środa, 31 sierpnia 2016

Zamach na namiestnika Berga! Fortepian Chopina.


 31 sierpień 2016 r.
Rządy Europy miały cichą nadzieję, że powstanie zalane krwią, samo wygaśnie, gdyż Rząd Narodowy wstrząsany wewnętrznymi przewrotami, nie był zdolny do prowadzenia walki na dłuższą metę. Ale powstanie nie gasło. Nieustannie dochodziło do bitew i potyczek, a na miejsce poległych bohaterów, stawali nowi żołnierze. We Francji, hrabia Ksawery Branicki z własnej kieszeni finansował uzbrojenie oddziałów, najpierw Langiewicza, potem rekrutował żołnierzy do partii Rochebruna, wydając na wsparcie powstania ponad milion franków! Powstanie rozpalało się, niosąc śmierć tysiącom i rujnując ogromne połaci kraju. 
A.Grotger Pożoga.
 Pewnego dnia przyjechał konny z Siewek i oddał Ninie bilecik od pani Wąsockiej. Pisała, że powrócili już do domu i pragną podzielić się z sąsiadami ważnymi nowinami. Nina zaprosiła ich do Makowa, jednocześnie powiadamiając Siekielskich. Tadeusz czuł się lepiej, dosiadał już konia i tylko pusty rękaw jego surduta, przypominał o jego kalectwie. Wszyscy spragnieni byli wiadomości, bo informacje docierały na prowincję z opóźnieniem, często nieprawdziwe.
Jesienny dzień był słoneczny i bardzo ciepły, jak na tę porę roku, więc Nina kazała przygotować podwieczorek nad stawem. Oczekując gości, siedziała z panną Lutówną przed altaną oplecioną dzikim winem, którego liście przybrały barwę purpury. Obie damy zajęte były szyciem męskich koszul z tak grubego płótna, że co chwilę Nina unosiła do ust ukłuty palec i wysysała krew. Nie miała serca do tej roboty, lecz zmuszała się do szycia, zawstydzona zapałem z jakim pracowała Mira. Co pewien czas podnosiła głowę stwierdzając, że park wygląda cudownie w szacie jesiennych kolorów. Niektóre drzewa były jeszcze zielone, tym pastelowym odcieniem zieleni, jaki czasem drzewo przybiera wczesną wiosną lub jesienią. Klony płonęły, całe w złocie i purpurze liści, lipy traciły już liście, zaścielając nimi ziemię. Trawniki nieco pożółkły, lecz tego dnia nad parkiem rozpościerała się kopuła nieba o tak intensywnym lazurze, jaki bywa na południu Włoch. Pod tchnieniem leciutkiego powiewu wiatru, liście odrywały się od gałęzi i cicho spływały na ziemię, lub pod stopy Niny. Na gładkiej tafli stawu białe łabędzie rozwijały skrzydła, gotując się do odlotu.
- Coś długo Siekielskich nie widać. Może nie przyjadą? - odezwała się Mira, prostując obolałe plecy.
- Z pewnością przyjadą. - Nina ukłuła się ponownie w palec i syknęła. - Na dziś mam dosyć szycia. Pokaleczyłam sobie palce. Nie będę mogła grać, a Tadek tak lubi muzykę.
Ze złością rzuciła koszulę na stojący obok trzcinowy fotel, wstała,podniosła twarz ku słońcu przymykając powieki.
- Śliczny dzień, ciepło jak w sierpniu. - powiedziała otwierając oczy i rozglądając się dokoła. - Jakby sama natura chciała dać nam do zrozumienia, że nawet śmierć może być piękna i żegna się z nami, przybrana w królewską purpurę. Czujesz, powietrze jest takie ciche i łagodne, ale mogę się założyć, że za kilka dni przyjdą jesienne wichury i słoty, a może nawet mróz i śnieg. Warto byłoby zapolować, bo pan Szymon narzekał, że dziczyzna się kończy.
Panna Lutówna aż się zatrzęsła.
- Nawet mi o tym nie wspominaj! - zawołała z przerażeniem. - Wprawdzie bardzo lubię zająca z buraczkami, czy polędwicę z dzika, lecz gdy uświadomię sobie, że te biedne zwierzęta zostały zastrzelone po to, aby znaleźć się na stole, tracę apetyt. Cóż robić, Nino, nie mam w sobie ani kropli rycerskiej krwi. Zwykła mieszczka ze mnie, nigdy nie jeździłam konno, a nawet bardzo boję się koni. Kiedy patrzy na mnie krowa, kolana miękną mi ze strachu. Nic na to nie poradzę, że jestem tchórzem!
- Nic podobnego! - energicznie zaprzeczyła Nina. - Celnie strzelasz i masz serduszko Emilii Plater! Pamiętam, jak odważnie zachowałaś się w czasie potyczki z kozakami nad Wisłą. Poza tym, dla mnie jesteś słodkim pyszczkiem! - śmiejąc się, pocałowała przyjaciółkę w czubek głowy. - Chodź, popatrzymy na ryby!
Weszły na drewniane molo i zaczęły wpatrywać się w zielonkawą wodę, iskrzącą się w promieniach słońca. Im dalej od brzegu, woda stawała się coraz ciemniejsza, przechodząc w ciemnozieloną głębinę. Na przybrzeżnym dnie, widać było falujące wodorosty, a gładka powierzchnia stawu usiana już była więdnącymi liśćmi lilii wodnych. Mira przyniosła z altany koszyczek z pieczywem i podała Ninie bułeczkę. Zaczęły kruszyć pieczywo i wrzucać kawałki do wody.
Natychmiast pod ich stopami zaroiło się od wrzecionowatych ciał, połyskujących złotawą łuską. Podpłynęły wielkie i tłuste karpie, wolno poruszając płetwami i szeroko otwierając okrągłe pyszczki. Grube węgorze wiły się w skrętach, migotały okonie, a w pewnej odległości przy głębinie, czaiły się drapieżne szczupaki, oczekując na łatwą zdobycz. Podpłynęły także łabędzie kradnąc rybom smaczne kąski i sycząc na nie złośliwie. Pokruszywszy bułki panie patrzyły, jak ryby odpływają ginąc w głębokiej wodzie, tylko wielkie liście nenufarów chwiały się, poruszone ich ciałami. 

Plusnęła woda i do brzegu podpłynęła duża śliczna wydra, prawie zupełnie oswojona. Otarła się gibkim ciałem o stopy Niny, dostała swoją porcje łakoci i dała nura do stawu, płynąc za rybami. Mira zaczęła opowiadać o ukochanej wydrze króla Jana III Sobieskiego, przypadkowo zastrzelonej przez nowo przyjętego żołnierza. Śmierć ulubionego zwierzątka tak rozwścieczyła króla, że rozkazał wymierzyć winowajcy karę kilkuset kijów. Nieszczęsny żołnierz nie wytrzymał chłosty i umarł.
Wróciły do altany i usiadły w fotelach wyłożonych poduszkami. Nina rozejrzała się sprawdzając, czy w pobliżu nie ma niani, potem włożyła dwa palce w usta i gwizdnęła przeraźliwie jak ulicznik. W dzieciństwie nauczyli ją tej sztuki Jaś i Tadeusz. Na ten sygnał przybiegł Grot radośnie szczekając, a za nim dwa piękne charty z dworskiej psiarni. Potem przydreptała nieśmiało młoda sarenka. Nina nazywała ją "Sierotką" i nie szczędziła ulubienicy pieszczot i przysmaków. Sarenka nie bała się ani psów, ani ludzi i chodziła ufnie za Niną, ku niezadowoleniu Grota, zazdrosnego o swoją panią. Seter ułożywszy się u jej stóp, groźnie powarkiwał na Sierotkę, chrupiącą ze smakiem soczystą marchewkę. Obie damy czule gładziły jej sierść, a sarna patrzyła na nie prześlicznymi łagodnymi oczami, przymykając powieki o długich rzęsach.
- Mireczko, może masz ochotę popływać łódką po stawie? - spytała Nina, strzepując resztki marchewki z czarnej kreponowej sukni. - Och, jaka szkoda, że lato tak szybko minęło i nie zdążyłam ciebie nauczyć pływać.
- Bogu dzięki! Boję się wody. Nino, mamy gości! - zawołała panna Lutówna, obdarzona bystrym wzrokiem i dobrym słuchem.
Jakoż już z daleka słychać było tubalny głos pana Wąsockiego i piskliwy śmiech pani Wąsockiej. Poprzedzani przez lokaja szli z Jadwigą, a za nimi Siekielscy. Nina nawet z tej odległości dostrzegła, że pomiędzy Zosią a Tadeuszem, musiało dojść do przykrej wymiany zdań. Ona była zarumieniona z przykrości, Tadeusz najwyraźniej zły.
Nina wstała i wyszła gościom naprzeciw, witając ich z radością. Spojrzała na Tadeusza, ale on prędko odwrócił wzrok, składając na jej policzku lekki pocałunek. Był wyraźnie zdenerwowany i gniewnie marszczył brwi.
- Mało brakowało i nie przyjechalibyśmy. - oznajmił, wydymając gniewnie wargi. - Moja żona uważa mnie za kompletnego niedołęgę. Chciała mi wmówić, że jestem chory i powinienem pozostać w domu! Czasami czuję się nikomu niepotrzebnym ciężarem, psiakrew!
- Tadziu. - odezwała się Nina, patrząc na niego z wyrzutem. - Po pierwsze zapomniałeś się przywitać z panną Mirą, a po drugie przeklinasz w obecności pań
- O, pardon! - zreflektował się i uścisnąwszy rękę Miry, usiadł na fotelu. Nina podłożyła mu jeszcze jedną poduszkę pod plecy.
 - Nie słuchajcie go, państwo. - powiedziała się rozżalona Zosia. - Całą noc gorączkował i jęczał, bo bolała go rana. Teraz także ma podniesioną temperaturę. Mimo to, postanowił jechać z wizytą.
- Nie próbuj zamykać mnie w domu! - krzyknął Tadeusz. - Jeszcze nie koniec ze mną. Nawet jako kaleka mogę się komuś przydać. A przy tobie czuję się jak stary paralityk! - dokończył z pasją, wpatrując się w żonę przerażająco błyszczącymi oczami. W jego wzroku prócz złości, malowało się również cierpienie.
Nina wzruszyła się, bo dobrze go znała i wiedziała, jakim czułym wrażliwym i dobrym był człowiekiem, i jak bardzo kochał żonę. Ale kalectwo, ciężka choroba, a przede wszystkim śmierć Jasia, odmieniły jego charakter. Postanowiła go udobruchać i przysiadłszy na poręczy jego fotela, pogłaskała go pieszczotliwe po włosach.
- Ty złośniku! Z pewnością jesteś potrzebny żonie, dziecku i mnie, a także ojczyźnie, pod warunkiem, że zupełnie wyzdrowiejesz. A na trusię na warcz, bo gdybyś rzeczywiście był dla niej ciężarem, nie przejmowałaby się tak twoją chorobą, rozumiesz?
Wąsoccy, ludzie dobrze wychowani, oddalili się nieco na molo, podziwiając łabędzie i pozwalając się małżeństwu wykłócić.
- Już dobrze? - Nina ścisnęła Tadeusza za rękę i mrugnęła do Zosi. - Nie bierz sobie jego grymasów do serca, bo jak Alek był ranny, to przez cały czas choroby próbował nam udowodnić, że jest w znakomitej formie. W rezultacie tylko przedłużał swoją rekonwalescencję. Kłóciliśmy się o to, kiedy przekonywałam go, że przede mną nie musi udawać siłacza. Niestety, nasi mężowie nie przejmują się faktem, że niosąc im pomoc, musimy cierpliwie znosić ich złe humory. Ale mam nadzieje, że to z czasem minie. Prawda, mój bohaterze?
Tadeuszowi zrobiło się wstyd swego zachowania i ze skruszoną miną ucałował ręce żony.
- Uwierz mi, przyjacielu, - dodała Nina - że czasem same wolałybyśmy oberwać kulą, niż tygodniami wyglądać wiadomości od męża, zamartwiać się brakiem listu i umierać z niepokoju. Takie troski skracają życie równie skutecznie, jak cios bagnetem. - Nina poklepała Tadeusza po ramieniu i usiadła na swoim miejscu.
- Wybaczcie, "rannemu na polu chwały". Wiem, że zrobiłem się mizantropem i dokuczam Zosi. Ale niech diabli porwą na widłach do piekła tego przeklętego drania, który pozbawił mnie ręki i zubożył świat o jednego wirtuoza. Jadziu, poproś rodziców do altany. Już mi przeszło!
- Ja to się nigdy napatrzeć nie mogę tego parku. - zauważyła dyplomatycznie pani Wąsocka.
Goście usiedli dokoła okrągłego stołu. Walenty przybył pierwszy, a za nim pojawił się lokaj ze srebrnym samowarem i pokojówki z tacami. Mira pokroiła kruchy placek ze śliwkami, prócz placka były jeszcze francuskie ciasteczka z konfiturami i krem ponczowy. Na kryształowych paterach piętrzyły się grona astrachańskich winogron, wielkie złociste gruszki i malinowe jabłka. Pani Wąsocka, umieściwszy swoją korpulentną figurę w wygodnym fotelu, natychmiast przystąpiła do rzeczy z wyraźnym wileńskim akcentem.
- Mamy w ta pora, mnóstwo nowin z naszej nieszczęśliwej stolicy. - powiedziała półgłosem. - Niech Józio zaświadczy. Jestem przekonana, że państwo nic nie wiecie o ostatnich wydarzeniach w Warszawie.
Józio, czyli pan Wąsocki, pokiwał głową i spytał, czy panie pozwolą mu zapalić fajkę? Tadeusz skorzystał z pozwolenia i zapalił cygaro, a Mira długiego cienkiego papierosa, nauczywszy się palić od Emilki. Nina mrugnęła do Zosi, przysunęła się do Tadeusza i jakby od niechcenia, podawała mu ogień, kroiła ciasto i podsuwała kieliszek z winem lub filiżankę z herbatą, pewna, że na nią nie będzie się wściekał. Pragnęła zaoszczędzić przykrości Zosi.
- Już dawno nie mieliśmy żadnych wiadomości ze stolicy. - powiedziała uprzejmie.
- Mileńcy wy moi, to nie wiecie o zamachu na Berga? - pisnęła pani Wąsocka, zaciągając z wileńska i klaszcząc w tłuste rączki.
gen.namiestnik hr.Berg
 - Co? - Tadeusz aż porwał się z fotela, wpatrując się w nią z napięciem. - Dorwali tego starego drania? Nie żyje?
- To ja już opowiem wszystko od początku. - ofiarowała się pani Wąsocka, paląc się do przekazania sąsiadom nowin. - A może ty, Józiu, chcesz to opowiedzieć? - spojrzała pytająco na męża.
- E, i tak byś mi co chwilę przerywała. - mruknął starszy pan, wypuszczając z fajki kłąb dymu.
- Dobrze serce, tylko ty tak nie dmuchaj, jak z komina! Utrapienie z tymi palaczami. - westchnęła.- To co ja mówiłam? Aha, to było dwudziestego września...
- Dziewiętnastego, mamo. - poprawiła ją Jadwiga.
- Właśnie. Wracaliśmy od brata, mającego majątek koło Pułtuska i zatrzymaliśmy się po drodze w Warszawie, u mojej siostry Cecylki. Mieszka biednieńka z mężem i dziećmi w kamienicy pana hrabiego Zamoyskiego. Oj Boże, Ty mój, też mieli gdzie zamieszkać!... Tego dnia Cecylka zajęta była wydawaniem praczce bielizny do prania, panowie poszli sobie do Loursa na mleczny poncz, a moja Jadwinia siedziała z dziećmi siostry na balkonie od ulicy, bo dzień był ciepły. Pomyślałam sobie, że to nie wypada, żeby młoda panna przebywała na balkonie bez przyzwoitki, wystawiając się na spojrzenia gawiedzi, bo ktoś mógłby pomyśleć, że wypatruje epuzera. Wyszłam więc na balkon, aż tu od Nowego Światu, na rogu Krakowskiego Przedmieścia, pędzi powóz z tym paskudnym staruchem Bergiem. Dokoła powozu kozacy i Kabardyńcy, z nastawionymi pikami i nahajkami tylko patrzą, kogo by zdzielić po głowie. Powóz właśnie mijał naszą kamienicę, kiedy z górnych pięter poleciały butelki z płynem zapalającym i płonąc rozlały się po bruku. A potem jak coś nie huknie!...- dama efektownie zawiesiła głos i sapnęła.
 - Strzelali z garłacza . - fachowo objaśnił pan Wąsocki i umilkł, skarcony wzrokiem żony.
- Jezu Chryste, tu jezdnia się pali, z góry strzelają i nagle bum! bum! z okien rzucono kilka bomb. Tylko się zakotłowało!
- Zabili szwaba? - gorączkował się Tadeusz.
- Zaraz wszystko opowiem. - odparła flegmatycznie pani Wąsocka i nabrała oddechu. - - Na dole, w ta pora, rozpętało się istne piekło. Poranione konie głośno kwiczały wspinając się i rwąc szory. Kozacy wyli wniebogłosy:" Spasajties!" i patrzyli, gdzie by tu dać drapaka. Ktoś upadł, ale generał i jego adiutant wyskoczyli z powozu żywi, tylko mundury podarło na nich na strzępy.
Zamach na Berga.
 - Jak to? - wybuchnął Tadeusz. - Spudłowali, kapcany? Och, postawiłbym ich pod ścianą, bo powinni dobić go sztyletami!
- Tadziu, uspokój się. - Zosia słodkim uśmiechem przeprosiła za uniesienie męża.
- Zostaw mnie! Rany boskie, czy nie rozumiecie, że to była jedyna okazja usunięcia tego potwora ze świata? Drugi raz już nam się ta sztuczka nie uda, bo ci durnie spartolili robotę! Bojowcy, od siedmiu boleści! Przecież któryś powinien się poświęcić i zastrzelić Berga lub przebić go nożem!
Tadeusz drżał cały ze wzburzenia. Pani Wąsocka napiła się herbaty i podjęła przerwane opowiadanie:
- To był dopiero początek nieszczęścia, serdeńko. Generał nawiał do Zamku aż się za nim kurzyło, poprzysięgając nam zemstę. Ja miałam urwanie głowy, bo przerażone dziewczynki krzyczały, a Jadwiga zemdlała. Biedne dziecko, do dziś nie może przyjść do siebie. Miałam złe przeczucia i mówię do Cecylki: "Zabieraj dzieci i co tam masz cennego i zmykajmy stąd, bo na strzelaninie na pewno się nie skończy." Ale Cecylkę jakby coś odmieniło i uparła się, że zostanie, więc i my z Jadzią pozostałyśmy. Ale wszystko leciało mi z rąk, bo przypomniałam sobie, co się działo u nas w Wilnie, w trzydziestym pierwszym roku, gdy powstanie upadło. Nie upłynęła nawet godzina, a cały dom otoczyło wojsko. Pojawiła się policja i żandarmeria i zaczęli szukać spiskowców. Ach, mój Ty Boże! - pani Wąsocka westchnęła rozdzierająco -. A dom ogromny i mieszkali w nim różni ludzie. Arystokracja, profesorowie ze Szkoły Głównej i bogate mieszczaństwo. Na czwartym piętrze, kawalerki wynajmowali studenci i właśnie stamtąd poleciały bomby. Dziękowałyśmy z Cecylką Bogu, że szwagier z Józiem wyszli z domu, bo Moskale wszystkich mężczyzn zabierali do Cytadeli, a niejednej damie obito skórę nahajką. Za policją wpadło do domu wojsko. Sołdaci otwierali okna, balkony i wyrzucali przez nie na ulicę meble, obrazy, dywany, żyrandole, odzież i porcelanę. Dosłownie wszystko, co wpadło im pod rękę. Pod domem wyrosła istna góra cennych, a czasami bezcennych rzeczy, zbieranych przez całe pokolenia. Profesorowi Kowalewskiemu zniszczono wspaniałe zbiory orientalistyczne. Jeszcze większa strata spotkała panią Izabelę Barcińską, rodzoną siostrę Fryderyka Chopina.
Rosjanie demolują kamienicę Zamoyskiego
- Jezu, co ci barbarzyńcy zrobili? - przeraziła się Nina, usłyszawszy nazwisko ukochanego kompozytora.
- O tak, to byli prawdziwi barbarzyńcy! - pani Wąsocka sapnęła gniewnie. - Nasz genialny Fryderyk, kochał się w wykwintnych meblach i w czasie swego pobytu w Paryżu, zgromadził prawdziwe muzeum kosztownych sprzętów, luster, obrazów, porcelany i książek we wspaniałych oprawach. Otrzymywał przecież mnóstwo prezentów od koronowanych głów i słynnych ludzi, a wszystko to przedstawiało w sumie ogromną wartość. W nie rozpakowanych jeszcze skrzyniach, znajdowały się nuty z manuskryptami kompozytora, które jego zdaniem, nie nadawały się do druku. Wszystkie te skarby, po naszych wielkim muzyku znajdowały się w mieszkaniu jego siostry.
Nina pobladła i wydała okrzyk zgrozy.
- Moskale to zniszczyli?
- Wszystko wyrzucili przez okno i spalili. Na koniec wypchnęli przez okno fortepian na którym grał Fryderyk!
Goście spojrzeli na siebie, nie mogąc wprost uwierzyć w to, co usłyszeli.
- Zniszczyli nuty Chopina i jego fortepian? - Nina była porażona ogromem straty. - Jak mogli? Przecież to była własność całej ludzkości - także i Rosjan! To się nie mieści w głowie. Kilku półgłówków urządza nieudany zamach na Berga nie zastanawiając się, że przy tym mogą ulec zniszczeniu rzeczy wprost bezcenne, których już nie da się odtworzyć. Relikwie narodowe! Mówcie co chcecie, ale ja jestem zdania, że sprawcy tego zamachu zasłużyli na sąd wojenny i kulę! Tylko co by to dało? Nuty Chopina zniszczone i jego fortepian roztrzaskany na kawałki....a cała Europa przypatruje się obojętnie temu bezprawiu i milczy.
Fryderyk Chopin.
 - Święta racja. - przyznała pani Wąsocka widząc, że słuchacze niecierpliwie czekają na dalszy ciąg opowieści. - Namiestnik Berg postanowił dać nam bolesną nauczkę. Wojsko niszczyło wszystko, a moja biednieńka siostra została z dziećmi pośród pustych ścian. Musieliśmy odwieźć ją do majątku brata i wspomóc finansowo. Ale to nie koniec historii. Sołdaci buszowali po mieszkaniach, kradnąc jak sroki, kobiety mdlały z rozpaczy widząc dobytek wyrzucany na bruk, dzieci płakały, istny koniec świata. Tymczasem koło pomnika Kopernika, zatoczono baterię armat i postanowiono zbombardować kamienicę aż do fundamentów ogniem z dział. Generał Korf, naczelnik miasta tłumaczył się potem, że wolał dopuścić do rabunku, byle tylko rozwścieczeni sołdaci nie rzucili się na bezbronną ludność. Ale to był jedynie wykręt.
- A co zrobiono z wyrzuconymi rzeczami? - odezwała się Mira, siedząca dotąd jak ogłuszona i tępo wpatrująca się przed siebie. Jako rodowita warszawianka, znała doskonale dom pana hrabiego Zamoyskiego.
- Co zrobili? Cały stos polano naftą i podpalono! Łuna była taka ogromna, że na drugim końcu miasta myślano, że cała stolica się pali. Sołdaci krzyczeli, że to kara za zamach na namiestnika. W rzeczywistości, w ten sposób starano się ukryć zwykłą kradzież. Sama widziałam, jak jakiś drab wydarł Cecylce pudło ze srebrami stołowymi. Rabowali klejnoty, złoto, pieniądze, drogocenne futra. Ach, nikt tego nie zliczy. Pożar był tak wielki, że przyjechało kilka straży ogniowych i gasiły stos, bo obawiano się, że od niego zapalą się sąsiednie kamienice. Na szczęście Moskale nie przeszkadzali gasić ognia. Rozwścieczony Berg kamienicę skonfiskował, zabrano również hrabiemu Zamoyskiemu pałac stojący w ogrodzie, a hrabiego Stanisława, syna pana Andrzeja, aresztowano.
- A spiskowców ujęto? - zainteresował się Tadeusz.
- Ależ skąd. Szukaj wiatru w polu! - pani Wąsocka machnęła dłonią. - W śledztwie wyszło na jaw, że przed zamachem ktoś wynajął mały pokoik dla kilku studentów. Podobno byli to członkowie policji narodowej i mieli dosyć czasu, żeby się ulotnić przed przybyciem Moskali. Moja biedna Jadzia bardzo przeżyła to okropne wydarzenie. Zamachowcy znajdowali się bezpośrednio nad balkonem na którym siedziała.
Nina wiedziona współczuciem, spojrzała na Jadwigę, spokojnie jedzącą krem i spostrzegła ze zdumieniem, na jej ustach jakby cień uśmiechu. Pani Wąsocka zamilkła, aby odpocząć i poczęstować się ciastkiem.
- Nieszczęsne miasto ta Warszawa. - odezwał się pan Wąsocki, nareszcie pewny, że żona mu nie przerwie. - Namiestnik Berg wprowadził niesłychany terror, a nasi rewanżują się mu zamachami na carskich dygnitarzy i agentów policji. Niedawno na pięciu placach Warszawy stracono trzydziestu patriotów. Byli to podobno sztyletnicy, członkowie policji narodowej. Powiadano, że gdy zwłoki rozstrzelanego na Nowym Mieście mężczyzny osunęły się na ziemię, z okna pobliskiej kamienicy rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy i jakaś pani w czerni padła zemdlona lub nieżywa. Ciężko żyć w tym mieście od czasu, gdy Berg wprowadził prawo odpowiedzialności zbiorowej. Jeżeli policja aresztuje jakiegoś podejrzanego, karany jest również właściciel kamienicy, w której ta osoba mieszkała.
Po prawej kamienica hr. Zamoyskiego
- Ale ja nadal nie rozumiem, dlaczego dokonano zamachu z okna domu zamieszkałego przez tylu mieszkańców. - Nina nie mogła odżałować pamiątek po Chopinie i aż zatrzęsła się ze strachu na samą myśl, że władze carskie mogły jej odebrać Maków, za konspiracyjną działalność rodziny.
- To nie była bezmyślność, lecz konieczność. - rzekł pan Wąsocki. - Na ulicach aż roi się od policji i tajnych agentów, co jakiś czas przeciągają patrole. Bomby można było zrzucić jedynie z okien najbliższej posesji. Niestety zamach się nie udał i wielka szkoda.
- Mnie się to wcale nie podoba. - oświadczyła Nina z oburzeniem. - Uważam, że Rząd Narodowy jest odpowiedzialny za poniesione przez mieszkańców straty.
- Mnie również się to nie podoba, bo spartolili robotę. - Tadeusz ze złości zapalił jeszcze jedno cygaro i głęboko zaciągnął się dymem.
Słońce już zaszło i tylko wzdłuż całego horyzontu, ponad czarnymi pasmami borów, rozciągała się szkarłatna wstęga, przybierając wyżej na niebie barwę różowo-złotą, a jeszcze wyżej głęboki lazur, przechodzący w granat nocy. Spoza wzgórz wyjrzał cienki sierp księżyca. W altanie uczyniło się chłodno, więc Nina wstała dając znak, że czas udać się do domu. Idąc koło Jadwigi, wzięła ją pod rękę.
- To jak to było z tym zemdleniem, Jadwiniu? - szepnęła jej do ucha.
Panna Wąsocka zachichotała, tłumiąc śmiech chusteczką.
- Wcale nie zemdlałam! Znasz mamę, musiałam udawać nieprzytomną, żeby uniknąć ewentualnych pytań na przesłuchaniu. Wyobraź sobie, że ja widziałam tego zamachowca, który rzucił bombę! To się działo bezpośrednio nad nami.
- O! - Nina wydała cichy pomruk zdumienia. - Jak wyglądał?
- Był całkiem przystojny i zrobił do mnie perskie oko! Ale o tym nie mogłam powiedzieć nikomu i udałam zemdlenie.
- No, no!... - Nina była pełna podziwu dla jej przytomności umysłu. - Gratuluję, zachowałaś się wspaniale. A powiedz mi, co się dzieje z twoim znajomym, panem Arturem?
Jadwiga potknęła się i nagle stanęła.
- Ja się z nim widziałam. - szepnęła - Tylko Nino, na miłość boską, nie zdradź mnie przed mamą! Oddział pana Artura został rozbity i jakiś czas musiał przebywać w Warszawie. Namawiałam go, żeby przeniósł się gdzieś bliżej, w nasze strony, do Rębajły lub Chmieleńskiego. A może pan hrabia zechciałby przyjąć go do swojej partii? Widzisz kochana, pan Artur jest synem chłopa spod Pułtuska i jakby moi rodzice dowiedzieli się, że spotykam się z człowiekiem"z gminu", dostaliby chyba szału!
- To są nieżyciowe i niemądre przesądy klasowe! - Nina zdecydowanym tonem wyraziła swój punkt widzenia. - Przecież pan Artur kończy studia i wkrótce zostanie inżynierem. Jest powstańcem, a sądzę, iż ten fakt w przyszłości będzie się równał nobilitacji. Pomyśl tylko, ile młodych mężczyzn poległo i ilu jeszcze polegnie. Mnóstwo panien nigdy nie znajdzie męża. Wolałabym wyjść za mąż za uczciwego, wykształconego chłopa, niż zostać starą panną lub dostać się w łapy takiej kanalii jak Starewicz! Pamiętaj Jadziu, że na mnie możesz zawsze liczyć, na Siekielskich również.
W zwykły dzień posiłki podawano w małej jadalni, lecz tego dnia byli goście i Nina postanowiła urządzić małą uroczystość na część Tadeusza. Widok wielkiej sali jadalnej i stołu oświetlonego rzędem srebrnych świeczników i żyrandoli, zdumiewał i zachwycał. Sam stół zastawiony kryształami, porcelaną i srebrnymi sztućcami, był tak długi, że jego koniec wydawał się odległy. Ogromne gdańskie kredensy przepięknie rzeźbione, rzędy krzeseł krytych brokatem z wysokimi oparciami, służba w galowych liberiach, - wszystko to sprawiło, że goście poczuli się nieco onieśmieleni. W dawnych, lepszych czasach, do stołu zasiadało nawet stu biesiadników, słychać było wesołe rozmowy francuskie, wybuchy śmiechu i dźwięki muzyki. Teraz wydawało się Ninie, że to była inna epoka, od której dzielą ich dziesiątki lat.
Kolacja była wykwintna. Podano pieczone na rożnie jarząbki, pstrąga w sosie holenderskim oraz kulebiak we francuskim cieście. Toast na część Tadeusza, Nina wniosła dobrym francuskim szampanem, kierując pod jego adresem kilka ciepłych słów, sławiąc jego odwagę i wolę przetrwania. Po kolacji wszyscy przeszli do malinowego salonu, rozmawiając o polityce, zamachu na Berga i sytuacji w kraju. Na prośbę Tadeusza, Nina zasiadła do fortepianu, a Jadwiga ślicznym sopranem zaśpiewała bardzo popularną w tym czasie pieśń Chopina:
                           Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne.
                           Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne.
                           Nie było, nie było, Polsko dobrze tobie.
                           Wszystko, wszystko się prześniło, a twa dziatwa w grobie1.
Akompaniując śpiewaczce, Nina nie mogła się oprzeć ponurym rozważaniom. "Nawet gdyby Berg zginął w zamachu, to czy przez to nasza sytuacja uległaby zmianie na lepsze? Car przysłałby innego satrapę, a ten poczynałby sobie z nami jeszcze okrutniej. Za śmierć jednego nędznika, naród mógł zapłacić wysoką cenę. Cała Europa patrzy na nas niechętnie i nikogo nie obchodzi, dla jakich szczytnych celów leje się u nas krew. Mało kto zna historię Polski i nie słyszał o wygrywanych dawniej wielkich bataliach i potędze Rzeczypospolitej. My wprost kochamy chlubić się naszymi klęskami i obnosimy się z nimi po całym świecie, na próżno kołacząc do zamkniętych drzwi i zimnych serc. Przecież dla każdego cudzoziemca Europa kończy się na wschodniej granicy Niemiec. Och, jakże ja nienawidzę tego powstania, które zabrało mi męża i krewnych. Nie pragnę niczego więcej, tylko zakończenia tej masakry, powrotu Alka i ocalenia Makowa".
Zamyślona, zamiast osób zgromadzonych w salonie, widziała przed sobą młodą roześmianą twarz Jasia i pochyloną głowę Emilki w koronie jasnych warkoczy. Słyszała słodki głos pani Salomei, bas wuja Ksawerego i śmiech ciotki Marii. Czy nie szkoda było ich życia, rzuconego z tak tragiczną rozrzutnością na marne? Myślała o mężu poświęcającym się sprawom, do których ona nie miała dostępu, gdyż Aleks nie chciał otworzyć przed nią duszy i podzielić się myślami. Lecz buntując się przeciwko idei walki zbrojnej, jakby przeciwstawiała się tym co odeszli. Zdradzała ich pamięć i zda się, lekceważyła daninę ich życia. Ogarnął ją straszny żal i potępiała siebie sądząc, iż swoim prozaicznym rozumem, nie jest zdolna docenić ich ogromnej ofiary, jaką złożyli za coś, co w potocznym języku nazywa się ojczyzną. 
Jadwiga skończyła pieśń i usiadła, ale Nina nawet nie zwróciła na to uwagi. Jej palce zaczęły błądzić po klawiaturze, wydobywając z niej jakieś rozdzierające akordy, piorunujące pasaże płynące wprost z serca, targanego zwątpieniem i rozpaczą. Tadeusz zasłuchał się w tę muzykę, zasłoniwszy oczy dłonią, jakby chciał ukryć ich wyraz. Wszyscy zamilkli, przysłuchując się w skupieniu wspaniałym improwizacjom. Kiedy jej palce nareszcie znieruchomiały na klawiszach instrumentu, Tadeusz pierwszy otrząsnął się ze wzruszenia i podszedłszy do fortepianu, podniósł jej dłoń do ust.
- To było niezwykłe doznanie. - powiedział i pochyliwszy się jej do ucha, szepnął: - Kotku, dobrze ci radzę, nie wpadaj za często w zadumę. Jak w szpitalu zacząłem rozmyślać, to mi łapiduchy musiały siłą wyrywać rewolwer z ręki, rozumiesz? Dziękuj Bogu, że naczelnik jest bezpieczny, zdrowy i niedługo wróci.
- Ale nie do mnie, tylko do oddziału. - podniosła na niego wilgotne oczy.
- Dziewczyno, jeśli nie przestaniesz się mazać, to stłukę cię na kwaśne jabłko. - roześmiał się swoim dawnym, nieco drwiącym śmiechem i znowu ją pocałował, tym razem w usta.
- Tadek, nie próbuj mnie uwodzić, bo trusia otruje mnie plackiem z jagodami, a Alek połamie ci kości. - ostrzegła z udawaną powagą.
Ale jeszcze tej nocy gorzko płakała, wcisnąwszy twarz w poduszki i modliła się prosząc Boga, żeby przyśnił się jej Jaś, lub wujostwo Borutyńscy. Ale oni nigdy się jej nie śnili, tylko ból po ich stracie był coraz dotkliwszy, a tęsknota bardziej dojmująca.
 
1Pieśń Fryderyka Chopina do słów Wincentego Pola.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Nareszcie z Krakowa wracają Siekielscy!



30 sierpnia 2016 r.
Od rana Nina z drżeniem serca oczekiwała przyjazdu Starewicza, postanawiając targować się z nim tak długo, aż policja narodowa zdąży z interwencją. Tymczasem Starewicz nie przyjechał i nie pokazał się także na drugi dzień i w następnym tygodniu. Nina nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Nad jej głową nadal ciążyła groźba, i nieszczęście mogło spaść nagle, jak piorun z jasnego nieba. Odruchowo kuliła ramiona, jakby chroniąc się przed ciosem, lecz ten nie spadał. Przez jakiś czas była bardzo niespokojna, ale gdy nic się nie działo, zapomniała o Starewiczu w mnogości codziennych spraw i kłopotów.
Przede wszystkim postanowiła przygotować się przed nadejściem zimy. Zgromadzić zapasy żywności i paszy. Kapitan Soszkiewicz z pewnością powróci do leśnego obozu i należało pomyśleć o zapewnieniu powstańcom pożywienia oraz zaopatrzyć ich w odzież zimową. Tymczasem gotówki w kasie już było niewiele. Starania o uwolnienie Emilki poważnie nadszarpnęły budżet. Na ten cel nie żałowała ogromnych łapówek, dawanych każdemu kto obiecywał pomoc. Majątki nad Bugiem nie przynosiły już żadnego dochodu, prawdopodobnie całkowicie zniszczone i rozkradzione w czasie powstania. Na pieniądzach złożonych w bankach przez Aleksa i panią wojewodzinę, mogła spokojnie postawić krzyżyk, bo kapitały osób podejrzanych o działalność powstańczą znajdowały się pod kontrolą władz carskich.
Nina przeklinała prawo, broniące jej dostępu do własnych pieniędzy, których bardzo potrzebowała. Musiała zadowolić się tym, co pozostało jej w kasie - resztą pieniędzy pozostałą ze sprzedaży mieszkania w Warszawie. Część zebranych z pól zbiorów udało się jej korzystnie sprzedać bez udziału faktorów. Podejrzewała, że kupili je kwatermistrze z pułków rosyjskich, ale nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia, bo musiała utrzymać dom, opłacić służbę, nakarmić i przyodziać oddział powstańczy, a także opłacić podatki. Ostatecznie sprzedawała im tylko żywność, nie broń.
Miała osiemnaście lat, a czasem czuła się tak stara i zmęczona, jak zgrzybiała staruszka. Był to skutek ciężkich przeżyć, a także niedawno nabytej wiedzy o życiu i ludziach. Doświadczyła krzywd i zła na własnej skórze i od pamiętnej nocy 23 stycznia, cierpienia i troski nie opuszczały jej ani na chwilę. Towarzyszyła jej żałoba po zmarłym synku i bliskich. Początkowo sądziła, że nie potrafi znieść świadomości, że Jasia i wujostwa już nie ma i nigdy ich więcej nie ujrzy, jednak musiała żyć dalej i walczyć o przetrwanie.
Pewnego dnia zbuntowała się i pojechała na plebanię poskarżyć się księdzu.
- Nie jestem już w stanie utrzymywać tylu ludzi. - oznajmiła zmęczonym głosem. - Maków nie wytrzyma takich ciężarów! Idzie zima, chłopcom z lasu trzeba sprawić kożuszki, buty i ciepłą bieliznę. A ja nie mam pieniędzy! Wydaliśmy wielkie pieniądze na odbudowę wsi i remont pałacu, pomagam ludziom z Pliszkowej Górki, utrzymuję partię. Dawniej miałam dochody z majątków, które już nie istnieją, korzystałam z pieniędzy złożonych w bankach. Oddział leśny pomagali utrzymywać Siekielscy i pani wojewodzina, a nawet wuj Ksawery, bo kochał Jasia. Teraz sama muszę łożyć na wszystko, a przecież w partii służą zamożni obywatele ziemscy. Połowa mego majątku jest w ruinie, a rodzinne nieszczęścia kosztowały mnie tak wiele, że za te pieniądze mogłabym kupić miasteczko.
Proboszcz wysłuchał jej, kiwając głową i zgadzając się z przedstawionymi argumentami. Z kieszeni wyjął tabakierkę, zażył niuch tabaki i kichnął.
- Sama widzisz, moje dziecko, jak szybko wypala się w ludziach słomiany ogień. - zauważył, wycierając nos. - Pamiętasz, jak na początku powstania wszyscy deklarowali się z pomocą? A teraz, panowie dziedzice przychodzą do mnie z żalami, że powstańcy zabierają im konie, a oni, biedacy, nie mają zaprzęgu do karety, gdy jadą z wizytą! Naturalnie, ty sama nie możesz dźwigać tego ciężaru.
Nina westchnęła i odgoniła muchę z policzka.
- Ja nie chcę się skarżyć, ale jest mi bardzo ciężko. Rząd Narodowy ogłosił nową pożyczkę i trzeba ją zapłacić. Aby uchronić dom przez najazdem kozaków, opłacam podatki obu stronom. Może ksiądz dobrodziej pomówiłby z panną Lasewiczówną, bo ona wiele może. Niechby Rząd z własnych pieniędzy sprawił chłopcom kożuszki i buty, bo bieliznę same uszyjemy.
- Przyrzekam, że z nią pomówię. Niech i ona się dołoży, Poraje nie były zniszczone. A Starewicz się odezwał?
- Na razie nie, ale kiedyś powróci. - powiedziała i cień zgryzoty przemknął po jej bladej twarzyczce.
- Szkoda, że będąc w Warszawie, nie odwiedziłaś pana barona Kronenberga. On znał przecież pana hrabiego i mógłby ci pomóc.
- Kronenberg wyjechał do Karlsbadu.
- A to pięknie! - sapnął proboszcz przez nos. - Biali uciekają, pozostawiając Czerwonym uczyniony przez siebie bałagan. Potem oskarżą ich, że nie potrafili rządzić. Braciszek wrócił z Krakowa okropnie mizerny, tylko się przespał i pojechał dalej, bo wiózł listy dla Rządu. Dobrych nowin nie miał. W Galicji kłótnie i przepychanki, niektórzy znowu chcą dogadywać się z Mierosławskim i Langiewiczem. Oj, słaby to Rząd na dzisiejsze czasy. Uchwalono, że z jednej wsi ma stanąć większość mężczyzn od osiemnastu lat, uzbrojona w kosę i karabin. Dobry Jezu, przecież my dla walczących oddziałów nie mamy broni! Zresztą chłopi już do powstania nie pójdą. Coraz częściej się słyszy, że car chce znieść pańszczyznę i całe chłopstwo czeka na carski ukaz.
Nina opuściła głowę, a proboszcz patrzył na jej szczupłą twarz bez rumieńca, wielkie smutne oczy, nie rozjaśnione dawnym promiennym uśmiechem, który ogrzewał jego stare samotne serce. Nieszczęścia starły z niej czar pierwszej młodości.
- Pewnie ksiądz dobrodziej weźmie mi za złe to, co powiem, lecz moim zdaniem należy skończyć to powstanie, zanim nie doprowadzimy kraju na samo dno upadku. Należało przyjąć amnestię, a nie unosić się honorem. Ocalilibyśmy życie wielu wspaniałym ludziom, a mój mąż mógłby powrócić do domu.
- Miałaś od niego wiadomość?
- Tak. Przebywa za granicą w bardzo przyjemnym miejscu. Tam nie brakuje mu rozrywek.
- Ja tego nawet słuchać nie chcę! - zawołał proboszcz, unosząc w górę obie dłonie obronnym gestem. - Przecież on ciebie kocha, a że nie okazuje tego przy każdej okazji, bo jest żołnierzem, a nie ckliwą babą. Taką już ma naturę.
- Możliwe. - zgodziła się z niezwykłą u niej uległością. - Prosiłabym księdza o mszę żałobną za Jasia i wujostwo. - sięgnęła do sakiewki i podała proboszczowi dwadzieścia rubli, lecz on odsunął jej rękę.
- Ta parafia od zawsze należała do Borutyńskich, więc codziennie odprawiam za nich modły. Niestety, obecnie Sarniki nie mają dziedzica, bo Binia daleko, więc i kościoła nie ma kto utrzymywać. Napiszę do biskupa i chyba przyjdzie mi na stare lata wynosić się z tych kątów.
- A dziękuję dobrodziejowi! - prychnęła gniewnie Nina. - Ładne ksiądz ma wyobrażenie o swoich parafianach. Proszę donieść księdzu biskupowi, że dziedziczki Sarnik i Makowa zadeklarowały się łożyć na kościół i proboszcza. Przecież ja i Binia bardzo kochamy księdza proboszcza i nigdy go stąd nie puścimy!
Ksiądz uścisnął ją wzruszony. Pogadali jeszcze chwilę i Nina wyszła z plebanii, kierując się w stronę cmentarza. Zamierzała zmówić pacierz przy krypcie Borutyńskich, szalenie tęskniąc za Jasiem. Uklękła na kamiennym stopniu przed kryptą i zaczęła odmawiać modlitwę, rozpamiętując jego ostatnie chwile. Wiedziała, że bez niego i wujostwa, życie już nigdy nie będzie takie samo, a cierpienie stało się jej nieodłącznym towarzyszem. 
Miała żal do Pana Boga, że dopuszcza do tak okrutnych zbrodni i sprawia, że pozostają bezkarne. Wsparta czołem o żelazne drzwi krypty, zdołała odmówić tylko"Wieczne odpoczywanie" i podniosła się z klęczek zirytowana, z gniewnie zaciśniętymi ustami i pełna wątpliwości. Pamiętała, że Jaś przed śmiercią zwątpił w istnienie Boga. Miotana sprzecznymi uczuciami, czuła się zagubiona i miała wrażenie, że żyje w próżni. Odwiedziła jeszcze grób Pauli, lecz tylko po to, żeby zmieść z płyty opadłe liście. Paula od dawna jej się już nie śniła, bo sama o tym nie wiedząc, stała się twarda i sceptyczna.
Nazajutrz z samego rana, przybył chłopak z Brzezińca, przywożąc bilecik od Zosi. Siekielscy nareszcie wrócili do domu i zaraz zaprosili ją do siebie, bo Tadeusz był jeszcze bardzo osłabiony po męczącej podróży i nie czuł się dobrze. Nina wydała okrzyk radości i poleciła zaprząc do dwukołowej bryczki, zaś pani ochmistrzyni zapakowała w wielki kosz domowe przysmaki, wkładając dwie butelki szampana dla chorego. Jadąc wyciągniętym kłusem, Nina zapatrzyła się na śliczny krajobraz roztaczający się przed jej oczami: zielone łąki spływające łagodnie ku dolinom i pola, ciągnące się aż po kres horyzontu, zamknięty zalesionymi wzgórzami. Kryte strzechą dachy wiosek, drewniane lub kamienne kapliczki przydrożne i górujące na wzgórzach ruiny zamków. W przyrodzie panował już jesienny spokój. Czasami bzyknęła spóźniona pszczoła, przez krzewy przemknął szarak, zabeczała owca i cicho szemrał strumień. Na polach pastuchy piekli w ognisku ziemniaki, a ostry zapach dymu unosił się w mglistym powietrzu ku niebu. Ponagliła lejcami kłusaka i prędko przebyła przestrzeń dzielącą ją od Brzezińca.
Na ganku stała Zosia i zobaczywszy wyłaniającą się z tumanu kurzu bryczkę, zbiegła po schodach, rzucając się wysiadającej Ninie na szyję.
- Och, moja ty, najdroższa! - zawołała, obsypując ją pocałunkami. - Nareszcie!

- Trusieńko, jakże ja za wami tęskniłam! Teraz tylko wy mi pozostaliście.
- Wiemy o wszystkim. - błękitne oczy Zosi napełniły się łzami. - Moje kochanie, musiałaś sama znieść tyle zmartwień, że ugiąłby się pod nimi silny mężczyzna. To było prawdziwe piekło! Nie wyobrażasz sobie nawet, jak śmierć Jasia uderzyła Tadzia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo go kochał. Całą noc nie zmrużył oka, a kiedy myślał, że ja śpię, wciskał głowę w poduszki i płakał. Rozumiesz? On płakał, a przecież po śmierci ojca nie uronił ani jednej łzy! Boże, wszyscy znaliśmy się od dziecka i dla nas śmierć Jasia to ogromna strata, prawda? Najpierw Władek Lasewicz, potem Stasia zamknęła się w klasztorze, a teraz Janek nie żyje, Emilka zesłana. Zginęli państwo Borutyńscy, a pani Salomea towarzyszy synowej. Z całego serca współczujemy biednej Bini, bo straciła rodziców, brata i krewnych. Ale chodźmy do domu, bo pewnie Tadek się już niecierpliwi. Pokażę ci Stefana, bardzo urósł i już zaczyna mówić. Kochanie, nie okazuj po sobie, że widzisz w Tadziu jakąś zmianę. On tego nie znosi. Bardzo ciężko przeżywa swoje kalectwo.
Wzięły się za ręce i razem weszły do dworu. Nina spostrzegła, że Zosia się zmieniła. Zeszczuplała, jej buzia dawniej po dziecinnemu pełna, teraz zapadła, uwydatniając wysokie kości policzkowe. Ruchy miała szybkie, energiczne i zdecydowane, a jej oczy niegdyś takie figlarne i wesołe, były zadumane i smutne. Tadeusz siedział w małej bawialni przy szeroko otwartym oknie wychodzącym na ogród. Wciśnięty w głęboki fotel, wydawał się szkieletem ubranym w garnitur. Ubranie wisiało na nim jak na kołku. Z głową wspartą na dłoni, patrzył przez okno na zaglądające do wnętrza pokoju pnącza więdnących róż, obrastających ściany dworu. Na widok pustego rękawa jego surduta przypiętego agrafką, Nina z całej siły zagryzła wargi, powstrzymując wybuch płaczu. Przystanęła na środku pokoju, wpatrując się w jego ponurą, źle ogoloną twarz.
- No, co tak stoisz i patrzysz? - odezwał się szorstko. - Nie poznajesz mnie? Chodź, pocałuj mnie na powitanie. Zośka nie będzie zazdrosna.
Jak podcięta biczem, podbiegła do niego i zarzuciła mu obie ręce na szyję, pokrywając jego zarośnięte policzki pocałunkami i łzami. Całowała go i tuliła do piersi jego głowę, szybko mrugając powiekami, aby ukryć wzruszenie. Gładziła czule jego faliste, jasne włosy, w których ze zgrozą dostrzegła wiele srebrnych nitek. Na jego twarzy malowało się cierpienie, więc starała się być silna ze względu na niego.
- Bogu Najwyższemu dzięki, że żyjesz, Tadziuniu. - powiedziała, siadając przy nim i biorąc w obie dłonie jego jedyną rękę. - Już nie mogłam się was doczekać. Ale rozumując mniej egoistycznie, strasznie ryzykujecie, wracając do kraju. Policja musi wiedzieć, że byłeś w powstaniu i jesteś podejrzany.
Na twarzy Tadeusza ukazał się wyraz gniewnej rezygnacji.
- Co mogą mi zrobić? W kopalni się nie przydam, zanim zdążą mnie zesłać, zdechnę w więzieniu. Aresztują mnie i skażą na kilka lat odsiadki w celi? Cóż, posiedzę i wyjdę. Tak Nino, dla mnie wojaczka skończona. Jeżeli mam opuścić ten świat, to chcę umrzeć na własnej ziemi i pod dachem rodzinnego domu.
- Zabraniam ci tak myśleć i mówić. Nie czas na śmierć, jesteś młody, masz żonę i syna. - powiedziała stanowczo, gładząc i całując jego rękę.
- Co komu z kaleki? I tak miałem więcej szczęścia niż rozumu, że potrafiłem wywinąć się kostusze. Innym ta sztuczka się nie udała. - przerwał i chrząknął głośno, jakby coś miał w gardle. - No bo kto mógł przewidzieć, że Janek zginie tak nagle, w przypadkowym spotkaniu z kozakami? Mówię ci, Nino, nie umiem pogodzić się z tą myślą, że jego już nie ma. Nie potrafię oswoić się z tym okropnym faktem. No, nie mogę, do cholery!...- zacisnął zęby i skurcz wykrzywił jego chudą, zabiedzona twarz.
Zosia pospiesznie nalała do kieliszka odrobinę lekarstwa i podała mu je, ale on odepchnął jej rękę i odwrócił głowę.
- Nie chcę! - warknął.
Nina wzięła łyżeczkę z rąk Zosi i podała ją Tadeuszowi z tak wymownym wyrazem twarzy, że bez sprzeciwu połknął lekarstwo.
- Grzeczny chłopiec. - pochwaliła. - Musisz być prędko zdrowy, bo jest dużo pracy. Walczyć można nie tylko z bronią w ręku. I nie waż się warczeć na Zosię, ona chce ci pomóc. Powiem wam, kochani, że mam wyrzuty sumienia, bo bez zastanowienia powiedziałam Jasiowi, że Emilka straciła w więzieniu dziecko! - wyznała, nie mogąc wybaczyć sobie, iż nie zataiła przed Jasiem tego strasznego faktu. - Kto wie, może nie doszłoby wtedy do tej tragedii. Ale powróciłam z Warszawy kompletnie rozbita, załamana przeświadczeniem, że wszelkie wysiłki zawiodły i nie zdołałam wyciągnąć Emilki z Cytadeli. Nie myślałam rozsądnie i zachowałam się jak idiotka, informując o tym Jasia. Jezu, przeraziłam się, bo odniosłam wrażenie, że oszalał! Był jak nieprzytomny i wygadywał straszne rzeczy. Nawet z matką nie chciał się widzieć, tylko wsiadł na konia i zaszył się gdzieś w lesie. Prosiłam, błagałam go na kolanach żeby został, ale nie chciał mnie słuchać. Byłam wstrząśnięta, bo kazał sobie podać wódki i wypił jednym tchem pół litra!.... Był pijany i nieszczęśliwy. Myślę, że ochłonąwszy nieco, rano jechał do Makowa, żeby zobaczyć się z matką i wtedy dopadli go kozacy. Chyba tak było, bo prawdy o jego ostatnich godzinach, nie dowiemy się nigdy.
Tadeusz wysłuchał jej blady, zaciskając palce jedynej dłoni na poręczy fotela.
- Boże! - szepnęła Zosia, patrząc z przerażeniem na męża i na Ninę. - To biedna Emilka straciła dziecko? Więc nic po Jasiu nie pozostanie? To niesprawiedliwe, okrutne!
- Tak, straciła dziecko na skutek brutalnego przesłuchania. Powiedziała nam, że oni zabili w niej dziecko. Ale tego już nie powtórzyłam Jasiowi, bo chyba by się zabił w moich oczach. Oboje tak czekali i cieszyli się na to dziecko.... Biedna ciocia Salusia, całą wyprawkę zdążyła uszyć i wyhaftować. - zamilkła i głęboko zaczerpnęła powietrza, żeby się nie rozpłakać. - Emilkę widziałam po raz ostatni w wagonie, przed ruszeniem pociągu z skazańcami. W szpitalu więziennym obcięli jej te wspaniałe włosy i wyglądała jak dziewczynka, taka drobna i krucha. Chciała coś powiedzieć, czy krzyknąć, ale sołdat odepchnął ją i zatrzasnął drzwi. Nie ma już Borutyńskich!
Zosia przeżegnała się i szeptem odmówiła modlitwę za umarłych. Potem siedziała w milczeniu, nie znajdując słów, które mogłyby przynieść pocieszenie.
- Żeby nie ta przeklęta ręka, poszedłbym ich pomścić! - uniesiony wichrem rozpaczy Tadeusz zacisnął dłoń w pięść. - Do wszystkich diabłów, na oczach całej Europy dzieją się u nas podobne zbrodnie i nikt, absolutnie nikt nie zaprotestuje! - uderzył pięścią w poręcz fotela, a w jego oczach ukazały się łzy żalu i wściekłości. Odetchnął głęboko i opanował się całym wysiłkiem woli. - Nino, opowiedz nam o wszystkim szczegółowo. Chcemy dowiedzieć się prawdy o losach naszych przyjaciół. Nadal trudno mi przyjąć do wiadomości, że życie Jasia tak brutalnie zostało przerwane.
Nina skupiwszy się, cichym, bezbarwnym głosem zaczęła wspominać wydarzenia z ostatnich tygodni życia Borutyńskich, nie pomijając niczego. Siekielscy siedzieli w milczeniu, nie przerywając jej nawet słowem. Gdy opisywała śmierć wuja Ksawerego, ciotki Marii i doszła do tego, co znalazła pod spalonymi wrotami stodoły, Tadeusz zerwał się z fotela i wypadł z pokoju jak szalony. Zosia głośno płakała. Nina dygotała z nerwów i rozbolała ją głowa. Poczuła się tak zmęczona, że marzyła o położeniu się do łóżka i długim, mocnym śnie. Rozbolał ją żołądek i miała ucisk w klatce piersiowej.
- Darujcie!...- jęknęła. - Nie mogę. Nie chcę o tym myśleć, nie chcę o tym więcej mówić. Zosiu, miałaś mi pokazać Stefana. Przecież to mój chrzestny syn.
Zosia otarła chusteczką oczy i długo wydmuchiwała nos. Potem zadzwoniła i kazała służącej przynieść dziecko.
- Jesteśmy ci, Ninko, winni dozgonną wdzięczność, bo majątek zastaliśmy w kwitnącym stanie. Nawet w Ciążynach pola były obsiane i teraz dają plon. - Zosia pochyliła się i ucałowała przyjaciółkę.
- Twój całus należy się panu Bochniakowi, panu Marcinkiewiczowi i rządcy, bo to oni doglądali waszego gospodarstwa, gdy ja siedziałam w Radomiu i w Warszawie. A ekonoma dostaliście ze spalonych Sarnik. To porządny człowiek i zna się na gospodarstwie. Umieściłam go w Ciążynach.
- W takim razie podziękuj tym panom. - usłyszała głos Tadeusza. Stał w drzwiach pokoju i miał oczy czerwone od łez, lecz wydawał się spokojniejszy. - Jak wyzdrowieję, sam im podziękuję. Jesteś wspaniałą dziewczyną! Teraz, kiedy wojaczka się dla mnie skończyła, pora wrócić do roli hreczkosieja. Czy naczelnik wie już o nieszczęściu, jakie ciebie spotkało?
- Nie. Właśnie Orlewicz zabrał mój list do męża. Podobno jest za granicą i nie wiem, kiedy go zobaczę. Och, mógłby mnie zabrać z sobą! - bąknęła z jawną urazą.
- Kotku, nie bądź dzieckiem. - Tadeusz musnął palcem jej policzek. - Słyszałem, że to jakaś diablo ważna misja. Przed wyjazdem naczelnik był u mnie w szpitalu i wspomniał, że Rząd zamierza wykorzystać jego znajomości u pana ministra Walewskiego i księcia Władysława Czartoryskiego. Podobno szykują się jesienią wielkie zmiany i ludzie gadają o nowej dyktaturze. Ale na razie to tajemnica. Bądź dobrej myśli, bo naczelnik powinien wkrótce wrócić do kraju.
Hr. A. Collona Walewski
 Ale Nina wcale się nie rozchmurzyła, mając w sercu wielki żal do męża. Niańka przyniosła Stefana i rozmowa zeszła na inne tory. Nina wzięła chłopczyka na ręce i ucałowała. Był taki śliczny i wcale się jej nie bał. Pomyślała, że jej synek też byłby piękny, wziąwszy urodę po ojcu i po niej. Los był dla niej wyjątkowo niesprawiedliwy, zabierając jej to dziecko. Jakiś czas bawiła się z malcem, łaskocząc go i podrzucając.
- Boże, jak on wydoroślał i jest taki słodki! - pochwaliła, oddając dziecko piastunce. - Nie baliście się przechodzić granicy z małym dzieckiem?
- Och, dałam mu odrobinę wina i spał całą drogę. - wyjaśniła Zosia. - Zastanawialiśmy się nawet, czy nie osiąść w Galicji na stałe, bo Leonia, siostra Tadzia, chciała nam oddać duży folwark w dzierżawę. Ale Tadek się uparł i wróciliśmy.
- To mój dom rodzinny i moja ziemia. Nigdy nie porzucę ojcowizny! - zareagował Tadeusz ostro i Zosia natychmiast umilkła, nie chcąc go drażnić.
- Zosieńko, poślij kogoś do mojej bryczki, bo przywiozłam z sobą trochę wędlin na przekąskę. Są tam też dwie butelki Dom Perignon1, to wzniesiemy nim toast za żyjących i tych, co odeszli.
Przy obiedzie Zosia siedziała obok męża, pomagając mu w jedzeniu. To go najwyraźniej denerwowało i upokarzało, bo gniewnie się zżymał, niechętnie przyjmując jej pomoc. Jeszcze nie zdążył pogodzić się ze swoim kalectwem i pomoc żony uważał za dyshonor. Za każdym razem kiedy Zosia wyciągała rękę, aby zawiązać mu serwetę pod brodą, czy pokroić mięso, fukał na nią jak rozeźlony jeż. Ale po kilku kieliszkach wina nabrał lepszego humoru i zaczął opowiadać o tym, co się dzieje w Galicji.
W tym czasie, na terenie Małopolski przebywało, co najmniej trzy razy tyle powstańców, co na polu walki. Jedni byli dopiero kandydatami na żołnierza, inni należeli do rozbitych partii, lub byli pospolitymi dezerterami. Niektórzy udawali tylko, że pragną walczyć i pobierali żołd, nie kwapiąc się przejść na drugą stronę Wisły do walczących oddziałów. Żyli sobie bardzo wygodnie, strojąc się w cudze piórka i udając bohaterów. Przyjmowano ich w domach prywatnych, karmiono i pojono, oczywiście za darmo. Namnożyło się mnóstwo różnych władz, często samozwańczych, jakichś dygnitarzy, agentów dyplomatycznych, generałów bez armii, i wojska bez generałów. Magnaci już zaczynali politykować i zachwalać swoich kandydatów do korony Polski! Jedni życzyli sobie koniecznie Habsburga, inni Romanowa, jeszcze inni kogoś z dynastii Napoleonidów. To było i śmieszne i tragiczne, w dobie rozpaczliwych zmagań garstki powstańców z przeważającymi siłami wroga. Po całej Europie włóczyli się prawdziwi lub rzekomi urzędnicy władz powstańczych, działając w podejrzanych misjach wojskowych i dyplomatycznych. Obnosili się po paryskich salonach i burdelach z narodową tragedią, wylewając publicznie swoje żale. Płacili krocie luksusowym prostytutkom pieniędzmi, uzbieranymi ze składek żyjącego w niedostatku społeczeństwa. Ich kosztowne kochanki, będące najczęściej tajnymi agentkami wywiadu rosyjskiego, bez trudu wyciągały od nich sekrety dyplomatyczne.
W krakowskich i lwowskich kawiarniach i restauracjach, przy zakąskach z kawiorem, zakrapianych szampanem, głośno opowiadano sobie o tajnych planach Rządu Narodowego. 
Handlarze bronią dorabiali się kolosalnych majątków, na dostawach zdezelowanych karabinów, wilgotnego prochu i zardzewiałych szabel. Walczące w ciężkim trudzie oddziały powstańcze, często z ich winy, bywały niemal bezbronne. Żydowscy dostawcy trzymali w magazynach mundury z najgorszego gatunku sukna, szyte zetlałymi nićmi. Rząd płacił za tę tandetę tysiące srebrnych rubli i złotych imperiałów. Podobnie liche było obuwie, wcale nie nadające się do marszów. Broń składana po dworach szlacheckich, rdzewiała bez użytku, a sprowadzana do niej amunicja miała inny kaliber. Młodzież całkiem zdemoralizowana miesiącami oczekiwania na wymarsz do walki, włóczyła się po spelunkach, zadając się z ulicznicami i przywoziła do domu, zamiast chwalebnych ran, syfilis. Tak wyglądały kulisy powstania, pozbawione romantycznego nimbu.
- Et puis c'est ridicule2! - w głosie Tadeusza brzmiała gorycz. - Nie mogłem już patrzeć na to bez wstrętu. Tak znienawidziłem tę naszą narodową głupotę i podłość, te idiotyczne decyzje Rządu, że niekiedy żałowałem, iż zdecydowałem się przystąpić do powstania. Widziałem osobiście wałęsających się po Krakowie darmozjadów, przepijających po knajpach rządowe pieniądze z naszych podatków i często zadawałem sobie pytanie:"za co, za kogo my się bijemy?" Bo przecież nie za ten wiecznie skłócony, nieudolny Rząd, nie za pana Mierosławskiego i nie za magnatów, gotowych już dziś kupczyć koroną Jagiellonów która, jak oznajmił złośliwie Langiewicz, była znowu do nabycia! Zastanawiałem się, za co zginął mój teść, zamordowany przez upodlone chłopstwo i mój ojciec, zastrzelony przez brutalnego żołdaka? Powiedzcie mi, za kogo umarł samobójczą śmiercią Jaś, tak potwornie umęczony? Jezus Maria, dlaczego nas tak podle oszukano, szafując beztrosko naszym życiem? - Tadeusz zamilkł i zmęczony ciężko oddychał. Ochłonąwszy z gniewu, ciągnął już spokojniej: - Dlatego wolałem wrócić do Brzezińca i mieć do czynienia z prawdziwym nieprzyjacielem, niż z ludźmi, których najchętniej kazałbym rozstrzelać bez sądu za zdradę narodu!
Nina pokiwała głową, nie chcąc mu przypominać, że sama wielokrotnie ich ostrzegała, nie wierząc w obietnice Rządu i celowość powstania.
- A czego tyś się spodziewał? - zagadnęła bez złośliwej satysfakcji. - Myślisz, że tutaj jest lepiej? Szlachta już ostygła z emocji, zapomniała o szczytnych obietnicach i słomianym zapale. Większość po cichu szuka porozumienia z carskimi władzami i podejrzewam, że jak tylko powstanie upadnie, zacznie się płaszczyć przed carem. Tak to zwykle u nas bywa. Przypomnij sobie, co się działo po upadku powstania w trzydziestym pierwszym roku. Chłopi czekają na carski ukaz o uwłaszczeniu, bo w żadne Manifesty Rządu nikt nie wierzy, gdyż nie są poparte siłą.
- Nie, nie! - zawołała Zosia z przerażeniem. - Oboje zbyt czarno widzicie przyszłość!
- Kochanie, ja nie jestem wróżką, ale obawiam się, że jesteśmy jeszcze optymistami w porównaniu z tym, co nas w przyszłości czeka. - westchnęła Nina.
- A moim zdaniem robicie z góry straszny fuss3! - upierała się Zosia, lękając się, że silne emocje mogą zaszkodzić mężowi.
- Może masz rację. - powiedziała dyplomatycznie Nina i zmieniła prędko temat. - Tak się cieszę, że znowu jesteśmy razem. Smutno tu u nas. Pani wojewodzina nie żyje, podobnie jak wujostwo Borutyńscy. Państwo Wąsoccy z Jadwigą wyjechali aż na Mazowsze, a nasza słodka Dorotka, ma czuły liaison z własnym pisarzem prowentowym. Kapitan Soszkiewicz wymaszerował z leśnego obozu, nie wiadomo gdzie. Tymczasem mój Maków ledwie zipie, bo zrujnowało mnie powstanie, niszcząc majątki nad Bugiem. Ach Boże, żebyście wiedzieli, co się działo na Dworcu Petersburskim....
Zapominając, że miała nie poruszać drażliwych tematów, obrazowo odmalowała im gehennę skazańców przemocą ładowanych do wagonów eszelonu. Opowiedziała o determinacji pani Salomei, chcącej towarzyszyć synowej na zesłaniu i o Emilce, tak strasznie nieszczęśliwej i na wpół oszalałej z rozpaczy. W końcu nie wytrzymała i rozpłakała się jak małe dziecko, wtuliwszy się w ramiona Zosi. Tadeusz nie próbował jej uspokajać, wierząc w oczyszczającą moc łez. 
 Zosia kołysała ją w ramionach, czekając aż przyjaciółka się uspokoi.
- Przepraszam, muszę napić się wody. - szepnęła Nina, ocierając mokre policzki i oczy.
- Zaraz ci przyniosę. - Zosia porwała się i sama pobiegła do pokoju kredensowego.
Tadeusz podniósł się i ucałował policzek i ręce Niny.
- Przeszłaś prawdziwe piekło, samotnie stawiając czoło nieszczęściom. Ale teraz już nie będziesz sama. Masz nas.
- Ach, Tadziu! - westchnęła żałośnie. - Nie myliło mnie przeczucie, że w styczniu zaczęliście złą grę.
- Ja to widzę teraz inaczej. Przeciwko sile zła, istnieje siła oporu. Jestem ci bezgranicznie wdzięczny, bo przed chwilą dałaś mi odpowiedź na moje pytanie: "za co i za kogo się bijemy?" Otóż bijemy się za katowanych w Cytadeli i w carskich więzieniach patriotów, za pędzone na Sybir kobiety, dzieci i mężczyzn, za naszych powstańców wieszanych i rozstrzeliwanych. Walczymy, aby takie kobiety jak ty, Zosia, Emilka, czy pani Salomea żyły w wolnej Polsce.
Nina pomyślała, że gdyby nie wybuch powstania, żyłby Jaś i wujostwo Borutyńscy, Emilka urodziłaby szczęśliwie dziecko, a ciocia Salusia dożyłaby później starości, opiekując się wnukami. Ale nie chciała odbierać Tadeuszowi wiary, że nie walczył na próżno.
- Jak trochę przyjdę do siebie, zaraz wezmę się za gospodarkę. - powiedział Tadeusz. - Przez cztery dni szliśmy po kilka wiorst nocami. Myślałem, że prędzej mnie szlag trafi, zanim dowlokę się do domu. Jestem jeszcze bardzo słaby. Zosiu! - zawołał do żony, zajętej w pokoju kredensowym.- Przynieś szampana!
- Wiesz, Tadziu? - szepnęła Nina, ujmując go za rękę. - Nieraz chciałam się upić, tak do nieprzytomności, żeby zapomnieć, nie pamiętać. Ale to nic nie pomaga, bo ja nie umiem zapomnieć.
Pochylił się i przycisnął usta do jej włosów, lecz zaraz potem wyprostował się i rzekł z cieniem dawnego, łobuzerskiego humoru:
- Ja się potrafię ululać w trupa, szczególnie po tym, co mnie spotkało. Kotku, miej cierpliwość, winniśmy ci trzy tysiące rubli. Zwrócę je z procentem, ale dopiero jak zorientuję się w stanie majątku.
- Oszalałeś? Nic nie jesteście mi winni i koniec! Jak przyjedziesz z Zosią do Makowa, wyprawię na waszą cześć przyjęcie i oblejemy wasz powrót szampanem.
Wróciła Zosia ze służącą, niosącą za nią tacę z butelką wina, kieliszki oraz szklankę wody dla Niny.
- Po takiej rozmowie, człowiek musi się napić czegoś mocniejszego, żeby zachować wszystkie klepki w głowie. - mruknął Tadeusz i z powagą wzniósł toast: - Za tych, co walczą!
Siedziała w Brzezińcu do wieczora, bo Siekielscy nie chcieli jej puścić. Teraz oni byli najbliżsi jej sercu. Po kolacji, Zosia poszła ułożyć synka do snu, a Tadeusz korzystając z bezcennej chwili prawdziwej bliskości, odezwał się półgłosem:
- Przeżyłem tylko dzięki tobie, bo ten oficer rosyjski uratował mnie dla ciebie. Pamiętam go z Makowa. On się w tobie kochał, prawda? Jest diablo przystojny!
- Nic mi o tym nie wiadomo.- odrzekła spuszczając oczy. - Ręczę ci, Tadziu, że pan pułkownik Wielenin pomógłby ci, nawet mnie nie znając.
- Ho, ho! - Tadeusz zmrużył oko i parsknął śmiechem. - Mów to, złotko, komu innemu. A wiesz, chyba pan naczelnik jest o niego zazdrosny, bo koniecznie chciał wiedzieć, czy ten Rosjanin wspominał ciebie.
- Bo Orlewicz głupio się wygadał!- wybuchnęła gniewnie. - Alek się zdenerwował i zrobił mi"cudną godzinę" W Warszawie, jak Emilka siedziała w Cytadeli, poszłam do Belwederu, szukać u pana Wielenina pomocy... Tadeusz, mówię to tylko tobie! On pomógłby Emilce z pewnością i to była moja ostatnia szansa. Ale niestety nie zastałam go, bo już wyjechał na stałe do Rosji. Wiem, że mąż by mi tego kroku nie wybaczył, chociaż nie ma wcale powodu do zazdrości, bo przecież między panem Wieleninem a mną, nic nie było. - zakończyła, nieco mijając się z prawdą.
Tadeusz podniósł jej głowę i zajrzał głęboko w oczy.
- Nino, ja też widziałem, jak w Makowie czule na siebie zerkaliście. Ech, żeby tak wszystkie Polki umiały uwodzić Rosjan jak ty, wygralibyśmy powstanie bez jednego wystrzału! - zaśmiał się i poklepał ją po ramieniu.
Na odjezdnym, Tadeusz dał jej dla ochrony aż czterech parobków uzbrojonych w cepy, a oni odprowadzili ją pod samą bramę Makowa. Oczekująca na jej powrót Jaga, powitała ją wymówkami.
- Nianiu, nie krzycz na mnie. - powiedziała zmęczona Nina . - Przecież byłam tylko u sąsiadów. Nie baluję w Paryżu, nie bawię się, więc muszę mieć jakąś rozrywkę. Tak się cieszę, że Siekielscy nareszcie wrócili. Och, żebyś ty widziała Tadeusza! Sama skóra i kości. Jest jeszcze bardzo słaby i niesprawny, a to kalectwo zrobiło z niego okropnego nerwusa. Biedna Zosia tak dzielnie znosi jego grymasy. Ale trudno mu się dziwić... Pamiętasz, jaki był z niego świetny tancerz i jeździec, jak dobrze władał szablą?
- To dlatego jesteś w takim złym humorze?
- Nie dlatego! - wybuchnęła Nina z rozdrażnieniem, ciskając na wszystkie strony różne części garderoby. - Tylko, że ja tu sobie żyły wypruwam, aby utrzymać majątek, a Alek paraduje po Polach Elizejskich i pewnie obwozi powozem wymalowane ladacznice!
- Chryste Panie! - przeżegnała się Jaga. - Wierzysz w to, co mówisz?
- Oczywiście. Nie wszystko wiesz o moim szanownym małżonku! Nie zawsze był cnotliwy. Boże, a ja tak marzyłam, że kiedyś razem zwiedzimy Paryż. Wybieraliśmy się tam z Jasiem i Emilką. - zatrzymała się na środku pokoju i westchnęła. - A teraz Emilka i ciocia Salomea jadą w najdłuższą podróż swego życia, Jaś nie żyje, a Tadek.... O nianiu, nie mogłam patrzeć na ten jego pusty rękaw! Już nigdy nie zagramy razem Mozarta. Nigdy! - powstrzymała cisnące się jej do oczu łzy i prędko powiedziała : - Stefan bardzo wyrósł i jest śliczny. Tak bym chciała żeby był mój!
Jaga zajęta porządkowaniem porozrzucanych rzeczy, podniosła głowę i zaczęła się jej ukradkiem przypatrywać. Nina spostrzegła to i odniosła wrażenie, że niania wie coś, o czym jej nie powiedziała.
- Przecież ty nie lubisz dzieci. - zauważyła Jaga ściszonym głosem.
- Nie lubię córki, bo była okropnie brzydka i wstydziłam się jej. Nie, źle mówię: ja wstydziłam się siebie. Tego, że nie potrafiłam urodzić mężowi zdrowego, ładnego dziecka. W lecie miałam nadzieję, że zrobię Alkowi niespodziankę, ale nic z tego nie wyszło.
Jaga weszła do garderoby i udawała, że jest zajęta wieszaniem w szafie amazonki. Lękała się, żeby spostrzegawcza Nina z wyrazu jej twarzy nie domyśliła się prawdy.
- Nawet nie myśl o dziecku. - powiedziała szorstko. - Już zapomniałaś, że byłaś o krok od śmierci? - niania zdecydowała się wyjść z garderoby i niby odruchowo pogładziła ją po głowie.
- Może to tylko pierwszy raz było tak ciężko? - stęknęła Nina, ściągając z nóg wysokie buty do konnej jazdy. - A zresztą, skąd ja wezmę dziecko, kiedy Alka wciąż nosi po świecie? Drugi rok jestem mężatką, żyję się jak stara panna, a prowadzę się jak wdowa! - wyładowując złość, Nina z pasją rzuciła butem o ścianę.
- Przecież mamy powstanie. Kto wie jaki los czekałby to dziecko.
- Nianiu, powtarzasz moje słowa! Na litość boską, zawsze chciałaś żebym miała więcej dzieci. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle zmieniłaś zdanie?
Jaga bąknęła coś pod nosem i prędko zakończyła rozmowę, wychodząc z pokoju..
1Dom Perignon - wykwintny gatunek szampana.
2Et puis... - Przecież to w najwyższym stopniu śmieszne !
3 Fuss. - (ang.) - gwałt,zamieszanie.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Obawy i niespodziewana nowina.


29 sierpnia 2016 r.
- Po co ten łotr tutaj przyjechał? - Nina usłyszała za sobą głos Jagi.
Nawet nie słyszała, kiedy niania weszła. Odwróciła się i podniosła na nią oczy pełne łez.
- Po mnie i po Maków. - westchnęła i opowiedziała jej dokładnie o żądaniach Starewicza. - Wie o nas tyle, że każdej chwili może mnie zniszczyć.
- Co zamierzasz zrobić? - głos niani brzmiał spokojnie, chociaż aż przygarbiła się pod ciężarem nowego zmartwienia.
- Nie wiem. - Nina bezradnie rozłożyła ręce. - Ten człowiek zdolny jest do każdej podłości. Wyda mnie Moskalom, jeśli przyjdzie mu na to ochota.
Jaga przygarnęła ją do siebie.
- Moja słodka, nieszczęśliwa dziewczynka. Ach Boże! - wykrzyknęła ze zgrozą, zauważywszy na jej ciele krwawe wybroczyny. - On ciebie pogryzł! Co za bydlę, zwierzę nie mężczyzna. Chodź, kochanie, musisz przypudrować te ślady i zmienić suknię.
- Jezu, jakże ja go nienawidzę! - szepnęła Nina. - Szydził ze śmierci Borutyńskich, z mego ojca i z Alka. Stroił sobie z nich żarty. Och, zabiłabym go, gdybym tylko mogła. Nawet Biblia mówi:"Oko za oko, ząb za ząb!"
- On jest w Lipieńcu? - Jaga zaczęła odruchowo ścierać pył ze stoliczka do szachów. Uświadomiwszy sobie bezsens tej czynności, wzruszyła ramionami.
- Nie. Przyjechał z wizytą do Zuckermana. Wiesz, tego rudego szczura, który kupił majątek po zesłanych Koźniewskich i ciągle wydaje huczne przyjęcia. To powiernik Starewicza w jego brudnych interesach. - westchnęła i poszła się przebrać.
W sypialni, Nina umyła się starannie, jakby chciała zetrzeć z siebie hańbiące piętna. Potem zmieniła halkę i ubrała inną suknię. Jaga starannie przypudrowała jej ślady ukąszeń, płacząc nad dolą swojego dziecka.
- Och, koteczku, ja sama bym go zabiła za to, co ci zrobił. - zwołała, bo serce jej się krajało, kiedy patrzyła na krwawe ślady na delikatnym ciele Niny. Ujęła jej głowę w obie dłonie i ucałowała ją w czoło.
Proboszcz i panna Lutówna powrócili z kaplicy i oczekiwali w bibliotece. Nawet nie próbowała ukryć przed nimi nowego zmartwienia.
- Nie dał ci żadnej szansy? - ksiądz był wstrząśnięty bezwzględnością wnuka wojewodziny.
- Owszem, dał, pod warunkiem, że zostanę jego metresą!
Mira wydała okrzyk oburzenia, a proboszcz osłupiał.
- Na litość boską, jakich to czasów dożyliśmy! - wykrzyknął. - Czy to możliwe, żeby mężczyzna z naszej sfery, proponował damie taki układ?
- Ksiądz dobrodziej zapomina, że dla niego jestem żoną buntownika wyjętego spod prawa.
- Postaram ci się pomóc, drogie moje dziecko. - powiedział proboszcz. - Jutro pojadę do Zuckermana i porozmawiam ze Starewiczem. Znałem dobrze jego ojca, bardzo porządnego człowieka. Może i syn opamięta się w końcu?
- Proszę tego nie robić! - zawołała Nina. - On nie może się dowiedzieć, że rozmawiałam o tej sprawie. Dopiero wtedy poczułby się zagrożony i złożyłby na mnie donos.
- Więc co mam robić ? - ksiądz z zakłopotaniem potarł łysinę.
- Absolutnie nic! Sama muszę jakoś sobie radzić, chociaż zupełnie nie wiem jak.
Zapadło milczenie. Proboszcz poczuł się zmęczony i pobłogosławiwszy panie odjechał do Sarnik. Nina narzuciła na ramiona szal i wyszła na taras. Stała długo chłonąc piękno krajobrazu. Wieczór był ciepły, lekki wiatr łagodnie szeleścił żółknącymi liśćmi. W oddali majaczyły we mgle jesiennej stoki Sieradowskiej, bo słońce skryło się już za odległymi wzgórzami, pozostawiając na niebie złoto-purpurową poświatę. Przez uchylone drzwi prowadzące do jadalni, dochodziły rozmowy służby i delikatny dźwięk rozkładanych na stole sztućców i talerzy. "On zabierze mi Maków! - pomyślała, ogarnięta paniką. - Zabierze mi mój dom, połowę mego serca." 
Wiedziała, że własny dom to rodzina, to bezpieczny dach chroniący przed złem. To ciąg dni przeżywanych wspólnie. Wyobrażając to sobie czuła, że jest bliska szaleństwa. Miała ochotę chwycić się za włosy i walić głową o ścianę, bo nie widziała drogi ratunku. Zegary wybiły godzinę ósmą, a na taras wyjrzał Walenty i oznajmił niemal szeptem, że kolacja podana. W małej jadalni siedziała już Mira. Na stole zaścielonym śnieżnym holenderskim obrusem, stały półmiski przykryte błyszczącymi pokrywami, unosiły się spod nich smakowite zapachy. Monotonnie szumiał srebrny samowar. Paweł na specjalnej maszynce spirytusowej podgrzewał talerze. Zauważyła, że każdy przedmiot znajdujący się na stole był nie tylko użyteczny, ale i piękny. Nawet urządzenie do chłodzenia wina miało śliczny kształt srebrnej róży. Obok porcelanowych talerzy z herbem Klonowieckich, stały filiżanki z cieniutkiej saskiej porcelany. Pomyślała, że wkrótce może to wszystko utracić i na nowo ogarnęła ją desperacja. Przeklinała dzień i godzinę, w której Aleks uznał za stosowne przyłączyć się do powstania.
- Kochanie. - szepnęła zmartwiona panna Lutówna. - Może poślesz kogoś do leśnego obozu. Możliwe, że kapitan Soszkiewicz coś ci poradzi.
- Obóz jest pusty. - apatycznie odparła Nina. - Wczoraj Maciek zawiózł tam siano, ale zastał tylko dwóch strażników. Nawet nie wiadomo dokąd poszli.
- To rzeczywiście pech! Ale ksiądz proboszcz obiecał modlić się za ciebie. - Mira próbowała dodać jej otuchy.
"Tyle mi te modlitwy pomogą, co umarłemu kadzidło!" - pomyślała Nina ze złością. Przy kolacji nie mogła nic przełknąć, wypiła tylko dwa kieliszki wina. Walenty, z grobowa miną kazał zabrać nakrycie z nietkniętymi potrawami. Co chwilę spoglądał na swoją młodą panią i ciężko wzdychał.
Nina była w stanie tak silnego rozstroju nerwowego, że nie miała chęci do rozmowy. Powiedziała Mirze "dobranoc", i zamknęła się w sypialni rozkazując, aby pod żadnym pozorem nie przeszkadzano jej w odpoczynku. Nie wzywała nawet Ulisi, lecz rozebrała się sama i narzuciwszy na nocną koszulę ciemną pelerynę, zeszła po schodach do parku i spacerowała ciemnymi alejami, kolejno rozważając swoje szanse, a potem je odrzucała, jako nierealne. Wszystkimi zmysłami wzywała męża, wierząc w jego życiową mądrość. O, gdyby tak teraz jakimś cudem zjawił się w domu i dowiedział o zachowaniu Starewicza, to rozszarpałby go gołymi rękami na drobne kawałeczki. Nigdy nie miał o wnuku wojewodziny dobrego mniemania. Początkowo nawet myślała, że mąż jest o niego zazdrosny, ale przekonała się, iż przeczuwał w nim podły charakter.
Wzdrygnęła się i szczelniej otuliła peleryną, bo noc była już chłodna. Nad jej głową przeleciała niemal bezszelestnie sowa, rzucając w ciemność ostry krzyk. 
Od strony stawu odpowiedział jej głos jakiegoś ptaka. Nina pomyślała, że jedynie śmierć Starewicza byłaby zbawienna w jej sytuacji, lecz ten przebiegły człowiek z pewnością dobrze się zabezpieczył na taką ewentualność. Najlepszym wyjściem byłoby powiadomienie policji narodowej, o szantażu i groźbach denuncjacji. Nawet nie trzeba byłoby go zabijać, a jedynie śmiertelnie przestraszyć. Ludzie o tak podłym charakterze bywają zwykle tchórzami. 
Pamiętała, jak Starewicz przeraził się, gdy w Lipieńcu zagroziła mu sztyletnikami. Nie, jednak lepiej żeby zginął! Niestety, nie wiedziała jak można dotrzeć do kogoś z policji. Służące w niej osoby były ściśle zakonspirowane i tylko wtajemniczeni znali miejsce ich pobytu. Kiedyś mogła pomóc jej Emilka, ale już panna Lutówna nie była dopuszczona do tajemnicy. Postanowiła pojechać do Porajów i pogadać w panną Lasewiczówną, znającą wszystkie sekrety konspiracji. Lecz zanim panna Lasewiczówna zacznie działać, Starewicz będzie szybszy i złoży donos. Zamyślona szła przed siebie, stąpając po pożółkłych liściach, aż zawędrowała nad staw i stanęła zapatrzona, przez długą chwilę wsłuchując się w ciszę nocną, starając się uspokoić i nabrać otuchy. Ale nawet spacer po ukochanym parku nie przyniósł jej pociechy i powróciła do sypialni chora ze zmartwienia i bezradna.
Po źle przespanej nocy wstała blada, z ciemnymi kręgami pod oczami i spieczonymi z gorączki ustami. Ku rozpaczy i głośnych lamentach Jagi i Walentego, nie tknęła śniadania tylko osiodławszy Mignon, pojechała na spacer nie mogąc usiedzieć w domu. Nie potrafiła znieść pełnych współczucia spojrzeń domowników. Wszyscy domyślali się, że nad Makowem zawisła jakaś groźba, ale nie wiedzieli o co chodzi i patrzyli na swoja panią z nadzieją, ufni, że ona zawsze sobie poradzi. To zaufanie kiedy indziej bardzo by jej pochlebiło, lecz teraz czuła się kompletnie bezradna i nie miała pojęcia jak ma postąpić. Jeśli Starewicz pojutrze przyjedzie, znajdzie ją niezdecydowaną i w rozpaczy. Jadąc przez wieś, mimo woli stwierdziła z zadowoleniem, że dzięki jej wydatnej pomocy i ciężkiej pracy gospodarzy makowskich, widoczne skutki straszliwego huraganu usunięto. Domy i zabudowania gospodarcze odbudowano, w sadach posadzono nowe drzewka owocowe na miejsce zwalonych. Ludzie krzątali się, zwożąc z pól ostatnie plony, dworski młyn bez przerwy turkotał, mieląc zboże na mąkę i kasze. 
Dzięki temu ludzie nie musieli się trudzić, mieląc zboże na ciężkich żarnach, lub młócić je cepami. Na podwórkach głośno pochrząkiwały spasione maciory, otoczone różowymi prosiętami, biegnąc truchcikiem do koryta z pomyjami. Kobiety korzystając ze słonecznej pogody, wieszały na płotach wypraną bieliznę. Na grządkach pod oknami chałup kwitły astry i żółte nagietki.
Na widok jadącej konno dziedziczki, mężczyźni zdejmowali słomiane kapelusze i kłaniali się nisko, z szacunkiem. Kobiety pozdrawiały ją z uśmiechem, zagadując poufale. Gospodarze pamiętali, że to dzięki niej wieś znowu była zasobna i czuli wdzięczność za starania młodej dziedziczki. Ściągnięte z majątków wojewodziny płody rolne, bydło i sprzęt, wędrowały do chat gospodarzy makowskich. W ich twardych sercach budziła szacunek, a może i miłość. Często przychodzili do pałacu, prosząc o radę lub rozsądzenie jakiegoś sporu. Przez pamięć o mężu i Jasiu, nigdy nikomu nie odmawiała pomocy i oni to potrafili docenić.
Skręciła z głównej drogi, na ścieżkę prowadzącą na łąki. Cicho tu było i sennie. Po skwarnym lecie, natura gotowała się do długiego zimowego snu. Nina powstrzymała klacz, urzeczona pięknem i słodyczą melancholijnego pejzażu. Na stromych pagórkach pasły się jeszcze krowy i owce, skubiąc więdnącą trawę. W bystrych strugach pływały kaczki, a gęsi na jej widok poderwały się i leciały przed siebie, z rozpostartymi skrzydłami i wielkim krzykiem. Na bladym błękicie nieba świeciło przymglone słońce, jego promienie już nie parzyły, jak w lecie tylko łagodnie pieściły skórę.
Widok własnej ziemi, jak zwykle napełnił ją niczym nieuzasadnioną otuchą. Ściągnęła cugle klaczki, przepuszczając mijające ją wozy wypełnione po brzegi workami ziemniaków, burakami i kapustą. Jadąc skrajem miedzy, życzliwie wypytywała gospodarzy o plony, uprzejmie zagadywała kobiety kopiące ziemniaki i żartowała z młodymi parobkami, wpatrzonymi w nią jak w tęczę. Ludzie byli weseli, bo pomimo huraganu zbiory były bardzo dobre.
Niegdyś Nina lubiła tę porę roku. Był to czas balów, zaręczyn i ślubów. Panie rozmyślały już o nowych toaletach na karnawał, zastanawiając się, czy spędzić go w kraju lub może za granicą. Ale tamte jasne, pogodne dni bezpowrotnie minęły. Trwało powstanie i chociaż czasami zapominało się o tym w codziennej krzątaninie, to na terenie kraju, na polach i w lasach toczyły się walki, grzmiały armaty, salwy karabinowe i ziemia drżała pod kopytami szarżującej kawalerii. Traktami ciągle maszerowały kolumny wojska, po wsiach buszowali kozacy poszukując ukrywających się powstańców.
Z daleka Nina dostrzegła bielejące ściany domów na Pliszkowej Górce, świecące w słońcu szybami okien. Patrzyła z dumą na dzieło męża. Jego upór w dążeniu do celu sprawił, że bezrolni nędzarze mieli dziś własną ziemię kochaną tak gorąco, że dla niej gotowi byli zabijać lub oddać życie."Mój Boże, tyle wnieśliśmy tutaj pieniędzy i pracy, a teraz miałabym tę ziemię opuścić, bo pan Starewicz przegrał majątek w karty i bardzo potrzebuje pieniędzy? - rozmyślała z gniewem. - A gdyby nawet Klonowieccy musieli stąd odejść, to na zawsze pozostanie po nas coś dobrego. Efekt myśli Aleksa przetrwa we wdzięcznej ludzkiej pamięci."
Powracała do domu w nieco lepszym humorze. Przypomniawszy sobie zadziwiająco dokładne informacje Starewicza, dotyczące rodzinnych sekretów doszła do wniosku, że musiał mieć donosiciela. Ktoś mu powiedział o rannym Aleksie, o tragicznej śmierci Borutyńskich i zesłaniu Emilki. Bała się, że gdzieś w pobliżu znowu czai się konfident. Za wszelką cenę należało zamknąć mu usta, dopóki nie spowoduje nowej tragedii. Przed domem poczęstowała klaczkę kostką cukru i pocałowała ją w białą gwiazdkę na czole .Wręczywszy cugle nadbiegającemu służącemu, weszła do sieni. Czujny jak żuraw Walenty, wyjrzał z pokoju kredensowego.
- Mieliśmy może jakichś gości? - spytała raczej bez większej nadziei, bo i komu chciałoby się wybierać do niej w odwiedziny.
- Nikogo nie było. - odrzekł Walenty. - Jaśnie paniuleczka ze spaceru, pewnie głodna? A panna Kumosia upiekła na podwieczorek pyszne pączusie z różaną konfiturę. Może podać? - kusił, chytrze mrużąc oczy.
- Zgoda! Poproszę o jeden pączek oraz mocną kawę, i robię to tylko dla Walentego! - posłała mu uśmiech idąc do buduaru.
- Dla mnie? O moja najśliczniejsza jaśnie paniuleczko! Już, zaraz wszystko przyniosę. - rozpromieniony staruszek raźno pomaszerował do kuchni.
Ostatnio, po śmierci Jasia całkiem posiwiał, lecz jak zawsze rządził służbą twardą ręką, nie pozwalając się wyręczać w pracy. W domach starych możnych rodów polskich, także w Makowie, służba uważana była za domowników. Rodzili się i umierali w pałacu, wysłużywszy sobie uczciwą pracą godziwy odpoczynek na stare lata. Aleks całkowicie im ufał, pewny ich przywiązania. Wszystkie przygotowania do walki w powstaniu, odbywały się na ich oczach, a zaufanie państwa podnosiło domowników we własnym mniemaniu i umacniało w poczuciu godności. Razem z państwem martwili się, kiedy aresztowano Emilkę, a tragiczna śmierć Borutyńskich była dla nich ogromnym przeżyciem. Walenty ciągle jeszcze był wstrząśnięty okropną śmiercią Jasia i kiedy go wspominał, to zaraz płakał. Po chwili sam przyniósł do buduaru kawę i pączka, rozłożył na stoliczku świeżą serwetkę i stanął obok, gotowy do pogawędki.
- Parno dzisiaj. - odezwała się Nina, kosztując kawę. - Jesień, a ciepło jak w lipcu. Dlaczego Walenty sobie nie odpocznie, nie posiedzi na słoneczku? Pan hrabia życzył sobie, żeby Walenty się oszczędzał, są przecież młodsi lokaje. - powiedziała to wiedząc, że życzenie Aleksa jest dla Walentego święte.
- A byłem dziś w parku nad stawem popatrzyć, jak chłopcy łowią ryby na piątek. Posiedziałem sobie chwilę na ławce. Co teraz za praca w domu? Goście nie przyjeżdżają, sami jesteśmy, to i nie ma się przy kim krzątać.
- Pan Starewicz ma o nas bardzo dokładne informację. - Nina odłożyła na talerzyk połowę nie zjedzonego pączka i spojrzała wymownie na kamerdynera.
- Słyszałem. - w jego starczych oczach zamigotała iskra gniewu.
- Ale kto jest jego informatorem? Gdzie może być ten donosiciel? Koniecznie musimy go zdemaskować, bo nam zagraża. Przez niego mogę zostać aresztowana.
Walenty.
- Nie daj Panie Boże! - staruszek zastanowił się, a potem oznajmił stanowczo: - W naszym domu nie ma szpiclów. Tutaj wszyscy wyrośli na moich oczach. Znam każdego i wiem, że są uczciwi i oddani państwu. Gdzie im byłoby lepiej? Po innych dworach, jaśnie pani raczy wybaczyć staremu śmiałość, nie zawsze dobrze traktuje się ludzi. Tutaj nikt człowiekiem nie pomiata, każdy usłyszy dobre słowo i tłusto zje. Ludzie są za to państwu wdzięczni.
- Ale ten łotr Starewicz od kogoś usłyszał o chorobie pana hrabiego i o Borutyńskich. Wie o nas prawie wszystko i grozi, że doniesie na mnie do Moskali. - upierała się Nina. - Wierzę, że od naszych ludzi Starewicz się tego nie dowiedział, więc kto go informował?
- Trzeba popytać Grabiszynę w Zameczku. Pan hrabia długo tam leżał.
Nina aż zadławiła się kawą. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że donosiciel może znajdować się właśnie w Zameczku. Co prawda, Aleks leżał tam prawie miesiąc i nikt go nie wydał. Nikt? A od kogo stary Żabiec dowiedział się, że w dworku leży ranny powstaniec?
- Matko Najświętsza! - wykrzyknęła przejęta, porywając się z miejsca.. - Tak, to oczywiste, bo ta sama osoba mogła opowiedzieć o chorym panu Żabcowi, a ten stary szatan naprowadził dragonów. Trzeba się szybko dowiedzieć, czy ktoś ze służby ma może krewnych w Lipieńcu. Bo Starewicz był tam ostatnio. O, dziękuję Walentemu, bo ja bym na tę myśl nie wpadła. Niech Maciek zaraz jedzie do Zameczku i popyta Grabiszynę. Co on robi?
- A siedzi u pana Bochniaka i uczy się gospodarować folwarkiem. Gwałtem chce wyjść na pana. - mruknął Walenty, niby to złośliwie, ale uśmiechał się pod nosem, bo lubił rezolutnego chłopaka i dobrze mu życzył.
- Bardzo wiele mu zawdzięczam. Uratował życie mnie i dziecku. Niech zaraz przyjdzie do buduaru.
- Poślę po niego Pawła, niech się nicpoń rozrusza, bo straszny leń! - zdecydował Walenty i podreptał na korytarz wołając: - Paweł, gdzie się podziewasz, niecnoto? Oj, nigdy go nie ma, jak się go woła! - zrzędził półgłosem.
Nina usiadła przy sekretarzyku i obwiniając się w duchu za zaniedbanie tak ważnej sprawy, otworzyła piękny, złocony buvard1 i napisała do Grabiczyny liścik, dając jej dokładne instrukcje. Przez szeroko otwarte drzwi na taras, dochodziły do jej uszu piski i okrzyki dzieci, bawiących się na trawniku przed pałacem.
"Oho! - pomyślała wstając i zamykając drzwi - Pupile Miruni zabawiają się w chowanego. Muszę ją poprosić, żeby zabierała swoją trzódkę trochę dalej, bo ogłuchnę. Ależ wrzeszczą! No nie, ja muszę mieć w domu spokój. Park jest dostatecznie duży i mogą sobie znaleźć inne miejsce do zabawy." Ze złością zatrzasnęła buvard i dokończyła jeść zapomnianego pączka.
Maciek dowiedziawszy się o co chodzi, wziął list i oznajmił, że po drodze wpadnie także do Lipieńca i popyta pana Marcinkiewicza, czy Starewicz rozmawiał z kimś, kto służy w Zameczku. Tymczasem Nina postanowiła po obiedzie wziąć bryczkę i pojechać do Bodzentyna po zakupy. Zamierzała zabrać z sobą pannę Lutównę i przypomnieć sobie, jak się po angielsku powozi four in hand, 2czego uczył ją świętej pamięci koniuszy Kacper. To będzie bardzo przyjemna przejażdżka, myślała. Ale przede wszystkim należało się przebrać, bo ciągle jeszcze miała na sobie amazonkę. Zadzwoniła na pokojówkę.
- To jaśnie pani hrabina już wróciła? - zdziwiła się Ulisia, wchodząc do pokoju. - A ja tak czekam na jaśnie panią. Mogę coś powiedzieć?
- Naturalnie, mów. Ale najpierw przygotuj mi kostium spacerowy. Co nowego?
- Bo proszę jaśnie pani hrabiny. - rozszczebiotała się Ulisia, pomagając zdjąć amazonkę i szukając w garderobie kostiumu. - Był tu chłopak od pana leśniczego z Gliszczysk i powiedział, że młody pan Orlewicz ma dla jaśnie pani list. Będzie czekał około dziesiątej koło kaplicy. Może wie także coś o moim Antku? - spojrzała na Ninę z nadzieją.
Antek był jej chłopcem i służył w partii od samego początku. Miał szczęście, bo jak dotąd nigdy nie był ranny. Dziewczyna zupełnie się załamała, gdy powiedziano, że w bitwie pod Słupią poległ jej brat i narzeczony. Potem jednak okazało się, że obaj żyją i dzięki serdeczności swojej pani, dziewczyna odzyskała równowagę.
- Pan Orlewicz przybywa z Galicji, tam Antka nie było. Razem z twoim bratem powędrował gdzieś z kapitanem Soszkiewiczem.
Nina momentalnie zrezygnowała z wyjazdu do miasteczka i resztę dnia spędziła w domu. Czas dłużył się jej beznadziejnie, a wieczór wcale nie chciał nadejść. Żeby skrócić czas oczekiwania, wymyślała sobie jakieś zajęcia, ale do czego się wzięła, wszystko ją nudziło i denerwowało. Obawiała się, że Orlewicz przywiezie jej złe nowiny. Kto wie, czy Aleks nie został aresztowany lub, co nie daj Panie Jezu, nie żyje? Na tę okropną myśl zadrżała, prędko się przeżegnała i zmówiła krótki pacierz, błagając Boga o zmiłowanie. Przy kolacji śledziła wzrokiem wskazówki zegara, lecz do dziesiątej było jeszcze daleko.
- Nino, może zagramy coś na cztery ręce? - zaproponowała panna Lutówna, chcąc oderwać jej myśli od trosk.
Usiadły przy fortepianie, ale palce Niny nie trafiały w klawisze i tak fałszowała, że Mira zatkała sobie uszy i popatrzyła na nią ze zdumieniem.
- Dlaczego tak błędnie grasz?
- Ach nie! To na nic, nie potrafię się skupić. - Nina wstała od instrumentu i narzuciła na ramiona ciepły szal.- Pójdę się przejść po parku. Zanim Orlewicz przyjedzie, chyba umrę z niepokoju.
- A ja jestem przekonana, że usłyszysz same dobre nowiny.
- Miruniu, w tych ponurych czasach trudno o dobre nowiny.
Gwizdnęła na Grota i wyszła z domu. Pies wyprzedził ją biegnąc w podskokach, lecz zaraz zawrócił i zaczął się łasić. Nina pogłaskała go czule, a on pobiegł naprzód strasząc szczekaniem sarny. Nina szła wolno ścieżką wzdłuż pałacu, patrząc w jasno oświetlone okna malinowego salonu. Dobiegały stamtąd dźwięki fortepianu i głos Miry, śpiewającej smutną piosenkę:
                            Wysoko pod niebem żurawie leciały.
                            Wysoko leciały, a lecąc śpiewały.
                            Polami, lasami wojacy szli w tłumach.
                            Bez pieśni, bez grania, w milczących szli dumach.
                            Ich dumy posępne, ich lica w kurzawie,
                            A dokąd wojacy? - pytają żurawie.
Jej tęskny śpiew tak rozstroił Ninę, że miała ochotę głośno się rozpłakać.
- Przestań! Och, przestań! - krzyknęła histerycznie i zatkała sobie uszy.
Mira natychmiast zamilkła i zaniepokojona wybiegła na taras, lecz Nina zawstydzona swoim wybuchem, uniosła suknię i pośpiesznie skryła się w gęstwinie wielkiej alei lipowej. Długo potem przechadzała się nad stawem, płosząc zasypiające ptaki. W mroku zakwakała przerażona kaczka i plusnęła w wodę. Nina przypomniała sobie, jak często spacerowała tutaj z Jasiem, braciszkiem najmilszym, opowiadając mu o swoich troskach i zawsze znajdując u niego pocieszenie. Odszedł tak nagle, że nawet nie mogła wyprawić mu godnego pogrzebu. Nad jego trumną nikt nie złamał tarczy herbowej na znak, iż wygasł po mieczu ród Borutyńskich. 
Tak bardzo chciała uczcić go odpowiednim epitafium w sarnickim kościele, ale nie mogła ze zrozumiałych względów. Jaś był powstańcem, wyjętym spod prawa i pamięć o nim powinna zaginąć. Przypuszczalnie dochodziła dziesiąta, więc skierowała się w stronę kaplicy i usiadła przed posągiem Apolla, bo od chodzenia rozbolały ją nogi. Za nią przybiegł Grot i położył się przy jej stopach, ogrzewając je swoim ciałem. Pochyliła się i położyła mu rękę na głowie. Pies był jej wiernym przyjacielem i rzadko się rozstawali. Nawet w nocy sypiał koło jej łóżka, na poduszce uszytej specjalnie dla niego. Po aresztowaniu Emilki, trochę go zaniedbała, jeżdżąc do Radomia i Warszawy. Seter tęsknił za nią i teraz jej pilnował, chodząc za swoją panią krok w krok. Niekiedy Nina zdumiewała się jego wyczulonym instynktem. Służba opowiadała jej, że przed tragedią w Sarnikach, pies zachowywał się niespokojnie, chodził za Jasiem i skomlił patrząc mu w oczy. Obiecała sobie, nigdy nie lekceważyć jego zachowania.
Siedząc w ciszy nocnej, obserwowała jak Grot leży spokojnie i chyba drzemie. Ale nagle otworzył oczy, wstał i zaczął nadsłuchiwać. Jednak nie warczał i nie przejawiał gniewu, widocznie znał nadchodzącą osobę, bo parę razy machnął ogonem. W mroku rozległy się szybkie kroki i do ławki podszedł mężczyzna, ciągnąc za sobą opierającego się i zmęczonego konia.
- Dobry wieczór, panie Orlewicz. Miło mi znowu pana widzieć. - odezwała się Nina wstając .
- Pani hrabina! Proszę wybaczyć, że zakłócam wieczorny spoczynek, ale w pobliżu są Moskale. Wolałem przed zmrokiem nie wychodzić z domu. - dostrzegł w mroku jej wyciągniętą rękę i ją ucałował.
- Ma pan wiadomości o moim mężu? - zapytała, modląc się, żeby nie usłyszeć złej nowiny.
- Proszę się nie obawiać. Pan naczelnik jest bezpieczny i mam od niego list dla pani hrabiny. - uspokoił ją Orlewicz.
- Bogu dzięki! - westchnęła z ulgą. - Zapraszam do domu. Zapewne jest pan zmęczony i chętnie napije się pan dobrej kawy.
- Serdeczne dzięki, lecz mam bardzo mało czasu i zaraz muszę wracać. - odrzekł, podając jej białą kopertę.
- W takim razie wejdźmy do kaplicy. Chcę przeczytać list. - otworzyła ciężkie drzwi kluczem wziętym na wszelki wypadek, i pierwsza weszła, zapalając na ołtarzu świece. Wątłe płomyki rozjaśniły część ponurej budowli.
- Pan pozwoli? - przysunęła sobie świeczkę i szybko przebiegła wzrokiem kartki pokryte eleganckim pismem męża, obiecując sobie zapoznać się z listem dokładniej w domu. - Zaraz. - podniosła głowę i popatrzyła na Orlewicza. - Ja czegoś tu nie rozumiem. To mego męża nie ma w Krakowie?
- Od dawna nie ma. List nadszedł z naszej placówki zagranicznej. Jeżeli pani hrabina zamierza odpisać, to wezmę list z sobą i przez kuriera dotrze do rąk pana naczelnika.
- Mam rozumieć, że mąż przebywa za granicą? - odwróciła się w jego stronę, ogarnięta nagłym gniewem. - No, tego to już za wiele! Na moją głowę walą się nieszczęścia, jedne gorsze od drugich, a ja nawet nie mam do kogo zwrócić się o pomoc. Możliwe, że za kilka dni stracę dom i majątek, a sama znajdę się w więzieniu.
- Jak to się stało? - Orlewicz próbował dostrzec w półcieniu wyraz jej twarzy. - Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć. Może będę mógł pomóc.
- Wie pan o śmierci wujostwa i Jasia? O zesłaniu młodej pani Borutyńskiej i wyjeździe pani Salomei?
- Tak. Panna Lasewiczówna przekazała kurierowi wiadomość o tej tragedii. Ogromnie pani współczuję.
Pokrótce streściła mu rozmowę ze Starewiczem, jego bezczelne żądania i poprosiła o kontakt z policją narodową.
- Jestem żoną dowódcy oddziału powstańczego i władze powstańcze są obowiązane chronić mnie przed szantażystą. Wy panowie, idziecie walczyć z bronią w ręku. Ale my, kobiety, zostajemy w domach, narażone na bezwstydne propozycje takich nędzników, jak Starewicz.
- On się ośmielił?... - wyszeptał Orlewicz zduszonym głosem.
- Nawet bardzo się ośmielił! - zamilkła, a po chwili wybuchnęła z wściekłością. - On doskonale wie, że nikt nie stanie w mojej obronie, więc pozwolił sobie na propozycję, która w uczciwej kobiecie budzi oburzenie i wstręt. Odważył się też próbować na mnie swoich karesów!
- Ja go zabiję!- Orlewicz powiedział to cicho, ale takim tonem, że Ninie po plecach przeleciały ciarki.
Przez jakiś czas nie odzywali się do siebie, dopiero po chwili Nina powiedziała chłodno:
- Jeżeli Starewicz zginie, to ja natychmiast zostanę aresztowana, a majątek ulegnie konfiskacie. Niech mi pan wierzy, że bez wahania sama zabiłabym Starewicza, jak wściekłego psa. Ale wiem, że on dobrze zabezpieczył się przed taką ewentualnością. Trzeba go nastraszyć tak skutecznie, żeby przynajmniej na jakiś czas odczepił się ode mnie.
Orlewicz ochłonął z gniewu i zawstydził się swoich nieprzemyślanych słów.
- Oczywiście, pani hrabina ma całkowitą rację. Ja natychmiast powiadomię kogo trzeba. Proszę się nie martwić, bo nasza policja ma swoje sposoby na takich łotrów. Ale przecież ja mam prezent dla pani od pana naczelnika! - sięgnął do kieszeni i wydobył okrągłe pudełko przewiązane błękitną wstążką - ulubionym kolorem Niny.
Otwarła je z ciekawością i ujrzała leżącą w nim cudowną broszkę w kształcie dużego motyla, siedzącego na liściu kosaćca. Owad wykonany ze złota i drogich kamieni, był tak naturalny, że mogło się wydawać, iż zaraz rozwinie skrzydełka wzbije się w powietrze. Pod broszką była karteczka, na niej jedno zdanie:"W pierwszą rocznicę naszego ślubu, z wyrazami miłości. A."
- Jakie to prześliczne. - wyszeptała zachwycona. W słabym świetle świec klejnot rozbłysnął wszystkimi kolorami tęczy. Napatrzywszy się, schowała pudełeczko do kieszeni.
Orlewicz wpatrywał się w nią wzrokiem pełnym miłości i tęsknoty.
- Ja również ośmieliłem się przywieźć pani hrabinie skromny prezent z Krakowa. Zaraz przyniosę.
Wyszedł z kaplicy i z przymocowanego do siodła pakunku, wyjął spore pudełko. Wręczył je zaskoczonej Ninie, rumieniąc się jak żak. W pudełku znalazła dużą, piękną lalkę w stroju krakowskim wyszywanym cekinami. To już nie była zabawka, lecz małe dzieło sztuki. Nina uwielbiająca podarunki, ucieszyła się niespodziewanym prezentem jak małe dziecko.
- Lalka jest prześliczna! Posadzę ją na poduszce w moim buduarze. Dziękuję panu. Co prawda, zamężnej kobiecie nie wypada przejmować darów od nie spokrewnionych z nią panów, ale ja mam tak mało radości w życiu.... Śmieszne, ale lubię się jeszcze bawić lalkami. - zaśmiała się, ale głos jej się załamał.- Mój mąż nie wie o nieszczęściu, jakie nas spotkało? Panie Orlewicz, proszę mi zdradzić, gdzie on przebywa?
- Pan naczelnik już dosyć dawno wyjechał z Krakowa i z pewnością ta tragiczna wiadomość jeszcze do niego nie dotarła. - odpowiedział wymijająco. - To będzie dla niego ciężkie przeżycie, jak i dla nas, bo wszyscy kochaliśmy Jasia. To był najlepszy człowiek, jakiego znałem. Śmierć pastwa Borutyńskich, także bardzo nami wstrząsnęła. Tak nagle odeszli, lecz śmierć mieli godną. Mówię nami, bo to braciszek Benon powiadomił w Krakowie mnie i państwa Siekielskich oraz Jabłockich. - ściszył głos i potrząsnął głową. - Powiem pani hrabinie w zaufaniu, że obawialiśmy się o życie pana Tadeusza. Gdy dowiedział się o śmierci Jasia, załamał się zupełnie i pani Zofia nie odstępowała go ani na moment w obawie, że może sobie zrobić coś złego. Prawdziwy cud boski, że zdołała pani znieść tyle ciężkich ciosów.
- Jak się czuje Tadeusz? - pośpiesznie zmieniła temat.
- Lepiej, nawet nie dali mi żadnego listu, bo wracają do domu. - wyjął z kieszeni zegarek i rzucił okiem na tarczę. - O, już po jedenastej! Mam niewiele czasu, a chcę jeszcze zdać raporty i przekazać komu trzeba, skargę na Starewicza. Proszę napisać list do męża i włożyć go pod stopę tego posągu przed kaplicą. Przyjadę o świcie i go zabiorę.
- Dziękuję panu serdecznie. Ale co mam zrobić, jeżeli Starewicz ponownie pojawi się w Makowie?
- Niestety, nie wolno mi ujawniać niczyich nazwisk, choćby nawet szło o życie. W razie zagrożenia, proszę dać list pannie Lasewiczównie lub staremu Gulakowi z Sarnik, a on przekaże go dalej. Ale uprzedzam, wtedy Starewicz zginie!
Wyszedł z kaplicy i chciał już dosiąść konia, ale Nina go zatrzymała.
- Panie Orlewicz, nie odpowiedział pan na moje pytanie. Gdzie jest mój mąż?
- W zasadzie obowiązuje mnie tajemnica, lecz pani powiem. Jest w Paryżu! - odparł szeptem i wskoczywszy na siodło odjechał, pozostawiając ją skamieniałą ze zdumienia.
Powróciła do domu, trzęsąc się cała z miotającej nią szewskiej pasji. Nie zdążyła się jeszcze rozebrać, gdy rozległo się delikatne pukanie i do sypialni wsunęła się Jaga.
- I co, kotku? Miałaś jakąś wiadomość od pana? - spytała, patrząc na Ninę z niepokojem. - Co ci powiedział pan Orlewicz?
- Powiedział, że mój małżonek jest zdrowy, bezpieczny i doskonale się miewa. A przebywa nie byle gdzie, bo w Paryżu! Miasteczko w sam raz odpowiednie do konspiracji, prawda?
Jaga szeroko otworzyła oczy.
- W Paryżu? Dziecinko, pan pewnie musiał tam jechać. - Jaga nieśmiało próbowała stanąć w obronie hrabiego.
- Nianiu, ja nie jestem już dzieckiem i wiem, że polityce nie poświęca się całego dnia. Wyobraź sobie, że to Paryż! Piękne kobiety, opera, wyścigi, kabarety nocne, wino i szalona rozpusta. Kiedyś on bardzo lubił takie życie. Miał kochanki i obsypywał je brylantami. A ja?... Czy mnie się już nic od życia nie należy? Mam tylko w pokorze znosić nieszczęścia, jakie na mnie spadają? Wybrał sobie miejsce do konspiracji, w salonie jakiejś wymalowanej wydry. A ja użeram się tu ze Starewiczem, niech go piekło pochłonie! - wrzasnęła z wściekłością i walnęła pięścią w stolik.
Paryż w XIX w. gmach Opery.
- Uspokój się, dziecko. Masz tyle zmartwień i powinnaś dziękować Bogu, że chociaż mąż jest bezpieczny. - niania drżącą ręką pogładziła ją po głowie. - Jak pan hrabia wróci, to sobie z nim porozmawiasz. Ale nie sądź go pod wpływem złości. Pomyśl tylko, ile mu zawdzięczasz.
- A on mnie zawdzięcza życie! Ja wszystko zawdzięczam tobie! Bo to ty mnie wychowałaś, bez ciebie nie przeżyłabym nawet dnia.
- Nie wiem, czy potrafiłam sprostać swoim obowiązkom. Ale wiem, że pragnę jedynie twojego szczęścia. - niania przytuliła ją do piersi. - Z Bogiem, dziecinko, śpij spokojnie.
- Dobranoc, moja kochana mamuniu.
Ochłonąwszy z pierwszej pasji, Nina zasiadła przy stoliku i ponownie uważnie przeczytała list męża. Był bardzo długi i serdeczny. Pisał, że musiał wyjechać na pewien czas z kraju i nie wie, kiedy wróci. Zapewniał, że czuje się znakomicie, a jedyną jego troską jest obawa o jej bezpieczeństwo. Przeczytała list dwa razy, bardzo dokładnie i odniosła wrażenie, że Aleks tak jest zaabsorbowany jakąś ważną sprawą, że nie umiał skupić się i przelać na papier swoich myśli. Złożyła list z uczuciem głębokiej przykrości. Pomimo czułych słów, z zapisanych kartek wiał chłód. Pamiętała jego dawniejsze listy, krótkie kartki zalepione chlebem, prosto z obozu lub niemal z pola bitwy. Pełne były namiętnych uniesień i zmysłowej miłości, jakiej ona zawsze pragnęła. Tymczasem ostatni list, zapisany gęsto jego wytwornym pismem, utrzymany był w przyjacielskim tonie, jakby ich małżeństwo trwało lata i czas wzajemnej fascynacji mieli dawno za sobą. Przez chwilę mięła list w dłoni, mając ochotę cisnąć go do kominka i spalić, ale opamiętała się i złożywszy go starannie, dotknęła kartek ustami i schowała go do hebanowej szkatułki, w której przechowywała całą jego korespondencję przewiązaną czerwoną wstążeczką, oraz zasuszony kwiat bzu z pierwszego balu sylwestrowego.
Weszła do buduaru i zapaliwszy drugą lampę na sekretarzyku, usiadła i w ciszy nocnej zaczęła pisać list. Opisała dokładnie aresztowanie Emilki, audiencję u Uszakowa, odwiedziny w Cytadeli, a potem potworną śmierć Jasia i wujostwa Borutyńskich. Wracając do tych tragicznych wspomnień, nie potrafiła powstrzymać łez spływających po policzkach i spadających na kartki papieru. Napisała mu o postanowieniu pani Salomei i okrutnej deportacji Emilki. Nie próbowała powstrzymać płaczu. Aleks powinien wiedzieć, co wycierpiała. Celowo rozpisała się obszernie o szantażu Starewicza uskarżając się, że siłą ją całował, a nawet próbował posiąść proponując, by została jego kochanką! Uśmiechnęła się złośliwie, wyobrażając sobie wybuch wściekłości męża, bo zawsze był o nią zazdrosny. Ulżyło jej trochę na sercu gdy pomyślała, że tym listem zatruje mu przyjemny pobyt w Paryżu!
Leżąc już w łóżku nie mogła zasnąć, bo miała wrażenie, że ze strony męża spotkał ją bolesny zawód. Raz jeszcze uświadomiła sobie, że on nigdy nie należał do niej, tylko ona do niego. Potrafił się kontrolować nawet w momentach najgorętszych zbliżeń i pomimo deklaracji miłosnych, nigdy nie oddawał się całkowicie. Przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Nie zamierzała się z tym godzić uważając, że wartość prawdziwej miłości polega na tym, aby się nią z nikim i z niczym nie dzielić.
Czuła się pokrzywdzona i w pewnym sensie nią była. Pierwsze namiętne uczucie Aleksa należało do innej kobiety. Kochał Paulę tak gorąco, że na równie mocną, jak ta pierwsza miłość, już nie potrafił się zdobyć. Nie wierzyła mu, że znienawidził żonę natychmiast po ślubie. Z pewnością jej wulgarne zachowanie, obrzydliwy nałogi i świadomość, że prostytuowała się z kim popadło, były dla niego straszliwym przeżyciem. Ale nawet odkrycie, kim naprawdę była poślubiona kobieta, nie mogło przecież natychmiast zabić tak wielkiej miłości. Paula była piękna, a on jej pożądał. Nie zaprzeczył, gdy Nina zarzuciła mu, że już przed ślubem byli kochankami. Tak być musiało, ponieważ Paula zdumiewająco dużo wiedziała o jego temperamencie i zawsze z uznaniem wyrażała się o nim, jako o mężczyźnie. Na wspomnienie własnego ślubu, z piersi Niny wydarło się ciężkie westchnienie. Był taki cichy i skromny, bez druhen, hucznego wesela i balu. Ale taki ślub Aleks już brał - z Paulą! Razem szli przez cerkiew błyszczącą od złota i jarzących się świeczników, obok siejących blask ikonostasów. Pop w złocistej riasie3 trzymał nad ich głowami korony, a pod wysokie stropy świątyni, wznosiły się wspaniałe chóry cerkiewne. Samo wesele zakończył wielki bal. Nina wiedziała o tym, ponieważ Paula nie omieszkała się jej pochwalić. Aleks nigdy o swoim ślubie nie wspominał. Miała niemiłe odczucie, że oszacowano ją niżej od Pauli.
Potem wybuch powstania wydarł jej męża z ramion, a na nią zaczęły spadać nieszczęścia. Nie poddawała się słabości, starając się wszystkiemu zaradzić. Kochała męża, wielbiła ziemię po której stąpał. W zamian jednak, musiała być pewna jego miłości, bo w przeciwnym razie mogło jej zabraknąć siły i woli do walki z przeciwnościami losu. Usiadła na łóżku i wyjęła ze stoliczka nocnego otrzymaną w prezencie broszkę. Obejrzała ją, wzruszyła ramionami i obojętnie schowała klejnot do pudełka. Już jej nie cieszył. Przed samym zaśnięciem zadała sobie pytanie, czy Starewicz znowu zacznie się jej narzucać, kiedy ponownie złoży jej wizytę? A może zdecydował się jednak zawiadomić władze i zamiast niego, przybędą żandarmi? Niczego nie obawiała się tak panicznie, jak zamknięcia w ciasnej celi więziennej, z dala od niani, domu, gór i lasów – wszystkiego, co tak ogromnie kochała. Lepsza od tego byłaby szybka śmierć!
 
1Buvard - ozdobna teczka do korespondencji.
2Powozić czwórką koni w lejc.
3Bogaty,ceremonialny ubiór duchownych prawosławnych.