poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Huragan.


2 sierpnia 2016 r.
Po łagodnej zimie i wczesnej wiośnie, maj był bardzo upalny. Naładowana elektrycznością atmosfera, raz po raz wyładowywała się potężnymi burzami. Ludzie dziękowali Bogu za wspaniale zapowiadające się plony, a zbiór owoców miał być w jesieni ogromny. Dziewiątego maja, w dzień świętego Grzegorza, proboszcz obchodził swoje siedemdziesiąte piąte urodziny, starym obyczajem obchodząc zarazem i imieniny. Poprzedniego dnia, Nina wysłała na plebanię kosze z winem, wędlinami i nowalijkami ze szklarni, oraz tort maślany. Nazajutrz przypadała niedziela i wszystkie damy przybyły do Sarnik na nabożeństwo. Msza była bardzo uroczysta. Nina grała na organach, akompaniując śpiewającej Jadwidze Wąsockiej.
Na imieninowym przyjęciu gości było niewiele, sami najbliżsi sąsiedzi. Proboszcz odczytał na głos podziemną gazetkę "Wiadomości z Pola Bitwy". Prasa podziemna donosiła, że władze carskie gorączkowo poszukują siedziby Rządu Narodowego przekonane, iż władze podziemne mają swą siedzibę w stolicy. Stąd płynęły rozkazy do walczących oddziałów i powstańczych władz administracyjnych. Fakt ten doprowadzał urzędników carskich służb specjalnych do białej gorączki. Lecz pomimo masowych aresztowań, terroru i stosowanych w śledztwie tortur, nie trafiono na żaden 
ślad. Pomiędzy gośćmi proboszcza znajdował się młody mężczyzna, ranny w bitwie pod Kobylanką. 
 
gen. Antoni Jeziorański.
Miało to miejsce 1 i 6 maja, a bitwa stała się nowym sukcesem generała Jeziorańskiego1. Młode damy obsiadły rannego powstańca, dopytując się o partię pułkownika Czachowskiego. Ale mężczyzna wiedział tylko, iż pułkownik stoczył 22 kwietnia bitwę pod Stefankowem, wycinając Moskali niemal do nogi. Panie wzruszyły się do łez, opowieścią o śmierci kapitana Stanisława Grzmot – Dobrogojskiego, który ciężko ranny, umierając umoczył fotografię narzeczonej we własnej krwi i poprosił kolegów, aby oddali jej tę ostatnią pamiątkę.
Nikt jednak nie słyszał o losach oddziału Aleksa. Nina, a także pani Salomea i Emilka, będąca przejazdem w Makowie, zaczęły się bardzo niepokoić. Nawet Dorota Biecka, pomimo urazy żywionej do męża, niecierpliwie oczekiwała wiadomości i nie zamierzała towarzyszyć matce do bezpiecznej Galicji. Przyjęcie na plebanii nie trwało długo, bowiem solenizant nie czuł się dobrze, umęczony upałem i pragnął odpocząć. Nina zaprosiła na obiad Zosię, samotną po śmierci teścia. Wypadało zaprosić również i Dorotę, lecz ona odmówiła.
- Maman szykuje się do wyjazdu, - oznajmiła sztywno - i nie chcę pozostawić jej cały dzień samej.
Nina przyjęła jej odmowę z zadowoleniem, ponieważ w obecności pani Bieckiej wszyscy czuliby się, jak zamknięci w lodowni!
- Biedna ta Dora. - westchnęła Zosia ze współczuciem, kiedy już siedziały w powozie. - Pan Jabłocki w Galicji, Kazio gdzieś daleko, a teraz pani Jabłocka wyjeżdża do Krakowa. Dora pozostanie w domu sama.
- Trusiu, nie lituj się nad nią. Ona nie zasługuje na współczucie. Dla mnie Dorota jest tak antypatyczna, że niekiedy rozgrzeszam Kazia, szukającego sobie rozrywki poza domem. - mówiąc to, Nina wyjęła z torebki wachlarz i zaczęła się nim chłodzić, bo powietrze było tego dnia wyjątkowo gorące i parne jak w pralni.
- Próbujesz być bardziej surowa, niż jesteś.- Zosia uśmiechnęła się do niej.- To nieszczęśliwa dziewczyna, ale i w niej jest coś dobrego, bo nawet obraziła się na ojca, kiedy ten obił Kazia laską.
- A powinna mężowi dołożyć pantoflem, za ten sfałszowany weksel! I przeprosić ojca, bo to z jej winy pan Jabłocki poniósł szkodę.- mruknęła Nina. - Wiedziała kogo bierze. Uff, jak gorąco! - rozejrzała się po niebie, naciągając bardziej na czoło szeroki słomkowy kapelusz. - Zobaczcie panie, jakie tam od południa, zbierają się czarne chmury. Z pewnością będzie burza.
- Masz rację, kochanie. Jest ogromnie duszno, zaledwie mogę złapać oddech. - poskarżyła się pani Salomea, wąchając sole.
- Szkoda, że nie zajrzałyśmy do wujostwa Borytuńskich. - odezwała się Emilka, ocierając spoconą twarz. - Nie byli na mszy, ani na przyjęciu.
- Może wuj Ksawery poczuł się gorzej? - Nina obserwowała zatroskanym wzrokiem zwały ciemnych obłoków. - Ten upał mógł mu zaszkodzić. Pani wojewodzina również zaniemogła po spotkaniu z tym niegodziwym Starewiczem. Jutro zamierzam wybrać się do Lipieńca, po drodze wstąpię także do Sarnik. - przerwała, bo mały synek Zosi zaczął popłakiwać.
  Powietrze uczyniło się tak ciężkie i gęste, że według powiedzenia pani Salomei, można je było kroić nożem. Z południa napływało coraz więcej chmur, zajmując ogromny obszar nieba. Pomiędzy granatowymi zwałami, niekiedy tworzyły się szpary, przez które przeświecało słońce. Blaski i cienie, podobne były do ogromnej szachownicy, jaskrawego światła i sinawego półmroku.
- Nie podoba mi się to niebo. - powiedziała Nina z obawą. - Bardzo mi się nie podoba... Oj, żeby tylko pastuchy zdążyli spędzić bydło z pastwisk przed burzą.
- Pamiętam, - odezwała się pani Salomea półgłosem, żeby nie zbudzić drzemiącego synka Zosi. - kiedy mieszkaliśmy jeszcze na Podolu, pewnego lata zjawiła się szarańcza. Spadła przed samymi zbiorami. To było prawdziwe nieszczęście, bo po szarańczy pozostała tylko goła ziemia, bez skrawka zieleni.
- Na szczęście szarańcza nam nie zagraża. - powiedziała Emilka, troskliwie chłodząc teściową wachlarzem.
W milczeniu dojechały do Makowa.
Gdy wysiadały z powozu przed pałacem, chmury już znajdowały się nad szczytami gór i płynęły chyżym lotem w stronę Makowa. Nad Łysicą utworzyła się ogromna czapa z kłębiących się obłoków. Zerwał się wiatr, lecz nie przyniósł ochłody, dmąc rozpalonym powietrzem, jak z gigantycznego paleniska. Stada ptactwa krążyły niespokojnie w powietrzu, zbliżając się do domostw i opadając na dachy, jakby pragnęły schronić się przed nadciągającą nawałnicą.
Przy obiedzie nikt nie miał apetytu. Po posiłku damy przeszły do malinowego salonu. Pani Salomea, na prośbę Niny, położyła się na jedwabnej rekamierce2, pielęgnowana przez Emilkę. Nikomu nie chciało się nawet wyjść do parku, bo w wielkich salach pałacu było nieco chłodniej niż pod drzewami. Nina i Zosia usiadły przy drzwiach na taras, skąd roztaczał się przepiękny widok na ogród różany i staw oraz zieloną gęstwinę drzew. Nina miała na sobie białą muślinową suknię w drobne niebieskie kwiateczki, z dużym dekoltem i króciutkimi rękawkami, pozostałe panie były równie lekko ubrane, mimo to pociły się jak w łaźni. Zosia wstała i zaczęła spacerować po sali, kołysząc w ramionach synka. Dziecko obudziło się i zaczęło bez powodu grymasić i popłakiwać żałośnie. Nina przypatrywała się chłopcu, nie mogąc się nadziwić, że z brzydkiego niemowlęcia wyrósł na tak ślicznego malca. Po matce wziął delikatną cerę i złociste loczki, po ojcu odziedziczył duże piwne oczy, ocienione długimi rzęsami. Nina nigdy za dziećmi nie przepadała, lecz z małym Stefankiem, swoim chrzestnym synem, bawiła się często i bardzo go kochała. Patrząc na niego, zawsze z bólem wspominała zmarłego synka i miała do losu ogromny żal, że zabrał jej Olesia, pozostawiając niekochaną córkę. Spojrzała na wielki portret, przedstawiający matkę Aleksa z synem. Jej złote włosy spływały w długich lokach na ramiona, a bursztynowe oczy zasnute były smutkiem. Aleks swoją urodę zawdzięczał matce, bo jego ojciec miał chłodną, nieciekawą, typowo anglosaską fizjonomię.
O piątej wszedł Walenty, nakrywając do podwieczorku. Pokojówki wniosły na tacach tort lodowy, kryształową wazę z orszadą3 pełną kawałków lodu i inspektowe truskawki ze śmietaną. Tymczasem wiatr wzmagał się i szeroko otwarte okna zaczęły trzaskać. Pokojówki rozbiegły się po pokojach, szczelnie zamykając drzwi i okna. W domu uczyniło się jeszcze duszniej. Nina wzięła dziecko z ramion Zosi i posadziwszy je sobie na kolanach, podawała mu po odrobinie lody, a chłopiec zajadał je ze smakiem, obdarzając ją słodkimi uśmiechami.

- Ten powstaniec od Jeziorańskiego wspominał, że w lazaretach i szpitalach wszystkie miejsca są zajęte. Tymczasem codziennie dowożeni są nowi ranni. - Zosia wyciągnęła się wygodnie w głębokim fotelu i korzystając z okazji, że w pokoju znajdowały się same damy, odważyła się podnieść nieco spódnicę, aby ochłodzić spocone nogi. - Stasia i Jadwiga pracują w bodzentyńskim szpitalu całymi dniami, bo lekarz nie może już podołać obowiązkom. Zaczyna brakować medyków, bo Moskale mordują ich na polu bitwy, w czasie udzielania pomocy rannym.
- Również na Litwie robi się coraz tragiczniej.- odezwała się Emilka, zawsze najlepiej poinformowana. - W Inflantach, gdzie walczył pan hrabia Plater, chłopstwo rzuciło się na dwory i zabija polską szlachtę. Początek rzezi dali starowiercy, za ich przykładem poszli Łotysze.
- A moja szwagierka pisze mi z Galicji, że władze austriackie wcielają siłą do wojska osoby niepewne politycznie i zamierzają wysłać je do Meksyku, gdzie cesarzem ma zostać arcyksiążę Maksymilian4.-oznajmiła Zosia.
- Nikt nie ma dla nas litości. - westchnęła Nina, lecz natychmiast zapomniała o polityce i posłała Pawła, żeby sprawdził, czy bydło znajduje się już w oborze, a stado w stajni.
- A słyszałyście, moje panie.... - zaczęła pani Salomea i naraz krzyknęła wniebogłosy, zasłaniając dłońmi uszy. - Jezus Maria!
Przeraźliwie jaskrawa błyskawica rozdarła ciemne obłoki i rozległ się huk tak potężny, że cały pałac zatrząsł się w posadach. Kryształowe sople żyrandola zadzwoniły, a z sufitu spadła pacyna tynku. Za oknami zrobiło się zupełnie ciemno i rozpętała się burza, jakiej najstarsi ludzie nie pamiętali. Salon co chwilę rozjaśniał upiorny błysk, a po nim następował huk pioruna. Szaleństwo błyskawic i ryku gromów, zmieszało się z szumem ulewy, łomoczącej o dach pałacu i bulgocącej w rynnach. Wszyscy domownicy zgromadzili się w malinowym salonie, siedząc w milczeniu i kuląc się przy łoskocie piorunów bijących w parkowe drzewa. Wystraszone psy przybiegły do ludzi i tuliły się do ich nóg, koty wlazły pod kanapy i nie ważyły się stamtąd wyjrzeć.
Walenty zapalił gromnicę i postawił ją na oknie. Jaga przyniosła wizerunek Matki Boskiej i na klamce okiennej powiesiła różaniec.
- Kumosiu, trzeba przynieść dzwonek loretański.- powiedziała, wpatrując się z przerażeniem w okno. - Ale kto wyjdzie na zewnątrz w taką burzę?
- Może ja ? - zgłosiła się Emilka. - Nie boję się piorunów.
- Nie, to musi być niewinna panienka, albo mała dziewczynka. - oświadczyła stanowczo Jaga. - Kumosiu, proszę wyszukać jakąś młodą, pobożną dziewczynę.
Zanim Kumosia ruszyła się z miejsca, zirytowana Nina zerwała się z fotela.
- Nie pozwalam! - zawołała rozkazująco. - Niech nikt nie waży się wychodzić z domu. To przecież tylko niemądry zabobon. Piorun może zwalić drzewo i zabić człowieka. Burza jak przyszła, tak przejdzie.
Jednakże burza wcale nie zamierzała odchodzić i srożyła się nad Makowem. Czarnymi chmurami wisiała nad szczytami gór, nad lasami i polami, a z kłębowiska obłoków raz po raz spływał w dół straszliwy zygzak, wybuchając ogłuszającym grzmotem. Ogarniętą mrokiem ziemię, zlewały nadlatujące z wichrem fale deszczu. Po dachu zaczął bębnić grad, taras pokrył się szklistymi kulkami lodu, wielkości orzecha włoskiego. Niektóre szyby nie wytrzymały lodowej kanonady i pękały z głośnym brzękiem. Potężne drzewa chwiały się i łamały jak zapałki pod naporem huraganu. Gdzieś na górze nieznośnie trzaskało wyłamane okno. Przez szczeliny w drzwiach na taras, zaczęła wlewać się woda i po chwili ciekła już po posadzce, mocząc perskie dywany. Za każdym uderzeniem pioruna, rozlegał się zgodny chór głosów:
- A słowo stało się Ciałem i mieszkało między nami! - potem zapadała cisza i oczekiwanie na następny grzmot.
Szum wiatru wzmagał się z minuty na minutę i zgromadzonym w salonie ludziom zdawało się, że za oknami szaleje wzburzone morze. W ściany pałacu biły połamane gałęzie drzew niesione wichurą. Taras zasypany był wielkimi konarami i powyrywanymi krzewami. Wycie wiatru nasiliło się i przeszło w jednostajny gwizd. Godziny wolno płynęły, a szaleństwo żywiołów trwało. Pani Salomea zaintonowała głośno psalm Jana Kochanowskiego:
- Kto się w opiekę odda Panu swemu, i całym sercem szczerze ufa Jemu. Śmiało rzec może, mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga. - śpiewała drżącym głosem.
Obecni w salonie domownicy podchwycili pieśń, starając się śpiewem zagłuszyć przerażenie. Naraz dom stanął cały w fioletowym ogniu i rozległ się łoskot tak straszny, jak potężna eksplozja. Świece powypadały z kandelabrów, a wielki żyrandol zakołysał się niebezpiecznie, grożąc zerwaniem się i runięciem. Dom zatrząsł się aż po fundamenty. Kobiety zaczęły krzyczeć i głośno odmawiać pacierze. 
Pani Salomea o mało nie spadła z kanapki, a synek Zosi posiniał ze strachu, kurczowo trzymając się szyi matki.
- Maryjo Najświętsza, stodoła się pali! - wrzasnęła Nina, podbiegając do okna. - Nie wychodzić! - rozkazała widząc, że młodsi lokaje zamierzają pobiec do pożaru. - Jeżeli taka ulewa nie ugasi ognia, to i my nie ugasimy go wiadrami.
Wielka stodoła, widoczna pomiędzy ściętymi pod naporem wichury drzewami, pełna świeżego siana, stała w ogniu. Tego roku sianokosy były wczesne, bo już w marcu zieleniły się trawy. Prócz siana, w stodole znajdowały się narzędzia rolnicze i zboże przeznaczone do zmielenia na mąkę.
- Pan Bóg najwidoczniej uznał, że mieliśmy za mało strat i zmartwień. - wycedziła Nina przez zaciśnięte zęby. Z rozmachem siadła przy Zosi, odwracając się plecami do okna, by nie patrzeć na płonącą stodołę. Nie bała się burzy, ale cały czas rozmyślała z rozpaczą o stratach, jakie huragan musiał wyrządzić we wspaniale zapowiadających się zbiorach.
- Ninetko, nie martw się, kochanie. Jakby ci czegoś zabrakło, to przecież ja zawsze cię wspomogę. - powiedziała Zosia, jednocześnie uspokajając spazmującego ze strachu synka.
- O ile huragan uprzejmie ominie Brzeziniec! - mruknęła ze złością Nina, lecz zaraz się opamiętała i ucałowała przyjaciółkę w policzek.
Siedzieli bezradnie, wsłuchując się w wycie wichury i szum deszczu. Dopiero pod wieczór chmury się rozeszły, huragan przetoczył się gdzieś dalej, a nad Makowem ukazała się barwna tęcza. Lekkie obłoczki złociły się w promieniach zachodzącego słońca. Powietrze oczyszczone z kurzu, było balsamicznie świeże i przeźroczyste. Nina natychmiast wyruszyła po domu, chcąc ocenić szkody wyrządzone przez burzę. Szły z nią wszystkie panie i Zosia, obawiająca się jeszcze wracać do domu. Za nimi postępowała wystraszona służba, z wiadrami i szmatami do wycierania wody. Spaloną stodołę Nina postanowiła obejrzeć później, zresztą pożar ugasiła ulewa. Najważniejszy był pałac. Unosząc wysoko krynolinę, aby się nie zamoczyła i ukazując pianę koronkowych falban, kroczyła prędko korytarzami, omijając kałuże stojącej wody. Po drewnianych schodach wdrapała się na strych, rozpoczynając przegląd od szczytu pałacu. Pokazało się, że burza poważnie uszkodziła dach, bo wysoki modrzew stojący przy ścianie domu, złamany wpół przez huragan, runął na dach, łamiąc dwie krokwie i zrzucając dachówki. Przez wielką dziurę lały się do wnętrza strumienie wody, zalewając sufity w wielkim salonie i w sali balowej. Nina z trudem powstrzymała wybuch płaczu, ujrzawszy strumyki brudnej wody ściekające po białym jedwabiu, jakim wybite były ściany sali balowej i po kremowym adamaszku haftowanym złotem, w wielkim salonie. Ucierpiały także przepiękne malowidła al fresco, wykonane na sufitach przez sławnego malarza Zygmunta Vogla5.
"Słodki Jezu, skąd ja wezmę pieniądze na doprowadzenie domu do porządku?" - rozmyślała Nina, przechodząc z pokoju do pokoju, zupełnie zdruzgotana mnożącymi się szkodami. Każdą zapisywała w podręcznym notesiku, postanawiając już następnego dnia przystąpić do naprawy zniszczeń. Krocząc długim korytarzem w starej części domu, zamierzała przejść obok saloniku kasztelana, nie wchodząc tam wcale. Nie miała najmniejszej ochoty oglądać portretu Pauli.
- O Boże! - rozległ się rozpaczliwy okrzyk pani ochmistrzyni. - Pani hrabino, proszę spojrzeć, ile wody wypływa z tego pokoju. Cały dywan zamoczony. Trzeba go zdjąć i wysuszyć.
Dobra gospodyni zwyciężyła w Ninie strach. Zdecydowała się zajrzeć do saloniku. Kiedy otwarła drzwi, ze wszystkich piersi wyrwał się głośny okrzyk. Pokój wyglądał wprost przerażająco. Wichura wtargnęła do wnętrza wyrywając okno, które runęło do pokoju, rozbijając śliczny stoliczek do szachów, inkrustowany kością słoniową i złoconym brązem. Na posadzce i mokrym dywanie leżały resztki potłuczonych szyb i skorupy rozbitych porcelanowych bibelotów. Jednakże najstraszniej, po prostu upiornie, wyglądała ściana z wiszącym na niej portretem. Od sufitu do samej podłogi, pokryta była plamami krwi rannego ptaka, który wleciawszy do pokoju przez rozbite okno, obijał się o ściany, aż wykrwawiony padł martwy na dywan. Było to zdarzenie zupełnie naturalne i w innym miejscu nie zrobiłoby na Ninie wielkiego wrażenia.
Widmo.
  Ale w tym saloniku, z portretem strasznej kobiety, rzecz nabierała ponurego znaczenia. Całe wydarzenie miało cechy jakiejś złowieszczej wróżby. Biała suknia Pauli pokryta była plamami świeżej krwi. Krwawe ślady znaczyły jej twarz, przez co uśmiech i spojrzenie ognistych oczu miało demoniczny wyraz, sprawiając na widzach niesamowite wrażenie. Nina podeszła do obrazu i wpatrzyła się w jaśniejące tajemniczym blaskiem oczy Pauli. Krwawa plama na jej ustach, nadawała jej pozór wampirzycy, powracającej do grobu po krwawej uczcie. Na moment Nina uległa złudzeniu, że znajduje się w różanej altanie i widzi przed sobą leżące w kałużach krwi trupy hrabiny i Żabca. To przewidzenie było dla niej tak potężnym wstrząsem, iż doznała wrażenia, że dokoła niej zapada ciemność i zemdlona upadła na mokrą posadzkę.
                                                               ---------------------------------------
Zniszczenia poczynione przez huragan były po prostu katastrofalne. W samym domu wichura porozbijała wiele okien i zalała pokoje wodą. Należało pomalować sufity i wyprać obicia na ścianach. Najpilniejszą sprawą była naprawa zrujnowanego dachu, żeby zabezpieczyć pałac przed następnym deszczem. Wiele cennych rzeczy uległo zniszczeniu, ale szkody poczynione w pałacu były niczym wobec zniszczeń, jakie nawałnica poczyniła na polach i we wsi. Huragan zaskoczył pastuchów pasących bydło i gęsi. Zanim zdążyli przygnać bydło do wsi, rozpętało się piekło. Kilkoro dzieci schroniło się pod wielką lipą, w którą uderzył piorun. Wszystkie dzieci zginęły. Niektóre chaty we wsi huragan po prostu rozniósł, pozostawiając jedynie podmurówki. Dwa domy spłonęły od uderzenia pioruna wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Zginęło wiele bydła, bo płytka i zwykle niewinna rzeczka, naraz zamieniła się w potworny mulisty wał wodny, wystąpiła z brzegów i runęła jak taran, niszcząc wszystko na swojej drodze. Spłonęło pół włóki lasu, na szczęście ulewa ugasiła pożar. Wszystkie zasiewy na polach i w ogrodach zostały zniszczone, drzewa w sadach częściowo połamane.
To była straszliwa klęska, a jej rozmiarów nikt jeszcze nie zdołał ogarnąć.
Nina powróciwszy do przytomności, nie położyła się do łóżka, bagatelizując prośby Jagi. Razem z kompletnie załamanym panem Bochniakiem, udała się do wsi i chodząc od domu do domu, z zaciśniętymi ustami oglądała zniszczenia i zapisywała je w notesie. Na progach zrujnowanych domostw, siedzieli gospodarze, wpatrując się przed siebie nieruchomym wzrokiem. W ciągu kilku godzin stali się nędzarzami, tracąc dobytek osiągnięty pracą całych pokoleń. Z niektórych chat rozlegały się przeraźliwe krzyki kobiet, opłakujących zabitych. Rozpaczały za utraconymi dziećmi, lub krewnymi, jednocześnie opłakując potopione bydło, stanowiące podstawę ich bytu. Zniszczone zbiory zapowiadały głód.
Na widok nadchodzącej dziedziczki, chłopi wstawali i bez słowa podejmowali ją pod nogi. O nic nie prosili, ogłuszeni spadłym na nich nieszczęściem. Idąc przez swoją wieś, Nina z każdą chwilą robiła się coraz bledsza i często wąchała flakonik z solami. Pan Bochniak patrzył na nią z ogromnym współczuciem. Na jej słabe dziewczęce barki, waliły się ciężary ponad siły dorosłego, mocnego mężczyzny. Wydawała mu się dzieckiem i to dzieckiem bardzo przerażonym groźną rzeczywistością. Wieś zubożała na skutek najazdu Czengierego, teraz otrzymała prawie śmiertelny cios.
- Pani hrabino, proszę wrócić do domu. - zaproponował półgłosem. - Ja sam sprawdzę, co tu jest do zrobienia.
- Nie! - powiedziała z nieustępliwą miną..- To moja wieś i moi ludzie, nie pozostawię ich samym sobie. Teraz potrzebują mojej pomocy i pociechy.
 
Na środku wsi przyłączył się do nich załamany wójt, bo w czasie burzy lipa zabiła mu wnuczkę, i szli razem pod błękitnym wieczornym niebem, w promieniach słońca zaglądającego do ruin zwalonych domów. Ninie przyszedł na myśl portret Pauli, pokryty świeżą krwią i nawiedziło ją dziwne przeczucie, że pomimo upływu czasu, zagadka tej tajemniczej zbrodni wcale się nie wyjaśniła. Wprost przeciwnie - to był dopiero początek dramatu! Ta myśl przejęła ją lodowatym dreszczem.
- O Jezusie!- lamentował zrozpaczony wójt. - Ostatnia godzina na nas przyszła. Pozdychamy z głodu. Pola zniszczone, chaty poburzone, bydło potopione. Nawet dzieciaków ta przeklęta, czartowska wichura nie oszczędziła.
- Panie wójcie, niech pan nie upada na duchu. - odezwała się Nina tak niezachwianie pewnym głosem, że stary gospodarz spojrzał na nią zdumiony. - Zabitym życia nie wrócimy, trzeba myśleć o żywych. Zamiast siedzieć i dumać, od jutra bierzcie się do roboty. Weźcie siekiery, jedźcie do lasu i tnijcie drzewa na nowe domy. Z pewnością wiele drzew jest połamanych, zabierzcie je sobie. Z cegielni dostaniecie wapno i cegły, tartak przytnie wam drewno na deski. Wieś będzie piękniejsza niż była! Znajdzie się bydło i żywność dla uboższych. Nie jesteście sami. Chodźcie, wstąpimy tu, do Pietrzykowej.
W domu, stojącym pośrodku połamanego sadu, w izbie leżały na stole zwłoki dwojga dzieci przykryte płótnem. Był to pięcioletni chłopiec i niewiele starsza dziewczynka. Przy zwłokach palił się smrodliwy kaganek, zaś w całej izbie panował ciężki, trudny do zniesienia zaduch. Kilka wielkich błękitnych much, zwabionych mdlącym odorem, brzęcząc monotonnie krążyło nad ciałami. Łaziły także po leżącym w kolebce niemowlęciu.
- Pietrzykowa, dlaczego te zwłoki leżą w izbie? - zawołała Nina, wzdrygając się z odrazą.
- A gdzie je położę? Przecie to moje dzieci...- odpowiedziała siedząca na podłodze kobieta, ochrypłym, skrzekliwym głosem. Podniosła na Ninę oczy, szkliste przekrwione, na skutek przelanych łez i nie ruszyła się z miejsca.
Nina ogarnięta głęboką litością, podeszła do niej i pogładziła ją po tłustych, skołtunionych włosach. Kobieta kurczowo objęła ją za nogi, tuląc się do jej kolan. Drżała jak w ataku febry i zachłystywała się strasznym, beznadziejnym szlochem.
- Ratuj nas, jasna pani, łaski, bo już ino ten sznur na szyję, albo do stawu skoczę! Pobiło mi dzieci, potopiło całą gadzinę, rozmyło pole, że nawet nie dojrzeć, co gdzie było posadzone. Jezu, mój ty Jezu! - wyła, zanosząc się od płaczu.
Puściła nogi Niny i chwyciwszy się za włosy, zaczęła walić głową o ścianę.
- Nawet na pochówek nie mam grosza i sama, bez księdza, zakopię dzieci w ziemi. O Maryjo święta, ostatnia przyszła na nas godzina, wszyscy poginiemy, bo Pan Bóg nas pokarał za grzechy nasze. Moje dzieci! Bartoszek i Kachna! Jezu, chyba mi serce pęknie.. .Łeb se o te ścianę rozbiję i niech już raz koniec będzie. Krowinę taką mleczną miałam, masło robiłam, sery, było co na targu sprzedać. Cielaczka tera miała i woda zabrała ich razem. O moja Krzywula kochana, żywicielko serdeczna! A czymże ja tera dzieciaka nakarmię, kiej ni mam w piersiach mlika? I tego synka Pan Bóg mi zabierze!
Kobieta mówiła, krzyczała, wyrywała sobie włosy z głowy i znowu obejmowała nogi Niny, podnosząc ku niej twarz obrzękłą, czerwoną i wykrzywioną spazmem rozpaczy Potem znowu zaczynała wyć, rzucała się na ziemię i biła głową o ścianę. Nina miała wrażenie, że serce podchodzi jej do gardła i zaraz zemdleje. Spojrzała na sine stopy dzieci wystające spod płótna i naraz przypomniał się jej zmarły synek. Cały ból i żal powróciły, ogarniając ją jak wicher. Upadła na kolana i objąwszy szlochająca kobietę, płakała z nią razem, nie wstydząc się łez. Gładziła ją po twarzy i włosach, całując i pocieszając. Ta nieszczęsna matka była jej w tej chwili tak bliska, jak rodzona siostra.
- Dopraszam się zmiłowania, jasna pani.... - chrypiała coraz ciszej Pietrzykowa, osuwając się bez sił na ziemię.
- Pomóżcie mi ją podnieść. - rzekła Nina wstając.
Wójt z panem Bochniakiem położyli wpółprzytomną kobietę na łóżku. Nina usiadła przy niej, cucąc ją solami i wodą. Pietrzykowa otworzyła oczy i oprzytomniała.
- A gdzie wasz mąż? - spytała Nina zauważywszy, że kobieta poczuła się nieco lepiej.
- Wojtek pojechał do Tarczka, żeby jutro na jarmarku bysia kupić.- odpowiedziała Pietrzykowa, wpadając w apatię. - Jak wróci, zarąbie mnie siekierą, a niech ta!....
- Za co?- zdenerwowała się Nina. - Nie jesteście niczemu winna. Pamiętajcie, że macie synka. Pietrzykowie nie zginą. Jesteście jeszcze młoda i Pan Bóg da, że powoli rany się zabliźnią. Nie tylko wam stała się krzywda, bo cała wieś zrujnowana. Ale poradzimy sobie. Nie płaczcie, ja wam pomogę.
Była już opanowana i pełna energii.
- O pochówek dzieci nie musicie się martwić. Wszyscy zabici zostaną godnie pochowani. Z księdzem, na koszt dworu. Zaraz będzie wieczorny udój, każę wam przysłać mleka dla dziecka i co tam trzeba do jedzenia. Na szczęście macie dach nad głową. Panie wójcie, niech ktoś wyniesie te biedne dzieci do stodoły, bo muchy po nich łażą i zaraza gotowa.
Prędko wyszła z izby, bo wydało się jej, że za moment sama usiądzie na podłodze i zacznie krzyczeć. Chodziła po wsi do zmroku, zastanawiając się, jak zdoła pomóc nieszczęśliwym ludziom, kiedy sama jest w potrzebie. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkała się z podobną klęską i nigdy nie czuła tak mocniej więzi ze swoimi ludźmi, zdając sobie sprawę z ciążącej na niej odpowiedzialności. Obawiała się, że burza nie ominęła innych folwarków należących do Makowa. Może i tam straty są znaczne. Jednego była zupełnie pewna - nie pozostawi ludzi na łasce losu, bo mąż wyparłby się jej, a ona gardziłaby sobą.
Wieś była w opłakanym stanie, lecz dworskie pola nie wyglądały lepiej. Pięknie wschodzące zboża, zbite ulewą i gradem w jeden kłąb, leżały na ziemi przywalone błotem. Ziemniaki zmyło razem z glebą, po rzepaku, cukrowych burakach, zagonach kapusty i lnu, pozostały tylko wspomnienia. Utopiło się pięć mlecznych krów, byczek, kilkoro cieląt oraz śliczny mały źrebak po Rexie, zapowiadający się na przepięknego konia.
Żegnając się z wójtem, Nina powiedziała :
- Nie daliśmy się Moskalom, nie damy i burzy. Wspólnie odbudujemy wieś. Panie wójcie, pogadajcie z gospodarzami, wybierzcie delegację i jutro w południe przyjdźcie do pałacu ze spisem szkód. Zobaczymy, co da się zrobić.
W obecności ludzi trzymała się dzielnie, okazując zupełny spokój. Ale po powrocie do domu, pobiegła do siebie i rzuciwszy się na łóżko, szlochała przywołując męża, jakby on mógł ją usłyszeć i wspomóc.
Jaga próbowała ją pocieszać, lecz sama była przygnębiona i przerażona.
- Nie płacz, dziecko, łzami klęsce nie zaradzisz. - westchnęła z rezygnacją. - Rano jedź do Sarnik i poradź się wuja. Pan Borutyński dobry gospodarz, nie odmówi ci mądrej rady. Ciotka także ma doświadczenie. Spytaj, co masz robić.
- Sama najlepiej wiem, co mam robić, ale brakuje mi pieniędzy.- westchnęła Nina, podnosząc zapłakaną twarz.- No dobrze, pojadę do Sarnik.- ustąpiła, nie chcąc robić Jadze przykrości.- Nianiu, - szepnęła, rumieniąc się. - możesz dziś ze mną spać? Trochę się boję.
- A czego, kotku?
- Wiesz, ta krew na portrecie Pauli!... Może to jakiś znak? Alek nie pisze i jestem bardzo niespokojna, bo nie wiem, co się z nim dzieje.
- Dziecko, co ty pleciesz? - ofuknęła ją niania, chociaż jej samej zrobiło się jakoś nieprzyjemnie. - To był tylko ranny ptak. Kazałam obraz umyć i już nie ma śladu krwi. A przed spaniem nie zapomnij wziąć bromu .
Nina źle spała tej nocy. Dręczyły ją koszmary i obudziła się o wschodzie słońca. Pośpiesznie zrobiła toaletę i poszła do stajni osiodłać konia. Zamierzała zabrać z sobą Maćka, lecz stajenny powiedział jej, że pojechał z panem rządcą w pole. Wobec tego pojechała do Sarnik sama, pełna nadziei na ratunek. Wuj Borutyński słynął z doskonałego zarządzania majątkiem i będąc wzorowym i zapobiegliwym gospodarzem, mógł ją naprawdę wiele nauczyć.
Godzina była wczesna, lecz cała natura już rozbudziła się do życia, wilgotna od rosy, skąpana w blaskach słońca, zdawała się uśmiechać. W mijanej dąbrowie kukała kukułka, pogwizdywały wilgi i kosy, a z głębi zagajnika dochodził podobny do śmiechu wrzask sójek. Jednakże wszędzie znać było ślady burzy. Drzewa były połamane, pełno konarów leżało na ziemi. Pod złamaną sosną, dostrzegła zabitą sarnę. Wyjechała z lasku na polną drogę i skręciła w stronę Sarnik. Tam, gdzie jeszcze dwa dni temu zieleniła się bujna ruń zbóż, teraz widniały puste, rozmyte, przeorane do wnętrza ziemi rumowiska. Rzeka naniosła pełno kłód, połamanych drzew, wielkich kamieni wymytych z gleby, a nawet resztki rozwalonych chałup. Zagajnik i grusze polne, częściowo zostały połamane lub wyrwane z korzeniami i leżały w poprzek drogi. W długiej alei prowadzącej do dworu, huragan połamał kilka pięknych topoli, leżały nie uprzątnięte.
Krajobraz po huraganie.
 Dojechała pod sam dwór i zatrzymała się przed gankiem zdumiona, że nikt nie wyszedł na jej powitanie. Ani parobek, ani chłopiec kredensowy, czy pokojówka. Na podwórzu panowała cisza i nawet psy przy budach nie szczekały, witając ją tylko machaniem ogonami. Nie było komu przytrzymać jej konia, więc zeskoczywszy z Mignon, przywiązała ją do żelaznego kółka przy ogrodzeniu.
"Co do licha? - pomyślała zaniepokojona, zaglądając w okna. - Posnęli, jak siedmiu braci śpiących?" W Sarnikach także widoczne były skutki huraganu. Stara lipa, pamiętająca czasy króla Jana III, złamana była przy samym korzeniu. Krzak jaśminu niegdyś przez nią tak lubiany, po prostu zniknął, jakby go nigdy nie było. Weszła do sieni, nie spotykając nikogo i dotarła do salonu. Tam również nie zobaczyła żywego ducha, więc skierowała się ku prywatnym pokojom wujostwa. Dopiero z sypialni wuja dobiegły ją ściszone głosy. Zapukała i czekała nie usłyszawszy zaproszenia. Ciche kroki były sygnałem, że nareszcie ktoś ją usłyszał. Drzwi otwarły się bez szelestu i stanęła w nich ciotka Maria, blada, postarzała i zmieniona. Jej piękna twarz zapuchnięta z płaczu i sine obwódki pod oczami, przeraziły Ninę. Ciotka wysunęła się z pokoju i cicho zamknęła drzwi.
- Nina? Chodź, moje dziecko, przejdźmy do saloniku. - powiedziała zmienionym głosem i poszła przodem.
- Na miłość boską, ciociu, co tu się stało? - Nina odważyła się spytać, kiedy już usiadły na kanapce.
- Nieszczęście! - zapłakała ciotka, przykładając chusteczkę do oczu. - Ksawunio ciężko chory. O, ja tego nie przeżyję!
Nina nie wątpiła w szczerość tego okrzyku. Ciotkę i wuja, po dwudziestu pięciu latach małżeństwa, nadal łączyła namiętna miłość. Pomimo upływu lat, wujostwo byli sobą zauroczeni, jak młoda para. Dawniej, często widywała ciotkę i wuja, całujących się z sobą i nawet w dzień znikających za drzwiami sypialni. Marzyła, żeby ją i Aleksa łączyła taka gorąca miłość i wzajemne zrozumienie.
- O, tak mi przykro, ciociu. - Nina uścisnęła rękę ciotki i spojrzała na nią serdecznie. - Czy mogę w czymś pomóc? Co wujowi dolega?
- To paraliż! - jęknęła ciotka przez łzy - Ksawunio nie porusza lewą ręką i nogą. Trudno mu mówić, bełkocze. Boże, tyle nieszczęść na raz. Huragan, a potem choroba....
Ninie opadły ręce. Niepotrzebnie tu przyjechała, bo nikt nie udzieli jej dobrej rady.
- A kiedy wuj zachorował? - spytała, starając się nie okazać zawodu.
- Już w niedzielę był jakiś nieswój. Nawet do kościoła nie pojechaliśmy. W czasie huraganu ukryliśmy się w piwnicach. Zaraz po burzy, Ksawery poszedł na pole, a stamtąd już go przynieśli na rękach. Tak się biedaczek przejął zmarnowanymi plonami.- po policzkach ciotki znowu popłynęły łzy.
Nina patrzyła na nią z litością i pomyślała, że ta złamana nieszczęściem kobieta, wcale nie przypomina rządnej władzy, jędzowatej i nieznośnej, dawnej ciotki Marii. Zawsze elegancka i zadbana, teraz miała na sobie pomięty szlafrok i rozczochrane włosy. Niegdyś, za żadne skarby w takim stanie, nie pokazałaby się gościom.
- A co u ciebie w Makowie? - odezwała się ciotka z grzeczności. Przejęta chorobą męża, nie interesowała się niczym innym.
- Maków? Jedna ruina. Pałac zniszczony, wieś w połowie zrujnowana. Wiele osób rannych i zabitych. Huragan całą siłą uderzył prosto w mój Maków. - Nina kompletnie zniechęcona, machnęła dłonią.
Ciotka opuściła głowę na piersi.
- Chyba Bóg zapomniał o nas. - szepnęła ponuro.
Nina objęła ją i ucałowała.
- Niechże ciocia nie traci nadziei. Czy był lekarz?
- Posłałam do miasteczka, ale nie wiem, czy zechce przyjechać, bo jest zajęty w szpitalu przy rannych. Ach Boże, żeby to Jasiek był w pobliżu... To jest lekarz! A ty, moje dziecko, w jakiej sprawie przyjechałaś?
- To już nie ma znaczenia. Niech ciocia będzie dobrej myśli. Jak tylko wrócę do domu, zaraz poproszę ciocię Salusię, żeby przyjechała i pomogła pielęgnować wuja. Aha, ważna rzecz! Proszę zaraz posłać kogoś do Porajów, bo Emilka wspomniała, że dziś będzie tam przejazdem doktor Łuszczkiewicz z Kielc.To bardzo dobry lekarz i może wujowi pomóc.
- Dziękuję ci, moje kochane dziecko. Zaraz poślę stajennego z listem.
Nina podniosła się z kanapki i wzięła ze stoliczka rękawice. Nie było sensu siedzieć tu i zabierać ciotce czas. Pani Borutyńska zaczęła ją przepraszać, że nawet nie poczęstowała herbatą, ale Nina tylko przytuliła ciotkę do siebie i z ciężkim sercem odjechała.
W drodze powrotnej przypatrywała się zasiewom, kompletnie zniszczonym i ptakom krążącym kolistym lotem nad jeszcze szeroko rozlaną, mulistą rzeką. Musiało tam leżeć potopione bydło, może nawet ludzkie zwłoki, bo w powietrzu unosił się słodkawy odór rozkładającego się mięsa..Trzeba będzie przeszukać cały teren, a szczególnie brzegi Świśliny.
Mignon raz po raz potykała się o kamienie na nierównej, błotnistej drodze. Chrapała, parskała ze wstrętem i podejrzliwie węszyła, czując woń zgnilizny. Nina zatrzymała klacz przed plebanią, ale proboszcza nie zastała, bo pojechał do konającego. Pozostawiła mu bilecik prosząc, żeby zechciał w południe przyjechać do Makowa na naradę, oraz w sprawie pogrzebu ofiar huraganu. Następnie skierowała klacz w stronę Lipieńca sądząc, że mądra i zaradna wojewodzina udzieli jej upragnionej rady, a może nawet pomocy. Ale widocznie od rana prześladował ją pech, bo wprawdzie stara dama przyjęła ją serdecznie, lecz sama obłożnie chora, niewiele mogła jej pomóc.
- Jak bóle trochę mi przejdą i wzmocnię się, to postaram się przyjechać do Makowa, ale teraz leżę jak ten kloc, bezwładna, i niewiele ze mnie pożytku. - powiedziała ze smutkiem. - Mój poczciwy rządca, pan Marcinkiewicz, włosy darł z głowy, bo większość zbiorów przepadła. Ach Boże, nie masz Ty nad nami litości! - staruszka poprawiła się na poduszkach i bacznie spojrzała na siedzącą w milczeniu Ninę. - No, mówże, dziecko, co tam u ciebie słychać?
Nina przysiadła na skraju łoża i zaczęła opowiadać, niebawem jednak przerwała, bo głowa staruszki opadła na poduszkę i chora zdawała się drzemać. "Co ja tu robię? - zadała sobie pytanie. - Niepotrzebnie tracę cenny czas i szukam pomocy tam, gdzie mi jej nikt nie udzieli. A w domu czeka na mnie mnóstwo pracy." Wstała i na palcach skierowała się ku drzwiom, nie chcąc chorej budzić.
- Oleś nie pisał? - odezwała się niespodziewanie wojewodzina, obserwując jej przygnębioną twarz przez szparki niedomkniętych powiek.
Zamiast odpowiedzi, Nina przecząco pokręciła głową.
- Tak mi przykro, moje drogie dziecko, że musisz radzić sobie sama. - wyszeptała staruszka z bólem.- Ale wydaje mi się, że mój czas nadchodzi. Mam do ciebie wielką prośbę. Pomów z Jadwigą o tym pierścionku Augusta, bo ja nie mam odwagi spojrzeć jej w oczy. Czuję się bardzo winna i obawiam się, że ten nędznik może zwrócić się do niej listownie i zranić dziewczynę. Boże, czego ja się doczekałam na starość! Zrobisz to, Nino?
- Ja o tym pamiętam. Ale Jadwiga razem ze Stasią, zajęte są pracą w miejskim lazarecie. Pan Wąsocki weźmie dziś udział w naradzie, więc napisałam jej bilecik prosząc, żeby przyjechała z ojcem do Makowa.
- Jesteś bardzo dobra, córeczko. Przyślę ci mego pana Marcinkiewicza, żeby pomógł panu Bochniakowi przy szacowaniu strat.
- Dziękuję cioci. Och, strasznie zapowiada się dla mnie ten rok. Alek nie daje znaku życia, Maków zrujnowany, a wuj Ksawery miał groźny atak paraliżu. - westchnęła. - Proszę, nie martw się o mnie, muszę sobie jakoś radzić.
  Wychodząc z dworu, głęboko zaczerpnęła powietrza. Ten wielki dom, pełen zgrzybiałej służby i jego dogorywająca pani, uczyniły na niej bardzo przykre wrażenie. Wskoczyła na siodło, a ponieważ czuła, że ciągle jeszcze drżą jej ręce, mocno zacisnęła je na cuglach. Wydawało się jej, że jest zamknięta w pułapce, z której nie ma wyjścia i strach coraz mocniej obejmował ją swymi mackami.
 
1Generał Antoni Jeziorański (1821-1882) pułkownik,potem generał.Naczelnik woj.lubelskiego.odporządkowany Langiewiczowi, przeszedł z nim cały szlak bojowy i razem z dyktatorem znalazł się w Galicji. Po bitwie pod Kobylanką,wyparty przez Rosjan do Galicji,uwięziony przez Austriaków.Wyemigrował do Paryża,skąd w 1873 wyjechał do Lwowa.
2Rekamierka - wykwintna kanapka.Nazwa pochodzi od nazwiska Jeanne Récamier, (1777- 1849) znanej z piękności żony bankiera paryskiego.Wywierała wpływ na życie polityczne i literackie.Sportretowana na kanapce,która jej zawdzięcza swą nazwę.
3Orszada - napój z utartych migdałów,cukru i wody.
4Maksymilian Ferdynand Józef -(1832-1867) od 1864 r. cesarz Meksyku. Brat cesarza Austrii Franciszka Józefa, rozstrzelany przez rebeliantów w Queretaro w Meksyku.
5Zygmunt Vogel (1764-1826) zwany Ptaszkiem.Polski akwarelista i rysownik; liczne widoki miast,zamków i ruin.