sobota, 9 lipca 2016

Podróż do Galicji. Dramatyczne echa bitwy pod Grochowiskami.


  9 lipca 2016 r.
 - Nino, zamknij okno, bo się przeziębisz . - Jaga obudzona chłodnym powiewem, otwarła oczy i poruszyła się na kanapce.
- Muszę odetchnąć, bo duszno tutaj.
- Może źle się czujesz? Kotuniu, jeszcze możemy zawrócić.
- Nic mi nie jest . - odburknęła Nina.
Góry Świętokrzyskie.
  Jaga zamilkła, nie chcąc jej denerwować, lecz w głębi duszy niepokoiła się o nią. Mira wtulona w kąt karety, przykryła się wraz z głową pledem i podwinąwszy pod siebie nogi, mocno spała. Nina wychyliła głowę i wpatrywała się przed siebie, próbując przebić wzrokiem kłębiące się mgły. Przez otwarte okno wpływało do wnętrza karety lodowate zimno.
- Nina, ja ci mówię, że złapiesz katar! - ponownie ostrzegła niania.
- Już zamykam. Czekaj, tam na drodze stoi jakiś konny i patrzy w naszą stronę. - Nina otworzyła okienko za plecami stangreta i zadała mu pytanie :
- Stachu, czy to aby nie kozak?
Stary stangret ściągnął rozbiegane konie i wytężył wzrok, bo w cieniu wielkich drzew było jeszcze zupełnie ciemno.
- Widzi mi się, że to nie kozak. - odpowiedział po jakimś czasie. - Nie ma piki, ani papachy na głowie. Nie, - potrząsnął stanowczo głową. - to nie kozak, bo koń wysoki, nie kozacki podjezdek.
- W takim razie, kto to może być? Może jakiś dragon? Wygląda na to, że na nas czeka. - Nina sięgnęła w fałdy krynoliny i z kieszeni wydobyła pistolet. Zgrzytnął odwodzony kurek.
- Nina, rozum straciłaś? - wystraszona Jaga chwyciła ją za rękę. - Schowaj ten pistolet albo go wyrzuć. Jak Moskale znajdą przy tobie broń, zaraz cię aresztują lub zabiją.
- Zostaw mnie, nianiu! - syknęła Nina przez zaciśnięte zęby. - Stachu, czy on tam jeszcze stoi?
- Tak... Nie, laboga, ruszył ku nam kłusem! - zawołał stangret z niepokojem. - Co mam robić jaśnie pani?
- Nie wiadomo, czy to nie zasadzka. Może ich tam wielu ukrywa się w lesie. Bez mojego rozkazu nie atakujcie. Jeżeli podjedzie i zechce otworzyć drzwi karety, ja strzelę, a wtedy wypuszczajcie konie galopem. Musimy im umknąć.
- E, na jednego to szkoda kuli! - prychnął Stach pogardliwie. - Jak podjedzie bliżej, zdzielę go bez łeb biczem i z konia zwalę. O, już i Maciuś i Tomek nadjeżdżają!
Samotny jeździec stępa zbliżał się ku nim. Nina zatrzasnęła okienko i usiadła z mocno bijącym sercem, trzymając palec na cynglu. Gdyby intruz próbował wedrzeć się do karety, zdecydowana była go zastrzelić. Trzy pojazdy zaczęły zwalniać i stanęły w głębi gęstego lasu. Zmęczone wyboistą drogą konie parskały głośno, wyrzucając z piersi obłoki białej pary. Jeździec zwolnił i krok za krokiem podjeżdżał do karety.
- Stachu, dlaczego stoimy? - dopytywała się Nina, pukając w przednie okienko.
- O Maryjo święta! - rozległ się głośny okrzyk Stacha, lecz nie było w nim strachu, tylko zdumienie i radość.
W następnej chwili ciemna postać przysłoniła okienko, a znajomy głos ostrzegł wesoło: 
- Promyczku, nie celuj do mnie z pistoletu, bo zostaniesz wdową!
- Alek! - westchnęła z najgłębszą ulgą i otworzyła drzwi, stawiając stopę na wysuniętych schodkach.
Zeskoczył z konia i w jednej chwili znalazła się w jego mocnych, ciepłych ramionach.
- Napędziłem wam strachu, co? - śmiał się, stawiając ją ostrożnie na ziemi.
- O Boże, miałam grzeszny zamiar wyprawienia własnego męża na tamten świat! - szepnęła, otaczając mu szyję ramionami i oddając pocałunki. - Ale skąd ty się tu wziąłeś o tej porze?
- Zatęskniłem za tobą i postanowiłem raz jeszcze ciebie zobaczyć. Wiedziałem, kiedy będziecie tędy przejeżdżać, bo sam wyznaczyłem wam trasę. - przyjrzał się jej badawczo i pogładził czule blady policzek żony. - Mój biedny ptaszku, męczysz się, zamiast spać spokojnie. Wygodnie ci chociaż? - zajrzał do karety i przywitał się z Jagą.
- Nianiu, Nina musi bardzo cierpieć, siedząc bez ruchu tyle godzin. Może rozścielimy na siedzeniu kołdry i poduszki? Część podróży odbędzie w pozycji leżącej. Jak niania uważa? Taka pozycja jest, moim zdaniem, mniej męcząca.
- Pan hrabia ma rację. Ja też tak sądzę. - poparła go Jaga. - Nie będzie narażona na wstrząsy karety.
Nie zważając na nieśmiałe protesty Niny, niania wydobyła ze schowka puchowe kołdry, poduszki i pledy, przygotowując z pomocą Aleksa coś w rodzaju posłania.
- No, spróbuj teraz, czy będzie ci wygodniej. - Aleks uniósł ją w ramionach i położył na kanapce.
Wyciągnęła się i westchnęła z ogromną wdzięcznością.
- Jest mi jak w niebie. Aleczku, jesteś taki kochany... Jedź z nami jeszcze kawałek drogi.
Obudzona głośną rozmową Mira, usiadła i skinęła z uśmiechem Aleksowi głową.
- Nino, nie namawiaj pana hrabiego, to niebezpieczne. Nie wiadomo, czy w pobliżu nie ma jakiegoś patrolu dragonów, lub kozaków. Patrz, już jasno.
- Słusznie. Panna Mira, jak zwykle rozsądna. - Aleks przyznał jej rację. - Zaraz znikam. Do zobaczenia, mój słodki promyczku. Drogie panie, proszę, uważajcie na moją żonę. Do widzenia, chłopcy! A pilnujcie, żeby paniom jakaś krzywda się nie stała.
Trzej stangreci wydali pożegnalny okrzyk i trzasnęli batami.
Nina patrzyła przez okno, jak wsiadał na konia i stał w miejscu, śledząc wzrokiem oddalającą się karetę. Posyłała mu pocałunki dłonią, a kiedy straciła go z oczu, położyła się i ukryła twarz w poduszce, nie życząc sobie, żeby ktokolwiek widział jej łzy. Wyrzucała sobie, że jest złą, podłą żoną i nie zasługuje na takiego cudownego męża. Gruby piernat i puchowe poduszki skutecznie łagodziły wstrząsy. Spoczywała wyciągnięta wygodnie, zdjąwszy obuwie i ułożywszy stopy powyżej głowy. Jaga przytuliła się do niej i zasnęła, cicho pochrapując. Mira znudzona monotonną jazdą przez gęsty las, także zaczęła drzemać. Wsłuchując się w ich regularne oddechy, Nina przymknęła powieki i zapadła w głęboki sen.
                                               ----------------------------------------
Dnia 18 marca, wojska generała Langiewicza stoczyły pod Grochowiskami krwawą bitwę, z armią pułkownika Czengierego. Walki toczyły się ze zmiennym szczęściem aż do późnego wieczora. Powstańcy walczyli z niesłychanym męstwem, dorównując walecznością starym, doświadczonym w bojach żołnierzom rosyjskim. Żuawi śmierci, pod dowództwem pułkownika Rochebruna, brawurowym atakiem odrzucili natarcie nieprzyjaciela. Kosynierzy Dąbrowskiego roznieśli na ostrzach kos roty pułku smoleńskiego.. Oba wojska zmagały się z równą determinacją aż do zmroku, ale bitwa pozostała nie rozstrzygnięta w decydujący sposób.
Rosjanie, zmęczeni i przygnębieni dużymi stratami, wycofali się z pola walki. Polacy byli skrajnie wyczerpani. Brakowało amunicji i żywności, bo tabory zostały odcięte od oddziałów. Żołnierze, głodni i spragnieni, padali z nóg. Z krwawego pobojowiska rozlegały się głuche jęki i krzyki rannych, przeraźliwe kwiki poranionych koni. Ludzie i zwierzęta na próżno oczekiwali pomocy lub kuli, która skróciłaby ich mękę. Jeszcze tej samej nocy, generał Langiewicz zwołał naradę wojenną. Nie bawiąc się w subtelności, zakomunikował wstrząśniętym oficerom, że w tych warunkach dalsza walka nie ma sensu. 
Generał M. Langiewicz.
 Zaproponował podzielenie armii na mniejsze oddziały, dowodzone przez oficerów sztabowych. Sam postanowił udać się do Krakowa, aby tam domagać się pomocy, jaką mu przyrzeczono, kiedy obejmował dyktaturę. Ale jego argumenty nie przekonały oficerów. Szef sztabu pułkownik Bentkowski, stary żołnierz i były powstaniec wielkopolski, określił zachowanie wodza naczelnego, jako coś wstrętnego, hańbiącego. Była to rzecz niesłychana, żeby głowa państwa powstańczego, dyktator i wódz naczelny w jednej osobie, porzucał swoich żołnierzy w krytycznym momencie, nie przejmując się więcej ich losem. Pułkownik Czachowski widocznie przewidział, co się święci i obawiając się ogólnej paniki, zaraz po bitwie przepadł ze swoim oddziałem doborowych żołnierzy, żeby dalej walczyć na własną rękę. Po odjeździe dyktatora niedobitki powstańczej armii ogarnęła anarchia. W oddziałach zapanowało zupełne rozprężenie. Ludzie porażeni klęską, utratą wodza, opanowani panicznym strachem, myśleli tylko o jednym: - przedostać się za Wisłę do bezpiecznej Galicji!
  Wiadomość o przegranej bitwie pod Grochowiskami i upadku dyktatora, dotarła do podróżujących pań w drodze do Chmielnika. Nina do końca życia była przekonana, że tylko cudem udało się im dotrzeć do Wisły. Mijane miejscowości były po części spalone, splądrowane i wyludnione. Mieszkańcy miasteczek i wiosek w popłochu uciekli do lasów. Kareta i bryczki toczyły się między kolumnami wojska, nie wiedząc, co mają przed sobą. Zabrany z domu zapas chleba był na wyczerpaniu i Jaga postanowiła kupić kilka bochenków chleba w jakimś zajeździe. W pobliżu Buska przystanęli przy żydowskiej karczmie. Pejsaty Żyd karczmarz, obojętnie przyglądał się nadjeżdżającym eleganckim powozom, nie ruszając się nawet z miejsca. Spytany o żywność, apatycznie wzruszył ramionami.
- Chleb? Jaśnie państwo chcą kupić chleba? Uwa, ja bym też zjadł chleba. Moja kobieta też by zjadła. Moje dzieci są głodne, ony już dawno chleba nie widziały. Skąd u mnie chleb? Przyszły wojaki pana Langiewicza, zjadły chleb ze słoniną i poszły se, zabierając jeszcze siano i słomę. Kozaki ukradły zboże, wypiły wódkę i dla zabawy rozbiły wszystkie jajca i rozsypały worki z mąką. Potem zabrały kury i gęsi. Biedny Żydek Szymcha zdechnie z głodu i jego dzieci też zdechną. Ale kogo obchodzi karczmarz Szymcha? Co panów powstańców obchodzą jego głodne dzieci?
Atak kosynierów.
  Z wnętrza karczmy wyszła chuda Żydówka, jej wielkie słodkie oczy miały wyraz bolesnej rezygnacji. Spódnicy matki trzymało się kurczowo pięcioro malców. Ich blade twarzyczki ściągnięte były głodem i strachem. Przerażone, spoza spódnicy matki, nieśmiało zerkały na lśniącą karetę i siedzące w niej damy. Pomimo nędzy i brudu były ładne, miały ogromne czarne oczy i gęste krucze loki. Litując się nad ich niedolą, Nina wręczyła Żydówce kilka srebrnych rubli. Jaga wydzieliła z zapasów nieco żywności i pół bochenka chleba. Obdarowana kobieta przypadła do stopni karety, wykrzykując podziękowania i szlochając tak głośno, jakby spotkała ją wielka krzywda.
W Busku wszystkie sklepiki były na głucho zamknięte, bo czego nie zabrało wojsko, przezorni sklepikarze ukryli, oczekując lepszych czasów. Za Wiślicą zatrzymał ich zbrojny patrol dragonów. Żołnierze podejrzliwie przypatrywali się karecie i brykom. Zapewne nie podobały się im zuchwałe miny stangretów. Oficer długo sprawdzał dokumenty, wypytując dokąd jadą i po co? Kazał otworzyć kufry, ale rzuciwszy okiem na leżące na wierzchu niemowlęce koszulki, zmierzył wzrokiem przegiętą figurę Niny i machnąwszy dłonią, kazał im jechać dalej.
Rekonstrukcja bitwy pod Grochowiskami.
  Przenocowali w małym dworku dzierżawcy i rano ruszyli ku Opatowcu i Wiśle.
Do miasteczka przybyli w sam dzień świętego Józefa Opiekuna - ponury i chłodny poranek marcowy. Po niebie płynęły granatowe chmury, z których chwilami padał deszcz ze śniegiem. W miasteczku roiło się od gromad zdemoralizowanych żołnierzy armii Langiewicza. Przeklinając dyktatora i powstanie, zrozpaczeni, próbowali dostać się na prom i przepłynąć do drugą stronę rzeki do Galicji. Łatwość przekraczania granicy wynikała z likwidacji komór celnych w Michałowicach, zniszczonych przez powstańców, jak również z tolerancyjnego stosunku władz austriackich, wobec uchodźców z zaboru rosyjskiego.
W pobliżu Opatowca nie było Rosjan, czasami tylko w oddali ukazał się mały patrol kozacki, ale natychmiast znikał, nie szukając zwady z dobrze uzbrojonymi i zdeterminowanymi żołnierzami polskimi, okupującymi brzeg Wisły. Odważni i bitni powstańcy z oddziałów Langiewicza, teraz ogarnięci paniką, gotowi byli na wszystko, byle tylko bezpiecznie unieść głowy i przedostać się do Galicji. Panowało ogólne przekonanie, że wraz z upadkiem dyktatora, powstanie się zakończyło i dopiero teraz rozpocznie się rzeź ludności cywilnej.
Po bitwie.
Trzy kobiety, z bezradnym przerażeniem patrzyły na uchodzące w popłochu resztki armii powstańczej. Ku rzece ciągnęły watahy pijanych żołnierzy, pędziły jakieś wozy taborowe, przewracając się na błotnistej drodze i wysypując swój ładunek do rowu. Czasami byli to ranni, pozbierali z pobojowiska, których próbowano przewieźć za granicę do szpitala. O ciała innych rannych i zabitych Polaków, nikt się nie zatroszczył. Po bitwie, chłopi zmuszani przez władze rosyjskie, zakopywali trupy poległych w bezimiennych mogiłach.
U przewozu stały tłumy mężczyzn złych, niespokojnych i gotowych do agresji. Rzeka szara i wezbrana topniejącymi w górach śniegami, toczyła bystre, mętne fale. Prom i kilka dużych łodzi bez przerwy krążyły po Wiśle, przewożąc powstańców, konie i sprzęt. Po drugiej stronie widać było nieruchome sylwetki konnych huzarów węgierskich strzegących przeprawy. Przewożone na promach konie rżały z przerażenia, odpowiadały im wierzchowce huzarów. U przeprawy stał długi sznur wozów oczekujących na swoją kolej, przygotowanych do wjazdu na prom. Były to resztki taboru armii Langiewicza.
Pułk. Francois de Rochebrune
  - Na litość boską, co zrobimy? - zastanawiała się głośno Nina. - W tym miejscu nawet przez trzy dni nie doczekamy się przeprawy.
- Nikt nie przewidział, że dyktatura Langiewicza będzie miała tak dramatyczne zakończenie. - powiedziała zmartwiona Mira.
Nina rozglądała się bezradnie, szukając gdzieś pomocy, lecz zewsząd napotykała obojętne i zimne spojrzenia zrozpaczonych byłych powstańców, których już nic wzruszyć nie mogło. Stach zeskoczył z kozła i poszedł zobaczyć, jak szybko posuwa się załadunek na prom, lecz rozwścieczeni mężczyźni gotowi byli roznieść go na ostrzach bagnetów. Musiał stamtąd prędko rejterować.
- Nie mamy tu na co czekać. - rzekł do Niny. - Albo spróbujmy gdzieś indziej, a nie uda się, trza będzie wracać do domu. Ci ludzie nie dopuszczą nas do promu. Nie będę tu stał, bo jaśnie paniom nie przystoi słuchać, jak chłopy przeklinają.
Nina skinęła głową i kazała zawrócić do miasteczka. Wychyliwszy się z okna, zaczepiła przechodzącego mieszczanina.
- Przepraszam. - odezwała się stłumionym głosem. - Czy mógłby nam pan doradzić, gdzie moglibyśmy prędzej przeprawić się za Wisłę? Tu żołnierze nie dopuszczają nas do promu, a ja chciałabym jak najszybciej dojechać do Krakowa.
Przechodzień spojrzał z litością na jej umęczoną twarz i pokiwał głową.
- Na pani miejscu nie czekałbym tutaj. W Ujściu Jezuickim również znajduje się komora celna i jest tam prom. Trzeba jechać wzdłuż brzegu Wisły i przeprawić się na wprost Uścia. Może tam łatwiej dostaniecie się na prom.
Nina podziękowała i kazała Stachowi ruszać. Była już bardzo zmęczona i przygnębiona ostatnimi wydarzeniami, jakich nikt się nie spodziewał. Wyobrażała sobie, co przeżyje Aleks, kiedy dojdzie do niego wiadomość o klęsce pod Grochowiskami. Będzie szalał z rozpaczy i niepokoju, nie wiedząc, czy udało się jej dostać na drugi brzeg Wisły i dojechać do Krakowa. Ostatnio nie czuła się dobrze. Miała zawroty głowy, bolał ją kręgosłup i odczuwała bóle w dole brzucha. Wolała nie wspominać o tym, aby nikogo nie martwić. Jechali bardzo wolno, bo droga zawalona była ciężkimi wozami i konnymi. Czasami jakiś młody powstaniec pochylał się na koniu i zaglądał ciekawie do wnętrza karety. Na widok Niny, głośno gwizdał z podziwu. Zirytowana, jednym szarpnięciem zaciągnęła firanki.
- Jak sądzisz? - zwróciła się do panny Lutówny. - Czy to już koniec powstania?
- Na panu Langiewczu powstanie się nie kończy. W Warszawie jest legalny Rząd. - odparła Mira zdecydowanym tonem. Była bardzo blada, lecz nie upadała na duchu, wierząc niezłomnie w zwycięstwo zbrojnego wybuchu. - Znajdą się inni, lepsi dowódcy.
- Mira, powiedz mi, co udowodnimy przedłużając tę masakrę? Nigdy nie miałam zaufania do pana Langiewicza, a jego klęska pod Grochowiskami, może uniemożliwić nam dotarcie do Krakowa i transport broni. Zresztą, czy warto starać się o broń, jeżeli wszystko się wali? Boże, tak bym chciała znowu być w Makowie!- westchnęła, przecierając dłonią czoło. - Jestem podobna do ślimaka, który umiera pozbawiony swej muszli.
Ujście Jezuickie. Prom
  Rada mieszczanina okazała się dobra. Naprzeciw Ujścia ludzi było o wiele mniej, a duże promy kursowały częściej. Kilkunastu konnych oczekiwało u przeprawy na swoją kolej, stało tam również kilka wozów, lecz w porównaniu z tłumem w Opatowcu, tutaj mogło się wydawać niemal pusto. Stach zajechał na koniec kolejki i odetchnął. Nina wysiadła z karety, żeby rozprostować nogi i jakiś czas pozostać sama. Jaga z pomocą Miry przygotowywała posiłek, składający się tylko z kanapek z wędliną oraz soku owocowego, bo nie było gdzie zagrzać wody na herbatę. Nina nie odczuwała głodu, a chwilami było jej niedobrze, miała szum w głowie i marzyła o filiżance mocnej kawy ze śmietanką. Ta długa podróż i niewygody ogromnie ją zmęczyły. W nocy prawie nie sypiała, bo na noclegach dokuczały im pchły. Patrzyła na szeroko rozlaną rzekę, a porywisty wiatr szarpał długą woalką przypiętą do kapelusza i kołysał krynoliną, aż musiała przytrzymywać ją dłonią. Powietrze było wilgotne i przeraźliwie zimne. Po zachodniej stronie nieba na krótką chwilę pokazało się słońce, jego purpurowe promienie odbijały się w falach Wisły i mogło się wydawać, że rzeka toczy krwawą wodę. Zewsząd napływały ciemno-granatowe chmury, wróżąc długotrwałą słotę. Po podmokłych łąkach brodziły już pierwsze bociany, stawiając z wysoka cienkie, długie nogi.
Nad brzegiem, na pożółkłej trawie rozsiadło się kilku powstańców. Mieli na głowach brudne konfederatki i otulali się strzępami podartych mundurów. Rozmawiali z sobą głośno, popijając wódkę z jednej butelki. Prawdopodobnie nie była to pierwsza butelka, bo już byli nietrzeźwi. Nie krępując się, głośno i wulgarnie przeklinali Langiewicza, życząc mu rosyjskiej kuli w łeb. Wspominali bitwę pod Grochowiskami, dzieląc się wrażeniami ze szczególnie dramatycznych momentów. Byli pijani, zobojętniali na wszystko i ubarwiali relacje ordynarnymi przekleństwami. Nina z pewną obawą obserwowała ich szare, umęczone twarze i złe, przekrwione z braku snu oczy. Obecność nadchodzącej damy, wcale nie wpłynęła na zmianę ich zachowania.
 - Mówię wam, - bełkotał krępy powstaniec, z krwawą szramą przez policzek, z trudem przezwyciężając plączący się język.- na moich oczach zabiło Jurka! Granat wyrwał mu z brzucha wszystkie bebechy! Wyglądał jak wypatroszony wieprzek. Cały byłem zalany jego juchą. Ups!..-czknął głośno i machnął ręką. - Panowie, koniec z wojenką, mam wszystko w dupie i wracam do domciu. Langiewicz nas zdradził, sobacza jego mać!
- Nie klnij, jakaś pani tu idzie. - ostrzegł go drugi mężczyzna, widać nieco trzeźwiejszy.
- Co za pani? Sram na wszystkie panie. Nie musi tędy łazić! - pijak z wściekłością cisnął pustą już butelkę do rzeki. Naraz upadł twarzą na ziemię i głośno zapłakał :- Jezu, Jurka zabiło! Zabiło go na śmierć! Flaki mu wywlekło, a on jeszcze żył i patrzył na mnie, jakby prosząc o ratunek. Boże, co ja teraz powiem Wandzi i jego dzieciom?...
Zarumieniona ze wstydu Nina, pośpiesznie zawróciła i odeszła. Nie miała wcale pretensji do tych nieszczęsnych, zrozpaczonych chłopców. Na pewno dali z siebie wszystko, lecz pozbawiono ich nawet nadziei, że przelana przez nich tak szczodrze krew, nie poszła na marne.
"Właściwie, po co ja jadę do Krakowa? - zadała sobie pytanie, zasiadając na dużej kłodzie wyrzuconej przez wodę. - Czy nie szkoda kupować broń, wyrzucając pieniądze wojewodziny i marnując moje zdrowie? Przecież za te pieniądze mogłabym wspomóc gospodarzy makowskich i zakupić mnóstwo potrzebnych rzeczy. Powiedzmy, że przywiozę Alkowi broń, a on znowu pójdzie walczyć, do wiadomego końca. Ci biedni żołnierze z pewnością bili się dzielnie, a jednak porzucono ich i tak okrutnie zawiedziono nadzieję na zwycięstwo. Och, byle dalej od tego piekła! Tylko szaleńcy nie uciekają z tonącego okrętu i idą z nim na dno."
Tak rozmyślając, przypatrywała się przeprawie. Co jakiś czas prom zawracał, zabierając nowe gromady, konie i jakiś sprzęt obozowy. Nadjeżdżały wozy załadowane żołnierskim dobytkiem, pośpiesznie ewakuowano ambulanse z rannymi. Młodzi lekarze w fartuchach poplamionych krwią, zmieniali opatrunki, a nawet przeprowadzali zabiegi. Ranni krzyczeli głośno, a gdy ambulans przejechał, na drodze pozostawały krwawe koleiny. Uwagę Niny zwrócił długi wóz drabiniasty, szczelnie przykryty płachtami. Spod płótna wystawały sztywne ręce i gołe stopy. Wóz eskortowało kilku konnych powstańców. Widocznie nie chcieli pozostawić martwych przyjaciół i zabierali ich zwłoki do Galicji. Nina odmówiła szeptem modlitwę za umarłych.
W pobliżu kłody na której siedziała, przystanęło paru jeźdźców. Zeskoczywszy z wierzchowców, podeszli do brzegu wpatrując się w rzekę. Jeden z nich, młody żołnierz z wymykającymi się spod konfederatki ciemnymi włosami, wydał się Ninie znajomy. Mogłaby przysiąc, że niedawno go widziała. Napotkawszy jej badawczy wzrok, powstaniec prędko odwrócił się do niej plecami. Do brzegu przybiła duża łódź i mężczyźni wsiedli, pozostawiwszy konie pod opieką jakiegoś cywila.
Aresztowanie gen. Langiewicza.
 Oczekujący swojej kolejki żołnierze, wygrażali im pięściami i głośno przeklinali. Ciemnowłosy powstaniec wskakując do łodzi, potknął się i konfederatka spadła mu z głowy. Podniósł ją i głęboko wcisnął na czoło, ale Nina już go poznała. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w odpływającą łódź, przycisnąwszy obie dłonie do mocno bijącego serca. Młody powstaniec nieznacznie dał jej znak, nakazujący milczenie. W jego dużych czarnych oczach Nina dostrzegła lśniące łzy. Ciężko dysząc, odprowadzała ich wzrokiem pełnym oburzenia i gniewu.
Panna Pustowójtówna i dyktator Langiewicz! Uciekał tchórzliwie, pozostawiając na pastwę losu niedobitki swojej armii. Hańba! Miała ochotę splunąć za nim z pogardą. Gdyby krzyknęła i wskazała ich palcem, prawdopodobnie jego właśni żołnierze rozdarliby swego generała na sztuki. Ale w oczach panny Pustowójtówny dostrzegła wyraz takiej beznadziejnej rozpaczy, że opanowała się i już spokojnie śledziła oddalającą się łódź. Nie miała prawa potępiać tych ludzi. Przecież sama dręczyła Aleksa, zarzucając mu, że walczy i uparcie odmawia ucieczki z kraju za granicę. Również i ona marzyła, aby wyrwać się z tego piekła. Nie wolno jej było potępiać dyktatora, nie znając motywacji, która skłoniła go do podjęcia tak dramatycznej decyzji. Bliska załamania nerwowego, wstała z kłody i wróciła do karety. Wcisnąwszy się w kąt, zasłoniła twarz woalką udając, że drzemie.
Przeprawili się dopiero o zmierzchu. Pierwsze wprowadzono na prom konie, trzymane przez stangretów przy pyskach. Na wszelki wypadek miały na oczach opaski, aby się nie spłoszyły. Wchodziły na prom ostrożnie, parskając i chrapiąc ze strachu. Stangreci dodawali im otuchy, klepiąc je po szyjach i przemawiając spokojnym głosem. Potem zjechała wolno kareta podtrzymywana linami. Nina stanęła na przodzie promu patrząc zamyślona, jak wolno oddala się brzeg, będący granicą zaboru rosyjskiego. Zapadał zmrok i tylko na zachodzie, pomiędzy chmurami świeciły jeszcze wieczorne zorze, niby łuna dalekiego pożaru. Prom energicznie popychany drągami, szybko posuwał się naprzód. Rzeka w tym miejscu była szeroka, ale po pewnym czasie, wszyscy poczuli silny wstrząs i Nina pierwsza wyskoczyła na brzeg, podając rękę Jadze. Mira wysiadła tak pechowo, że obiema nogami wpadła do lodowatej wody, na szczęście płytkiej.
Huzarzy węgierscy.
  Dwóch konnych huzarów towarzyszyło paniom, aż do komory celnej. Dokoła budynku koczowały gromady uciekinierów zza granicy. Wszyscy byli bardzo podekscytowani, dzieląc się półgłosem uwagami na temat jakiegoś zajścia, mającego niedawno miejsce. Mira zaczepiła otyłego jegomościa pytając, co się wydarzyło. Grubas miał wodniste oczy, a na jego brzuchu zwisał złoty brelok od zegarka, widoczny spod rozpiętego płaszcza. Syty i pewny siebie, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego.
- To panie nic jeszcze nie wiedzą? - zdziwił się, wydymając wargi. - Ależ niedawno mieliśmy tu widowisko, że palce lizać. Na komorze celnej capnęli tego gagatka Langiewicza i jego kochanicę! No, ale im się ucieczka nie udała, bo jakaś dobra dusza wskazała ich władzom austriackim. Bóg nas ustrzegł przed tym awanturnikiem!
Kochanica? Nina poczuła bolesny ucisk w sercu. Biedna dziewczyna nie zasłużyła sobie na taki ordynarny epitet. Oczami duszy ujrzała drobną postać żołnierzyka z karabinem w rękach, odważnie brnącą przez wzburzone nurty Łosośny. Jej pomysłowość i siła woli, uratowały wówczas wiele ludzkich istnień. Służyła ojczyźnie najlepiej, jak umiała. Jako adiutant dyktatora, obowiązana była iść za swoim dowódcą. Na emigracji z pewnością nie czekały na nią luksusy, lecz uczciwa emigrancka nędza i obelgi wdzięcznych rodaków. Kochanica!
Nina zacisnęła pięści, walcząc z chęcią spoliczkowania tego tłustego bydlaka. Langiewicz również nie zasłużył sobie na miano awanturnika. Zadanie jakie wziął na siebie, po prostu go przerosło. Był próżnym człowiekiem, nieudolnym wodzem i nie potrafił sprostać tej powinności. Z własnej winy padł ofiarą perfidnej intrygi. Lecz kiedy inni siedzieli w ciepłych domach, on dzielnie walczył. Nie można było winić go za wszystko, co się wydarzyło. Mężnie stawiał opór wrogowi, a rodacy zapłacili mu za to czarną niewdzięcznością .
"Jezu, - pomyślała z goryczą - jeszcze wczoraj był bożyszczem tłumów. Wielbiono go jak bohatera, damy nosiły na sercu jego portrety i na dźwięk jego nazwiska dostawały patriotycznych spazmów. Dzisiaj rodacy plują nań i szkalują wczorajszego bohatera. O, jesteśmy strasznym narodem. Zazdrościmy każdemu w chwili powodzenia i cieszymy się złośliwie w momencie upadku. Żadnego z narodowych bohaterów czy wieszczów, nie ominęły krzywdzące pomówienia, każdego znieważono i obrzucono błotem. Nawet wrogowie tak źle nam nie życzą, jak my nienawidząc się, źle życzymy sami sobie."
Grubas nie zauważył niekorzystnego wrażenia, jakie jego słowa wywarły na słuchaczach i śmiejąc się, mówił dalej:
- Langiewicz bratał się z czerwonymi, paktował z Moskalami, a teraz posiedzi sobie w pudle. .Dobrze mu tak!
Zanim Nina ze ściśniętego wściekłością gardła zdołała wykrztusić słowo, uprzedziła ją Mira:
- Możliwe, że dla pana nie istnieje nic świętego, ale dla prawdziwych Polaków, osoba pana generała Langiewicza kojarzyć się będzie zawsze z walką o niepodległość ojczyzny. Nie wolno go panu obrażać! - krzyknęła, następując na niego z parasolką w dłoni. Wyglądało na to, że miała ochotę jej użyć.
Lecz Ninie jej słowa nie wystarczyły. Pieniła się ze złości, gotowa w porywie pasji wydrapać grubasowi oczy.
- Jak śmiesz, ty nędzniku, drwić z nieszczęścia człowieka, którego nie godzien jesteś osądzać? - wrzasnęła. - Sprzedaliście polskiego generała zaborcy, za austriackie srebro, jak Judasz sprzedał Jezusa. Obrażając generała, znieważyłeś wszystkich rodaków walczących w powstaniu!Jesteś podłym chamem i nędzną kreaturą, godną najwyższej pogardy! Nie waż się znieważać panny Pustowójtówny, bydlaku! Za plucie jadem na tą wspaniałą dziewczynę, dobrą Polkę, należą ci się baty. Łotr! Precz mi z oczu! - prychnęła jak rozwścieczona kocica.
Anna Henryka Pustowójtówna.
  Mężczyzna nie zamierzał puścić obelg płazem i już otwierał usta, aby wszcząć awanturę, ale zamknął je w tej samej chwili, zauważywszy za plecami młodej damy, groźne postaci trzech stangretów, uzbrojonych w ciężkie bicze. Doszedł do rozsądnego wniosku, że lepiej z nimi nie zadzierać i mruknąwszy coś pod nosem, cofnął się i przepadł w tłumie gapiów, zaciekawionych głośnym zajściem.
- Pójdę za draniem i skuję mu mordę! - odezwał się Maciek. Miał zaciśnięte zęby, a na ustach wilczy uśmiech. Zmrużonymi złowrogo oczami szukał w tłumie grubasa, gotowy sprać go na kwaśne jabłko za obrazę generała. - Ot, galicyjskie ścierwo! Powstańców nie szanuje.
Nina powstrzymała go, nie chcąc ściągnąć na siebie uwagi celników. Nie uniknęła jednak tego, bo jej uroda oczarowała oficerów. Kontrola celna odbyła się szybko i sprawnie. Tytuł hrabiowski i jej urok osobisty zrobiły na celnikach jak najlepsze wrażenie.
- Cieszę się, że miałem zaszczyt poznać panią hrabinę. Życzę miłego pobytu w Krakowie. - żegnał ją z wyszukaną uprzejmością oficer węgierski i już z własnej inicjatywy, rozkazał dwom huzarom pomóc w załadunku kufrów na bryki.