wtorek, 19 lipca 2016

Zbliża się czas powrotu do Makowa.


19 lipca 2016 r .
Przed wyjazdem, panie załatwiały ostatnie sprawunki. Nina nie zapomniała o nikim. Wiedziała, że podczas jej choroby chłopcy przychodzili pod drzwi jej sypialni, przynosząc pierwsze wiosenne kwiaty. Za własne pieniądze, trzej stangreci zakupili mszę, na intencję jej wyzdrowienia. Te drobne dowody przywiązania, Nina zachowała we wdzięcznej pamięci, rewanżując się prezentami. Wszyscy trzej otrzymali od niej zrobione na zamówienie wysokie, lśniące buty i nowe czamary z dobrego sukna, szamerowane jedwabnymi sznurami. Stach dostał pieniądze i sam kupił sobie prezent: porządny płaszcz podbity futrem i materiały na suknię dla żony i dzieci. Tomek, na własne życzenie, wybrał w księgarni kilka książek z poezją Mickiewicza, Ujejskiego i Słowackiego. Maciek otrzymał od niej dodatkowo piękny sztylet, z rękojeścią wysadzaną opalami, z którym się odtąd nie rozstawał.
Ostatnie dni pobytu, chłopcy spędzali na zwiedzaniu miasta. Panna Lutówna nie wychodząc z roli nauczycielki, oprowadzała ich po Krakowie, pokazując najciekawsze zabytki i opowiadając o wspaniałej historii królestwa polskiego. Tylko Stach stanowczo odmówił chodzenia.
 Kraków Dziedziniec Collegium Maius.
 - Chłopaki niech ta se idą. - oświadczył Mirze. - Ja wolę sobie usiąść na słoneczku, kości wygrzać i fajkę zapalić. Wielkie mi mecyje, Kraków! Widziałem już Moskwę, Petersburg, Paryż i insze inszości.
Pan Piotrowski zakończył pertraktacje w sprawie kupna amunicji oraz jej odbioru z magazynu. Jeszcze tego samego dnia, z Krakowa wyruszył kurier, wioząc Aleksowi wiadomość. Kapitan obliczył, że zdąży on z pewnością zawiadomić naczelnika, zanim Nina wyjedzie, podążając ku granicy. W przeddzień podróży, przyszedł profesor, raz jeszcze zbadać swoją pacjentkę. Konsultacja trwała tak długo, że stojąca pod drzwiami Binia, niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i odmawiała pacierze. Kiedy lekarz nareszcie wyszedł, poprosiła go o chwilę rozmowy.
- Jak pan profesor znajduje moją siostrę? - zagadnęła, siadając w saloniku i wskazując mu fotel. Rzucił jej przenikliwe spojrzenie spod nastrzępionych brwi.
- Czy mogę być z panią zupełnie szczery?
- Oczywiście. Nie jestem histeryczką.
- Zauważyłem to i polegam na pani dyskrecji. Ile lat liczy sobie pani hrabina?
- W czerwcu skończy osiemnaście.
- Aha! - mruknął. - To prawie dziecko. Uważam, że miała niebywałe szczęście, przeżywszy ten poród. Dzieci były źle ułożone w łonie, na domiar złego nastąpił krwotok. Wyznaję, że nie miałem nadziei na uratowanie jej życia. Okropnie cierpiała i straciła synka. Odniosłem wrażenie, że jego śmierć była dla pani hrabiny ciężkim ciosem.
- Bardzo to przeżywa. - przyznała Binia. - Oboje z mężem oczekiwali chłopca. Na szczęście Nina jest młoda, szybko wróci do zdrowia i może mieć jeszcze dzieci.
- Hm! - bąknął lekarz z powątpiewaniem.
Jego zachowanie nie spodobało się Bini. Spojrzała na niego podejrzliwie.
- Mam wrażenie, że jest jeszcze coś, o czym pan profesor nie wspomniał.
Milczał, wpatrując się w dywan.
- Panie profesorze! - wyszeptała przejęta lękiem.
- Przykro mi, ale pani hrabina już nigdy nie zostanie matką. - rzekł półgłosem, nie patrząc w jej stronę. Z uwagą przypatrywał się swoim wielkim dłoniom, nie podnosząc głowy. - Wprawdzie na razie pani hrabina nie przejawia uczuć macierzyńskich, ale to minie z wiekiem, a wtedy... możecie państwo być świadkami dramatu.
Binia odchyliła głowę, wsparła ją o zagłówek fotela i splotła kurczowo palce rąk. Na czoło wystąpiły jej drobne kropelki potu.
- Czy pani źle się czuje? - profesor pochylił się ku niej. Jego głos napływał jakby z oddali.
- Nic mi nie jest, przepraszam. - odetchnęła głęboko i uniosła powieki. - Czy Nina wie o tym?
- Obowiązkiem lekarza jest chronić pacjenta przez wstrząsami. Ja jej tego nie powiem.
- Dziękuję. Pan profesor jest pewien swego rozpoznania?
- Absolutnie. Nie mogę w ogóle pojąć, jak mogła zajść w ciążę. - profesor wstał i złożył Bini sztywny ukłon. Potem wziął położony na krześle cylinder i wyszedł.
Siedziała, nie mogąc otrząsnąć się z poczucia klęski. Wyrok wydany na Ninę tak spokojnie i beznamiętnie, ogłuszył ją jak cios w splot słoneczny. Lepiej znała charakter Niny, niż ona samą siebie. Na razie była jeszcze przerażona męką porodową i przygnębiona zgonem synka. Ale Binia, kobiecym instynktem przewidywała, że z czasem pamięć o cierpieniach zblednie i rozwieje się, a Nina z miłości do męża, zapragnie znowu dać mu syna. Wyobrażając to sobie, Binia przestała nad sobą panować i rozpłakała się, nie mogąc pogodzić się z tak jawną niesprawiedliwością losu. Okrutna śmierć zabrała maleńkiego Olesia, pozostawiając Ninie niechcianą dziewczynkę. Niespodziewanie zatęskniła za swoimi chłopcami. Nawet myśl o karesach męża, nie była dla niej hamulcem przed powrotem do domu. Westchnęła, otarła łzy i wolno podniosła się z fotela.
Weszła pod drewnianych schodach na piętro. W małym pokoiku Jaga pakowała swój kufer przed jutrzejszą podróżą. Binia weszła do środka, szczelnie zamykając drzwi.
Kufer podróżny w XIX wieku.
 - Rozalki nie ma? - spytała, rozglądając się dokoła.
- Siedzi z malutką w sadzie. Słonko tak grzeje i nie ma obawy, że dziecko się przeziębi. - Jaga popatrzyła bacznie na Binię zauważywszy, że jest ona czymś bardzo zmartwiona. Była blada i miała zaczerwienione oczy.
- To dobrze. - Binia usiadła na dużym kufrze nie spuszczając z Jagi swoich niebieskich oczu. - Nianiu, proszę mi obiecać, że ta rozmowa pozostanie na zawsze między nami.
- Przyrzekam. - na twarzy Jagi odmalował się nagły niepokój.
- Dziękuję. - Binia odetchnęła swobodniej i gestem zaprosiła Jagę, aby usiadła przy niej. Chrząknęła i zaczęła niepewnym głosem :
- Niania wychowała Ninę i mnie, okazując mi więcej serca, niż rodzona matka. Bardzo się ucieszyłam, kiedy niania zdecydowała, że pojedzie ze mną do Świerszczyn. Kto ma nianię w domu, ten ma skarb! - Binia zamilkła i nerwowo zaczęła kręcić w palcach guzik przy staniku sukni.
- Dziecko, mów ze mną otwarcie, ja zrozumiem. - powiedziała cicho Jaga.
Binia nie wiedziała, jak ma zacząć. Obawiała się, żeby nie być źle zrozumiana. Jaga mogła pomyśleć, że ona nie chce jej zabrać do Świerszczyn.
- Śmierć Olesia była dla Ninki ciężkim przeżyciem. - zaczęła okrężną drogą. - A rozstanie z nianią do reszty złamie jej serce.
- Nie wierzę. - Jaga mocno ściągnęła brwi. - Nina jest egoistką, krzywdzi własne dziecko, a ja nie mogę na to spokojnie patrzeć. Wolę wyjechać.
- Wydaje mi się, że niania sądzi Ninę za surowo. To dlatego, że niania jest na nią rozżalona - Binia nie zamierzała wysłuchiwać krytyki siostry. - Ona jest bardzo nieszczęśliwa, ale serce ma złote. Czy niania nie widzi, jak cała służba jest jej oddana? Chłopcy skoczyliby za nią w ogień! Owszem, czasami bywa uparta, ale i niania zachowuje się wobec niej nieco apodyktycznie.
- Jak? - Jaga ze zdumienia otworzyła usta.
- Apodyktycznie, to znaczy, stara się niania narzucić jej swoją wolę.
Jaga poczuła się urażona.
- Bo to wielkie państwo przewróciło jej w głowie! - próbowała się bronić. - Zrobiła się nieznośna i kapryśna. - niania nadąsała się, zdając sobie sprawę, że jej oskarżenia mają swoje źródło właśnie w rozgoryczeniu. - Wcale nie dba o własne dziecko. Kiedy urodzi syna, całkiem zapomni o tej kruszynie.
Binia nie wytrzymała i zasłoniwszy dłońmi twarz, wybuchnęła płaczem.
- O Boże, niech niania tak nie mówi! - szlochała rozpaczliwie. - Przed chwilą pan profesor oznajmił mi, że ona już nigdy nie będzie miała dzieci. Pozostała jej tylko ta dziewczynka. Profesor ostrzegał, że kiedy Nina to w przyszłości zrozumie, może dojść do dramatu! Niania przecież ją zna i wie, jak Nina bierze sobie wszystko do serca.
- Nie! - Jaga uniosła obie ręce w górę, jakby się przed czymś broniła. Przygarbiła się pod ciężarem nagłego nieszczęścia i pobladła. - Nie, ten lekarz musiał się pomylić. Jakże to tak?...
- Niestety, on się nie myli. Ale biedna Ninka o niczym nie wie, a kiedy się dowie... Niania zna jej wybuchowy charakter.
- Jezu! - krzyknęła Jaga z rozpaczą. - Co moje biedne dziecko zawiniło, że los je tak nielitościwie prześladuje? Same nieszczęścia walą się na jej głowinę. Po nocach leży sama i płacze, albo ryzykuje życie i zdrowie, aby dostarczyć mężowi broń! Może ta piekielnica naprawdę ją przeklęła?
Binia sceptycznie potrząsnęła głową.
- Nie, wątpię żeby zmarli mieli jakiś wpływ na losy żywych.
- Kto wie, może mają. - wyszeptała Jaga znacząco. - Zachciało się jej pałaców...Los! Dwie rodzone siostry urodziły córki i żadna z nich nie jest szczęśliwa w małżeństwie.
- Co też niania mówi! - Binia oblała się rumieńcem i spuściła oczy. - Przecież Nina i pan hrabia bardzo się kochają.
- To ona szalenie go kocha! - Jaga wpatrzyła się przed siebie nieruchomym spojrzenie. - Ale ta miłość nie przynosi jej nic, prócz bólu i zmartwienia. Dziękuję ci, moje drogie dziecko, że mi o tym powiedziałaś!
Binia objęła ją i z szacunkiem ucałowała spracowaną rękę Jagi.
- Przepraszam, tak mi przykro, że musiałam nianię zmartwić. Ogromnie żal mi Ninki.
Wzruszona Jaga odpowiedziała na jej uścisk, tuląc ją do siebie.
- To dobrze, że się kochacie. Niech ci Bóg błogosławi, dziecinko. - pogłaskała jasne włosy Bini. - Jestem pewna, że będziesz dla małej najlepszą opiekunką. Okaż jej dużo serca. Ja wracam z Niną do Makowa!
Kraków  Kościół Na Skałce.
Pod wieczór, wszystkie panie wybrały się do kościoła „ Na Skałce“ na mszę, modląc się o szczęśliwą podróż dla Niny. W całym domu zapanował szalony ruch. Służba pakowała kufry, paczki z zakupami i resztą garderoby. Wprawdzie Nina nie kochała córki, lecz bardzo dbała, żeby dziecku niczego nie brakowało. Mała dostała przed wyjazdem prawdziwie hrabiowską wyprawkę. Specjalnie dla niej, Nina kazała zrobić kolebkę wybitą atłasem i osłoniętą szczelnie jedwabnymi firankami, chroniącymi przed chłodem i wzrokiem podróżnych. W przeznaczonych dla niej bagażach, znajdowały się stosy koszulek z najcieńszego batystu i webowego płótna, obszywanych koronkami i haftowanych. Nina sama poszyła córce malutkie sukieneczki i mnóstwo koronkowych czepeczków. Po wyjściu z kościoła, panie przeszły się jeszcze wzdłuż starych murów obronnych dawnego Krakowa. Nina zrobiła uwagę, że miasto niewiele się rozwinęło po groźnym pożarze, który strawił wiele dzielnic w 1850 roku. Po wczesnej kolacji, wszyscy udali się do swoich pokoi, aby odpocząć przed długą podróżą. Nina zaczęła pakować swój sakwojaż podróżny, kątem oka zerkając na Binię, przeglądającą kupione tego dnia upominki dla domowników.
- Jakże ja będę ogromnie tęsknić za tobą, kochana. - odezwała się ze smutkiem. - Pocieszam się tylko nadzieją, że latem przyjedziesz do Sarnik.
- Ja także o tym marzę. Ale wtedy nie będziemy już takie swobodne, jak tutaj. Przyjadę z dziećmi, a Edward umie skuteczne zepsuć mi każdą przyjemność.
- O, nie doceniasz mnie, kotku. - zaśmiała się Nina. - Zaproszę was do Makowa. Edward będzie sobie z wujem Ksawerym jeździł na polowania i grał w bezika, a my zamkniemy się w babskim kółku. Poznasz Jasiową Emilkę i z pewnością ją pokochasz.
- Och, byłoby cudownie, ale zawsze pozostanie mi jeszcze noc! - jęknęła Binia, padając na łóżko i rozkładając szeroko ramiona.
- Zaręczam ci, że dostaniecie osobne pokoje. - Nina zaczęła się śmiać. - Mam nadzieję, że twój szanowny małżonek ma na tyle taktu, że nie będzie przełaził przez pokoje pełne nianiek!
 - Kto wie, może przelezie. - Binia przewróciła oczami. - Dla chcącego, nie ma nic trudnego! 
 - To dozna rozczarowania, bo ty będziesz spała ze mną. Znowu pogadamy sobie do poduszki.
- Tak? A jak on zechce mnie szukać nawet w twojej sypialni? - Binia udawała, że zastanawia się nad taką ewentualnością.
- Wtedy chwycę pot de nuit1 i rozbiję mu głowę! - oświadczyła Nina z powagą.
Spojrzały na siebie i chwyciwszy się w objęcia zapiszczały z uciechy, tarzając się po łóżku.
- Siostrzyczko, jesteś genialna. - chichotała Binia. - Najpierw zapowiadasz, że swoją hrabiowską nóżką osobiście kopniesz Edwarda w jego tłusty tyłek, a potem zamierzasz uśmiercić go tak pospolitym naczyniem?
- Uważasz, że takie zachowanie nie uchodzi pani hrabinie? Najmilsza, to Alek jest hrabią, a ja zawsze pozostanę tylko prostą dziewczyną, lekceważącą sobie etykietę.
Do pokoju zapukała Jaga, przychodząc wieczorem uczesać Ninę przed snem. Binia mrugnęła do niej i przypomniawszy sobie, że musi coś polecić swojej pokojówce, prędko wyszła z sypialni. Niania wzięła z toaletki dwie srebrne szczotki i energicznie zaczęła szczotkować wspaniałe włosy Niny, patrząc na nią ukradkiem z miłością i współczuciem. Dłużej niż zwykle i staranniej splatała jej warkocze, układając je pod nocnym czepkiem.
Nina siedziała bez ruchu, wsparta na dłoni i pustym wzrokiem wpatrywała się w lustro. Nawet nie drgnęła, kiedy Jaga mocniej pociągnęła ją za włosy, biernie poddając się wieczornej toalecie. Uparcie odsuwała od siebie straszną myśl, że za kilka godzin obie rozjadą się w dwie różne strony i być może, nigdy więcej się nie zobaczą. Szanując decyzję Jagi, nie prosiła już o nic. Uczesana, posłusznie włożyła podaną nocną koszulę, narzuciła na siebie peniuar i sięgnęła do szuflady stoliczka, wyjmując pugilares.
- Nianiusiu, - odezwała się drżącym, nieswoim głosem. - Tu są pieniądze dla ciebie i dla dziecka. Dbaj o siebie, bardzo proszę. Binia jest aniołem, ale gdyby pan Świerczyński patrzył na was krzywo, natychmiast wracaj do Makowa. Pamiętaj, tam jest twój dom, w którym ja będę oczekiwać ciebie z utęsknieniem. Byłaś dla mnie prawdziwą matką i kocham cię tak, jakbym kochała swoją rodzoną matkę. Nie wiem, jak zdołam żyć bez ciebie, ale to już inna sprawa. Proszę, weź te pieniądze.
- Po co mi pieniądze? - Jaga spojrzała na nią, a potem prędko się odwróciła udając, że poprawia na łóżku poduszki.
- Weź je koniecznie. - nalegała Nina. - Ja tylko tak głupio powiedziałam, że nie dam ci pieniędzy. Ale ty mnie przecież znasz i dobrze wiesz, że w podnieceniu zawsze chlapnę coś, czego wcale nie myślę. Proszę cię, weź! - Nina z pokorą ucałowała rękę Jagi i podała jej gruby plik banknotów.
- Oj, dziecko, daj mi święty spokój! - Jaga odsunęła jej rękę. - Za to, co dałaś Bini, można by kupić wieś.
- W takim razie dam to Bini, dla ciebie. Wiesz, kupiłam ci na drogę piękną, jedwabną suknię i taki sam płaszczyk. Znajdziesz to w swoim pokoju. Idź, wypocznij przed podróżą. Dziękuję ci, kochana za wszystko. Ostatni raz czesałaś mnie przed snem - głos odmówił Ninie posłuszeństwa i załamał się w stłumionym szlochu.
Jaga próbowała zachować surową minę.
- Dlaczego ostatni raz? - uniosła wysoko brwi. - Przecież jeszcze nie umieram.
- Ale my się chyba już więcej nie zobaczymy. - powiedziała Nina, podchodząc do okna i opierając głowę o ramę okienną.
Wieczór był cichy i niemal letni. Na jabłoni ptaki układały się do snu, a z krawędzi dachu sennie gruchały gołębie. Jaga odchrząknęła i zrobiwszy kilka kroków w jej stronę, zatrzymała się za plecami Niny.
- Przypomnij mi rano, żebym kupiła album z widokami Krakowa. Obiecałam go przywieźć pani ochmistrzyni. - powiedziała pogodnie.
- Boże, a co mnie obchodzi teraz pani ochmistrzyni? - westchnęła Nina, wzruszając ramionami.
- Ciebie może nie obchodzi, ale ja obiecałam i muszę słowa dotrzymać.
Nina poczuła skurcz w gardle. Nieśmiała nadzieja zaświtała w jej sercu, ale obawiała się nowego zawodu.
- Nianiu?... - spojrzała przez ramię na Jagę.
- Co "nianiu"? Ty teraz do niczego nie masz głowy, a przecież nie wypada mi przyjechać do domu z pustymi rękami. - odpowiedziała Jaga kłótliwym tonem, zabierając się do wyjścia.
- Nianiu!!! - wrzasnęła Nina wniebogłosy, rzucając się jej na szyję. Tarmosiła ją i całowała, piszcząc tak przeraźliwie, że do pokoju wpadła roześmiana Binia, a za nią przerażona Mira, nie wiedząc, co znaczą te krzyki.
Tej nocy Nina spała kamiennym snem i obudziła się o świcie wypoczęta, z uśmiechem na ustach. Binia także wstała wcześniej i obie ubrawszy się wyszły, aby kupić u kwiaciarek na Rynku kwiaty dla pani Piotrowskiej. Po drodze wstąpiły do prastarego kościółka świętego Wojciecha. Miał kształt rotundy i zbudowany z kamiennych głazów, po setkach lat zapadł się ze starości w ziemię. Wewnątrz było tylko 
kilka ławek i prosty, surowy ołtarz. Usiadły w ławce obok starego mieszczanina w ciemnym surducie. 
Kościół św. Wojciecha w Krakowie.
 Kilka sędziwych kobiet w czerni, odmawiało półgłosem różaniec. Po chwili do kościółka wszedł siwy zakonnik, z długą brodą, ubrany w sprany habit. Przyklęknął przed ołtarzem i zaczął odprawiać cichą mszę. Jego drżący ze starości głos, głucho rozlegał się pod niskim sklepieniem rotundy. Na wypowiadane przez niego łacińskie słowa liturgii, zgodnie odpowiadali ludzie uczestniczący w nabożeństwie. Kiedy uniósł w obu dłoniach Hostię, wymawiając sakramentalne słowa: "Ecce Agnus Dei!", Nina pochyliła się w tak głębokim pokłonie, że czołem dotknęła posadzki. 
Pod wpływem nagłego wzruszenia, przestała niemal myśleć, na mgnienie oka stanąwszy w obliczu Nieskończoności. Jeszcze nigdy żadne nabożeństwo nie zrobiło na niej tak głębokiego wrażenia i nie wzbudziło takiego modlitewnego uniesienia. Pokornie pochylona, modliła się żarliwie:
- O Panie Jezu miłosierny. Twojej świętej opiece powierzam moje dziecko. Błogosław jej, chroń przed złymi mocami i pozwól zdrowo wyrosnąć. Polecam Twojej łasce nas wszystkich, wyruszających w daleką drogę. Spraw, żebyśmy spotkali się z Alkiem i szczęśliwie dotarli do Makowa.
Kiedy msza dobiegła końca, podniosła się z klęczek, czując w duszy spokój i pogodę. Po powrocie do domu, siedziały jeszcze przy stole jedząc późne śniadanie, gdy do pokoju wpadł pan Piotrowski, powiewając krakowskim "Czasem", jak sztandarem bojowym.
- Sensacja! - krzyknął, czerwony z emocji. - Prawdziwie rewelacyjna wiadomość najwyższej wagi. Posłuchajcie, drogie panie. Car ogłosił amnestię dla wszystkich powstańców! Każdy, kto do połowy maja zda broń, będzie mógł bez przeszkód powrócić do domu. Proszę przeczytać - podał gazetę Ninie.
Wydarła mu ją z rąk i jednym rzutem oka, pochłonęła treść, zamieszczonego na pierwszej stronie manifestu carskiego. Potem opadła na krzesło z westchnieniem najgłębszej ulgi. 
Na mocy tego postanowienia, Aleks może wrócić do domu, nie obawiając się restrykcji władz! O Boże wielki, dzięki Ci! Już nigdy więcej nie zadrży ze strachu przed najazdem kozaków, czy wojska. Nie ujrzy nad dachem pałacu czerwonego kura.... Nikt już nie wrzuci płonącej głowni do wnętrza domu, zamieniając go w ognisty stos. Jak tylko Aleks powróci, oboje poświęcą się odbudowie zniszczonych folwarków, pojadą do Kaniówki i podźwigną majątki na Hrubieszowszczyźnie. Banki wypłacą im pieniądze i znowu będą bogaci, żyjąc spokojnie i bezpiecznie. Co wieczór będzie zasypiać, tuląc w ramionach męża. Co za szczęście! Obiema rękami przycisnęła do piersi gazetę i przymknąwszy powieki, starała się utrwalić w pamięci cudowny obraz przyszłej egzystencji.
- Czy to sprawdzona wiadomość? - odezwała się Binia, obawiając się dla Niny okropnego zawodu.
Ukaz carski z 2 III.1864 r.o uwłaszczeniu chłopów.
- Najpewniejsza! Prasa austriacka również opublikowała treść manifestu. - zapewnił kapitan. - Ot, ciekawość, jak nasi zareagują na tę amnestię?
- Pan ma jeszcze jakieś wątpliwości? - Nina posłała mu zdumione spojrzenie. - Przecież to jedyna szansa na honorowe wyjścia z tej krwawej jatki! Dalsza walka jest szaleństwem i im szybciej zostanie zakończona, tym lepiej dla wielu ludzi, którzy mogliby w niej zginąć.
Binia nie odzywała się, ale Mira miała ponurą minę. Ona całym sercem popierała walkę zbrojną. Pan Piotrowski także nie wydawał się całkowicie przekonany.
- Nie wolno nam z góry zakładać, że powstanie nie ma szans. Posiadamy przecież gwarancję Francji. Jeżeli potrafimy się utrzymać jeszcze przez dwa, trzy miesiące, interwencja zbrojna stanie się faktem. Przecież aż trzy mocarstwa uznały nas za stronę walczącą, nie rebeliantów. A to oznacza, że i car musi postrzegać nas jako żołnierzy, a nie bandę opryszków.
Nina spojrzała na niego z nieukrywaną ironią.
- Pan jeszcze wierzy w obietnice władców, którzy tylekroć łudzili nas przyrzeczeniami pomocy, ale nigdy tych obietnic nie dotrzymywali? - z gniewem odsunęła filiżankę z kawą i pochyliła się w jego stronę. - A gdzie była Francja, kiedy palono nasze miasta i mordowano bezbronną ludność? Nie, w tym przypadku bardziej wierzę carowi. Stłumienie powstania leży w jego interesie i tylko głupcy mogą taką okazję odrzucić.
Była zupełnie pewna, że Aleks, mając do wyboru beznadziejną walkę, albo legalny powrót do domu, skorzysta z prawa łaski. Musiałby być szaleńcem, marnując taką okazję, a on jest przecież mądry i potrafi myśleć realnie. Poderwała się z krzesła i zaczęła biegać po pokoju, wymachując białą serwetką.
- Koniec zmartwień, możemy powrócić do normalnego życia! - wołała cała w rumieńcach i uśmiechach.- Janek będzie mógł zrobić doktorat i poświęcić się medycynie, ratując ludzkie życie, a nie odbierając je innym. Może w lecie wybierzemy się razem do Wenecji, w spóźnioną podróż poślubną? Nie wiem, czy opłaca się jeszcze wieźć do kraju tę amunicję?
Usiadła na swoim miejscu, nie zwróciwszy uwagi na milczenie reszty towarzystwa. Odetchnęła, ponownie wzięła do rąk gazetę i zaczęła głośno czytać kolumnę drobnego druku :
- W manifeście piszą, że: "car, w trosce o przyszły byt kraju, gotów jest puścić w niepamięć wszystkie zaszłe, godne ubolewania wypadki. Pragnąc położyć tamę rozlewowi krwi, bezcelowemu dla jednych, bolesnemu dla drugich, udziela całkowitego, zupełnego przebaczenia wszystkim powstańcom, którzy złożą broń i wrócą do obowiązku posłuszeństwa." - zadyszała się i zamilkła.- No i co na to państwo powiecie? - spytała, zaglądając kolejno w oczy siedzących przy stole osób. - Przecież to zupełnie przyzwoite warunki. Każdy Polak może je przyjąć, bez ujmy na honorze. Nie ma obelg, pogróżek, a nasi są nazywani powstańcami, a nie bandytami i buntownikami.
Car  Aleksander II
 Podniosła głowę i rozejrzała się płomiennym wzrokiem, śledząc wrażenie, jakie wywarła na obecnych treść manifestu. Aleks powróci do domu z podniesioną głową. Wróci! Miała wrażenie, że jej serce nie wytrzyma tego szalonego podniecenia i umrze z radości.
- A nasza święta Sprawa? - odezwała się Mira dramatycznym tonem. Była blada jak kreda i trzęsła się cała, sprężona jak do skoku.
- Do wszystkich diabłów! - wrzasnęła Nina, ogarnięta dziką furią. - Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że żadna wojna nie jest święta. Jest grzeszna, bo pozbawia ludzi życia. Jest brudna i potworna! Tym, którzy dają rozkaz do walki, chodzi jedynie o przechwycenie władzy i zdobycie wielkich pieniędzy. Oto cel godny, aby dla niego ginęli niewinni ludzie, aby płonęły miasta i wsie! O tak, przyświecają nam szczytne hasła, ale powód, dla którego mordujemy się wzajemnie, jest niski i podły. Wojna jest największym nieszczęściem, jakie może spotkać człowieka. Musimy skorzystać z tej jedynej szansy, bo drugiej już nie otrzymamy!
- Nie, nie masz racji! - zawołała Mira z zacietrzewieniem. - My nie walczymy dla władzy i dla pieniędzy. Jedynym naszym celem jest oswobodzenie ojczyzny i wywalczenie niepodległości. Pragniemy być wolni!
- To są tylko frazesy, Miruniu. - uniosła się Nina.- Słuchamy pięknych haseł, a nie widzimy, że ktoś nami manipuluje, posyłając tysiące wspaniałych chłopców na śmierć z gołymi rękami. - wykonała gwałtowny ruch, przewracając przy tym filiżankę z kawą. - O, przepraszam! - mruknęła.
Pan Piotrowski nie lubił kłótni. Odchrząknął i powstał od stołu.
- Proszę pamiętać, że car potrafi wiele obiecywać, lecz rzadko tych obietnic dotrzymuje.- zauważył rozsądnie.
- Ale nie tym razem! - odpowiedziała Nina ostro.- Zhańbiłby się przed światem.
- Jesteś przekonana, że gdy nasi złożą broń i znajdą się w domach, car nie zemści się na nich? Powstanie w Polsce musiało go głęboko upokorzyć, a władcy tego nie przebaczają. - Binia położyła rączkę na zaciśniętej w pięść dłoni siostry, leciutko ją poklepując.
- Nie! Nie uwierzę, żeby car złamał słowo dane Polakom na oczach całej Europy. Boże, możemy jednym skokiem wyjść z impasu i zacząć normalne życie! Och, wam, żyjącym w spokojnej Galicji, czy w Wielkopolsce, nawet się nie śni w koszmarnych snach, co to strach i upadlająca świadomość, że jest się kobietą, z którą każdy sołdat może zrobić co zechce. Śpiewacie sobie w salonach: "Poszli chłopcy w bój bez broni", ale nie widzieliście zdziczałych z głodu i nędzy powstańców, gonionych widłami przez ciemne chłopstwo, lub tułających się po lasach w poszukiwaniu broni, albo dobrego dowódcy. Ludzie są już zmęczeni beznadziejną walką. Czy wiecie, że niejaki kapitan Wisner, rozkazał zakopać setki broni palnej, za którą ktoś zapłacił ze składek narodowych, lub własnych pieniędzy?
- To wszystko prawda. - rzekł pan Piotrowski. - Ale czy wolno nam przyjąć łaskę od cara?
- A czy wolno nam taką szansę zlekceważyć? - odpowiedziała patrząc mu prosto w oczy.
Sapnęła i rozejrzała się dokoła wzrokiem pełnym gniewu i determinacji. Na twarzach siedzących przy stole osób malowało się przygnębienie, tak różne od jej entuzjazmu. Nawet Jaga patrzyła na nią z naganą. Wszyscy oni byli zwolennikami powstania, a myśl o amnestii wydała się im nie do zniesienia. W nagle zapadłej ciszy, Nina poczuła się jakoś niezręcznie. Aby tego nie okazać, roześmiała się drwiąco :
- Car? Wielka szkoda, że nie byliście państwo w Warszawie 26 maja 1856 roku. Cała elita polska słała się carowi do nóg. A kiedy Najjaśniejszy Pan, cesarz, samowładca Wszech Rosji i król Polski, pojawił się na tarasie, stolica zatrzęsło się od okrzyków: "Niech żyje król! Niech żyje cesarz!". Nie oszukujmy się, bo wiadomo, że duża część społeczeństwa polskiego uważa Aleksandra II, za prawowitego władcę Polski, a powstanie za bunt przeciwko monarsze! Nawet papież tak uważa!- Nina umilkła i starała się opanować emocje.
 Nagle opadło z niej całe uniesienie. Poczuła się zmęczona i zrezygnowana, bo znała już gorycz niezrozumienia. Starannie złożyła gazetę i schowała ją do torebki. Pan Piotrowski wstał i ucałował jej rękę, dając tym do zrozumienia,że nie wziął sobie do serca jej burzliwych wypowiedzi.
- Nino, już najwyższy czas, żeby Binia zaczęła się ubierać. - przypomniała Jaga. - Pociąg nie będzie czekał.
Binia odjeżdżała przed południem. Kareta już miała tajne skrytki, więc pan Piotrowski wolał wezwać fiakry. Trzej makowscy stangreci z lekceważeniem obejrzeli wynajęte powozy.
- Ja to bym się nawet wstydził jechać czymś takim! - zawyrokował wyniośle Stach, spluwając z pogardą. - Nie ma to, jak nasze koniska i porządna kareta.
Nina wysłuchała tych krytycznych uwag z filozoficznym spokojem i wręczywszy mu pieniądze, kazała iść z chłopcami na piwo i słynne krakowskie precle. Państwo Piotrowscy żegnali Binię ze łzami, bo przez kilka tygodni pobytu w Krakowie, umiała zaskarbić sobie sympatię wszystkich domowników. Mira nabawiła się rano szalonej migreny, więc tylko Nina i Jaga, oraz pan Piotrowski odwozili Binię na dworzec kolei żelaznej. 
Kraków. Pociąg osobowy w XIX wieku
W poczekalni pierwszej klasy, pasażerowie oczekiwali na dzwonek, żeby wejść na peron. Pociąg stał już pod parą, bagażowi ładowali do wagonu pocztowego kufry podróżnych. Pan Piotrowski znalazł się bardzo elegancko, wręczając Bini bukiet róż i pudło kandyzowanych2 owoców. Nina nie odstępowała siostry ani na moment, przeżywając bardzo boleśnie ponowne rozstanie. Przez te kilka tygodni, więzy pomiędzy nimi zacieśniły się jeszcze mocniej. W czasie porodu, głęboka wiara Bini, że wszystko skończy się dobrze, mobilizowała Ninę do walki o życie. Binia równie głęboko przeżywała rozstanie, pocieszając się tylko nadzieją, że zobaczą się już w lipcu, kiedy odwiedzi Sarniki. Ogromnie wzruszone, zamieniały z sobą ostatnie słowa, spoglądając na siebie przez mgłę z łez.
- Najmilsza, uważaj na siebie! - szepnęła Binia, składając na policzku Niny kolejny pocałunek. - Boże, tak okropnie lękam się o ciebie! Ja wracam spokojnie do domu, a ty ryzykujesz życie. A może ta amunicja nie będzie wcale potrzebna? Kto wie, może nasi przyjmą warunki amnestii? Mimo wszystko uważam, że powstanie było koniecznością, żeby trochę potrząsnąć carem! Dać mu do zrozumienia, że jesteśmy dalej groźni. Amnestia jest dowodem, że sława o potędze wojskowej Rosji, jest przesadzona. Jak tylko walki ustaną, będziemy mogły wzajemnie się odwiedzać. Przyjedziecie z Aleksem do Świerszczyn, poznasz moich synków. A nie zapomnij oddać mamci mego listu. Jest w tej czerwonej torebce, w której trzymasz grzebienie i lusterko.
- Muszę ciebie naprawdę bardzo kochać, ryzykując rozprawę z ciotką. - Nina uśmiechnęła się krzywo. - Jest groźniejsza od wawelskiego smoka. Obawiam się, że ściągnę na siebie gromy oburzenia. Mróz mi chodzi po kościach, jak wyobrażę sobie ryk wuja i minę cioci, kiedy wręczę jej twój list.- zażartowała. Ale naprawdę obawiała się dzikiej awantury, jaką urządzi jej ciotka Maria, dowiedziawszy się o ich potajemnym spotkaniu. Popatrzyły sobie w oczy i obie parsknęły śmiechem, bardzo nieszczerym, gdyż obie doskonale wiedziały, co potrafi ciotka, gdy wpadnie we wściekłość.
- Tylko nie mów mamci prawdy! - ostrzegła Binia. - Napisałam, że gdy wspomniałaś w liście, że wybierasz się do Krakowa, postanowiłam zrobić ci niespodziankę. Mam nadzieję, że do lipca mamie już złość minie!...
- Możesz zawsze na mnie liczyć i wcale nie musisz mieszkać w Sarnikach, tylko w Makowie. - Nina objęła ją i przytuliła do piersi. - Jezu, chyba umrę z tęsknoty za tobą! Błagam, nie przejmuj się Edwardem. Młodość, to podobno czas błogosławiony i zbyt krótki, aby marnować ją na samotne łzy.- pochyliła się Bini do ucha.- Jeżeli spotkasz mężczyznę, który będzie ci się podobał, nie miej skrupułów i nie wahaj się! Edward nie zasłużył na twoją wierność małżeńską. O, gdyby tak dostał się w moje ręce, byłoby mu naprawdę ciepło!
Rozległ się dzwonek i wyszły na peron, a Nina po raz pierwszy w życiu zobaczyła lokomotywę parową. Potwora z żelaza, buchającego ogniem i dymem. Dostrzegła ziejące ogniem palenisko i czarnego od sadzy palacza, wrzucającego łopatą węgiel do paleniska. Wzdrygnęła się podejrzewając, że już do końca życia nie potrafi pozbyć się uczucia lęku na widok lokomotywy.
Postarała się, aby Binia miała osobny, zarezerwowany przedział, gwarantujący wygodną i spokojną podróż. Poza tym, nie życzyła sobie, żeby obcy ludzie gapili się na jej nieudane dziecko! Rozległ się drugi dzwonek i siostry z płaczem rzuciły się sobie w objęcia. Jaga także płakała, rozstając się z dziewczynką i błogosławiła ją na drogę. Z ramion Niny, trafiła Binia w objęcia Jagi, nareszcie pan Piotrowski pomógł jej wspiąć się po wysokich schodkach do wagonu. Za panią szła pokojówka niosąc kołyskę, a za nią Rozalka z małą. Dziewczyna rozdziawiła buzię, przypatrując się pociągowi ze strachem. Dziecko tak szczelnie owinięte było w puchowe piernaciki, kapkę i kocyki, w obawie przed przeziębieniem, że wcale nie było widać twarzyczki.
- Ninko, natychmiast po przyjeździe do domu, wyślij mi depeszę! Inaczej oszaleję z niepokoju.- Binia wychyliła z okna wagonu jasną główkę.
- Obiecuję. - Nina podeszła do okna i uścisnęła mocno jej rękę. - A ucałuj od kochającej ciotki swoich malców. Och, jakże ja będę za tobą tęsknić! Nigdy nie zapomnę, że zawdzięczam ci życie!
Uśmiechnięta twarzyczka Bini nagle przybrała wyraz zakłopotania. Wychyliła się mocniej z okna i przyciągnęła Ninę do siebie.
- Kochanie, zapomniałaś pożegnać się z córeczką! - wykrzyknęła. - Wejdź, jeszcze zdążysz przed odjazdem.
Nina zadreptała w miejscu niezdecydowanie. Nie miała najmniejszej ochoty widzieć raz jeszcze swego nieudanego dziecka. Ale przemogła niechęć i postawiła stopę na wysokim schodku wagonu. W porannym rozgardiaszu ani razu nie pomyślała o małej. Zrobiła niepewny ruch, by wejść do wagonu, ale w tym momencie rozległ się trzeci dzwonek. Konduktorzy z hukiem zatrzaskiwali drzwi przedziałów. Nina prędko zeskoczyła na peron, bo lokomotywa gwizdnęła przeraźliwie, a z wysokiego komina buchnął czarny dym. Spod kół z sykiem wydobywała się para, przysłaniając twarzyczkę Bini. Pociąg ruszył z miejsca, przesuwając się przed oczami Niny. Goniła wzrokiem jasną główkę siostry, przesyłając jej dłonią pozdrowienie. Kiedy ucichło dudnienie kół o szyny, wyjęła chusteczkę i otarła mokre policzki.
- Niech cię Bóg prowadzi, moje najdroższe kochanie. - szepnęła.
Wychodząc z peronu, miała przykre uczucie niesmaku. Było jej nieprzyjemnie, że Jaga i pan Piotrowski byli świadkami tej sceny. Przyszło jej na myśl, że może zginąć, nie pożegnawszy swojej córki pocałunkiem. Nie była nawet pewna, czy słaba dziewczynka dojedzie żywa do Świerszczyn. Ale wyobraziwszy sobie, że musiałaby dotknąć ustami czerwonej, brzydkiej buzi dziecka, pomyślała że jednak dobrze się stało, jak się stało, bo chyba nie potrafiłaby się do tego zmusić. Och, nie powinna się tym zadręczać i niepotrzebnie zawracać sobie głowy. Bogu dzięki, każda minuta zwiększa odległość dzielącą ją od dziecka. Zepchnęła na samo dno serca wyrzuty sumienia i pewnym krokiem zmierzała do wyjścia.
Idąc przez poczekalnię, mimo woli zerknęła w lustro wprawione w ścianę i poczuła radość na widok swego odbicia. Znowu była smukła jak trzcina i piękna. Będąc w Galicji, zrzuciła żałobę i kupiła sobie mnóstwo modnych toalet, sprowadzonych aż z Wiednia. Szła, poruszając z gracją dzwonem krynoliny z błękitnego jedwabiu, obszytej cennymi koronkami. Szeroka spódnica kołysała się zalotnie, ukazując spod piany krochmalonych sztywno falban halek, jej malutką nóżkę. Mijający ją mężczyźni przystawali, odprowadzając wzrokiem promienne zjawisko. Spostrzegła to i uśmiechnęła się swoim dawnym, zniewalającym uśmiechem, ciesząc się, że jest zdrowa, odzyskała dawną urodę i dziś wraca do Makowa. Przechodzący w pobliżu oficer huzarów węgierskich, ognisty brunet, stanął jak wryty, posyłając jej spod daszka czaka3 spojrzenie pełne zachwytu. 
Przypominał trochę majora Wielenina i na to wspomnienie, oblał ją rumieniec gorącej krwi. Opuściła ciężkie, jakby senne powieki, stwierdzając ze zdumieniem, iż mimo upływu czasu, w jej pamięci nie zatarł się nawet najmniejszy szczegół jego twarzy, gestów, mimiki.... Pamiętała, że w chwilach emocji, miał zwyczaj przygryzać dolną wargę. Nie zapomniała smaku jego ust! Był taki piękny i romantyczny. Jaka szkoda, że nie zobaczą się już nigdy więcej. Poczuła w sercu głuchy ból, a potem z przerażeniem odepchnęła od siebie obraz Rosjanina, spychając go na samo dno duszy. "Nie chcę, nie powinnam o nim myśleć! Już niedługo zobaczę Alka. Boże, jak to przyjemnie znowu być sobą. Nareszcie pozbyłam się tej okropnej ciąży i będę mogła dosiadać konia. Moja Mignon pewnie stęskniła się za mną. Teraz mogę codziennie wybierać się na konne spacery. Trzeba zająć się majątkiem, bo stanowczo za długo przebywałam z dala od domu. Biedny pan Bochniak sam wszystkiemu nie podoła. Najważniejsze, to dojechać do Makowa. Alek zrobi wielkie oczy, kiedy się dowie, kogo będzie eskortować."
 
1Pot de nuit - nocne naczynie, nocnik.
2Kandyzowane owoce - owoce smażone w cukrze lub niekiedy w miodzie.
3Czako - okrągła czapka wojskowa, kepi.