środa, 10 sierpnia 2016

Iskierka nadziei i zapowiedź nowych kłopotów.


  10 sierpnia 2016 r.
Przez kilka następnych dni, życie Aleksa wahało się na granicy śmierci. Nie odzyskał przytomności, a przepisywane lekarstwa nie skutkowały. Doktor nie ukrywał obawy o jego życie. Nina ratowała męża z rozpaczliwym uporem, obserwując z przerażeniem, jak z każdą chwilą maleje szansa na wyzdrowienia. Nie odstępowała prawie od jego łóżka, nie interesując się niczym, co nie miało z nim związku. Wychudzona i słaniająca się na nogach, sama sprawiała wrażenie osoby ciężko chorej. W jej wyrazistych oczach, zastygł wyraz okropnego lęku.
Na jej prośbę, ksiądz proboszcz codziennie odprawiał nabożeństwo, w intencji powrotu hrabiego do zdrowia. Ale on dalej był nieprzytomny, a wysoka gorączka pożerała resztkę jego sił. Tymczasem pogoda uczyniła się letnia, przecudna. Pod oknami kwitły nikocjany, róże i maciejka, napełniając pokoje przenikliwym, budzącym tęsknotę zapachem. W sadzie dojrzewały owoce i śpiewały ptaki. W sypialni okno było otwarte, lecz zasłonięte kotarą, aby światło nie raziło oczu chorego. Od pól i lasu płynęło czyste, świeże powietrze i woń skoszonej trawy oraz ziół.
Nina nie zwracała uwagi na uroki natury, cały czas miotając się pomiędzy złudną nadzieją, a dziką rozpaczą. Czepiała się najdrobniejszej iskierki pociechy, jak człowiek lecący w przepaść chwyta się rosnących na zboczu źdźbeł trawy. Jej delikatna twarzyczka nie miała w sobie ani kropli krwi, oczy były zaczerwienione z niewyspania, a usta blade, bezkrwiste.
Na szczęście nie musiała sama zmagać się z nieszczęściem, bo z Makowa przyjechała Kumosia, przywożąc swoje słynne ziołowe nalewki. Staruszka była pełna optymizmu i pocieszała Ninę twierdząc stanowczo, że pan nie umrze. Ciotka Maria, dowiedziawszy się o ciężkiej ranie kuzyna, zaraz następnego dnia przyjechała do Zameczku. Weszła do sypialni i widząc Aleksa spoczywającego nieruchomo, z rozchylonymi ustami, całego w bandażach, posłuchała jego chrapliwego oddechu. Jakiś czas stała nad nim, potem ucałowała go i tłumiąc westchnienie wyszła.
- Nie martw się, moje drogie dziecko. - powiedziała ze sztucznym uśmiechem. - Zobaczysz, że za kilka dni Olesiowi się polepszy.
Prędko odwróciła się i zapłakała, kryjąc twarz w dłoniach. Po odjeździe ciotki, Nina zapowiedziała, że nikogo więcej nie przyjmie.
- Nie życzę sobie zdawkowej pociechy. - warknęła zawzięcie. - Nie znoszę litości.
Ponieważ zbliżała się rocznica śmierci Pauli i Rafała, zamówiła u proboszcza i w klasztorze w Świętej Katarzynie, nabożeństwa żałobne. Proboszcz stanowczo odmówił przyjęcia pieniędzy, więc poprosiła, by rozdał je pomiędzy ubogich.
Pewnego dnia siedziała przy łóżku męża, obierając ziemniaki na okłady ściągające gorączkę. Obok na stołeczku, stał koszyk pełen ziemniaków, które po obraniu myła, kroiła w plastry i przykładała je przez białe płótno na czoło i piersi Aleksa. Surowe ziemniaki ściągały nieco temperaturę, lecz musiały być często zmieniane. Wykonując mechanicznym ruchem monotonne zajęcie, rozmyślała o zbliżającej się rocznicy tragicznej śmierci Lasewicza, zastanawiając się, czy kiedykolwiek wyjdzie na jaw, kto był sprawcą tajemniczego zabójstwa Pauli i Żabca. Ostatnio, Paula znowu zaczęła nawiedzać ją we śnie. Obudziwszy się, pędziła jak szalona do sypialni, aby sprawdzić, czy Aleks jeszcze żyje.
Mąż głośniej zachrapał, a ona szybko nachyliła się nad nim, nadsłuchując jego ciężkiego, krótkiego oddechu. Poprawiła mu poduszkę, zmieniła okład na czole i pogłaskała po włosach. Do sypialni cicho weszła Jaga, niosąc filiżankę mocnego bulionu.
Był to sam ekstrakt mięsa i jarzyn, gdyż na dwie, trzy filiżanki bulionu gotowano całą kurę, lub kilogram cielęciny. Wszystko dokładnie przecierano, ponieważ Aleks nie mógł przełknąć pokarmów stałych. Zupę czy bulion, zaprawiano dodatkowo masłem, żółtkami albo kremową śmietaną, żeby podtrzymać jego gasnące siły.
Jaga popatrzyła na siedząca przy łóżku Ninę i potrząsnęła głową.
- Tak nie można, moje dziecko.- upomniała ją ściszonym głosem. - Całą noc nie spałaś. Musisz odpocząć. Nakarmię pana, a potem przyjedzie pani Salomea i posiedzi przy chorym. Biedna ona, nieszczęśliwa. Strasznie się zamartwia o panicza Jasia, ale nie załamuje się i wierzy, że on wróci. Pani Emilia zabija się w tych ciągłych rozjazdach. Ty także się zabijasz!
- Dziwisz się, nianiu? On jest całym moim życiem. Leży taki bezbronny, a ja nawet w nocy boję się zamknąć oczy, bo zaraz śni mi się Paula.
- Nie rozumiem. - Jaga wysoko uniosła brwi.- Co ma piernik do wiatraka? Zmów za nią pacierz i nie myśl o niej więcej.
- Ja się boję, nianiu, żeby nie zabrała mi męża, tak jak wzięła mi syna! Kiedyś powiedziała, że zabierze mi to, co dla mnie najdroższe.
Jaga zerknęła na wiszący nad łóżkiem krucyfiks i sapnęła gniewnie.
- Jesteś niemożliwie przesądna! - powiedziała z naganą. - Połóż się choć na kilka godzin przed północą. Duchy wcześniej się nie zjawiają.- podsunęła jej usłużnie tę myśl, uśmiechając się pod nosem.
Nina obrzuciła ją podejrzliwym wzrokiem, ale widząc poważną minę Jagi uznała, iż jest to mądra rada. Pomogła niani unieść Aleksa nieco wyżej i sama zaczęła karmić go łyżeczką. Przełykał bulion nie otwierając oczu i nie odzyskując przytomności. Jaga z litością i strachem patrzyła na jego trupią twarz, o zapadłych policzkach i zaostrzonym nosie. Cerę miał woskową, a gęsty, niegolony zarost dodawał mu wieku i bardzo postarzał. Z pięknego silnego mężczyzny, pozostał dyszący resztką sił szkielet."Maryjo święta, przecież on nie dożyje nawet do niedzieli.- pomyślała Jaga i poczuła dreszcz na myśl, o rozpaczy Niny. - Jezu, ulituj się nad tym nieszczęśliwym dzieckiem i oszczędź jej bólu." - modliła się, wznosząc oczy na krzyż.
Rozumiała strach Niny, bo jej także Aleks wydawał się tak słaby, że każdej chwili można było spodziewać się najgorszego. Nieznacznie otarła łzę. Nina nie znosiła, żeby rozczulano się nad nią lub nad Aleksem.
- W jakiej sprawie przyjechał dziś pan Bochniak, kotku? - spytała, przypomniawszy sobie poranną wizytę rządcy.
- Powiadomił mnie, że przybył notariusz pani wojewodziny i pragnie zakończyć sprawy spadkowe. Podobno ktoś doniósł Starewiczowi o śmierci babki, a ten zamierza wybrać się do Lipieńca.
- Więc co zamierzasz zrobić? - Jaga usiadła i spokojnie, metodycznie zaczęła obierać ziemniaki na okłady.
- A co mnie obchodzi Starewicz i spadek! - wybuchnęła gwałtownie Nina, podnosząc ręce i zatapiając palce we włosach. - Alek jest coraz słabszy, a na drugim świecie majątek nie będzie mi potrzebny.
- Bój się Boga! - zawołała przerażona Jaga i pochwyciła ją za ręce. - Co ty chcesz zrobić?
- Nic, ale kiedy on odejdzie, ja pójdę za nim. To samo przyjdzie. - wyszeptała Nina, klękając i obejmując stopy męża, przykryte prześcieradłem z powodu silnych upałów.
- A ja? - chlipnęła żałośnie Jaga. - O mnie nie pomyślałaś? Przecież ja mam tylko ciebie.
Nina spojrzała na nią przez łzy. Jaga otoczyła ją ramionami i przycisnęła do piersi. Wysunąwszy się z jej objęć, Nina dotknęła dłonią czoła męża.
- Nadal ma wysoką temperaturę. - westchnęła. - Nianiu, niech Walenty zmieni panu bieliznę, a ja się trochę przedrzemię. Zbudźcie mnie koło północy.
Nie zdejmując sukni, położyła się na kozetce. Jej myśli i odczucia były jakby złożone tylko z doznań zewnętrznych. Wydawało się jej, że za chwilę przebudzi się z okropnego snu i wszystkie przykre zdarzenia okażą się tylko senną złudą. Zaraz jednak uświadamiała sobie, że to nie sen lecz rzeczywistość i rozpacz zrywała się w jej duszy jak wicher. Odczuwała dziką chęć, by wyć z bólu, jaki nią targał i walić głową o ścianę. Po pewnym czasie, zmęczenie przemogło rozpacz i zaczęła drzemać, co jakiś czas otwierając oczy i nerwowo rozglądając się dokoła.
Uspokajała się, słysząc z sypialni szepty modlitw niani i pani Salomei, półgłosem odmawiających różaniec. Krzepiąco wpływał na nią widok purpurowej wiecznej lampki, płonącej przed starożytną figurą Chrystusa w cierniowej koronie, wyrzeźbioneą w lipowym drewnie. Purpurowy blask rozjaśniał mrok sypialni i widoczny był w alkierzyku. Stwierdziwszy, że nic złego się nie dzieje, przymknęła oczy i ponownie zasnęła. Obudziła się momentalnie, gdy dotknęła ją czyjaś ręka. Usiadła 
wyprostowana i zupełnie przytomna.
- Nino! - usłyszała głos pani Salomei i na jedną krótką chwilę stanęło jej serce.
- Alek?! - szepnęła zdławionym głosem i nabrała w płuca powietrza, jak przed skokiem do wody.
- Nie wiem, dziecko, co się z nim dzieje. Chodź, zobacz sama.
Nina jednym skokiem zerwała się z kozetki i wpadła do sypialni. W pokoju paliła się tylko świeczka, osłonięta zielonym abażurkiem, aby światło nie raziło chorego. W półmroku wszystko wydawało się jakieś nierzeczywiste i widmowe. Pochyliła się nad łóżkiem i dotknęła czoła męża. Miał przymknięte oczy, lecz wydało się jej, że nieco lżej oddycha, bo nie słyszała już tego okropnego charkotu wydobywającego się z jego płuc.
- Zdaje mi się, że gorączka nieco spadła.- zauważyła Jaga, stając w nogach łóżka. Trzy kobiety w milczeniu obserwowały chorego. Nina ze zdumieniem stwierdziła, że czoło męża jest prawie chłodne. Pod dotknięciem jej dłoni, Aleks poruszył się, a jego długie rzęsy drgnęły, unosząc się lekko.
- Nina?... - wargi chorego poruszyły się prawie niedostrzegalnie, ale ona usłyszała i padła przy nim na kolana nie wiedząc, czy nie woła jej w malignie.
- Aleczku, życie moje.... - ujęła jego dłoń i przycisnęła do niej usta.
- Nina? - tym razem w jego szepcie wyraźnie zabrzmiało zdumienia i jakby niedowierzanie. Ciężkie powieki uniosły się i ukochane bursztynowe źrenice spojrzały wprost na nią. - Gdzie ja jestem?
Zdawało się Ninie, że oszaleje z radości.
- Nianiu, ciociu Salusiu, on mówi! Jest przytomny! - zawołała i w uniesieniu pokrywała jego twarz i ręce namiętnymi pocałunkami.- Aleczku, co za szczęście! O, mój jedyny, wyzdrowiejesz. Walenty, Grabiszyno, Kumosiu, pan odzyskał przytomność! O Matko Najświętsza, dzięki Ci za tę łaskę. Aleczku, jesteś ranny. Tomek dał mi znać o tym i przywieźliśmy cię do Zameczku. Długo byłeś nieprzytomny, ale teraz już wszystko będzie dobrze. Żyjesz!.....- mówiła chaotycznie, śmiejąc się i łkając na przemian.
Jego palce leciutko uścisnęły jej rękę. Do sypialni wpadli domownicy, przebudzeni jej krzykami. Zrozumiawszy, co się stało, przyłączyli się do ogólnej radości, ciesząc się wraz z młodą panią.
- Wkrótce moje imieniny. -  wołała Nina z uniesieniem – Jezu, to najpiękniejszy prezent, jaki w życiu otrzymałam.... - urwała, bo porwał ją ogromny płacz, więc tylko oparła głowę o ramię męża i cała nagromadzona rozpacz i ból, spłynęły strumieniem łez. Serce miała przepełnione wdzięcznością do Boga, za tę niezwykłą łaskę.
- Prom...nie płaa...- wyszeptał urywanie Aleks, usiłując podnieść rękę i położyć ją na głowie żony. Ale był na to jeszcze za słaby i nie zdołał wykonać żadnego ruchu.
- Nina, uspokój się w tej chwili, bo zdenerwujesz pana i jeszcze mu się pogorszy. - ostrzegła Jaga. - O, spójrz, znowu zamknął oczy!
Nina natychmiast ucichła i spojrzała na męża z obawą. Oczy miał zamknięte, ale oddychał dosyć równo i cicho. Spał! Najwyraźniej spał mocnym snem.
Wezwany lekarz co prawda, stwierdził widoczną poprawę zdrowia Aleksa, lecz niczego jeszcze nie gwarantował.
- Na miejscu pani hrabiny, cieszyłbym się bardzo umiarkowanie. - oświadczył chłodno szalejącej z radości Ninie.
Ona jednak wcale nie przejęła się tą sceptyczną uwagą lekarza. Gorączka spadła i Aleks odzyskał przytomność. Widocznie najgorsze minęło. Powtarzała to każdemu, nie mając wcale najmniejszej wątpliwości, że odtąd dla męża nastanie okres rekonwalescencji. Ale Jaga obserwując doświadczonym okiem chorego, wcale nie była tego taka pewna. Jego organizm był krańcowo wyczerpany i bardzo słaby. Wolała jednak nie dzielić się swoimi spostrzeżeniami z Niną, aby jej nie ranić i odbierać nadzieję.
Aleks był ogromnie osłabiony, nie mógł się poruszać, ani wyraźnie mówić. Ale jego oczy nieustannie podążały za żoną, śledząc każdy jej ruch z miłosną ekscytacją. Doktor powiedział mu, że ta delikatna, słaba dziewczyna, zrobiła dla niego więcej, niż wszyscy inni razem wzięci. Siedząc przy jego łóżku, Nina opowiadała szczegółowo o zagładzie partii, nie szczędząc pochwał Tomkowi i Maćkowi i podkreślając, że obaj gotowi byli zginąć w jego obronie. Wspominała, jak ofiarnie dźwigali go na rękach, przez większość drogi do Zameczku.
Okazało się, że Aleks wcale nie wiedział o straszliwym huraganie, który spustoszył Maków. Wyznała, że musiała sprzedać warszawskie mieszkanie i pochwaliła się, że dostała za nie aż dwadzieścia pięć tysięcy rubli! Skrzywił się i spojrzał na nią dziwnym, jakby zdumionym wzrokiem, lecz nie zareagował. Dopiero po kilku godzinach chrapliwym szeptem, kazał jej dać każdemu z chłopców po tysiąc rubli. Opowiadając mu o kłopotach i zmartwieniach, ani jednym słowem nie wspomniała o rozpaczliwej walce, jaką toczyła o jego życie i o utrzymanie majątku.
Ale on domyślił się tego, widząc jej wynędzniałą twarz, nienaturalnie wielkie i podkrążone oczy i bezkrwiste usta. Wiedział, przez jakie piekło przechodziła przez długi czas, walcząc o każdy dzień i godzinę jego życia i wydzierając go śmierci. Kiedy otwierał oczy, zawsze widział ją przy sobie, czuwającą nad jego snem. Po kilku dniach obudził się nieco silniejszy, a Nina z radością stwierdziła, że temperatura stanowczo spadła, bo czoło i dłonie miał chłodne.
- Co z oddziałem? - wychrypiał niewyraźnie i Nina raczej domyśliła się niż zrozumiała, co miał na myśli.
 
Ściągnęła brwi i spochmurniała, energicznie strzepując poduszki i podsuwając mu pod głowę ulubiony jasiek. Powstanie już jej nie interesowało i nie chciała więcej myśleć o pogromie partii, przez co mąż o mało nie postradał życia.
- Partia już nie istnieje.- oświadczyła niemal ostrym tonem. - Nie powinieneś więcej o tym myśleć. Dla ciebie powstanie skończone.
Oblizał spieczone wargi i spojrzał na nią z urazą.
- Dowiedz się!
Podała mu chłodny kompot i oświadczyła z cała stanowczością, na jaką tylko umiała się zdobyć:
- Alek, wybij sobie wojaczkę z głowy! Do powstania nie wrócisz. Jak tylko nabierzesz sił, natychmiast wywiozę cię do Szwajcarii. Kiedy zupełnie wrócisz do zdrowia, możemy pojechać do Paryża. Sprowadzę tam Binię z dziećmi i poznasz nareszcie swoją córkę. Pragnę żyć jak normalni ludzie, mieć męża i rodzinę.
Aleks ujął ją za rękę i ścisnął jej palce, patrząc na nią przeciągle.
- Dowiedz się! - powtórzył z naciskiem.
Nieszczęśliwa i wściekła stała z ponurą miną przy jego łóżku.
- Dlaczego ja muszę kochać takiego piekielnie upartego osła! - wykrzyknęła ze złością.
Po jego wargach przemknął lekki uśmiech. Przymknął powieki i zaraz zasnął. Nina z pasją zwinęła pasy upranych, płóciennych bandaży i poszła do kuchni, pożalić się niani.
- Wyobraź sobie, że Alkowi znowu marzy się wojenka! - zawołała, ciskając do stojącego na płycie kuchennej baniaka brudne bandaże, aby się wygotowały. - Żeby nie poświęcenie Tomka, już by go na świecie nie było! Nikt więcej nie zatroszczył się o niego w tym przeklętym wąwozie. A on nadal o nich myśli. Niech piekło pochłonie to całe powstanie! Dosyć nas ta awantura kosztowała zdrowia i pieniędzy. Chcę go wywieźć za granicę i ocalić majątek przed konfiskatą. Nianiu, no powiedz, czy ja nie mam racji, oburzając się na niego?
Jaga skinęła głową, ale miała taką minę, jakby zamierzała powiedzieć:"Nie znasz własnego męża?" Grabiszyna skubiąca tłustą kurę na rosół, odezwała się w obronie swojego ukochanego mlecznego syna:
- Oleś zawsze był taki uparty i nieusłuchany. Od maleńkości. Jak sobie coś wbił do łepetyny, nie było rady. Ale ma dobre serce. Dawniej, jaśnie państwo często przyjeżdżali do Zameczku na grzyby, bo jaśnie pani hrabina, matka Olesia, bardzo lubiła ten dom. Kiedyś stał tu wielki dwór, zbudowany jeszcze za dawnych polskich królów. Wyglądał jak zamek, dlatego ten folwark tak się nazywa.- urwała i strzepnęła piórko, które przykleiło się jej do warg.
Nina słuchała jej z zainteresowaniem, zawsze spragniona opowieści z życia męża.
- Tamten dwór stał wieki, dopiero jak nasz Oleś wyjechał do szkół w Rosji, to spłonął od pioruna. Ino ten dworek się ostał, co w nim pisarz prowentowy mieszkał. Za życia starszych jaśnie państwa, to w Zameczku zawsze pełno gości bywało. Różni państwo przyjeżdżali, często z dziećmi. Oleś musiał bawić się z nimi w ogrodzie. Ale jak mu coś wadziło, to sprał dzieciaka i nie przeprosił, choć jaśnie pani za karę nie pozwoliła mu dać deseru.- Grabiszyna przerwała robotę i uśmiechnęła się chytrze. - Ale ja zawsze pod fartuchem przyniosłam mu orzechów, ciastek i cukierków. Potem Oleś zwykle żałował, że się pozłościł, ale przeprosić nie chciał. Jak powiedział, tak miało być. Taki charakterny!
- Słuchaj uważnie, Nino, dowiesz się czegoś więcej o twoim mężu!- podkreśliła Jaga z naciskiem.
- Nie wiedziałam, że mój mąż tutaj się wychowywał. - zdziwiła się Nina.
- Tu bawiło się dziecko, dopóki go do Rosji nie wywieźli. O, z tego jawora zleciał, bo chciał zajrzeć do bocianiego gniazda. Tak się pochorował, że ledwośmy go odratowali. Teraz też jest słaby, ale prędko się wzmocni po dobrym jedzeniu. Ugotuję mu rosołku z kury z ryżem. A na podwieczorek dostanie poziomki z bitą śmietaną!
- Ale doktor ostrzegał, żeby go karmić tylko płynami, bo się może zadławić. - przypomniała Nina.
- O tak, słuchaj doktorów i zagłodź męża, to prędko wdową zostaniesz! - prychnęła Jaga. - Pan musi jadać często i bardzo pożywnie, bo z ran jeszcze ropa płynie, a on nie ma sił, żeby zwalczyć zapalenie. I mówię ci, nie sprzeczaj się z panem, tylko poślij Tomka na Łysą Polanę. Może tam rzeczywiście ktoś wrócił i potrzebuje pomocy. Nie miej złudzeń, że pan hrabia o tym zapomni.
Nina aż sapnęła ze złości, lecz musiała się zgodzić, bo niania miała rację. Należało sprawdzić, czy do leśnego obozu nie trafili uciekinierzy, którzy wynieśli głowy z zasadzki. Może któryś z nich wiedział, co się stało z Jasiem i Tadeuszem. Nie mogła znieść myśli o samotnej rozpaczy Zosi i desperackich staraniach Emilki, próbującej dowiedzieć się czegoś o losie męża. Jedna pani Salomea nie traciła nadziei, wierząc nieugięcie, że syn żyje i wróci. Ale i ona miała chwile zwątpień, bywając często zapłakana. Nie chcąc denerwować męża, Nina wyprawiła Tomka do leśnego obozu, lecz nie zastał tam nikogo.
Obóz leśny powstańców.
Nina tęskniła za Makowem. Wiele spraw wymagało jej obecności w pałacu, całe gospodarstwo znalazło się w rękach pani ochmistrzyni i służby, ale pani Ruchwalska była osobą kompetentną, a służba oddana swojej pani i pracowita. Należało również prędko zakończyć sprawy spadkowe po wojewodzinie. Wolała żeby notariusz nie siedział w Makowie i nie widział za dużo. O rozbiciu partii wiedzieli tylko wtajemniczeni. Olszak, ekonom z Borka, dowiedziawszy się o śmierci jedynego syna, pojechał z żoną do wąwozu, by odszukać ciało i pochować go po chrześcijańsku. Ale chłopi już zakopali poległych powstańców i zakryli to miejsce darnią. Nikt nigdy nie dowiedział się, gdzie zostali pogrzebani. Raz przyszedł do Zameczku sam wójt z Makowa, niespokojny o swego młodszego syna. Ucałowawszy rękę młodej pani, tak długo kręcił i wzdychał, aż zniecierpliwiona Nina powiedziała:
- Ja wiem, panie wójcie, że chcecie dowiedzieć się czegoś o swoim synu. Ale partia poszła w iłżeckie lasy. Nie martwcie się niepotrzebnie.
Wójt raz jeszcze pocałował ją w rękę i spytał pokornie:
- A od jaśnie pana wiadomości nie było?
Nina zastanowiła się nad odpowiedzią. Możliwe, że ktoś z pałacowej służby wygadał się, iż dziedzic został ranny i ta wiadomość dotarła na wieś.
- Pan hrabia był lekko ranny, ale już wszystko dobrze. Dożyliśmy takich czasów, że lepiej za dużo nie wiedzieć. - odpowiedziała dyplomatycznie.
- Oj, święta prawda.- odparł z westchnieniem.- Niech ta Pan Jezus da jaśnie panu zdrowie. My, gospodarze z Makowa, zawdy będziem wierni swoim państwu. Niech jaśnie pana i naszych chłopaków Matka Najświętsza chroni od złego.
Pogadali jeszcze o przyszłych plonach, a Nina obiecała, że w razie nieurodzaju, jesienią pośpieszy wsi z pomocą. Wójt wyraźnie pocieszony, odszedł w lepszym humorze. Patrzyła za nim, zarumieniona z przykrości żałując, że nie może powiedzieć mu prawdy. Bała się, iż gospodarze, dowiedziawszy się o tragicznej śmierci swoich bliskich, mogą odwrócić się od powstania, a wówczas staliby się naprawdę niebezpieczni. Jeszcze tego samego dnia przyjechała do Zameczku Zosia, dowiedzieć się o zdrowie hrabiego i spytać, czy nie było jakichś wiadomości.
Siedziała na ganku smutna i pełna obaw, że Tadeusz poległ. Złożywszy drobne rączki na czarnej krynolinie, patrzyła na Ninę niespokojnie.
- Wiesz, Ninetko, jak tylko dostałam wiadomość o bitwie, zaraz pojechałyśmy z Dorotą i panią Borzęcką do tego wąwozu, szukać zwłok. Ale nic tam już nie było, bo chłopi zakopali ciała poległych. Chciałyśmy w tym miejscu choć jakiś krzyżyk postawić, ale bałyśmy się pytać chłopów, gdzie jest grób, bo mogli donieść Moskalom. Andrzej Barycz, wiesz, młodszy brat naszego Wacia mówił, że wielu naszych mogło przedostać się do Galicji. Ale odniosłam wrażenie, że nie wpadłby w rozpacz, gdyby Wacio poległ, bo wtedy miałby całą wieś dla siebie. Chciałabym pojechać do Krakowa, lecz nie mam z kim zostawić Stefanka. Zresztą po co? Pewnie Tadzio leży w tym nieznanym grobie.... - usta jej zadrżały, a w niebieskich oczach pojawiły się wielkie łzy i spłynęły cicho po bladych policzkach.
Rozczulona Nina przytuliła ją do siebie, a Zosia przywarła do niej jak przerażone dziecko, zatykając sobie usta, żeby nikt nie słyszał jej płaczu.
- Trusieńko, ja głęboko wierzę, że Tadek, Jaś, Wacio i inni nasi znajomi żyją. Tomek mówił mi, że porwali ich spanikowani żołnierze. Mając Moskali za plecami, z pewnością wszyscy starali się dotrzeć do granicy. Biedna Emilka wyschła na szczapkę ze zmartwienia, lecz nie dopuszcza do siebie myśli o najgorszym. Boże, jaka to twarda kobieta! Zazdroszczę jej tego hartu ducha, bo ja się zaraz załamuję, chyba mam słaby charakter.
- Nic podobnego! - zaprzeczyła Zosia stanowczo.- Proboszcz opowiadał mi o waszej podróży z rannym panem hrabią. Niewiele kobiet zdobyłoby się na taką determinację. A twoja podróż do Krakowa i bitwa z kozakami? Jesteś najodważniejszą kobietą jaką znam. Tadek też to mówił.. Powiedz mi, jak się dziś czuje pan hrabia?
- Doktor nie pozwala mi cieszyć się z poprawy, bo uważa, że przesilenie jeszcze nie nastąpiło. Ale ja wiem, że Alek wyzdrowieje .On po prostu musi żyć! - zawołała z zawziętością, zaciskając dłonie w pięści.
- Ja także wierzę, że wyzdrowieje.- Zosia usiadła wygodniej w foteliku i wzięła z porcelanowego talerza dwie czereśnie.- Wczoraj na mszy widziałam pannę Lasewiczównę. Zamawiała nabożeństwo w rocznicę śmierci Władzia. Popatrz, to już rok... Masz pozdrowienia od niej i od Wąsockich.
- Dziękuję. - Nina zastanowiła się i nagle trzepnęła się w czoło - Na śmierć zapomniałam! Jak zobaczysz Wąsockich, powiedz im, że pani wojewodzina przeznaczyła sporą sumę na posag zakonny dla Stasi. Może już zacząć nowicjat. Dla Jadwigi mam od niej pierścień z brylantem i błogosławieństwo. Tobie ofiarowała broszę i kolczyki, ale wszystko to jest w Makowie. Oddam ci przy sposobności, bo brosza jest cenna, w kształcie gwiazdy, wysadzana perłami i szmaragdami.
- Niech Bóg zapłaci pani wojewodzinie za pamięć o mnie.
- Posłuchaj, kochanie.- Nina przysiadła się bliżej do przyjaciółki. - Jeżeli chcesz jechać do Krakowa, zostaw Stefanka w Makowie. Panie będą go rozpieszczać. A może brakuje ci pieniędzy, to mi powiedz. Dam, ile zechcesz.
- Jesteś dla mnie dobra Ninetko, jak najlepsza siostra. Jeszcze się zastanowię. Słyszałaś o tym, że Starewicz się żeni? Wybiera się do Lipieńca, bo potrzebuje pieniędzy na ślub.
Oczy Niny błysnęły złowrogo, a jej głos stał się lodowaty.
- Niech spróbuje! Ewentualnie mogłabym uwzględnić jego roszczenia, gdyby zachował się jak człowiek kulturalny. Ale on mi groził! Testamentu nie obali, bo wszystko jest napisane zgodnie z prawem. Każdy proces przegra.
- Nie, kochanie.- Zosia apatycznie potrząsnęła głową. - On każdy proces wygra, ponieważ to nie ty, ale pan hrabia jest głównym spadkobiercą. Pani wojewodzina popełniła błąd, bo powinna przepisać majątki na waszą córeczkę, wtedy testament byłby nie do obalenia, a ty mogłabyś w zastępstwie córki rządzić majątkami. Zapomniałaś w jakich czasach żyjemy?
Nina śmiertelnie pobladła i o mało nie spadła z krzesła.
- Jezu Chryste! Jak mogłam tego nie zauważyć! Ty masz rację, trusieńko, a ja znowu nie będę mogła wydostać z banku ani kopiejki, bo zażądają obecności sukcesora! Psiakrew! - zaklęła z wściekłością, wcale nie po hrabiowsku.
Nawet w przypadku śmierci męża, nie mogłaby wystąpić z roszczeniami, bo wtedy Starewicz ujawni, że główny spadkobierca był buntownikiem i poległ w powstaniu, lub zmarł na skutek odniesionych ran. Wdowie po poległym buntowniku należała się surowa kara, nie spadek. Natychmiast jednak uświadomiła sobie, że dopóki Starewicz nie wytoczy jej procesu, lub nie sprowadzi wojska dla ochrony majątków, ona przez jakiś czas będzie mogła nimi zarządzać i ściągnie z nich, co tylko się da do Makowa.
Mówiąc o Starewiczu, Zosia wywołała wilka z lasu.
 Nazajutrz przyjechał posłaniec z Lipieńca, z listem od rządcy, pana Marcinkiewicza. Okazało się, że do dworu zjechał Starewicz i rządzi się w nim, jak we własnym domu. Nina zgrzytnęła ze złości zębami. Starewicz oficjalnie wypowiedział jej wojnę. Zdenerwowana poszła do sypialni, powiadomić o sprawie męża.
- Alku, wyjeżdżam do Lipieńca.- oświadczyła od progu.- Postaram się wrócić jak najwcześniej.
Oczami dał jej znak, by wyjaśniła o co chodzi. Głosem drżącym z oburzenia, opowiedziała o wizycie Starewicza w Lipieńcu, i jego okrutnym i ordynarnym zachowaniu wobec staruszki. Wspomniała o jego groźbach pod adresem Aleksa, o testamencie i odczytała list pana Marcinkiewicza. Aleks słuchał bardzo uważnie, z mocno ściągniętymi brwiami. Kochał matkę chrzestną i bolał nad ciosem, jakiego doznała ze strony wnuka, który skrócił jej życie. Kiedy Nina skończyła czytać, odezwał się chrapliwie, co chwilę przerywając, by zaczerpnąć powietrza:
- Groził ci...a ja...jak ten Łazarz! Nie pozwól mu....- zadyszał się i dał jej do zrozumienia, że nie może mówić. Lecz Nina wiedziała, że mąż prosi, żeby nie dopuściła do zagarnięcia przez Starewicza spadku po wojewodzinie.
- Zrobię, Aleczku, co będę mogła. - obiecała. - Postaram się, by nawet źdźbła słomy nie wywiózł z Lipieńca. Tylko widzisz, on ma znakomite koneksje z rosyjskimi władzami. Nie potrzebuje się ze mną procesować, wystarczy, że do Lipieńca przyśle wojsko.
Aleks skinął głową i zamyślił się. Potem podniósł z wysiłkiem dłoń, wskazując palcem nożyk do obierania owoców. Obserwowała z napięciem każdy jego ruch, starając się odgadnąć, co miał na myśli. Zakłopotana wzniosła oczy w górę i włożywszy paluszek do buzi, wysiliła wyobraźnię. Naraz roześmiała się i ucałowała męża.
- Już wiem! - wykrzyknęła ze śmiechem. - Chcesz, abym postraszyła go sztyletnikami?
Mrugnął na znak, że odgadła i posłał jej czuły uśmiech.
- Jak mi Bóg miły, zrobię tak! - powiedziała z mściwym błyskiem w oczach.- Odrywa mnie od ciebie i za to jeszcze bardziej go nienawidzę. Ale czy ja mogę jechać spokojnie? Jesteś tego pewien, kochany?
Znowu mrugnął, dając jej do zrozumienia, że nie musi się niczego obawiać i przymknął powieki, pragnąc podrzemać. Zaledwie za Niną zamknęły się drzwi, zaczął zasypiać. W powietrzu unosił się delikatny zapach lilii. W półśnie próbował określić źródło tej woni, potem przypomniał sobie, że tak pachną włosy jego żony. Zasnął z jej obrazem pod powiekami.
Nina kazała zaprząc do małej bryczki, na dwóch wysokich kołach, pięknego kłusaka i pojechała do Lipieńca. Po drodze postanowiła, że każe sprowadzić do Zameczku Mignon. Brakowało jej codziennych odwiedzin w stajni i tęskniła za swoją klaczką. Pędziła jak do pożaru i wpadła na dziedziniec Lipieńca z gwałtownością huraganu. Rzuciwszy stajennemu lejce, śpiesznym krokiem weszła do dworu. Stary kamerdyner czekał już na nią i wskazał jej gabinet wojewodziny. Wkroczyła do pokoju z groźną miną i ogniem w oczach. 
Starewicz siedział przy biureczku z różanego drewna i spokojnie przeglądał dokumenty wyjęte z szufladki. Na ten widok Nina zacięła usta, poniewczasie przeklinając swoje niedopatrzenie. Po śmierci wojewodziny powinna natychmiast zabezpieczyć dokumenty i najcenniejsze przedmioty. Lecz śmiertelna choroba męża, uczyniła ją obojętną na wszystko inne. To zaniedbanie mściło się teraz widocznie. Starewicz podniósł głowę i wstał leniwie, składając jej ukłon, który miał być wyrazem uprzejmości, a był szyderstwem.
- Czemu zawdzięczam ten zaszczyt, że przecudnej urody pani hrabina, sama raczyła się pofatygować do Lipieńca? - odezwał się, błyskając zębami w szerokim uśmiechu.
- Proszę natychmiast wynosić się z mego domu.- powiedziała stanowczo, mierząc go nieustępliwym wzrokiem.
- Patrzy pani na mnie tak srogo, że mogę paść trupem z przerażenia.- zauważył drwiąco, niedbałym ruchem wskazując jej krzesło.- Pozwoli pani, że sprostuję jej słowa. To ja jestem w swoim domu, do którego wtargnęła pani bez zaproszenia. Pani wojewodzina była moją babką!
Wzgardziła jego zaproszeniem i nie siadła, lecz stała wyprostowana, z dłońmi wspartymi na rzeźbionej poręczy krzesła.
- Nie zawsze pan o tym pamiętał! - odpaliła ostro.- Świętej pamięci pani wojewodzina uprzedziła pana, iż nie zostanie pan uwzględniony w jej testamencie. Pan notariusz osobiście powiadomił pana o tym fakcie. Testament został sporządzony w obecności lekarza, notariusza i czterech wiarygodnych świadków, w tym księdza. Na razie ja zarządzam majątkiem i proszę, żeby był pan łaskaw opuścić ten dom bez awantur.
Starewicz przypatrywał się jej, przechyliwszy na bok głowę. Z kieszonki surduta wyjął cygaro, zapalił je i zaciągnął się, niegrzecznie wydmuchując dym w jej stronę. Strzepnął popiół na wspaniały wschodni dywan leżący na posadzce i będący prawdziwym arcydziełem rękodzielnictwa.
- Pani Nino.- rzekł bez widocznego gniewu. - Jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem, a zarazem najnieznośniejszą jędzą, pozbawioną nawet szczypty rozsądku! Dla łaskawego spojrzenia ślicznych oczu pani, gotów byłbym oddać pani Lipieniec, a dla pocałunku wyrzec się nawet kapitałów w banku, ale szanownemu panu hrabiemu nie oddam nawet kaczego kupra, jasne? À propos, co porabia pani szanowny małżonek?
Prychnęła pogardliwie, nie racząc odpowiedzieć.
- Mam rozumieć, że drapnął od pani? Co za głupiec! Na pani miejscu wystąpiłbym o rozwód. Każdy sędzia udzieliłby go pani bez namysłu. Uciekać od takiej kobiety? Ma pani mnóstwo wielbicieli. Kto wie, może i ja zdecydowałbym się ponowić oświadczyny? Majątek pozostałby przy pani.
- Nie miał pan dosyć jednej rekuzy? - spytała złośliwie i zaraz tego pożałowała, bo w jego oczach zalśnił gniew.
- Zaręczam, że tym razem rozważyłaby pani poważnie moją propozycję małżeństwa.- rzekł z nieukrywaną groźbą. - No więc, dowiem się gdzie przebywa pan hrabia?
- A co to pana obchodzi? Jest z dala od kraju, dlatego to ja jestem zmuszona rozmawiać z panem.- oświadczyła wyniośle.
- Jakie to przykre.- mruknął niedowierzająco.- Sądzę jednak, iż w jego sytuacji, pobyt za granicą byłby najrozsądniejszym wyjściem.
- Nie obchodzą mnie pańskie dywagacje na ten temat. - powiedziała dumnie, czując zimny dreszcz sunący jej po plecach.
- A powinny! - pochylił się ku niej z kpiącym uśmieszkiem. - Proszę sobie wyobrazić, jak wdzięczni byliby moi przyjaciele, gdybym zaczął dzielić się z nimi moim domysłami. Z pewnością poczuwaliby się do rewanżu. Przysługa za przysługę.
Zbladła, ale nie okazała strachu, jaki nią owładnął.
- Odmawia pan wyjścia z mego domu?
- Naturalnie, że nie zamierzam wychodzić z m e g o domu! Sapristi1, co za uparta kobieta!- wstał i gwiżdżąc wesołą arię z operetki Offenbacha, otworzył mahoniowa szafkę, wyjął z niej butelkę wina i napełnił kieliszek. - Może i pani raczy skosztować? Wyborne wino, w piwnicach jest tego jeszcze kilkadziesiąt butelek. Przyda się na moje wesele. Cóż, gardzi pani? Trudno, w takim razie wznoszę toast za zdrowie pani i szanownego pana hrabiego. Mógł być szczęśliwym człowiekiem, ale okazał się głupcem. Zostawić taką żonę dla bezmyślnej ruchawki?
- Nie wiem, co pan ma na myśli. Mój mąż jest chory, a pańskie insynuacje są haniebne!
- W gniewie jest pani jeszcze piękniejsza.- podszedł i próbował ją objąć. Purpurowa z oburzenia odepchnęła go z całej siły.
- Precz z łapami, łajdaku! Niech się pan nie waży wyrażać bez szacunku o moim mężu!- z pasją targnęła taśmę dzwonka.
Do gabinety wszedł Feliks, stary majordomus wojewodziny.
- Czy Feliksowi wiadomo, że zgodnie z wolą świętej pamięci pani wojewodziny, Lipieniec i inne majątki są teraz własnością pana hrabiego Klonowieckieg? - spytała starego służącego.
- Jaśnie pani powiadomiła nas o tym przed śmiercią.- potwierdził, przypatrując się Starewiczowi z jawną wrogością.
- W takim razie, raz na zawsze proszę, nigdy więcej nie wpuszczać tutaj tego pana!- poleciła, wskazując Starewicza palcem. - Niech tu przyjdzie pan Marcinkiewicz.
Starewicz zmienił się na twarzy, lecz bez widocznych oznak gniewu usiadł na poręczy fotela i kołysał nogą, w takt gwizdanej przez zęby piosenki. Jego bezczelne zachowanie, spotęgowało jeszcze w niej gniew i nienawiść.
- Wyobrażam sobie, że liczy pan na wsparcie wypróbowanych przyjaciół w mundurach?
- Być może.
- Na pana miejscu byłabym ostrożniejsza.- lekko wzruszyła ramionami.- Niedawno, tutaj w pobliżu, mieszkał pewien człowiek, który również lubił zwierzać się swoim przyjaciołom w Radomiu i w Kielcach. Skarżył się do nich na swoich sąsiadów, którzy nie mieli szczęścia mu się podobać.- Nina przerwała, westchnęła i posłała Starewiczowi melancholijne spojrzenie. - Biedak, niedawno przydarzył się mu paskudny wypadek.... - ponownie przerwała i strzepnęła niedbale z amazonki drobinę kurzu.
Starewicz przypatrywał się jej z obudzoną nagle podejrzliwością, gasząc cygaro o blat różanego biureczka.
- Ale pan zapewne o tym słyszał? - rzuciła z niewinną miną.
- Nie.
- O, to bardzo głośna historia. Proszę sobie wyobrazić, ten człowiek do tego stopnia był roztargniony, że niechcący włożył głowę w pętlę powroza i zakończył życie. Nawet nie zdążył pożegnać się z druhami-żandarmami. Szkoda, był bardzo towarzyskim człowiekiem i lubił pieniądze. Ludzie twierdzą, że to duchy zabitych przez niego ofiar pomogły mu zaciągnąć sznur! Ale pan zapewne wcale w duchy nie wierzy? Ja także nie, bo wówczas nawiedziłoby pana, dla przestrogi, widmo wojewodziny!
Starewicz odetchnął ciężko, jakby nagle zabrakło mu tchu.
- Pani mi grozi? Ten mężczyzna został zamordowany, prawda?
- Nie. Ja tylko zauważyłam, że niekiedy nawet dobrzy przyjaciele nie mogą zapobiec nieszczęśliwemu wypadkowi.
- Nie boję się skrytobójców!- oświadczył buńczucznie. 
Kłamał, bo był przerażony i Nina to odgadła, widząc jego rozbiegane oczy. Miał poważne powody, żeby obawiać się policji narodowej. Tym bardziej, że zamierzał zagarnąć majątek zapisany powstańcowi. Obawiał się, że sztyletnicy mogą dosięgnąć go wszędzie. Ale pocieszał się, że może Nina nie odważy się zawiadomić policji, obawiając się zemsty. Wejście pana Marcinkiewicza przerwało ich kłótnię.
- Czy ten pan, - Nina ruchem głowy wskazała Starewicza - wywiózł coś z dworu?
- Na razie nie, ale widziałem, że od strony parku stoją trzy duże wozy.- zameldował rządca, obrzucając wnuka zmarłej pani surowym spojrzeniem.
- Dobrze. Proszę wziąć sobie do pomocy najsilniejszych parobków i spuścić brytany z łańcuchów. Woźniców przegonić i nikogo więcej do Lipieńca nie wpuszczać, bez mego zezwolenia. Zaraz przybędą tu moi ludzie z Makowa z panem notariuszem i nareszcie zakończymy wszystkie sprawy spadkowe. Panie Starewicz.- zwróciła się wyniosłym tonem, do stojącego bez ruchu mężczyzny. - Może pan się oddalić, zanim moi ludzie wejdą do dworu. Potem zostanie pan wyrzucony.
- To jest mój dom! - wybuchnął.
- Już nic tu nie należy do pana. Gdyby pan był człowiekiem honoru, bez targów oddałabym panu połowę majątku. Ale pan swoim niegodziwym zachowaniem przyśpieszył zgon swojej babki. Sam pan pozbawił się spadku. Proszę opuścić Lipieniec.
Posłał jej spojrzenie bazyliszka i skradającym się krokiem podszedł do Marcinkiewicza, wygrażając mu palcem przed nosem.
- To ty, stary łotrze, doniosłeś jej, że tu jestem! Pożałujesz, że zadarłeś ze mną. Obiecuję ci to, draniu.
- Spełniłem moją powinność.
- Pani przekupiła tego bydlaka! - wrzasnął Starewicz, uświadomiwszy sobie, że musi ulec, przynajmniej chwilowo.
- Nie ośmielaj się mówić do mnie tym tonem, smarkaczu!- zawołał rządca wzburzony obelgami. - Jestem uczciwym człowiekiem, a moja biedna pani często wylewała przez pana łzy. Płaciła pańskie długi karciane i błagała, żeby się pan ustatkował. Ale pan nie zasługiwał na jej miłość. Jeżeli raz jeszcze usłyszę słowo, które mi się nie spodoba, każę panu na dziedzińcu wyłoić skórę batami! Słowo szlachcica!
- Nie ujdzie ci to płazem, pamiętaj!- wycedził Starewicz przez zaciśnięte zęby i obrzuciwszy rządcę i Ninę jadowitym spojrzeniem, wziął leżący na fotelu cylinder i ruszył ku drzwiom. Ale na progu jeszcze się obejrzał.
- Au revoir, Nino. Proszę ode mnie pozdrowić pana hrabiego!
  Podbiegła do okna i spoza firanki obserwowała, jak wsiadł do powozu i odjechał. Pan Marcinkiewicz był również zdenerwowany.
- Ten zdrajca z pewnością będzie chciał się zemścić. - powiedział z ponurą miną.
- Na zdrajców są sposoby, panie Marcinkiewicz.- zauważyła spokojnie, lecz w głębi serca była pełna obaw, a przyszłość malowała się w czarnych barwach.
Starewicz z pewnością nie będzie czekał w domu, aż zjawi się policja narodowa i go powiesi, tylko czmychnie co prędzej, do któregoś z garnizonów rosyjskich i tam przeczeka powstanie. A gdy walka zakończy się klęską, bez skrupułów odbierze jej majątki. Westchnęła, prosząc Boga, żeby przynajmniej Starewicz przestał interesować się Aleksem, ale przypomniawszy sobie jego ostatnie słowa, będące groźbą, miała złe przeczucia.
1 Sapristi – przekleństwo francuskie.