niedziela, 24 lipca 2016

Ryzykowna wyprawa na Łysą Polanę.


24 lipca 2016 r.
- Zosiu, - odezwała się Nina, odzyskując zimną krew - powiedz nam, ilu jest tych dragonów?
- Może z pięćdziesięciu i jeden oficer. - biedna Zosia nie przestawała płakać, pociągając nosem i wycierając łzy dłonią. Nina prędko podała jej swoją chusteczkę. - Ach, Ninetko!- załkała Zosia, otwierając szeroko łagodne, niebieskie oczy. - To był koszmar! Siedzieli w Brzezińcu kilka godzin, bo mieli zmęczone konie. Musiałam dać im jeść i poczęstować herbatą. Wyobraźcie sobie, jak się wtedy czułam!
Dragoni
Pani Salomea podniosła się z miejsca i po matczynemu ucałowała ją w czoło.
- Opowiedz wszystko dokładnie, moje drogie dziecko. - ponagliła ją czule.
- Posłuchajcie panie. Przed odjazdem ten oficer powiedział mi tak: "Ja wiem, że w pobliżu macie swoje bandy buntowników i pewnie ich powiadomicie o tym, co tu zaszło. Ale pamiętajcie, gdyby nas zaatakowano, ja natychmiast zastrzelę pani teścia. Parol oficerski!" - Zosia posłała przyjaciółce rozpaczliwe spojrzenie. - Nino, ja nie wiem, co mam robić? Obawiam się, że ten okrutnik spełni dane słowo i ojca zabije. Ale z drugiej strony, nie możemy pozwolić, żeby ci nieszczęśni ludzie trafili do Radomia. Słyszałam, że tam na przesłuchaniach, bije się i torturuje aresztowanych.
W ułamku sekundy, Ninę przeszedł zimny dreszcz, jakby dotknęła ją lodowata ręka przeznaczenia, i w całym ciele poczuła przejmujący ból. Doznała jednego z tych dziwnych przeczuć, jakie niekiedy miewała. Wzdrygnęła się, ale po chwili zapomniała o ulotnym wrażeniu. Były ważniejsze sprawy.
- Nie płacz, kochanie. Musisz zachować pełnię władz umysłowych, bo wszystko co mi powiesz, może być ogromnie ważne. Opowiedz dokładnie, dokąd dragoni pojechali?
- Tego mi nie powiedzieli. - Zosia sięgnęła po srebrną chochlę i napełniła ponownie swoją szklankę kompotem. - Muszą się gdzieś zatrzymać, aby przenocować, bo ich konie upadały ze zmęczenia. Rano pojadą chyba na Wzdół i do Suchedniowa, a potem do Radomia. Ale to tylko moje domysły. Nino, ja nie mogę jechać na Łysą Polanę, bo Stefan został sam w domu, a służbie już nie ufam, bo nie wiem, kto wydał mego teścia. Jezu, to taki zacny, dobry człowiek. Boję się nawet myśleć, jak przyjmie to Tadek. Oni tak bardzo się kochali!... - oparła głowę o stół i ponownie zalała się łzami.
Katowanie jeńca
  Nina pieszczotliwie gładziła jej jasne włosy, potargane przez szaloną jazdę. Jednocześnie gorączkowo zastanawiała się nad sytuacją. W carskich więzieniach nie pieszczono aresztantów. Gdy ktoś nie chciał przyznać się do zarzucanych mu czynów, stosowano tortury. "Matko Najświętsza, a jeżeli pan Jabłocki, człowiek starszy i słaby, nie wytrzyma bicia i wyjawi, gdzie znajduje się leśny obóz? Wojsko zrobi obławę i Łysa Polana stanie się miejscem bitwy. Powiedzmy, że zdążymy na czas zawiadomić Aleka, to czy ten oficer nie zastrzeli pana Siekielskiego? Och, co robić?"
Panie zajęły się serdecznie Zosią, pocieszając ją i uspokajając. Pod wpływem soli trzeźwiących i pieszczot, młoda kobieta przestała płakać .
- Nino, co o tym myślisz? - spojrzała przyjaciółce w oczy, wierząc w jej rozsądek i odwagę. - Zrobię, jak postanowisz.
Nina bezradnie wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową, nerwowo przechadzając się po gazonie i depcząc posadzone tam kwiaty. Ruchem dłoni odgoniła pawie, które oczekując na pożywienie otoczyły ją kołem, rozkładając swoje cudowne ogony. Wystraszone uciekły, krzycząc przeraźliwie.
- Mój mąż musi dowiedzieć się, co zaszło. - powiedziała po namyśle. - Być może, donos dotyczy również i innych sąsiadów. A skąd donosiciel wiedział o powstańcach u "Kruka"?
- Nie mam pojęcia. - Zosia skrzywiła się i nieznacznie pomasowała bolący pośladek. W pośpiechu wzięła męskie siodło, bardzo twarde i niewygodne.
- Ja pojadę do leśnego obozu! - oznajmiła Emilka, wstając i otrzepując suknię z białych nitek.
- Nie! - ostro sprzeciwiła się Nina.- Ty nie potrafisz szybko jeździć konno, a tam trzeba będzie pędzić, jakby cię diabeł gonił! Bardzo się boję, że Alek już wyruszył i w obozie nie zastanę nikogo. Emilciu!... - uniosła dłoń widząc, że młoda kobieta zamierza protestować. - Ty najlepiej zastąpisz mnie w Makowie, jakby, co nie daj Boże, Rosjanie złożyli nam wizytę. Mówisz znakomicie po rosyjsku i masz najwięcej z nas zimnej krwi. Mirunia ci pomoże. Gdyby pytali o mnie, to mów, że wyjechałam do Radomia, by opłacić podatki. Ach, to prawdziwy pech, że pan Bochniak zabrał z sobą Maćka!
To był naprawdę fatalny zbieg okoliczności, bo nikt tak znakomicie jak on, nie jeździł konno, a puszczę znał jak własną kieszeń. Pomyślała o Tomku, ale chłopiec przebywał daleko na leśnych pastwiskach, doglądając stada arabów. Postanowiła, że w przyszłości nie pozwoli mu oddalać się od domu.
- Zosiu, przypomnij sobie, jak rozmieszczeni na wozie są więźniowie?- odezwała się, przystając i patrząc na Zosię przenikliwie.
Zosia.
- Och, mam mętlik w głowie! - Zosia potarła dłonią czoło. - Powiedz panu naczelnikowi, że aresztowani siedzą na długim wozie drabiniastym, jedni przy drugich, a wóz otacza około pięćdziesięciu dragonów, bardzo dobrze uzbrojonych. Oficer jedzie przy wozie.
- Czy aresztowani są związani? - zadała pytanie Nina, starając się zapamiętać wszystko, co mówiła trusia.
- Nie, są wolni. Na razie uwięziono tylko siedem osób, ale to nie wszyscy, bo oficer zarekwirował mi drugi wóz, niby po to, by załadować tam siano dla koni. Dragoni uzbrojeni są w karabinki i szable, oficer ma jeszcze pistolet. O, jest już mój koń! - zawołała, widząc stajennego, prowadzącego jej wierzchowca, wyczyszczonego, napojonego i nakarmionego.- Odpoczęłam i muszę już wracać do domu. - wstała z fotela i obciągnęła na sobie pomiętą i zakurzoną suknię.
- Złotko, szkoda twoich rączek, dam ci rękawice. Jutro wybierałam się z wizytą do ciebie! - westchnęła Nina.
- Po co mi rękawice? Kto wie, co jutro z nami będzie? - powiedziała smutnie Zosia.
- Trusieńko, niech ci Bóg zapłaci za wiadomość. - Nina objęła ją mocno i ucałowała w oba policzki. - Kochanie, zabierz synka i przyjedź do Makowa. Razem będzie nam raźniej!
- Nie mogę. Muszę czekać na wiadomość o teściu i mieć oko na wszystko.- odparła stanowczo Zosia. - Nino, ogromnie ci współczuję, że straciłaś synka. To i dla mnie wielki smutek. Wycałowana przez panie, wsparła stopę na dłoni stajennego, sadowiąc się w siodle. Podcięła konia szpicrutą i z miejsca ruszyła cwałem. Nina odprowadzała ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła pomiędzy drzewami alei. Przyszło jej na myśl, że los nie szczędzi ciosów biednej trusi. W zimie straciła ojca, potem dom rodzinny, a teraz aresztowano teścia, do którego była bardzo przywiązana.
- Zdecydowałaś się jechać do obozu, dziecinko? - spytała pani Salomea, wpatrując się w nią z niepokojem.
- Tak. Zaraz się przebiorę i jadę. Muszę przybyć do obozu przed świtem, żeby nasi zdążyli przygotować zasadzkę. Jezu, żebym tylko zastała ich jeszcze na miejscu!
Jaga, która właśnie nadeszła z domu, przysłuchiwała się jej ze zdumieniem. .
- Sama wybierasz się jechać do lasu, po nocy? To niemożliwe! Ja się nie zgadzam. Musisz wziąć kogoś ze sobą, jeśli sprawa jest aż tak pilna. - oświadczyła stanowczo.
- Sprawa jest śmiertelnie pilna, nianiu. Nie mam kogo zabrać, bo Maciek pojechał z panem Bochniakiem, a reszta chłopców daleko, na pastwisku.
Udawała zucha, starając się zdusić w sobie strach przed jazdą nocą przez ciemny bór.
- Och, Nino, tak mi przykro, że nie potrafię jeździć konno, ale wyznam, że boję się koni. - wyznała ze skruchą panna Lutówna.
- Nie wyobrażaj sobie, słodki pyszczku, że pozwolę ci leniuchować. - zaśmiała się Nina. - Pojedziesz ze Stachem do Porajów i powiadomisz pannę Lasewiczównę o nieszczęściu. Niech da znać policji narodowej, że mamy w pobliżu konfidenta, który denuncjuje rodziny powstańców. Powiedz jej, że koniecznie potrzebna będzie dobra kryjówka dla uwolnionych więźniów. Trzeba ich, w miarę możności, jak najszybciej przerzucić do Galicji. Na szczęście Siekielscy mają tam rodzinę.
Myślała o wszystkim i kobiety patrzyły na nią z aprobatą, podziwiając jej energię i zaradność. Nie wdając się już w rozmowy, uniosła spódnice i popędziła do pałacu. Mijając w sieni Walentego, rzuciła mu w przelocie ostrzeżenie :
- Niech ktoś idzie na wieżyczkę. Moskale są w pobliżu! Proszę posłać Pawła do leśnego pastwiska dla koni. Niech koniecznie sprowadzi tu Tomka. - poleciła.
- Znowu Moskale? - kamerdyner stanął jak wryty, patrząc za nią. - Utrapienie! Zaraz zawołam Pawła i schowam co lepsze sztućce! - mamrocząc pod nosem, podreptał w głąb domu.
W sypialni, Nina prędko pozbyła się sukni, uśmiechając się pod nosem na myśl o wrażeniu, jakie wywoła, pokazując się w stroju zakupionym w Krakowie. Rozsznurowała gorset i odetchnęła pełną piersią. Pozbyła się falbaniastych halek, pozostając jedynie w koszulce i pantalonach. Ze schowka w garderobie, wyjęła ukryte tam przed nianią rzeczy. Pośpiesznie zmieniła uczesanie, okręcając warkocze dokoła głowy i mocując je szpilkami, aby nie przeszkadzały w szybkiej jeździe.
Dama w stroju męskim nie była dobrze widziana.
Gdy weszła do salonu, z ust wszystkich obecnych tam kobiet, wyrwał się cichy okrzyk i zapanowała nagła cisza. Jedna Jaga, przyglądając się swojej wychowance, zaczęła sapać jak foka. Nina odważyła się rzucić rękawicę modzie i „przyzwoitości”, bo zamiast tradycyjnej amazonki, miała na sobie bluzkę uszytą na wzór męskiej koszuli, włożoną w spodnie ze skóry jelonka. Na wierzch ubrała szarą kurtkę, szamerowaną czarnymi taśmami i zapinaną na jedwabne pętlice, sięgającą do połowy uda i ściągniętą w talii skórzanym szerokim pasem, za który zatknęła pistolet i krótki sztylet w stalowej pochwie. Wysokie buty do konnej jazdy uwydatniały jej długie nogi, zgrabne jak u baletnicy. W męskim stroju wydawała się wysoka i smukła, ale czuła się w nim dosyć niepewnie, pozbawiona szerokiej spódnicy. Jedynie Emilka i Mira były zachwycone tym strojem.
Jaga pierwsza odzyskała zdolność artykulacji.
- Nina, jak ty wyglądasz? Natychmiast idź się przebrać w amazonkę! - rozkazała oburzona. - Fe, bezwstydnica! Jak śmiesz pokazywać się tak ubrana?
Nina pokręciła głową jak dziecko, które się sprzeciwia, kiedy ktoś nie pozwala mu wskoczyć do studni, albo pobawić się brzytwą.
- Nie zamierzam przepychać się przez puszczę w krynolinie! - oznajmiła i złożywszy damom kawalerski ukłon wyszła, pozostawiając panie z otwartymi z osłupienia ustami.
W stajni, Mignon mająca ochotę na drzemkę, łypnęła na panią złym okiem i prychnęła. Nina poczęstowała ją cukrem i jabłkiem. Klaczka łaskawie przyjęła dary, ale nie chciała dać się osiodłać, nadymając się i próbując gryźć. Zniecierpliwiona Nina wlepiła jej w zad mocnego klapsa. Mignon pogodzona z losem, pozwoliła się osiodłać i wyprowadzić ze stajni. O tej porze park był już pusty, ogrodnicy dawno skończyli pracę. Nina szła alejami bardzo szybko, prowadząc klacz za uzdę.
Starała się, aby nikt jej nie widział. Mijając kaplicę, przeżegnała się i odmówiła krótką modlitwę za duszę hrabiny Tekli. Ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że wkrótce minie pierwsza rocznica jej śmierci. Jakże ten czas prędko przeleciał i ile przyniósł zmian w ciągu jednego roku. Jeszcze tak zdawałoby się niedawno, zwierzała się starszej pani ze swoich zmartwień, które wówczas wydawały się jej tragedią, a dzisiaj były po prostu śmieszne. Podniecała ją myśl o spotkaniu z mężem. Przybędzie do obozu jako kurier i choćby był na nią zły, musi jej wysłuchać.
  Boczną furtą wyszła na piaszczystą drogę i lekko dosiadła Mignon, zapominając natychmiast o wszystkim, co nie wiązało się z celem wyprawy. Klepnęła klacz po szyi i Mignon ruszyła przed siebie wyciągniętym kłusem, przechodząc w galop i cwał. Nina usadowiona mocno na męskim siodle, dała się unosić pędowi. Wiatr zaświstał jej w uszach, rozwiana w biegu grzywa klaczy smagała ją po twarzy. W mgnieniu oka przebyła krótki odcinek polnej drogi i wpadła w gęsty las. Tu już było chłodno i zalegały cienie. Słońce chylące się ku zachodowi, rzucało długie, ukośne, złote strzały promieni, pomiędzy grube pnie jodeł, buków i modrzewi, na szmaragdowe mchy usiane wiosennymi kwiatami. Ale niżej, panował już półmrok. Mijała w pędzie wielkie głazy porosłe cierniem, a przy ścieżce dzikie grusze, nie wiadomo przez kogo zasadzone. Krążyły jeszcze nad nimi pszczoły, zbierając z białych kwiatów nektar i śpiesząc się przed nadejściem wilgotnego wieczoru.
Od głębokich dolin szedł chłodny powiew. Teraz drogę znaczyły rzędy smukłych białych brzóz, owianych seledynowym welonem cieniutkich gałązek. Mijając stare porosłe krzewami kopce, Nina żegnała się i ponaglała klacz uciskiem kolan do szybszego biegu. Starzy ludzie prawili, że w tych miejscach straszy! Dziadek Aleksa, stary kasztelan Klonowiecki, postawił tu krzyż, teraz już spróchniały i chylący się do upadku. Było to miejsce nieprzyjemne nawet w jasny dzień, a ostre głosy ptaków przypominały krzyk rozpaczy. Nie oglądając się za siebie, Nina oddaliła się od mogił, kryjących prochy wojowników. Może to byli Tatarzy, Litwini, a może Szwedzi albo Krzyżacy? Dziś nikt już tego nie pamiętał. Niegdyś te ziemie najeżdżał wielki książę litewski Jagiełło syn Giedymina, niosąc ogień i miecz. Kiedy po latach został królem Polski, z pokorą szedł piechotą do klasztoru na Świętym Krzyżu, ofiarując bogate dary i modląc się o zwycięstwo przed bitwą grunwaldzką. Ziemie Gór Świętokrzyskich, całe owiane były nimbem dziejów wielkiej historii państwa polskiego.
Zachód słońca w Górach Świętokrzyskich
  Na zachodzie niebo przybrało kolor purpury, pnie drzew zdawały się płonąć żywym ogniem. Małe jeziorka, głębokie i ciemnozielone, poczerniały, kiedy słońce skryło się za horyzontem. Ptaki ucichły i tylko czasem zaszczebiotały, układając się do snu. Szła noc niosąc z sobą ciemność. Nina posiadająca znakomitą pamięć wzrokową, jechała pewnie, pragnąć przed zapadnięciem mroku znaleźć się w Puszczy Jodłowej. Omijając bokiem siedziby ludzkie, uparcie zmierzała ku Łysogórom. Mignon niespokojnie podrzuciła głową i chrapnęła. Była już zmęczona, więc Nina zdecydowała się dać jej chwilę odpoczynku, przed bardzo trudną drogą. Nakarmiła ją z ręki i pozwoliła napić się wody z górskiego strumyka. Po kwadransie, wzięła klacz za uzdę i ruszyła przed siebie. Skacząc po kamieniach, przebyła wartką i lodowatą o tej porze roku Czarną Wodę i nareszcie wkroczyła do prawdziwego, dzikiego rezerwatu przyrody. Dosiadła znowu klaczy i jakiś czas jechała borem, aż znalazła się przed stokiem górskim pokrytym rozrzuconymi głazami. Większe i mniejsze głazy zaścielały ziemię, tworząc jakieś nieprzebyte rumowisko skalne. Było to owiane legendami gołoborze. Nie było jeszcze zupełnie ciemno, lecz Nina postanowiła zapalić małą, ślepą latarenkę pilnując, żeby Mignon dobrze widziała drogę, nie potknęła się i nie upadła, łamiąc nogi. W tej głuszy nikt nie mógł dojrzeć poruszającego się wolno światełka, mimo to, Nina co chwilę oglądała się za siebie, przystawała i nadsłuchiwała, czy ktoś za nią nie idzie.
Teren wznosił się w górę, a biedna klaczka męczyła się bardzo, roniąc na ziemię płaty białej piany. Nina szła przy niej piechotą, przemawiając do niej półgłosem i czule gładząc po pysku. Mignon okazywała lęk, stawiała ostrożnie nóżki, parskała trwożnie i podejrzliwie węszyła. Na otwartej przestrzeni gołoborza, było nieco jaśniej, od wschodzącego księżyca i gwiazd, bo drzewa nie zasłaniały nieba. To miejsce było niesamowite nawet w dzień, a cóż dopiero w nocy. Ninie przyszły na myśl legendy o czarownicach, które stąd wylatywały na miotłach na Łysą Górę, by wziąć udział w sabacie. Wołały: „Przez płot, przez las, przez wieś, nieś mnie biesie, nieś!”
Wznosząc wzrok ku bezmiernej otchłani usianej gwiazdami, Nina zaczęła się modlić do tej straszliwej, niewyobrażalnej Potęgi, która z niebytu stworzyła wszechświat i dzierży w swoich dłoniach losy planet i maleńkiej mrówki. Błagała pokornie o litość i łaskę dla uwięzionych i prosiła o wolność dla umęczonej, nieszczęśliwej i skrwawionej ojczyzny. Gołoborze nawet w dzień wyglądało niesamowicie, jakby jakiś wielki kataklizm nawiedził te strony, burząc ogromne budowle i zamieniając je w gruzy. Klacz omijała wielkie głazy, potykając się, chrapiąc i wzdrygając się nerwowo. Z pobliskiej puszczy dochodziły głosy dzikich zwierząt i nocnych ptaków, wybierających się na łowy. Niedźwiedzi już w górach nie było, ale mogły natknąć się wilka, lub na żerujące pod bukami dziki, albo obudzić ze snu złego odyńca. Było to bardzo prawdopodobne, a dla niej i dla Mignon takie spotkanie mogło zakończyć się tragicznie. Na szczęście na wiosnę wilki nie były groźne, mając pod dostatkiem pożywienia.
Góry Świðętokrzyskie Łysogóry.
  Droga ciągle wznosząca się ku górze, zaczęła ją męczyć. Dyszała głośno, a od ciągnięcia za sobą opierającej się klaczy, rozbolały ją ramiona. Przystanęła i wsparła głowę o szyję Mignon, szepcząc jej do ucha słowa otuchy, które miały i ją samą wzmocnić na duchu. Obecność żywej istoty w tej głuszy dodawała jej odwagi.
- Chodź, konisiu. - powiedziała półgłosem. - No, chodź, moja najmilsza.
Gołoborze nareszcie się skończyło, a przed nimi był bór ciemny, pełen tajemniczych, niedostępnych ostępów i legend o złych mocach, przywodzących ludzi do zguby. Nina bała się tego lasu i znowu zaczęła się modlić, prosząc Matkę Boską, aby pomogła jej szczęśliwie dojechać do leśnego obozu. Najwięcej obawy budziła myśl, że może powstańców już nie zastać na Łysej Polanie. Nie miała pojęcia dokąd zamierzali się udać, bo Aleks jej tego nie powiedział. Wprawdzie konie i ludzie eskortujący amunicję, byli pomęczeni i potrzebowali odpoczynku, lecz mogli wyruszyć dziś rano, lub tej nocy. Wtedy byłaby zupełnie bezradna, a aresztowani trafiliby do więzienia w Radomiu. Mignon odpoczęła, a kiedy droga nieco się poprawiła, Nina wskoczyła na siodło, zdając się na instynkt klaczy. Na małych polankach zatrzymywała się i wpatrując się w gwiazdy, próbowała się zorientować, gdzie się znajduje. Konie nawet nie kierowane, zawsze znajdą drogę w ciemności, jednak Nina co jakiś czas zapalała latarenkę i przyświecała nią, mijając nawisy skalne zawieszone nad ścieżką, oraz wielkie głazy, które należało omijać. Było już po północy, kiedy w mijanych zaroślach coś zaszeleściło i rozległo się głośne sapnięcie. Coś potężnego przetoczyło się koło nich, miażdżąc zarośla. Mignon zarżała z przerażenia i na oślep rzuciła się przed siebie, o mało nie zrzucając pani z siodła. Nina wydała okrzyk, ale zdołała utrzymać się na grzbiecie klaczy, ściskając w drugiej ręce pistolet przekonana, że za moment stanie się coś strasznego. Ale nic się nie stało, Mignon także się uspokoiła i pozwoliła sobą pokierować. Nina domyśliła się, że musiał to być dzik z nagła obudzony w swoim legowisku. Prawdziwy cud, że nie starał się ich zaatakować, a klacz nie rozbiła się o skalne ściany, lub nie runęła razem z jeźdźcem w dosyć głęboki wąwóz.
- Już dobrze, konisiu, lepiej stąd uciekajmy! - powiedziała do klaczy, głaszcząc ją po uszach.
 To doświadczenie dodało jej odwagi. Zaśmiała się, uświadamiając sobie, że zamierzała zastrzelić z pistoletu "ducha". Obiecała sobie, że nie będzie myśleć o żadnych przykrych sprawach, ale jakby na przekór składanym przyrzeczeniom, naraz w jej pamięci odżył obraz zmiażdżonej, krwawej twarzy zastrzelonego przez nią kozaka i okropnej zjawy, widzianej w czasie porodu. Przebiegł ją dreszcz i prędko się przeżegnała. "To było tylko przewidzenie, nic więcej i nie chcę o tym myśleć!" - powiedziała sobie stanowczo. Ponagliła Mignon i po jakimś czasie wjechała na okrągłą polankę, zamkniętą z jednej strony młodym zagajnikiem.
Rozejrzawszy się, stwierdziła z radością, że jest w pobliżu leśnego obozu. Cmoknęła na klacz i popędziła galopem przed siebie. Zanim jednak dotarła do końca polany, z ciemności rozległ się ostry głos niewidzialnego wartownika.
- Stój! Kto idzie?
"Dzięki Bogu, Alek jeszcze jest w obozie!" - pomyślała ucieszona.
- Proszę nie strzelać! - zawołała. - Mam wiadomość do pana naczelnika "Czarnego".
- Hasło?
- Nie znam hasła. Jestem żoną pana naczelnika.
Ktoś gwizdnął przeciągle i ten sam głos powiedział nieco uprzejmiej :
- Proszę pozostać na miejscu. Zawołam oficera.
Za skałą zamigotało światło i inny głos wezwał ją, aby się zbliżyła. Ruszyła naprzód i wjechawszy w krąg światła, zatrzymała Mignon.
- Czy to możliwe? - zawołał młody mężczyzna, podchodząc do niej i składając jej ukłon. - Pani hrabina, sama, w nocy? O, pani mnie nie poznaje? Jestem Skrzycki, miałem zaszczyt widzieć panią hrabinę w styczniu, kiedy przyjechaliśmy po broń.
- Ależ oczywiście, że pana pamiętam. - powiedziała, pochylając się i podając mu rękę.- Zastałam męża w obozie?
- Pani hrabina szczęśliwie trafiła, bo nad ranem wyruszamy. Pan naczelnik śpi, ale go obudzę.
- Nie. Proszę tylko o wolny przejazd, bo bardzo się śpieszę!
- W takim razie proszę za mną.
Ruszyła za Skrzyckim do obozu. Pomiędzy drzewami zaczęły przeświecać ognie płonące na Łysej Polanie. Skrzycki złożył dłonie wokół ust i zawołał donośnie :
- Kurier do naczelnika! Przepuścić!
Obóz powstańczy
Nina wparła obcasy w boki klaczy i pomknęła naprzód, mijając w pędzie drewniane szałasy pełne śpiących powstańców. Tylko straże czuwały podsycając ogniska, bo noc była chłodna. Zdarła cugle, zatrzymując się przed szałasem dowódcy. Zeskoczyła z siodła i z ust wydarł się jej głuchy jęk. Jeszcze nigdy nie jeździła tak daleko po męsku i nie doszła do siebie po ciężkim porodzie. Krzywiąc się i zagryzając wargi, pokuśtykała mężnie na trzęsących się nogach, Bolała ją każda kość. Na palcach weszła do szałasu męża.
W szałasie było zupełnie ciemno, a z kąta dochodziło znajome regularne pochrapywanie, którego tak bardzo brakowało jej każdej nocy. Czas naglił, więc na palcach skierowała się w stronę posłania, ale w ciemności potknęła się o ławę i wpadła na stół. Spokojny oddech Aleksa urwał się nagle. Przez moment stała niezdecydowanie, bojąc się odezwać, niepewna jak zostanie przyjęta. Posłyszała jak mąż podnosi się na posłaniu. O blaszany kubek brzęknął metal. Widocznie pochwycił rewolwer, bo szczęknął odwodzony kurek.
- Kto tam? - rozległ się w ciemności jego rozkazujący głos.
- To ja! - pisnęła cichutko, zatrzymując się na miejscu.
Dawniej rzuciłaby się mu na szyję z okrzykiem radości, ale teraz nie śmiała nawet do niego podejść. Rozległ się trzask zapalanej zapałki i słaby ogienek rozjaśnił dół jego twarzy. Zerwał się z tapczana i zapalił stojącą na stole świeczkę. Był w samych spodniach i koszuli. Na ramiona miał narzucony płaszcz, a zmierzwione włosy jasną falą opadły mu na czoło. W dłoni trzymał rewolwer, mierząc prosto w jej piersi. Przez jakiś czas wpatrywał się w nią nieprzytomnym wzrokiem, mrugając, wyrwany nagle z mocnego snu. Jego bursztynowe oczy stały się jeszcze większe, kiedy wolno przesunął wzrokiem po jej potarganych warkoczach, pełnych liści i sosnowych igieł, dostrzegając jej nogi w spodniach i wysokich butach.
- Nina? Co ty tu robisz? Czy w Makowie coś się stało? - odezwał się zachrypłym od snu głosem. Rzucony rewolwer z łoskotem wylądował na stole, a on podbiegł do niej i przygarnął ją ramieniem. Ciepłą dłonią dotknął jej chłodnego policzka.
- Przyjechałaś! - mruknął cicho.
Nie wiedziała, czy w jego głosie zabrzmiała radość, czy była to tylko uwaga. Wyobraziła sobie, że pewnie jej przybycie nie sprawiło mu przyjemności i nieśmiało próbowała się tłumaczyć:
- Przepraszam. Tak mi przykro, że musiałam cię obudzić, ale przywiozłam ci ogromnie ważną wiadomość.
Zdawał się nie zwracać uwagi na jej słowa i zmarszczywszy lekko brwi, pochylił się nad nią tak nisko, że czuła na twarzy jego oddech.
- Przyjechałaś! - powtórzył.
- Tak, nie gniewaj się. To bardzo ważna sprawa i ja musiałam...- tłumaczyła się coraz bardziej zdenerwowana, nie mogąc się zorientować, co on chce przez to wyrazić.
Potrząsnął głową i przerwał jej szorstko :
- Musiałaś, czy chciałaś?
Podniosła głowę i utkwiła wzrok w jego oczach, złociście połyskujących w blasku świeczki. Zaczerpnęła głęboko powietrza i postanowiła postawić wszystko na jedną kartę.
- Chciałam! - krzyknęła rozpaczliwie, obejmują go z całej siły w talii - O Jezu, Alek, tak strasznie chciałam cię raz jeszcze zobaczyć i bałam się, że może nie zechcesz mnie nawet wysłuchać!
Nie skończyła, bo przygarnął ją do siebie i pocałował zachłannie, głęboko. Fala krwi uderzyła jej do głowy, kolana zrobiły się miękkie jak z waty. Cała wtuliła się w jego ciało, a kiedy oderwał się od jej ust, by zaczerpnąć powietrza, obsypała pocałunkami jego gładkie opalone piersi i mocną szyję, widoczne w rozcięciu koszuli. Wdychała lekki zapach jego potu, tak dobrze jej znany. Przeklinała swoją słabość, uniemożliwiającą jej oddanie się mu bez reszty, w porywie dzikiej namiętności.

- Moja dzielna, odważna dziewczynka! - szeptał jej do ucha, pieszcząc jej piersi, gładząc ramiona, całując usta i oczy. Delikatnie wodził palcem po jej wargach i łukach ciemnych brwi, jakby pragnął lepiej zapamiętać jej rysy. - Nino, ty się mnie boisz? Ukochana, jak mogłaś myśleć, że nie zechcę z tobą rozmawiać? Jechałaś przez puszczę zupełnie sama, nocą? Przecież musiałaś się obawiać, prawda?
- Okropnie się bałam, ale trzeba było. Zaraz ci wszystko opowiem, tylko muszę usiąść, bo całą drogę pędziłam galopem i jestem jeszcze trochę słaba.
- Oczywiście. Nie siadaj na stołku, bo twardy. - ostrzegł i pochwyciwszy ją na ręce, troskliwie złożył na posłaniu, przykrywając ciepłym jeszcze kocem. Usiadł przy niej, biorąc ją za rękę, niezdolny oderwać od niej oczu. Wydała mu się nierzeczywista, jakby była tylko częścią jego snu. Ujął w obie dłonie jej głowę, wpatrując się w oczy żony. W półmroku szałasu wydawały się niemal czarne i głębokie, jak górskie jeziora. Kiedy dotknął ustami jej ust, rozchyliła je odrzucając w tył głowę. Dysząc ciężko odsunął się, wypuszczając ją z ramion.
- Jeszcze nie możemy, kochanie. - powiedział z żalem. - Niedawno byłaś tak ciężko chora, powinnaś całkiem wyzdrowieć. Wiesz, miałem wyrzuty sumienia, że byłem dla ciebie surowy i niesprawiedliwy, i z mojej winy rozstaliśmy się niemal w gniewie. Nie miałem prawa tak się zachowywać, bo chciałaś mnie chronić i wszystko, co mówiłaś, wynikało z troski o moje bezpieczeństwo. To ja mam paskudny charakter, ja - nie ty! Przepraszam za każde złe słowo, które ci powiedziałem. Ale uwierz mi, nikt i nigdy nie będzie cię kochał tak głęboko, jak ja. A teraz powiedz mi, co się wydarzyło.
Odetchnęła i skupiwszy się, powtórzyła mu dokładnie słowa Zosi.
- To rzeczywiście bardzo ważna wiadomość. - powiedział, ściągając w zamyśleniu brwi. - Naturalnie, naszym obowiązkiem jest pośpieszyć tym biedakom z pomocą. Przyjechałaś dosłownie w ostatniej chwili, bo rano już byś nas tu nie zastała. To mówisz, że dragoni pojadą w stronę Wzdołu? A gdzie nocują?
- Niestety, tego nie wiemy. A ty, kochany, dokąd się wybierasz?
gen.Michał Heydenreich "Kruk"
- Zamierzam przyłączyć się do jakiejś większej partii i wydać Moskalom prawdziwą wojnę. Mam na myśli pułkownika Czachowskiego, albo "Kruka", ale on na razie działa na Podlasiu.
- Nie, to stanowczo za daleko, Alku. A ten "Kruk".to twój znajomy?
- Owszem. Spotkaliśmy się kilka razy w Petersburgu, na tajnych zebraniach oficerów. Przyjeżdżałem tam z Paryża, w tajemnicy przed Paulą. Ten "Kruk, naprawdę nazywa się Michał Heydenreich de Henig i jest synem Niemca i Francuzki. Jak widzisz, nie trzeba urodzić się Polakiem, żeby stać się polskim patriotą. To świetny oficer i ma duży oddział. Słyszałem, że wkrótce ma tu przybyć pułkownik Zygmunt Chmieleński. Wiesz, brat tego zamachowca z Warszawy. Też znakomity dowódca.
Nina objęła męża mocno i przycisnęła usta do jego jasnych włosów.
- Tak się boję o ciebie, najdroższy.
- Ja także się boję o ciebie, Nino. - powiedział, oddając jej pocałunek.
Przeszył ją dreszcz rozkoszy.
- Aha, zapomniałem ci powiedzieć, że miałem wiadomość od mego przyjaciela Zygmusia Sierakowskiego! - powiedział, odrywając się od niej. - Postąpił honorowo, dziękując Rosjanom za służbę i wyjechał na Litwę, obejmując tam dowództwo nad powstańcami. Pisał, że jego młoda żona jest przy nadziei, ale przy pożegnaniu nie uroniła ani jednej łzy.
- Niestety, ja jestem beksą i nie umiem zachowywać się tak dzielnie.- szepnęła z nutą żalu.
Roześmiał się, wstał z posłania i wyciągnął z kąta butelkę wina. Odkorkował i nalał do kubka.
pułk. Zygmunt Sierakowski
 - Wypij to, promyczku, pewnie przemarzłaś. Nie, nie, ty jesteś bardzo odważna i zawsze będę podziwiał twoją kawalerską odwagę i determinację. - pieszczotliwie zmierzwił jej włosy nad czołem. Pochwyciła jego rękę i przyciągnęła go do siebie. W drżącym blasku dopalającej się świeczki, odchyliła mu kołnierz koszuli i przycisnęła usta do pulsującej na szyi tętnicy.
- Och, jak cudownie. - powiedziała rozmarzona. - Jak przyjemnie pieścić ciało ukochanego mężczyzny!
- Nadal ci się podobam? - spytał, nie kryjąc zadowolenia.
- Mhm!
- No, no, miło mi to słyszeć. Ta fascynacja jest wzajemna, promyczku. - pocałował ją w koniec zimnego noska. - Odpocznij, słonko. Muszę zwołać oficerów na naradę. Zaraz dostaniesz gorącej herbaty i przedrzemiesz się z godzinkę, bo przed świtem ruszamy.
Wyszedł, zapinając po drodze płaszcz na wszystkie guziki, a ona leżała z twarzą wtuloną w jego poduszkę, która zachowała zapach jego włosów. Naraz ogarnęło ją ogromne zmęczenie, a całe ciało domagało się odpoczynku. Zaczęła zapadać w sen, ale otwarła oczy, kiedy Aleks wrócił do szałasu, a za nim młody powstaniec wniósł dymiący samowar i postawił go na stole, zerkając na nią spod oka. Aleks napełnił blaszany kubek gorącą herbatą i podał jej ostrożnie.
- Uważaj, nie poparz się! Wybacz, ale nie mamy saskiej porcelany.- zaśmiał się zauważywszy, że Nina dotknąwszy ustami blachy, skrzywiła się z niesmakiem. - Czekaj, doleję ci jeszcze wina. Może coś zjesz? Mam szynkę z dzika.
- Och, nie wspominaj mi nawet o dziku. Napędził mi okropnego strachu. Mignon się spłoszyła i omal nie wpadła ze mną w przepaść. Nie jestem głodna, chcę tylko trochę odpocząć.
- Ja myślę! Po takiej męczącej jeździe! - skinął głową, podsuwając jej poduszkę.
Poczuła się strasznie skołatana. Chciwie wypiła gorącą herbatę i wino uderzyło jej do głowy. "Chyba ululam się tą herbatą wypitą na czczo!"- pomyślała leniwie. Ogarnęła ją apatia, chciała odwrócić się do ściany i spać. Aleks narzucił na nią swój płaszcz, ubierając szarą powstańczą kurtkę. Powieki same opadły jej na oczy.
Jak przez mgłę zobaczyła nad sobą kochaną twarz Jasia. Pocałował ją i położył jej dłoń na czole, badając czy nie ma gorączki. Przez rzęsy widziała śmiertelnie bladą i zaciętą twarz Tadeusza, wstrząśniętego wiadomością o aresztowaniu ojca. Chciała pocieszyć przyjaciela, powiedzieć mu coś na pocieszenie, ale nie miała siły otworzyć ust. Pochylił się nad nią, widocznie chcąc o coś spytać, ale widząc, że ona drzemie, machnął ręką i dał jej spokój. Usypiając, usłyszała jeszcze głos Jasia :
- Nie budźmy jej. Ona koniecznie potrzebuje wypoczynku. Naradzimy się w moim szałasie.
Wyszli na palcach, zgarniając ze stołu rozłożone mapy. Aleks pozostał jeszcze moment, aby nakryć ją drugim kocem i ucałować. Otworzyła jedno oko, posłała mu senny uśmiech i momentalnie zapadła w głęboki sen.