czwartek, 28 lipca 2016

Po bitwie - znowu pożegnanie.

27 lipca 2016 r.
Pani Prendowska skończyła pić herbatę.
- Czy pani hrabina pozwoli mi pozostać w Makowie do czasu, aż doręczę panu naczelnikowi rozkazy? Może w oficynie znajdzie się jakiś kącik, bo trochę się zmęczyłam.
Jadwiga  Prendowska
Nina nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- Przykro mi, że ma pani takie wyobrażenie o mojej gościnności. Ależ pani Jadwigo, cały mój dom jest do pani dyspozycji. Pokojówka zaraz wskaże pani pokój, bo z pewnością zechce się pani odświeżyć po podróży i wypocząć. W bibliotece znajdzie pani dla siebie interesującą lekturę. Proszę się rozgościć. Pokojówka przyniesie napoje, owoce i zakąski, żeby broń Panie Boże, taki miły gość nie zgłodniał. Niestety, ja nie zdołam dotrzymać pani towarzystwa, bo dosłownie upadam ze zmęczenia i braku snu. Muszę kilka godzin wypocząć, bo nie wiadomo gdzie mąż wyznaczy nam spotkanie. Au revoir!
Poleciwszy gościa opiece pani ochmistrzyni, Nina udała się do sypialni i tak jak stała, rzuciła się na łóżko, momentalnie zasypiając. Nie czuła, jak niania z Ulisią rozebrały ją z największą ostrożnością i przykryły kołdrą. Spała męczącym, ciężkim snem, nie przynoszącym wypoczynku. Dopiero pod wieczór otwarła oczy, bo do pokoju weszła Jaga i oznajmiła, że wrócił Tomek i prosi o rozmowę. Nina była bliska płaczu. Całe ciało miała obolałe, w ustach czuła niesmak, jak przed ciężką chorobą.
Józef Prendowski mąż Jadwigi.
 - Boże, kiedy ja się porządnie wyśpię! - stęknęła, podnosząc się z łóżka. Narzuciła na siebie biały jedwabny peniuar i przeszła do buduaru. Ciężko opadła na najbliższy fotel.
- Nianiu, możesz zawołać Tomka.
Chłopak był brudny, cały obsypany kurzem i ciężko oddychał. Wyobraziła sobie jak musiał gnać, chcąc dogonić oddział. Bez słowa podał jej własny list. Na odwrocie znajdowało się jedno zdanie, nagryzmolone naprędce ręką Aleksa: " Po zachodzie słońca w Zameczku".
- Opowiadaj! - poleciła niecierpliwie, wskazując mu krzesło.
Usiadł posłusznie, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić z rękami.
- Dogoniłem pana naczelnika dopiero koło Michniowa. Zatrzymali się trochę dłużej na miejscu bitwy, żeby burków zakopać. Tylko dlatego zdołałem ich dopędzić. Pan naczelnik bardzo się przestraszył, bo myślał, że jaśnie pani stało się coś złego. Dopiero jak list przeczytał, to się uspokoił i powiedział, że będzie w Zameczku wieczorem. - chłopak sapnął i umilkł.
- Zuch z ciebie! Świetnie się spisałeś. Więźniowie odbici? A z naszych ktoś zginął?
Tomek spojrzał na nią i westchnął.
- Więźniów odbili, a z naszych dwóch poległo. Gajowy Zydlak i nasz stajenny Walczewski. Kilku jest rannych, ale pan doktor już ich opatrzył.
-Walczewski? - zmartwiła się Nina.- On niedawno się ożenił. Taki dobry, porządny człowiek...Tomku, nie mów o tym jego żonie, dobrze? Zawsze jest czas na złe wiadomości.
- Nie powiem.
Nina zauważyła, że chłopak ma jakąś nieswoją minę.
- Nie powiedziałeś mi wszystkiego! - zawołała, czując w sercu chłód.
Spuścił głowę i dopiero po jakimś czasie wyszeptał:
- Zabili starego pana dziedzica Siekielskiego. Ruski oficer strzelił mu w głowę, zaraz na początku bitwy.
 - Jezus Maria! - Nina zbladła i przycisnęła obie ręce do piersi.
Wyobraziła sobie rozpacz Tadeusza i Zosi. Biedna trusia nic jeszcze nie wie o śmierci ojca, a teraz zginął teść. Została w Brzezińcu sama. Z dreszczem zgrozy uświadomiła sobie, jak tanie stało się ludzkie życie i jak łatwo było o śmierć. Cudownym zrządzeniem Opatrzności, ona i jej bliscy na razie żyli... Na razie! Wstydziła się płakać przy Tomku, ale dwie łzy spłynęły jej po policzkach.
- Czy starego pana pochowano na miejscu bitwy? - zapytała drżącym głosem, głośno przełykając łzy.
- Nie. Pan porucznik Siekielski, kazał ojca zawieźć do Sarnik i tam go pochować, z księdzem, po ludzku.
- A gdzie reszta więźniów?
- W klasztorze w Świętej Katarzynie. Już tam zajmą się nimi święte panienki. W oddziale wszyscy się dziwili, że ich umiałem dogonić! - rzekł z odcieniem dumy.
Nina położyła mu rękę na ramieniu.
- Jestem z ciebie bardzo dumna, mój opiekunie. Idź teraz i odpocznij, bo bardzo się zmęczyłeś.- powiedziała, widząc na jego czole drobne kropelki potu. - Wiele ci zawdzięczam, więc potem proś mnie, o co zechcesz. Może potrzebujesz pieniędzy, aby sobie coś kupić? Niedługo pojedziesz do szkoły w Kielcach, bo panna Mira dobrze ciebie przygotowała.
Tomek poczerwieniał z przykrości.
- Przecie ja nie dla pieniędzy! - wybuchnął. Odetchnął głęboko i powiedział zdecydowanym tonem dorosłego mężczyzny: - Ja to robię dla ojczyzny i naszej Sprawy!
"Oho, nauki Miry nie poszły w las!" - pomyślała Nina, ale stanowczość chłopaka bardzo jej zaimponowała.
- Nie chciałam ci zrobić przykrości. Wiem, że dobry z ciebie patriota, a twojego poświęcenia nie można opłacić pieniędzmi. Ale przecież chłopi nie popierają powstania, dlaczego ty myślisz inaczej?
- Bo oni są ciemni, proszę jaśnie pani. - odpowiedział spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. - Nic nie rozumieją. Ale ja widziałem, jak nasz pan zostawił wszystko i poszedł walczyć. Kiedy byliśmy w Krakowie, panna Mira pokazywała nam groby naszych królów i opowiadała o tym, jak wielka, bogata i wspaniała była niegdyś Polska, i ile zaborcy ziemi nam zabrali. Ludziom na wsi nikt o tym nie mówił. Są ciemni, bo nie czytają książek i nie znają historii naszej ojczyzny!
Nina wpatrywała się w błękitne oczy chłopca, zaskoczona jego dojrzałymi uwagami. Była wzruszona przywiązaniem do ojczyzny, biednego samotnego, wiejskiego chłopca.
- Jestem naprawdę z ciebie dumna. Wyrastasz na wspaniałego mężczyznę. Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić?
Tomek rzucił się do jej rąk, pokrywając je gorącymi pocałunkami i łzami.
- Pokornie proszę jaśnie panią, żeby wstawiła się za mną do pana naczelnika. Ja nie pójdę do szkoły. Chcę do oddziału! Na naukę będzie jeszcze czas. A jak pan naczelnik mnie nie przyjmie, to i tak pójdę za nimi! - trząsł się cały z uniesienia, nie przestając kurczowo ściskać i całować jej dłoni.
- Obiecuję, że wstawię się za tobą. A teraz idź do panny Kumockiej i powiedz, żeby ci dała buty, konfederatkę i mundur powstańczy. Zjedz coś, odpocznij, a wieczorem pojedziesz ze mną do Zameczku. Pan naczelnik zdecyduje, co z tobą zrobić. Aha, Sułtana weź z sobą, bo to już jest twój koń!
- Jezu, naprawdę? - nie wierzył własnym uszom. - Przecie to prawdziwy arab, tylko panowie jeżdżą na takich koniach. - wykrzyknął.
- Zamierzałeś piechotą biegać za oddziałem? Kawalerzysta musi mieć konia.
Chłopak o mało nie oszalał z radości. Wybełkotawszy podziękowanie, wypadł z pokoju i pobiegł do Kumosi, upomnieć się o mundur powstańczy. Nina patrzyła za nim z gasnącym uśmiechem.
Wiadomość o śmierci starego pana Siekielskiego, była dla niej bardzo bolesnym ciosem. Znała go od dziecka i bardzo lubiła. Był taki wesoły, dowcipny, a skłonność do żartów odziedziczył po nim Tadeusz. Zastanawiała się ponuro, co myślał oficer rosyjski, strzelając z rewolweru w głowę bezbronnemu starcowi - kalece? Jakiż to musiał być okrutny, bezlitosny żołdak, ślepo wykonujący nieludzkie rozkazy. Niestety, na takich właśnie bezdusznych kreaturach opierał się cały carski reżim. Pana Siekielskiego oskarżono o udział syna w powstaniu. Groziła mu za to zsyłka na Sybir, albo więzienie, ale z pewnością nie kara śmierci, ponieważ nie udowodniono mu, że czynnie pomagał powstańcom. A jednak oficer nie zawahał się wykonać na nim wyroku i zabił niedołężnego starca! Biedny, kochany Tadeusz, nieszczęśliwa trusia. Nina płakała rozpaczliwie nad ich losem, lecz pomimo najgłębszego współczucia była bezsilna, bo niepodobna walczyć ze zjawiskiem tak nieodwracalnym, jak śmierć.
Buduar w pałacu.
Z nagłym lękiem rozejrzała się po buduarku, pełnym lirycznej atmosfery, odległym od gwałtów i brutalności wojny. Na etażerkach, stoliczkach i gzymsie kominka, stały wysmukłe kryształowe wazony, pełne wiosennych kwiatów: barwnych tulipanów i obfitych kiści białego i fioletowego bzu. Lecz ten sielankowy spokój był zwodniczy, bo wszędzie czaiła się śmierć. Do drzwi zapukała Ulisia i podała jej liścik od pani Salomei, która przebywała w Sarnikach. Starsza pani pisała, że właśnie przywieziono zwłoki pana Siekielskiego i złożono je w kościele. Pani Salomea postanowiła nie wracać do Makowa, lecz jechać z Emilką do Brzezińca, pocieszyć Zosię i pomóc jej w przygotowaniu uroczystości żałobnych.
Nina z westchnieniem odłożyła list. Była ogromnie wdzięczna pani Salomei za podjętą decyzję. Serce wyrywało się jej do przyjaciółki, pragnęła ją uściskać i dodać otuchy w nieszczęściu, ale tego dnia musiała jeszcze widzieć się w Zameczku z mężem.
- Gdzie panna Mira? - spytała Ulisię.
- Panienka pojechała do Porajów. - odpowiedziała pokojówka dygając.
- Jak tylko coś się dzieje, to nigdy nikogo nie ma i ja muszę wszystko robić! - prychnęła Nina gniewnie.
Miała do Miry pretensje, że pojechała pomagać pannie Lasewiczównie, choć w Makowie nie było pana Bochniaka i na wypadek najazdu wojska, nikt nie znał dobrze języka rosyjskiego.
Przed zachodem słońca poleciła obudzić panią Prendowską.
- Mąż będzie czekał na nas w naszym folwarku Zameczku. - powiedziała, gdy pani Jadwiga przyszła wypoczęta, odświeżona, w starannie wyczyszczonej przez pokojówkę czarnej sukni.
Przed pałac zajechało odkryte lando, z siedzącym na koźle Stachem. Obok niego usadowił się Tomek czerwony z emocji, trzymając na kolanach sporą paczkę z nowym ubraniem. Z tyłu za powozem, szedł przywiązany jego koń. Nina zwróciła mu uwagę, żeby paczkę schował pod siedzenie i zaraz ruszyli.
 Wieczór pachniał świeżą zielenią i ziołami. Było jeszcze jasno, bo na niebie świeciły zorze. W mijanych wioskach z kominów unosiły się dymy, w chatach szykowano wieczerzę. Piskliwie śpiewały dzieciaki, pędzące z łąk stada gęsi, ryczało bydło prowadzone do wodopoju. Młodzi parobczacy śmiali się i ochlapywali wodą, kąpiąc w stawie konie. Nad łąkami i zaroślami unosiła się już leciutka mgła, w której odzywały się chóry żab, a w krzakach odurzająco pachnącej tarniny, rozbrzmiewały pierwsze trele słowicze. "Jakże piękna jest moja ziemia."- pomyślała Nina wpatrując się w ukochany krajobraz..
- Czy orientuje się pani, co zawierają nowe rozkazy? - odezwała się, patrząc niespokojnie na panią Prendowską.
- Niestety nie. Koperta jest zalakowana, nie mam prawa jej otworzyć.
Nina wierciła się na poduszkach siedzenia, pragnąc jak najszybciej przybyć do Zameczku. Minęli stojący na wzgórzu krzyż, ufundowany przez hrabinę Teklę i obwieszony wiankami polnych kwiatów. Nareszcie skręcili na piaszczysty gościniec, prowadzący do folwarku. Przejeżdżający powóz obszczekały wiejskie kundle, goniąc za nim, dopóki nie zniknął pomiędzy drzewami. Obie panie prawie nie odzywały się do siebie, zatopione we własnych myślach i dopiero światła w oknach dworku, wyrwały Ninę z zamyślenia.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmiła, wyskakując pierwsza z powozu i podając rękę pani Jadwidze, utykającej nieco na nogę.
Dworek w Zameczku.
Na ganku nikt się nie pojawił, lecz w pokoju świeciło się światło. Trzy wielkie brytany podbiegły warcząc, lecz poznawszy Ninę, zaczęły się do niej łasić. Biały dworek wydawał się wymarły, ale gdy podeszły do drzwi, te otworzyły się szeroko i stanęła w nich Grabiszyna, dawna mamka Aleksa. Przywitała Ninę z radością, pocałowała ją w rękę i zaprosiła do środka.
- Pan hrabia czeka w pokoju Zaraz podam herbatę.
W małym saloniku wszystko pozostało bez zmian od chwili, gdy Nina wyjeżdżała do Krakowa. Tylko okna były uchylone, a na stole stał wazon z bukietem bzów. W srebrnym lichtarzu paliła się świeca. Przy oknie Nina dostrzegła męża i podbiegła do niego z okrzykiem radości.
- Aleczku! Bogu niech będą dzięki. Tak się o ciebie bałam!
 Pocałował ją w czoło i uwalniając się z jej uścisku, zwrócił się ku pani Prendowskiej, stojącej skromnie przy drzwiach.
- Miło mi panią poznać. - skłonił się, witając ją uprzejmie.- Panie wybaczą, że tak bezceremonialnie przystąpię do rzeczy, ale nie mogę tu dłużej pozostawać. Poproszę o rozkazy. Nie wiemy kim jest donosiciel i każdy jest podejrzany.
- To oczywiste. Oto rozkazy Rządu. - pani Prendowska podała mu niewielką, zalakowaną kopertę.
Poprosił żeby usiadły, a sam niecierpliwie rozerwał papier i zaczął czytać. Nina nie spuszczała z niego wzroku, dostrzegając dwie głębokie zmarszczki przecinające mu czoło. Widocznie się golił czekając na panie, bo na policzku był zadraśnięty i miał zdarty naskórek na podbródku. Przeczytał uważnie dokument i spalił go razem z kopertą nad tacą, wyrzucając popiół do pieca.
- I co, Alku? Gdzie ci każą jechać? - wyrwała się Nina, nie mogąc opanować niecierpliwości i niepokoju.
Posłał jej tak wymowne spojrzenie, że natychmiast pojęła, iż nie należało pytać, co zawierają rozkazy Rządu.
- Bardzo przepraszam, ale tak bardzo się o ciebie boję.- zawstydzona, próbowała się tłumaczyć.
- Idę do Piekła! - powiedział z ironią, a ona aż zmieniła się na twarzy, nie spodziewając się po nim tak brutalnej odpowiedzi.
- Jak możesz?... - wyszeptała, upokorzona boleśnie obecnością obcej kobiety.
- Ależ Nino, ja mówię poważnie. - roześmiał się, tracąc poprzednią rezerwę. - Wybacz, nie zdawałem sobie sprawy, jak drastycznie to zabrzmiało. No, nareszcie jestem bardzo zadowolony z decyzji Rządu. Pani Prendowska jest kurierem władz powstańczych, więc mogę mówić otwarcie. Wszystkie oddziały walczące na terenie województwa sandomierskiego, przechodzą pod rozkazy pana pułkownika Czachowskiego! Miejsce zgrupowania naznaczono nam pod Nakłem. Są tam skałki, zwane Piekłem. To miejsce zostało świetnie wybrane, bo jest ukryte głęboko w puszczy. Teraz już nie potrzebuję szukać jakiejś większej partii i dobrego dowódcy.
Skałki zwane Piekłem.
 - Ale to tak daleko... - szepnęła zawiedziona Nina.
Miała nadzieję, że Rząd rozkaże mu działać na terenie Bodzentyna. Pocieszała się myślą, że tworzona jest mała armia powstańcza pod dowództwem Czachowskiego, bo miała do niego zaufanie i bardzo pułkownika lubiła. 
Ale pani Prendowska, usłyszawszy nazwisko pułkownika, skrzywiła się kwaśno, niezadowolona z wyniesienia Czachowskiego na naczelnika największego zgrupowania, nie tylko w guberni radomskiej, lecz w całym kraju. Nie lubiła starego wiarusa, ponieważ nie znosił go Langiewicz.
- Obawiam się, że będą kłopoty. - odezwała się z niechęcią. - Pan Czachowski ma trudny charakter. Pan generał dyktator, doceniał jego odwagę i talenty militarne, lecz raziło go okrucieństwo pułkownika. Czachowski stale nosi przy sobie bat i okłada nim podwładnych, niczym ekonom pańszczyźnianych chłopów. Wielu wieśniaków powiesił, bo jest zwolennikiem surowych kar.
Aleks nie znosił kobiet mieszających się do spraw wojskowych i zamierzał dać pani Prendowskiej ostrą nauczkę, lecz powstrzymał się, wspomniawszy o jej niekwestionowanych zasługach dla powstania.
- Nie słyszałem żeby pan pułkownik skrzywdził kogoś bez winy. - rzekł chłodno. - Karze jedynie zdrajców, co zdarzało się również często panu Langiewiczowi. Proszę pamiętać, że nadmierną łagodnością prowokujemy chłopów do aktów agresji. O ile wiem, w partii pana Czachowskiego służy bardzo wielu wieśniaków i jakoś od niego nie uciekają.
- Być może. - bąknęła pani Prendowska, bynajmniej nie przekonana. - Prosiłabym pana naczelnika o sporządzenie raportu o potyczce i odbitych więźniach oraz stratach, jakie poniósł nieprzyjaciel i pana oddział. Wezmę raport z sobą i dostarczę do Warszawy.
- Dobrze. - Aleks usiadł przy stole i wyrwawszy kartkę z notatnika, zaczął szybko pisać.
 W pokoju uczyniło się cicho, słychać było tylko skrzypienie ołówka. Za oknem poszczekiwały psy, strzegąc czujnie domu, w krzewach bzu rosnących pod oknami, rozbrzmiewały namiętne trele słowików.
Salonik w małym dworku.
 Stara Grabiszyna wniosła dymiący samowar. Nina wstała i wyjęła z szafki szklanki, cukier i łyżeczki. Gospodyni weszła ponownie, niosąc na tacy półmiski z pokrojona wędliną, czarny chleb i świeżo ubite masło. Za nią dziewczyna ustawiła na stole gorącą kaszę gryczaną, prażoną w chlebowym piecu, ze skwarkami i kwaśne mleko z grubą kremową śmietaną. Skwarki pachniały tak apetycznie, że Nina poczuła głód. W ostatnich godzinach, trwoga o życie męża i dramatyczne wiadomości odbierały jej apetyt.
Aleks skończył pisać, zalakował raport i oddał pani Prendowskiej. Potem wszyscy zasiedli do stołu. Jedząc, Aleks wypytywał panią Jadwigę o jej pracę kurierską prosząc, aby pozdrowiła szwagra, którego poznał w Wąchocku, przy boku Langiewicza. Lecz pani Prendowska nie miała żadnych wiadomości o losach porucznika i nawet nie przypuszczała, że Jan Prendowski służy właśnie w oddziale Czachowskiego, przygarnięty po upadku dyktatora.
Małżonkowie z zainteresowaniem słuchali opowiadania pani Jadwigi, o jej pracy kurierskiej. Dla chorej kobiety, było to zadanie bardzo wyczerpujące. Będąc ciągle w rozjazdach, stała się gościem we własnym domu. W Mircu pokazywała się tylko przejazdem, a całym gospodarstwem zajmowała się jej wiekowa matka. Pan Prendowski pełnił funkcję komisarza Rządu Narodowego i zajęty był pracą konspiracyjną, przebywając z dala od domu. Widywał się z żoną tylko przelotnie, niekiedy odwiedzając dzieci. Pani Jadwiga rozwoziła rozkazy, nawiązywała kontakty oraz wizytowała powstańcze szpitale, będąc z upoważnienia Rządu ich opiekunką. Dnie schodziły jej na podróżach niewygodną, twardą bryczką. Noce spędzała na plebaniach i w dworkach, przyjmowana często niechętnie i ze strachem, niekiedy po prostu wyrzucana za drzwi.
Nina przypatrywała się z szacunkiem drobnej, pogodnie uśmiechniętej kobiecie, która cierpliwie i z samozaparciem znosiła poniewierkę, rozstanie z dziećmi i rodziną, narażając się na aresztowanie i surową karę. Była to niewątpliwie kobieta o mocnym charakterze i gorąca patriotka. Później, jej dumna i honorowa postawa w więzieniu i na zesłaniu, budziła szacunek Rosjan. Na razie jednak, nie znała swoich przyszłych losów i nie wiedziała o czekających ją ciężkich przeżyciach.
- Nie tęskni pani do normalnego życia, w domu i z dziećmi? - zapytała Nina, nie mogąc zrozumieć takiego entuzjazmu dla sprawy, którą sama uważała za nie wartą poświęcenia.
- Mój Boże, naturalnie, że tęsknię za moimi dzieciaczkami. Ale przecież tę pracę musi ktoś wykonywać, więc równie dobrze mogę ja to robić. - pani Prendowska uśmiechnęła się pobłażliwie, spotykając się często z tego rodzaju pytaniami. - Kobiecie łatwiej być wywiadowcą i kurierem, bo mniej zwraca na siebie uwagi. Rzadko widujemy się z mężem, ale to przecież sytuacja przejściowa. Kiedy wygramy powstanie, wówczas będzie pora na zabawę z dziećmi i życie rodzinne. Wprawdzie majątek marnieje, bo cała niemal służba poszła do powstania, ale kiedyś będziemy te czasy wspominać z dumą!
Mirzec dwór Prendowskich.
 Nina siedziała w milczeniu, opuściwszy nisko głowę. Nie mogła wprost uwierzyć, że są jeszcze ludzie, którzy niezachwianie wierzą w zwycięstwo. Aleks nie odzywał się, wpatrzony w talerz, więc i ona nie zabierała głosu, obawiając się zdradzić ze swoimi poglądami. Przyszło jej na myśl, że mąż byłby dumny, gdyby poszła śladem pani Prendowskiej, żeby miała jej wiarę i patriotyzm. Zacisnęła mocno usta i miała szaloną ochotę brzydko zakląć. O, już dosyć się wycierpiała za sprawę, zawsze obcą jej sercu i trzeźwemu umysłowi. Dla niej ryzykowała zdrowie jadąc do Galicji. Kto wie, być może zdołałaby donosić dzieci do końca ciąży i maleńki Oleś żyłby, gdyby nie uległa wojewodzinie i pozostała w domu.
Zaraz po kolacji Aleks wstał i obciągnął na sobie szarą, powstańczą kurtkę.
- Czas na mnie, Nino. - rzekł, całując ja w policzek.. - Nie martw się o mnie. Wkrótce postaram się dać ci znać o sobie. No, proszę, nie płacz.... - szepnął jej do ucha widząc, że oczy ma pełne łez. - A prawda, mam listy od Janka i Siekielskiego do pani Zofii. Nawet Biecki coś naskrobał do swojej żony. Zabierz listy z sobą.
- Na którą jutro mamy przygotować pogrzeb? Tadek przyjedzie do Brzezińca, czy prosto do kościoła? - Nina opanowała się i mężnie przełknęła resztę łez.
- Tadeusz już pożegnał się z ojcem i na pogrzeb nie przyjedzie. - odparł Aleks cichym, twardym głosem. - W walce pomści śmierć ojca. Nie mogłem nalegać.
- Biedna trusia. Została zupełnie sama. - westchnęła Nina. - Aleczku, błagam, uważaj na siebie! Ucałuj ode mnie chłopców.
- Oczywiście, obiecuję. - pocałował ją w czoło i pożegnał się z panią Prendowską.
W jego zachowaniu Nina dostrzegła jakby cień roztargnienia. Cały już był zaprzątnięty rozważaniem o walce i zapewne układał w myślach trasę przemarszu oddziału, terenami zajętymi przez nieprzyjaciela i objętymi gęstą siecią patroli. Naraz zrobiło się jej strasznie przykro. Żegnali się, Bóg wie, na jak długo, może na zawsze, a on nie obdarzył jej nawet drobną pieszczotą, nie poświęcił ani chwili na rozmowę prywatną. Nie spytał, jak się czuje po nocnej eskapadzie1. Był już w drzwiach, kiedy przypomniała sobie o obietnicy danej Tomkowi.
- Alku, zaczekaj! - zawołała, podbiegając do niego. - Proszę cię, zrób coś dla mnie. Zabierz z sobą Tomka. Nie utrzymam chłopca w domu, bo rwie się do oddziału. On tak wiele dla nas zrobił, że powinieneś spełnić jego marzenie, żeby być w partii. Proszę, nie odmawiaj mi!
Aleks skrzywił się niechętnie, bo śpieszył się do oddziału, a jej prośba oznaczała dalszą zwłokę w wymarszu.
- Chcesz żebym zabrał tego dzieciaka do powstania? Nino, ja naprawdę nie mam czasu czekać na niego. Muszę prędko wyruszyć z tych stron, bo Rosjanie mogą nas wygrzebać spod ziemi.
- Ależ wcale nie musisz czekać! On jest tutaj, ma konia. Alku, proszę, weź go ze sobą. - nalegała, pod wpływem jakiegoś tajemnego przeczucia.
- No dobrze, niech jedzie! - strzepnął niecierpliwie rękami. - Kłaniaj się wszystkim domownikom, a pani Zofii złóż ode mnie kondolencje.
 Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Nina podbiegła do okna i patrzyła, jak mąż rozmawia z Tomkiem. Chłopak w szale radości rzucił się mu do rąk, potem obaj wskoczyli na konie i zniknęli pomiędzy drzewami sadu.
    • -Niech was Matka Najświętsza ma w swojej opiece.- wyszeptała.    
1Eskapada - wyprawa,rajd,wędrówka.