sobota, 30 lipca 2016

Wojewodzina i niegodny wnuk.


30 lipca 2016 r.
Pogrzeb pana Siekielskiego, ze zrozumiałych powodów, odbył się cicho wczesnym rankiem, w tajemnicy przed sarnickimi chłopami. W kościele stała przed ołtarzem prosta trumna, a przy niej paliły się dwie gromnice. Dopóki nie zamknięto wieka, starszy pan wyglądał w niej, jakby spał spokojnie, tylko głowę miał obwiązaną czarną przepaską, a jego czerstwa, przystojna twarz, miała barwę wosku. Nabożeństwo było krótkie, a trumna niesiona przez panów Wąsockiego, wuja Ksawerego oraz dwóch gospodarzy z Brzezińca, prędko spoczęła w rodzinnym grobowcu.
 
Suknia żałobna z XIX wieku.
Przy grobie stała Zosia w żałobnych kirach, spuchnięta z płaczu, ciotka Maria, obie panie Borutyńskie, pani wojewodzina i Nina z Mirą. Obie podtrzymywały starą damę, posuwającą się z trudnością na chorych, zreumatyzowanych nogach. Dzień był bardzo ciepły, lecz wietrzny i pochmurny. Oczekiwano, kiedy spadnie obfity deszcz i odświeży powietrze pełne kurzu unoszącego się z wiatrem.

Nina nie lubiła ceremonii żałobnych, gdyż natychmiast przypominał się jej makabryczny pogrzeb Pauli. Z niecierpliwością wyglądała końca ponurej ceremonii, pragnąc wrócić do domu i położyć się na kanapce w buduarze. Od chwili przyjazdu z Krakowa, nie miała prawie chwili wytchnienia. Wszyscy zwracali się do niej z każdym kłopotem, oczekując pomocy lub rady. Ona zaś rzadko mogła liczyć na czyjąś pomoc. Pan Bochniak jeszcze nie wrócił z Radomia i musiała radzić sobie sama. Po pogrzebie, pani wojewodzina zaproponowała Zosi, że zabierze ją do Lipieńca. Ale ona odmówiła, łudząc się nadzieją, że może Tadeusz wpadnie do domu, aby ją pocieszyć. Jedna Nina wiedziała, że Tadeusz już jest daleko.
- Kochanie, nie powinnaś być sama w domu. - dotknęła ustami bladego policzka Zosi. - A może pojedziesz z nami do Makowa? Czy chcesz, żebym pojechała z tobą do Brzezińca?
- Dziękuję ci, Ninetko. - Zosia podniosła na nią czerwone z płaczu, zrozpaczone oczy. - Boże, mam okropne wyrzuty sumienia, że ojciec zginął przeze mnie! Może żyłby jeszcze, gdybyśmy nie powiadomili leśnego obozu? Przecież Moskale nie zjedliby go w Radomiu.
- Trusiu, pomyśl tylko rozsądnie! A jeżeli ten konfident doniósł, że pan Siekielski kontaktował się z leśnym obozem? Jezu, zostałby natychmiast wzięty na tortury, a los innych uwięzionych byłby opłakany. Teraz mają szansę dostania się do Galicji.
- Nina mądrze mówi. - poparła ją wojewodzina. - A ty, moje dziecko, nie rób sobie wyrzutów, bo to była wola Boża. Zaraz, Nino, gdzie ci tak śpieszno? - zawołała widząc, że Nina zbiera się do odjazdu. - Pojedziesz ze mną.
" O Boże, jeszcze i to!" - jęknęła w duchu Nina i zaszczebiotała przymilnie :
- Ciotuniu, obiecuję, że jutro przyjadę do Lipieńca. Dziś jestem już bardzo zmęczona. - próbowała wykręcić się od wizyty w Lipieńcu, ale stara dama była niewzruszona.
Pożegnawszy się ze wszystkimi, ruszyła wolno ku cmentarnej bramie, podpierając się laską i ciągnąc Ninę za rękę. Westchnąwszy, potulnie pozwoliła się prowadzić, podpierając staruszkę ramieniem. Marzyła o wypoczynku w samotności, a w obecności wojewodziny trzeba było uważać na każde słowo, aby jej nie urazić lub nie rozgniewać. Przez najbliższe godziny nie odpręży się ani na minutę. Czuła przez skórę, że stara dama gotuje jej przykre kazanie.
- Nie chcę jechać moim powozem! - zrzędziła kapryśnie wojewodzina. - Jest twardy jak trumna, do której mnie niedługo położą.
- Ależ ciociu!...
- Powiedziałam, położą mnie, jak tego biedaka Siekielskiego! Panie świeć nad jego duszą. Pojedziemy twoją karetą. Pani Salomea z Emilką i ta panna nauczycielka, pozostaną na razie w Sarnikach, a potem Marynia odeśle je do Makowa.
Stary stangret wojewodziny i równie leciwy lokaj, podsadzili panią do karety i umieścili na miękkich poduszkach. Usadowiona wygodnie, wojewodzina kazała zaciągnąć firanki, bo raziło ją światło i dała znak do odjazdu.
- A może ciotunia wolałaby pojechać do Makowa? - odezwała się słodko Nina. Nie lubiła Lipieńca, bo nie wiadomo dlaczego, tamten dom kojarzył się jej z grobowcem.
- Cicho bądź! Modlę się! - ofuknęła ją staruszka i w całkowitym milczeniu dojechały na miejsce.
Wojewodzina.
  Nina z tłumioną złością obserwowała spod oka pożółkłą twarz starej damy. Chudą, z wystającymi kośćmi policzkowymi i wydatnym orlim nosem. W tej pomarszczonej twarzy, tylko oczy były zadziwiająco żywotne, młode i błyszczące energią. Bezkrwiste wargi poruszały się cichą modlitwą, spod czarnego wdowiego czepka z weneckiej koronki, wymykały się pasma siwych włosów. Nawet obfita, fałdzista krynolina, nie zdołała zatuszować przygarbionej, płaskiej figury, jak wyciętej z deski. Z szerokich rękawów aksamitnego czarnego płaszczyka, wysuwały się sine, szponiaste dłonie, pokryte wątrobianymi plamami. Nina zirytowana uporem staruszki, przypatrywała się jej ze źle skrywanym obrzydzeniem. Kiedy kareta podjechała pod dwór, wyskoczyła pierwsza i wyciągnęła obie ręce, żeby pomóc starej damie wysiąść.
- Zostaw, od tego mam służbę! - mruknęła wojewodzina i odsunęła ją.
Z ciemnej sieni wybiegło kilkoro służby i na rękach wnieśli panią do buduaru. Pokój wyglądał o wiele weselej niż w zimie. Okna były szeroko otwarte na ogród, pełen wiosennych kwiatów i drzew okrytych młodą zielenią liści. Buduar tonął w seledynowym półcieniu, rzucanym przez dwa olbrzymie klony rosnące w pobliżu domu. Starą damę złożono na wygodnej otomanie, pod spuchnięte nogi podkładając poduszki. Leżała nieruchomo, przymknąwszy powieki, z żółtą jak gromnica twarzą, podobna do umarłej. Tylko koronki poruszające się przy oddechu na staniku sukni wskazywały, że staruszka jeszcze żyje.
Nina przysiadła obok otomany, na dosyć twardym fotelu i bezmyślnie wpatrywała się w okno, marząc o domu.
- No i co? Przyjrzałaś się mi dokładnie? Szpetna jestem, prawda?- rozległ się niespodziewanie szorstki głos wojewodziny.
Nina podskoczyła, zarumieniła się i spojrzała na nią z przestrachem.
- Widzisz, starość nie dodaje urody, ale ją zabiera. - ciągnęła staruszka.- Jak dożyjesz mojego wieku, także już nie będziesz pięknością. Spójrz tylko na mój portret. Kiedy byłam młoda, mężczyźni kochali się we mnie do szaleństwa. Nikt inny nie tańczył tak lekko mazura i nie umiał tak jak ja, prowadzić zalotnej, francuskiej salonowej rozmowy.
Dama w stroju empire.
Nina podniosła oczy i przypatrzyła się wiszącemu nad kominkiem wielkiemu portretowi, przedstawiającemu młodziutką kobietę, rozkosznie roznegliżowaną. Kokieteryjnie ukazywała delikatne piersi, widoczne w wielkim dekolcie sukni w epoki Dyrektoriatu. Jej wielkie czarne oczy płonęły radością życia i młodością. Drobne dłonie były śnieżnobiałe, a palce nosiły kosztowne pierścienie. Serce ścisnęło się jej z żalu i naraz ogarnęła ją ogromna litość dla tej biednej, starej kobiety, samotnie żyjącej w wielkim domu, i nie mającej do kogo przytulić serca. Pod wpływem impulsu, pochyliła się i ucałowała staruszkę.
- Wszystko to marność! - rzekła z goryczą wojewodzina. - Człowiek nawet nie zauważy, kiedy z wiośnianej ślicznotki przekształci się w zgrzybiałą staruchę. Mój Boże, tyle już przeżyłam ludzi i zdarzeń....Urodziłam się w 1786 roku, kiedy Polska była jeszcze wolna, choć już chyliła się ku upadkowi. Jak dziś pamiętam haniebny Sejm Grodzieński i ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
- Naprawdę był taki piękny, jak na portretach? - zaciekawiła się Nina, uwielbiająca historię.
- Przede wszystkim był wybitnie inteligentny, prawdziwy koneser sztuki. Był dość niski i często cierpiał na zaparcia. Kobiety go kochały, naród nienawidził i oskarżał o zdradę. Może i był winien, miał raczej słaby charakter, ale Polsce mógł wtedy pomóc tylko sam Bóg, bo właśni obywatele pchali 
ojczyznę do przepaści. Nie było takiej podłości i ohydy, jaką by się nie splamili wielcy panowie. 
Stanisław August Poniatowski.
 Magnaci słali się carycy do nóg prosząc, by raczyła wkroczyć do Polski i bronić swobód obywatelskich, czyli anarchii i liberum veto1! Oskarżaliśmy Napoleona, że nic dla nas nie zrobił. Nieprawda! Pokazał nam, że chcieć, to móc! Powiedział: „Zobaczę, czy jesteście godni być narodem!” Tym obudził w Polakach prawie zupełnie wygasłą wówczas świadomość narodową, która przetrwała do naszych czasów i patrz, jakie wydała owoce!....
Nina wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami, starając się nie uronić ani jednego słówka.
- Dobry Boże! - szepnęła poruszona i wzruszona.-Widziała ciocia samego cesarza Napoleona?
- Tak jak widzę ciebie. Miałam już dwadzieścia lat i przebywałam z mężem w Warszawie. Mąż postarał się, żebym była prezentowana cesarzowi na wielkim balu w Zamku. O, moje dziecko, mogłabym dużo opowiedzieć o tych czasach. Cesarz był wtedy nieco tłustawym mężczyzną, ze znaczną łysiną czołową. Tylko oczy miał wspaniałe, o przeszywającym spojrzeniu i czoło greckiego boga. Mało kto mógł wytrzymać jego spojrzenie. On dobrze wiedział, że nie wygląd stanowi o wartości człowieka, lecz jego rozum. A rozumu miał aż za dużo! Mówiąc między nami, był niewiernym mężem i niestałym kochankiem, ale wyglądał bardzo sympatycznie. Ta biedna Marysia Walewska, wcale się tak bardzo nie poświęciła, jak to próbują nam wmówić. Boże, miałam osiem lat, kiedy w Grodnie odbywał się ten straszliwy i potworny Sejm, akceptujący dalszy rozbiór Polski. Przeżyłam Insurekcję Kościuszkowską i klęskę Maciejowicką, kiedy wróżono, że to już koniec Rzeczypospolitej. Miałam dwadzieścia sześć lat, kiedy mój jedyny ukochany brat, w 1812 roku, poległ w bitwie pod Borodino, w czasie marszu Napoleona na Moskwę. A siostra owdowiała, straciwszy męża w czasie odwrotu i przeprawy pod Berezyną. - westchnęła i przeżegnała się. - Ale to dawne dzieje. Oleś już wyruszył, prawda?
- Tak. Z rozkazu Rządu, ma się połączyć z oddziałem pułkownika Czachowskiego. Daleko stąd, bo aż w lasach pod Nakłem.
płk. Dionizy Czachowski.
- Bogu dzięki, że już nie jest bezbronny, a jego partia ma nowoczesną broń palną. - wojewodzina stęknęła z bólu i poprawiła się na otomanie.
- Zawdzięcza to hojności ciotuni. - przypomniała Nina, wstydząc się poprzednich nieżyczliwych myśli. - Przepraszam, że jeszcze nie zdążyłam zrobić dokładnego spisu wydatków w Krakowie, ale ciągle mam coś innego do załatwienia.
Stara dama niedbale machnęła dłonią.
- To były twoje pieniądze i mogłaś nimi dysponować według uznania.- uniosła głowę i badawczo przyjrzała się Ninie. - Ładnie wyglądasz, a my tu już obawialiśmy się, że lada dzień trzeba będzie odprawić egzekwie żałobne.
Serce Niny stało się ciężkie od ponurych wspomnień.
- Jakimś cudem uniknęłam śmierci, choć nawet lekarze stracili nadzieję. Ale ja przeżyłam, tylko mój maleńki synek urodził się martwy. - wyszeptała łzawym tonem i sięgnęła do torebki po chusteczkę.
- Wiem. - staruszka poklepała ją po ręce. - Był u mnie Oleś i wszystko mi opowiedział. Ogromnie żal mi dziecka i bardzo ci współczuję, ale oboje jesteście jeszcze młodzi i możecie w przyszłości mieć wielu synów. Zresztą Oleś tak się ucieszył córeczką, że nie miał ochoty przejmować się niczym innym. Jednak sądzę, że decyzję o wysłaniu dziecka do Świerczyńskich podjęłaś raczej bez zastanowienia. Nie świadczy to dobrze o tobie, jako o matce.
Nina ścierpła przeczuwając, że wojewodzina staje się kolczasta niczym jeż. Postanowiła się bronić.
- Przecież wiozłam amunicję, więc jak mogłam zabrać dziecko w tak niebezpieczną podróż? Zapewniłam córce piękne i spokojne życie w Księstwie Poznańskim. Zatrudniłam dla niej zdrową mamkę, która dziecko uwielbia. A nasza Binia jest dobra jak anioł i święta, bardzo małą kocha. Proszę pamiętać, że musiałam się szybko decydować, bo czas naglił! - o pół tonu podniosła głos. - Może gdybym siedziała w Makowie, zamiast awanturować się po Galicji, urodziłabym dwoje zdrowych dzieci we właściwym czasie!- nie mogła odmówić sobie przyjemności, wetknięcia szpilki wojewodzinie i przypomnienia, że podróż była jej pomysłem.
Staruszka utkwiła w niej błyszczące oczy, przewiercając ją wzrokiem.
- Nie próbuj przede mną udawać, że zależało ci na losie córki. Masz naturę swojej babki marszałkowej, a ona była całkowicie pozbawiona uczuć macierzyńskich. Nie chciałaś mieć dzieci, a ciąża była dla ciebie dopustem bożym. Oleś bardzo się tym martwił. A teraz oddałaś córeczkę w obce ręce i nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo zraniłaś swojego męża. On naturalnie się nie poskarżył, ale ja go znam i wiem, co o tym myśli.
- Coś podobnego? - Nina zacietrzewiła się, uznając, że staruszka staje się nieznośna. - Binia nie jest obca, to moja siostra, której zawdzięczam życie. Dziecku będzie u niej jak w raju!
- Posłuchaj, młoda damo!- przerwała jej wojewodzina, unosząc się na łokciu z gniewną miną. - Żadna dobra matka, przenigdy nie rozstanie się ze swoim nowo narodzonym dzieckiem. Ale ty jesteś inna. Oddałaś maleńką i przestałaś zawracać sobie nią głowę. Obiecuję, że kiedy tylko sytuacja się wyklaruje, każę dziecko przywieźć, obojętnie, czy tego chcesz, czy nie. Oleś ma prawo zobaczyć swoją córeczkę, ja również chcę przed śmiercią poznać moją wnuczkę.
- Nie zgadzam się na przywożenie tu małej! - Nina była już naprawdę rozgniewana. - Przecież nikt z nas nie jest teraz pewien życia. Nigdy na to nie pozwolę!
- O, jeśli ty jej nie chcesz, to ja wychowam ją w Lipieńcu. Dopóki nie macie syna, twoja córka jest dziedziczką Makowa, Lipieńca i wielu innych majątków. Gdy dorośnie, będzie tak bogata, że o jej rękę dobijać się będą najwięksi panowie. Wydam ją za wnuka mego brata ciotecznego, będzie księżną! Dlaczego dałaś jej na chrzcie imiona, jakie w naszej sferze noszą pokojówki? Miała mieć na imię Aleksandryna Wiktoria.
- Dałam imiona ojca synkowi.- wycedziła Nina przez zęby. Była coraz więcej zdenerwowana i rozżalona. - Poza tym pokojówkom nie daje się imion Józefiny, Izabeli, Eleonory i Heleny, bo to cesarskie imiona.
Ale stara dama była już w swoim żywiole i nie zamierzała kapitulować.
- Olesiowi się nie podobają, mnie również! Będę na nią wołać Oleńka. Jest moją wnuczką i odziedziczy po mnie wszystko, a niemały to majątek.- wojewodzina prychnęła i zakończyła pogardliwie:- Wykapana z ciebie babunia marszałkowa. Dla własnych dzieci była gorsza niż macocha, a dla zięciów jędzą. Wdałaś się w nią i nic dziwnego, masz przecież Diabła2 w rodzie!
Tym oświadczeniem tak rozwścieczyła Ninę, że ta zupełnie zapomniała o szacunku należnym wielkiej damie. Stara kwoka! Jak śmiała wypominać jej przodków i wady babki? Z szumem krynoliny poderwała się z miejsca, z dumnie podniesioną głową.
Herb Nałęcz.
 - Nie życzę sobie, żeby obrażano moich protoplastów i moją babkę! - wrzasnęła z furią, stając nad otomaną z zaciśniętymi pięściami. - Owszem, w moim rodzie był może diabeł, ale nie było w nim zdrajców! Ród Nałęczów pod wodzą Wincentego z Szamotuł, przyczynił się do zwycięstwa pod Płowcami! Płynie w nas książęca krew Gniewomira z Czołpi! Być może moja babka była jędzą, ale pani również nie zachowuje się anielsko. Nikt pani tego nie wypomina, bo się pani boją. Ale ja się nie boję! Nikt mnie nie pytał, czy chcę dziecka. Miałam siedemnaście lat i pragnęłam użyć życia. Nie powiedziano mi, że ciąża zagraża mojemu zdrowiu i nie wolno mi mieć dzieci! Aleks postarał się o dziecko i poszedł do powstania. Może i martwił się o mnie, ale ta jego troska nie przeszkodziła mu pozostawić mnie i czekać na to, czy umrę lub przeżyję. Urodziłam moje dzieci, jeden Bóg wie, jakim straszliwym kosztem. Myśli pani może, że jestem szczęśliwa? Jezu, mam osiemnaście lat, a żyję jak wdowa. Kocham mego męża, ale on mnie nie kocha i skarży się na mnie do pani. Po co mnie pani tu przywiozła? Aby prawić mi morały i impertynencje? W takim razie zamierzam zaraz pozbawić panią tej przyjemności i wyjeżdżam. Żegnam!
Zadyszana z gniewu pośpiesznie zbierała ze stolika torebkę i rękawiczki. Wojewodzina przypatrywała się jej z nieprzeniknioną miną.
- Nino, jesteś niemądra!
- Décidement3! Jestem głupia i niegodna zaszczytu bycia panią hrabiną Klonowiecką. Drugą żoną! Słusznie! Niechby się ożenił z tą wymokłą księżniczką Wandą, którą mu pani swatała. Nie zależy mi na tytułach i majątkach. Nie chciałam być wcale hrabiną, tylko żoną Alka. A jeżeli moja babka była herod-babą, pani niczym się od niej nie różni!
Stara dama wysłuchała jej z zupełnym spokojem, a kiedy Nina zamilkła oddychając ciężko, wojewodzina niespodziewanie wybuchnęła serdecznym śmiechem. Nina spojrzała na nią z niepokojem, podejrzewając, że staruszce pomieszało się w głowie.
 - Siadaj, siadaj, ty złośnico! - wojewodzina chichotała, ocierając chusteczką łzy ze śmiechu.- Ależ masz języczek! No, przestań się jeżyć i usiądź przy mnie. Napijemy się herbaty. - przekornie przechyliła głowę i patrzyła z uśmiechem na nastroszoną jeszcze Ninę. - Nie gniewaj się na mnie. Czasami chlapnę, co mi ślina na język przyniesie. Nie zamierzałam cię obrazić, tylko nieco rozruszać, bo siedziałaś tu z miną samobójczyni. Dziecko, nawet nie wyobrażasz sobie, jakie miałam i mam wyrzuty sumienia, że posłałam cię w tę przeklętą podróż. Ale nikt nie mógł przewidzieć, że Langiewicz poniesie klęskę, a ty pojedziesz wprost w to piekło anarchii po upadku dyktatora. Gorzkimi łzami opłakałam śmierć twojego synka. Długo nie było od ciebie wiadomości, ja się tym tak gryzłam, że aż rozchorowałam się ze zmartwienia. Oleś także nie skarżył się na ciebie, lecz szalał z rozpaczy, że z jego winy możesz umrzeć. Nie myśl o nim źle. On ciebie bardzo kocha, ale może nie potrafi tego okazać. No, pocałuj mnie na zgodę. Ja także boleję córeńko, że masz takie ciężkie, przykre życie.
Z wyrazem osłupienia, Nina pochyliła się i ucałowała pomarszczony policzek starej damy. Złość opuściła ją zupełnie i w jej sercu obudziła się miłość i czułość do tej biednej staruszki, samotnie dożywającej swoich dni. Usiadła obok niej na otomanie i ujęła obie jej dłonie w mocny uścisk.
- Bardzo przepraszam ciocię, za moje nietaktowne zachowanie, ale ja mam niestety niewyparzony język i jak już coś powiem... Proszę o wybaczenie!
- Dobrze, że jesteś w bojowym nastroju, bo zaprosiłam na podwieczorek Borutyńskich - zaśmiała się wojewodzina. - Trzymaj się ostro, bo Marynia zamierza pożreć cię żywcem za to, że zataiłaś przed nią spotkanie z Binią.
- Binia zrobiła mi niespodziankę. Ale skąd ciocia wie, że spotkałyśmy się w Krakowie? - zdziwiła się Nina, bo jeszcze nie miała okazji przesłać ciotce Marii listu Bini.
- A był tu taki, co was obie widział. - wojewodzina mrugnęła porozumiewawczo.
"Psiakość, Orlewicz!" - zaklęła Nina. Wojewodzina była osobą spostrzegawczą i domyślną, więc wypadało powiedzieć jej prawdę.
- Mówiąc między nami, jest to wersja przeznaczona dla ciotki Marii. Umówiłyśmy się listownie na to spotkanie. Pewnie sam Pan Bóg natchnął mnie tą myślą, bo głównie Bini zawdzięczam życie. Lekarze już postawili na mnie krzyżyk, ale ona nie zwątpiła ani na moment i dodawała mi sił do walki o życie. Och, ciociu, jaka to cudowna, przedobra dziewczyna! Jaka szkoda, że ... - Nina ugryzła się w język i umilkła, nie zamierzając zdradzać sekretów małżeńskich siostry.
- Jest nieszczęśliwa w małżeństwie, prawda? - wojewodzina wysłuchała jej z uwagą i tylko pokiwała głową.
Nina musiała podziwiać jej intuicję i życiową mądrość.
- Ciocia wie?....
- Dziecko, stara już jestem i wiele rzeczy w życiu widziałam. - stara dama z grymasem bólu poprawiła się na poduszkach. - Marynia i Ksawery wydali subtelną, niewinną panienkę za starego lubieżnika. Wygląd Bini po nocy poślubnej, był dla mnie wróżbą jej przyszłego pożycia. Obie jesteśmy mężatkami i dobrze wiemy, że wrażenia z nocy poślubnej pozostają kobiecie na całe życie. Dla mężczyzn nie jest to ważne doznanie. Ot, jedno zbliżenie więcej i to wszystko, ale dla nas może stać się to katastrofą życiową. Mówię ci to z własnego doświadczenia, bo ja również zostałam wydana niemal dzieckiem, za starego dziada. Biedna Binia, zasłużyła na lepszy los. Powiedz mi, Oleś dziękował ci, za urodzenie mu córki?
Serce Nina zalała naraz fala nagłego rozżalenia i goryczy. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu, ale złość była w niej silniejsza.
- Naturalnie, podziękował mi po swojemu! - syknęła z pasją. - Przez całą drogę nie odzywał się do mnie, a przy pożegnaniu, jego pocałunek był zimniejszy od lodu. Swojego psa potraktowałby serdeczniej. - pociągnęła nosem.
- Oho!- w oczach starej damy zabłysła iskierka ciekawości. - Lepiej opowiedz mi dokładnie, co między wami zaszło.
Wzdychając i siąkając nos, Nina opowiedziała jej o awanturze z mężem.
- Nalegałam, żeby przyjął amnestię, dla jego dobra. Jezu, tak się boję, że zginie w tym przeklętym powstaniu i będzie umierał samotnie, z dala ode mnie. A ja nic, zupełnie nic nie mogę! - nie wytrzymała, wybuchnęła płaczem łkając głośno i rozpaczliwie, jak skrzywdzone dziecko. Upadła na kolana i objąwszy ramionami nogi wojewodziny, wtuliła twarz w jej suknię. Stara dama wzruszyła się ogromnie tą rozpaczą. Delikatnie uniosła głowę Niny i gładziła czule jej włosy.
- Nie płacz, skowronku, niedługo zabraknie ci łez. Mój Boże, jak ja chciałam niegdyś mieć córkę, ale na starość zostałam sama jak ten palec. Rozumiem, że czułaś się urażona zachowaniem Olesia, lecz niekiedy trudno jest kobiecie pojąć zawiłe ścieżki męskiej logiki. Kochanie, większość oddziałów powstańczych nie przyjęła amnestii, bo Rząd Narodowy nie ufa carowi i jego doradcom. A zresztą, amnestionować można przestępcę, okazując mu łaskę. A przecież my nie jesteśmy przestępcami: walczymy o niepodległość naszej ojczyzny. Dziecinko, Oleś nie mógł inaczej postąpić. Zrozum, on również pragnie powrócić do domu, cieszyć się tobą i dzieckiem, ale nie kosztem utraty honoru. Jest żołnierzem i musi postępować zgodnie z rozkazami władz powstańczych.
- On woli być w lesie niż przy mnie.- szlochała Nina.- Jeżeli przeżyjemy tę masakrę, prawdopodobnie wystąpi o rozwód. Nie kocha mnie, bo całą swoją miłość oddał Pauli i nie potrafi już kochać innej kobiety.
Wojewodzina osłupiała ze zdumienia, a ochłonąwszy chwyciła się za głowę.
- Nino! Bój się Boga, co ty wygadujesz? Nie wolno ci tak myśleć! On jej nienawidził! Brzydził się nią od dnia ślubu, bo to był wynaturzony potwór, wyuzdany i okrutny. Nie było takiego występku, którego by nie popełniła. Obawiałam się o ciebie, bo ona lubiła ładne dziewczęta.
- Nie, ona mnie nienawidziła. - Nina nie zrozumiała aluzji wojewodziny.
- Miałam na myśli coś innego.- staruszka spuściła oczy zażenowana.- Paula była kompletnie amoralna. Upijała się nawet eterem.
- Czym? - Nina wysoko uniosła brwi. Jednak nie wierzyła, żeby Aleks natychmiast zapłonął nienawiścią, do zaledwie poślubionej żony. Była przekonana, że żyli z sobą przed, a pewnie i po ślubie. Paula doskonale znała jego wymagania, a raz wygadała się, że Aleks ma na biodrze znamię, zatem musiała widzieć go nagiego.
- Upijała się eterem.- powtórzyła wojewodzina. - To pozornie uspokaja, lecz działa zabójczo na ośrodki mózgowe. Nie zaprzątaj sobie nią głowy, córeczko. Kochasz Olesia, prawda?
- Ciociu, ja nie mogę żyć bez niego! Proszę Boga, żeby jego los był i moim losem.
Wojewodzina zamyśliła się i posmutniała. Jej ostre rysy złagodniały, ciemne oczy patrzyły na Ninę z rzadką u niej pieszczotliwą czułością.
- Masz dobre, gorące serce. Oleś jest szczęśliwy, mając taką żonę. - położyła dłoń na głowie Niny. - Otrzyj łzy, dziecinko, bo słyszę turkot. Pewnie Borutyńscy przyjechali.
Nina wyciągnęła chusteczkę i starannie wytarła wilgotne policzki i oczy. Przeglądnęła się w lustrze i poprawiła włosy. Nie chciała żeby ciotka Maria zobaczyła ją w tym stanie. Pewnie powtórzyłaby wszystko pani Jabłockiej, a Dorota miałaby uciechę. Odetchnęła i usiadła na swoim miejscu. Wojewodzina nadsłuchiwała, zdziwiona dochodzącym z sieni hałasem. Ktoś się awanturował, zamierzając przemocą wejść do pokoju, służba broniła wstępu.
Naraz stara dama pobladła.
- To nie Borutyńscy! - wyszeptała drżącymi wargami. - O Boże!
Drzwi szarpnięte mocną dłonią otworzyły się szeroko i do pokoju wpadł stary lokaj wepchnięty siłą, o mało nie przewróciwszy się z rozpędu na posadzkę. Za nim pewnym krokiem wszedł Starewicz, w jasnym rozpiętym płaszczu i popielatym jedwabnym cylindrze na głowie.
- A cóż to za porządki w tym domu? - odezwał się ostro, nie zdejmując nakrycia z głowy. - Dlaczego to stare bydlę nie chciało mnie wpuścić do babci? A, witam najśliczniejszą panią hrabinę. Mam nadzieję, że paniom nie przeszkadzam?
Nie proszony, rozsiadł się wygodnie w fotelu na wprost Niny, zakładając arogancko nogę na nogę. Niedbałym ruchem zsunął cylinder na tył głowy i przypatrywał się jej uporczywie, nie zważając na piorunujące wrażenie, jakie jego wtargnięcie wywarło na babce.
- Ma foi4 ! Babunia dla mnie niełaskawa.
- Nie zapraszałam tu pana! - rzekła wojewodzina z wysiłkiem, mierząc intruza groźnym wzrokiem.
- Sam się zaprosiłem, aby spytać o zdrowie kochanej babci. A jak się miewa szanowny pan hrabia? Mam nadzieję, że wody Karlsbadu powróciły mu już nadwątlone zdrowie? - posłał Ninie drwiące spojrzenie. - Mam do pana hrabiego mały interesik. Kiedy zastanę go w domu?
Starewicz.
  Nina momentalnie zesztywniała, starając się uważać na każde słowo. O Starewiczu mówiono dużo i źle. On sam zresztą nie krył się wcale ze swoimi prorosyjskimi sympatiami. Wiedziano, że jego majątku strzegą kozacy, a on przesiaduje w Kielcach, pijąc na umór z oficerami, grając w kasynie w karty i odwiedzając domy publiczne. Kolumny wojskowe omijały jego ziemie, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Mówiono, że żeni się z panną Stein, choć nie jest Polką i nie pochodzi ze szlachty. Jednak Starewiczowi to wcale nie przeszkadzało, polował na duży posag, żona była jedynie kłopotliwym dodatkiem.
- Wiec jak, kiedy pan hrabia przyjmuje? - powtórzył pytanie.
- Mąż nadal przebywa za granicą. - odpowiedziała, z trudem panując nad sobą.
Uśmiechnął się złośliwie, a jego szare, zimne oczy spojrzały na nią z jawną ironią. Nina nie łudziła się, że zdoła go oszukać. Starewicz doskonale wiedział, gdzie przebywa Aleks. Postanowiła być dla niego uprzejmą, aby go nie drażnić.
- Niesłychane!- zaśmiał się.- Pan hrabia pozostawił panią samą w tak niespokojnych czasach? O, ja na jego miejscu byłbym ostrożniejszy. We dworach i pałacach często kwateruje wojsko, a uroda Polek wznieca w sercach młodych oficerów Jego Cesarskiej Wysokości, namiętne uczucia. Prawda, pani Nino? - zajrzał jej w oczy.
- Nic mi o tym nie wiadomo.- odpowiedziała z wyniosłym chłodem, zastanawiając się, co miał na myśli.
- Doprawdy? Proszę sobie wyobrazić, że niedawno spotkałem w Kielcach młodego kniazia Rudzkoj. O, mocno zawróciła mu pani w głowie. Chłopak mało nie płakał, wspominając panią. Zamierza odwiedzić panią hrabinę i z tego co mówił, zorientowałem się, że gotów jest rozwieść panią z mężem i sam się z panią ożenić! Ale to jeszcze nie wszystko, bo w Radomiu miałem okazję rozmawiać z panem pułkownikiem Woroncewem. Biedaczysko już wyzdrowiał, po kuli otrzymanej w pojedynku, z innym wielbicielem pani. Prosił, żebym przypomniał pani o nim, bo damy przeważnie zapominają o zwyciężonych amantach. Niniejszym spełniam jego prośbę. Sądzę, że pan hrabia nie wziąłby mi tego za złe, bo jego pierwsza małżonka już przyzwyczaiła go do noszenia rogów!
Uśmiechał się, ale jego spojrzenie pełne było dzikiej żądzy i nienawiści.
Nina była bliska zemdlenia. Wszystko co powiedział było prawdą, a zarazem oszczerstwem. Gdyby jego słowa dotarły do uszu Aleksa, ich małżeństwo z hukiem by się rozpadło. Zastanawiała się, czy wojewodzina uwierzy w jej niewinność. Pewnie trudno będzie przekonać ją, że zawsze zachowywała się godnie i nigdy nie pohańbiła nazwiska męża.
- Pańskie niegodziwe insynuacje, mają na celu poróżnienie mnie z panią wojewodziną i zasugerowanie jej, że nie potrafiłam uszanować swej godności. Ale to się panu nie uda! - powiedziała spokojnie, nie okazując gniewu.
- Patrząc w pani piękne oczy, gotów jestem uwierzyć w każde pani słowo. Ale czy pan hrabia będzie równie łatwowierny, bardzo w to wątpię.- odparował, rozsiadając się jeszcze swobodniej i przybierając nonszalancką postawę.
- Milcz! - wmieszała się do rozmowy wojewodzina. - Milcz, ty łajdaku, ty carski sługusie!Nie ośmielaj się szkalować żony mego chrzestnego syna. Nie jesteś godzien, by patrzeć na nią!
- Tak? A od kiedy babunia jest tego zdania? Przecież oburzała się babcia na małżeństwo hrabiego z panną Niną. Czy nie nazywała jej babunia "rien du tout"?
Staruszka załamała dłonie i spojrzała z rozpaczą na Ninę.
- Myliłam się i Bóg mi świadkiem, jak ogromnie tego żałuję, że ją tak bardzo skrzywdziłam. Pomyliłam się również na tobie, uważając ciebie za człowieka honoru. A ty, okazałeś się kanalią i szubrawcem! Nędznikiem bez czci i godności. Po coś tu przyjechał?
Starewicz nie przejął się słowami babki. Wzruszył ramionami i rozejrzał się po pokoju.
- Czy w tym domu nie podaje się herbaty? A mówiąc między nami, nie spodziewałem się tak niemiłego przyjęcia. Rozumiem, państwo Klonowieccy potrafili babcię całkiem zawojować, w nadziei na przyszły spadek. Ale nic z tego. To ja jestem jedynym spadkobiercą babci!
Wojewodzina uniesiona szalonym gniewem, powstała z otomany. Na jej zapadłe policzki wystąpiły krwawe wypieki, a ciemne oczy iskrzyły się z oburzenia.
- Nie jestem zramolałą sklerotyczką i nie narzucisz mi swojej woli. Mój majątek dostanie się temu, komu go zapiszę. Ale taka kanalia jak ty, nie może liczyć na spadek po mnie.
- To się jeszcze okaże! - powiedział, wpatrując się w nią zwężonymi złowieszczo oczami. - Testamenty można unieważnić.
- Ty, ty... ośmieliłbyś się?....- wycharczała staruszka, oddychając z trudem i chwytając się za serce.
- Owszem!
Nina zerwała się, podbiegła i posadziła wojewodzinę, podsuwając jej pod plecy poduszki.
 - Na miłość boską, niech pan przestanie.- zwróciła się błagalnie do Starewicza. - Pana babka jest chora. Ciotuniu, proszę się uspokoić. - ostrzegawczo ścisnęła jej rękę, lecz wojewodzina była zbyt rozdrażniona, aby zważać na słowa.
- Nie zasługujesz, aby być moim spadkobiercą. Prędzej cały majątek zapiszę podrzutkom, niż tobie. - odrzuciła w tył głowę, walcząc o każdy oddech.
- Czemu to babcia nazywa mnie łotrem i kanalią? Zabiłem kogoś, czy okradłem? Co uczyniłem takiego, że babcia postanowiła mnie wydziedziczyć? - spytał podstępnie, bawiąc się trzcinową laską.
- Jesteś sprzedajnym łotrem! - krzyknęła z furią. - Zadajesz się z Moskalami. Precz z mego domu, nie chcę cię znać!
- Babcia ma do mnie pretensje, że nie jestem idiotą i nie poszedłem dać się zabić? - posłał jej pogardliwe spojrzenie i trzepnął się laską po nodze.
- Jesteś zdrajcą i nie spełniłeś obywatelskiego obowiązku!
- A to się babcia złapała we własne sidła! - prychnął. - W takim razie pan hrabia także jest kanalią i szubrawcem, bo umknął za granicę, zamiast walczyć za ojczyznę. - stwierdził zjadliwie.
- Nieprawda! Oleś nigdy.... - wykrzyknęła staruszka z uniesieniem i w tym momencie dostrzegła pułapkę.- Jego tłumaczy ciężka choroba, ciebie nic nie tłumaczy. - zakończyła pospiesznie.
- Nie zauważyłem, żeby pan hrabia był zdechlakiem. No, mniejsza z tym. O spadku pomówimy innym razem, bez świadków. - w jego głosie dała się słyszeć nuta groźby. - Nie przyjechałem kłócić się z babcią. Żenię się i potrzebuję mego pierścionka. Proszę żeby babcia odebrała go od panny Wąsockiej. Mam nadzieję, że szybko się po mnie pocieszy.
Obie kobiety wymieniły spojrzenia pełne lęku i zgorszenia.
- Ja tego nie zrobię! - staruszka dyszała ciężko, szarpiąc kołnierz sukni.
Starewicz patrzył na nią z wyrazem politowania i odrazy.
- Przecież to babcia mnie namawiała, abym nie żenił się z dziewczyną, która nie potrafiła uszanować wianka. Miałem ożenić się bogato i właśnie to czynię.
Wojewodzina chwyciła się za gardło i zaczęła się dławić.
- Och, ty podły....- jęknęła. - Nino, wołaj służbę!
- Te stare kościotrupy? - roześmiał się - Przecież rozsypią się, jak tupnę! Więc jak, odbierze babcia ten pierścionek?
- Ja go odbiorę i prześlę panu. - powiedziała szybko Nina, pragnąc aby już sobie poszedł.
Przysunął się bliżej, a jego spojrzenie wolno ześliznęło się z jej twarzy i przylgnęło do obcisłego taftowego stanika czarnej sukni, pod którym rysowały się jej piersi. Patrzył na nią z jawnym pożądaniem.
- Ma pani wielu wielbicieli. Nic dziwnego, bo jest pani coraz piękniejsza.
- Panie Starewicz, jestem mężatką, kocham mego męża i jego los, będzie zarazem moim losem!- powiedziała z powagą. - Proszę już iść, przecież pan widzi, że pani wojewodzina jest cierpiąca.
- A co za to dostanę?
Nina pochylona nad mdlejącą staruszką, poczuła morderczą pasję. Z rozkoszą wpakowałaby kulę w łeb temu nędznikowi. Zamierzała udać, że nie dosłyszała jego słów, lecz nie wytrzymała.
- Zawsze musi pan coś dostawać? Za bardzo upodabnia się pan do przyszłego teścia! Zamierza pan brać ślub w bóżnicy, czy w cerkwi u popa?
Na policzki Starewicza wypłynął ciemny rumieniec. Wojewodzina oprzytomniała i szeroko otwarła oczy ze zdumienia.
- Co to znaczy? - wyszeptała. - Jaka bóżnica, co za pop? Auguście, kim jest ta kobieta, którą chcesz poślubić?
Nina przeraziła się, bo myślała, że staruszka nie słyszy tego, co powiedziała w złości. Lecz Starewicz zaraz się opanował.
- Nie wezmę ślubu w bóżnicy, ani w cerkwi, bo jestem ateistą, śliczna pani hrabino. Owszem, to prawda, że moja przyszła żona jest niemiecką Żydówką, ale biorę za nią w posagu dwieście tysięcy złotych na rękę, a drugie tyle w nieruchomościach. To ładny kawał grosza i dla takich pieniędzy ożeniłbym się nawet z Eskimoską!
- Jezus Maria! - krzyknęła wojewodzina ze zgrozą. - Ty, szlachcic, mój wnuk, wprowadzasz do rodziny Żydówkę?
- Cóż, takie czasy! - rzekł cynicznie. - Wielu arystokratów żeni się z Żydówkami, by połatać dziury w herbie. Mam długi, babcia nie dała mi ani grosza, to co miałem robić? - znudzony ziewnął, wyciągając przed siebie nogi. Jego lakierowany trzewik dotknął sukni Niny. Natychmiast ją usunęła. - A może jednak babcia da mi trochę pieniędzy, albo jakiś majątek w dzierżawę?
- Nigdy! - wojewodzina uniosła głowę, mierząc wnuka spojrzeniem pełnym pogardy. - Radzę ci, nie czekaj na moją śmierć, bo nie dostaniesz złamanej kopiejki. Nie pomogą ci Moskale, ani sam diabeł. Precz!
Starewicz rzucił okiem na jej zmienioną twarz i przybrał pokorniejsza postawę. Nina zadzwoniła.
- Wody, pani zasłabła!
Wbiegła wiekowa ochmistrzyni, za nią lokaj z oznajmieniem, że przyjechali jaśnie państwo Borutyńscy. Wojewodzina wyciągnęła ku nim ramiona.
- Panie Ksawery, pomocy! Ten niegodziwiec, - wskazała na wnuka - przybył tutaj, aby obrażać starą, chorą kobietę. Maryniu, on znieważył twoją siostrzenicę. Proszę pokazać mu drzwi!
Wuj Ksawery ujął mocniej okutą żelazem laskę i posłał Starewiczowi wymowne spojrzenie.
- Sam pan wyjdzie, czy mam tę laskę połamać na twoim grzbiecie, smarkaczu? - spytał spokojnie i dobitnie.
Starewicz zrozumiał, że jego szanse są znikome, bo panu Borutyńskiemu pospieszy z pomocą służba. Zresztą starszy pan słynął z niepospolitej siły i niebezpiecznie było z nim zadzierać. Uznał więc, że lepiej będzie w porę się wycofać, ratując resztki godności.
- Będę miał jeszcze okazję przypomnieć panu o sobie, w stosownej chwili!- rzekł zduszonym z wściekłości głosem.
- Zawsze do usług. - Borutyński z pogardą wydął wargi.
Starewicz złożył damom niski usług i wolno, bez pośpiechu wyszedł. Wojewodzina wybuchnęła płaczem, żaląc się na wnuka i opowiadając o jego bezczelnym zachowaniu.
- Pani dobrodziejka sama tego gagatka rozpuściła. - dobrodusznie zauważył wuj Ksawery. - Zawsze słyszeliśmy:"kochany Gucio, biedna sierotka!" Sierotka wyrosła i pokazała rogi. Trzeba było szczeniaka trzymać krótko przy pysku.
- Święta racja, to moja wina. - przyznała z bólem staruszka. - Ale Bóg mi świadkiem, że pragnęłam go wychować na dobrego Polaka. To Paryż zrobił z niego szelmę bez honoru. Karty go zgubiły, przeklęty nałóg! Obraził Ninę, odgrażał się Olesiowi, boję się go!
Nina nalała jej wody z syfonu i podsunęła sole trzeźwiące. Staruszka uspokoiła się i dziękowała za pomoc. Nina najchętniej pożegnałaby się i wróciła do domu, ale nie wypadało. Obawiała się, że ciotka Maria wystąpi z pretensjami, lecz mile się rozczarowała. Ciotka usiadła przy niej i przyciągnąwszy ją do siebie, ucałowała.
- Binia pisała, że zrobiła ci niespodziankę. - powiedziała serdecznie. - Ja przecież rozumiem, że takie dwie młode kozy, zawsze mają sobie coś do powiedzenia.
Uspokojona Nina, opowiedziała o planowanym przyjeździe Bini do Sarnika. Wyjęła z torebki fotografie darowane jej przez siostrę i te ostatnie zrobione przed wyjazdem z Krakowa. Mówiła o Bini z taką miłością, że ciotka i wuj, słuchali jej ze wzruszeniem i mieli w oczach łzy.
- Mój Boże.- westchnęła ciotka Maria. - Ogromnie tęsknimy za naszą córeczką i wnukami, ale obawiamy się z Ksawuniem tej drogi z Księstwa Poznańskiego, przez kraj objęty działaniami wojennymi. Podróż z dwojgiem malutkich dzieci, może być niebezpieczna.
- Tak.- przyznał wuj Ksawery.- Wolelibyśmy spotkać się z nią w jakimś zagranicznym kurorcie. Widziałaś może Jasia ? Dawno nie pokazywał się u nas.
- Widziałam go tylko przez chwilę w leśnym obozie. Jest zawsze bardzo zajęty, ale powiedział, że do wujostwa napisze. Opalił się, lecz dalej kaszle i to mnie martwi.
- Bo też wybrał sobie życie, niech Pan Bóg broni! - wybuchnął wuj. - Taki jak on, lekarz z powołania, miałby sławę i pieniądze. Emilka także poczciwa kobiecinka i żyliby sobie jak dwa gołąbki. Ale nie! On musiał przyłączyć się do tej przeklętej ruchawki! Co za głupi chłopak!
- W zupełności podzielam zdanie wuja. - stwierdziła z powagą Nina. - I drżę na myśl, co nam przyszłość gotuje.
- A po co ten Starewicz tutaj przyjechał? - zainteresowała się ciotka Maria, kiedy już siedzieli przy podwieczorku.
- Podobno zamierza się żenić i chce, żebym odebrała od Jadwigi pierścionek zaręczynowy. - odpowiedziała wojewodzina.
Oczy ciotki Marii zabłysły z ciekawości.
- Coś podobnego! Czy z tą panną, z którą tańczył na balu sylwestrowym? Ona podobno nie jest Polką.
- Jest Żydówką niemiecką! August żeni się z nią dla jej posagu. - rąbnęła stara dama. - Hańba! Przeklęłam go i już nie jest moim wnukiem, ani spadkobiercą.
- Ach Boże, niech się żeni nawet z małpą, nic mnie to nie obchodzi! - zawołała zirytowana Nina. - Ale on za dużo wie o Alku, stanowczo za dużo! - westchnęła i umoczyła usta w białym reńskim winie.
Jadła bez apetytu i przysunąwszy się do okna, chłodziła twarz czarnym, koronkowym wachlarzem. W pokoju robiło się coraz duszniej i cała lepiła się od potu. Zaraz po podwieczorku zaczęła się żegnać tłumacząc, że w domu czekają na nią pilne sprawy. Wujostwo mieli jeszcze do niej mnóstwo pytań o Binię, więc zaprosiła ich i wojewodzinę na uroczysty obiad, z okazji urodzin córki.
Do Makowa dojechała przed deszczem, który lunął, kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi pałacu.
1Liberum veto. - Wolne nie pozwalam! - prawo zezwalające jednemu posłowi na zerwanie sejmu i unieważnienie wszystkich jego uchwał. Pierwszy zerwał sejm poseł trocki Władysław Siciński w 1652 r. Liberum veto zniosła Konstytucja 3 Maja w 1791 r. Podania mówią, że ciało Sicińskiego , na wieczną hańbę, nie rozłożyło się po śmierci.
2Diabeł - chodzi o kasztelana nakielskiego Mikołaja z Wenecji herbu Nałęcz, zwanego Diabłem weneckim lub Krwawcem. Ur. w I poł. XIV w. zmarł w 1400 roku. Był aktywny w wojnie z Grzymalitami i ograbił dobra arcybiskupa Bodzanty. Stąd ta nazwa diabła. Poczatki rodu Nałęczów sięgają X w. Protoplastą rodu był wg legendy książę Gniewomir na Czołpi. Przyjął on chrześcijaństwo i poddał się księciu Mieszkowi I, rezygnując z książęcego tytułu. Tereny rodu Nałęczów to Pałuki, Gąsawa, Żnin, Mogilno i Kcynia.
3 Decidement! - Bez wątpienia!
4Ma foi. - tu: daję słowo .