sobota, 23 lipca 2016

W ukochanym Makowie - straszna wiadomość.


23 lipca 2016 r.
Wydawało się Ninie, że mąż niekiedy ją lekceważy. Od dziecka obracał się przecież w kręgach najwyższej arystokracji rosyjskiej i polskiej. Był wykształcony, będąc absolwentem Korpusu Paziów i słynnej Akademii Sztabu Generalnego. Podróżował po Europie i Azji. Tymczasem ona nie ukończyła nawet pensji i braki w wykształceniu próbowała uzupełnić, czytając setki książek, robiąc notatki i przysłuchując się rozmowom mądrych ludzi. Była sobie prostą dziewczyną bez posagu i zapewne, niekiedy Aleksa musiała drażnić jej niewiedza. Może dlatego czasami zachowywał się w wobec niej tak szorstko. Z pewnością nie traktowałby jej w ten sposób, gdyby miała tytuł książęcy lub hrabiowski i wniosła mu duży posag.
"Widocznie moje maniery wydają mu się zbyt prostackie.- myślała z bólem. - Nie nadaję się na panią hrabinę, cedzącą półgębkiem francuskie frazesy, zimną i nadętą. Widocznie taka żona bardziej by mu odpowiadała. Jakie to straszne, że ciągle oddalamy się od siebie i na moich oczach nasze małżeństwo się rozsypuje."
Leżała tak długo rozmyślając, aż zaniepokojona Jaga ponownie zajrzała do karety.
- Co z tobą, moje kochanie? - spytała czule.
Nina chwyciła ją za rękę i przyciągnęła do siebie.
- Nianiu, powiedz mi prawdę. Czy ja mam paskudny charakter?
Jaga spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co ci przyszło do główki? No, aniołkiem to ty nigdy nie byłaś, ale masz dobre, czułe serce i prawdziwie pańską hojność.- przyjrzała się Ninie uważnie. - Nie pogodziliście się? - spytała zniżonym głosem.
- Nie dał mi żadnej szansy.
Jaga nie skomentowała jej skargi, ale pomyślała z gniewem, że hrabia bardzo krzywdzi swoją młodziutką żonę. Biedne dziecko zasługiwało na jego miłość. Nie rozmawiały już więcej na ten temat. Nina zapragnęła jak najszybciej znaleźć się w domu i kazała ruszać. Jednak Stach, ostrożny i przewidujący, nie wyraził na to zgody.
- Ja także, proszę jaśnie pani hrabiny, chciałbym zjeść pierogi ze śmietaną u mojej starej i zobaczyć dzieciaki.- tłumaczył cierpliwie. - Ale trzeba poczekać, ruszymy dopiero nocą!
- Dlaczego nie teraz? - spytała gniewnie.
- A niechże tylko jaśnie pani popatrzy na karetę i bryczki. Postrzelane jak rzeszoto! Nie daj Boże, natkniemy się na partol, i Moskale zaraz zmiarkują, z kim mają do czynienia. Zamiast do domu, trafimy do kozy. Powiedziałem, pojedziemy jak się ściemni.
- Dobrze, Stachu. Masz rację i postąpimy, jak radzisz.- Nina ustąpiła, bo szaleństwem byłoby poruszać się tak podziurawionymi pojazdami w jasny dzień.
Ruszyli dopiero po zmroku i do Makowa zajechali przed świtem. Widok własnej ziemi momentalnie poprawił Ninie posępny nastrój. Poczuła się jak mityczny Anteusz, czerpiący siłę z dotyku Matki Ziemi - gotowa do walki z losem. Wieś jeszcze spała, tylko psy ujadały na przejeżdżające pojazdy. Nina troskliwym spojrzeniem objęła dachy chat ukrytych w kwitnących sadach. Młyn dworski jeszcze nie klekotał, ale w stawie już kąpały się gęsi, lecąc z wielkim krzykiem po wodzie. Rozkochanym wzrokiem badała każdy skrawek swojej ziemi, podziwiając jej urodę. Wzgórza i łąki porośnięte soczystą trawą, ziołami i wiosennymi kwiatami, cieniste zagajniki. Kiedy stąd wyjeżdżała, na ziemi leżały płaty brudnego śniegu. Teraz wiosna była w całej pełni i jak okiem sięgnąć, po obu stronach drogi sadzonej szeregiem pękatych, miotlastych wierzb, ciągnęły się równe zagony pól, aż po kres horyzontu.
Krajobraz Gór Świętokrzyskich.
- Chwała Bogu. - szepnęła z radością. - Wszystko po staremu. Widocznie wojsko omijało Maków.
Kiedy stanęli przed bramą wjazdową, uniosła głowę i spojrzała na umieszczony na szczycie herb. Złocista gwiazda na szyi orła, zdawała się płonąc w pierwszych promieniach wstającego słońca. Z uwagą i rozrzewnieniem przeczytała łacińską dewizę rodu:"Dum spiro, spero"."Dopóki oddycham, mam nadzieję". Uśmiechnęła się przekonana, że ta złota gwiazda będzie jej przyświecać do końca życia. 
Świtała obudzony waleniem w żelazną bramę i dzwonieniem, wypadł rozjuszony ze swego domku. Potykając się na ciągnących się za nim troczkach płóciennych gaci, po drodze wciągał kapotę. Rozpogodził się, ujrzawszy wyglądającą z okna karety głowę Niny.
- Rety, nasza jaśnie oświecona paniuleczka wróciła! - wrzasnął uradowany. - A ja jużem se myślał, że to kozunie.
- Nie gadaj dziadu, tylko otwieraj! - upomniał go zniecierpliwiony Stach. - Nie będziemy tu stali do południa.
- Ojej, zara. Przecie już otwieram. - mruknął obrażony odźwierny, zdejmując żelazne łańcuchy i szeroko otwierając obie połowy bramy. Powozy wolno wtoczyły się w lipową aleję.
- Nareszcie w domu! - Jaga wydała głębokie westchnienie i przeżegnała się pobożnie.
- Teraz tylko spać! - ziewnęła Mira. - Nie mogę uwierzyć, że za chwilę spoczniemy we własnych łózkach.
- Z ust mi to wyjęłaś. - Nina nie przestawała wyglądać oknem. - Z dala od Makowa, czuję się jak ryba wyjęta z wody. Boże, jak tu cudnie!
Aleja parku pałacowego.
Lipowa aleja przypominała obrazek wyjęty z bajki. Delikatne liście przepuszczały jeszcze promienie słoneczne, pozwalając im sięgać w tajemnicze zakątki, ukryte w pełni lata w głębokim cieniu. Trawniki fioletowe były od kwitnących właśnie fiołków, odurzająco pachniały magnolie. Kwitły wielkie krzewy rododendronów i azalii, rozchylając białe, różowe, żółte i purpurowe kielichy. Rabaty mieniły się dywanami różnobarwnych bratków, stokrotek, tulipanów, narcyzy i żonkili. Trawniki pokrywała aksamitna szmaragdowa trawa.
Serce Niny uderzyło szybciej, a policzki pokrył lekki rumieniec podniecenia. Tęskniła do tej chwili w połogu, nie mając już nadziei, że jeszcze zobaczy swój wymarzony Maków. Zaledwie kareta stanęła na podjeździe, wyskoczyła pierwsza i strzepnąwszy niedbale krynolinę, lekko wbiegła po schodach, gładząc w przelocie głowy czuwających przy drzwiach lwów. Nie potrzebowała nawet dzwonić, bo w domu już nie spali. Na odgłos turkotu kół powozów, masywne drzwi nabijane stalowymi gwoździami, otwarły się szeroko i na powitanie Niny, wypadł z sieni Grot, głośno szczekając i wspinając się na nią łapami w szale radości. Na progu ujrzała rozpromienioną twarz Walentego.
- Nareszcie! - wykrzyknął, patrząc na nią wilgotnymi, starczymi oczami, w których wyczytała miłość. - Nie mogliśmy doczekać się naszej ukochanej jaśnie pani, naszego słoneczka i kwiatuszka najmilszego!
Maków.
  Uścisnęła go serdecznie. Walenty nie był dla niej służącym, lecz najwierniejszym, wypróbowanym przyjacielem.
- Boże, jak ja za wami tęskniłam! Niewiele brakowało, abym już nigdy do domu nie wróciła.
- A myśmy się tak modlili i na mszę dawali, prosząc o szczęśliwe rozwiązanie. Bóg się zlitował!
Skinęła głową, rozglądając się po sieni i zachwycając się wielkością i przepychem domu. Już zaczynała zapominać, jaki jest duży i piękny.
- Moskale tu nie zaglądali? - spytała, zdejmując płaszcz i kapelusz.
- Pan Jezus łaskaw, jakoś nas omijali. - stary kamerdyner z należytym szacunkiem odebrał od niej rzeczy.- Ośmielam się spytać: a gdzie nasza jaśnie panieneczka? Wszyscy tak się nią cieszymy...
- Nie mogłam zabrać jej z sobą, bo wiozłam amunicję. - kątem oka dostrzegła, że staruszek posmutniał i dodała: - Mała jest w Księstwie Poznańskim, u mojej siostry, pani Świerczyńskiej. Ale jak tylko powstanie się zakończy, przywiozę ją domu. Walenty będzie sobie spacerował z nią po parku i bajki opowiadał.
- Oczywiście, że tylko ja! Młodzi mają pstro w głowie, a na dziecko trzeba uważać! - oświadczył z powagą. - Paweł, nie stój z otwartą gębą, tylko biegnij do karety i kufry przynieś. Niech ci Bronek pomoże. - staruszek prędko przypomniał sobie o swoich obowiązkach.
Rżenie koni, hałas w sieni i gromki głos Walentego, popędzającego lokai, dotarły do pokoi na piętrze. 
Klatka schodowa w pałacu.
 Na schodach pokazały się panie, jeszcze w dezabilach, nocnych czepkach i papilotach na głowach. Rozległy się okrzyki radości i podróżniczki powędrowały z jednych ramion w drugie. Obie panie Borutyńskie patrzyły z podziwem na przybyłe damy, ubrane w jasne wiosenne kostiumy, tak bardzo różniące się od żałobnych toalet noszonych w zaborze rosyjskim. Pokojówki z piskiem radości witały swoją panią, oblewając łzami jej ręce. Przybiegł pan Szymon, kuchciki i reszta służby pałacowej, witając entuzjastycznie dziedziczkę.
Nina przyjmowała te oznaki radości z uśmiechem szczęścia i satysfakcji.
"Ciekawa jestem, czy jakąś nadęta hrabianka, lub sfrancuziała księżniczka, byłyby powitane tak serdecznie i szczerze. Bardzo wątpię! To ja jestem panią na Makowie i prawdziwą dziedziczką, nikt inny!"- pomyślała z dumą i jej poczucie kompleksu niższości, przynajmniej na pewien czas, znacznie zmalało.
- Nino, nie nosisz już żałoby narodowej? - Emilka szeroko otwartymi oczami, obejrzała ją od stóp, obutych w safianowe pantofelki, po piękny kostium wiosenny z jasno zielonego kaszmiru.
- Ależ Emilciu, w Galicji nikt już nie nosi żałoby, z wyjątkiem osób, które kogoś utraciły. Pouczono nas bardzo rozsądnie, że nie uchodzi paradować w kirach, kiedy nasi chłopcy walczą o zwycięstwo. To mogłoby okazać się złą wróżbą. Jak wam pokażę, moje najmilsze, co przywiozłyśmy wam z Krakowa, to natychmiast pozbędziecie się tych czarnych kiecek!
- Nineczko, wyglądasz prześlicznie. - pani Salomea mocno ją przytuliła.- A gdzie maleńka? - rozglądnęła się po sieni.
- Jest u Bini w Świerszczynach. - Nina ziewnęła. - Potem wam wszystko opowiemy, tylko pozwólcie nam się wyspać!
- Wyobraźcie sobie, stoczyliśmy bitwę z kozakami!- zawołała Mira.- Było już z nami krucho. Mamy mnóstwo historii do opowiadania, ale jesteśmy strasznie śpiące.
- Idę spać i proszę mnie nie budzić! - oświadczyła Jaga i podreptała do swego pokoju.
Mira była głodna i postanowiła zjeść śniadanie, lecz Nina marzyła tylko o wypoczynku i samotności. Wzięła gorącą kąpiel w swojej wspaniałej łazience i słuchając jednym uchem radosnej relacji Ulisi o nowinkach domowych, nałożyła nocną koszulę i nareszcie spoczęła w swoim wielkim i miękkim łożu, przysłoniętym jedwabnymi firankami. Ulisia powiesiła rozrzucone ubrania w garderobie, dygnęła i na palcach wyszła z pokoju, przykładając palec do ust. Nina spoczywając wśród atłasów, koronek i haftów, zrozumiała czego jej tak bardzo brakowało w Krakowie. 
Piękny zegar stojący w salonie.
 Przyzwyczaiła się do przepychu, ciszy wielkich sal, spiżowego bicia zegarów i atmosfery wykwintu, oraz całkowitej swobody. Przyszło jej na myśl, że ten status społeczny zawdzięcza mężowi i w jednej chwili powróciły wspomnienia przeżytych tu szczęśliwych chwil po ślubie. Z westchnieniem pomyślała, że rozstali się z urazą, a jego szalone pocałunki niczego pomiędzy nimi nie naprawiły. Oboje byli uparci, stanowczy i nieustępliwi. W konsekwencji ciągle dochodziło do zadrażnień i scysji. Każde z nich wierzyło w swoją rację i winę składało na drugą osobę. Nie potrafili zdobyć się na kompromis, który zażegnałby istniejące napięcia. Przez krótki czas trwania ich małżeństwa, Aleks zajęty konspiracją i walką i nie miał okazji poznać dostatecznie dobrze charakteru młodziutkiej żony. Ona również nie potrafiła spojrzeć na niego z dystansu, zawsze przepełniona sprzecznymi uczuciami. Nie rozumiała, jak człowiek tak rozsądny, mógł kierować się emocjami, nie zdając sobie sprawy, że powstanie było błędem, który będzie miał tragiczne następstwa dla narodu.
W tej sytuacji, nieporozumienia narastały do rangi problemów, a małżonkowie byli z siebie wzajemnie niezadowoleni. Na domiar złego Aleks szedł walczyć, a Nina zastanawiała się, kiedy męża zobaczy i czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczy. Kusiło ją, by pojechać do leśnego obozu, lecz podejrzewała, że jej wizyta raczej nie sprawiłaby mu przyjemności. Pewnie doszłoby do kolejnej kłótni, a on znowu zraniłby ją jakimś szorstkim słowem. Kiedy miał zły humor, potrafił być okrutny, nawet wobec żony.
Przymknęła powieki i przywołała w pamięci jego obraz, uśmiech, pieszczoty i czuły szept, jakim uspokajał ją, kiedy zrywała się w nocy z krzykiem, dręczona koszmarami. Te wspomnienia były wszystkim, co jej pozostało. Poczucie samotności i odrzucenia, stało się tak dojmujące i bolesne, że zerwała się z łoża i pobiegła do jego pokoju. Stała długo wpatrzona w portret męża, oczami pełnymi łez. Wróciła do sypialni, lecz zmęczenie nie pozwoliło jej zasnąć. Otworzyła szeroko drzwi i wyszła na taras. W wielkich marmurowych donicach kwitły bratki, pelargonie i tulipany. Zieleniły się ogromne paprocie, egzotyczne drzewka pomarańczowe i krzewy kwitnących kamelii. Słońce stało już wysoko, na wprost okien, zalewając sypialnię jaskrawym światłem.
Ogród pałacowy.
Niby dymy z kadzielnic biły ku niej wonie rozkwitających bzów. Cały park tętnił życiem, ze wszystkich stron zrywały się hymny tysięcznych głosów ptactwa. Do jej uszu dobiegało radosne klekotanie bocianów, mających swoje gniazda w koronach odwiecznych lip. Powoli serce jej napełniło się spokojem, troski zapadły gdzieś głęboko w duszę. Patrzyła na ten cud natury, przejęta nieopisaną radością, że oto wróciła i jest już w domu. W swoim ukochanym domu!
Całe popołudnie zeszło na opowiadaniach o przeżytych przygodach. Nawet służba odważyła się prosić, żeby mogli przyjść do salonu, by posłuchać o przygodach pani. Damy płakały rzewnie, gdy Nina opowiadała o śmierci synka. Walenty i Kumosia także opłakali zgon małego panicza. Potem Mira opowiedziała o potyczce z patrolem.
- .....i Ninka zastrzeliła tego kozaka, który chciał wyciągnąć ją z karety. - oznajmiła z tryumfem. - Strzeliła mu prosto miedzy oczy i kozak trup!
Nina niepewnie zerknęła na panią Salomeę
- To prawda, ale ja się tylko broniłam. - powiedziała cicho.
- Nie zaprzątaj sobie tym myśli, drogie dziecko. - oświadczyła spokojnie pani Salomea, a jej ciepłe oczy spojrzały na nią serdecznie. Emilka zerwała się i w spontanicznym odruchu solidarności, mocno ucałowała Ninę w oba policzki.
- Twoje poświęcenie godne jest najwyższego uznania. - stwierdziła. - Wszyscy tu ciebie podziwiamy. A kozakiem się nie przejmuj. Na twoim miejscu zrobiłabym to samo! - na moment jej marzące oczy przybrały barwę stali, a delikatne rysy stwardniały. - Bardzo ci współczuję rozstania z córeczką i wyobrażam sobie, ile to musiało przyczynić ci cierpienia.
Nina poczerwieniała, czując na sobie wzrok Jagi.
- Trudno, nie mogłam postąpić inaczej. - bąknęła i zauważywszy we włosach Emilki czarną wstążkę, spytała z niepokojem: - Po kim, Emilko, nosisz żałobę?
- Mój brat cioteczny zginął pod Budami Zaborowskimi. - powiedziała Emilka i posmutniała. - Był tak straszliwie zmasakrowany, że matka poznała go tylko po medaliku, który nosił na szyi. Cała Warszawa w żałobie. Jakby nie dosyć było tej zbrodni, kozacy poprzebierali się w ubrania poległych i paradowali w nich po mieście. Kobiety mdlały albo szalały z rozpaczy, rozpoznając na mordercach odzież swoich dzieci.
- Mąż wspominał mi o tym. - Nina westchnęła. - Serdecznie ci współczuję, kochanie.
Zmieniła temat, opowiadając im o śmierci Stefana Bobrowskiego, o której dowiedziała się w Krakowie. Damy nic o tym jeszcze nie wiedziały i były porażone tą tragiczną wiadomością.
- Boże, co za nieszczęście! - jęknęła Emilka, - To był taki cudowny, charyzmatyczny człowiek. Straciliśmy prawdziwego wodza powstania.
- Może Białym właśnie o to chodziło.- powiedziała Nina i zaczęła dopytywać się o przyjaciół. Na szczęście, w czasie jej nieobecności nikomu nic złego się nie przydarzyło.
Emilka na powrót zajęła się robótką.
- Nie wyobrażasz sobie, jaka radość zapanowała w leśnym obozie, kiedy dotarła tam wiadomość, o urodzeniu dziecka i twoim wyzdrowieniu. - powiedziała, podnosząc głowę i patrząc na Ninę.
- A skąd wiesz?
- Bo sama tę wiadomość panu hrabiemu przywiozłam.- Emilka roześmiała się. - Często bywałam w obozie, wożąc z Porajów rozkazy, żywność i lekarstwa. Wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy na wiadomości z Krakowa i nie muszę ci mówić, jak strasznie się niepokoiliśmy. Byłam akurat w Porajach, kiedy nadjechał kurier i przywiózł list od ciebie. Natychmiast wybrałam się na Łysą Polanę. Przysięgam ci, że jeszcze nigdy nie widziałam mężczyzny, który tak by się cieszył z urodzenia dziecka. Pan Aleksander o mało nie oszalał z radości. Narobił takiego krzyku, że do szałasu wpadli chłopcy przekonani, że stało się coś strasznego. Och, Nino!.... - Emilka w rozmarzeniu przymknęła oczy. - Do rana piliśmy zdrowie maleńkiej hrabianeczki i jej pięknej mamy! Janusz i Tadek popili się na umór. Pan naczelnik, ryzykując spotkanie z moskiewskim patrolem, pojechał powiadomić wojewodzinę, a nasz kochany ksiądz proboszcz, zaraz odprawił mszę dziękczynną. Do Makowa przyjechali goście: Zosia Siekielska, państwo Wąsoccy z Jadwigą, pani wojewodzina i świętowaliśmy tak hucznie, jakby to było już po zwycięstwie. Pan Bochniak urządził zabawę w karczmie dla służby i gospodarzy, z kapelą i tańcami. Wszyscy razem bawiliśmy się jak na weselu!
 
Emilka.
Nina o mało nie udławiła się kawą. Blada i bardzo zmieszana słuchała opowiadania Emilki. Naturalnie wiedziała, że mąż pragnie dziecka, ale sądziła że zależy mu wyłącznie na synu. Była przekonana, że rodząc córkę sprawiła mu przykry zawód. Tymczasem ogromnie się pomyliła. Może w takim razie niepotrzebnie wysłała dziecko w tak daleką drogę? Mogła ją przecież pozostawić u państwa Piotrowskich z mamką i Jagą. Pani Piotrowska kilka razy wystąpiła z taką propozycją. Nie miała prawa pozbawiać męża radości ujrzenia własnego dziecka. No tak, ale mała była przeraźliwie brzydka i raczej nie nadawała się do oglądania. Jezu, jakby to było przyjemnie urodzić zdrowe, ładne dziecko, i z dumą zaprezentować je ojcu. A może Binia i Jaga powiedziały prawdę i dziewczynka w czasem wyładnieje? Daj to Boże, na razie były to tylko jej pobożne życzenia.
Rozmowa o córce zirytowała ją. Czując coraz silniejsze łupanie w głowie, postanowiła przejść się, obejrzeć gospodarstwo i przede wszystkim zajrzeć do Mignon. Idąc długimi alejami, zastanawiała się z troską, czy dziewczynka zdołała przetrzymać męczącą podróż. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że gdyby dziecko zmarło, Aleks obarczyłby ją za to winą i ich małżeństwo byłoby definitywnie skończone. Po raz pierwszy pomodliła się, prosząc Boga, aby raczył zachować małą przy życiu. Ale wątpiła, czy Pan Bóg wysłucha jej modlitwy wiedząc, że był to pacierz egoistyczny, mający na celu nie dobro dziecka, ale zachowanie miłości męża.
Wkrótce jednak całkiem zapomniała o córce, skupiając uwagę na sprawach majątkowych. Pan Bochniak przebywał w Kielcach i miał powrócić dopiero nazajutrz. Oczekiwała go niecierpliwie, ciekawa jak sobie bez niej radził. W Górach Świętokrzyskich wiosna zawsze przychodziła nieco później, niż w innych regionach kraju. W sadzie drzewa owocowe stały całe w kwiatach, a dokoła unosił się słodki, upajający zapach. Roje pszczół obsiadły drzewa, oszalałe na widok takiej obfitości nektaru. Chwilę siedziała na ławce pod kwitnącą jabłonką, obsypaną jak śniegiem opadającymi płatkami, słuchając śpiewu godowego wilgi.
Mignon.
Potem weszła do stajni i stwierdziła z ulgą, że klacz była ładnie utrzymana. Mignon powitała ją głośnym rżeniem i położyła głowę na ramieniu pani, upominając się o cukier. Nina objęła klacz za szyję i ucałowała jej miękkie chrapy. Przywitawszy się z ulubienicą, poczęstowała ją cukrem i jabłkiem, potem zajrzała do obory, szklarni i ogrodu warzywnego. Na dziedzińcu folwarcznym obstąpiły ją kobiety z czworaków, opowiadając o swoich zmartwieniach. Dozorca chlewni zdał jej raport, pisarz prowentowy poprosił o interwencję w sporze z wsią, i po godzinie Nina zapomniała, że kiedykolwiek wyjeżdżała z Makowa.
Wróciła do domu i przeszła do buduaru, zamierzając napisać długi list do Bini. Usiadła przy sekretarzyku i rozejrzała się z zachwytem po ślicznym pokoju. Obok, w srebrzystej czarze, pachniał bukiecik fiołków i konwalii, a na gzymsie kominka i na stoliczkach, pyszniły się bukiety azalii, kamelii i rododendronów. Po lśniącej posadzce ślizgały się jasne promienie słońca, wpadające przez szeroko otwarte okna. Boże, jak cudownie było znaleźć się ponownie w domu!
Wieczorem, przed położeniem się do łóżka wyszła na taras, oddychając powietrzem aż ciężkim od zapachu rozkwitających bzów. Księżyc stał wysoko, zalewając taras i park potokiem srebrzystego światła. Nad stawem rozwłóczyły się białawe mgły, w każdej kępie krzewów słowiki zanosiły się śpiewem. Odpowiadały im chóry żab znad stawu i rzeczki. Nina wspięła się na palce i rozłożyła ramiona, odchylając w tył głowę, jakby chciała objąć ten przepiękny obraz i przycisnąć do serca. Wróciła do pokoju, położyła się i zasnęła z uśmiechem na ustach, wsłuchana w odgłosy wiosennej nocy, kipiącej potężnym życiem natury.
Seter irlandzki Grot.
  Spała bardzo mocno i obudziła się późno, a raczej obudził ją Grot, który przyszedł się przywitać. Wskoczył na łóżko i polizał ją w policzek. Poprzedniego dnia pies szalał z radości, witając panią po długiej rozłące i nie odstępował jej cały dzień, chodząc za nią krok w krok. Po śniadaniu Paweł oznajmił, że przyszli gospodarze ze wsi i koniecznie chcą się widzieć z dziedziczką. Wyszła do nich, pełna złych przeczuć, ale okazało się, że chcieli tylko podziękować pani za otrzymane zboże na wiosenne siewy. Przyszedł także pan Bochniak i przywitał ją z prawdziwie ojcowskim rozrzewnieniem, gratulując urodzenia córki, przyszłej dziedziczki Makowa. Ucałował ręce młodej pani i chętnie przyjął zaproszenie na kieliszek wina.
- A skąd pan wziął zboże dla gospodarzy? - zagadnęła, kiedy okrągła figura rządcy wygodnie spoczęła w fotelu. - O ile pamiętam, wcale nie mieliśmy zapasów.
- Nie mieliśmy. Ale pan hrabia zakupił zboże u pani wojewodziny i kazał rozdać chłopom.
- Matko Boska! - Nina aż podskoczyła z wrażenia. - Na jarmarku kupilibyśmy taniej!
Rządca przetarł chusteczką spoconą łysinę, bo dzień był ciepły, a wino mocne.
- To nie był zły interes. - uśmiechnął się krzywo.- Pani wojewodzina oddała nam zboże prawie za darmo, ale... - pan Bochniak westchnął.
- O, widzę, że jest jakieś "ale".
- Niestety. Interes dał pani wojewodzinie prawo wglądu w nasze sprawy majątkowe. Czasami doprawdy nie wiem, kogo mam słuchać. - rządca miał taką nieszczęśliwą minę, że Nina czule poklepała jego tłuściutką rękę.
- Od dziś tylko mnie, kochany panie Bochniak! Bogu dzięki, wróciłam do domu i odtąd razem będziemy walczyć z przeciwnościami losu. Jestem przekonana, że ciotunia wojewodzina ma najlepsze intencje, ale w moim domu nikt prócz mnie, rządzić nie będzie! - oznajmiła to z takim szelmowskim uśmiechem i zarazem tak stanowczo, że pan Bochniak z miejsca odzyskał dobry humor przekonany, iż stara dama nie będzie już mogła wściubiać nosa w interesy Makowa
Rozsiadł się wygodniej, pociągnął łyk wina i podkręcił wąsa.
- Czy mamy jeszcze jakieś pieniądze? - spytała Nina.
- Owszem. Ruszyła cegielnia i otrzymaliśmy duże zamówienia z Suchedniowa,Wąchocka i Bodzentyna. Ludzie zaczynają się znowu budować po pożarach. Sprzedaliśmy także część opasów i kilka mniej wartościowych koni. Ale i wydatki mieliśmy spore. Z rozkazu pana hrabiego, wydaję bezrolnym darmo cegłę oraz drewno na budowę domów. Dostali także zboże i sadzonki. Wolno im
bezpłatnie ciąć drzewo w naszym tartaku. Odrabiają dług, pracując na dworskich polach, choć ich praca jest niewspółmierna z ponoszonymi przez nas kosztami. Jedno muszę przyznać: ci ludzie zupełnie się zmienili. Dawniej umieli tylko stękać i użalając się nad sobą. Teraz robota pali się im w rękach. Wspólnie walą w puszczy drzewa, razem je obrabiają i kolejno stawiają domy. Pod jesień całe osiedle będzie gotowe.
Z pewnym zaskoczeniem Nina stwierdziła, że przez cały czas jej nieobecności, Maków rządzony był przez męża. Z leśnego obozu, jak dawniej, kierował sprawami majątku. Nagle poczuła się mniej ważna, jakby odsunięta poza nawias wydarzeń.
- No dobrze. - mruknęła, sącząc resztkę wina - Przynajmniej Rząd Narodowy nie zarzuci nam, że nie dbamy o ludzi. A podatki opłacone?
- Naturalnie. Pan hrabia polecił Joselowi zapłacić podatek aż do końca roku. Mamy kwity z pieczęcią Rządu.
 Nina wolno odstawiła kieliszek i spojrzała na niego uważnie.
- Panie Bochniak, ja się pytam, czy opłacono podatek w guberni?
Rządca znowu się spocił i ponownie sięgnął do kieszeni po chustkę, ocierając czoło.
- Nie zapłacono! - wyznał dramatycznym tonem.
- Rany boskie! - wrzasnęła, czując ogarniającą ją panikę. - Od dawna nie płacimy?
- Od lutego!- sapnął.- Rząd powstańczy nie pozwala płacić Moskalom podatków. Pan hrabia zabronił mi płacić.
Przez chwilę Nina trwała w osłupiałym milczeniu, bo wstrząśnięta, nie mogła wydobyć z siebie głosu. W stanie wojennym nie opłacenie podatku równało się z utratą majątku. Do opornego dziedzica, wysyłano karną ekspedycję i nakładano ogromną kontrybucję, najczęściej dobra konfiskując.
- Panie Bochniak, czy zdaje pan sobie sprawę, na co się narażamy? - odezwała się wreszcie, patrząc mu prosto w oczy. - Każdej chwili możemy spodziewać się najazdu karnej ekspedycji! A kiedy tu sobie pohulają, Maków będzie ruiną.
Rządca wiedział, że młoda pani ma rację, lecz nie wyobrażał sobie, iż mógłby postąpić wbrew woli hrabiego.
- Przecież musimy przestrzegać rozkazów Rządu Narodowego. W przeciwnym razie ukaże nas policja narodowa. I tak źle i tak niedobrze. - westchnął.
"Jakbym jeszcze miała mało kłopotów".- pomyślała ze złością.
- Rząd Narodowy wcale się nie wzruszy, jak mój Maków pójdzie na licytacji pod młotek! - zawołała z rodzącą się pasją. Przez moment rozważała sytuację i doszła do wniosku, że mniej się lęka policji narodowej, niż najazdu ekspedycji karnej. Była absolutnie przekonana, że wcześniej czy później powstanie upadnie, a wówczas władze carskie przypomną sobie o opornych dłużnikach i dobiorą się im do skóry. Przemyślawszy wszystko podjęła stanowczą decyzję:
- Panie Bochniak, jutro osobiście pojedzie pan do guberni i opłaci pan wszystkie zaległe podatki. Z Krakowa przywiozłam trochę pieniędzy i dam je panu. Pan hrabia wybiera się na wojnę i nie musi o tym wiedzieć!
Biedny pan Bochniak skulił się, bez trudu odczytując jej myśli.
- Ośmielam się przypomnieć, że pan hrabia stanowczo mi tego zabronił. - powiedział drżącym głosem, błagając wzrokiem o przebaczenie. - Jestem starym sługą hrabiów, i pod koniec życia nie chciałbym zasłużyć na naganę mego chlebodawcy.
Nina złagodniała. Znała jego kryształową uczciwość i ślepe przywiązanie do rodziny Klonowieckich. Było jej bardzo przykro, że namawia go do czynu, niezgodnego z wolą wyrażoną przez męża. Ale obawa utraty majątku była najsilniejszą motywacją jej decyzji.
- Nikt nie rozumie pana lepiej, niż ja! - powiedziała serdecznie, ujmując obie ręce rządcy w mocny uścisk. - Zdaję sobie doskonale sprawę, czego od pana oczekuję. Gdyby mąż dowiedział się o tym, okazałby panu swoje niezadowolenie. Natomiast mnie.... Och, kochany panie Bochniak, prawdopodobnie nasze małżeństwo zakończyłoby się rozwodem. - wyznała szczerze.
- Ależ pani hrabino, to niemożliwe! Pan hrabia bardzo panią kocha.
- Wiem, co mówię! Mąż jest powstańcem i zobowiązał się wykonywać rozkazy Rządu. Ale my, panie Bochniak, oboje dobrze wiemy, co to znaczy najazd obcego wojska. - mówiąc to, Nina unosiła się coraz większym gniewem. - Niech mnie raczej zaraz piorun tu strzeli, niż będę spokojnie patrzeć, jak kozackie szable tną meble i obrazy, a kule rozbijają lustra i posągi. Nigdy! Mąż odchodzi daleko od Makowa, aby ponownie podjąć walkę. Teraz ja odpowiadam za Maków i ludzi, którzy tutaj mieszkają. Panie Bochniak, jutro pojedzie pan do Radomia i zapłaci wszystkie należności!
W głębi serca rządca niezachwianie wierzył w mądrość życiową młodziutkiej pani. Jej praktyczny i rzeczowy pogląd na sprawę, trafił mu do przekonania, bo sam kochał Maków równie gorąco.
- A co powiemy, jak zainteresuje się nami policja narodowa? - wysunął ostatnią obiekcję.
- Potem będziemy się zastanawiać. - roześmiała się i podała mu rękę, którą rządca ucałował z prawdziwą czcią.
Przed południem Nina postanowiła wybrać się na konny spacer. Mignon długo trzymana w stajni, zaraz za bramą przeszła w cwał. Kołysząc się rytmicznie w siodle, Nina rozkoszowała się pędem i własną sprawnością fizyczną. Przez długie miesiące ciąży, musiała odmawiać sobie ulubionej rozrywki, za to teraz pędziła, aż wiatr wiejący jej w twarz, unosił welon na kapeluszu i powiewał trenem amazonki. We wsi, chaty były otwarte na przestrzał, wietrząc się po zimowym zaduchu. Nad stawem kobiety prały bieliznę, mocno uderzając kijankami. Wiosna już była w całej pełni, trawy wyrosły soczyste i wysokie, zapowiadając wczesne i obfite sianokosy. Nad falistą szachownicą pól, rozciągało się błękitne niebo usiane drobnymi białymi obłoczkami. Wiejską drogą turkotały wozy, wiozące obornik na pola. Mijając dziedziczkę, gospodarze zdejmowali z głów słomiane kapelusze i kłaniali się z powagą. Odpowiadała im życzliwym uśmiechem i skinieniem dłoni, jednocześnie ponaglając klaczkę.
Pośród wysokich traw, pasło się bydło i bieliły stadka gęsi. Stwierdziła z radością, że jeśli przechodzące wojska nie zniszczą plonów, to tego roku urodzaje zapowiadały się rekordowo. 
Wieś świętokrzyska. w XIX w.
 Z ciekawości skręciła w stronę Pliszkowej Górki. Zrazu nie poznała dawnych nieużytków, pełnych głazów i powalonych wichrem drzew. Teraz ciągnęły się tu równo zaorane pola, obsiane zbożem i długie rzędy zasadzonych ziemniaków. Dalej, na wzgórku, w pobliżu bystrej rzeczki, stały trzy nowe domy z drewnianych bali, na podmurówce, ogrodzone porządnymi płotkami. Złociły się w słońcu świeżo ociosane belki i czerwieniła cegła, dodając krajobrazowi kolorytu. Nieco dalej, wznosiły się szkielety kolejnych domów, stawianych z pośpiechem przed zimą. Na widok nadjeżdżającej pani, pracujące w polu kobiety otoczyły ją ciasnym kręgiem, opowiadając o mnożących się potrzebach.
- Na swoim, to nawet ta ciężka praca zdaje się letka. - prawiła starsza kobieta, ze śladami dawnej urody. - Za jakieś dwa, trzy roki, za sprzedane zboże i jarzyny, kupimy może jakąś gadzinę, bo len też ślicznie wschodzi. Bóg zapłać, jaśnie państwu za ziemię i te chałupy. Bedziewa mieszkać kiej dziedzice..
Nina lubiła jak ją chwalono, bo była z natury dosyć próżna. Przez chwilę rozmawiała z kobietami uprzejmie, wysłuchując ich podziękowań. Pan Bochniak miał rację: twarze tych ludzi nie przypominały tamtych nędzarzy, apatycznych i bezradnych, gnieżdżących się w wilgotnych norach. Przyszły jej na myśl słowa męża. Powiedział kiedyś, że każde zdrowe dziecko, urodzone w nowym domu, będzie dla niego dostateczną rekompensatą za poniesione wydatki. Sięgnęła do kieszeni i najbliżej stojącej kobiecie wcisnęła do ręki kilka rubli, na nowe gospodarstwo. Obiecała postarać się im o drób, oznajmiając, że każdy osadnik dostanie po jednej krowie. Odjechała żegnana błogosławieństwami.
W domu zastała panie zajęte przymierzaniem strojów i przykrawaniem materiałów na nowe toalety. Emilka stała przed lustrem, podziwiając swoje odbicie, w modnym kapelusiku z jasnoniebieskiego atłasu, pod kolor jedwabiu na suknię. Nina przywiozła także dla Zosi, mięsistą kremową satynę, haftowaną w barwne bukiety kwiatów i już wyobrażała sobie, jak ślicznie będzie błękitnookiej i jasnowłosej trusi, w letniej toalecie.
Ogród różany.
 Po obiedzie, korzystając z ciepłej i słonecznej pogody, wszystkie panie wyszły do parku, posiedzieć przy fontannie. Powitały je krzyki pawi oczekujących na okruszki chleba. Zmęczona konną jazdą, Nina wyciągnęła się w trzcinowym fotelu wyłożonym poduszkami i przymknąwszy powieki odpoczywała, rozkoszując się świadomością, że jest już w domu. Reszta pań pod kierunkiem pani ochmistrzyni, szyła letnią bieliznę dla chłopców w lesie.
- Od jutra składam wizyty.- odezwała się Nina, przerywając ciszę.- Muszę wstąpić do Sarnik i Brzezińca, bo Lipieniec pozostawię sobie na deser. Obawiam się, że ciotunia wojewodzina wstąpi na ścieżkę wojenną. - z westchnieniem sięgnęła po wysoką szklankę kompotu z jabłek.- Emilko, nie wiesz, jak radzi sobie Zosia?
- Mówiła mi, że od kiedy pozbyła się nieuczciwego rządcy, majątek kwitnie. Jest bardzo zadowolona z tego pana rządcy, którego jej poleciłaś. Wyobraź sobie, że Stefanek już raczkuje. Rozkoszne dziecko. Och, zazdroszczę wam, że obie macie już dzieciaczki...- zająknęła się i spłonęła rumieńcem, zgromiona wymownym wzrokiem pani Salomei. - O, bardzo przepraszam, wyraziłam się nietaktownie.
"Nie masz mi czego zazdrościć." - pomyślała Nina. Słuchała nowinek dosyć nieuważnie, zapatrzona w ciemne czuby wysmukłych sosen, rosnących wzdłuż kwietnych rabatów. Wyglądały bardzo malowniczo w promieniach słońca, wolno schodzącego ku zachodowi. W koronach odwiecznych lip łagodnie szemrał wiatr, leciutko poruszając liśćmi. "Boże, dziękuję Ci, że jestem w domu i już nigdzie nie muszę się ruszać. Jaki ten poszum drzew jest melodyjny... Szkoda, że w nutach nie można zapisać muzyki drzew. A właściwie dlaczego nie? Przez tą ruchawkę zaniedbałam muzykę. Od jutra przysiądę fałdy i może uda mi się przekazać w zapisie nutowym to, co teraz słyszę. Nokturn, albo preludium. Nie, lepiej nokturn!"
- A co nowego u państwa Jabłockich? - zainteresowała się Mira. - Pani Dorota wybaczyła mężowi? - wbiła igłę w płótno i spojrzała z ciekawością na pilnie szyjące panie.
- Nie potrafią się pogodzić i ciągłe u nich awantury.- mruknęła pani ochmistrzyni ze zgorszoną miną.
- Nawet nie jestem pewna, czy wypada o tym głośno mówić. - zauważyła pani Salomea z wahaniem, prostując ścierpnięte plecy. - Podobno pana Jabłockiego zaczepił w miasteczku jakiś Żyd i pokazał mu kwit na trzysta rubli, rzekomo przez niego podpisany. Starszy pan bardzo się tym przejął.- pani Salomea umilkła, widocznie uznając, że dalej nie wypada komentować tego wydarzenia. - To bardzo przykre. - zakończyła.
- O, wyobrażam sobie! - Nina nie mogła powstrzymać złośliwego uśmieszku. - Ciociu, jesteśmy w swoim gronie. Mówcie, kochane, co było dalej!
- Sprawa naprawdę wygląda niesmacznie. - podjęła opowiadanie Emilka.- Pan Jabłocki wpadł we wściekłość, pojechał leśnego do obozu i obił zięcia laską zapowiadając, że więcej nie zobaczy złamanej kopiejki. Pan Kazimierz poczuł się obrażony i postanowił wyzwać teścia na pojedynek! Pan hrabia go wyśmiał i zagroził, że usunie go z oddziału, jeśli pan Biecki nie ureguluje należności. Z kolei Dorota obraziła się na ojca i sama wykupiła kwit i teraz już z ojcem nie rozmawia, tylko się kłóci. Sponiewierany pan Kazio zrewanżował się teściowi i oświadczył, że poślubiając Dorotę popełnił mezalians!
Wszystkie panie, jak na komendę, wybuchnęły śmiechem. Dorota nie była lubiana, a pani Jabłocka zrażała do siebie ludzi plotkami. Ale zaraz przestały się śmiać, słysząc zbliżający się z błyskawiczną szybkością tętent rozpędzonego konia. Pani ochmistrzyni podniosła się z fotela i przysłoniwszy oczy dłonią, patrzyła z niepokojem w stronę wylotu alei.
- Leci jak do pożaru! - szepnęła, kreśląc nieznacznie znak krzyża. - Czy to nie Moskale, nie daj Panie Boże?
Z napięciem czekały na ukazanie się jeźdźca. Jakoż po chwili, z lipowej alei wypadł rozpędzony koń, z amazonką na grzbiecie. Przesadzając klomby, szybko zbliżał się ku nim. Siedząca w siodle kobieta, już z daleka dawała znaki, a podjechawszy do fontanny, ściągnęła tak mocno cugle, że wierzchowiec stanął dęba. Dyszał ciężko, a z pyska spadały mu płaty białej piany.
- Zosia? - Nina porwała się, biegnąc ku niej z wyciągniętymi ramionami. 
Zsunąwszy się z siodła, Zosia wpadła jej w objęcia. Oddychała prędko, oblizując suche, spieczone wargi. Twarz miała szarą i szeroko otwarte oczy, w których czaiło się przerażenie. Była bez kapelusza i rękawic, w zwykłej domowej sukience. Rozpuszczone jasne włosy snuły się jej po ramionach, zasłaniając spoconą twarz. Niecierpliwym ruchem odgarnęła wilgotne pasmo.
- Trusieńko, co się stało? - Nina patrzyła na nią ze zdumieniem. - Chodź, usiądź, napijesz się czegoś chłodnego. Musisz odpocząć.
Podprowadziła ją do fotela i pomogła usiąść. Pani Salomea pośpiesznie napełniła wysoką szklankę kompotem. Zosia z jękiem osunęła się bezsilnie na poduszki i chciwie, jednym tchem, wypiła napój, gestem prosząc o dolewkę.
- Tchu, o tchu! Brak mi powietrza... - wyszeptała chrapliwym głosem. Napiła się kompotu, odetchnęła i odezwała się drżącym głosem, co chwilę przerywając, aby odetchnąć. - Stało się nieszczęście. Dziś dragoni aresztowali mego teścia, pana Jabłockiego i kilka innych osób. Zostali uwięzieni na skutek jakiegoś donosu. Ktoś powiadomił Rosjan, że krewni aresztowanych biorą udział w powstaniu. Uwięziono także panią Starzeńską, której syn i zięć służą w partii"Kruka1". Dragoni mieli o nich bardzo dokładne informacje. O Jezu! - zapłakała nagle - Mój biedny teść nie mógł sam wsiąść na wóz drabiniasty, z powodu swego kalectwa, to chwycili go jak worek ziemniaków i po prostu siłą wrzucili, aż biedak uderzył głową w drabinkę. - Zosia ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się szlochem.
Kobiety wpatrywały się w nią skamieniałe z wrażenia, nie mogąc wydobyć ze ściśniętych gardeł głosu. Tak, to było prawdziwe nieszczęście, jakiego się nikt nie spodziewał. Nina przyklękła przy fotelu przyjaciółki i przytuliła jej głowę do piersi.
- Najmilsza, błagam, uspokój się. - prosiła przyjaciółkę.
- Nino, nie rozumiesz? Trzeba natychmiast powiadomić pana naczelnika na Łysej Polanie!To ogromnie ważne!
Nina pobladła, bo przyszło jej na myśl, że i ona może zostać aresztowana. Była przecież żoną dowódcy partii powstańczej, gromiącej rosyjskie patrole. Wystarczy żeby ktoś, nawet nie umyślnie, wygadał się z tym do jakiegoś zakonspirowanego agenta policji carskiej i kryminał gotowy.
 
1"Kruk"- Michał Heydenreich de Henig,( 1831-1886) naczelnik wojskowy wojew. lubelskiego. W zwycięskiej bitwie pod Żyrzynem, zdobył 200 tysięcy rubli, na owe czasy były to ogromne pieniądze. Mianowany przez Rząd Narodowy generałem, poniósł klęskę pod Fajsławicami. Chory na płuca, wycofał się za granicę. Zmarł w 1886 r.we Lwowie.