czwartek, 11 sierpnia 2016

Marsz, marsz Polonio!


 11 sierpnia 2016 r.
Notariusz z Radomia minął w bramie powóz Starewicza i zdumiał się jego wściekłą miną. Załatwienie wszelkich formalności prawnych, zajęło Ninie czas aż do późnych godzin popołudniowych. Dowiedziała się, że notariusz wypłacił już legaty zapisane przez zmarłą, Stasi Wąsockiej i służbie, z kapitałów złożonych u niego na ten cel. Niestety, pieniędzy leżących w bankach nie można było ruszyć, bez obecności głównego sukcesora. Nina nie mogła strawić tej porażki, wyobrażając sobie, że władze carskie zgarną setki tysięcy rubli prawem kaduka, bo Aleks, jako uczestnik powstania, nie może wystąpić w roli spadkobiercy.
Góry Świętokrzyskie. Pasmo klonowskie.
Po wyjeździe notariusza, Nina nauczona dzisiejszym doświadczeniem, poleciła panu Marcinkiewiczowi przewieźć do Makowa dokumenty i najcenniejsze przedmioty, a sam dwór zamknąć na cztery spusty i nikogo tam nie wpuszczać. Powracała do Zameczku niespokojna o męża. Na szczęście nie czuł się gorzej. Lekka gorączka, jaką miał poprzedniego wieczora, już się nie pojawiła. Spał niemal przez całe popołudnie, a kiedy się obudził, dawał wszystkim do zrozumienia, że niepokoi się o nią i ciągle wpatrywał się w zegar, śledząc wzrokiem poruszające się wskazówki.
- Czy był lekarz? - zapytała Nina, przebierając się w alkierzyku w lekką domową suknię. - Co mówił? - zmarszczyła brwi, przypomniawszy sobie, że doktor nadal obawiał się kryzysu.
- Był.- odpowiedziała Jaga.- Ale ty, moje dziecko, nie przejmuj się jego minami, bo panu naprawdę jest lepiej.
Pomimo optymistycznych zapewnień niani, Nina czuwała przy mężu aż do północy. Potem zmieniła ją pani Salomea. Noc była duszna i gorąca, w małym alkierzyku brakowało powietrza, chociaż okno było otwarte na całą szerokość. Jakiś czas Nina przechadzała się pod drzewami w sadzie, obserwując ciemny i cichy dworek. W domu wszyscy już spali, tylko w sypialni migotała purpurowa wieczna lampka pod figurą Chrystusa. Przybiegły do niej psy pilnujące domu i łasiły się, liżąc ją po rękach. Pogładziła je i potarmosiła za uszy. Zamieniwszy kilka słów z nocnym stróżem, wróciła do domu i sprawdziwszy, że Aleks śpi, rozebrała się i położyła na kozetce. Nie mogła zapomnieć o awanturze ze Starewiczem i martwiła się o Mirę, która już dawno powinna była pojawić się w Makowie z kurierskiej podróży. Z pierwszego mocnego snu, obudził ją ruch w pokoju i światło.
- Nino, wstań, z panem Aleksandrem dzieje się coś niedobrego!- usłyszała głos pani Salomei.
- Jezu! - porwała się z posłania i popędziła na oślep, uderzając się głową we framugę drzwi. Na moment zamroczyło ją, lecz ból sprawił, że oprzytomniała. Jednym skokiem znalazła się przy łóżku. Pochwyciła świecę oświetlając męża. Leżał na wznak i głośno charczał. Twarz miał nabrzmiałą, szeroko otwarte usta, a wysadzone na wierzch oczy nalane były krwią. Spazmatycznie próbował zaczerpnąć powietrza, ale coś mu przeszkadzało. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu ktoś zaciska na gardle pętlę. Dusił się, walcząc o łyk powietrza.
Nina wpatrywała się w niego, mając w sercu lód, a w mózgu ogień.
- Aleczku!- krzyknęła przeraźliwie.- Kochany, walcz, nie poddawaj się! Jezu Chryste, Maryjo Matko Miłosierdzia, zlitujcie się nad nim! Łaski, Maryjo, łaski! - obłędne przerażenie odbierało jej przytomność. Aleks umierał!
- Nianiu, ciociu, co ja mam robić? - krzyknęła, zwracając się do stojących bezradnie kobiet porażonych strachem. -. Jezu, nie odbieraj mi go, błagam! Aleczku ....
- Może panu wody podać? - szepnęła Jaga, po raz pierwszy tracąc głowę.
- Wody? Przecież on się dusi!- zawyła Nina. Jej okropny krzyk postawił wszystkich domowników na nogi. Przybiegli do sypialni tak, jak porwali się z łóżek, i zobaczywszy co się dzieje, zaczęli głośno odmawiać litanię za konających.
Twarz Aleksa przybrała brunatną barwę od nabiegłej krwi. Rzęził i szarpał na piersiach koszulę, rozpaczliwie walcząc o łyk powietrza. Jego nogi sztywno wyciągnięte, ciężkie już były jak u trupa. Oszalała z rozpaczy Nina, odchodziła od zmysłów. Nie widziała, co ma robić i jak go ratować. Jej szeroko rozwarte oczy miały obłędny wyraz, były nieprzytomne. Naraz postawiła świeczkę na stoliku i pochwyciwszy konającego za ramiona, z nadludzką siłą uniosła go i posadziła na łóżku.
- Alek, wypluj to! Natychmiast to wypluj! - wrzasnęła dziko, potrząsając nim i bezlitośnie waląc go w plecy i w splot słoneczny.
Zacharczał jeszcze głośniej i nagle buchnął mu z ust strumień czarnej krwi, wraz z wielkim skrzepem. Zakrztusił się, rozkaszlał, łapczywie chwytając powietrze w obolałe płuca.
- Lodu, prędko! - zawołała rozpromieniona pani Salomea. - Musimy zatamować krwotok.
Walenty wypadł z pokoju tak szybko, jakby ubyło mu dwadzieścia lat. Jaga pomogła podtrzymać kaszlącego bez przerwy Aleksa, nie kładąc go w obawie, że może się zakrztusić własną krwią. Nina trzymała męża w ramionach, obserwując z radością, jak jego twarz z każdą chwilą przybiera normalniejszy wygląd. Jeszcze ciągle spazmatycznie chwytał powietrze, lecz oddech z wolna się uspokajał. Pani Salomea przeżegnała się i pieszczotliwie położyła dłoń na głowie Niny.
- Twoja miłość i przytomność umysłu, uratowała życie panu hrabiemu, bo ten wielki skrzep by go zadusił. Ale teraz już będzie dobrze. Popatrz tylko, jaka czarna krew spłynęła razem ze skrzepami. To wszystko miał na płucach. Ale nie kładź go jeszcze, bo ta zła krew musi spłynąć z płuc. To był cud wykwitły z twojej miłości.
Ale Nina nawet jej nie słyszała i nie zwracała na nic uwagi, ciągle jeszcze drżąc na całym ciele i kurczowo obejmując męża. Walenty przyniósł lód, a Jaga przyłożyła zimny okład na piersi chorego. Po jakimś czasie krew przestała płynąć i ustał kaszel. Aleks oddychał coraz swobodniej i głębiej, krzywiąc się jeszcze z bólu.
- Lepiej ci, kochany, już nie masz duszności? - pytała trwożnym szeptem, tuląc go do siebie i całując jego czoło wilgotne od zimnego potu.
Przymknął powieki na znak, że jest mu lepiej. Jego przekrwione oczy i cera odzyskały normalny wygląd. Stracił tę okropną sino-brunatną barwę duszącego się człowieka. Jaga podłożyła mu pod plecy stos poduszek, tak że niemal siedział na posłaniu.
- Pan powinien leżeć bardzo wysoko, żeby zła krew znowu nie osadzała się na płucach. - powiedziała. - Ninko, potrzymaj tę miednicę, a my przebierzemy pana w czystą bieliznę.
- Nie, ja przebiorę jaśnie pana hrabiego.- sprzeciwił się Walenty, jeszcze bardzo blady, ale już gotowy do pomocy. - Niech dziewczyna przyniesie czystą koszulę jaśnie pana i zmieni pościel, bo zakrwawiona, a Grabiszyna zrobi panu mocnej, gorącej herbaty.
Nina wzięła miednicę pełną krwi i stanęła przy łóżku. Miała silne zawroty głowy i dziwne wrażenie, że podłoga chwieje się pod jej nogami, jakby płynęła statkiem. Zatoczyła się...
- Nina, uważaj! - ostrzegawczo krzyknęła Jaga, ale było już za późno.
Nina wypuściła z rąk miednicę i zemdlała, miękko osunąwszy się na podłogę.
Był już ranek, gdy uniosła ciężkie powieki. Czuła się bardzo słaba i skołatana, ale jej pierwsza myśl pobiegła do męża. Właśnie zamierzała wstać i zobaczyć, jak się czuje, gdy w uchylonych drzwiach alkierzyka ukazało się rumiane i uśmiechnięte oblicze Jagi. Zauważywszy, że Nina nie śpi, podeszła do kanapki.
- Moje słodkie kociątko - odezwała się czule. - Coś ty nam w nocy zmartwienia narobiła. Pan już od świtu dopytuje się o ciebie, ale nie pozwolił cię budzić. Po tylu troskach należy ci się pociecha. Wyobraź sobie, że pan kazał usmażyć sobie jajecznicę na boczku i wojuje o gorące kiełbaski. Ma szalony apetyt! Czekaj, kotku, przecież musisz się ubrać .....
Ale Nina jej nie słuchała, tylko boso i w samej nocnej koszuli, pobiegła do sypialni. Aleks siedział na łóżku, z białą serwetą zawiązaną pod brodą. Właśnie skończył śniadanie i widząc ją, wyciągnął rękę. Przypadła do niej ustami i miała ochotę krzyczeć, śmiać się i płakać z niewyobrażalnego szczęścia, patrząc na jego błyszczące bursztynowe oczy i lekko zaróżowione policzki.
- Witaj, promyczku. - szepnął cichym, lecz już zupełnie czystym i wyraźnym głosem.
- Aleczku, możesz mówić? - ucieszyła się. - Chwała Bogu! Jak ty się dziś czujesz?
- Jeszcze trochę boli mnie w płucach przy głębokim oddechu, ale to drobiazg. Uratowałaś mi życie, mój ty przyjacielu najdroższy. Nie wiem, jak mam ci dziękować. Pocałuj mnie!
Upadła przy łóżku na kolana, obsypując go pieszczotami i mocząc łzami. Przytrzymał ją i obejrzał zatroskanym wzrokiem.
- Jesteś taka mizerna.... Jaga narzeka, że nic nie jesz. Od dziś będziesz jadła razem ze mną. Dopilnuję żebyś się nie głodziła.
- Zrobię wszystko, co mi każesz.
- Grzeczna dziewczynka.- pochwalił, posyłając jej uśmiech.- Jak sobie poradziłaś ze Starewiczem?
Wysłuchał uważnie jej opowiadania, a kiedy umilkła sposępniał.
- Nie chciałem go krzywdzić, przez pamięć o matce chrzestnej, ale ze względu na nasze bezpieczeństwo sądzę, że należy powiadomić policję narodową. Napisz liścik do panny Lasewiczówny, a już ona zawiadomi kogo należy. Czy wiesz, że ja wiedziałem, że matka chrzestna nie żyje? Przyśniła mi się w noc poprzedzającą bitwę. Przyszła się ze mną pożegnać, a może ostrzec. Nigdy nie wierzyłem w zabobony, ale ten sen był tak bardzo realny, że domyśliłem się, iż musiała umrzeć. Prawda, że to zastanawiające?
Nina była niemniej zdumiona tym dziwnym wydarzeniem.
- Ja także śniłam o niej, że puka do drzwi w tym momencie, gdy Tomek zapukał i zawiadomił mnie, że jesteś ciężko ranny. Obudziłam się pod wrażeniem, że zaszło coś okropnego. Bardzo mi jej brakuje, bo to była mądra, wartościowa kobieta i wielka dama. Kochała ciebie jak prawdziwa matka. Już umierała, a jeszcze martwiła się, że nie ma od ciebie wiadomości.
Nie miał siły, żeby pogłaskać żonę po głowie, więc tylko pogładził jej dłoń.
- Matka chrzestna była dla nas bardzo hojna. Te majątki to wielka fortuna. Już nie musisz martwić się stratami po huraganie. Jesienią ściągniesz z sandomierskich folwarków wszystko, czego będziesz potrzebowała.
Usiadła na jego łóżku i westchnęła.
- Obawiam się, Aleczku, że pani wojewodzina popełniła ogromny błąd, zapisując majątek tobie. Powinna swoją spadkobierczynią uczynić naszą córkę, ustanawiając mnie dysponentką spadku. W obecnej sytuacji, nie mam dostępu do zapisanych kapitałów w banku, podobnie jak do naszych. Ty przecież nie możesz wystąpić jako główny spadkobierca, bo przebywasz za granicą. O ile carskie władze jeszcze w to wierzą.
- O do licha!- syknął przejęty.- To rzeczywiście dylemat. W takim razie korzystaj ze zbiorów w majątkach i wspomóż naszych gospodarzy. - zamyślił się, a w jego oczach pojawił się cień troski.
Nina spostrzegła to i zlękła się.
- Alku, czy gorzej się czujesz? Może za długo rozmawiamy, odpocznij.
- Nino, czy był ktoś na Łysej Polanie? Dowiadywałaś się, czy pojawili się tam moi chłopcy?
- Tak.- burknęła ze złością, bez śladu poprzedniej radości. - Był Tomek, ale obóz jest pusty.
- Z pewnością ktoś się tam pojawi. Niemożliwe żeby wszyscy polegli. Trzeba się dowiadywać. Janek i Tadeusz nie odnaleźli się?
- Nie.
Pochyliła się nad nim, niemal dotykając czołem jego czoła.
- Alek, błagam, nie wracaj do powstania. - szepnęła trzęsącym się głosem. - Dałeś ojczyźnie daninę swojej krwi, nie żałowałeś ani zdrowia, ani pieniędzy. Nikt nie może ci zarzucić, że jesteś obojętny dla Sprawy i stałeś na uboczu, gdy inni walczyli. Ale ja mam tylko ciebie i przysięgam ci, że nie mam już siły dźwigać tych ciosów, jakie na mnie spadają. Nie wracaj do powstania, bo ja nie chcę grzebać twoich zwłok. Oszczędź mi tej męki! Myślisz może, że urządzam scenę, jak z kiepskiego romansidła? Nie, to nie jest narzekanie znudzonej damy, tylko prawdziwy koszmar, jaki przeżywam od dnia wybuchu powstania!
Wzruszył się jej błaganiem i rozpaczą brzmiącą w jej głosie. Delikatnie gładził jej pochyloną głowę, każdy jego gest wyrażał miłość.
- To także jest i mój dramat, kochanie. Nie sądź, że tylko ty cierpisz. Przecież ja najmocniej pragnę żyć dla ciebie i naszego dziecka. Nie zadręczaj się tymi myślami, mój ukochany promyczku. Zanim wyzdrowieję, upłynie wiele czasu i dużo może się jeszcze wydarzyć.
Chciał ją pocałować, ale nie miał siły się podnieść, więc tylko końcami palców pieszczotliwie dotykał jej rozplecionych we śnie warkoczy. Po tej rozmowie Nina długo nie mogła się otrząsnąć ze smutku. Widmo krwawych zmagań znowu zajrzało w okna dworku i cała jej radość zgasła.
---------------------------------
Co kilka dni Tomek jeździł na Łysą Polanę i powracał rozczarowany, meldując dowódcy, że nikogo tam nie zastał. Nie miał dużo wolnego czasu, bo na prośbę męża, Nina uczyła go francuskiego i angielskiego, zdumiona łatwością z jaką przyswajał sobie obce słówka. Każdą przeczytaną książkę głośno komentował, zadając jej tak trudne pytania, że często nie potrafiła na nie odpowiedzieć i musiała się odwoływać do pomocy męża. Bardzo lubiła i ceniła inteligentnego chłopca, serdecznie wdzięczna za wszystko, co dla nich uczynił. Jednak niekiedy, w głębi serca, była zazdrosna o uczuciowy związek, łączący go z Aleksem. Zaczynała podejrzewać, że mąż pragnąc syna, ma wobec niego plany o których wolała na razie nie myśleć, żeby się przedwcześnie nie denerwować. Kiedy Aleks drzemał, siadywała na ganeczku obrośniętym powojami i bluszczem. Łuskając zielony groszek, lub drylując czereśnie, słuchała opowieści Grabiszyny o dzieciństwie męża.
- Oj, co ja się świata zwiedziłam, napatrzyłam się ludzi i krajów. Jaśnie pani hrabina nie chciała rozstawać się z synkiem, a gdzie mały Oleś, tam i ja! Jaśnie pani słabowała i jeździła do różnych kurortów, żeby się podleczyć. Byłam w niemieckich i francuskich kurortach razem z jaśnie panią i paniczem. Jak Oleś podrósł i oddali go do ruskiej szkoły, to służyłam u jaśnie pani jako garderobiana. Po śmierci pani, jaśnie pan hrabia nie chciał mnie trzymać, ale Oleś zawsze o mnie pamiętał i uprosił stryja, żebym mogła do końca życia mieszkać w Zameczku. Teraz dobrze mi tutaj, jak w raju i nie umrę, dopóki na własne oczy nie zobaczę małej jaśnie panieneczki.
Nina uśmiechnęła się kwaśno. Wcale nie miała ochoty oglądać córki, przynajmniej do czasu, aż naprawdę wyładnieje. Jakoś nie potrafiła uwierzyć w zapewnienia Bini, że dziecko wygląda uroczo i jest słodką kruszynką. Wkrótce okazało się, że Aleks miał rację twierdząc, iż wojsko nie zdołało rozbić całej partii.
Pewnego wieczora, ktoś cicho zapukał do drzwi dworku, strasząc mieszkańców. Ale podwórzowe psy nie podniosły alarmu, więc musiał to być ktoś, kogo dobrze znały. Grabiszyna poszła otworzyć. Za nią podreptała Nina, ciekawa kto przyszedł o tej porze. Na widok gościa szeroko otwarła ramiona i z przeraźliwym piskiem rzuciła się mu na szyję. Na progu stał Jaś, obdarty, zabiedzony, ale jak zwykle pogodny i uśmiechnięty.
- Jasieńku, braciszku najmilszy! Żyjesz! Nigdy nie wierzyłam, że poległeś. Boże, ciotunia i Emilka oszaleją z radości. A ciocia akurat pojechała do Makowa, bo zabrakło nam płótna na nowe bandaże.- terkotała, wciągając go do sieni i oglądając ze wszystkich stron. - Jasiu, wyglądasz jak półtora nieszczęścia. Ale Bogu dzięki, że żyjesz. No, takiego obdartusa już dawno nie widziałam. Stałeś się konkurencją dla dziadów spod kościoła. - śmiała się, wypuszczając go z objęć.
Jaś wynędzniały i nieogolony, w zniszczonej odzieży, rzeczywiście wyglądał na żebraka, lecz butna mina i wyniosła postawa, nie pasowały do okrywających go łachmanów.
- Wojna nie tuczy, kotku.- powiedział, całując ją. - Ale najpierw powiedz mi, jak się czuje nasz wódz?
- Przecież widzisz, że się śmieję. Wczoraj nastąpiło przesilenie. Chodź, niechże się tobą nacieszy, bo nie miał spokoju o ciebie i Tadzia. - chwyciła go za rękę i pociągnęła do sypialni.
- Kamień spadł mi z serca. - Jaś momentalnie poweselał. - Cały czas miałem go w oczach, jak leci z konia.
Aleks leżał spięty, z niepokojem przysłuchując się rozmowie dobiegającej z sieni. Na wszelki wypadek, trzymał w dłoni schowanej pod kołdrą, rewolwer gotowy do strzału. Tomek cały zjeżony, stał przy jego łóżku, gotowy bronić pana do ostatniego tchu. Na widok wkraczającego do pokoju Jasia, obaj wybuchnęli zgodnym śmiechem i witali się, pokrywając żartami wzruszenie. Jaś natychmiast zainteresował się przebiegiem choroby i wysłuchawszy relacji Niny, umył dłonie i przystąpił do badania.
- Zaraz zobaczymy, jak to wygląda. - mruczał pod nosem, pochylając się nad Aleksem ze skupioną miną. Z kieszeni podartej kurtki wyjął drewniany stetoskop i osłuchał dokładnie płuca chorego. - Ten krwotok to był prawdziwy cud. - powiedział, podnosząc się znad łóżka. - Płuca są prawie czyste, a reszta to już kwestia czasu. No wodzu, udało ci się wykiwać kostuchę. Ale machnąłeś kozła! Wielki Boże! Zresztą wszystkim nam wtedy niewiele brakowało do śmierci. Ilu to naszych chłopców pozostało na wieki w tym wąwozie...- ze smutkiem pokiwał głową.
- Misiu, czy Tadek żyje? Kto ci powiedział, że jesteśmy w Zameczku?- dopytywała się Nina.
- Tadek żyje i jest w Krakowie. Nie byłem w Makowie, tylko u proboszcza i on mi powiedział, gdzie mam was szukać. Tadek za parę dni przejdzie granicę, z oddziałem generała Jordana. Z naszych ocalał jeszcze Wacek Barycz. Pyszny chłop! Tam, gdzie on walczy, nawet dla mnie nic już nie ma do roboty, bo tylko truposze leżą. Kazikowi Bieckiemu także nic się nie stało. - Jaś urwał i trochę zakłopotany, podrapał się po niegolonym policzku.-Ten chłopak jest niepoprawny i na miejscu Doroty, nie cieszyłbym się za bardzo z tego faktu. Dla niego wojaczka skończona, bo w Galicji przygruchał sobie zamożną wdówkę i teraz siedzi spokojnie w dworku pod Tarnowem i udaje bohatera, wcale nie kwapiąc się powrócić do stęsknionej małżonki. Ech, taki był z niego żołnierz, jak z koziej dupy trąbka!.... Przepraszam, Nino. - zreflektował się po fakcie mocno zawstydzony.
- Bardzo mi przykro. - Nina po raz pierwszy w życiu, szczerze współczuła Dorocie.
- A Soszkiewicz żyje? - spytał Aleks, cały zajęty myślą o swoich żołnierzach.
- Lekko ranny, ale już mu lepiej. On i jeszcze kilkunastu chłopców ocalało z pogromu. Być może jest ich więcej, ale ja nic o nich nie wiem. Wszyscy zamierzają powrócić z oddziałem Jordana. Aha, braciszek Benon kazał się wam kłaniać. Ten chłopak ma niesamowite szczęście. Udawał nieboszczyka, a kiedy Moskale sobie poszli, wygrzebał się spod stosu poległych i doszedł do Krakowa. No, moi kochani, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Teraz muszę się wykąpać, bo cuchnę jak stary cap! Potem poproszę o wyżerkę, byle było dużo i tłusto!
Wykąpał się w rzeczce, przebrał w odzież Aleksa i łapczywie pochłonął przygotowany posiłek. Załatwiwszy się z tym, usiadł przy łóżku Aleksa i zaczął opowiadać o nowinach, o jakich na prowincji nie słyszano. Od pamiętnej nocy styczniowej upłynęło niemal pół roku. Sześć długich i krwawych miesięcy, okupionych ogromnymi stratami w poległych i wziętych do niewoli, straconych w egzekucjach i wywiezionych na Sybir. Ale powstanie trwało, ogarniając coraz większe obszary kraju, Litwę i Ukrainę. W szpitalach, tajnych lazaretach i w domach prywatnych, leżało tysiące rannych powstańców. Wielu inwalidów pozostało bez środków do życia, utraciwszy w powstaniu zdrowie i dorobek. Po upadku Mierosławskiego i Langiewicza, władza przechodziła z rąk do rąk, przechwytywana przez coraz to inne orientacje polityczne. 
Karol Majewski
 W Zielone Świątki 24 maja, obalono rząd koalicyjny, oraz przeprowadzono zamach stanu, po którym okazało się, że nie ma komu przejąć władzy! Dopiero Karol Majewski, świeżo wypuszczony z Cytadeli, zaczął od nowa organizować władze powstańcze. Do pustej kasy Rządu, nagle wpłynęło pół miliona rubli w banknotach i ponad trzy miliony w listach zastawnych. Tę kolosalną ilość pieniędzy spiskowcy zdobyli w Kasie Głównej Komisji Skarbu. Akcja była znakomicie przygotowana, a policja i żandarmeria na próżno poszukiwały sprawców zuchwałej kradzieży. Cytadela i miejskie więzienia w Warszawie już nie mieściły aresztowanych. Władze carskie opróżniły nawet magazyny zbożowe, zamieniając je na areszty. Pawiak, Arsenał, Forty były przepełnione. Codziennie przywożono powstańców, ujętych na polu bitwy, lub aresztowanych za udział w konspiracji.
- A co się dzieje z pułkownikiem Czachowskim? - zagadnął Aleks, wysłuchawszy tych mało pocieszających nowin.
- Czachowski? O, to chytry lis! Wodzi Moskali za nos po całej guberni. Nie wodzu, my nie mieliśmy szans, żeby go dogonić.
Na myśl o rozbitej partii, Aleks poczuł rodzącą się wściekłość..
- Rząd Narodowy ponosi pełną odpowiedzialność, za klęskę mego oddziału i śmierć tylu wspaniałych chłopców! - wybuchnął. - Gdyby nie bałagan na górze, nie musielibyśmy uganiać po lasach za pułkownikiem. Należało ustalić kilka miejsc spotkań. Och, ta ciągła walka o władzę w łonie Rządu, szkodzi nam więcej, niż brak broni i matactwa naszych rzekomych sprzymierzeńców.
- Słusznie mówisz.- przyznał Jaś.- Ale nie tylko na górze są wzajemne animozje. Słyszałem, że pułkownik Czachowski kilkakrotnie proponował pułkownikowi Kononowiczowi, połączenie oddziałów, działających w pobliżu. Kononowicz odmówił i tym samym wydał na siebie wyrok .
- Kononowicz rozbity? - Aleks poruszył się niespokojnie.
- Niestety tak.- Jaś ziewnął rozdzierająco i wstał. - Jak się kropnę spać, to będę kimał co najmniej przez dwie doby. Dobranoc, najmilsi.
Nina poleciła przygotować mu posłanie w stodole, na świeżo wysuszonym i pachnącym sianie. Sama go tam odprowadziła, świecąc po drodze małą olejną lampką.
- Powiadam ci, kotku, że już kości nie czuję.- poskarżył się Jaś, macając się po bokach. - Tyle dni piechotą! Spałem byle gdzie i jadłem byle co. Stary już jestem, nie mam sił na takie wędrówki. - dwudziestopięcioletni staruszek, potknął się w ciemnościach i zaklął: - Psia mać!
- Pięknie. W takim razie nie potrzeba ci żony, tylko laski! - zakpiła Nina, podtrzymując go za łokieć. - Coś ci powiem, stary ramolu. - Nina nigdy nie lubiła bawić się w dyplomację.- Zaraz dam znać do Makowa, że jesteś zdrowy i cały. Jeśli Emilka jest w domu, to zatrzymam ciocię w Zameczku, a wy urzędujcie sobie w pałacu. Tam nikt nie będzie wam przeszkadzał. Niechże i ta biedna dziewczyna, ma jakąś pociechę z męża. A przy okazji, spytaj żonę, jaką niespodziankę ci szykuje.
Jaś wlokący się dotąd z senną miną, naraz się ożywił i pochwyciwszy ją w ramiona ucałował po bratersku.
- Cóż ty sobie wyobrażasz, mądralo, że mnie potrzeba do tego namawiać? No, idź już sobie, bo zaraz się przewrócę .Dobranoc.
Upadł w ubraniu na miękkie posłanie i natychmiast zasnął. Spał jak zabity i obudził się dopiero następnego dnia po południu, a raczej został obudzony przez matkę i Emilkę, która w nocy przyjechała do Borku i przez ciekawość wstąpiła do Makowa spytać, czy nie ma wiadomości o mężu. Obie panie natychmiast przyjechały do Zameczku i z niecierpliwością oczekiwały na przebudzenie syna i męża. Emilka była wprost nieprzytomna z radości. Śmiała się i płakała na przemian, całując Jasia i ściskając teściową oraz Ninę. Matka i żona wydzierały sobie Jasia z objęć, użalając się nad nim i znosząc mu coraz to nowe przysmaki. Z Brzezińca przyjechała Zosia i jak rzep przyczepiła się do Jasia, dopytując się o męża. Ona również miała powód do radości. Dawno w Zameczku nie było tak wesoło i gwarno. 


Siedzieli właśnie przy podwieczorku, gdy rozległ się turkot powozu. Wysiadła z niego Dorota Biecka, ożywiona i zarumieniona z emocji.
- O, jak to dobrze, że wróciłeś! - zawołała uradowana widokiem Jasia, siedzącego pomiędzy matką i żoną.- Sophie była taka dobra i powiadomiła mnie, że przebywasz w Zameczku. Wiesz coś o Kazimierzu? Żyje, nie odniósł rany?
Jaś nie umiał kłamać. Na jego wyrazistej twarzy malowało się wyraźnie każde wrażenie. Pod badawczym spojrzeniem Doroty, zmieszał się, poczerwieniał i miał taką nieszczęśliwą minę, że Dorota pobladła.
- On....nie żyje? - załamała ręce.
Jaś porwał się, posadził ją na krześle, przeklinając w duchu amory Bieckiego.
- Przysięgam na honor, że Kazio żyje i jest zdrowy jak rybka, nic mu nie dolega. - zapewnił ją, spuszczając oczy.
Wzrok Doroty zlodowaciał. Odwróciła głowę udając, że poprawia fałdy sukni.
- Więc o co chodzi? Możesz się mną nie krępować. Mów co wiesz!
- Pozostał w Galicji... - wymamrotał Jaś, mając ochotę zapaść się pod ziemię.
- Rozumiem. Zapewne nie jest sam. Ma tam kogoś?
- Podobno. Dorota, błagam, nie przejmuj się, to mu przejdzie. Znudzi się i zatęskni za żoną i domem. Psiakrew! - Jaś nagle stracił cierpliwość i nie panując nad sobą wrzasnął: - Jak tylko się tu pokaże, osobiście dam w zęby temu draniowi!
Twarz Doroty nie wyrażała żadnych uczuć, była jak z kamienia.
- Nie będziesz miał do tego okazji, bo on już tu nie wróci. - oznajmiła chłodno.- Słusznie mnie przed nim ostrzegano. Nie posłuchałam dobrych rad i sama jestem sobie winna. Proszę cię, opowiedz mi szczerze,co o nim wiesz.
Jaś owładnięty współczuciem najdelikatniej, jak tylko potrafił, powiadomił ją o prowadzeniu się Bieckiego. Dorota wysłuchała tego zupełnie spokojnie.
- Trés bien1!- wycedziła przez zęby.- Tym razem mój małżonek dał mi dobrą podstawę do rozwodu.
Posiedziała jeszcze przez chwilę dla formy, rozmawiając na obojętne tematy, potem pożegnała się skinieniem głowy i nawet nie spytawszy o zdrowie Aleksa, odjechała do domu. Nina poszeptawszy z panią Salomeą, wyprawiła stęsknionych małżonków do Makowa. Nie dane im jednak było długo przebywać sam na sam, bo na drugi dzień pojawił się w dworku braciszek Benon, zawiadamiając Aleksa, że w leśnym obozie zebrało się już kilkunastu powstańców, przybłąkanych z Galicji i z lasów. Byli głodni, zmęczeni i chorzy po długiej tułaczce, tropieni przez patrole jak dzikie zwierzęta. Trzeba było przygotować dla nich na gwałt odzież, postarać się o żywność i lekarstwa, bo wielu było rannych. Jaś musiał z żalem przerwać słodkie téte-á -téte2 i jechać do obozu. Zwijał się jak w ukropie, krążąc pomiędzy obozem i Makowem, dokąd zawsze starał się wracać na noc.
 
Nina straciła dobry humor i z ponurą miną, kazała Kumosi wznowić w szwalni pałacowej szycie odzieży i skubanie szarpi. Nie mogła odżałować, że w tym gorącym okresie zabrakło obecności pani wojewodziny. Stara dama miała u ludzi ogromny autorytet i była znakomitą organizatorką. Na szczęście, wiekowa ochmistrzyni z Lipieńca, także wiedziała, co ma robić i bez zwłoki zasiadła z dziewczętami do pracy. Podobnie jak w zimie, wieczorami długo świeciły się światła w izbach czeladnych, a za szczelnie zasłoniętymi oknami, stare i młode kobiety, pochylały się nad stołami, krojąc, fastrygując i szyjąc szare powstańcze mundury, bieliznę i konfederatki. Z Makowa, Brzezińca i Lipieńca, nocami wyruszały wozy pełne żywności, odzieży i lekarstw.
  Radość przepełniająca serce Niny zgasła. Już nie miała złudzeń, że mąż zrezygnuje z walki i zgodzi się wyjechać za granicę. Wezwawszy do siebie podoficerów ocalałych z pogromu, Aleks rozkazał im
odbywać musztry z żołnierzami i przywrócić rozluźnioną dyscyplinę. Pewnego dnia wpadł do dworku pan Bochniak, zgrzany, spocony, nie szczędząc zaprzęgu.

- Miałem sprawdzoną wiadomość, że pod Bobrzą była bitwa! Pułkownik Czachowski starł się z silnym oddziałem Moskali.- raportował rządca, nie ochłonąwszy nawet ze zmęczenia. - Wiem, panie hrabio, że partia pułkownika podąża w kierunku Makowa. Nie wykluczone, że pan pułkownik zajrzy do nas, żeby uzupełnić zapasy żywności.
- A moi chłopcy znowu bez broni! - gorączkował się Aleks, unosząc się na posłaniu.
- Jadę do Makowa. - oświadczyła Nina.
- Po co? Nie pozwalam! - zirytował się Aleks, podnosząc się na posłaniu.
- Jadę! Jestem niemal pewna, że pan pułkownik przybędzie do pałacu. Przygotuję im zapasy żywności, żeby wieś zostawili w spokoju.
- Dopilnuje tego pani ochmistrzyni, to zaradna kobieta. W okolicy mogą pojawić się kozacy! - Aleks próbował ją przekonać.
- Jutro wrócę, nie martw się o mnie, kochany. Chcę tu przyprowadzić moją Mignon, bo mi jej brakuje. Przyjadę jutro z samego rana. - ucałowała męża, polecając go domownikom i prosząc Walentego, aby opiekował się chorym. Pan Bochniak zabrał ją do Makowa swoją bryczką.
Widok pałacu i ogrodów tonących w kwiatach, napełnił serce Niny cichą radością. Nie rozumiała, jak mogła tak długo egzystować z dala od domu. Pani Ruchwalska, z właściwą sobie energią natychmiast przystąpiła do pracy. Kobiety piekły chleby, szykowały kaszę, słoninę, kiełbasy i wódkę, przygotowując poczęstunek dla strudzonych powstańców. Tuż po zmroku, dziedziniec napełnił się ludźmi i końmi. Partia pułkownika Czachowskiego liczyła około trzystu żołnierzy. Inni polegli, bądź pogubili się podczas odwrotu. Gdy do Makowa trafił Langiewicz, wówczas Nina bardzo polubiła Czachowskiego. Stary wiarus miał odwagę przeciwstawić się generałowi, wyrażając się pochlebnie o militarnych talentach Aleksa. Prostota i namiętna, bezinteresowna miłość do nieszczęśliwej ojczyzny, żywiona przez pułkownika, budziła jej podziw i szacunek.
Cichy, tonący w mroku pałac, naraz rozbłysnął światłami. Korytarze rozbrzmiewały mocnymi, męskimi krokami i brzękiem ostróg. Powstańcy byli straszliwie wyczerpani. Pili wodę prosto z fontanny i zaraz pokładli się na trawnikach, nie czekając nawet na gorący posiłek. Do pałacu wszedł tylko pułkownik z kilkoma oficerami. Nina powitała ich z prawdziwie polską gościnnością, zapraszając do stołu i użalając się nad ich nędzą. Wyglądali jak banda potępieńców, brudni, zawszeni, zarośnięci i poznaczeni krwawymi bliznami. Sam Czachowski, wysmagany wiatrem, opalony, przypominał Cygana. Poruszał się z trudem, gdyż dokuczały mu wrzody, tworzące się na skutek złego pożywienia i utrudzenia całego organizmu.
- Idziemy naprzód, a nieprzyjaciel za nami! - oznajmił z szubienicznym humorem, składając na jej dłoni pocałunek.
płk. Dionizy Czachowski
Potem przedstawił swoich oficerów, jednym z nich był major Figietty, znany z udanego ataku na Jedlnię w noc wybuchu powstania. Nina pamiętała go z wizyty Langiewicza w Makowie. Dowodził kawalerią Czachowskiego, w której służyli także Karol i Adolf synowie pułkownika. Witając się, Nina każdemu powiedziała jakieś miłe słowo, zachęcając do rozgoszczenia się w domu. Dwaj lokaje wynieśli na dziedziniec duży kocioł gorącej kaszy z mięsem, a drugi z grochówką na wędzonce i stosy kanapek z wędliną. Takiej uczty zabiedzeni powstańcy dawno nie mieli. Jedli łapczywie w zupełnej ciszy. Pułkownik z oficerami najpierw wykąpali się w stawie, następnie zmienili ubrania i brudną, zawszoną bieliznę. Po obfitej kolacji, pułkownik poprosił o kawę i przeszli do malinowego salonu.
- Kazałam przygotować panom pokoje.- powiedziała Nina.- Żołnierze prześpią się w stodole na sianie. Na szczęście jest bardzo ciepło.
Pułkownik z rozkoszą delektował się wonną kawą. Ale posłyszawszy, co powiedziała, spojrzał na nią zdumiony.
- Córeńko, kozacy siedzą nam na karku. Jakby nas tutaj dopadli, ten piękny pałac obróciliby w ruinę. Niedługo stąd pójdziemy.
Nina w głębi serca ucieszyła się, że nie zamierzają nocować. Ale zaraz zawstydziła się swego egoizmu i ogarnął ją okropny żal na myśl o losie, jaki czeka tę garstkę straceńców. Ci wspaniali ludzie nie zastanawiali się, czy ich walka miała jakiekolwiek szanse na zwycięstwo. Swoim poświęceniem, krwią i życiem manifestowali, że „Jeszcze nie umarła, póki my żyjemy! " Potwornie pomęczeni, ranni, ścigani przez wojska i chłopów, nie okazywali zwątpienia. Imponowali jej swą wielką ofiarą i patriotyzmem. Czachowski zwiesił głowę na piersi, na jego ciemnej, pooranej zmarszczkami twarzy odmalował się smutek.
- Brakuje nam amunicji, a moi chłopcy przebyli siedemdziesiąt kilometrów, będąc w ciągłym kontakcie z wrogiem. Nie mam wyjścia i będę zmuszony na jakiś czas rozpuścić oddział. - z piersi pułkownika wyrwało się ciężkie westchnienie.- Nie chcę, żeby marnie poginęli, bo jeszcze się Polsce przydadzą.
- Tak, to bardzo rozsądnie. - potwierdziła Nina marząc, aby i mąż postąpił podobnie.
- A co się dzieje z panem naczelnikiem? - spytał Czachowski po chwili milczenia.
Zaczęła opowiadać o rozkazach przywiezionych przez panią Prendowską i bezskutecznych próbach Aleksa, chcącego połączyć się z pułkownikiem. Wspomniała o walkach, jakie partia musiała staczać po drodze, o zasadzce w wąwozie i pogromie oddziału. Pułkownik i jego oficerowie słuchali z żywym zainteresowaniem.
- Przydałby się nam taki zdolny oficer. - rzekł Czachowski.- Bogu dzięki, że pan naczelnik wraca do zdrowia. Proszę go ode mnie uściskać. Mam nadzieję, że wyzdrowiawszy powróci do powstania .
- Tak - głos Niny zabrzmiał głucho.- Organizują się od nowa.
Znowu zapadło milczenie.
- Czy mógłbym dostać trochę czystego płótna?- odezwał się młody Adolf Czachowski. - Mam do krwi obtarte nogi, a onuce są bardzo brudne.
- Oczywiście.- Nina zadzwoniła i wydała polecenie pani ochmistrzyni. - Dam panu dobrą maść i proszę, żeby wszyscy panowie opatrzyli swoje skaleczenia przed dalszą drogą, bo może się wywiązać jakieś zapalenie.
Do salonu weszły pani ochmistrzyni i Kumosia, a za nimi kilka pokojówek niosących płótno, bandaże i maści ziołowe na różne dolegliwości. Oficerowie chętnie zgodzili się na opatrunki, tylko pułkownik machnął ręką i wyszedł z Niną na taras. Noc była prześliczna, czerwcowa, pełna zapachu zieleni i kwiatów. Leciutki wietrzyk znad stawu przyniósł nieco chłodu. Niebo było wysokie, a drzewa w parku srebrzyły się w świetle pełni księżyca, którego jasna tarcza wisiała wysoko nad Makowem. Czachowski stał wsparty dłonią o kamienną balustradę i wpatrywał się w ciemną otchłań nieba, usianą drżącymi gwiazdami. Nina nie śmiała przerwać mu chwili zadumy. Zauważył, że posmutniała i popatrzył na nią z ojcowską czułością.
- Taki to już los kobiet polskich, córeńko. - rzekł niemal szeptem. - Muszą oddać ojczyźnie to, co najdroższe. Ja mam siedmioro dzieci. Dwóch synów walczy w powstaniu. Pięć moich córek przeżywa te same lęki, co ty, dziecko. - spojrzał na nią ze zrozumieniem i pokiwał głową.- Wiedzą, że ojciec już do domu nie wróci.
- Ale przecież kiedyś powstanie się zakończy. - zauważyła nieśmiało.
- Moje dziewczęta wiedzą, że ojciec poszedł walczyć do końca, do śmierci! - odparł szorstko.- Z powstania w trzydziestym pierwszym roku, wyszedłem bez szwanku. Założyłem rodzinę, a po śmierci mojej kochanej żony Eufemii, sam wychowywałem dzieci. Nie muszę się ich wstydzić, są dobrymi Polakami. Dorośli i nie potrzebują już opiekuna. Mogę spokojnie umrzeć. Jak tylu innych, zakopią mnie gdzieś, może w bezimiennym grobie, a po latach nikt już nie wspomni, że jak wielu godniejszych ode mnie, oddałem życie za wolność ojczyzny.
Pod wpływem nagłego wzruszenia, Nina pochyliła się i ucałowała jego twardą, żołnierską rękę, jakby to była dłoń ojca.
- Nie, nie, proszę nie wspominać nawet o śmierci. A gdyby, co nie daj Panie Jezu, tak się stało, to pamięć o panu i pańskich bohaterskich żołnierzach przetrwa pokolenia. Wierzę, że wolna Polska czcić was będzie, jako swoich najgodniejszych synów.
Stary powstaniec był ogromnie przejęty.
- Bóg ci zapłać, córeńko za dobre słowo. - powiedział zmienionym głosem, składając na jej czole pocałunek. - Miło pomyśleć, że kiedyś ktoś o nas wspomni.
Nina nagle przypomniała sobie, że Czachowscy spokrewnieni są z Krzyżanowskimi, a pułkownik przez matkę, był krewnym jej ukochanego kompozytora.
- Bóg okazał się szczególnie łaskawy dla obu sióstr Krzyżanowskich.- oświadczyła z uśmiechem. - Obie dały Polsce synów, których pamięć żyć będzie wiecznie w narodzie.
- Myślisz o Fryderyku?- pułkownik podniósł głowę z mimowolną dumą.- Chopin to geniusz! Gdzie mnie, prostemu żołnierzowi, do takiej znakomitości.
- Nie zgadzam się z panem. Fryderyk Chopin już jest nieśmiertelny, a pan dopiero nim będzie! - powiedziała to, jakby w proroczym natchnieniu.
Czachowski podkręcił długi wąs. Słowa Niny zupełnie szczere i płynące wprost z serca, sprawiły mu przyjemność. Stary wiarus znał się na ludziach i wiedział, że nie próbowała mu schlebiać.
- No, jeśli już mowa o Krzyżanowskich, to z pewnością sławę zyska mój kuzyn Włodzimierz Bonawentura Krzyżanowski. Dosłużył się rangi generała w armii Stanów Zjednoczonych i podobno sam pan Lincoln wielce go ceni.
gen. W.B. Krzyżanowski.
  Nina grzecznym uśmiechem skwitowała jego słowa. Nie znosiła amerykańskiego prezydenta za jego brutalne ataki na powstańców i przyjazne stosunki z carem. Stronników Lincolna uważała za nędznych najemnych żołdaków, wysługujących się Jankesom za kilka dolarów. Wolała jednak nie komentować uwagi pułkownika, żeby nie zrobić mu przykrości. Wrócili do salonu, a major Figietty poprosił, by coś zagrała. Nina usiadła do fortepianu i nie zaglądając do nut, zagrała z pamięci kilka wspaniałych polonezów i etiud Chopina. Oficerowie oklaskiwali ją z zapałem błagając, aby coś im zaśpiewała. Nie dała się prosić i dźwięcznym, czystym głosem zanuciła pieśń zrodzoną z walki."Marsz Czachowskiego"
  Kiedy zagrzmi trąbka nasza,
   Pocwałują konie,
   Powiedzie nas nasz Czachowski
   Na ojczyste błonie.
   Marsz, marsz Polonio,
   Marsz dzielny narodzie,
   Odpoczniemy po swej pracy
   W ojczystej zagrodzie.
 Żegnała powstańców stojąc na ganku pod kolumnadą. Żołnierze zebrali się cicho i sprawnie, konie nakarmione do syta i dobrze napojone parskały raźno. Powstańcy poklepywali je czule po szyjach mówiąc: "Zdrów, zdrów!" Noc była letnia, bardzo ciepła, a blask księżyca padał na głowy odchodzących żołnierzy i lśnił na ostrzach bagnetów i lufach strzelb. Pułkownikowi i jego oficerom, Nina podarowała znakomite wierzchowce ze stadniny z Lipieńca.
- Niech ci Pan Jezus błogosławi, córeczko.- rzekł Czachowski, zdejmując z głowy konfederatkę i kłaniając się jej z siodła. - To jeszcze nie koniec, wkrótce o nas usłyszycie! - spiął ostrogami ogiera i ruszył przodem: - Bywajcie!
- Niech Bóg prowadzi! - wołały stojące na ganku kobiety, żegnając ich krzyżem.
1Tre's bien - bardzo dobrze.
2Téte-à -téte - sam na sam.