piątek, 12 sierpnia 2016

Chwile radości, ale i troska o przyszłość.


12 sierpnia 2016 r.
Pewnego dnia, Nina przyjechała do Sarnik i z trudem wysiedziała obowiązkową godzinę, wysłuchując na przemian żalów ciotki, uskarżającej się na okrucieństwo Prusaków, uparcie odmawiających Bini zezwolenia na wyjazd do rodziny, i na odmianę wrzasków i przekleństw wuja Ksawerego. Przypomniały się jej czasy, kiedy sama bywała ofiarą jego ataków wściekłości. Co prawda, obecnie wuj okazywał jej szacunek i serdeczność, lecz pamięć o tamtych czasach pozostała w jej wspomnieniach, wiecznie żywa i przykra. Znudzona i rozdrażniona zaczęła się żegnać, mimo iż ciotka Maria chciała ją zatrzymać na obiedzie. Ale ona odmówiła, tłumacząc się chorobą męża.
Wracała wolno topolową aleją, nie mogąc odżałować, że Binia nie przyjedzie w tym roku do Sarnik. Po drodze wstąpiła na plebanię i od księdza dowiedziała się, że braciszek Benon już zakupił broń w Krakowie i niedługo przybędzie z transportem do leśnego obozu. To była naprawdę pomyślna wiadomość, bo Aleks martwił się o braciszka i niecierpliwił. Zadowolona wsiadła na Mignon, ogryzającą z nudów żywopłot i jechała stępa wzdłuż muru cmentarnego, mijając po drodze starego dziada. Siedział pod murem, mając słomiany kapelusz nasunięty mocno na oczy. Spojrzała na niego przelotnie i odniosła wrażenie, że już go kiedyś widziała. Ale na razie nie mogła sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach to się wydarzyło. Potrząsnęła głową i cmoknęła ostrzegawczo na klaczkę, mającą ochotę sobie pobrykać. Jechała polną drogą, pomiędzy łanami dojrzewających zbóż. Nad zielonymi miedzami unosiły się roje pszczół, pracowicie zbierających nektar z polnych kwiatów i ziół. Nie było wiatru i z bezchmurnego nieba prażyło jaskrawe słońce. Nina spociła się w wełnianej amazonce i zdjęła z głowy kapelusz, chłodząc nim wilgotną twarz. Odsunęła od siebie wszystkie przykre myśli, rozkoszując się samotnością i obcowaniem z naturą. Spod kopyt klaczy uciekały przepiórki, kuropatwy i bażanty, czasami śmignął zając.
Nareszcie mogła być spokojna o zdrowie męża. Aleks stanowczo czuł się lepiej, rany goiły się szybko, a krwotoki ustały. Miał znakomity apetyt i wyglądał o wiele korzystniej. Próbował nawet podnosić się z łóżka, ale był jeszcze za słaby, aby utrzymać się na nogach. Obserwowała z niepokojem jego uparte próby usamodzielnienia się, przeczuwając, że rychło znowu go straci. Próbowała jeszcze łagodnie przekonywać go, aby wyraził zgodę na kurację we Włoszech obiecując, że po całkowitym wyzdrowieniu powrócą do kraju. Ale on kręcił przecząco głową, albo zacinał się w gniewnym milczeniu, udając głuchego. Błagała go o wybaczenie, całując po rękach i przysięgając, że więcej nie powróci do tego tematu. Potem zaczynała rozmowę o jakichś błahych, nieważnych sprawach, żeby tylko go udobruchać.
Starała się cieszyć dniem dzisiejszym, obawiając się wybiegać myślą w przyszłość. Bezgranicznie wdzięczna Bogu za ocalenie męża, wymyślała choremu jakieś drobne przyjemności. Sama przygotowywała potrawę na jaką miał ochotę, albo zapraszała z Brzezińca Zosię z synkiem, którego Aleks bardzo lubił i bawił się z chłopczykiem godzinami. Zdarzało się niekiedy, że Mira i Emilka jednocześnie wracały z kurierskich podróży, i zabawiały go opowiadaniem o swoich przygodach, lub snuły marzenia o przyszłości, gdy kraj odzyska wolność.
Te letnie wieczory przy świetle lampy naftowej, Nina zapamiętała do końca życia. Przez szeroko otwarte okna, płynął do pokoju zapach ziół, żywicy i igieł sosnowych z pobliskiego lasu, a z ciemności wpadały do światła włochate ćmy i krążyły wokół lampy. Panie zajęte były szyciem odzieży dla powstańców, tylko Grabiszyna łuskała strąki fasoli. Na dywaniku przy łóżku leżał Grot i spał posapując przez sen. Z kąta pokoju Walenty przysłuchiwał się rozmowie państwa, gotów natychmiast ją przerwać, gdyby pan poczuł się zmęczony. Światło lampy padało na kremowe firanki na oknach i śnieżnej białości pościel na łóżku.
A. Grottger. Kometa
 Nina westchnęła i otrząsnęła się ze wspomnień, bo Mignon szarpnęła głową. Poklepała szyję spoconej klaczki i popędziła ją cuglami. Mignon odwróciła głowę i łypnęła na nią ciemnym, złym okiem, jakby chciała powiedzieć:"A może byśmy się zamieniły miejscami?" Nina zrozumiała wymowne spojrzenie ulubienicy i parsknęła śmiechem. Pogładziła grzywę klaczy i podała jej na osłodę kostkę cukru. Mignon zatańczyła w miejscu i niespodziewanie porwała się do szaleńczego galopu, przesadzając rowy i strumyki. Nina wcale jej nie wstrzymywała, upajając się pędem. Pochylona nad karkiem klaczy, szeptała jej do ucha najczulsze słowa zachęty.
Jaga drylująca na ganku czereśnie na placek, najpierw usłyszała regularny galop konia, a potem spomiędzy drzew wypadła klacz z rozwianą grzywą. Siedząca na niej Nina, ponaglała ją jeszcze głośnymi okrzykami. Mignon płynnym ruchem uniosła się nad ogrodzeniem i opadła po drugiej stronie, miękko jak piórko.
- Maryjo święta! - wrzasnęła Jaga,zasłaniając sobie oczy. - Nina, zabijesz się!
Ale ona zeskoczyła lekko z siodła i śmiejąc się, objęła szyję klaczki, całując jej mięciutkie chrapy. Gładziła i poklepywała zwierzę, dziękując za wspaniały skok.
- Moja wspaniała, moja cudna konisia! - szeptała, pieszczotliwie gładząc pysk Mignon.
Z pobliskiej jabłonki zerwała kilka papierówek i podała klaczy, wynagradzając ją za wysiłek. Mignon pochłonęła owoce w mgnieniu oka i rewanżując się, skubnęła swoją panią po głowie i liznęła w policzek. Z dworku wypadł Grot i zaczął obskakiwać Ninę, szczekając radośnie.
- Ja ci mówię, że kiedyś przez ciebie umrę! - prorokowała Jaga ponuro. - Tyle lat uczyłam ciebie, że dama nie powinna tak się zachowywać. Owszem, można jeździć konno, to należy do dobrego tonu, ale z wdziękiem i powagą. A ty, jak ten kozak, prawie majtki ci widać spod amazonki.
- W takim razie zgodzisz się ze mną, że do jazdy konnej odpowiedniejsze są spodnie! zauważyła Nina złośliwie.

Jaga wzniosła oczy ku niebu.
- Nina, jesteś panią hrabiną, nie dragonem! - oświadczyła zgorszona.
- Jak Alek się czuje? - Nina pochyliła się nad miską i zaczerpnęła z niej pełną garść czereśni, pakując je do ust.
- Pan dobrze się czuje, właśnie go Walenty goli. Kilka razy pan pytał o ciebie. Ale zanim wejdziesz do sypialni, bądź łaskawa i przełknij te jagody. Nie, nie bierz więcej, bo nie wystarczy na placek.
- Żałujesz mi czereśni? Wielka rzecz, jak zabraknie, wezmę drabinę i narwę ich, ile będzie trzeba. Zamierzacie robić z nich konfitury?
- Uhm.- mruknęła Jaga i się naburmuszyła.- Pani hrabina ma zamiar łazić po drabinie? Doprawdy, budujący widok!- stwierdziła z przekąsem. - Nina, odpędź te psy, bo można ogłuchnąć. 
Jej uwaga dotyczyła okropnego hałasu, jaki podniosły dworskie brytany, przyłączając się do szczekającego Grota. Razem narobiły takiego harmideru, aż uszy puchły. Z dworku wypadła Grabiszyna ze ścierką, a za nią dziewczyna kuchenna z miotłą. Chciały przepędzić psy, lecz one figlarnie chowały się za Ninę, a potem wyskakiwały rozbawione szczekając jeszcze głośniej.
- Cicho, kundle!- Nina tupnęła nogą.- Grot, marsz do domu, ale już! Nianiu, jestem wściekle głodna. Idę do Alka, a ty, każ mi przygotować coś do zjedzenia.
Mówiąc to, z wprawą ulicznika, splunęła pestkami z przeżutych owoców.
- Niedługo będzie obiad. Sądzę, że do tego czasu nie umrzesz z głodu! - zemściła się Jaga i pochwyciwszy miskę z czereśniami, podreptała do kuchni.
Nina wzruszyła ramionami i pogwizdując poszła odwiedzić męża. Aleks siedział na łóżku, a Walenty z uroczystym ceremoniałem golił go, namydliwszy mu całą twarz białą, pachnącą pianą. Z pokrytej pianą twarzy, wyjrzały ku niej bursztynowe oczy. Uchyliwszy się przed brzytwą, Aleks powitał ją pytaniem:
- Witaj, promyczku, jakże Ksaweremu?
- Nieco lepiej.- powiedziała, rzucając kapelusz i rękawice na lśniącą mahoniową komodę.- Niestety, wuj sam sobie szkodzi, zadręczając się chorobą. Biedna ciocia ma przy nim zajęcie przez cały dzień.
- Tak jak ty przy mnie. - uśmiechnął się przekornie.
- Nieprawda, bo ty jesteś bardzo cierpliwym pacjentem. Za to powiem ci dobrą nowinę. Braciszek już załatwił sprawę w Krakowie i niedługo wraca. Proboszcz mi powiedział.
Aleks poruszył się podniecony, a w jego oczach rozbłysła radość. Walenty znowu musiał przerwać golenie czekając, aż pan hrabia da mu znak. Jak przystało na dobrze wychowanego kamerdynera udawał, że nie ma go w pokoju.
- Brawo. Muszę powiedzieć Jasiowi, żeby przydzielił mu eskortę w drodze powrotnej. Czekam, aż z Galicji wrócą Siekielski i Soszkiewicz, bo biedny doktorek ma za dużo obowiązków.
- Posłuchaj tylko, czym mnie proboszcz uraczył!- rzekła Nina, wyjmując z szafki buteleczkę z lekarstwem i przyrządzając miksturę.- Za pieniądze pana hrabiego Branickiego i ze składek, zakupiono w Anglii szkuner "Ward Jackson", załadowano go bronią i amunicją, nawet armatami! Statek miał popłynąć do któregoś z portów litewskich i wspomóc tam powstanie, którym dowodzi twój przyjaciel, pan pułkownik Zygmunt Sierakowski. Ale flota wojenna w Rosji już była uprzedzona, bo ktoś zdradził i kiedy"Ward Jackson"wpłynął do portu szwedzkiego w Malmö, władze szwedzkie zasekwestrowały ładunek i internowały załogę. Pan Sierakowski nie doczeka się broni.- mówiła to z nieśmiałą nadzieją, że Aleks w końcu zniechęci się do walki i do powstania nie wróci.
Współczesny szkuner.
 Doskonale zrozumiał jej intencję, bo uśmiechnął się trochę krzywo kącikiem warg, gdyż Walenty właśnie golił mu brodę.
- Może braciszek będzie miał więcej szczęścia niż "Ward Jackson".Walenty, długo jeszcze tej męczarni?
Kamerdyner pośpiesznie dokończył golenia, umył pana, wytarł mu twarz ręcznikiem i z satysfakcją przyjrzał się swemu dziełu.
- Ośmielam się zauważyć, że golenie trwało dłużej, bo jaśnie pan hrabia był okropnie zarośnięty. Ale teraz to jaśnie pan pięknie wygląda!- pochwalił, sprzątając ze stoliczka miseczkę z wodą, kosztowną brzytwę oprawioną w kość słoniową i pędzel z bobrowego włosia.
- Doprawdy? Nie spodziewałem się usłyszeć tak miłego komplementu. Dziękuję.- Aleks z powagą obejrzał się w lusterku. - Hm, a tobie się podobam, promyczku?
- Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejszym mężczyzną na świecie.
- Bo nie masz innego wyboru, biedactwo. Wzięłaś sobie starego dziada....
- Alek! - wytargała go za mokre jeszcze włosy i pocałowała w wilgotny, chłodny policzek. - Ani słowa więcej, bo nie dostaniesz placka z czereśniami! - położyła mu paluszek na ustach, a on go ucałował.
- E, co też jaśnie pan hrabia mówi!- obruszył się Walenty.- Toć to najpiękniejszy wiek dla mężczyzny.
- No, jeśli oboje tak twierdzicie, to ja się nie upieram.- zgodził się Aleks potulnie. - Niech Walenty poszuka mi tej kremowej koszuli kupionej w Paryżu i wyjmie mój szlafrok. Jutro spróbuję wstać.
- Absolutnie się na to nie zgadzam. Jesteś jeszcze za słaby. - sprzeciwiła się Nina.
- Jutro wstanę!- oświadczył tak twardym, zdecydowanym tonem, że zamilkła. Walenty wtulił głowę w ramiona i wymieniwszy z nią spojrzenie pełne dezaprobaty, na palcach wyniósł się z sypialni.
Nina usiadła na brzegu łóżka i poprawiła poduszki.
- Mówiła mi ciocia, że Binia nie dostała pozwolenia na przyjazd do Sarnik. A tak się cieszyłam, że przyjedzie z dziećmi i nareszcie zobaczysz małą.
- Może lepiej się stało, że nie przyjedzie. Oboje dobrze wiemy jak się powstanie zakończy. Niechże przynajmniej to dziecko będzie bezpieczne. Byłbym bardzo zadowolony, żebyś i ty została za granicą.
Pochyliła się nad nim tak nisko, że w jego źrenicach widziała swoje maleńkie odbicie.
- O, mnie się tak łatwo nie pozbędziesz!
- Wiedziałem, że tak powiesz, pani hrabino. - westchnął.
- Nie, Alku. Jestem sobie prostą, niewykształconą dziewczyną i nie nadaję się na wielką damę. Tylko kocham ciebie tak mocno, jak nikt inny.
- Nie mów tak, Nino. Jesteś czymś o wiele lepszym od salonowej damy, bo ty masz wielkie, bohaterskie serce – powiedział, tuląc ją do siebie.
Jaś zbadawszy go wieczorem, był bardzo zadowolony ze stanu swojego pacjenta.
- No, wodzu, - powiedział, ostukawszy Aleksa - jeszcze odrobinę cierpliwości, a będziesz zdrów jak rybka.
- Nie chwal go tak, bo on grymasi i nie chce jeść! - oświadczyła Nina oskarżycielskim tonem, stojąc przy łóżku z chmurną miną.
- Bo nie lubię białego mięsa. Czy koniecznie musicie karmić mnie kurami?- bronił się Aleks.
- Musisz jeść to, co ci każę i wtedy kiedy ci każę!- oświadczyła gniewnie.- Nie tylko grymasił przy obiedzie, ale jutro chce wstać!
- Nie możesz przez pięć minut zostawić mnie w spokoju? - Aleks gniewnie odepchnął tacę leżącą mu na kolanach.
- Nie! Obiecuję, że jeśli zechcesz wstać, to się pogniewamy!- zagroziła coraz bardziej zdenerwowana.
- Przecież muszę się ruszać. Przez sześć tygodni leżałem jak kłoda!
Nina prychnęła i skierowała się ku drzwiom.
- Może ty, Jasiu, lepiej sobie z nim poradzisz. Ja już nie mam nerwów! - wyszła i trzasnęła drzwiami, aż się wszystko zatrzęsło.
Usiadła na ganku czekając, aż Jaś zakończy badanie i wyjdzie. Gdy się pojawił pociągnęła go za rękę do sadu na rozmowę. Stanęli przy płocie, między rzędami rosnących tam krzaczków czerwonych porzeczek i agrestu. Zerwała kwiat malwy i bezmyślnie go skubała. Był cielisto- różowej barwy, jak najdelikatniejszy atłas sukni balowej. Westchnęła.
- Może mi powiesz, jak długo jeszcze będziemy wyrzucać fortunę na tę wasza pechową partię? - odezwała się podniesionym głosem sprawdziwszy, że nikt ich nie słyszy.- To naprawdę nie jest zabawne. Obawiam się, że niedługo Rosjanie ponownie dobiorą się wam do skóry i broń, która kosztowała tyle pieniędzy przepadnie. Gdybym te pieniądze rozdała pomiędzy chłopstwo, ogłoszono by mnie świętą! Po jakiego diabła płacimy podatki na ten, pożal się Boże, Rząd Narodowy? Wywołali powstanie, więc ich obowiązkiem jest dostarczenie żołnierzom broni. Jakbym miała mało zmartwień, to jeszcze Alek zamiast się kurować, znowu wybiera się na wojaczkę! Z taką dziurą w płucach!....- jęknęła i oparła głowę na piersi Jasia.- Jezu, żebyś ty widział, w jakim stanie przywiozłam go do Zameczku. Dusił się, dławił krwią, umierał mi na rękach. O, nie daj mi Panie Boże, po raz drugi przeżywać tego koszmaru. A jemu już wojenka głowie!
Jaś przygarnął ją do siebie i gładził niedbale spleciony warkocz. Rozumiał ją lepiej niż inni, lecz nie znajdował rady.
- Siostrzyczko, mamy powstanie... - zaczął, lecz jego słowa wywołały tym gwałtowniejszy wybuch.
- Do diabła z tą przeklętą ruchawką! - wrzasnęła z pasją. - Tylko patrzeć, jak Rosjanie dowiedzą się o was i zwalą się wam na karki ze wszystkich stron. Sprowadzą armaty! Przecież jesteście zupełnie bezbronni wobec ich potęgi. Mam oddać męża na pewną śmierć?
- Ja również uważam, że Aleks powinien się dalej leczyć i nie wracać do oddziału, ale jak wiesz, on jest bardzo uparty.
- Misiu.- pochwyciła Jasia za rękę – Błagam, pogadaj z nim, ty jesteś lekarzem i masz autorytet.
- Mówiłem, nawet posprzeczaliśmy się. Nino, powinnaś lepiej znać swojego męża. On nie zmienia zdania.
Kurczowo splotła obie dłonie i ruszyła przed siebie, a Jaś szedł obok niej, objąwszy ją w talii ramieniem.
- To co mam zrobić? - podniosła na niego oczy pełne rozpaczy. - Przykuć go do łóżka łańcuchem?
- Uspokój się, kotku.- Jaś zmusił się do uśmiechu. - Aleks tak prędko nie wróci do sił, bo jest bardzo osłabiony. Niepotrzebnie się zadręczasz. Masz może inne zmartwienia? Ktoś cię skrzywdził? Powiedz tylko słowo, a porachuję mu kości!
- Zacznij od siebie! Wszyscy jesteście powodem mego zmartwienia. Jak Alek wyzdrowieje, możesz także i jemu sprawić lanie. To przez was wylewamy łzy. To wy sprawiacie nam ból, idąc do walki, bez nadziei na zwycięstwo. Powiedz mi, Jasiu, na co wy jeszcze liczycie? Dlaczego wzgardziliście amnestią, choć była to jedyna szansa na honorowe zakończenie tej masakry? Po co ten bezsensowny rozlew krwi i nowe ofiary? Wywołaliście burzę, a ona was pochłonie!

Stanęła i przyglądała się ponuro Mignon, spokojnie skubiącej trawę.
- Kotku, jestem tylko prostym lekarzem. Nie znam się na polityce. Ale to nie jest ruchawka, lecz walka o istnienie narodu. Demonstrujemy zbrojnie, iż nie godzimy się na zniewolenie. To nieważne, że powstanie przegramy, a może i jeszcze kiedyś następne. Najważniejszy jest rezultat końcowy - zdobycie niepodległości. Dlatego ja wierzę w zwycięstwo i walczę. Kosztem naszej krwi i waszych łez, zmartwychwstanie kiedyś wolna Polska!
Podniosła ku niemu w milczeniu oczy. Przyszło mu na myśl, że te oczy mają dziwny kolor; jak woda w górskim jeziorze, kiedy o zachodzie słońca kładą się na niej cienie.
- Jasiu, czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie będą konsekwencje tego powstania? Boję się nawet myśleć, co nas wówczas czeka. - szepnęła. - Śpiewacie butnie:”Hej bracia w imię Boże, Bóg nam dopomoże!” Ale Bóg dopomaga tylko silnym, a my jesteśmy słabi i osamotnieni w walce.
- Ja także nie mam złudzeń, podobnie jak twój mąż. Ale jestem lekarzem i moim obowiązkiem jest niesienie pomocy potrzebującym. Poza tym składałem przysięgę i jestem żołnierzem!- raz jeszcze objął ją i pocałował.- Wybacz, złotko, ale muszę jeszcze wstąpić do Sarnik, bo wuj Ksawery czuje się gorzej.
Zarzuciła mu ramiona na szyję, szukając u niego pociechy i poczucia bezpieczeństwa.
- Jesteś taki kochany, braciszku. Cieszysz się na dziecko?
- Marzyliśmy o tym z Emilką. Tak, jesteśmy szczęśliwi, a mamusia jest w siódmym niebie i już robi na drutach kaftaniki.
Z uśmiechem spojrzała w stronę domu.
- Widziałam. Posłuchaj, misiu, nie pozwól Emilce narażać się w tym stanie. Ja sobie nigdy nie wybaczę, że tak lekkomyślnie naraziłam się na przedwczesny poród i straciłam synka. Czy prosiłeś ją, żeby zrezygnowała z pracy kurierskiej?
- Nie.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie wierzyła własnym uszom.
- Jasiek, do kroćset! - zaklęła jak stary dragon - Dlaczego nie kazałeś jej pozostać w domu?
- Ponieważ nie mogę jej tego zabronić. Ona również jest powstańcem.
Zgrzytnęła zębami i posłała mu wściekłe spojrzenie.
- Na mózg ci padło? Jeżeli raz jeszcze powiesz coś tak głupiego, musisz się liczyć z bardzo bolesnym dźgnięciem łokciem pod żebro, rozumiesz? - syknęła przez zaciśnięte zęby.
Skinął głową i zaśmiał się.
- Już się boję. Ale zwracam ci uwagę, że twoje zachowanie pozostawia jednak wiele do życzenia. Jak na panią hrabinę jesteś zbyt, hmm, impulsywna.
- To wpływ twoich socjalistycznych broszurek! - odgryzła się złośliwie.
- Skąd czerpiesz tę pewność? Sama mi mówiłaś, że nie czytujesz już bajek. - Jaś uścisnął ją, przeskoczył płot i zniknął pomiędzy drzewami. Postąpiła za nim, lecz usłyszała tylko coraz szybsze kroki kona, a potem Jaś ruszył cwałem.
Wsparła się o płot, nie mając ochoty wracać do domu. Aleks z pewnością spyta, o czym rozmawiali. Pragnęła wyładować się w płaczu, ale jak na złość, nawet płakać jej się nie chciało. "Jezu, co to za ludzie!" - myślała o Jasiu i Emilce, podziwiając ich w duszy i jednocześnie potępiając. Ich postępowanie było dla niej kompletnie niezrozumiałe i całkowicie pozbawione sensu.
- Byłoby najrozsądniej, gdyby ci szaleńcy w Warszawie poddali się bez awantur.- mruczała pod nosem, wracając do dworku.- Lepiej powiesić kilku krzykaczy, niż dopuścić do ruiny kraju i śmierci tysięcy niewinnych ludzi, którzy dali wiarę głoszonym bredniom.
Była w tak złym nastroju, że nawet widok uśmiechniętej twarzy męża, który już zapomniał o sprzeczce, nie poprawił jej humoru. Nie czuła się przy nim swobodnie. Miała ochotę wykrzyczeć i wypłakać całą nagromadzoną w niej złość i rozpacz, mimo iż wiedziała, że to nic nie zmieni. Ale po jakimś czasie serce zabiło jej żywiej, gdy mąż zwrócił ku niej bursztynowe oczy i po prostu patrzył. Zauważywszy jej posępną minę, zatroskany jął się dopytywać, dlaczego jest smutna?
Nie odpowiedziała, tylko przykucnęła przy łóżku i w milczeniu gładziła jego jedwabiste włosy. Drętwiała z trwogi na samą myśl, że wkrótce on po raz kolejny pozostawi ją samą, ze złamanym sercem i nieopisaną tęsknotą. "Boże, nie pozwól, aby mu się stało coś złego! Jezu, miej go w opiece! " - modliła się, tuląc głowę męża do piersi.