sobota, 6 sierpnia 2016

Do drzwi makowskiego pałacu puka śmierć.


 6 sierpień 2016 r.
Major Markow mówił prawdę. Pułkownik Czachowski został rozbity pod Rzeczniowem, lecz zamiast kryć się po lasach, krążył jak wilk po całej guberni, nie dając nieprzyjacielowi spokoju
Gen. Uszakow.
Generał Uszakow wysłał za nim w pogoń wojsko, lecz stary wyga nie dał się po raz drugi zaskoczyć. Zdążał pośpiesznie ku Wiśle, pragnąc przedostać się do województwa lubelskiego. W połowie drogi, rozpuścił niechętnych mu dowódców połączonych partii powstańczych i z małym oddziałkiem konnych, ruszył na spotkanie swoich dwustu pięćdziesięciu strzelców, którzy pozostali mu wierni. Był to morderczy wyścig z czasem. Wielu jego żołnierzy, nie mogąc wytrzymać okropnej tułaczki, modliło się o śmierć. Żyli z dnia na dzień, brudni, zawszeni, często głodni, nieczuli już na nic ze strasznego zmęczenia. Pułkownik na równi ze swoimi żołnierzami, cierpiał niedostatek, cierpliwie znosząc trudy życia partyzanckiego. Bezgranicznie oddany Sprawie, wierny złożonej przysiędze wiedział, że do domu już nie wróci i nie zobaczy oczekujących go córek. Jego dwaj synowie walczyli przy boku ojca. To jemu okoliczne dwory w Górach Świętokrzyskich zawdzięczały bezpieczeństwo i ochronę przed gwałtami i grabieżą. Ufał, że wkrótce nastąpi interwencja mocarstw zachodnich, bo Francja cynicznie podtrzymywała nadzieje Polaków wiedząc, że ich nigdy nie spełni. Cesarz Napoleon III, w czasie rozmowy z księciem Władysławem Czartoryskim, na osłodę rzucił mu frazes: - Durez! Trwajcie! - więc powstańcy trwali, ścieląc się trupem, walcząc i ginąc.
Napoleon III Bonaparte
Z miast i miasteczek guberni radomskiej i kieleckiej, wyszły na spotkanie Czachowskiego kolumny wojska. Pułkownik powiadomiony o tym fakcie, pośpiesznie wcielał do swego umęczonego oddziału nowych ochotników i gotował się do rozprawy z nieprzyjacielem.
Domownicy zgotowali Ninie owacyjne przyjęcie. Pan Bochniak, dowiedziawszy się o sprzedaży domu w Warszawie, dopytywał się ciekawie, jaką cenę udało się jej uzyskać. Nina zaprosiła go do gabinetu, zamknęła drzwi i ułożyła na biurku rzędem paczki banknotów.
- Oto dwadzieścia pięć tysięcy rubli!- oświadczyła tryumfalnie.- Z takim kapitałem możemy coś zacząć. Zrobiłam naprawdę świetny interes.
Pan Bochniak wytrzeszczył oczy i gapił się w milczeniu na rozłożone pieniądze. Potem ciężko opadł na najbliższe krzesło.
- Pani hrabina wybaczy, ale jakoś źle się poczułem. - sapnął głośno. - Ten interes doradził pani mecenas Porzycki?
- Nie zastałam go w Warszawie. - Nina opisała początkowe trudności. - Na szczęście trafił się poczciwy kupiec rosyjski i bez targów dał mi dwadzieścia pięć tysięcy rubli.
- Wielka szkoda, że nie pojechałem z panią hrabiną do Warszawy, bo może coś bym doradził. - odezwał się pan Bochniak słabym głosem.
- Uważa pan, że zrobiłam zły interes? - Nina poczuła niepokój.- Wzięłam za dużo?
Pan Bochniak zamierzał coś powiedzieć, lecz widząc jej promienne oczy, zamilkł. Wymówiwszy się od zaproszenia na śniadanie z szampanem, wybąkał coś o czekających go pilnych obowiązkach i wyszedł z gabinetu, jak z krzyża zdjęty. Nina była trochę urażona jego całkowitym brakiem entuzjazmu, ale zajęta myślą o remoncie domu i odbudowie wsi, całkiem o tym zapomniała.
Faktorzy żydowscy zwęszywszy pieniądze, zbiegli się do Makowa, oferując swoje usługi. Za nimi zaczęły ciągnąć wozy ze zbożem, jarzynami, bydłem, trzodą chlewną i drobiem. Na polach dworskich i chłopskich od świtu do nocy, wrzała gorączkowa praca. Szaleńczym wysiłkiem starano się nadgonić czas i zapewnić sobie zbiory na jesień. We wsi, ze wszystkich stron dobiegał huk młotów i zgrzyt pił, tnących drewno na nowe domy. Tartak bez przerwy ciął przywożone z lasu pnie drzew zwalone huraganem. 

Początkowo Nina czuła się uszczęśliwiona, widząc jak ukochany dom powraca do dawnej świetności, a wieś rośnie w oczach. Ale po kilku dniach straciła humor i snuła się po pałacu jak smętny cień. Była niemal chora ze strachu o życie męża i przyjaciół. Nawet opanowana Emilka nie kryła niepokoju. Praca kurierska zabierała jej większość czasu i do domu wpadała tylko na kilka godzin, aby się wyspać. Ale pierwszym pytaniem jakim witała domowników było: - Są jakieś wiadomości?
Tymczasem to ona była dla wszystkich źródłem informacji, bo jako kurier miała najwięcej możliwości rozpytania się o oddział powstańczy. Nikt jednak nie słyszał o naczelniku "Czarnym" i jego partii. O pułkowniku Czachowski także słuch zaginął, bo niespodziewanie jakby się pod ziemię zapadł. Przygnębiona Emilka niezmordowanie pełniła swoje obowiązki, nigdy się nie skarżąc, tylko jej błękitne oczy wyrażały niemą rozpacz.
- Nie pojmuję, jak ona może ten koszmar tak spokojnie znosić. - wzdychała głośno Nina, użalając się do pani Salomei. - Kiedy ja mam zmartwienie, zamykam się w sypialni i ryczę. Cały świat może się wtedy walić, nic mnie to nie wzrusza. Ale Emilka jest jak z żelaza.
 - Ona musi coś robić, żeby nie oszaleć.- na twarzy pani Salomei malowała się chrześcijańska rezygnacja
- Jest przekonana, że Janek byłby zadowolony z jej pracy. Ale ja się o nią lękam, bo w tych czasach powinna bardzo na siebie uważać.

Pani Salomea.
Zapewne starsza pani miała rację, bo Emilka wychudła, a w jej wzroku i w rysunku zaciśniętych ust, malował się wyraz desperacji. Jednakże ani na moment nie przestała nad sobą panować i nigdy nie zwierzała się nikomu, jak bardzo jest jej ciężko. Kilka razy Nina zastała ją wpół żywą, siną na twarzy po męczących wymiotach. Ale na jej prośby, aby zrezygnowała ze swojej pracy, Emilka stanowczo odmawiała. Pewnego razu przywiozła wiadomość o zgromadzonych w Puszczy Kozienickiej znacznych siłach powstańczych, pod dowództwem pułkownika Kononowicza oraz Jankowskiego i Drewnowskiego. Dochodziło w tych stronach do walk, z których Rosjanie wychodzili pobici.
Generał Uszakow na gwałt ściągał posiłki gdy nagle, jak diabeł z pudełka, w północnej części guberni radomskiej pojawił się Czachowski i włączył do walki. Ta informacja zelektryzowała kobiety. Nina jeszcze tego samego dnia posłała wiadomość do Brzezińca. 
Po południu do Makowa przyjechała Zosia, przywożąc z sobą Dorotę, zupełnie samotną po wyjeździe matki do Krakowa. Siedziały w głębi parku przy okrągłym stoliczku, zastawionym owocami i zimnymi napojami, bo tego dnia żar lał się z nieba. W pobliżu przechadzało się kilka sarenek, skubiąc soczystą trawę i machając krótkimi ogonkami.
Damy  w ogrodzie.
- Nie, to niemożliwe, żeby ich rozbito. - powiedziała Emilka głosem, w którym znać było znużenie.- To przecież duża i doskonale uzbrojona partia. W walce poległoby wielu żołnierzy z obu stron i tego nie dałoby się ukryć. Rosjanie z pewnością pochwaliliby się w swoim"Żurnału", tymczasem nigdzie nie ma o tym wzmianki.
- W takim razie, jak wytłumaczyć sobie fakt, iż nie mamy od nich żadnej wiadomości? Kompletnie nic, jakby ich puszcza pochłonęła! - zawołała wzburzona Nina.
Zerwała się z trzcinowego fotelika i niespokojnie dreptała tam i z powrotem, założywszy ramiona do tyłu. Od kilku nocy źle spała i była rozdrażniona. Na dźwięk jej podniesionego głosu, Grot leżący przy jej fotelu, poczuł się w obowiązku żałośnie zawyć, kuląc pod siebie puszysty ogon. Nina odwróciła się ku niemu z pasją.
- To psisko znowu wyje!- wrzasnęła, wyprowadzona z równowagi. - Cicho bądź, bo dostaniesz w skórę!
Czekała niecierpliwie na przyjazd Emilki łudząc się, że przywiezie ona listy lub jakąś nowinę, ale spotkał ją bolesny zawód.
- Musimy uzbroić się w cierpliwość. - przemówiła chłodno Dorota, obojętnie przysłuchująca się jej słowom.
Nina wciągnęła nosem powietrze i zwróciła się w jej stronę, gotowa wszcząć kłótnię, ale się powstrzymała, posyłając tylko pani Bieckiej nieprzyjazne spojrzenie.
 - Emilko, - spytała - czy jesteś pewna, że Alka nie było z panem Czachowskim?
- Rozmawiałam z rannym powstańcem z oddziały pułkownika. Pana Aleksandra i naszych chłopców tam nie widziano.
- To gdzie oni się podziewają? - Zosia rozpaczliwym gestem chwyciła się za głowę. - Jezu, Tadek po śmierci ojca powinien wrócić do domu. Żeby nie rządca polecony mi przez Ninę, nie dałabym sobie rady z prowadzeniem spraw majątkowych.
Nina przystanęła i spojrzała na nią ze współczuciem. Biedna, kochana trusia.
- Jeżeli w ciągu tygodnia nie dostanę wiadomości od męża, biorę Maćka i razem pojedziemy śladami partii. Przecież ktoś musiał ich widzieć! Za złoto, chłopi powiedzą mi prawdę.
Żadna z pań nie odezwała się słowem. Z dala dobiegł ostry krzyk pawia.
- Za złoto chłopi ciebie zamordują.- skomentowała po chwili jej wypowiedź Dorota. - Też masz pomysły!
Pomiędzy drzewami zabieliły się fartuszki pokojówek, niosących tace z ciastem, porcelanowe misy z czereśniami, lodowe babeczki, wino porzeczkowe oraz wodę sodową, bo dzień był od rana upalny. Walenty nadzorujący nakrywanie do podwieczorku, ze zrozumiałym zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie dam. Niepokoił się o pana i nie było dnia, żeby o nim nie wspominał.
- Zamierzasz jechać sama, pomiędzy walczące wojska? - na wyrazistej twarzy Emilki, odmalował się wyraz zdumienia i przerażenia. - Nino, ależ to szaleństwo! Pierwszego dnia wpadniesz im w łapy, bo chłopi wydadzą cię Moskalom. Zostaniesz.... No, sama dobrze wiesz, co się wtedy stanie. Potem odeślą ciebie i Maćka do Radomia i tam cię zamęczą.
- Pojadę! - niemądrze upierała się Nina. Najchętniej rozbiłaby coś na kawałki lub rozerwała w strzępy, ale nie miała na czym się wyładować. - Kto wie, czy mój mąż nie potrzebuje pomocy?Może jest ranny? Pojadę i nikt mnie nie zatrzyma! Zetnę włosy, ubiorę się po męsku i pojadę. A mojej Mignon kozackie koniki nigdy nie dogonią.
- Wyobrażasz sobie,że Rosjanie nie rozpoznają kobiety? Być może, pod warunkiem, że trafisz na oddział niewidomych weteranów. - zakpiła Dorota.- Doprawdy, Nino, dramatyzujesz. Wszystkie jesteśmy w podobnej sytuacji, ale nie histeryzujemy.
Nina zmrużyła oczy i wpatrywała się w Dorotę z narastającą furią. Już zamierzała krzyknąć, że jej Aleks to nie Kazio Biecki, który nie kocha swojej żony. Naraz przypomniał się jej chłodny, pożegnalny pocałunek męża i w milczeniu spuściła głowę.
Pani Salomea zajęta szyciem bielizny dla powstańców, taktowanie zmieniła temat, opowiadając o radości ciotki Marii, z powrotu wuja Ksawerego do zdrowia. Chory mógł już poruszać rękami, podnosił się z łóżka, a nawet próbował chodzić. Jednakże mowę miał jeszcze bełkotliwą, a własne kalectwo wywoływało u niego ataki dzikiego gniewu. Stał się jeszcze bardziej wybuchowy i nawet dla żony bywał niekiedy przykry. Ciotka Maria znosiła jego grymasy z anielską cierpliwością, trwając przy nim i pielęgnując męża z samarytańskim poświęceniem i miłością. Prawie nie odstępowała od łoża chorego, czytając mu książki, grając z nim w bezika i przygotowując mu przysmaki. Pani Salomea codziennie jeździła do Sarnik, niekiedy pozostając tam
na noc i pomagając przy chorym.
- Biedna ta Marynia. Ale jeszcze bardziej żal mi Bini. Zawiadomiona o chorobie ojca, zaczęła natychmiast starania, o uzyskanie paszportu na wyjazd do Królestwa. Pan Edward jeździł nawet w tej sprawie do Poznania, przedstawiając władzom świadectwa lekarskie nadesłane przez Marynię. Lecz Prusacy odmówili wydania paszportu twierdząc, że Binia już raz w tym roku przebywała za granicą. Boże, jaka nieczułość! Żeby bronić córce odwiedzić chorego ojca?
Binia
 - Binia mi o tym pisała. - wtrąciła Nina. - Miałam taką nadzieję, że znowu się zobaczymy, ale nic z tego nie wyszło. Ciocia postanowiła, że wszyscy spotkają się za granicą, bo do krajów zachodnich łatwiej uzyskać paszport i wizę. Prusacy mają umowę z Rosjanami i dlatego nie chcą nikogo przepuszczać do Królestwa.
- Niestety, biedny Ksawery co najmniej przez rok, nie będzie zdolny do dalszej podróży. - westchnęła pani Salomea. - Mój Boże, kto z nas wie, co nas czeka za rok?
Zosia pochyliła się nad śpiącym synkiem i poprawiła mu na główce jedwabny czepeczek, bo nawet w cieniu drzew było bardzo gorąco i duszno.
- Ninko, z panią wojewodziną jest niedobrze.- odezwała się półgłosem, by nie obudzić dziecka - Powinnaś tam pojechać, bo ciągle dopytuje się o ciebie. Proboszcz z sakramentami bywa u niej codziennie. Wszyscy się obawiają, że chora może zasnąć i więcej się nie obudzić. Wezwała do siebie Jadzię i przepraszała ją za Starewicza.
- Mój Boże!- szczerze przejęła się Nina.- Pojadę do niej zaraz jutro z samego rana. A jeszcze niedawno była taka energiczna i żwawa. To wizyta tego przeklętego Gucia ją zniszczyła. Jaka szkoda, że Alka nie ma, bo ona go tak kocha jak syna. Pewnie czeka na wiadomość od niego.
Stefanek Siekielski
  W tym momencie Grot zaszczekał na przelatującego ptaka, a śpiący chłopczyk obudził się i zaczął kaprysić. Nina wzięła go na ręce i zaczęła się z nim bawić, tuląc go, całując w różowy nosek i łaskocząc chłopca pod podbródkiem koniuszkiem warkocza. Malec zaśmiewał się, oddając jej każdy pocałunek. Trzymając chłopca w objęciach, usiadła z nim na fotelu, mając słodkie złudzenie, że pieści własnego synka. Zaklaskała głośno w dłonie, a na ten znak, z wyniosłej sosny zbiegła Noisette, skoczyła swej pani na ramię i zaczęła zajadać ze smakiem podawane orzechy laskowe, beztrosko rzucając łuski na głowę swojej karmicielki. Chłopczyk nie posiadał się z radości, wyciągając do ślicznej wiewiórki obie tłuste łapki. Niezadowolona Noisette pisnęła gniewnie. Nina w obawie, że rozeźlona wiewiórka może ugryźć dziecko, wymierzyła jej palcem lekkiego klapsa po pyszczku. Obrażona Noisette błyskawicznie skryła się w kieszeni jej sukni i z zemsty wygryzła w niej dziurę. Zosia patrzyła z miłością na synka i chłodziła rozgrzaną twarz, wachlując się rondem słomkowego kapelusza.
Noisette.
 - Stefan niedługo skończy roczek, zaczyna mówić, a nie zna własnego ojca. - odezwała się drżącym głosem. - Niekiedy zadaję sobie pytanie, czy mężczyźni w ogóle zdają sobie sprawę, co to znaczy wydać na świat dziecko, troszczyć się o jego codzienne potrzeby, zamartwiać się gdy choruje i poświęcać mu każdą chwilę? Wydaje mi się, że nie mają o tym nawet wyobrażenia. Uczyniwszy nas matkami, odeszli do walki, pozostawiając nas na pastwę losu. Żyjemy w ciągłej niepewności, ni to panny, ni wdowy. A przecież wszystkie jesteśmy młode i pragniemy miłości. Marzymy, aby ten którego poślubiłyśmy, opiekował się nami, był przy nas na dobre i złe. Mój teść zabity, o ojcu nic nie wiem, o Tadku słuch zaginął. Ja nie potrafię dłużej znosić tej niepewności, muszę wiedzieć, co się stało z moim mężem. Oświadczam wam, że jeśli Nina zdecyduje się jechać, ja pojadę z nią! Mogą mnie zabić, wszystko mi jedno. - Zosia wybuchła rozdzierającym płaczem, a chłopczyk widząc szlochająca matkę, także się rozpłakał. Panie próbowały ją uspokoić, trzeźwiąc solami i skrapiając wodą kolońską, bo biedna trusia dostała spazmów, łkając i głośno wzywając męża. Jednakże dzień miał się zakończyć o wiele pogodniej. Mira powracając z Borku, przybiegła do parku cała w uśmiechach i rzuciła na kolana Niny, Emilki i Zosi listy.
- Wszystkie panie mają korespondencję. Pani Doro, proszę, oto list od męża! - zawołała wesoło.
- Chyba to Zosia wypłakała nam te listy u Boga!- zaśmiała się Emilka, nerwowo rozdzierając kopertę, a raczej dwa sklejone brzegi kartki. - Nino, dokąd idziesz?
  Nina nawet się nie obejrzała, lecz pochwyciwszy list, pobiegła do domu i zamknąwszy się na klucz w buduarze, usiadła przy sekretarzyku dopiero wtedy otwierając brudną, poplamioną kopertę. Na widok znajomego pisma męża, oczy jej napełniły się łzami radości. Przycisnęła list do ust, całując drobne literki. List musiał wędrować przez wiele rąk, zanim trafił do adresatki. Odruchowo rzuciła okiem na datę. Aleks pisał list w pierwszych dniach maja. Jego wytworne, kaligraficzne pismo rozmazywało się, gdy patrzyła na nie przez mgłę łez.
  "Najdroższa moja, ukochana żono, mój najsłodszy promyczku. Do tej pory nie udało się nam połączyć z Czachowskim, chociaż gonimy za nim od wielu dni. Pułkownik kluczy, aby zmylić nieprzyjaciela i nieustannie zmienia miejsce pobytu. Przybyliśmy do "Piekła", lecz jego już tam nie było, a nasze władze nie zatroszczyły się o to, by ustalić nowe miejsce zbiórki. Mogę tylko przypuszczać, że pułkownik idzie forsownymi marszami w iłżeckie lasy, aby tam poszukać schronienia. Rozdzielają nas kolumny wojsk rosyjskich, które napływają z sąsiednich garnizonów, poruszając się w rozmaitych kierunkach i trzeba dobrze uważać, żeby znienacka na nie nie wpaść. Sytuacja wygląda następująco: - najpierw idzie Czachowski, potem kolumna rosyjska, która go ściga, następnie my, usiłując połączyć się z pułkownikiem, za nami znowu Rosjanie, próbujący dobrać się do skóry Czachowskiemu i nam! Idziemy teraz w stronę Opatowa, dokąd jak sądzę, zmierza Czachowski. Ale jest to tylko hipoteza, bo nic pewnego nie wiemy. Mamy jednak pewne oznaki, że depczemy mu po piętach, gdyż w pobliżu wsi wrogich powstańcom, widzieliśmy powieszonych chłopów, pokaranych przez pułkownika za zdradę. Nie jestem zwolennikiem drastycznych metod, niemniej jest to faktem, iż w niemal każdej wsi, wójtowie i sołtysi zdają Rosjanom meldunki, o pojawieniu się w okolicy powstańców. Czynią to nawet bez specjalnego przymusu, po prostu dla korzyści materialnych, bowiem władze carskie płacą pięć srebrnych rubli za głowę żywego lub martwego powstańca. Podejrzewam, że gdyby Rząd Narodowy płacił za głowę Rosjanina dziesięć rubli, wieśniacy zarzuciliby nas tymi trofeami. To straszliwa tragedia narodowa, że Polacy stali się dla siebie Kainami!"
Nina zatkała usta dłonią, a potem głęboko zaczerpnęła powietrza.
  "To wyłącznie nasza wina, bo mszczą się na nas wieki chłopskiej niedoli. Jednakże surowość pułkownika jest w pełni uzasadniona, bowiem rozzuchwaleni bezkarnością chłopi, śledzą każdy nasz krok, nie pozwalając nam odetchnąć. Gdy idziemy, a raczej wleczemy się umęczeni, widzimy, jak pastuchy wskakują na konia i pędzą do najbliższego posterunku, z donosem. Na szczęście jest bardzo ciepło, więc nie zbliżamy się do ludzkich siedzib, nocując pod gołym niebem w lesie. Wczoraj starliśmy się z silnym oddziałem dragonów, pod dowództwem kapitana. Uderzyliśmy na nich z zaskoczenia i po kwadransie było po wszystkim. W czasie bitwy obserwowałem naszych kosynierów i w głowie mi się nie mieści, jak dziwną i złożoną jest natura naszego chłopa. Jedni wieśniacy wydają nas wrogowi, a chłopi służący w moim oddziale kosynierów, biją się z niesłychaną walecznością. Tyle w tym naszym narodzie sprzeczności i niekonsekwencji, prawda? Po bitwie, Janek operował i opatrywał rannych Rosjan, wziętych do niewoli. Wypuściłem ich wolno, po złożeniu przez nich przysięgi, że więcej do walki nie wrócą. Wiem, że ich przysięga to fikcja, bo są żołnierzami i wrócą do swoich, lecz ja muszę się ich pozbyć, a zabić przecież nie mogę. Nie jestem katem, lecz polskim oficerem. Kochanie, nie martw się o mnie. Na razie cieszę się znakomitym zdrowiem i nie jestem nawet draśnięty. Nie głodujemy. Ucieszysz się, bo Tadeusz wyrabia się na świetnego oficera, ostatnio bardzo zmężniał, w bitwie walczy z wyjątkową zawziętością, mszcząc się za śmierć ojca. Chorąży Barycz również zasługuje na pochwałę. Wziął do niewoli dowódcę dragonów, odnosząc ranę w udo, bo Moskal strzelił do niego z rewolweru. Za to Biecki mnie denerwuje. To lichy człowiek i nie nadaje się do naszej ciężkiej służby. Obawiam się, żeby jego bezmyślność nie przysporzyła nam nowych kłopotów, bo Biecki nie potrafi obejść się bez kobiet. Zwiadowca kilkakrotnie nakrył go na flircie z wiejskimi dziewczętami. Najchętniej pozbyłbym się go z oddziału. Mój słodki promyczku, wybacz mi ten chaotyczny styl, ale piszę list od kilku dni, w czasie postojów. Jestem Ci niewypowiedzianie wdzięczny za Tomka. Okazuje mi rozczulające przywiązanie, co mnie wzrusza i zobowiązuje do opieki nad tym samotnym dzieciakiem. Jest wybitnie inteligentny i ma fenomenalną pamięć. Potrafi być bardzo dobrym wywiadowcą. Idąc w chłopskim przebraniu do wsi, dostarcza nam cennych informacji. Podziwiam jego odwagę, to urodzony żołnierz! Jest przy tym tak szlachetny i szczery, tak bardzo mi oddany, że przyrzekłem sobie nie zmarnować jego nadzwyczajnych zdolności. Jeżeli przeżyję powstanie, oddam go do najlepszej szkoły oficerskiej we Francji lub w Anglii. W wolnych chwilach uczę go obu tych języków, jak również rosyjskiego, a Tomek zapamiętał już mnóstwo słówek i od biedy można się z nim rozmówić. On po prostu chłonie naukę. Dziś przybył do nas kurier, więc piszę ten list w nadziei, że prędko dotrze do Twoich ślicznych rączek. Ogromnie tęsknię za Tobą. Czy wybaczyłaś mi moje bezmyślne słowa, jakimi Cię raniłem? Ukochana, ja nie walczę z pobudek patriotycznych, ani dla sławy, bo od początku zdaję sobie sprawę, że tej walki nie wygramy. Mam jednak nadzieję, że ta zbrojna demonstracja poruszy sumienia w Europie, a może i w Rosji. 
Widok z Góry Sieradowskiej
Może wzruszy tam kogoś wielka danina krwi, jaką składamy w tym powstaniu. Zawiodły nas szumne hasła, zgubiła głupota i wzajemna zawiść. Ale gdy wieczorem przyglądam się śpiącym obok mnie chłopcom, którzy tak bezgranicznie mi zaufali, oddając swoje życie w moje ręce, nie potrafię im powiedzieć:"nasza sprawa jest przegrana, wracajcie do domów." Te słowa nigdy nie przeszłyby mi przez usta. Oni wierzą głęboko, że ich poświęcenie przyniesie nam w efekcie zwycięstwo. Nie mam prawa odbierać im tej wiary. Czasami śnię na jawie, że jestem w domu. Przypominam sobie wspaniałe zachody słońca nad Sieradowską, czuję zapach kwitnących róż i widzę Ciebie, jak siedzisz przy fortepianie i grasz nasze ulubione "Larghetto", a 
Twoje smukłe paluszki lekko przebiegają po klawiaturze. Widzę mgły unoszące się nad stawem i słyszę krzyk ptaków powracających do gniazd. Może w ten sposób objawia się miłość do ojczyzny, do ziemi i naszych obyczajów, które kochamy i do których od wieków byliśmy przyzwyczajeni? W ich obronie, dziś narażamy własne życie i umierając jeszcze protestujemy. Mój biedny promyczku, oskarżam się, że postąpiłem bardzo egoistycznie prosząc o Twoją rękę, bo miałem świadomość, że jestem poświęcony innej Sprawie. Ale ja tak bardzo Ciebie kochałem i łudziłem się, że jednak powstanie nie wybuchnie, a my spokojnie przejdziemy razem przez życie. Walczę więc bez wiary w zwycięstwo, lecz dumny z odwagi i poświęcenia moich żołnierzy.
 
Grottger.Już tylko nędza.
Wczoraj przeżyliśmy chwile grozy. Szukając wody, trafiliśmy do dworku jakiegoś dzierżawcy w nadziei, że napijemy się kwaśnego mleka. W takich dworkach zawsze przyjmują nas serdecznie. Ale z domu nikt nie wyszedł na nasze powitanie. Kiedy weszliśmy do środka, okazało się, że dom był kompletnie splądrowany przez kozaków, którzy zaskoczyli mieszkańców we śnie. W sypialni, na połamanym łóżku, leżała młoda, śliczna kobieta, zupełnie naga i bardzo poraniona. Przed śmiercią została wielokrotnie zgwałcona. Na jej piersi spoczywało ciałko niemowlęcia, bestialsko przebite kozacką piką. Nie mogłem oderwać oczu od tego nieszczęsnego dziecka. Odebrało mi wprost mowę. W myślach błogosławiłem Twój niezawodny instynkt macierzyński, nakazujący Ci ukryć nasze dziecko w bezpiecznym miejscu. Wolałbym nigdy nie oglądać mojej małej córeczki, za którą bardzo tęsknię, lecz w zamian cieszyć się świadomością, iż przebywa z dala od tego piekła. Myśl, że grozi jej śmierć, odebrałaby mi odwagę do walki. W sieni leżał zabity służący, a obok martwy pies w kawałkiem wydartego munduru w wyszczerzonych zębach. Wszystkie meble były pocięte szablami, pościel popruta, naczynia porozbijane. Wody nie wzięliśmy, bo w studni leżało ciało dzierżawcy dworku. Pogrzebaliśmy zabitych i poszliśmy dalej z nienawiścią zapiekłą w sercach i żądzą odwetu. Żałowałem, że przedwcześnie wypuściłem jeńców, między którymi byli i kozacy. Teraz kazałbym ich rozstrzelać pod ścianą tego dworku! Ponure twarze moich chłopców świadczyły, że myślą tak samo jak ja. Była dziś u mnie delegacja żołnierzy. Zażądali, żebym wziętych do niewoli kozaków, Czerkiesów, Czeczenów i innych Kabardyńców, na miejscu karał śmiercią. Ci ludzie z dalekiego Kaukazu, okazują nam szczególną nienawiść, podobnie jak pułki Finów, którzy zwalczają powstańców w niezwykle okrutny sposób. Pewnie nie powinienem o tym pisać, lecz czynię to dla przestrogi. Ukochana moja, nie rozstawaj się z bronią, noś ją zawsze przy sobie. Pamiętaj, że gdy się budzę lub zasypiam, pierwsza i ostatnia myśl poświęcona jest Tobie, jedyna moja i naszemu dziecku. Nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy, bo każdy dzień oddala nas od Makowa. Zwiad doniósł o zbliżaniu się w naszym kierunku piechoty rosyjskiej. Widzimy także chłopów przemykających pośród drzew, by po bitwie obrabować zabitych, a rannych dobić. Muszę kończyć, bo kurier się niecierpliwi. Najdroższa, całuję Twoje usta, ręce i stopy. Całuję w myślach naszą córeczkę, owoc miłości, tak bardzo przeze mnie upragniony. Polecam się łaskawej pamięci wszystkich pań. Do matki chrzestnej pisałem, więc ją tylko ode mnie ucałuj. Pozdrów wszystkich domowników z Walentym na czele. P.S. Kurier powiada, że lada dzień Francja wypowie wojnę Rosji. Se non é vero é ben trovato
1! W tym wypadku Rząd Narodowy musi zmienić cały modus operandi2. Do widzenia Nino, jesteś światłem moich oczu. Kocham Ciebie. Aleksander."
Kilkakrotnie odczytała półgłosem list męża. Gardło miała ściśnięte, lecz oczy suche. List wcale nie przyniósł jej oczekiwanej pociechy, bo pisany był w przeddzień bitwy, prawie przed miesiącem. Aleks żył, bo gdyby przytrafiło mu się coś złego, jej niezawodny instynkt dałby o tym znać. Jego list z nową siłą rozbudził w niej straszną tęsknotę za dotykiem jego rąk, pieszczących jej spragnione miłości ciało. Za niskim wibrującym namiętnością głosem, budzącym w niej pragnienie. Był taki szlachetny, przypisując jej uczucia, jakimi bynajmniej się nie kierowała oddając córkę Bini. Nie tęskniła za dzieckiem i wcale nie pragnęła go zobaczyć. Obojętnie odczytywała zachwyty Bini nad dziewczynką, która szczęśliwie zniosła długą podróż do Świerszczyn i rozwijała się zdrowo. Z listów Bini, emanowała gorąca miłość, której Nina wcale nie podzielała. Jej macierzyńskie uczucia zabrał do grobu zmarły synek. Czasami zupełnie zapominała, że gdzieś daleko żyje jej rodzona córka. O tym przykrym fakcie przypominał jej list Bini, lub łzawe westchnienia Jagi, tęskniącej za małą.
Przysłowie powiada, że nieszczęścia zawsze chodzą parami.
Do gnębiącej ją troski o męża, dołączyła się obawa o życie wojewodziny. Dni staruszki były policzone. Niegdyś stara dama wzbudzała w Ninie niechęć. Nie lubiła jej i trochę się bała. Lecz potem doznała od niej wiele bezinteresownej pomocy. Wojewodzina okazała jej serce, wspierając w ciężkich chwilach radą i pieniędzmi. Była starej damie wdzięczna, za jej prawdziwie matczyną miłość do Aleksa i starania, aby zabezpieczyć dla nich spadek.
 Po źle przespanej nocy, wybrała się konno do Lipieńca, zabierając z sobą list męża. Dzień był wietrzny i pochmurny, lecz bardzo ciepły. Jadąc wyciągniętym kłusem, obserwowała ludzi pracujących w pocie czoła na polach. Sadzono jeszcze późne jarzyny, a choć truskawki, czereśnie i wiśnie przepadły, to późne jabłka i gruszki oraz śliwy zapowiadały się pięknie. Makowscy gospodarze dostali od niej pożyczki na zakup bydła, trzody chlewnej, drobiu i jarzyn. Wspomagając wieś, pomagała i sobie, bo wdzięczni gospodarze spontanicznie przystąpili do pracy na dworskich polach. Byli bardzo wzruszeni, że po huraganie, sama dziedziczka wraz z innymi paniami, przychodziła doglądać chorych, a dla ciężko rannych sprowadziła z miasteczka lekarza i kupowała lekarstwa. Chłopi mieli dobrą pamięć i o tych dobrodziejstwach nie zapomnieli, pomagając ile sił dworskim parobkom.
Idąca spokojnie Mignon podskoczyła udając, że przestraszyła się zająca i wyrwała ją z zamyślenia, dopominając się czegoś smacznego. Nina poklepała ją po szyi i pochyliwszy się, podała klaczce kostkę cukru. Przyszło jej na myśl, że nie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie. Z piękności salonów, stała się zapobiegliwą gospodynią zamartwiającą się, że krowy dają mniej mleka, a drób znowu choruje. Przestała nawet dbać o siebie, chodząc czasem cały dzień w jednej sukni i zaczesując wspaniałe włosy w kukiełkę na karku. Jej urzekająca uroda jakby przygasła, a kąciki drobnych ust, opadły w grymasie goryczy. Jak automat wstawała rano, cały dzień krzątała się, jeżdżąc z panem Bochniakiem w pole, sadząc z ogrodnikami w warzywniku nowe odmiany jarzyn, zakładając w parku całe pola nowych sadzonek kwiatów jesiennych i doglądając gospodarstwa na folwarkach. Wieczorami kładła się do łóżka zadowolona, że minął jeszcze jeden nudny, pracowity dzień. Jaga zamartwiała się jej niedbałością o swój wygląd i gderała:
- Fe, jak ci nie wstyd? Suknia zmięta, nieświeża, włosy byle jak uczesane. Chodź, usiądź na chwilę, uczeszę cię po ludzku. Goście mogą przyjechać.
Nina machnęła dłonią, opędzając się od niani, jak od uprzykrzonej muchy. Goście! Dorota skwaśniała na ocet siedmiu złodziei, ciotka Maria wiecznie opowiadająca o chorobie wuja, siostry Wąsockie, smutne i przemęczone pracą w tajnym lazarecie, lub zrozpaczona i stęskniona za Tadeuszem trusia. Ciągle te same tematy: powstanie, ostatnie wiadomości o większych potyczkach, zbiory, dragoni w okolicy. Okropność! Dla takich gości nie warto było ubierać jedwabnej sukni i starannie upinać włosów. Dopiero wsiadając na klaczkę, w strojnej amazonce i twarzowym kapelusiku, znowu stawała się wytworną młodą damą, czarując uśmiechem i spojrzeniem lśniących oczu.
W Lipieńcu na dziedzińcu było pusto, brama wjazdowa otwarta. Zeskoczyła przed gankiem z konia i przywiązała wodze do żelaznego pierścienia. Rozglądając się, weszła do sieni. Przy drzwiach sypialni wojewodziny, siedział zgarbiony stary kamerdyner. Popatrzył na nią mętnymi, na wpół ślepymi oczami.
- Jakże się miewa pani dziedziczka? - zagadnęła ściszonym głosem, zdejmując kapelusz i rękawice.
- Dopiero co odjechał ksiądz dobrodziej. - chlipnął stary sługa żałośnie.
Pomimo zrzędliwego charakteru, wojewodzina była kochana przez swoją służbę. Nie chcieli się pogodzić z jej prawdopodobną śmiercią, obawiając się zmian. W sypialni wielkiej jak stodoła, wybitej ciemnymi gobelinami, duszno było od zapachu lekarstw i kadzidła. Zasłonięte okna nie wpuszczały dziennego światła. Lustra, żyrandole i portrety przysłonięto ciemnymi tkaninami, jakby w pokoju spoczywał zmarły. Nina bezszelestnie podeszła do starożytnego łoża, przepysznie rzeźbionego i wspartego na czterech kwadratowych kolumnach. Pod brokatowym baldachimem, na webowej pościeli obszytej pożółkłą koronką spoczywała wojewodzina. Nina pochyliła się, delikatnie ujęła jej pomarszczoną dłoń i złożyła na niej lekki pocałunek.
- Jestem, ciotuniu.
 Staruszka podniosła sinawe powieki i spojrzała na nią zamglonym wzrokiem. Jeszcze niedawno tak pełna życia i energii, teraz była wątłym szkielecikiem obleczonym zwiotczałą skórą. Trzymała się przy życiu tylko siłą woli. Jedynie w jej gasnących oczach zogniskowała się reszta przytomności i życia.
- Nina? Cieszę się, że jesteś. Martwiłam się o ciebie, moje dziecko. - wyszeptała, zaledwie poruszając spieczonymi wargami.
- Niech mi ciocia wybaczy, że nie przyjechałam zaraz po powrocie z Warszawy, ale natychmiast wpadłam w wir obowiązków, bo wszystko się waliło. Sprzedałam apartament cioci Tekli i teraz odbudowuję wieś i remontuję pałac. - Nina przysiadła na skraju łoża i opowiadała pogodnym tonem, jakim zwykle się mówi do ciężko chorych. - Dostałam list od Alka.
- Oleś pisał? - wojewodzina uniosła głowę, a Nina poprawiła jej poduszki, układając chorą nieco wyżej. - Dzięki Ci, Matko Najświętsza! Zesłałaś mi pociechę przed zgonem.- staruszka skierowała oczy na włoski obraz Madonny, wiszący w nogach łoża.
- Jakże się ciocia dziś czuje? - zagadnęła Nina, nie zmieniając pogodnego tonu.
Wojewodzina posłała jej dawne, drwiące spojrzenie.
- Nie udawaj, że nie widzisz. Umieram! Ale jeszcze nie zidiociałam i zdaję sobie sprawę z tego, co się ze mną dzieje. - jej głos zachował dawną zrzędliwość. - Czytaj!
Przywołana do porządku Nina, wyjęła z kieszeni list i unikając patrzenia na woskową twarz chorej i jej wydłużony nos, zaczęła głośno i wyraźnie czytać. Doszła do opisu mordu w dworku dzierżawcy i próbowała ten fragment listu ominąć. Lecz wojewodzina natychmiast spostrzegła to przemilczenie. Ciągle jeszcze miała znakomity słuch i zaraz wyłowiła krótkie wahanie w głosie Niny, oraz pauzę.
- Co tam Oleś napisał?
- Och, to tylko taki przykry opis napadu kozaków na dwór.
- Wojna to nie sielanka, czytaj! - rozkazała szorstko stara dama.
Nina posłusznie odczytała list do końca. Wojewodzina słuchała, przymknąwszy powieki. Oddychała chrapliwie, a falbanki na jej nocnej koszuli, unosiły się wolno przy ciężkim oddechu na wyschłych piersiach.
- Więc Oleś pisał również do mnie! - przemówiła, kiedy Nina zamilkła i złożywszy list, schowała go do kieszeni. - Ale ja nie otrzymałam żadnej wiadomości. Ciekawe, kiedy oddał list kurierowi? Jaka data na liście?
- Nie ma daty, bo Alek pisał list przez kilka dni.- skłamała szybko Nina, nie chcąc przyczyniać chorej nowych zmartwień.
- Pokaż mi ten list! - domagała się wojewodzina, z wysiłkiem dźwigając się i wyciągając wychudłą rękę. - Pokaż!
- Proszę się nie męczyć i nie denerwować. - Nina ponownie ułożyła ja na poduszkach. - List został wysłany w pierwszych dniach maja.
- W takim razie, dalej nie wiemy, co się z nim dzieje. - staruszka westchnęła boleśnie. - Ale on żyje, Nino, tego jestem pewna. O, jak mnie boli! - poskarżyła się, kładąc dłoń na sercu
- Zaraz podam cioci krople konwaliowe, złagodzą ból. Kiedy był lekarz?
- Śmierć mi pomoże, nie krople. Nie chcę lekarza. - powiedziała chora i umilkła.
 Nina siedziała nie ruszając się i nie śmiejąc odezwać się pierwsza. Czekała aż wojewodzina coś powie, przeczuwając, że to może być ich ostatnia rozmowa. Milcząc, rozglądała się po ogromnym pokoju, wyłożonym ciemną boazerią i umeblowanym wspaniałymi meblami z początku XVIII wieku, z prawdziwie barokowym przepychem. Na ścianach wisiały portrety rodzinne osób zmarłych przed wiekami, już poczerniałe ze starości. Pomimo bogactwa, sypialnia była zdecydowanie ponura i Nina za skarby świata nie chciałaby tu sypiać. Zauważywszy, że chora z trudnością oddycha, ośmieliła się odezwać szeptem:
- Może ciocia pozwoli otworzyć okna, bardzo tu duszno.
Wojewodzina lekko skinęła głową. Nie wołając służby, Nina wstała i sama otworzyła szeroko dwa okna. Pokój natychmiast poweselał i napełnił się czystym powietrzem, pełnym zapachu rozkwitających róż. Chora lżej odetchnęła i otwarła oczy, patrząc na nią z ogromnym współczuciem i miłością.
- Nino, usiądź przy mnie i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. - odezwała się cichym, ale wyraźnym głosem. - Ostatni raz rozmawiamy z sobą na tej ziemi. Kiedy powstanie upadnie, nastaną potworne czasy. Oleś także nie ma złudzeń, podobnie jak ja. Twój mąż poszedł do powstania, gdyż uważa, że jesteśmy coś winni ojczyźnie, którą nasi przodkowie pozwolili rozerwać na trzy kawały, a chłopa upodlili, czyniąc z niego posłuszne narzędzie zaborców. Sam udział Olesia w powstaniu, to rodzaj ekspiacji za grzechy przodków. Ale nie o tym chcę dziś z tobą mówić. Zapisałam wam cały swój majątek. Wsie w sandomierskim na wspaniałym czarnoziemie, kilka folwarków w lubelskim i Lipieniec. To także złote jabłko. Na hipotece ani grosza długu i kapitały w bankach. Wiem, że oddaję moją ziemię w dobre ręce. Ty kochasz ziemię i rozumiesz, że jest to jedyna rzecz, dla której warto żyć i umierać. Godnie mnie zastąpisz. Będziesz dobrą dziedziczką, bo chłopi makowscy ciebie kochają. Warto byłoby ustanowić na tych majątkach ordynację, ale nie macie jeszcze syna. Nie szkodzi. Lipieniec i majątki lubelskie pozostaw córce. Wiem, że Starewicz zechce odebrać wam spadek, więc w najgorszym razie oddaj mu kapitały w gotówce. To łakomy kąsek dla tego podłego karciarza! Ziemi mu nie oddawaj, bo ją sprzeda. - zmęczona wojewodzina zamilkła, a potem podjęła jeszcze cichszym głosem: - Polecam ci moja służbę. Pozwól im dożyć tutaj swoich dni. Przyrzekasz?
- Przyrzekam, ciociu! - głośno i zdecydowanie powiedziała Nina.
Ujęła dłoń umierającej w obie ręce i przycisnęła do niej usta. Palce wojewodziny zgięły się lekko, oddając jej uścisk. Staruszka patrzyła na nią z czułością i litością.
- Moje biedne dziecko, nie będziesz miała lekkiego życia. - wyszeptała. - Przed tobą walka, aż po kres twoich dni. Jeden Bóg raczy wiedzieć, czy zdołasz pokonać trudności, jakie los postawi na twojej drodze. Musisz być twarda jak skała, nie wolno ci się ugiąć! Kiedy powstanie upadnie, na tej nieszczęsnej ziemi rozpęta się piekło. Proszę, weź to pudełko, jest tam trochę świecidełek i mój testament. A tu masz ode mnie dziesięć tysięcy rubli. Te klejnoty i pieniądze schowaj na czarną godzinę. Nie wydawaj ich przedtem. O, będziesz wiedziała, kiedy ta czarna godzina nadejdzie, bo serce ci to podpowie.
- Dobrze, ciociu.- Nina skinęła głową, przyjmując dar jako depozyt. Słowa umierającej napełniły jej serce zabobonną trwogą.
- Gdy umrę, - ciągnęła wojewodzina - z sum zapisanych w testamencie wypłać Stasi posag zakonny. Ten pierścień z brylantem oddaj Jadwidze, niech nie chowa do mnie urazy. Skrzywdziłam ją, ale będzie mnie jeszcze błogosławić, bo z was wszystkich, tylko ona jedna zazna w życiu szczęścia. - położyła ciężką rękę na głowie Niny, która uklękła przy łożu, aby lepiej słyszeć jej cichnący głos. - Nie płacz po mnie, córeczko, niedługo zabraknie ci łez. Umierający widzą dalej... Miej zawsze świadomość, że płynie w tobie krew rycerzy spod Grunwaldu i tych spod Cecory, którzy własnymi ciałami zawalili drogę do ojczyzny całej potędze tureckiej. Przyznaję, gdy dowiedziałam się, że Oleś postanowił poślubić ciebie, byłam bardzo niezadowolona, bo wydawałaś mi się zimna i obawiałam się, że wyszłaś za Olesia dla jego tytułu i majątku. Przebacz mi, dziecko, bo bardzo zgrzeszyłam pychą. Jesteś dla niego najlepszą żoną, wierną, kochającą i wspaniałą panią na Makowie. Chyba matka wymodliła Olesiowi taką żonę, prawdziwą towarzyszkę życia.
Nina uniosła głowę i zarumieniła się z radości i dumy. Nigdy nie spodziewała się usłyszeć z ust surowej, starej damy takiej pochwały. Z wdzięcznością ucałowała jej zapadły policzek
- Dziękuję cioci, ale nie wiem, czy Alek jest tego samego zdania. - westchnęła.
- Masz odpowiedź w jego liście. - stwierdziła wojewodzina. - Ja wiem, że on ma niełatwy charakter, jest skryty, mało wylewny, często apodyktyczny. Jeszcze nieraz zada ci ból. Ale nigdy nie wątp w jego miłość. Jego serce trudno zdobyć, lecz gdy raz kogoś pokocha, pozostanie tej miłości wierny do końca życia.
" Tak właśnie kochał Paulę!..." - przemknęła myśl przez głowę Niny, ale natychmiast zdusiła ją w sobie.
- Gdyby, co nie daj Boże, Oleś dostał się do niewoli, sprzedaj wszystko co masz, Maków i Lipieniec i uciekajcie, bo tu grozi mu zguba.
- Oddam wszystko bez żalu, żeby tylko go ocalić.- zapewniła ją Nina żarliwie.
- Te klejnoty, które ci dałam, są bardzo cenne. Moja babka otrzymała je od Marii Józefy Habsburg, królowej polskiej i elektorowej saskiej. Mam do ciebie jeszcze prośbę, czy zechcesz ją spełnić ?
- Naturalnie.
- Dziękuję. Pochowaj mnie przy Tekli w Makowie. Nie chcę leżeć obok mego męża. Miło mi pomyśleć, że kiedyś po długim życiu i wy spoczniecie obok nas. Błogosławię ci, moje kochane dziecko. Błogosławię Olesiowi i waszej małej córeczce. Żałuję, że jej nie zobaczę. Niech was Bóg chroni i otacza opieką. - zakreśliła krzyż nad głową klęczącej Niny.
Naraz przyciągnęła ją do siebie i ciężko dysząc, wpatrzyła się w jej oczy płonącym niesamowicie wzrokiem.
- Strzeż się słabości! - ostrzegła.- Przyjdzie na ciebie taka godzina, że staniesz przed wyborem decydującym o całym dalszym twoim życiu. Wtedy przypomnij sobie, że twój mąż był powstańcem i nigdy nie zszedł z drogi honoru. To moja ostatnia rada, pamiętaj o niej, kiedy staniesz na rozdrożu.
- Przysięgam, że nigdy nie przyniosę wstydu memu mężowi, ani tobie, ciociu. Tak mi Boże dopomóż! - powiedziała Nina z godnością, zastanawiając się, co wojewodzina chciała dać jej do zrozumienia i przed czym ją ostrzegała. Nawet nie próbowała pytać, bo wiedziała, że umierająca jej tego nie powie. - Ciociu, pojadę do Makowa, wydam zarządzenia i wrócę z ciocią Salusią, żeby ciebie pielęgnować, dobrze? A może wolisz przyjechać do Makowa?
- Nie trzeba, moje dziecko. Chcę zostać sama. - wyszeptała wojewodzina słabym ruchem warg, posiniałych i pokrytych nalotem gorączki. - Teraz sobie podrzemię, a złe czy dobre, sama ci obwieszczę. Idź już, kochanie.
Nina spostrzegła z lękiem, że przez twarz chorej przepływają jakby blaski i cienie, będące oznaką nadchodzącej śmierci. Ucałowała zimne czoło staruszki i na palcach wysunęła się z sypialni. Ochmistrzyni, równie wiekowej jak jej pani, posłała smutny uśmiech.
- Uważajcie na jaśnie panią wojewodzinę. Jest bardzo słaba. Niech pan Marcinkiewicz pośle do miasteczka po doktora. Jakby się pani wojewodzinie pogorszyło, natychmiast proszę mnie zawiadomić.
 Stanęła na ganku i rozejrzała się bezradnie, a potem wsparła głowę o smukłą kolumnę i rozpłakała się żałośnie. Oto traciła następną bliską osobę, dobrego, życzliwego człowieka. Kobietę godną szacunku, mądrą i wielką damę. Przypomniała sobie groźną zapowiedź przyszłości, lecz wolała o tym na razie nie myśleć. Dosyć miała zmartwień o chwilę obecną, żeby zaprzątać sobie głowę przyszłością. Dosiadła Mignon i ruszyła, odmawiając po drodze pacierze za chorych i umierających. Pomyślała, że należy wstąpić do Sarnik, spytać o zdrowie wuja i powiadomić ciotkę o stanie wojewodziny. Ale była tak przygnębiona i zmartwiona, że w Sarnikach nawet nie zsiadła z konia, każąc tylko służącemu poprosić panią dziedziczkę. W kilku słowach powiedziała ciotce, że pani wojewodzina kończy życie.
- O Jezu, nie powiem o tym Ksawuniowi. - ciotka przejęła się tą smutną wiadomością. - On teraz wszystko bierze sobie do serca, a każda zgryzota może go zabić. Nino, wejdź do domu. Wuj się ucieszy, bo nawet dziś pytał o ciebie. Chciał wiedzieć, czy może miałaś jakieś wiadomości od Olesia o Jasiu?
- Wczoraj dostałam list od męża. Z pierwszych dni maja... Pisał, że gotują się do bitwy! - Nina urwała, uspokajając niecierpliwiącą się klaczkę. - Przepraszam ciocię, ale nie wejdę. Jestem taka...- zagryzła usta. - Biedna pani wojewodzina umiera. - dokończyła łamiącym się głosem czując, że znowu się rozkleja.
- Wola boska, moje kochane dziecko. - westchnęła ciotka. - Wracaj do domu i odpocznij, bo źle wyglądasz. Może dać ci powóz? Nie? Zaraz się ubiorę i wstąpię po księdza proboszcza. Razem pojedziemy do wojewodziny. A ty, wracaj do Makowa.
Nina skinęła głową i szarpnąwszy cugle, odjechała. Zaraz za wsią ponagliła klacz i ruszyła cwałem, żeby szybką jazdą zabić żal i odpędzić ponure myśli. Nie wiadomo kiedy, bardzo przywiązała się do starej damy, a jej śmiertelna choroba była dla niej ciężkim przeżyciem. Wojewodzina odchodziła w momencie, gdy jej mądra rada i wsparcie, byłaby dla Niny zbawienne. Przypomniała sobie przepowiednię umierającej, iż udziałem jej będzie walka, aż do końca życia. Nie była to przyjemna perspektywa, lecz Nina przypisywała te słowa gorączce i powolnej utracie świadomości chorej.
Do Makowa powróciła w ponurym nastroju.
Czując potrzebę jakiegokolwiek zajęcia, odprowadziła Mignon do stajni i sama się nią zajęła, szczotkując ją, karmiąc i pojąc. Całą resztę dnia była smutna, niespokojna i milcząca. Zmieniwszy suknię, usiadła w buduarku, wyjęła arkusz papieru, i aby zająć czymś myśli, postanowiła napisać do Bini długi list. Naraz przypomniała sobie o klejnotach i pieniądzach, które niedbale włożyła do kieszeni amazonki. Poszła do garderoby i wyjęła pudełko z kieszeni.
Wróciła do buduaru i przy sekretarzyku otworzyła etui z klejnotami. Tęczowe lśnienie wielkich brylantów niemal ją oślepiło. Były to rzeczywiście królewskie klejnoty. Cudownie oszlifowane kamienie wielkości owocu wiśni, oprawione w dukatowe złoto, przedstawiały ogromną wartość. 
 Jak urzeczona wpatrywała się w brylanty ze skarbca Habsburgów3, które dziwną koleją losów trafiły w jej ręce. Pobiegła do gabinetu i otworzywszy skarbiec, zamknęła w nim klejnoty i pieniądze. Ponownie zasiadła do pisania listu i przez jakiś czas przelewała myśli na papier, dzieląc się z siostrą troskami i czerpiąc pociechę z samej tylko możności, przypomnienia jej o sobie.
Naraz poczuła, że nie jest w pokoju sama. Powiał na nią lodowaty chłód, a serce ścisnęło się złym przeczuciem. Rozejrzała się, lecz w buduarze nie było nikogo. Mimo to była pewna, że w pobliżu jest ktoś jeszcze, obecny choć niewidzialny. Wyraźnie czuła, że ktoś przy niej stoi. Natychmiast przypomniała sobie słowa konającej i domyśliła się, co się wydarzyło. Ta myśl zmroziła jej krew w żyłach. Zerwała się z krzesła i wybiegła jak szalona, wzywając Jagę i służbę.
- Boże miłosierny! - wykrzyknęła z płaczem. - Pani wojewodzina umarła!
Wcale nie była zaskoczona, kiedy po dwóch godzinach Walenty wręczył jej bilecik pisany ręką ciotki Marii. Zawierał tylko kilka słów: "Wojewodzina oddała ducha Bogu." Nina odczytała je z suchymi oczami.
- Obiecała, że sama da mi znać i dotrzymała słowa. - szepnęła do siebie i poczuła głęboki ból i trwogę.
Powróciła do pokoju, usiadła przy sekretarzyku, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w okno i w wieczorne zorze płonące na niebie. Tym razem nie płakała - nie mogła.

 1Se non...- Jeżeli to nie jest prawdziwe,to jednak dobrze wymyślone.
2Modus operandi - sposób działania.
3Klejnoty ze skarbca Habsburgów – arcyksiężniczka Maria Józefa Habsburg, była żoną króla polskiego Augusta III Wettina i królową polską.