środa, 20 lipca 2016

Śmiertelne zagrożenie - spotkanie z kozakami!


  20 lipca 2016 r.
 Pan Piotrowski pożegnał panie obiecując, że spotkają się na obiedzie i poszedł do hotelu "Saskiego", ośrodka pomocy dla powstania. Damy wsiadły do fiakra i pojechały na cmentarz Rakowicki. Mały alabastrowy grobowiec, pod cieniem ogromnego dębu, pokryty był wieńcami i bukietami przywiędłych kwiatów. Nina po raz trzeci w życiu przeczytała na krzyżu swoje nazwisko i ból żelaznymi kleszczami ścisnął jej serce. Upadła na kolana, modląc się i rozpaczliwie płacząc. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że musi pozostawić tutaj swojego synka, część własnego ciała. Wypłakawszy się, zaczęła razem z Jagą porządkować grób, strojąc go kwiatami. Nie mogła oderwać się od tego miejsca, gładząc płytę i składając na niej pocałunki w nadziei, że zmarły synek poczuje tę matczyną pieszczotę. Jaga przejęta jej rozpaczą, niemal siłą podniosła ją z ziemi.
Kraków. Cmentarz Rakowicki.
- Nie płacz, dziecko. Losu nie zmienisz, a sobie możesz zaszkodzić. Późno już, musimy wracać.
Ujęła płaczącą Ninę pod rękę i podtrzymała, gdy zachwiała się na nogach. Sowicie opłacony grabarz, przyrzekł opiekować się grobem i zmieniać na nim kwiaty. Pani Piotrowska także obiecała, że będzie grobu doglądać. Odchodząc, Nina długo oglądała się za siebie, oczami pełnymi słonych łez.
- Mój Boże, jadąc tutaj, nie wyobrażałam sobie, że pozostawię w tym miejscu grób mego syna.
- A z córką się nie pożegnałaś! Nawet nie wiesz, czy żywa dojedzie do Świerszczyn. - przypomniała jej Jaga.
- Tak wyszło.- westchnęła Nina.- Przykro mi, a ty pewnie myślisz, że brakuje mi instynktu macierzyńskiego? Być może. Gdyby Oleś przeżył, z czasem polubiłabym również córkę. Ale po jego śmierci coś we mnie umarło. Zbyt wiele doznałam cierpienia i zawodu. - przystanęła i prędko zasłoniła chusteczką twarz, wstydząc się płakać na ulicy. Ponownie ogarnęło ją poczucie pustki i zniechęcenia.
- Ale to biedne dziecko nie jest niczemu winne. - powiedziała Jaga ze smutkiem.
- Ja także nie jestem winna, że nie potrafię jej pokochać. Po prostu nie mogę.
Zanim wsiadły do fiakra, Jaga zatrzymała się i bokiem zerknęła na Ninę.
- Posłuchaj, dziecko. Czy ja jestem dla ciebie apo...Oj, jak to się mówi? Aha, apodyktyczna?
Nina aż przystanęła, zdziwiona tym pytaniem.
- Co ci przyszło do głowy?
- Bo wiesz, to Binia powiedziała, że czasem taka dla ciebie jestem. Czy to prawda?
Pomimo rozpaczliwego nastroju, Nina parsknęła śmiechem.
- Binia? No popatrz, taka cicha woda, ale swoje powiedzieć umie! O, czasem bywasz nawet bardzo apodyktyczna. Ale nie mam ci tego za złe, bo cię kocham. Dobrze, że mi o tym powiedziałaś, bo jak teraz zaczniesz się na mnie wydzierać, zaraz ci o tym przypomnę!
- Ani mi się waż! - Jaga trąciła ją łokciem i zrobiła srogą minę.
Wynagradzając państwu Piotrowskim kłopotliwy pobyt, Nina zrewanżowała się bogatymi prezentami. Pożegnanie z obu stron było bardzo serdeczne. Jednak kiedy kareta ruszyła sprzed domu, Nina odetchnęła i pomyślała, że nigdy więcej nie chciałaby tu powrócić. Pozostawiała za sobą wspomnienie potwornych mąk, widoku zjawy, śmierci synka i rozpaczy.
W karecie było podwójne dno, utrudniające wygodne siedzenie. Podróż zapowiadała się bardzo męcząca, ale z tym należało się pogodzić. Nina poleciła Stachowi robić częste postoje dla rozprostowania nóg. Powracali z Krakowa tą samą trasą, przez Wolę Batorską i Ujście, przystając tylko na rogatkach i w karczmach, by napoić i nakarmić konie. Drogi obeschły i pogoda uczyniła się cudna, prawdziwie wiosenna. Gdy zatrzymywali się na popas, gdzieś pośrodku zagajnika, pośród drzew, słychać było kukanie kukułek, stukanie dzięciołów i śpiew drozda, a spod błękitnej kopuły nieba dochodziło wesołe świergotanie skowronków.
Na polach, aż po granice horyzontu szły pługi, chłopi siali zboża jare. Kobiety pochylone nad równymi grzędami, sadziły ziemniaki i wczesne warzywa. Wszyscy pracowali pilnie pod nadzorem karbowych i ekonomów, choć w Galicji już dawno pańszczyznę zniesiono. Jechali wolno, aby nie męczyć koni, mijając po drodze ludne wsie, dwory i wspaniałe wielkopańskie pałace stojące pośród wielkich parków. Pomimo wiosennej pory, ta część Małopolski sprawiała wrażenie ubogiej, zaniedbanej i jakby pogrążonej w letargu. Nigdzie nie było widać kominów fabrycznych, czy dużych warsztatów rzemieślniczych. Za to Żydów było zatrzęsienie, bo tu nie obowiązywały ostre zarządzenia, jak w zaborze pruskim i rosyjskim.
Na dłuższych postojach panie wychodziły z karety. Nina i panna Lutówna zbierały kwiaty polne, plotły z nich wianki i stroiły nimi przydrożne kapliczki. W drodze nie napotykano najmniejszych trudności. W Galicji tytuł hrabiowski budził szacunek. Konserwatywnym Austriakom przenigdy nie przyszłaby do głowy myśl, że młoda utytułowana dama ma coś wspólnego z powstaniem za Wisłą. W komorze celnej w Uściu, spotkali nawet tego samego oficera, który w marcu sprawdzał ich dokumenty. Węgier natychmiast poznał Ninę i powitał ją z wylewną uprzejmością.
- Od rana miałem przeczucie, że dziś spotka mnie coś szczególnie miłego! - oznajmił radośnie, podsuwając jej krzesło. - Mam nadzieję, że wkrótce pani hrabina ponownie zawita do Galicji.
Nina posłała mu uśmiech równie promienny, jak świecące za oknem słońce.
- Pod warunkiem, że zawsze będę tak mile witana!- powiedziała, przeklinając w duszy jego gadulstwo.
Podróżni stojący przy komorze celnej zwrócili na nich uwagę. Pomiędzy nimi mógł być agent policji rosyjskiej. Oficer nie poprzestał na werbalnej uprzejmości, ale zawoławszy żołnierzy, rozkazał im pomóc w przeprawie przez Wisłę, rezerwując prom jedynie dla nich. Przedostawszy się przy pomocy Austriaków na drugi brzeg rzeki, Nina na wszelki wypadek poleciła Stachowi jechać kawałek drogi w stronę Wiślicy, aby sprawdzić, czy nikt ich nie śledzi. 
 Dopiero upewniwszy się, że są bezpieczni, zawrócili i pojechali wzdłuż brzegu Wisły, ku ujściu rzeczki Czarnej, gdzie pan Piotrowski wyznaczył im spotkanie. Strzegli się, aby nie wpaść na patrol, którego należało starannie unikać. Nina wychylona z okna karety, rozglądnęła się uważnie po okolicy. W pobliżu dostrzegła niewielki lasek.
- Stachu! - energicznie zapukała w przednie okienko. - Zatrzymamy się w tym lasku, aż do zmroku. Konie muszą dobrze wypocząć, bo potem pojedziemy przez całą noc.
- Oj, będą miały co ciągnąć, biedoty. - obejrzał się na nią i westchnął. 
Dostrzegł wąską ścieżynę prowadzącą w głąb lasku i wjechał ostrożnie pomiędzy drzewa, zatrzymując się na niewielkiej polance.
Chłopcy szybko wyprzęgli konie. Puszczone wolno, chodziły szczypiąc świeżą trawę lub z rozkoszą tarzając się po miękkiej murawie. Nina lekko wyskoczyła z karety i przeszła się, dokonując oględzin obu bryczek.
- Musimy opróżnić kufry. Część rzeczy tutaj zakopiemy. Nie jestem pewna, czy amunicja zmieści się w skrytkach. - rozmyślała głośno.
- Zmieści się. - zapewnił ją Maciek. - Niech jaśnie paniulka zobaczy, jak szelma stolarz sprytnie podwójny dach w karecie zrobił. Można go nawet od strony kozła podnosić do góry!
Dopiero teraz Nina dostrzegła, że atłas, jakim były wybite ściany i sufit karety, marszczył się po bokach. Lecz tylko bardzo bystre oko dostrzegłoby ten defekt. Mira nieufnie obejrzała sufit i prędko wysiadła z karety.
- Mam nadzieję, że ten daszek nie runie nam na głowy w czasie jazdy, wraz z całą zawartością. - wyraziła obawę. - Już odzwyczaiłam się od myśli, że coś może nam zagrażać. Chłopcy, wygrzebcie dołek i zapalcie ognisko. - przeciągnęła ramiona i zabrała się do parzenia herbaty.
- Mój Boże, żeby tak można przenieść cały Maków do Galicji! - rozmarzyła się Nina. - Lecz mimo wszystko, cieszę się, że wracamy do domu. Miruniu, przecież ty wcale nie znasz Makowa na wiosnę. To prawdziwy raj! Cały park zamienia się w jeden ogromny bukiet kwiatów.
Nalała do miski trochę wody z termosu i zaczęła myć rzodkiewki kupione po drodze, nie mogąc się powstrzymać, by kilku nie schrupać. Były soczyste i pikantne.
- Mam nadzieje,- rozmyślała się głośno- że powstanie wkrótce się zakończy, a amnestionowani powstańcy wrócą do domów.
Ale taka ewentualność nie spodobała się Mirze.
- Jestem przekonana, że powstanie zakończy się dopiero po interwencji wojsk francuskich! - oświadczyła autorytatywnym tonem.- Kiedy armia francuska przekroczy granice, okręty floty angielskiej, zablokują porty rosyjskie i wtedy nareszcie będzie koniec
- Nawet sam "Grybaldi" obiecał przyjść i bić Moskali. - dodał Maciek z przekonaniem, dmuchając na ledwie tlące się patyki. Drzewo było wilgotne i źle się paliło, dymiąc jak z komina.
Nina tak gwałtownie obróciła się ku niemu, że woda chlusnęła z miski, a rzodkiewki rozsypały się po ziemi.
- Prędzej uwierzę, że sam Archanioł Michał mieczem ognistym przetrzepie carowi skórę, niż w interwencję mocarstw zachodnich! - wykrzyknęła, zirytowana naiwnymi poglądami przyjaciół.
Panna Lutówna wyprostowała się, przybierając zadziorną postawę.
- A skąd ta pewność, że interwencja nie nastąpi? - spytała zaczepnie, urażona sceptyczną wypowiedzią Niny.
- Miruniu, rodacy okrzykną cię geniuszem, jeżeli potrafisz wskazać na mapie choć jedno miejsce, w którym obca armia mogłaby przejść granicę, nie narażając się na zbrojny konflikt z Austrią, Prusami lub z Rosją!
Maciek uznał, że w tym sporze racja jest po stronie Miry i nie zamierzał zgadzać się ze zdaniem swojej pani.
- W Krakowie ludzie powiadali, że tylko patrzeć, a sam cysorz Napolion przyjedzie do Polski bić burków!
- Naprawdę? - ironicznie skrzywiła się Nina, wycierając rzodkiewki serwetką. - Już to widzę! Przyjedzie na małpie, gdy piekło zamarznie! Jeszcze jeden polityk się znalazł. To twoja szkoła, Mireczko!

Jaga nie wtrącała się do burzliwej dyskusji, układając na półmiskach wędliny i krojąc chleb na kanapki. Nagle przerwała pracę, usiadła na zwalonym pniu drzewa i zaczęła masować spuchnięte nogi, postękując z bólu.
- Jeżeli natychmiast nie skończycie rozprawiać o tych głupotach, wskoczę do Wisły! - zagroziła. - W nocy nie wypoczęłam, bo w karecie twardo i mam dosyć rozważania, co by było gdyby .... Boże, taka jestem zmęczona i śpiąca! - ziewnęła, kreśląc na ustach znak krzyża.
Nina spojrzała na jej mizerną bladą twarz, rzuciła kurze udko, które właśnie zaczęła ogryzać, zerwała się i pobiegła do karety. Wyciągnęła stos pledów, kołder i poduszek, układając na kanapce miękkie posłanie.
- Chodź, moja najmilsza, - powiedziała z czułością - i połóż się zaraz. - pomogła Jadze podnieść się z pnia i podprowadziła do karety. Ułożywszy ją wygodnie na przygotowanym posłaniu, okryła Jagę pledem i ucałowała. - Przepraszam, już dawno mogłam o tym pomyśleć.
- Dziękuję. - Jaga wyciągnęła rękę i pogładziła ją po policzku. - Męczy mnie już ta podróż. Marzę, by znaleźć się w domu. - powiedziała, przymykając sennie powieki.
- To dla mnie się poświęciłaś, bo mogłaś pozostać w Makowie.- szepnęła Nina, patrząc na nią z troską.
Jaga prędko usnęła, a Nina wyciągnąwszy pozostałe poduszki i pledy, położyła się obok Miry, pod rozkwitającym klonem. Do jej uszy docierały jeszcze przez chwilę rozmowy stangretów, prowadzone ściszonymi głosami, aż w końcu wszyscy zasnęli i spali długo, bo aż do zmierzchu. Nina otworzyła oczy, obudzona głośnym parskaniem koni, zaprzęganych do karety i bryczek. Był już wieczór, a na bezchmurne niebo wschodził księżyc, oświetlając ziemię zimnym, tajemniczym blaskiem. W jego srebrzystym świetle, drzewa i większe przedmioty były doskonale widoczne.
 - Oj, niedobrze! - Stach zmarszczył brwi i rozglądnął się po niebie. - Miesiąc jucha, świeci tak mocno, że i latarni nie potrzeba.
- Za to przy załadunku nie będziemy musieli zapalić pochodni.- zauważyła Mira, pomagając Ninie składać prowizoryczne posłanie.
- Stach ma rację! - Nina aż syknęła ze złości. - Będziemy z daleka widoczni, jak na dłoni. Trudno, ruszajmy, pan Piotrowski nie powinien na nas czekać.
Mlasnęły długie rzemienne baty i pojazdy ruszyły. Jechali wąską drożyną nad samym brzegiem Wisły. Koła raz po raz zapadały w niewidoczne dziury, a Nina modliła się, żeby przypadkiem nie odpadło koło lub nie pękł dyszel, byłoby to prawdziwe nieszczęście. Jednak na umówione miejsce dojechali bez żadnych niespodzianek. .
Nina miała nadzieję, że kapitan już będzie na nich czekał, ale okazało się, że nie ma ani promu i pana Piotrowskiego, ani tym bardziej Aleksa. Zaczęła się niepokoić, obawiając się jakiejś złej przygody. Wiosenna noc była krótka, a praca przy przeładunku z pewnością przeciągnie się do północy. Nerwowo krążyła brzegiem rzeki, wpatrując się w stronę, skąd miał przypłynąć prom. W tym miejscu rosły gęste krzewy, wiklina i niewielkie drzewka, schodząc niemal do samej wody. Dawały znakomitą kryjówkę, zarazem jednak zasłaniały widok na drogę. Mogli nie zauważyć, jakby ktoś się zbliżył. Dokoła panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko rzeka czasami plusnęła o brzeg, albo ryba rzuciła się w wodzie. Lekki wiatr poruszał gałęziami drzewek, chłodząc jej rozgrzane policzki. Majestatycznie rozlana wielka rzeka płynęła wolno, lśniąc i połyskując srebrzyście w blasku księżyca. Od wody szedł chłód i zapach rybiego tranu. Ciszy wiosennej nocy nie mąciły nawet hałaśliwe zwykle o tej porze żaby. Nina, patrząc w stronę galicyjskiego brzegu, niecierpliwie uderzała stopą o ziemię. Promu nie było widać. Czekali długo, coraz więcej zdenerwowani i zniecierpliwieni.
Wieczór nad Wisłą.
- Jezu, co się stało? - zastanawiała się Nina. - Może kurier nie dotarł do leśnego obozu i Alek nic o nas nie wie? Ale gdzie w takim razie, podziewa się pan Piotrowski? Już dawno powinien być na miejscu. Boże, tyle starań i pieniędzy miałoby teraz pójść na marne?
- Poczekajmy, może jeszcze przypłyną.- pocieszała ją Mira, ale i ona nie umiała oprzeć się złym przeczuciom.
Ninę ogarnęła po prostu rozpacz. Dopilnowała, żeby mąż otrzymał broń palną... bez amunicji! Równie dobrze mogłaby mu przywieźć wiązkę kijów. "Trzeba mieć mojego pecha, by po tylu staraniach i przygodach, znaleźć się po drugiej stronie granicy z pustymi schowkami! - pieniła się z wściekłości. - Nic mi się nie udało. Straciłam masę pieniędzy, a powstańcy jak byli, tak są bezbronni. No nie, mają karabiny, ale Alkowi tak bardzo zależało na pistoletach. Chryste, jak ja spojrzę mu w oczy? Co powiem? Gdzie diabli ponieśli pana Piotrowskiego?" - zadawała sobie w myślach pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć.
Podejrzewała, że kapitan musiał natknąć się w drodze na Moskali i cały transport amunicji wpadł w ręce nieprzyjaciela. Rozglądnęła się niespokojnie, bo lada chwila mogli zjawić się kozacy lub dragoni.
- Jeżeli pan Piotrowski nie przypłynie, - odezwała się stanowczym tonem - to Stach odwiezie nianię i Mirę do Makowa, a ja z chłopcami wrócimy do Krakowa. Muszę mieć amunicję!
- Ja ciebie nie puszczę! - zaprotestowała Jaga. - Życie ci niemiłe?
- Pojadę! - upierała się Nina, wysuwając do przodu podbródek na znak, że dyskusja skończona.
Lecz w tym momencie Maciek wyciągnął rękę i wskazał coś palcem.
- Płyną! - rzekł krótko.
- Gdzie, gdzie? - dopytywali się wszyscy, patrząc w kierunku, który wskazywał.
- A tam, za krzakami. Zmyślne juchy, nie wypłynęli na środek rzeki, ino trzymają się samego brzegu. - rzekł Maciek z uznaniem.
Rzeczywiście, po chwili spod nawisłych nad wodą gałęzi wikliny, cicho wypłynął prom. Stojący na przodzie człowiek, bacznie się rozglądał. Naraz przyłożył dłonie do ust i zagwizdał pierwsze takty "Warszawianki". Powtórzył sygnał i czekał. Tomek zbiegł nad wodę i odpowiedział mu tym samym sygnałem. Prom wolno przybił do brzegu.
- Na miłość boską! - zawołała roztrzęsiona Nina. - Gdzie się podziewaliście? Myślałam, że umrę ze zmartwienia. Amunicja jest?
Starszy pan bez pośpiechu wyskoczył na brzeg i przywitał się z paniami.
- Owszem, jest. Spóźniliśmy się, bo trzeba było długo czekać we dworze, aż pan dziedzic znajdzie klucze do piwnicy, bo mu się gdzieś zapodziały! Oj, to są spiskowcy, od siedmiu boleści! A potem, już na środku rzeki, pękł nam drąg i o mały figiel nie rozbiliśmy się o brzeg. Cały ładunek poszedłby na dno. Zanim Antek przysposobił drugi drąg, upłynęło trochę czasu. Pan naczelnik jeszcze nie przyjechał?
- Nie, i bardzo się tym niepokoję.- westchnęła Nina, zaglądając na prom załadowany drewnem.
Prom na Bugu.
- Nawet gdyby się spóźnili, to i tak spotkacie się po drodze, bo kurier dostarczył panu naczelnikowi dokładną trasę waszej podróży. No, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Bierzmy się do roboty, bo wkrótce zacznie świtać!
 Mężczyźni weszli na prom i zaczęli odrzucać stosy drewna, kryjące schowek z amunicją. Wyciągnęli skrzynki i przenieśli je na brzeg. Kobiety wysypały z nich naboje prosto do kufrów. Schowki były wszędzie, nawet na koźle pod siedzeniem stangreta. Pracowali bez wytchnienia, nie odzywając się do siebie. Pot spływał im po twarzach, mimo iż noc była chłodna. Nina osłabiona ciężką chorobą, poczuła się źle i obawiała się, że może zemdleć. Jednak nie przerywała pracy, choć plecy pękały jej z bólu od ciągłego schylania, a dłonie krwawiły od niezliczonych skaleczeń o drzazgi i gwoździe skrzynek. Ale rozsadzała ją radość na myśl, że nie powróci z pustymi rękami i będzie mogła śmiało spojrzeć mężowi w oczy. Swoje zadanie wykonała! Załadunek zakończono przed świtem. Opuszczono dach karety kryjąc schowek. Do kufrów ułożono na wierzch odzież i naczynia kuchenne. Stach spostrzegł z pewnym niepokojem, że dach karety lekko się wygiął pod ciężarem amunicji, lecz nie było na to rady. Dach musiał wytrzymać do końca podróży.
- No i po kłopocie! - zawołał wesoło pan Piotrowski. - Nie było to jak dawniej. Każdy lał sobie kule i byle miał ołów i proch, nie musiał nikogo prosić o łaskę. Czas ruszać w drogę, bo niedługo wstanie dzień. Podróżujcie tylko nocami, a w dzień kryjcie się w lasach.
- Może jednak warto poczekać na eskortę? - zastanawiała się Nina, rozczarowana, że mąż nie przybył na miejsce spotkania.
- Nie wolno pani tu czekać! - zawołał kapitan. - Jeżeli kuriera w drodze zabito, do pana naczelnika nie dotarła wiadomość o transporcie.
- Słusznie. W takim razie natychmiast ruszamy!
Panie nie wsiadły zaraz do karety, bo należało najpierw wyciągnąć pojazdy na twardy grunt. Stach machnął batem, konie szarpnęły, naciągnęły szory, ale kareta nie ruszyła z miejsca, bo koła głęboko zapadły w piasek. Mężczyźni podparli ją ramionami, pchając ze wszystkich sił, ale ani drgnęła. Stach zeskoczył z kozła i obejrzał powóz ze wszystkich stron.
- Trza będzie zaprząc do karety wszystkie konie, wyciągnąć ją, a potem kolejno obie bryki. - zawyrokował i nie czekając na pomoc, jął z pośpiechem wyprzęgać konie z bryczek.
Osiem koni połączonych w jeden zaprzęg, potężnie szarpnęło i wyciągnęło karetę. Ruszyła wolno i wytoczyła się na polną drogę. W ten sam sposób wydostano dwie bryczki i najgorsze już mieli za sobą. Teraz należało jak najszybciej dojechać do najbliższego lasu i poszukać tam schronienia aż do zapadnięcia ciemności. Mniejsze patrole nieprzyjacielskie nie zapuszczały się w głąb lasów, obawiając się zasadzki. Na wschodzie niebo pojaśniało. Odezwały się ptaki - wstawał dzień.
- Gotowe! - oznajmił Maciek, skończywszy zakładać konie do karety i bryczek. - Niech jaśnie panie wsiadają, jedziemy!
Lecz zanim ruszyli,usłyszeli w dali tętent, zbliżający się z każdą chwilą.
- Alek! - wykrzyknęła Nina z wybuchem szalonej radości.
Stojący na czatach Tomek, jednym skokiem przypadł do karety.
- Kozacy! - rzucił struchlałym głosem.
Patrol kozacki.
- Chłopcy, pilnujcie, żeby konie nie zarżały. - rozkazał pan Piotrowski. - Może nas nie zauważą.
Stangreci pochwycili konie przy pyskach, kładąc im dłonie na chrapach. Przytaili się w półmroku, zakryci gęstymi krzewami rosnącymi przy drodze. Kozacy nie podejrzewając niczego, jechali swobodnie, głośno rozmawiając. Do uszu czekających w napięciu ludzi, docierały ich śmiechy i przekleństwa. Czarne sylwetki jeźdźców przesuwały się na wzgórzu, na tle jaśniejącego nieba. Bokiem minęli pojazdy i jechali dalej przez łąki, tak zagadani, że na nic nie zwracali uwagi.
Nina odetchnęła i przeżegnała się, dziękując Bogu za tę łaskę. Niespodziewanie jeden z kozackich koni, być może kobyła, wyczuła ogiera i rzuciwszy się pod jeźdźcem, zarżała potężnie. Ogier wyrwał się z rąk Tomka i odpowiedział równie donośnym rżeniem, aż głos odbity od wody poniósł się echem. Wszyscy zdrętwieli. Kozacy błyskawicznie zawrócili małe, zwinne koniki i przycwałowali na drogę, z palcami na cynglach karabinków.