piątek, 26 sierpnia 2016

Grom uderzył trzy razy.


26 sierpnia 2016 r.
Na końcu alei pojawił się jeździec. Noisette upuściła trzymany orzech i pisnąwszy ze złością uciekła. Nina porwała się z fotela i podbiegła do schodów, wyciągając obie ręce. Jaś był tak bardzo zmieniony, że prawie go nie poznała. Siedział na koniu pochylony, bez zwykłej gracji i ciężko zeskoczył z wierzchowca. 
 Skinął jej głową i nie witając się z nią, wszedł na taras i rzucił się na trzcinowy fotel. Z przerażeniem stwierdziła, że nic nie pozostało z radosnego, roześmianego chłopca, zawsze skorego do żartów. Jego błękitne oczy jarzyły się jakimś gorączkowym, niezdrowym płomieniem w poczerniałej od trudu twarzy. Na tarasie, jak spod ziemi wyrósł nagle Walenty, przynosząc jeszcze jedno nakrycie. Srebrną chochlą nalał do wysokiej szklanki kompotu śliwkowego. Jaś wypił go jednym tchem.
- Proszę mi przynieść wódki! - rozkazał chrapliwym, zupełnie obcym głosem.
Nina spostrzegła z najwyższym niepokojem, że Jaś był jednym kłębkiem rozszalałych nerwów. Coś się w nim załamało, a nieszczęście przywaliło go swoim ciężarem, niby pniem złamanego drzewa. Nad jego głową huknął piorun i ogłuszywszy go, odebrał mu zdolność trzeźwego rozumowania. W tym uśmiechniętym, zawsze serdecznym mężczyźnie, widoczna była teraz zapiekła wściekłość i nienawiść, zżerająca go i doprowadzająca niemal do szaleństwa.
- Braciszku. - odezwała się Nina cichutko, biorąc jego rękę w obie dłonie. - Misiu najmilszy!
Zwrócił na nią przekrwione oczy i odezwał się szorstko, bez śladu dawnej czułości:
- Mów wszystko co wiesz, ale nie waż się zmyślać!
Spuściła głowę i cichym głosem zaczęła opowiadać o staraniach, jakie wszyscy czynili w celu uwolnienia Emilki. Wspomniała o audiencji u Uszakowa i jego surowych oskarżeniach. Przyznała się do nieudanej wizyty w Belwederze, przerywając co chwilę, by zaczerpnąć powietrza i opanować drżenie głosu, łamiącego się pod wpływem wzruszenia. Głos całkiem odmówił jej posłuszeństwa, kiedy zaczęła opowiadać o odwiedzinach w Cytadeli. Nie śmiała powiedzieć mu, w jakim stanie znalazły Emilkę i o strasznych skutkach nieludzkich metod śledztwa.
- Jak to, nie dało się nic zrobić? - przerwał jej Jaś, trąc dłonią czoło. - Przecież mój teść osobiście zna margrabiego Wielopolskiego. Ty również go znasz. Trzeba go było prosić o wstawiennictwo u księcia namiestnika.
Margrabia A. Wielopolski.
 Nina spojrzała na niego zdumiona.
- Przecież margrabiego nie ma już w Warszawie. Wpadł w niełaskę, zapomniałeś? Pan Maciejewski robił, co tylko mógł, ale bez powodzenia.
- Wierzę, ale Emilka miała tyle znajomych pań z "piątek". Mogły się postarać, żeby przeniesiono ją do lżejszego więzienia, skąd można by było ją wydostać. Okolicznością łagodzącą jest jej ciąża, to przecież już szósty miesiąc!
Nina przyjmowała jego wymówki z pokorą. Rozumiała, że gniew i rozgoryczenie były spowodowane straszliwym lękiem o ukochaną żonę. Dla ratowania Emilki, Jaś gotów byłby poświęcić własne życie. Nie mogła odżałować, że przy ich rozmowie nie uczestniczy pani Salomea. Może obecność matki wpłynęłaby na niego kojąco. Nie wiedziała, jak ma mu oznajmić okrutną prawdę o Emilce. Cokolwiek powie, będzie to dla niego potwornym ciosem w samo serce. Modliła się, aby Bóg zaoszczędził jej tego doświadczenia.
- Jesteś niesprawiedliwy Jasiu. Pani Pruszakowa i Wanda Umińska postarały się, żeby Emilkę umieszczono w szpitalu więziennym.
Jaś pobladł śmiertelnie, a w jego oczach pojawił się wyraz obłędnego przerażenia.
- W szpitalu? - zawołał jakimś dziwnym, piskliwym tonem. - Dlaczego w szpitalu? Czy ona jest chora?
Nie odpowiedziała zaraz, bo okropna prawda nie mogła przejść jej przez usta. Jaś odruchowo przeciągnął dłonią po włosach, oddychając tak ciężko, jakby był utrudzony ponad siły.
- Mów! - rozkazał.
- Emilka źle się poczuła, więc przeniesiono ją do szpitala w Cytadeli. Teraz czuje się o wiele lepiej. Panie z "piątek" dbają o nią. Ma świeżą bieliznę, dobre jedzenie, nawet książki.- starała się go pocieszyć, ale nie potrafiła kłamać i Jaś jej nie uwierzył.
- Do diabła, Nino, nie okłamuj mnie! - wybuchnął. Wpił palce w jej ramiona i kilka razy mocno nią potrząsnął. - Muszę znać całą prawdę! Co jej dolegało?
Nina zapłakała, ocierając dłonią mokre policzki.
- Poroniła. - wyszeptała z bólem.
  Jaś zerwał się i zatoczył jak pijany, wydając głuchy jęk. Przez długą jak wieczność chwilę wpatrywał się w nią błędnym wzrokiem, a potem wykrzyknął rozdzierającym głosem:
- Coś ty powiedziała?
- Mówiłam, że Emilka poroniła.- zatrzęsła się z przerażenia, bo w jego jasnych oczach dostrzegła czający się obłęd. - Misiu, braciszku najmilszy, miej litość nad sobą. - błagała, chwytając go za ręce i całując je. Odepchnął ją od siebie. Pomyślała z trwogą, że chyba popełniła wielki błąd, może nie należało mówić mu o tym?
Walenty przyniósł na tacy butelkę wódki i kieliszek. Nie czekając aż kamerdyner otworzy butelkę, Jaś pochwycił ją i odbiwszy korek na kolanie, przytknął ją do ust i pił długimi łykami. Pustą butelkę cisnął z rozmachem, aż rozbiła się z przeraźliwym brzękiem na kamieniach alei. Stary kamerdyner wymienił z Niną prędkie, zatrwożone spojrzenie i bezszelestnie zniknął z tarasu.
Jaś stał bez ruchu, z bezsilnie opuszczonymi ramionami, patrząc przed siebie dziwnym, jakby martwym wzrokiem. Przez jedną krótką straszną chwilę, wydało się Ninie, że widzi przed sobą szaleńca. Nie mogła znieść jego niemego cierpienia. Upadła przed nim na kolana i pochwyciwszy go za obie ręce, wpatrywała się w jego oczy, aż dzikie z rozpaczy i nienawiści.
- Jasiu, miej Boga w sercu! Ulituj się nad sobą! - wołała tak głośno, jakby chciała obudzić go z twardego snu. - Kochany, przecież Emilka żyje, a ty jesteś jej bardzo potrzebny. Prosiła żebym ci powiedziała, abyś zachował spokój, cokolwiek się stanie. Mówiła, że kocha ciebie nad życie i była z tobą najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. To są jej własne słowa, przysięgam ci na moje życie. Kochany, wyrok może być złagodzony, bo starałyśmy się o to. Dam ci pieniądze, pojedziesz za nią, przekupisz strażników i uwolnisz ją. Ludzie przecież uciekają nawet z Syberii. Jesteście młodzi i będziecie jeszcze mieli dzieci. Błagam cię, tylko nie wpadaj w rozpacz. O mój ty najdroższy biedaku, przecież nie jesteś sam. Opamiętaj się, bo nie pora teraz na załamanie. Musisz być silny, dla Emilki!
Ale nic z tego, co mówiła, nie trafiało do jego świadomości. Był nieprzytomny z rozpaczy. Usiadł w fotelu i odrzuciwszy w tył głowę, wpatrywał się w bezchmurne niebo, całe purpurowo-złote od zachodzącego słońca.
- Co ty tam wiesz. - przemówił jakimś nieswoim, zadyszanym głosem. - Żyłem nadzieją, że chociaż cały poświęciłem się ojczyźnie i zapewne polegnę w powstaniu, to pozostanie po mnie moje dziecko. Gdyby mnie schwytano i powieszono, nie miałbym o to pretensji, ponieważ sam wybrałem taki los i wiedziałem, jakie mogą być tego konsekwencje. Ale Emilka?... Czy ktokolwiek miał prawo, tak okrutnie i brutalnie pozbawić ją macierzyństwa? Co komu zawiniło moje biedne, nienarodzone dziecko, że zabito je w łonie matki? Wydarto je przemocą! Jak można pastwić się nad kobietą mającą zostać matką? Moja nieszczęśliwa żona i zabite dziecko, tak bardzo przez nas upragnione! Przysięgałem Emilce przed ołtarzem, że nie opuszczę jej aż do śmierci. A teraz ona leży tam sama, bezbronna, pomiędzy tymi oprawcami o tygrysich sercach, a ja nie mogę nic, zupełnie nic! Chyba tylko walić głową o ścianę i wyć jak skopany pies. Przecież ja kochałem ludzi i niosłem im pomoc, nawet wrogom, a oni uwięzili mi żonę i zabili moje dziecko! Teraz czuję w sercu tylko nienawiść!
- Misiu, najmilszy, uspokój się, na litość boską! - wołała Nina przejęta do głębi duszy jego rozpaczą.
W jego ponurym wzroku zabłysła iskierka szyderstwa. Pochylił się ku niej i zionąc jej w twarz oddechem przesyconym alkoholem, wpatrywał się w nią szklanym, niesamowitym spojrzeniem, aż krew zastygła jej w żyłach i cofnęła się, bo po raz pierwszy w życiu bała się go.
- Nigdy więcej nie mów mi o Bogu. - powiedział na pozór spokojnie - On nie istnieje, to ludzie wymyślili Go na obraz i podobieństwo swoje. Dlatego jest taki zły i okrutny, prawdziwy potwór! Zniszczył moje szczęście, sprawił, że uwięziono Emilkę i zabił moje dziecko. Za co?
Nina wydała okrzyk zgrozy.
- Jasiu, opamiętaj się! - zawołała z oburzeniem.- To nie Pan Bóg zabił twoje dziecko, tylko Moskale! Jeżeli On nie istnieje, to jak mógł cię skrzywdzić? Rozpacz dyktuję ci takie myśli. Braciszku, to grzech!
Szorstko odepchnął ją od siebie i z jękiem zaczął gryźć palce, a po jego chudych zarośniętych policzkach spływały duże łzy i wsiąkały w szarą powstańczą kurtkę. Nie mogła spokojnie na to patrzyć. Ponownie przypadła do niego i objąwszy go za szyję tuliła do siebie, czując taki ból, jakby za moment miało pęknąć jej serce.
- Jasiu, pomyśl o matce. Ona ma tylko ciebie jednego na świecie. Obawiam się o jej zdrowie, bo ciężko przeżyła aresztowanie Emilki. Idź do niej, kochany, porozmawiaj z nią. - prosiła patrząc na niego z miłością.
- Moja żona także ma tylko mnie. Jeszcze dziś pojadę do Warszawy, pójdę do kogoś z Rządu, może do Majewskiego lub Gillera1.
- Nie wolno ci tego zrobić! - wykrzyknęła z przerażeniem. - Zgubisz siebie i nas wszystkich. Nawet Uszakow wie, że Alek nie przebywa za granicą, ale walczy w powstaniu. Wie także o tobie, a Emilka była od dawna śledzona. Janek, zastanów się! Przecież w Cytadeli siedzą tak ważni ludzie, jak Dąbrowski i Szwarce, a także inni działacze i nikomu nie udało się ich stamtąd wydostać. Zamierzasz sam zdobywać Cytadelę? Przecież oni z pewnością obserwują dom Emilki, złapią cię zaraz i powieszą!
- A niech powieszą.- rzekł apatycznie. - Mam suchoty i jeśli nie zginę w powstaniu, wkrótce umrę. Zabili moje dziecko i już nic po mnie nie zostanie.
Nie pozwolił przemówić sobie do rozsądku. Nagłe nieszczęście tak straszne i niezasłużone, całkiem załamało tego wspaniałego, radosnego człowieka. Nina nie wiedziała już co ma mówić, jak go pocieszyć i przekonać, by nie popełnił jakiegoś szaleństwa. Jaś był nieprzytomny z rozpaczy. Naraz zerwał się i wcisnął na głowę konfederatkę.
 - Jasiu, idziesz już? - spytała, patrząc na niego błagalnie.- Zostań i zobacz się z matką. Ona koniecznie pragnie ciebie widzieć. Jasiu, przysięgam ci, że Emilka zabroniła ci przyjeżdżać do Warszawy. Kochany, uwierz mi! Nie odchodź w takim stanie, odpocznij i prześpij się choć trochę. Aha, Jasiu, posłuchaj mnie, w naszej okolicy kręcą się kozacy. Trzeba koniecznie ostrzec kapitana Soszkiewicza. Słyszysz? Kozacy są w pobliżu! Jasiu, zostań do rana i pomów z matką!- uczepiła się jego ramienia, pragnąc go za wszelką cenę zatrzymać.
- Puść mnie, Nino.
- Jezu, co ja powiem cioci, jak mnie zapyta o ciebie?- wybuchnęła płaczem i zawodziła, zalewając się łzami.
- Postaram się przyjechać jutro. Wybacz, teraz nie mogę!.....
Podbiegła do balustrady tarasu i patrzyła, jak Jaś śmiertelnie blady, z twarzą wykrzywioną cierpieniem i drgającą dolną szczęką, pijany i na wpół szalony, pospiesznie zbiega po schodach tarasu i wskakuje na zmęczonego konia. Ruszył przed siebie galopem i zniknął na końcu alei.
- Jasiu, wróć! - zawołała za nim, ale on już jej nie słyszał.
Nina bała się o niego, był prawie nieprzytomny i wypił na pusty żołądek pół litra wódki. Przez moment chciała osiodłać Mignon i popędzić za nim, ale prędko zrezygnowała z tego zamiaru. Jaś nie zniósłby teraz jej obecności. Miarą godnego pożałowania stanu jego umysłu, były bluźnierstwa i wyparcie się Boga przez człowieka, tak głęboko religijnego i wierzącego w Boże miłosierdzie. Usiadła i gorzko zapłakała, nie wiedząc, co ma robić i do kogo zwrócić się po radę.
Nie czuła się dobrze, miała duszności i jakiś dziwny szum w uszach, jakby morze huczało w muszli. Przycisnęła dłoń do serca i wolno zeszła z tarasu, idąc cienistą aleją. Za nią postępował Grot, z ogonem wtulonym pod siebie. Rozumiał, że dzieje się coś niedobrego i skomlił cicho, patrząc na swoją panią. Spacer nie przywrócił jej spokoju, tylko jeszcze bardziej rozdrażnił, bo przypomniała sobie, ile razy spacerowała tymi alejami z Jasiem i Emilką, lub z mężem.
Wróciła do domu i nie mogąc znaleźć sobie miejsca, krążyła jak błędna po wielkich pokojach żałując, że panna Lutówna wyjechała. Chciała z kimś porozmawiać, wtulić się w czyjeś ramiona i choć na krótką chwilę zapomnieć o tym, co się wydarzyło i co tak bardzo ją bolało. Weszła do malinowego salonu i zastała tam Jagę, która coś do niej powiedziała. Nie rozumiejąc ani słowa, Nina chwyciła się za głowę.
- Och, zostawcie mnie i dajcie mi święty spokój! - wrzasnęła histerycznie.
Kiedy niania w milczeniu wyszła z salonu, Nina usiadła przy fortepianie i zaczęła grać, a raczej walić w klawiaturę, wygrywając skoczne marsze. Raptownie urwała i uderzywszy obiema pięściami w klawisze, z hukiem zatrzasnęła wieko instrumentu, wybuchając rozpaczliwym łkaniem. Zaalarmowani jej głośnym płaczem, domownicy pukali do drzwi pytając, co się stało? Nie czekała aż wejdzie Jaga, tylko zerwała się i pobiegła nad staw. Nie mogłaby teraz znieść żadnych pytań, nawet czyjejś obecności. Wsiadła do łódki i wypłynęła na środek stawu, wiosłując ze wszystkich sił. Zmęczona opadła na dno łodzi i leżała tam kompletnie wyczerpana, modląc się, płacząc i rozmyślając. Z troską i żalem stwierdziła, że popełniła wielki błąd, informując Jasia o poronieniu Emilki. Ta wiadomość o mało go nie zabiła.
Po jakimś czasie, spokój i cisza pogodnego wieczoru przyniosły jej ulgę. Nie było wiatru i małe obłoczki pozłocone ostatnimi promieniami słońca, odbijały się w gładkiej jak atłas tafli wody. Do łódki podpływały łabędzie i dzikie kaczki, zaintrygowane jej bezruchem. Leżała tak do zmroku, obawiając się powrotu do domu i spotkania z panią Salomeą. Na samą myśl, że musiałaby tego dnia odbyć jeszcze jedną dramatyczną rozmowę, przeszedł ją zimny dreszcz. Nie poszła na kolację, lecz przez taras weszła do sypialni i odprawiła czekającą na nią Ulisię. Potem pośpiesznie rozebrała się i położyła do łóżka, nie umywszy nawet spuchniętej z płaczu twarzy. Kiedy tak leżała skulona, cichutko skrzypnęły drzwi i do sypialni weszła na palcach Jaga, niosąc szklankę gorących ziół. Pochyliła się nad leżącą Niną i dotknęła ustami jej rozpalonego czoła.
- Moje biedne, kochane dziecko. Pan Bóg stanowczo za wiele ciężarów składa na twoje słabe barki. Wypij to, kotuniu. To kwiat pomarańczowy i melisa. Przyniesie ci ulgę.
Dławiąc się i kaszląc, Nina posłusznie wypiła pachnącą owocami herbatkę, oddała szklankę i przytuliła się do niani.
- Ja już nie mogę, nianiusiu! - poskarżyła się żałośnie. - Nie mam już siły i taka jestem zmęczona, zagubiona... - tuliła się do Jagi, szukając u niej ulgi w cierpieniu.
Ale w jej kochających ramionach nie znalazła pociechy i usnęła przekonana, że już nikt nigdy nie zdejmie z niej brzemienia trosk i ciężaru odpowiedzialności. W nocy przyśnił się jej zły sen. Znajdowała się w środku płomieni, dokoła niej wszystko się paliło, ale ogień nie parzył, bo nie czuła bólu tylko obłędny strach. Obudziła się z krzykiem, spocona ze strachu i długo przewracała się, udręczona bezsennością, zanim sen ponownie skleił jej powieki.
Rano otworzyła oczy z dziwnym uczuciem napięcia i lęku.
Był już jasny dzień i słońce zaglądało do sypialni przez nieszczelnie zaciągnięte kotary. Nie zdążyła jeszcze sięgnąć po taśmę dzwonka, gdy do sypialni wpadła blada i wzburzona Jaga.
-Wstań, dziecko!- powiedziała, sięgając jednocześnie do szafy w garderobie i rzucając na łóżko bieliznę i suknię. - Pośpiesz się! Pali się gdzieś w pobliżu ...
Oczy Niny spoczęły na niej z dzikim przerażeniem. Momentalnie przypomniała sobie łunę z płonących Ciążyn
- W jakim kierunku się pali? - zapytała, ubierając się byle jak, w popłochu i trzęsącymi rękami.
- A gdzieś w stronie Sieradowic. Pewnie kozacy znowu coś podpalili. Lepiej bądźmy gotowi na wszystko. Maryjo święta, módl się za nami! Ani chwili spokoju. - lamentowała Jaga, zapinając stanik sukni Niny, na niezliczona ilość haftek, które wymykały się jej spod palców.
- Jaś przyjechał?
- Nie. Jeszcze go nie było, a pani Salomea śpi, biedactwo, dzięki Bogu. Kumosia zaparzyła jej wczoraj mocne zioła nasenne.
Zniecierpliwiona Nina wyrwała się z jej rąk i w niedopiętej sukni popędziła na strych, splatając po drodze potargane włosy w jeden ogromny warkocz. Na strychu buchnęło na nią rozgrzane powietrze, jak z rozpalonego pieca. Zręcznie, niby akrobatka, wspięła się po drabince na mały balkonik, z którego w noc wybuchu powstania, obserwowała łunę nad Bodzentynem. Pałac stał na wzniesieniu i z tego miejsca roztaczała się szeroka panorama całej okolicy. Rozejrzawszy się, dostrzegła w stronie gdzie leżały Sarniki, wznoszącą się powoli ku niebu ciemną chmurę dymu. Wiejący z tego kierunku wiatr, przynosił słaby zapach spalenizny. W ciszy poranka niósł się z dala dźwięk dzwonu bijącego na trwogę. Zaraz też z wieżyczki kaplicy grobowej, rozległ się drżący, jakby przestraszony głosik sygnaturki, dającej sygnał wsi, że dzieje się coś niezwykłego.
Nina wpatrywała się przez chwilę w chmurę dymu, czując podświadomie, że zawisło nad nią jakieś nowe, potworne nieszczęście, którego rozmiarów jeszcze nie znała. Unosząc wysoko suknię, zwinnie zeskoczyła z drabinki i narażając się na połamanie nóg, pędem zbiegła ze schodów aż do sieni, gdzie już zgromadziła się cała służba oczekując na nowiny.
A.Grottger. Pożar dworu pod Miechowem
- To chyba Sarniki się palą! - wysapała z trudem. - Tylko nie wiem, wieś, czy, nie daj Boże, dwór? Nianiu, proszę, zaopiekuj się ciocią, niech nigdzie nie wychodzi, bo Jaś lada chwila przyjedzie. Ja muszę sprawdzić, co się dzieje w Sarnikach. Być może wujostwo potrzebują pomocy. Nie wiem kiedy wrócę. Paweł. - zwróciła się do gapiowatego lokaja. - Biegnij co sił do pana rządcy. Niech zbierze parobków z siekierami i jedzie za mną do Sarnik. Walenty, proszę mieć oko na wszystko.
- Jaśnie pani hrabina nie powinna sama tam jechać! - zawołał kamerdyner.
- Tam może być bardzo niebezpiecznie, kiedy w pobliżu są kozacy. Niech pan Bochniak sam pojedzie. - poparła kamerdynera pani ochmistrzyni.
Jaga także zamierzała stanowczo sprzeciwić się wyjazdowi Niny, ale już nie zdążyła.
- Ninko, ja nie pozwalam ci jechać! - rozległ się głośny okrzyk. Pani Salomea obudzona hałasem w domu, stała na galerii i patrzyła na dół do sieni. - Poczekaj na Jasia.
Ale Nina nie zważała na ostrzeżenia. Uniosła oburącz spódnicę i popędziła do stajni. Za sobą usłyszała rozpaczliwy okrzyk niani, lecz nawet się nie obejrzała. Na dziedzińcu stali ludzie, spoglądając z niepokojem w kierunku, skąd wiatr przynosił zapach spalenizny. Coś do niej wołali, lecz nie zwróciła na to uwagi i pobiegła jeszcze szybciej. Wpadła zadyszana do stajni i pospiesznie osiodłała Mignon. Szeroka spódnica umożliwiła jej dosiąść klaczy po męsku. Dwaj młodzi stajenni, nie czekając na rozkazy, natychmiast zaczęli siodłać konie i pojechali za nią. Klacz, jakby wczuwając się w nastrój pani, biegła niby strzała wypuszczona z łuku. Pędziła przez pola i łąki, przeskakiwała skałki i wilgotne rowy pełne kwiatów. W pewnym miejscu zatrzymała ją bystra rzeczka, płynąca pomiędzy dosyć stromymi brzegami. Nina nie miała czasu, żeby zjechać w dół i szukać płycizny. Klepnęła klaczkę w szyję, jednocześnie mocno naciskając kolanami jej boki.
- Dalej, konisiu, skacz!
W. Kossak Amazonka.
  Mignon łypnęła na nią wystraszonym okiem, nerwowo zadrobiła w miejscu i cofnęła się dla nabrania rozpędu. Poderwana cuglami, chrapnęła głośno i odbiwszy się sprężyście tylnymi nogami, jak jaskółka przeleciała nad rzeczką, lądując po drugiej stronie brzegu i nie zwalniając tempa, pobiegła dalej. Warkocz Niny rozplótł się w pędzie, a rozpuszczone włosy powiewały za nią niby ciemny welon. Ostre staccato końskich kopyt po wyschniętej ziemi, niosło się za nimi. Okropne myśli, niby stada czarnych kruków, obsiadły ją i kracząc wróżyły nieszczęście. Za sobą słyszała tętent koni jadących za nią stajennych. Pochylona nad końskim karkiem, smagana grzywą po twarzy, szeptała cicho zbielałymi ustami: - Jezu Chryste, zmiłuj się!
Przestrzeń dzielącą ją od Sarnik, przebyła niemal błyskawicznie. Powstrzymała rozpędzoną klacz, patrząc ze wzgórza na bielejące w oddali chaty. Wieś cała skąpana w blaskach porannego słońca, leżała przed nią cicha i spokojna. Ale dzwon na wieży kościelnej bił nieustannie, a w oddali, ponad wysokimi szczytami topoli włoskich, unosiły się ogromne kłęby czarnego dymu. We wsi nigdzie nie widać było ludzi, zapewne pobiegli do pożaru. Szarpnęła cuglami i ostro krzyknęła na zmęczoną Mignon, ponaglając ją do biegu. Wpadła na dworski dziedziniec cwałem i zdarła wodze, aż koń stanął dęba, a spod kopyt trysnęły fontanny piasku. Spojrzawszy przed siebie, zachwiała się na siodle.
Płonął dwór!
Nad wysokim, łamanym dachem wielkiego domu, unosiły się języki ognia, blade i anemiczne w świetle dnia. Chmura czarnego dymu powoli, leniwie, dźwigała się w błękitne niebo, chwilami zasłaniając tarczę słońca. Wtedy na ziemię padał złowieszczy cień. Suche jak pieprz belki i deski, chłonęły ogień i rzygały nim, obejmując coraz większą część dworu. Właśnie paliła się facjatka, w której Nina spędziła swoje dzieciństwo i wczesną młodość. Po okiennicach pełzały już języki płomieni, a poranny wiatr jeszcze wzmagał ogień. Z szeroko otwartego okna pokoju Bini, powiewała biała koronkowa firanka, niby żałosny symbol klęski. Naraz zwinęła się w ogniu, poczerniała i zniknęła.
Na dziedzińcu miotały się oszalałe ze strachu konie, ryczało bydło siłą wyprowadzane z obór, także ogarniętych już pożarem. Dwór zajął się od stodoły, gdyż stamtąd wiał wiatr, niosąc całe snopy ognistych iskier. Stodoła spłonęła całkowicie, jeszcze tylko dopalały się grube krokwie dachu, łamiąc się z trzaskiem i zwęglone spadając na ziemię. 
Wokół palących się resztek stodoły i przed dworem, stał w milczeniu zwarty tłum chłopstwa i służby dworskiej. Nikt jednak nie próbował gasić ognia. Tylko stary ekonom, zaufany sługa wuja Ksawerego, wyrzucał przez okna meble, dywany, obrazy i co mu wpadło pod rękę. Ale nikt nie starał się mu pomóc, aby uratować coś z ognia. Nina jednym rzutem oka oceniła sytuację, krztusząc się dymem i kaszląc. Oczy piekły i zachodziły łzami, a Mignon przerażona pożarem, szarpnęła i próbowała wycofać się z dziedzińca. Nina zeskoczyła z siodła i przywiązawszy mocno klaczkę, podeszła do stojących w milczeniu ludzi.
- Dlaczego nie gasicie ognia? - zawołała oburzona ich nieczułością.- Nie rozumiecie, że ogień może przenieść się na wasze chaty? Wtedy cała wieś pójdzie z dymem. Gdzie pan dziedzic i pani dziedziczka?
Stojący z ponurymi minami chłopi, rozstąpili się powoli i wtedy ich zobaczyła.
Wuj Ksawery leżał na wznak, z szeroko rozrzuconymi ramionami. Na jego twarzy, w okropnie wytrzeszczonych oczach i otwartych ustach, malował się wyraz zastygłej w rysach zgrozy. Widocznie spadł z ganku, bo leżał ukośnie, z nogami na stopniach schodów, a jego głowa spoczywała na ziemi. Ciotka Maria leżała, wczepiona kurczowo zgiętymi palcami w jego surdut, jakby próbowała go podźwignąć. Nie było widać jej twarzy, bo głowę miała wspartą o piersi męża, ale na pewno również nie żyła. Pod nią, na piasku, utworzyła się duża kałuża krwi, poczerniałej już i zastygłej. Szeroka spódnica rozłożyła się wokół niej, jak wielki czarny wachlarz.
Nina podeszła i wpatrywała się w ich zwłoki, nie czując absolutnie nic. Tylko głowa zaczęła ją dziwnie boleć, a serce biło wolno i nierówno. Przez jedną krótką chwilę wydało się jej, że ma ogień w mózgu, a w żołądku kawał lodu. Bez słowa stała nad trupami najbliższej rodziny i tylko patrzyła. Na dziedziniec wpadli galopem jadący za nią stajenni i rzucili się do dworu, ratując, co jeszcze dało się uratować i wynieść z ogarniętego pożarem domu. Spostrzegł ją ekonom i wyszedł z palącego się już salonu, niosąc pod pachą cenny perski dywan.
- Lepiej niech jaśnie pani nie patrzy. - wycharczał, spluwając czarną od sadzy śliną. Wziął ją za rękę i odciągnął na bok. Chrypiał i kaszlał nałykawszy się dymu.
- Trzeba ich czymś przykryć.- powiedziała sucho i wziąwszy od niego dywan, rozłożyła go na zwłokach wujostwa. Potem odwróciła się od płonącego budynku i przysiadła na niskim murku, dzielącym dziedziniec od ogrodu.
- Chcę wiedzieć, co tu się stało. Kto zamordował dziedziców i podpalił dwór? - odezwała się, mając cały czas wrażenie, że to ktoś inny, obcy i obojętny, zadaje pytania spokojnym i beznamiętnym tonem.
Ona nigdy nie umiała znosić cierpienia w milczeniu. Zaraz rozpaczała głośno, wylewając potoki łez, albo złorzecząc. To z pewnością nie ona patrzy na płonący dwór i trupy wujostwa, których mimo wszystko kochała. Ekonom przetarł brudną od sadzy ręką policzki i łzawiące oczy.
- Stodołę podpalili kozunie. - mruknął, przysiadając obok niej. - Patrzyłem na to i do śmierci nie zapomnę.- westchnął ponuro i zaczął opowiadać.
Wszystkie wypadki wydarzyły się o świcie, gdy ludzie szli do roboty. Z lasu wypadł jeździec i gnał w stronę dworu, a za nim kilkunastu kozaków. Strzelali do niego, lecz pudłowali haniebnie, a on zmuszał wierzchowca do najszybszego biegu i sadził jak ścigany jeleń. Kilku kozaków próbowało wyprzedzić go i zabiec mu drogę, by wziąć go żywego do niewoli. Jeździec puścił cugle, a kiedy dwaj kozacy podjechali blisko, zostali ścięci szablą, jakby kto świece zdmuchnął. Strzałem z rewolweru zabił jeszcze jednego kozaka i wpadł na dziedziniec, a jego koń, gnając ostatkiem sił, runął martwy.
Ekonom zamilkł, opuścił głowę i dopiero po jakimś czasie podjął przerwany wątek.
- Akurat jaśnie pan dziedzic wyszedł na ganek, aż tu młody pan przypadł do niego i krzyczy, żeby mu dać konia, bo kozacy go ścigają. Pan ino się za głowę złapał, bo rozumiał, że zanim wyprowadzą nowego wierzchowca ze stajni, to kozacy już będą we dworze. Rozejrzał się i przykazał: "Do stodoły i zakop się w siano!" 
A kozunie już wpadli na dziedziniec i wrzeszczą: „Kuda uszoł miatieżnik? Gdie ten buntowszczyk?" Jaśnie pan wskazał im ręką na ogrody i powiada, że pewnie uciekł przez park do lasu. Nie uwierzyli, psiawiary! Wpadli do dworu i latali po pokojach, wszystko rozbijając. Tłukli lustra, strzelali do obrazów, darli dywany i kilimy. Nic nie znaleźli, więc spędzili naród pod dwór i dalej tłuc chłopów batami, walić w mordę i grozić stryczkiem. Koniecznie chcieli się dowiedzieć, gdzie buntownik się ukrył. Taki wrzask się zrobił, jakby to nastał koniec świata. Jaśnie pan skory był do gniewu, ale tym razem tłumaczył im cierpliwie, żeby dali ludziom spokój, bo buntowszczyk dawno uciekł. Pokazywał im nawet jakieś papiery, ale kozunie wcale go nie słuchali, tylko prali po gębach parobków i baby. Aż ci jeden psubrat, widać chciał się im podlizać i dziedzicowi dokuczyć, bo wskazał ręką na stodołę. Bodaj go ta święta ziemia nie nosiła!... Kozunie zara tam pobiegli, ale młody pan strzelił i jednego utrupił. To ich jeszcze bardziej rozwścieczyło. Wrzeszczeli: "Zdajsia!", ale młody pan nie wyszedł, tylko strzelał do nich przez dziurę we wrotach. Poszwargotali między sobą i zaczęli kręcić warkocze ze słomy i ogień krzesać. Jaśnie pan dziedzic błagał ich, żeby tego nie czynili, bo całe zbiory z ogniem puszczą. Chciał im złotem płacić. Ale co im tam zbiory. Otoczyli stodołę i podpalili z czterech stron. Kazali młodemu panu wyjść, ale on nie chciał się poddać i nie wyszedł. Stodoła zaraz się zajęła i gorzała wielkim ogniem, a gorąco buchało z niej jak z piekła. Kozunie czekały z nastawionymi pikami, aż młody pan wyskoczy. Ale on nie wyszedł. Jaśnie pan dziedzic stał na ganku i patrzył, a oczy to miał takie okropne, że do samego zgonu tego nie zapomnę. Ludzie poklękali i zaczęli się głośno modlić, a młody pan siedział w tym żarze i nie wychodził. Ale widać, że zaczął się żywcem smażyć, bo jął okropnie krzyczeć. Potem huknął jeden wystrzał - i cisza! A naszemu panu jakby rozum odebrało. Zaczął kozakom wygrażać pięściami, potem poleciał do dworu, przyniósł jakieś dokumenty i darł je, depcząc nogami. Trząsł się cały i ciągle powtarzał: "Protestuję!" Naraz zacharczał, chwycił się za serce i spadł ze schodów na ziemię....
Stary ekonom przerwał i rozpłakał się jękliwie, rozmazując na twarzy łzy i sadze. Wysmarkał nos, zakaszlał i prawił dalej ochrypłym głosem:
- Jaśnie pani dziedziczka była w starej lodowni w parku i nic nie słyszała. Dopiero jak wyszła, zobaczyła że stodoła się pali i posłyszała wrzaski kozuniów. Wybiegła z domu i przypadła do pana, ale on, biedaczysko, już nie żył. Widać krew go zalała z tej zgryzoty. Pani jak oszalała, rzuciła się na kozuniów z pazurami. Szarpała ich i gryzła, krzycząc takim głosem, że jak żyję, takiego nie słyszałem. Oganiali się od niej, jak od utrapionej muchy, ale w końcu któryś się zeźlił i strzelił do pani. Przyczołgała się do pana ostatkiem sił i tak już ostała. Wszyscy poginęli. Na moich oczach cały ród sczezł! Jezusie Maryjo, Józefie święty, cały ród! - chwycił się za głowę i targając włosy głośno szlochał.
Nina spokojnie wysłuchała szczegółów o śmierci wujostwa, spoglądając na ogród i dziwiąc się, że wszystko tam jest jak dawniej. Alejki świeżo wysypane piaskiem, na klombach jesienne astry, dalie i róże, a z lasu dochodzi śpiew ptaków. Nie czuła wzruszenia i żalu, tylko głowa bolała ją coraz więcej i usta miała białe, jak wycięte z opłatka. Dzwoniło jej w uszach, więc potrząsała głową, jakby się czemuś dziwiła.
A dwór płonął jak stos pogrzebowy.
Chłopi zmiarkowawszy, że nic tu nie wystoją, ukradkiem zaczęli zbierać wyrzucone przedmioty, chwytać bydło, konie i odprowadzać je do wsi. Tymczasem dach dworu zatrzeszczał, krokwie zaczęły pękać i zaraz runął sufit, miażdżąc kryształowe żyrandole. Ogromny słup dymu i ognia wzbił się aż pod niebo. Nina odwróciła się i patrzyła bez jednej łzy, obserwując dzieło zniszczenia. Odwieczne rycerskie gniazdo rodu Borutyńskich zamieniło się w ognisty stos.
Trzechsetletnia siedziba rodzinna, stawała się tylko kupą popiołów. A przecież ten dwór, stanowił cząstkę historii narodu. Stąd wyruszali zbrojni jeźdźcy na Tatarów i Turków, pod Moskwę i Cecorę z hetmanem Żółkiewskim. Pod dach tego dworu, młodzi Borutyńscy wprowadzali świeżo poślubione żony, hucznie chrzcili nowo narodzone dzieci. Tu opłakiwali zmarłych rodziców i krewnych. Stąd przodek wuja Ksawerego, wyruszył zbrojnie w 1683 roku pod Wiedeń. Pod tym wysokim dachem, rodziły się i umierały całe pokolenia. Na wieżyczkach, po obu stronach domu, dumnie łopotały chorągwie z herbami rodziny, albo amarantowe ze srebrnym Orłem. Polski dwór, który przez lata niewoli był ostoją narodowych tradycji, przestał istnieć. Nina spędziła w nim dzieciństwo, i tu po raz pierwszy ujrzała Aleksa. Denerwowały ją bardzo przeraźliwe lamenty bab z czworaków.
Chłopi przestali zajmować się pożarem, bo bardziej interesowały ich piękne, rasowe zwierzęta. Pośpiesznie wypędzali z podwórza świnie i cielęta, zaganiając je do własnych chlewów i obór. Zapewne w głębi duszy cieszyli się ze śmierci dziedziców i zagłady dworu. Nina wstała i spojrzała na płonącą resztkę stodoły.
- A nie wiecie, kim był ten młody pan? No ten, co się zastrzelił.- spytała, bez specjalnego zainteresowania. Ot, byle coś powiedzieć.
Ekonom wytrzeszczył na nią przekrwione od dymu oczy.
- Przeciem mówił. Nasz młody jaśnie panicz.... znaczy się dochtór!
Chyba wydała okrzyk, ale nie była tego pewna.
- Jaś?
- Ano, Jan dali mu na chrzcie świętym. Ino niech jaśnie pani tam nie idzie. Nie trza! - przestrzegł ją, lecz nie posłuchała.
Podeszła do zgliszcz stodoły i rozkazała rozgrzebać nadpalone belki. Pod zwęglonymi wrotami znaleźli ciało Jasia. W spalonej czarnej twarzy, śmiały się upiornie wyszczerzone zęby. Ta straszna maska, o doszczętnie spalonych włosach i wykrzywionych trupim skurczem ustach, wyglądała tak potwornie, że nawet niezbyt czuli chłopi, zdjęci przerażeniem, odwracali głowy i żegnali się, lękając się spojrzeć na ten szczątek ludzki. W prawej zaciśniętej dłoni, Jaś trzymał rewolwer, z którego ostatnim strzałem odebrał sobie życie. Nina pochyliła się i delikatnie naciągnęła na niego jakąś płachtę. Wyprostowała się i powiedziała do ekonoma rozkazującym głosem:
- Zwłoki państwa należy przewieźć do kościoła, a trumny zrobimy w Makowie. O siebie nie musicie się troszczyć. Pójdziecie do Brzezińca, bo tam chętnie przyjmą uczciwego pracownika.
Uwagę starego zwrócił nienaturalnie wysoki ton jej głosu.
- Lepiej niechże jaśnie pani wraca do domu. Dopilnuję tu wszystkiego, bo chłopstwo kradnie pańskie dobro. - powiedział, patrząc na nią ze współczuciem. 
 Na drodze zaturkotała bryczka, wioząca księdza proboszcza. Jechał od chorego z sąsiedniej wsi i dopiero z pagórka dostrzegł, że pali się dwór. Przejęty widokiem zniszczenia, wyskoczył żywo z bryczki i podbiegł do Niny.
- W imię Ojca i Syna, co tu się wydarzyło? Matko święta, a czyje to zwłoki takie popalone? A tam kto leży? Nino, poczekaj dziecko, dokąd idziesz?- zawołał widząc, że ona z szeroko otwartymi oczami, zmierza prosto w ogień. 
Przystanęła i obejrzała się za siebie. Ksiądz właśnie uniósł płachtę okrywającą leżące na ziemi ciało. Naraz uświadomiła sobie, że ten spalony szczątek ludzki, to przecież Jaś, ukochany braciszek, najlepszy przyjaciel, czuły i zawsze gotowy śpieszyć jej z pomocą. Wesoły, drwiący z patetycznych komunałów, stoczył tu, na oczach ludzi, swój ostatni bohaterski bój i samobójczą śmiercią dobitnie zademonstrował, że siłą charakteru i odwagą, dorównuje swoim rycerskim przodkom. Nie prosił o łaskę i nie poddał się, wybierając honorową śmierć. 
A. Grottger Modlitwa
Dotknęła dłonią czoła; było rozpalone, a głowa pękała jej z bólu. Naraz świat zawirował dokoła niej, a ona runęła na ziemię wymiotując i tarzając się po piasku, targana strasznymi konwulsjami. Jęczała, wijąc się na ziemi, jak zdeptany robak. Potem chwyciła w obie dłonie garść białego popiołu ze spalonych książek i cisnęła go przed siebie. Uleciał w powietrze.
- Nieee! - krzyknęła przeraźliwym głosem. Pociemniało jej w oczach i znieruchomiała. 
 Proboszcz rzucił się do niej, przejęty okropną myślą, że i ona umarła. Ale Nina tylko zemdlała i to było dla niej wybawieniem od męki. Tymczasem dziedziniec zaroił się konnymi. Przybył pan Bochniak, wiodąc z sobą makowskich chłopców. Na widok spalonego dworu i trupów, rządca omal nie zapłakał i natychmiast zatroszczył się o resztę dobytku, stawiając przy zgliszczach stróżów. Potem zajął się nieprzytomną Niną, próbując ją ocucić. Lecz ona nie odzyskała przytomności i ksiądz proboszcz postanowił sam odwieźć ją do Makowa i powiadomić panią Salomeę o nieszczęściu.
1 Karol Majewski,Agaton Giller - kolejni członkowie Rządu Narodowego.