowolenia i wolno opuściła ramiona, odsuwając się od męża.
- Jasiu, nie baw się w puszczyka.- powiedziała słodko.- Czekaj, zrewanżuję się w odpowiedniej chwili.
Aleks opanował się i pożegnał się z żoną pogodnie. Pierwszy wyszedł z domu, a ona patrzyła przez okno, jak lekko wskoczył na konia, przesyłając jej ręką pocałunek.
Młoda pani Borutyńska była przygnębiona.
- Tak mi przykro, Ninko. Powinnam była jechać z tobą. - szepnęła, całując ją na pożegnanie.
- Kochanie, poradzę sobie doskonale. Bądź tylko szczęśliwa.- odpowiedziała z uśmiechem.
Jaś uniósł ją w ramionach i cmoknął w koniec noska.
- Chociaż jesteś małą sekutnicą, daj pysia na pożegnanie. Kotku, dobrze się czujesz? - szepnął jej do ucha. - Zniesiesz tę podróż?
Odepchnęła go ze śmiechem.
- Emilko, zaopiekuj się tą nieszczęsną figurą. Po ślubie stracił resztkę rozumu.
Nie była zachwycona dowiedziawszy się, że wojewodzina postanowiła jechać z nią do Makowa. Marzyła, aby choć przez chwilę być sama i dać folgę łzom. W karecie nieznacznie wyciągnęła chusteczkę i podejrzanie cicho wytarła nos. Wojewodzina spojrzała na nią ze współczuciem.
- Nie wstydź się łez przy pożegnaniu męża. - powiedziała łagodnie. - Łzy świadczą o uczuciu do ukochanego. Macie teraz takie smutne, nieciekawe życie. Dawniej było zupełnie inaczej. Młoda para jechała w podróż poślubną za granicę i często powracała z odchowanym już dzieckiem. Potem młode małżeństwo prezentowało się rodzinie, a ponieważ w naszej sferze wszyscy są z sobą skoligaceni, podróżowano po całym kraju. Na karnawał młode damy wyjeżdżały do Wenecji lub do Paryża. W sezonie zimowym należało pokazać się w Davos, Mentonie, czy w Nizzy. Na Wielkanoc wypadało udać się z pielgrzymką do Rzymu, a w międzyczasie odbywały się proszone obiady, rauty, polowania i bale. Na imieniny pani lub pana domu, zjeżdżała się rodzina ze wszystkich stron kraju, a przyjęcia trwały kilka dni lub nawet tygodni. À propos krewnych: Nino, przecież ty do tej pory nie poznałaś dalszej rodziny Olesia. Szkoda, że nie byłaś na pogrzebie starej księżny. Pomimo wcześniejszych niesnasek, przyjęto Olesia bardzo serdecznie. Księżna Adelajda, wujenka Olesia, często rozpytuje mnie w listach o ciebie. Mogłabyś do niej napisać parę miłych słów, dam ci adres. - zaproponowała wojewodzina.
- Najchętniej, jak tylko powrócę i gdy Alek wyrazi na to zgodę.- powściągliwie odpowiedziała Nina.
- Oczywiście. Twój mąż będzie dumny z twego patriotyzmu.
- Uhm! - bąknęła Nina i pomyślała, że dla celów patriotycznych nie kiwnęłaby nawet palcem w bucie. Jechała do Galicji tylko dla Aleksa i na spotkanie z Binią.
Do Makowa przyjechały już po zmroku. Kareta i dwie duże bryki miały zajechać o drugiej w nocy. Na odpoczynek pozostało niewiele czasu. Cała służba zajęta była pracą, znosząc i pakując mnóstwo przedmiotów potrzebnych w podróży. W kuchni szalał pan Szymon, przygotowując prowiant na kilka dni dla sześciu osób. Należało liczyć się z możliwością, że po drodze karczmy i zajazdy będą zrujnowane i ogołocone z zapasów żywności. Zabierano pościele, zastawę stołową, garnki, dywany, całe gospodarstwo. Po kolacji, wojewodzina wręczyła Ninie gruby plik banknotów i woreczek ze złotymi imperiałami.
- Tu masz pieniądze i listy zastawne oraz złoto. A tu, - podała Ninie podłużne etui – biżuterię. Bransoleta z brylantami i kolczyki, wenecka robota. Możesz to w Krakowie korzystnie sprzedać. Pamiętaj, nigdy nie trzymaj pieniędzy przy sobie. Ukryj je, ale nie pod siedzeniem, lecz lepiej na koźle stangreta, jeśli mu ufasz.
- Do końca życia będziemy dłużnikami cioci. - Nina z wdzięcznością ucałowała ręce starej damy.
- Nie dziękuj. To dla Olesia i dla Sprawy. Kiedy urodzisz syna, dostaniecie ode mnie ciepłą ręką dwa razy tyle, a po mojej śmierci cały mój majątek. Synek Olesia będzie moim prawdziwym wnukiem i spadkobiercą.
- Ale w ten sposób dalsza rodzina cioci może poczuć się pokrzywdzona.
- Masz na myśli Starewicza? - staruszka zmarszczyła brwi, a jej rysy przybrały zawzięty wyraz.- Miałam kiedyś do ciebie pretensje, że odmówiłaś mu swojej ręki. Teraz mogę ci pogratulować rozwagi. Przynajmniej mój chrzestny syn nie przyniesie mi wstydu. - położyła wyschłą rękę na dłoni Niny. - Ty również nie, moje dziecko.
Punktualnie o drugiej w nocy zajechały kareta i bryczki. Wojewodzina osobiście czuwała nad toaletą Niny pilnując, żeby nie odważyła się założyć gorsetu.
Toaleta damy
 - U kulturalnego mężczyzny, dama w błogosławionym stanie budzi opiekuńcze uczucia. - obstawała przy swoim zdaniu. - Brzuch musi być widoczny. Nie martw się, jesteś piękna nawet z brzuchem! Jagusiu, proszę uważać, żeby Nina nie krępowała się sznurówką. Jagusia wie, o co mi chodzi.
- Dopilnuje tego! - niania ucieszyła się, że w starej damie znalazła sprzymierzeńca. - Nino, niczego nie zapomniałaś? Wzięłaś sole, kordiały i krople bobrowe?
- Po co krople? Sole wystarczą. - Nina zerknęła na zegar i sapnęła, powstrzymując się, by nie zakląć. - Nianiu, późno! Czas w drogę.
- A ja ci mówię, bierz! - poparła Jagę wojewodzina. - W podróży różnie bywa. Ktoś może zasłabnąć, a wtedy krople bobrowe jak znalazł.
Jaga pobiegła do domowej apteczki i przy pomocy Kumosi, wkładała do torby podróżnej zioła i nalewki na rozmaite dolegliwości. Pani ochmistrzyni z Walentym doglądali wynoszenia kufrów i umieszczenia ich na dachu, w tyle karety i na obu bryczkach. Pani Salomea układała w podręcznej torbie przybory toaletowe, stosy chusteczek do nosa i flakony z wodą kolońską, .a Mira usiłowała wepchnąć do torby parasol, bo w drodze mogło padać!
Nina była ledwie żywa ze zmęczenia, miała zawroty głowy i bolał ją kręgosłup.
- Nianiu, szybciej, na litość boską! Musimy wyjechać nocą. - niecierpliwiła się. - Gdzie zamierzasz włożyć tę torbę? W karecie i na bryczkach każdy kąt zajęty. W drodze powrotnej wszędzie będą skrytki.
- Mogę ją trzymać na kolanach. - oświadczyła Jaga z uporem, upychając do torby duży kawał białego płótna.
- Nianiu, zlituj się! - Nina klapnęła na najbliższe krzesło czując, że nogi puchną jej jak balony od całodziennego chodzenia. - Po co ci tyle płótna? Mira, jesteś gotowa?
- Tak, pójdę tylko po płaszcz.- panna Lutówna pośpiesznie wybiegła z pokoju.
- Zaraz, jeszcze momencik. - stękała Jaga, próbując wepchnąć drugi kawał płótna do szczelnie wypchanego kufra.- O Matko święta, nie chce się domknąć. Paweł, zamiast wytrzeszczać oczy, usiądź na kufrze! No, nareszcie się zamknął. - niania wydała z siebie westchnienie ulgi. - Mówiłam ci, kotku, że wszystko się zmieści.
Wojewodzina przypatrywała się jej zmaganiom z kufrem z zainteresowaniem, a potem roześmiała się serdecznie.
- Nino, powinnaś codziennie na klęczkach dziękować Bogu, za taką opiekunkę. Słuchaj jej, bo niania zawsze ma rację.
Jaga.
 Ucieszona tą niespodziewaną pochwałą, Jaga skromnie dygnęła.
- Naturalnie, niania ma rację, ciocia ma rację i zanim skończycie się grzebać, ja zdążę urodzić dziecko! - wykrzyknęła Nina ze złością. - Niechby raz ułożyli szyny kolei żelaznej w naszej guberni. Opowiadał mi Alek, że koleją jedzie się bardzo wygodnie. Nawet nie trzeba zabierać z sobą żywności, bo na dworcach są przyzwoite restauracje. Niedawno czytałam, że na większych stacjach mają dyżury nawet lekarze. Czego to ludzie nie wymyślą.
- Ja także jechałam koleją żelazną do Paryża i przeklęłam tę podróż.- podchwyciła stara dama.- W wagonach przeciągi, hałas, dym, zaduch. Nie ma to jak własna wygodna kareta i dobre konie. Zresztą w tym stanie nie pozwoliłabym ci jechać koleją! Przy prędkości pięćdziesięciu wiorst na godzinę, mogłabyś zasłabnąć. Podobno w Anglii koleje jeżdżą o wiele szybciej, ale ja temu nie daję wiary. Taka prędkość mogłaby zabić pasażera.
Do buduaru weszła Mira, owinięta szalami i gotowa do drogi. Pani Salomea, wojewodzina i pani ochmistrzyni, odmówiły modlitwę do świętego Krzysztofa, patrona podróżnych i pobłogosławiły odjeżdżające panie krzyżem. Nina powstrzymywała wybuch śmiechu, bo takie ceremonie wydały się jej okropnie staroświeckie. Pan Bochniak uczestniczący w pożegnaniu, osobiście sprawdził, czy pojazdy są odpowiednio załadowane i czy nie grozi im przewrócenie na górskiej drodze. Nina poprosiła panią Salomeę o zaopiekowanie się Grotem, który biegał niespokojnie, obwąchując kufry i skomląc. Nina przytuliła setera i pocałowała na pożegnanie.
Siedzący już na koźle Stach, cały otulony ceratowym płaszczem przeciwdeszczowym z kapturem, niecierpliwie oglądał się na ganek, z całej siły powstrzymując konie rwące się do biegu. Pomiędzy konie cugowe, sprytnie wprzęgnięto młode konie robocze, ze względu na ciężar ładunku broni i amunicji w drodze powrotnej. Stach, Tomek i Maciek powożący brykami, mieli przy sobie ukryte rewolwery, otrzymane w podarunku od samego naczelnika. Prócz broni palnej, trzej stangreci trzymali długie bicze z ciężkimi rękojeściami wypełnionymi ołowiem. Była to straszna broń, którą posługiwali się po mistrzowsku.
 Żegnane płaczem i głośnymi błogosławieństwami, panie wsiadły do karety i pojazdy natychmiast ruszyły, zmierzając ku bramie wjazdowej. Nina raz po raz oglądała się na ukochany dom, niknący za lipową aleją. Zaspany Świtała zamknął za nimi wrota i mruknąwszy na pożegnanie: - Niech Bóg prowadzi!...- poszedł spać.
Stangreci mlasnęli biczami nad grzbietami koni i powozy potoczyły się po wiejskiej drodze, świecąc ślepiami zapalonych latarni. Konie dobrze wykarmione przed podróżą, biegły miarowym kłusem. Ciemna noc uniemożliwiała przypatrywanie się mijanym widokom, toteż Nina wsparła głowę o ramię Jagi i próbowała drzemać, raz po raz poprawiając się na siedzeniu, bo cierpły jej nogi. Po kilku godzinach jazdy rozbolał ją krzyż i plecy. Wyobraziła sobie z przerażeniem, że może podjęła się zadania przerastającego jej siły.
"Naprawdę trzeba być skończoną idiotką, żeby w siódmym miesiącu ciąży ruszać w taką drogę. - rozmyślała, bezskutecznie starając się wygodniej usadowić na kanapce. - O Boże, trzewiki mnie cisną, bo mam spuchnięte nogi. Nie dojadę nawet do Bodzentyna. Wszystkiemu winna wojewodzina, to był jej plan! Gdyby nie nabiła mi głowy jakimiś wymysłami, po broń pojechałby braciszek. Zawsze to mężczyzna i przemycał już karabiny dla powstańców. Co kobietę w moim stanie, może obchodzić jakaś broń? Powinnam teraz myśleć o urodzeniu zdrowego dziecka i wypoczynku. - syknęła zdenerwowana, wyciągając przed siebie obolałe stopy. - Och, teraz leżałabym we własnym łóżku i smacznie spała. Złośliwy babsztyl! Wycięła mi paskudnego psikusa i rozdzieliła z Alkiem, bo o to jej chodziło." Zbuntowana, zbolała i zła, kręciła się niespokojnie na siedzeniu. Naraz przyszło jej na myśl, że owszem, braciszek mógł zakupić broń, lecz sam jej transport, przez tereny objęte działaniami powstańczymi, był ryzykowny i trudny. Wszyscy mężczyźni, młodzi i starsi, byli z reguły podejrzani o przynależność do partii powstańczych, a pikiety kozackie na rogatkach, kontrolowały każdy wóz. Wcześniej czy później, Rosjanie dobiorą się Langiewiczowi do skóry i załatwiwszy się z nim, gorliwie zajmą się wyszukiwaniem i likwidowaniem mniejszych oddziałów partyzanckich. W takim razie, chłopcom na Łysej Polanie, groziłoby śmiertelne niebezpieczeństwo. Ogarnął ją lęk i cała podróż przestała mieć dla niej posmak przygody, stając się palącą koniecznością; sprawą życia i śmierci. Niby wiedziała o tym i przedtem, ale więcej myślała o spotkaniu z Binią i zobaczeniu dawnej stolicy Polski, niż o właściwym celu swojej podróży. Dopiero teraz, w czasie męczącej drogi zrozumiała, jak ważne zadanie ma do spełnienia. Od powodzenia tej misji zależało życie wielu ludzi, a przede wszystkim męża. Wobec zagrożenia jego życia, jej spuchnięte nogi i bolący krzyż nie miały żadnego znaczenia.
Droga w Górach Świętokrzyskich.
 Po wschodniej stronie niebo pojaśniało. Z ziemi podnosiły się białe welony mgieł. Wstawał świt pogodnego marcowego dnia. Przejechali już Dolinę Bodzentyńską, omijając osiedla i zaczęli się zagłębiać w puszczę, porastającą stoki Pasma Klonowskiego. Na nierównej kamienistej drodze górskiej, kareta chwiała się i podskakiwała, uginając na resorach. Koła trafiały raz po raz na wymyte deszczami jamy. Aleks, wyznaczając trasę podróży, celowo wybierał mniej uczęszczane drogi, gdyż tam rzadko spotykało się patrole. Zresztą nie tylko patrole bywały niebezpieczne.
Pan Bochniak opowiadał, że pomiędzy Kielcami, a Piotrkowem, zbierały się kilkutysięczne bandy zdemoralizowanego chłopstwa, atakując podróżnych. Chłopi przewrócili powóz pani Skórkowskiej, dziedziczki jednej z okolicznych wiosek, jadącej z dziećmi. Kobieta cudem uniknęła śmierci z rąk rozjuszonej bandy. Chłopi porwali także dziedzica z Wójcina i zawieźli go do Piotrkowa na posterunek policji, żądając za jego głowę nagrody pieniężnej, w kwocie pięciu rubli srebrem.
Nina westchnęła i zmęczona jazdą w zamkniętej, dusznej karecie, uchyliła okno i zaczerpnęła w płuca ostre, zimne, poranne powietrze. W nocy był przymrozek i kałuże wody pokrywały tafelki lodu. Gałęzie ogromnych jodeł powleczone były cienką warstwą szronu.