czwartek, 25 sierpnia 2016

Cytadela - daremne wysiłki i niepowodzenia.


25 sierpnia 2016 r.
Pan Maciejewski poruszył niebo i ziemię, żeby tylko ulżyć doli córki. Przez tajne kontakty, uzyskał dla niej lżejsze warunki i przeniesienie z ogólnej celi, do więziennego szpitala, bowiem po jednym z przesłuchań Emilka zasłabła. Stosując się do rady Uszakowa, Nina wraz z panią Wandą z Wolskich Umińską, udały się do generała barona Korfa. Po długich targach, naczelnik wojenny stolicy, urzeczony urodą obu dam, wyraził zgodę na widzenie się z aresztantką, ale postawił warunek, że do Cytadeli pójdzie tylko Nina, i w drodze wyjątku pani Salomea.
Cytadela warszawska.
  Pewnego upalnego sierpniowego dnia obie wybrały się do Cytadeli. Twierdza Aleksandrowska była niezdobytą fortecą, prawdziwym miastem, liczącym kilka tysięcy załogi, rzemieślników i pracowników cywilnych. Ten straszliwy twór w samym sercu Warszawy, rządził się własnymi prawami. Posiadał ogromne magazyny, sklepy, piekarnie oraz szpital. Pracowano bez przerwy nad umocnieniem murów i powiększeniem Cytadeli, budując nowe forty, bramy i koszary. Twierdza posiadała istny labirynt bunkrów, bastionów i korytarzy, połączonych wysokimi murami, bronionymi przez baterie nowoczesnych armat, skierowanych lufami w samo centrum stolicy Polski. Na stokach wznosiły się słupy szubienic i tam odbywały się egzekucje więźniów. Obie kobiety w całkowitym milczeniu przeszły głęboką fosę i przez most podeszły do bramy, okazując wartownikowi przepustkę. Ten wezwał żołnierza, który stał się ich przewodnikiem. W dyżurce zrewidowano je, sprawdzając przyniesione paczki.
Potem poszły przez obszerne dziedzińce zamknięte czerwonymi murami, mijając długie piętrowe pawilony koszar i magazynów. Wszędzie stały warty, przechodzili żołnierze i oficerowie, śpiesząc do swoich zajęć. Kilka razy zostały ponownie wylegitymowane. Z więziennych budynków z najgorszej sławy słynął Pawilon X. Tam przebywali szczególnie niebezpieczni przestępcy polityczni. W komisjach śledczych prezydowali wówczas: zruszczony Litwin Tuchołka i Polak pułkownik Rozwadowski. 
Brama straceń Cytadeli.
Wymuszaniem zeznań zajmował się również Polak pułkownik Zdanowski.
W przeznaczonej do tego celu izbie, stał drewniany kozioł. Na nim rozciągano więźnia,przywiązywano go sznurami i bito. Osobna izba służyła do przesłuchiwania kobiet. Przy śledztwie często uczestniczył sam Tuchołka, osobiście katując aresztantów. Po takich przesłuchaniach służba więzienna zmywała ze ścian i podłóg krew, wybite zęby i kał. Komisje śledcze pracowały bardzo energicznie i niemal codziennie ponury warkot werbli oznajmiał, że prowadzą skazańca na stracenie.
Emilka siedziała również w Pawilonie X, lecz gdy zachorowała, przeniesiono ją do więziennego szpitala. Był to budynek równie posępny, jak i cała reszta budzącej grozę twierdzy. Pod zakratowanymi oknami rosło kilka anemicznych drzew. Wpatrując się w okna cel, Nina pomyślała, że w takim miejscu dostałaby obłędu. Dla uwięzionych, twierdza Aleksandrowska była piekłem. Nad jej bramami powinien wisieć napis:" Lasciate ogni speranza voi ch'entrate”1
Pawilon X, dla więźniów politycznych.
Pani Salomea szła jak w transie, potykając się i chwiejąc. Nina podtrzymywała ją, sama ledwie trzymając się na nogach. Przytulone do siebie, podążały za przewodnikiem długimi korytarzami. W ścianach znajdowały się żelazne drzwi szpitalnych cel. Z obrzydzeniem oddychały ciężkim, smrodliwym powietrzem, przesyconym wonią moczu, siarki i karbolu. W pokoju służbowym, raz jeszcze musiały okazać przepustki. Niemłody mężczyzna, obejrzawszy uważnie zezwolenie na widzenie się z więźniarką, ponownie zrewidował przyniesione paczki. Był znudzony, ziewał, a spod przybrudzonego, niegdyś białego fartucha, wystawały mu ciężkie wojskowe buty. Eskortujący żołnierz oddalił się, a dozorca szpitalny powiódł je przez mroczny korytarz. Pani Borutyńska co jakiś czas przystawała, ocierając chusteczką siną twarz zroszoną zimnym potem. Dysząc ciężko szła naprzód, zacisnąwszy mocno zęby.
Emilka leżała sama w maleńkiej celi, z wąskim zakratowanym okienkiem. Początkowo wcale jej nie poznały, bo przepyszne blond włosy miała krótko ścięte, a jej wychudła figura przypominała raczej młodego chłopca. Leżąc na wąskim, twardym łóżku więziennym, apatycznie wpatrywała się w sufit. Na odgłos klucza obracającego się w zamku, uniosła się na łokciu, wpatrując się we wchodzące panie, jak w zjawy z innego świata.
Pani Salomea upadła przy łóżku na kolana, z łkaniem pokrywając pocałunkami twarz i ręce synowej. Z jej ramion Emilka przeszła w objęcia Niny. Tuliły się do siebie, nie mogąc wykrztusić słowa z gardła ściśniętego płaczem. Uściskiem i spojrzeniem dodawały sobie odwagi. Emilka wyraźnie obawiała się podsłuchu, bo niespokojnie zerkała na umieszczony w drzwiach wizjer i przykładała palec do ust. Młoda kobieta patrzyła na obie damy z niedowierzaniem, dotykając końcami palców czystej bielizny, słodyczy, owoców i domowych przysmaków, a nawet książek, jakie łaskawie zezwolono jej dostarczyć.
- Jakim cudem dostałyście się tutaj? - spytała samym ruchem warg.
- Dobre wróżki pomogły. - również szeptem odpowiedziała Nina, dając jej do zrozumienia, że dopomogły panie z Towarzystwa Opieki nad Więźniami Politycznymi. To one uprosiły dowódcę twierdzy, o pozwolenie na paczki i obiecały dalszą pomoc. Całując Emilkę, Nina przycisnęła usta do jej ucha.
Polki w żałobie narodowej.
- Odwagi, najdroższa. Robimy wszystko, żeby cię uwolnić.
Emilka mrugnęła powiekami na znak, że rozumie i dziękuje.
- Janusz wie? - spytała szeptem.
- Pewnie Mira powiedziała mu już o twoim nieszczęściu, moje ukochane dziecko. - rzekła pani Salomea, ściskając jej ręce i patrząc na nią z matczyną miłością. - Jak wyjeżdżałyśmy z Makowa, nie było go w domu i nic nie wiedział.
Emilka objęła obie panie ramionami i przycisnęła je do siebie.
- Cokolwiek się stanie, niech Janusz przyjmie to ze spokojem. Proszę, zabrońcie mu narażać się dla mnie. Powiedzcie, że go kocham i byłam z nim najszczęśliwszą kobietą. Ucałujcie ode mnie wszystkich domowników w Makowie. Boże, ja tak strasznie za wami tęsknię!...- zamilkła i zagryzła usta.- Wiem, że tatuś postarał się, aby przeniesiono mnie z ogólnej celi. Podziękujcie mu za to, a mamusię i siostry ucałujcie. Nino, czas spędzony w twoim domu, był najradośniejszym okresem w moim życiu. Nigdy nie zapomnę twojej dobroci, bo jesteś dla mnie siostrą. Kocham was wszystkich.
Odwiedziny były krótkie. W drzwiach stanął dozorca i oznajmił, że widzenie skończone. Z głośnym szlochem rzuciły się sobie w objęcia.
- Mój skarbie najdroższy, moja męczennico! - pani Salomea zaniosła się płaczem.- Tylko nie trać nadziei. Ze względu na twój stan, władze z pewnością potraktują cię łagodniej.
Emilka posiniała, a jej oczy zdawały się wyskakiwać z orbit, gdy nagłym ruchem usiadła na łóżku i odrzuciła kołdrę. Otworzyła usta i krzyknęła przeraźliwym głosem:
- Nie mam już dziecka! Oni je we mnie zabili! - wskazała na swój płaski brzuch.
Runęła na słomianą poduszkę i z głuchym jękiem waliła w nią głową.
Po powrocie z Cytadeli pani Salomea się rozchorowała. Nina była bezradna, nie wiedząc do kogo powinna się zwrócić i jak ratować Emilkę. Niezawodna pani Wanda Umińska zaaranżowała spotkanie 
Wanda z Wolskich Umińska. Płaskorzeźba grobowa.
z panną Moniką Dymitriew, wnuczką emerytowanego rosyjskiego generała i członkinią naczelnej organizacji "piątek". Nina poprosiła ją o umożliwienie dotarcia do jakiejś ustosunkowanej osobistości, która miałaby wpływ na umorzenie śledztwa, ze względu na stan zdrowia więźniarki, lub choćby tylko złagodzenie wyroku. Takich osób było w Warszawie wiele, lecz Cytadela rządziła się własnymi prawami i bez wiedzy przewodniczącego komisji śledczej, żaden więzień nie mógł opuścić twierdzy. Sędziowie, fanatycznie oddani carowi, niestety byli nieprzekupni.
Pewnej nocy, Nina obudziła się i długo przewracała na niewygodnej kanapce, gdzie sypiała. Mieszkanie państwa Maciejewskich było skromne i niewielkie, a ona przyzwyczaiła się do luksusowych warunków. Gdyby nie fatalny huragan, spałaby teraz w wielkim stylowym łożu, we własnym apartamencie przy Saskim Ogrodzie. Pani Salomea przebywając w Makowie, również wynajęła swoje mieszkanie przy Placu Zamkowym i teraz obie musiały zatrzymać się u rodziców Emilki. Walcząc z bezsennością zastanawiała się, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc. Miała zamiar napisać do samej carowej, błagając o łaskę dla uwięzionej. Ale carowa była Niemką, a po wybuchu powstania znienawidziła wprost Polaków, okazując to bardzo niedwuznacznie. Nina westchnęła i przewróciła się na drugi bok. Wtem przyszła jej do głowy pewna myśl, i aż usiadła na sofce, z mocno bijącym sercem. Nie powinna szukać pomocy u obcych, nieprzychylnych ludzi. To nie miało sensu i kosztowało ją mnóstwo pieniędzy. 
Natomiast należało jak najprędzej zwrócić się do Wielenina i jego prosić o interwencję na dworze carskim. Młody oficer był tam dobrze widziany i miał wpływowego dziadka, jednego z doradców cara. W beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazła, pomoc Wielenina mogłaby okazać się czymś bezcennym. Powinna pomyśleć o tym wcześniej, zamiast szukać pomocy tam, gdzie nikt nie chciał, lub nie mógł jej udzielić. Przecież Uszakow wyraźnie jej to podpowiedział.
  Miała nadzieję, że Wielenin nie odmówi jej pomocy i postanowiła zobaczyć się z nim jak najprędzej. Zaledwie doczekawszy rana, ubrała się i poszła do panny Dymitriew prosząc ją, żeby jej dziadek, generał Biernacki, zechciał dowiedzieć się, gdzie obecnie służy pan podpułkownik Sergiusz Fiodorowicz Wielenin. Odpowiedź od generała nadeszła już następnego dnia. Okazało się, że Wielenin mieszka przy Belwederze, należąc do osobistej gwardii namiestnika. Nina postanowiła jeszcze tego samego dnia udać się sama do Belwederu, bo nie życzyła sobie świadków przy rozmowie z młodym oficerem. Postanowiła nikomu nic o tym nie mówić, żeby w razie niepowodzenia zaoszczędzić nieszczęśliwej pani Salomei nowego zawodu.

Z zaciętym wyrazem stanęła przed lustrem, starannie układając włosy i ubierając strojną letnią suknię. Dzień był słoneczny i upalny, więc odpowiednia była suknia z cieniutkiego brzoskwiniowego batystu, haftowana w kwiaty forsycji. Szeroki kapelusz z białej koronki przybrany był obłokiem śnieżnej gazy i bukietem tych samych kwiatów, jakie zdobiły suknię. Skropiła się perfumami i wciągnęła na ręce wysokie białe rękawiczki. Pani Salomea z panią Maciejewską, przypatrywały się jej z wielkim zainteresowaniem, o nic jednak nie pytając. Przesłała im pocałunek dłonią i pośpiesznie wyszła. Miała pozór prześlicznego beztroskiego motyla, ale aż uginała się pod brzemieniem wyrzutów sumienia.
Z ponurą determinacją wsiadła do dorożki i kazała się zawieźć do Belwederu. Udając się na spotkanie z Wieleninem, rzucała wyzwanie losowi. Wiedziała, że mąż nienawidzi młodego Rosjanina i jest o niego szalenie zazdrosny. Powiedział jej przecież, że jest on jedynym mężczyzną, którego ona mogłaby pokochać równie mocno jak jego. Jeżeli Aleks dowie się kiedykolwiek o tym spotkaniu, to bez względu na to, co skłoniło ją do tego rozpaczliwego kroku, nigdy jej nie wybaczy i ich małżeństwo może się rozpaść. Ale Jaś był ukochanym braciszkiem i przyjacielem, a Emilka jego żoną, którą kochała jak siostrę. Nie mogła pozwolić, aby Jaś cierpiał. Emilka musi być wolna, niezależnie od tego, jak wysoką cenę ona za to zapłaci. Obraz wynędzniałej więźniarki leżącej na szpitalnym barłogu, tak nieludzko skrzywdzonej, prześladowałby ją do końca życia.
Jadąc przez miasto odkrytą dorożką, obserwowała mijane ulice. Warszawa wyglądała jak obóz wojskowy. Gdziekolwiek rzuciła okiem, wszędzie dostrzegała mundury. Pomimo terroru i ulicznych egzekucji, mieszkańcy stolicy zachowali nieugiętą postawę. Na murach kamienic widniały ślady białej farby, jaką zamalowywano patriotyczne napisy. Ulicznicy gwizdali przeraźliwie za kozackimi patrolami, płosząc im konie. Warszawskie służące "przypadkiem" wylewały nocne naczynia na przechodzących pod oknami żandarmów. Na twarzach żołnierzy malował się wyraz niepewności, a tajni agenci oglądali się trwożnie za siebie w obawie, że każdej chwili może dosięgnąć ich kula, lub cios sztyletem policji narodowej.
Dorożka zatrzymała się w pobliżu złoconej bramy Belwederu, zwieńczonej carskim godłem. Nina poleciła dorożkarzowi, żeby na nią zaczekał i ociągając się, wolno podeszła do budki wartownika malowanej w czarno-żółte pasy, z dwugłowym orłem carskim. Głęboko zaczerpnęła powietrza, zbierając się na odwagę.
- Chcę się widzieć z panem podpułkownikiem Sergiuszem Fiodorowiczem Wieleninem. - oznajmiła wartownikowi, nie siląc się nawet, by to życzenie wyrazić po rosyjsku.
Żołnierz spojrzał na nią podejrzliwie, lecz ujęty urodą oraz wytwornością damy złagodniał. Nie wyglądała na spiskowca, który może cisnąć niespodziewanie bombę, lub w inny sposób zagrozić bezpieczeństwu namiestnika.
- Ja ne znaju.- odparł uprzejmie.- Wy, madama, pogadajcie z gospodem oficerem. Ot, tam! - wskazał palcem dyżurkę.
Zbliżyła się do dyżurki i podała swój bilet młodemu wystrojonemu lejtnantowi, prosząc żeby zechciał doręczyć go panu Wieleninowi.
- Natychmiast każę sprawdzić, czy pan podpułkownik znajduje się u siebie!- obiecał, olśniony jej pięknością i śliczną toaletą. Wezwał korneta i wręczywszy mu bilet, rozkazał poszukać Wielenina.
Dokonawszy tego, próbował zabawiać Ninę salonową rozmową proponując jej, by weszła do dyżurki i raczyła odpocząć. Ale ona nie zechciała, więc sam wyniósł jej krzesło i ustawił je w cieniu, potem przyniósł na tacy szklankę wody sodowej, zauważywszy jak bardzo jest blada i spięta. Siedziała zatem pod bramą Belwederu, trzęsąc się ze zdenerwowania i modliła się, żeby kornet zastał Wielenina. 
Chciała tę trudną rozmowę mieć już za sobą. Postanowiła rozmawiać z nim zupełnie szczerze i otwarcie przyznać, że Emilka działała w konspiracji. Rosjanin był człowiekiem honoru i z pewnością nie zawiedzie jej zaufania. W głębi serca, lękała się tego spotkania i krępowała się zaciągnąć u niego nowy dług wdzięczności, bez możliwości rewanżu. Gdyby nawet nie wspomniał o swoich uczuciach, to jego szafirowe oczy powiedziałyby jej o tym wymowniej, niż najżarliwsze wyznania miłosne. Wielenin był jej największą nadzieją i ufała, że uczyni wszystko żeby Emilkę uwolnić.
Jej cierpliwość wystawiona była na ciężką próbę, bo kornet długo nie wracał. Dopiero po pół godzinie przeszedł i zameldował lejtnantowi, że pan podpułkownik tydzień temu został wezwany do Rosji i prawdopodobnie już do Warszawy nie powróci. Straszny niespodziewany zawód, omal nie zwalił jej z nóg. Poczuła się jak człowiek, któremu spod nóg usunęła się kładka i już nic nie dzieli go od przepaści. Doszła do kresu nadziei. Oto postawiła wszystko na jedną kartę i przegrała ostatnią szansę. 
Łazienki w XIX wieku.
 Odeszła spod Belwederu zdruzgotana. Pomimo prażącego z nieba upału, wstrząsały nią dreszcze, a stopy i dłonie miała zimne jak lód. Tymczasem dokoła niej świat wydawał się taki radosny, w promieniach sierpniowego słońca. Weszła do Łazienek i idąc cienistymi alejami, uginała się pod brzemieniem beznadziejnej rozpaczy. Mijający ją spacerowicze, rozmawiali i śmiali się beztrosko, ale ona zdawała się nikogo nie dostrzegać, zatopiona w ponurych myślach. Nawet nie zdawała sobie poprzednio sprawy, jak mocno pokochała młodą panią Borutyńską. Spragniona rodzinnego ciepła, przywiązała się do niej w czasie długich i trudnych miesięcy zimowych, jak do rodzonej siostry. Obie były żonami powstańców i razem przeżywały chwile okropnej trwogi o życie ukochanych. Mając czynną i energiczną naturę, Nina nie potrafiła pogodzić się z poniesioną klęską.
Powróciła do domu chora ze zmartwienia i w milczeniu usiadła na sofie, nie odzywając się do nikogo. Pani Salomea i pani Maciejewska, wymieniły tylko znaczące spojrzenia i na palcach wyszły z pokoju. Pomimo doznanych niepowodzeń, Nina uparcie nie rezygnowała i już następnego dnia próbowała szukać nowych dróg ratunku dla biednej więźniarki. Wystawała w przedpokojach wyższych oficerów, zbywana często szorstką odmową, lub po prostu wypraszana z domu. Przełamując dumę rodową, zniżała się do pokornej żebraniny o łaskę i litość dla uwięzionej. Po niesłychanych staraniach, udało się jej dotrzeć do żony jednego z członków komisji śledczej i w zamian za obietnicę złagodzenia wyroku, podarowała Rosjance brylanty wojewodziny. Nic więcej zrobić nie mogła.
W-wa. Krakowskie Przedmieście w XIX w.
W tej sytuacji, dalsze przebywanie w Warszawie było bezcelowe. W domu mogła czekać na nią wiadomość od męża. Zbliżała się jesień i należało pomyśleć o zapewnieniu dobrego zaopatrzenia na zimę, nie tylko dla pałacu ale również i wsi zrujnowanej przez huragan. Zapewniła Emilce opiekę pań z organizacji "piątek", pozostawiła pani Maciejewskiej znaczną kwotę pieniędzy i zabrawszy niemal siłą panią Salomeę, wyjechała z Warszawy. To miasto zbyt wiele jej przypominało. Właśnie minęła pierwsza rocznica jej ślubu z Aleksem i często nawiedzały ją obrazy szczęśliwych dni, przeżytych razem w leśniczówce. Przed wyjazdem, udała się do ulubionego kościoła Świętego Krzyża, pomodliła się przy ukrytym sercu Chopina i zamówiła kilka mszy prosząc, aby modlono się za szczęśliwe uwolnienie z Cytadeli. Ksiądz nawet nie zdziwił się jej prośbie, bo z każdym dniem w mieście przybywało aresztowanych.
Nudna i monotonna podróż karetką pocztową, zdawała się nie mieć końca. Wciśnięta w kąt powozu, Nina zastanawiała się nad dramatyczną sytuacją rodzinną. Przypomniała sobie słowa generała Uszakowa, będące ostrzeżeniem, iż władze carskie posiadają o nich przerażająco dokładne informacje. Nikt nie wierzył w zagraniczną podróż Aleksa i jego rzekomą chorobę. Po aresztowaniu Emilki, Maków prawdopodobnie był pod obserwacją policji. Należało się spodziewać, że wcześniej czy później, musiało do tego dojść. Ta świadomość napełniła jej serce lękiem. Nie mogła już doczekać się końca podróży, obiecując sobie uroczyście, że odtąd dom będzie czysty i wolny od kompromitujących materiałów.

Sierpień dobiegał końca i pogoda uczyniła się przyjemna, odpowiednia do podróży. Największe upały nareszcie minęły. Po spłowiałym błękicie nieba płynęły duże białe obłoki, zieleń na drzewach pociemniała. Gdzieniegdzie złocił się już zeschły liść. Na polach, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się rżyska po skoszonych zbożach. Chłopi orali ziemię pod jesienne zasiewy. W mijanych wsiach obracały się wiatraki, mieląc ziarno na mąkę. Było tak sielsko i sennie, aż nie mieściło się w głowie, że po miastach, w ohydnych celach więziennych, cuchnących i zapchanych ludźmi, siedzą żołnierze powstania, oczekując na wyrok śmierci lub wieloletnie zesłanie. Nina przypomniała sobie, jak w maju, po sprzedaży warszawskiego mieszkania, wracały z Emilką do Makowa. Emilka udawała przed dragonami ciężko chorą, mając pod krynoliną torbę pełną broni palnej i ulotek. Martwiła się nie o siebie, lecz o to, że nie zdoła dostarczyć rewolwerów do powstańczego oddziału. Była taka dzielna....
Na to wspomnienie, łzy napłynęły jej do oczu. Nie mogła znieść myśli, że oto wraca do domu, a nieszczęsna Emilka pozostała sama w dusznej, ciasnej celi straszliwej twierdzy, chora i okrutnie pozbawiona nadziei macierzyństwa. Wyobraziwszy sobie, że wkrótce spojrzy Jasiowi w oczy, Nina poczuła, że robi się jej słabo.
Będzie musiała powiedzieć mu, że wszystkie starania o uwolnienie Emilki zakończyły się niepowodzeniem. Boże, a jak on pomyśli sobie, że nie zrobiła wszystkiego co mogła, aby jego żona wyszła wolna z Cytadeli? Że pożałowała na ten cel pieniędzy? Niepokoił ją także stan pani Salomei. Starsza pani zachowywała się zupełnie biernie, a chwilami odpowiadała na zadane pytania zupełnie bez sensu, jakby nie rozumiejąc, co się do niej mówi. Nie mogła sypiać, nie odczuwała głodu, ani zmęczenia.
- Wiesz, - powiedziała raz z dziwnym wyrazem twarzy. - mam ochotę rzucić się na ziemię i bić o nią głową. - zaraz potem opanowała ją apatia i przestała się odzywać. 
Dojeżdżając do ukochanego Makowa, Nina odetchnęła głęboko. W mieście czuła się źle i tęskniła do gór i lasów świętokrzyskich. Kiedy powóz mijał bramę wjazdową, swoim zwyczajem podniosła głowę i spojrzała na tarczę herbową. Tym razem, lśniąca złota gwiazda na szyi orła, wydała się jej przygasła i blada. Świtała otworzywszy oba skrzydła żelaznej bramy złożył paniom ukłon, a potem wspiąwszy się na palce, zajrzał do powozu. Zobaczywszy, że nie ma w nim trzeciej osoby, westchnął żałośnie:
- O słodki Jezu, królu żydowski! - widocznie miał nadzieję, że ujrzy w karetce młodą panią Borutyńską.
Na odgłos turkotu kół powozu, na ganek wybiegła Mira. Pędziła w samych domowych laczkach, klapiąc i gubiąc je po drodze. Palce miała umazane atramentem, bo właśnie przepisywała odezwy Rządu Narodowego. Ujrzawszy wychyloną z okna karetki Ninę, zbiegła po schodach zadzierając nieskromnie szeroką spódnicę.
- Bogu dzięki, że wróciłyście! - wykrzyknęła zadyszana, podbiegając do drzwiczek powozu. - Jaś szaleje, nie mogę dać sobie z nim rady. Uparł się, że jutro pojedzie do Warszawy. Mówcie prędko, co z naszą Emilką? Wyszła na wolność? Jest w Warszawie?
Pomogła wysiąść pani Salomei, troskliwie otaczając ją ramieniem. Posłała Ninie pytające spojrzenie, lecz ona uparcie unikała jej wzroku. W pałacu najwidoczniej oczekiwano przyjazdu pań, bo gdy przed dom zajechał powóz, wszyscy porzucili swoje zajęcia i wybiegli na ganek. Jaga z okrzykiem radości pochwyciła Ninę w ramiona i wprowadziła do sieni. Rozpromieniony Walenty pomógł jej zdjąć podróżną rotundę, odebrał kapelusz i rękawiczki. Paweł pobiegł po sakwojaże z rzeczami obu dam i zapłacił pocztylionowi. Kamerdyner nie śmiał się pierwszy odezwać, lecz utkwił oczy w Ninie z nieśmiałym zapytaniem. Nie mogła znieść tego ufnego wzroku.
- Dlaczego nic nie mówicie, na Boga? - zdenerwowała się Mira, zwracając się kolejno do Niny i pani Salomei.- Gdzie Emilka?
Panna Mira.
- W Cytadeli!- odburknęła Nina niegrzecznie. - Proszę cię, zaopiekuj się ciocią, zaprowadź ją do pokoju. Emilka leży w szpitalu więziennym i czeka na wyrok. Kumosiu, - zwróciła się do skamieniałej ze zmartwienia klucznicy. - Proszę naparzyć mocnych ziół nasennych, bo pani Salomea prawie wcale nie zasypia. Ja także muszę się położyć i odpocząć. Nie ma dla mnie żadnych wiadomości? - spytała Jagę.
- Nie, kochanie. - wyszeptała niania drżącym głosem.
Po raz pierwszy w życiu, Nina poczuła się tak bardzo zraniona, że pozwoliła sobie na głośną krytykę męża.
- Nie pisze! - krzyknęła z wściekłością, mając ochotę coś rozbić lub połamać.-Nie pisze. Do diabła, cóż on sobie wyobraża? Pojechał do Galicji i jakby się pod ziemię zapadł! Zapomniał nawet o pierwszej rocznicy naszego ślubu. Zapewne jest przekonany, że ja potrafię poradzić sobie z lawiną nieszczęść, jakie na mnie spadają. Ale ja nie jestem z żelaza! Przez ten czas mogłam umrzeć na cholerę, być aresztowana i zesłana na Sybir. Ale co to mego małżonka obchodzi?
Z furią kopnęła donicę z kwitnącym różowo oleandrem, syknęła z bólu i skrzywiona, pokuśtykała do sypialni, zamykając drzwi na klucz. W tym momencie, nienawidziła wszystkich ludzi i najchętniej rzuciłaby się na kogoś z pięściami. Sama się rozebrała, rozrzucając po całym pokoju części garderoby. Z rozmachem cisnęła pantofelki o ścianę i dysząc ze złości wskoczyła do łóżka. Ale gniew i zmartwienia, odebrały jej zdolność spokojnego snu. Rozbolała ją głowa, w uszach ciągle miała jeszcze monotonny turkot kół powozu. Przeleżała tak do obiadu, wpatrując się w różowy jedwab baldachimu. Z wolna powracał jej spokój, gdy uświadomiła sobie, że jest w swojej ślicznej sypialni i leży w miękkim, wygodnym łożu, a nie na twardej sofce obcego mieszkania, w którym do saloniku dolatywały zapachy z kuchni.
"Boże, jak dobrze jest być we własnym domu." - pomyślała i natychmiast przyszło jej na myśl, że nieszczęsna Emilka uwięziona jest w Cytadeli i przez długie lata prawdopodobnie nie zobaczy męża, ani własnego domu. Ta myśl tak ją rozdrażniła, że mimo zmęczenia nie zmrużyła oka i na obiad przyszła rozczochrana i w fatalnym humorze. Siedziała przy stole z posępną miną, odmrukując tylko na pytania niani. Lecz Jaga nie miała o to do niej pretensji rozumiejąc, że jej ukochane kociątko, trzyma się tylko resztką zszarpanych nerwów i siłą woli. Mira niemrawo jedząc zupę, miała oczy czerwone jak królik i żałośnie pociągała nosem. Pewnie już dowiedziała się o losach Emilki, od pani Salomei. Kiedy Nina spojrzała na nią, panna Lutówna próbowała się uśmiechnąć, lecz zamiast tego rozpłakała się żałośnie, kryjąc twarz w obu dłoniach. Jej głośny płacz niesłychanie Ninę rozdrażnił. Marzyła, aby choć na jeden dzień odpocząć od zmartwień, zapomnieć o kłopotach, a nade wszystko uniknąć czekającej ją rozmowy z Jasiem, której panicznie się obawiała.
- Mira,uspokój się, proszę! - powiedziała ostro. - Czy Jaś przyjedzie dziś do Makowa?
- Codziennie ktoś przyjeżdża, aby dowiedzieć się, czy nie było wiadomości. Ale dzisiaj nie było nikogo, więc zapewne on sam wróci do domu. - Mira starannie wysiąkała nos i wytarła oczy. - Nie wyobrażam sobie, jak on przyjmie tę straszną wiadomość o naszej Emilce. Już wygląda jak cień, ale ciągle się jeszcze łudzi, że w drodze wyjątku Emilka wyjdzie na wolność. Aha, był tu wczoraj pan Borutyński z Sarnik i powiedział, że jakbyś potrzebowała więcej pieniędzy, to oni sprzedadzą folwark!
- Folwark? - skrzywiła się szyderczo Nina, posyłając jej znad talerza ponure spojrzenie. - Chciałam dać Uszakowowi brylanty wojewodziny, oraz moją Kaniówkę i o mało nie wylądowałam w kryminale. A tak przy okazji: odbyłam z panem generałem bardzo przykrą, lecz pouczającą rozmowę. - sapnęła czując, że znowu traci opanowanie. - Musimy pogadać w cztery oczy!
- Uszakow nie przyjął brylantów? - zdziwiła się panna Lutówna.
- Nie wszyscy Rosjanie są przekupni. Ofiarowałam je w końcu pewnej Rosjance, której mąż jest członkiem komisji śledczej. Wzięła je jak z łaski i wcale nie jestem pewna, czy przez to wyrok dla Emilki będzie łagodniejszy.
- Może zachowa się przyzwoicie?- pisnęła Mira płaczliwie, sięgając ponownie po chusteczkę.
- Jesteś bardzo naiwna!- mruknęła Nina ze złością i dała znak Walentemu, żeby nie nakładał jej na talerz pierożków drożdżowych, z nadzieniem z prawdziwków smażonych na maśle, arcydzieła kulinarnego pana Szymona.
Stary kamerdyner przysłuchiwał się uważnie rozmowie dam, reagując mimiką twarzy na każde słowo swojej pani. Brak apetytu Niny bardzo go zmartwił.
- Jaśnie pani hrabina nic nie je. - szepnął z troską. - Może podam filety z jelenia w sosie śmietanowym? Pyszności!- namawiał gorąco.- Nasze słoneczko, jaśnie paniuleczka, wróciła mizerna, więc jeść koniecznie trzeba.- ośmielił się zauważyć.
- Słabo się czuję, ale jakoś to zniosę, przy bożej pomocy! - odpowiedziała cierpko, ale zaraz opamiętała się, uniosła głowę i posłała mu słodki, przepraszający uśmiech. Było jej przykro, że potraktowała staruszka tak opryskliwie. Lecz tego dnia była jak jeż - same kłujące kolce.- Ta podróż i pobyt w Warszawie bardzo mnie zmęczyły, dlatego nie mam apetytu. Muszę w domu przyjść do siebie. Chętnie napiłabym się wina. Ty, Miruniu, zapewne także?
Walenty momentalnie się rozpogodził.
- Sądzę, że najlepszy będzie Xeres2.Pozostało jeszcze kilka butelek. Zaraz przyniosę.- ożywiony podreptał do lochów i powrócił zadyszany, niosąc zakurzoną butelkę. Wytarł ją starannie, otwarł i owinąwszy białą serwetą, napełnił dwa kieliszki ciemnoczerwonym, aż gęstym ze starości winem.
Nina wypiła alkohol do dna, czując przyjemny zawrót głowy. Walenty spojrzał na nią i bez pytania napełnił ponownie jej kieliszek. Po obiedzie obie panie przeszły do buduaru. Pokój pełen był słońca i powietrza, na stoliczkach i sekretarzyku stały wazony z barwnymi bukietami astrów i wysokich gladioli. Nina usiadła przy sekretarzyku, odruchowo odsuwając stojące na nim cenne figurynki z saskiej porcelany i górskiego kryształu. Poprawiła skrzywioną świecę w srebrnym kandelabrze i spojrzała przenikliwie na siedzącą w fotelu Mirę. Panna Lutówna patrzyła na nią wyczekująco, złożywszy dłonie na czarnej krynolinie.
- Miruniu, generał Uszakow dał mi niedwuznacznie do zrozumienia, że nasz dom jest pod obserwacją. Emilka była cały czas śledzona. Policja wie o nas stanowczo za dużo! Nikomu już nie zdołam wmówić, że mój chory mąż przebywa za granicą, a Jaś wyjechał w niewiadomym kierunku. Spodziewam się rewizji, więc musimy zaraz pozbyć się z domu wszystkich kompromitujących materiałów. Nie interesuje mnie, co z nimi zrobisz. Zniszcz je, lub ukryj w innym miejscu. Poczta w Borku musi być natychmiast przeniesiona, a ty powiadom pannę Lasewiczównę i swoich przełożonych, że jesteś zmuszona zrezygnować z obowiązków kuriera, ponieważ jesteśmy pod obserwacją policji i obawiamy się rewizji, a nawet aresztowania. Ja nie zostałam uwięziona tylko dlatego, że pan generał Uszakow miał słabość do pierwszej żony mego męża. - mówiła to głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Nie mamy chwili do stracenia!
Nigdy jeszcze w tak apodyktyczny sposób nie zwracała się do przyjaciółki. Ale panna Lutówna zrozumiała, że sytuacja naprawdę jest rozpaczliwa i nie ośmieliła się pisnąć słówka. Skinęła głową i prędko wyszła z pokoju. Wezwała do siebie Maćka, Pawła, dwóch lokai oraz Walentego i wszyscy zabrali się do roboty. Zaufani stajenni wykopali w najdalszym zakątku parku głęboki dół, do którego zaczęto znosić jakieś paczki, skrzynki, pudła w takiej ilości, że obserwująca ich z okna buduaru Nina, pozieleniała ze strachu, wyobraziwszy sobie, co by się działo w razie nagłej rewizji! Ukończywszy pracę, Maciek spocony, sapiąc ze zmęczenia, zapukał do buduaru.
- Muszę jechać z panną nauczycielką! - oznajmił zakłopotany, spuszczając oczy.
- To jedź. - Nina wzruszyła ramionami i odwróciła się do niego plecami.
- A...jaśnie paniulka?
- O mnie się nie troszcz. Przyzwyczaiłam się radzić sobie sama. - oświadczyła chłodno.
Maciek zrozumiał, że jego młoda pani ma do niego żal i urazę i zaczął się tłumaczyć:
- O Jezu, przecie ja nie z własnej woli. Panna nauczycielka weźmie jakiegoś gamonia i wpadnie, jak młoda wielmożna pani Borutyńska. Raz, dwa, obrócimy w obie strony, a potem się krokiem nie ruszę z Makowa. Aż mi się bebechy przewracają, jak sobie pomyślę, że moja najśliczniejsza paniulka sama poszła miedzy tych drani, a mnie przy tym nie było!
Nina zamierzała okazać mu swoje niezadowolenie, lecz nie umiała złościć się na niego. Uśmiechnęła się krzywo kącikiem warg i powiedziała drwiąco:
- No już dobrze, opiekunie, wynoś się! A masz na drogę pieniądze? Weź to, żebyście w podróży nie głodowali. - podała mu woreczek pełen srebrnych rubli.
Maciek błysnął zębami w szerokim uśmiechu, przypadł jej do rąk, objął za kolana i wypadł z buduaru, jakby go diabli gonili, nie chcąc wydać się mazgajem. Mira także prędko się pożegnała, wsiadła do bryczki zapowiadając, że za dwa dni wróci - i pojechali.
Pragnąc czymś innym zająć myśli, Nina poszła do oficyny, żeby porozmawiać z panem Bochniakiem. Ale rządca był zdenerwowany, bo dowiedział się, że w pobliżu Makowa pojawili się kozacy i włócząc po okolicy, kradli, co im wpadło pod rękę. W Lipieńcu porwali maciorę i ograbili gospodarza powracającego z jarmarku. Chłop nie chciał oddać im pieniędzy za sprzedaną krowę, więc kozacy wlepili mu na goły tyłek pięć nahajek na pamiątkę spotkania i pobitego zostawili na drodze.
J. Kossak Kozacy dońscy.
 - Kozacy? - Nina mocno zacisnęła palce, by pan Bochniak nie dostrzegł, jak bardzo drżą jej ręce. - O mój Boże! W takim razie należy natychmiast zawiadomić leśny obóz.
Pomyślała ze strachem, że Mira i Maciek mogą natknąć się na kozaków, ale miała nadzieję, że sprytny chłopak nie da się zaskoczyć. Teraz była zadowolona, że pojechał z panną Lutówną, mimo iż poprzednio złościła się o to na niego.
- Sądzę, że pan kapitan Soszkiewicz już wie.- pan Bochniak miał zatroskaną minę i w zamyśleniu pociągnął wąs.- Zresztą z pewnością będzie tu dziś pan doktor Borutyński i wracając do obozu, może przekazać ostrzeżenie.
- Słusznie. Proszę kogoś posłać na wieś. Należy ostrzec wójta, niech wyśle kobiety do boru.- powiedziała Nina i zmartwiona, niespokojna, powróciła do domu.
Przebrała się w lżejszą suknię, bo tego dnia znowu było upalnie i staranniej uczesała włosy. Z książką w ręku udała się na taras i usiadła pod pasiastą markizą. Paweł przyniósł jej kompot ze śliwek, a Grot stęskniony za nią, położył się przy jej nogach, podnosząc na swą panią oczy pełne psiej miłości. Pogładziła go i wsparłszy głowę o poduszki fotela, wpatrywała się w gęstwinę drzew parkowych w pełnym rozkwicie. W wielkich kamiennych wazach stojących na balustradzie, kwitły jesienne róże. Krwistoczerwone, białe, herbaciane, prawdziwe okazy piękna. W marmurowych donicach rosły różowe oleandry, szeleściły sztywne liście palm, wyniesionych na słońce z zimowego ogrodu, stwarzając pod pasiastą markizą pozór orientalnego przepychu. Cały pałac otaczały drzewa z tak królewskim bogactwem barw, zapachów i gatunków, że patrzącej na to Ninie zapierało dech w piersiach.
Na wprost domu, szeroka majestatyczna aleja, niknęła w zielonym półmroku ogromnego parku. W pobliżu wznosiły się stuletnie modrzewie i sosny. Spoglądała w zadumie na wiekowe mury dawnego zamku, ze smutnym poczuciem przemijania czasu. Zapewne przed wiekami, mieszkający w tym zamku ludzie, również przeżywali dramaty i radości. Mieli powody do dumy, lub obawiali się wojny i najazdu wroga. Może przyłożywszy ucho do muru, usłyszałaby jeszcze dawną muzykę, śmiech dzieci, czy płacz kobiet, Szczęk mieczy, okrzyki rycerzy i wrzawę bitewną? Ale oni pomarli przed wiekami, a ich cierpienia, łzy i ból, odeszły wraz z nimi w niepamięć. Przeminęły, nie pozostawiając nawet śladu.
"Jaki piękny jest mój dom i tak mi w nim dobrze!" - pomyślała Nina, wzdychając i wznosząc oczy w bezkres błękitnego nieba. Liście pobliskiego kasztanowca zaszeleściły i na balustradę skoczyła ruda wiewiórka, jej ulubienica. Usiadła i przez chwilę obserwowała swoją panią parą błyszczących czarnych oczek. 

Nina zawołała lokaja i kazała mu przynieść kilka orzechów włoskich. Podała je wiewiórce, śmiejąc się z jej zabawnych grymasów, podziwiając wspaniałą rudą kitę i pędzelki na uszach. Grot przyzwyczajony do tych odwiedzin, zerkał tylko sennym okiem na śliczne zwierzątko. W pobliżu tarasu spacerowały młode pawie, rozpościerając swe bajeczne ogony i wydając przeraźliwe okrzyki. Było leniwie i cudownie.
1„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.“ - napis nad bramą piekielną u Dantego w „ Boskiej Komedii“
2Xeres - ciężkie i mocne wino hiszpańskie.