sobota, 27 sierpnia 2016

Na Sybir.


27 sierpnia 2016 r.
Przez całą noc Nina miotała się w strasznej gorączce, która na szczęście nad ranem spadła. Była bardzo chora, ale w południe podniosła się z łóżka, pomimo hałaśliwych protestów Jagi. Nie miała czasu na wypoczynek, bo na jej głowę zwaliły się niezliczone obowiązki. Po Bini, to ona była najbliższą krewną Borutyńskich. Oprócz pana Bochniaka i proboszcza, nie miała do kogo zwrócić się o pomoc. Mira była w podróży, Emilka siedziała w Cytadeli, Jaś nie żył. Pani Salomea, dowiedziawszy się od księdza o tragicznej śmierci syna, wpadła prawie w obłęd.
Kiedy proboszcz przywiózł do pałacu nieprzytomną Ninę i powiadomił nieszczęsną matkę o śmierci Jasia, pani Salomea wyrywała się, chcąc jechać do Sarnik i zobaczyć syna. Ale ksiądz stanowczo się temu sprzeciwił i nie pozwolił jej jechać, pragnąć zaoszczędzić zbolałej kobiecie potwornego widoku spalonych zwłok Jasia. Ze względu na obecność kozaków w okolicy, pogrzeb miał się odbyć nazajutrz, wczesnym rankiem, w ciszy.
Odzyskawszy przytomność, Nina poleciła ostrzec leśny obóz. Pamiętała o tym nawet w malignie. Okazało się jednak, że kapitan Soszkiewicz już o tym wiedział. Wieczorem, w przeddzień śmierci, Jaś wrócił na Łysą Polanę, aby doglądnąć chorych na czerwonkę. Przekazał kapitanowi ostrzeżenie i zaraz potem odjechał. Braciszek Benon wspominał, że przyjaciel dziwnie się zachowywał, unikał kolegów i nie odzywał się prawie do nikogo. Nie wiadomo, gdzie przez całą noc przebywał, przypuszczalnie musiał samotnie tułać się po lesie. Rano wybrał się do Makowa, aby porozmawiać z matką i pewnie wtedy natknął się na kozaków.
Ale były to jedynie domysły, bo prawdy o ostatnich godzinach życia Jasia, nie dowiedziano się nigdy. W nocy, przed samym pogrzebem powróciła Mira, i wiadomość o tragedii uderzyła w nią jak grom. Początkowo nie mogła uwierzyć w straszną śmierć Jasia, a potem zaczęła rozpaczliwie płakać. Nina licząca na jej pomoc, pomyślała rozgoryczona, że jak zwykle, wszystkie obowiązki spadną na nią. Ochłonąwszy z pierwszego wstrząsu, panna Lutówna serdecznie zajęła się panią Salomeą, nie odstępując jej na krok.
Przerażony Maciek przybiegł do Niny, i całując ją po rękach i sukni przysięgał, że nie odstąpi już swojej jaśnie paniuleczki i będzie nad nią czuwał. Nina nie miała czasu na rozpacz. Trupio blada, z zapadniętymi oczami i gorączką, osobiście doglądała przygotowań do pogrzebu. Telegraficznie powiadomiła Binię o śmierci rodziców i Jasia, nie licząc jednak na jej przyjazd. Wysłała także depeszę do notariusza w Radomiu, który zajmował się sprawami majątkowymi wujostwa Borutyńskich.
Trzymała się na nogach tylko dzięki ziołom Kumosi i mocnej kawie. Czuła się tak źle, że noc poprzedzającą pogrzeb spędziła na fotelu, obawiając się zasnąć. We śnie nawiedzały ją koszmary, w których dramatyczna rzeczywistość, mieszała się z upiornymi urojeniami sennymi. Siedziała w głębokim fotelu, przy płonącym kominku, z głową opuszczoną na piersi, wsłuchując się w monotonny szum deszczu i zawodzenie wiatru.
 Rozmyślała o męczeńskiej śmierci wujostwa i samobójstwie Jasia, buntując się na niesprawiedliwość losu. Śmierć ciotki i wuja, a przede wszystkim ukochanego braciszka, była dla niej osobiście strasznym przeżyciem. Gdyby nie myśl o mężu, zapewne rozchorowałaby się, lub kompletnie załamała. Czuwające wraz z nią kobiety, półgłosem odmawiały litanie za zmarłych, różaniec i śpiewały pieśni żałobne, intonowane przez panią ochmistrzynię.
Dzień pogrzebu wstał prawdziwie jesienny, słotny i zimny. Fale ulewy niesionej wiatrem i chłód, nie zachęcały do opuszczenia ciepłego domu, bez koniecznej potrzeby. Po nieprzespanej nocy, Nina z jękiem podniosła się z fotela i przez chwilę masowała sztywne, obolałe mięśnie. Ubierając ciężką, żałobną suknię uznała, iż wygląda jak mara. To spostrzeżenie skwitowała wzruszeniem ramion. Od tej przerażającej chwili, kiedy pod stopami zobaczyła zwłoki wujostwa i spalone, okropne ciało Jasia, coś się w niej załamało. Odniosła wrażenie, że młodość już minęła i nagle przybyło jej wiele lat. Zastanawiała się, jak to możliwe, żeby czuć się tak staro, mając dopiero osiemnaście lat?
Z drżeniem serca oczekiwała, jak zachowa się pani Salomea na pogrzebie syna, spodziewając się najgorszego.
- Czy ciocia już ubrana? - spytała Jagę, sięgając po kapelusz owinięty krepowym welonem. - Musimy się śpieszyć, bo już późno.
- Tak, ubrana. Mirunia i Kumosia ją ubrały. Matko Najświętsza! - niania głośno westchnęła. - Jakże ciężko los doświadczył tę biedną kobietę. Synowa w więzieniu, straciła wnuka, a teraz zamordowano jej syna i krewnych. Można już tylko modlić się, o rychłą śmierć dla niej.
- Mylisz się, nianiu.- rzekła Nina z przekonaniem. - Ciocia jest bardzo silną kobietą i potrafi wrócić do równowagi.
Narzuciła na ramiona czarny płaszczyk i przeżegnawszy się nieznacznie, poszła po panią Borutyńską. Stanąwszy pod drzwiami jej pokoju, głęboko zaczerpnęła powietrza. Bała się! W pokoju panował półmrok, bo okno zasłonięto kotarą i tylko na stoliczku paliła się świeca, przed dużą fotografią Jasia. Obok stał wazon pełen róż. Spojrzawszy na jego młodzieńczą twarz, Nina posiniała i poczuła, że brak jej powietrza. Przez chwilę oddychała głęboko i dopiero upewniwszy się, że głos jej nie zawiedzie, przyklękła obok fotela, na którym siedziała pani Salomea.
- Cioteczko najdroższa, już czas. - szepnęła.
Pani Salomea miała twarz pożółkłą, nieruchomą i przymknięte powieki. Kiedy otwarła oczy, Nina skonstatowała z przerażeniem, że ta kobieta tak jeszcze niedawno pogodna i pełna energii, zmieniła się w zgrzybiałą staruszkę. Spojrzały na nią oczy mętne od przelanych łez, zaczerwienione i nieopisanie smutne.
- Co mówisz? Ach tak, już idę. - powiedziała, lecz nie ruszyła się z miejsca i siedziała, mnąc w palcach mokrą chusteczkę i bezmyślnie patrząc przed siebie.
Nina posłała pannie Lutównie rozpaczliwe spojrzenie, błagając o pomoc. Mira pochyliła się, objęła mocno starszą damę i siłą uniosła ją z fotela.
- Moja ukochana, droga pani, musimy już jechać na nabożeństwo. Ksiądz czeka na nas. - przypomniała serdecznie.
- Aha, prawda. To jedźmy. - zgodziła się pani Salomea, nawet nie wiedząc co mówi.- Emilciu, kochanie, podaj mi płaszcz i kapelusz.
Mira zagryzła usta do krwi, żeby nie wybuchnąć płaczem, a Nina oparła się o komodę, bo kolana zatrzęsły się pod nią. Wolno zeszły po schodach, podtrzymując z obu stron osłabioną panią Salomeę. Przed pałacem już stała kareta, wsiadły do niej wraz z Jagą i panią ochmistrzynią. Nina nie zgodziła się, aby w pogrzebie wzięła udział dworska służba i gospodarze ze wsi, bo zbyt duże zgromadzenie mogło zwrócić uwagę kozaków. Konie ruszyły, a ona wpatrując się w szyby zalane deszczem, przywołała w pamięci ten mroźny zimowy poranek - dzień ślubu Jasia. Wówczas obok niej siedziała Emilka, trzymając w ramionach ogromny bukiet cieplarnianych róż. Pani Salomea zalewała się łzami, bo gdzieś zapodział się złoty dukat na szczęście. W sarnickim kościele czekał na nie Jaś, taki promienny i piękny w bogatym ślubnym stroju. Krótko trwało ich szczęście.... Prędko przełknęła ślinę, bo coś chwyciło ją za gardło i zaczęło dławić. Żeby się opanować, wbiła sobie paznokcie w ciało aż do krwi.
 Był zaledwie wczesny świt i w kościele panowała ciemność i cisza. Dopiero kiedy wysiadły z karety, dostrzegły kilka powozów wtajemniczonych sąsiadów i bryczkę wójta. Przed wielkim ołtarzem, stały obok siebie trzy jednakowe trumny zarzucone kwiatami. Nina rozkazała spustoszyć ogród zimowy i najpiękniejsze kwiaty przywieźć do kościoła. Dopilnowała również żeby trumna Jasia była zamknięta i mocno zabita gwoździami, bo pani Salomea ciągle domagała się, żeby pokazano jej syna. Na wieku jego trumny spoczywała amarantowa konfederatka. Emilka nie zdążyła jej uszyć, więc Nina obszyła ją białym barankiem i wyhaftowała srebrnego Orła.
Usiadły w kolatorskiej ławce wujostwa Borutyńskich. Pani Salomea odrzuciła welon z twarzy, a oczy i jej rysy wyrażały ogromne cierpienie. Nie płakała, tylko wargi jej poruszały się cichą modlitwą, pewnie rozmawiała z synem. Nina wzięła jej rękę i gładziła ją delikatnie. Ogarnęła ją taka rozpacz, że miała ochotę gdzieś przycupnąć i zakrywszy uszy rękami oczekiwać chwili, kiedy zostanie przeniesiona do wieczności. Wpatrując się w trumnę Jasia, ujrzała jak na jawie, jego uśmiechniętą twarz i błękitne rozmarzone oczy, kiedy po nocy spędzonej z Emilką, wracał do leśnego obozu. "Jestem taki szczęśliwy, Nino".- powiedział wtedy, pochylając się ku niej z siodła.
Boże, a ona podle pozazdrościła mu tego szczęścia! Proboszcz odprawiał nabożeństwo żałobne w asyście braciszka Benona i wyraźnie się śpieszył. Nina słuchając łacińskich psalmów miała nerwy tak napięte, że obawiała się, iż za moment pękną z hukiem i rozerwą ją na strzępy. Ogarnęło ją szalone pragnienie ruchu i nie potrafiła spokojnie usiedzieć.
Podniosła się i nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia zgromadzonych w kościele osób, pobiegła na chór. Zapaliła dwie świece nad klawiaturą organów i ustawiwszy regestry, skinęła na organistę, aby jej kalikował. Położyła dłonie na pożółkłych klawiszach i spod jej palców popłynęły rozdzierające, pełne łkań, bezgranicznie smutne i melancholijne dźwięki Adagia g-mol Albionioniego.
- Tylko tyle mogę ci ofiarować, misiu, braciszku najmilszy. - powiedziała cicho. - Ciociu, wuju, niech Bóg miłosierny nie pamięta wam win i policzy przedśmiertną mękę. Nigdy nie zapomnę o was, kochani.
 Grobowiec rodziny Borutyńskich znajdował się w podziemiach kościoła, lecz do krypty wchodziło się z zewnątrz, od strony cmentarza. Poszli w ulewnym deszczu, a czarna chorągiew szamotała się na przedzie, szarpana porywami wiatru. Kościelny otworzył żelazne drzwi wiodące do podziemia, na wieko trumien spadło kilka garści ziemi, potem pochłonął je wilgotny ciemny loch. Za pniem pobliskiego drzewa, Nina dostrzegła ze zdumieniem, wysoką sylwetkę Wacia Barycza. Ryzykując spotkanie z kozakami, przybył do Sarnik pożegnać przyjaciela.
Na koniec ceremonii pogrzebowej, proboszcz przyklęknął przed drzwiami krypty na mokrym piasku i złożywszy dłonie do modlitwy, zwrócił oczy ku zachmurzonemu niebu, żegnając zmarłych słowami poety:
                                         Ale Ty, Boże! który z wysokości
                                         Strzały twe zrzucasz na kraju obrońce,
                                         Błagamy Ciebie przez tę garstkę kości,
                                         Zapal przynajmniej na śmierć naszą - słońce!
                                         Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy,
                                         Niechaj nas przecie widzą - gdy konamy1 !
Cmentarz szybko opustoszał. Nina ocierając mokre policzki, ujęła panią Salomeę pod ramię.
- Chodźmy już, cioteczko. Przemokłaś, powinnaś położyć się i wypocząć.
Pani Salomea, która przyjmowała kondolencje z kamienną twarzą, nie okazując żadnego wzruszenia, dalej stała na deszczu pod drzwiami krypty, dzielącymi ją od syna. Niespodziewanie wyswobodziła się z rąk podtrzymujących ją pań.
- Zostawcie mnie, proszę! - odezwała się normalnym, mocnym głosem.
Podeszła do krypty, przyklękła i złożyła na drzwiach pocałunek. Potem szepnęła tak cicho, że tylko stojąca za nią Nina posłyszała te słowa:
- Do widzenia, syneczku.
Kobiety pomogły jej podnieść się i zaprowadziły do karety. Ale ona zwisła im na rękach i zemdlała. Kiedy powóz ruszył, Nina obejrzała się za siebie, ale nie dostrzegła już znajomego widoku wysokiego dachu dworu, dwóch wieżyczek i rzędu strzelistych topoli włoskich w alei prowadzącej do domu. Nawet drzewa padły ofiarą strasznego pożaru. Pozostały po nich tylko czarne zwęglone kikuty, żałosne i ponure.
"Jakie to szczęście, że ciocia straciła przytomność. - pomyślała. - Nie wyobrażam sobie, jak ogromnie będzie cierpiała, gdy uświadomi sobie, że Jaś już na zawsze pozostał sam, w ciemności i zgniliźnie."
                                              --------------------------------------
Nadeszły pogodne dni wczesnej jesieni. W cichym łagodnym powietrzu, płynęły niesione wiatrem srebrne nitki babiego lata. Ziemia pachniała gorzką wonią żółknących liści, więdnących traw i z wolna zamierającej przyrody, gotującej się do długiego zimowego snu. W parku kwitły jesienne róże, barwne georginie i kolorowe astry, a wysoko na niebie słychać było krzyki odlatujących ptaków. Pałac stał cichy, dotknięty w przelocie tchnieniem śmierci.
Niekiedy Nina zastanawiała się, co musiał przeżywać wuj Ksawery w tych ostatnich minutach życia, kiedy darł i deptał dokumenty, świadczące o jego konformistycznej postawie życiowej i łaskach władz carskich. Może zobaczył przed sobą ducha ojca poległego pod Ostrołęką, lub stanęło przed oczami jego duszy widmo starszego brata w kajdanach, zamęczonego w katorżniczej, nieludzkiej pracy w kopalni na Uralu? Pewną pociechą była dla niej świadomość, że odtąd nikt już nie ośmieli się wypominać wujostwu, okrucieństwa względem poddanych i lojalności wobec zaborcy. W pamięci ludzkiej pozostanie na zawsze wspomnienie o dobrych Polakach, który ponieśli śmierć, udzielając schronienia powstańcowi. Swoją bohaterską walką, męką i samobójczym zgonem, Jaś odkupił ich winy.
Ze Świerszczyn nadszedł niepokojący telegram. Edward zawiadomił ją, że Binia dowiedziawszy się o tragicznej śmierci rodziców i Jasia, ciężko zachorowała, a on musiał zająć się trojgiem małych dzieci i chorą żoną. Nina i tak nie oczekiwała nikogo ze Świerszczyn, bo nie zdążyliby przyjechać na pogrzeb, lecz choroba Bini ogromnie ją zmartwiła i natychmiast wysłała następny telegram z prośbą, aby Edward informował ją o stanie zdrowia siostry. Od Aleksa nadal nie miała żadnej wiadomości. Nikt nie wiedział, gdzie toczą się walki, jeżeli jeszcze się toczą. Pocztę powstańczą z Borka przeniesiono w inne, tajne miejsce. Mira nie była już kurierem i do Makowa nie docierały wiadomości o toczących się walkach.
Zaledwie w dwa tygodnie po tragedii w Sarnikach, nadeszła z Warszawy przerażająca wiadomość; sąd wojenny skazał Emilkę na dziesięć lat zesłania aż pod Archangielsk! Na próżno pan Maciejewski i panie z "piątek," powoływały się na przebytą przez nią niedawno ciężką chorobę i zły stan zdrowia więźniarki, przedstawiając świadectwa lekarskie. Audytoriat Polowy utrzymał wyrok w mocy.

Archangielsk - zorza polarna.
Pani Salomea, która po pogrzebie syna poważnie zaniemogła, jakby cudem odzyskała siły i razem z Niną wyjechała do Warszawy. Gdy po bezowocnych staraniach okazało się, że Emilka nie uniknie zesłania, pani Salomea powzięła postanowienie, że pojedzie za synową do Archangielska. Nina przeciwstawiała się temu zamiarowi ze wszystkich sił, starając się przekonać starszą panią, iż jest to szaleństwo i przedstawiając jej trudności, jakie musi pokonać, żeby uzyskać zezwolenie na osiedlenie się w głębi Rosji, razem ze skazaną, a potem przebyć samotnie tysiące wiorst, przemierzając całe ogromne imperium. Lecz pani Salomea postanowienia nie zmieniła i natychmiast rozpoczęła starania o zezwolenie na wyjazd do Rosji.
Do stolicy wtargnęła jesień o suchych, duszących upałach. Nina niepokojąc się o męża i zdrowie Bini, z trudem zdobywała się na pozorny spokój. Miała wrażenie, że wieki upłynęły od dnia wyjazdu Aleksa. Siedząc w małym saloniku mieszkania państwa Maciejewskich, na kanapce obitej kwiecistym kretonem, raz jeszcze próbowała przekonać panią Salomeę:
- Cioteczko, miejże litość nad sobą. - błagała, całując ją po rękach. - Od Archangielska dzieli nas pół świata! Nie zdołasz tam dojechać. A grób Jasia? Pozostawisz go i odjedziesz tak daleko?Ciociu, proszę, zastanów się, nie odjeżdżaj. Przysięgam, zrobię wszystko, co w ludzkiej mocy, by Emilka odzyskała wolność. Zwrócę się z prośbą do samego cesarza!
- Nie, moje ty, kochane dziecko.- pani Salomea pogładziła ją pieszczotliwie po rozpalonych policzkach. - Emilka nie przyjmie łaski od kata Polski! Grób Janka powierzam tobie, bo wiem jak bardzo go kochałaś. Mój syn już na zawsze pozostanie w moim sercu. Boże, przecież Emilka nic jeszcze nie wie o jego śmierci, i to ja muszę ją o tym powiadomić. Mój syn życzyłby sobie tego, żebym zaopiekowała się jego biedną, nieszczęśliwą żoną.
Pani Borutyńska mówiła to ze słodkim uśmiechem, ale znająca ją dobrze Nina zrozumiała, że jej decyzja jest ostateczna. Wyczerpawszy wszystkie argumenty, dała w końcu za wygraną. Rodzice Emilki, nie mogli towarzyszyć córce na zesłaniu, mając na utrzymaniu jeszcze dwoje młodszych dzieci, toteż rozpacz ich była ogromna.
- Nie, to nic nie da. - powiedziała Nina z rezygnacją, słysząc nazajutrz jak pani Maciejewska jeszcze próbuje namówić panią Salomeę, by pozostała w kraju.- Cioci nikt nie przekona i ona już żyje tym wyjazdem. Będą rozmawiały z Emilką o Jasiu i wspominały go. Zauważyłam, że kiedy ciocia mówi o nim, jest jej nieco lżej, choć bardzo przy tym płacze.
Odtąd kobiety poświęcały cały swój czas, biegając po mieście i szukając dojścia do wyższych urzędników carskich. Nina ponownie odważyła się pójść do Belwederu w nadziei, że Wielenin powrócił. Omal nie zemdlała dowiedziawszy się, że młody oficer pozostał już na stałe w Petersburgu. Prosto z Belwederu poszła do kościoła i siedziała tam przez trzy godziny płacząc. Opłakiwała nie tylko zawiedzioną nadzieję na pomoc dla Emilki, ale i samą myśl, że nigdy więcej Wielenina nie zobaczy.
Grób Wandy Umińskiej na Powązkach.
Wanda Umińska, jedna z tych cichych bohaterek czasu powstania, dotarła do więziennego szpitala i dostarczyła Emilce ciepłą odzież oraz bieliznę. Nina bez żalu podarowała jej swoje piękne futro z popielic, jeden z prezentów ślubnych męża. Dla pani Salomei kupiła barankowy kożuch, a obu paniom sprawiła mocne buty na futrze. Wieczorami szyto pośpiesznie ciepłe suknie dla zesłanek. Na szczęście, Ninie udało się dostać oryginalną jegierowską bieliznę, z czystej wełny wielbłądziej, zdrową i bardzo ciepłą, odpowiednią w klimacie podbiegunowym. Przygotowywano również suchy prowiant na drogę, bowiem podróż trwała czasami kilka miesięcy.
"W drodze wyjątku", czyli za bajeczną łapówkę, zezwolono pani Borutyńskiej na osiedlenie się w miejscu zesłania synowej, lecz nikogo nie interesowało, w jaki sposób starsza, schorowana kobieta dostanie się do Archangielska. Teraz już tylko oczekiwano na transport, który lada dzień miał wyruszyć z Dworca Petersburskiego na Pradze. Ze względu na wielką liczbę zesłańców, transporty chodziły jak wahadła. Zdarzało się, że powstańcy wysadzali tory, albo mrozy uniemożliwiały podróż. Wtedy czekano na transport kilka tygodni, trzymając ludzi w strasznych warunkach, bowiem skazańców traktowano o wiele surowiej niż aresztantów w śledztwie.
Pewnej wrześniowej nocy, ktoś zapukał do drzwi mieszkania państwa Maciejewskich i szeptem powiadomił, że po północy z Cytadeli ruszają więźniowie na Dworzec Petersburski. Spodziewano się tego i od trzech dni wszyscy spali w ubraniach. Pani Salomea postanowiła zobaczyć się z Emilką i powiedzieć jej, że pojedzie za nią.
Pośpiesznie spakowano resztę najważniejszych rzeczy, a pani Borutyńska ukryła na piersiach woreczek z kwiatem, wziętym z trumny syna i ziemią z cmentarza w Sarnikach. Wprawdzie miała tylko widzieć się z synową, lecz na wszelki wypadek wzięto także i jej rzeczy. Nina bez zbędnych słów, wcisnęła jej do ręki woreczek ze złotymi imperiałami. Obie młodsze córki pozostały w domu, na Dworzec pojechali tylko rodzice Emilki, pani Salomea i Nina.
Miasto już spało, na cichych i pustych ulicach słychać było tylko turkot kół dorożek i człapanie koni. Przez most dostali się na Pragę i dojechali przed stację kolei żelaznej. W poczekalniach zgromadziły się już tłumy ludzi, pragnących pożegnać swoich bliskich. Oszklone drzwi na peron były szczelnie zamknięte, a szyby zamalowane wapnem. Wszędzie stali wartownicy pilnując porządku. Udzielano sobie wzajemnie informacji, oczekując na przybycie więźniów. Na torach stał już olbrzymi eszelon, jeszcze pusty, złożony z wagonów towarowych o zakratowanych okienkach.
Pani Salomea wtuliła się w kąt poczekalni, a jej usta nieustannie poruszały się bezgłośną żarliwą modlitwą. Patrzącej na nią Ninie, serce się krwawiło z bólu i ogromnego współczucia. Jednocześnie jej energiczna natura poszukiwała sposobu, umożliwiającego nieszczęśliwej matce podróż z synową.
- A może cioteczka zmieniła zamiar i pozostanie z nami? - zapytała, przekrzykując hałas panujący w sali.
Pani Borutyńska podniosła na nią wilgotne oczy, a po jej bezkrwistych wargach przemknął leciutki uśmiech. Potrząsnęła głową i poprawiła kaptur, zsuwający się po jej zupełnie już posiwiałych włosach.
- Chcę jechać. - powiedziała tonem nie pozostawiającym żadnych wątpliwości.
Nina rozejrzała się bystro po sali i wzrok jej zatrzymał się, na wchodzącym do poczekalni młodym oficerze, z eskorty transportu. Jakiś wewnętrzny głos podszepnął jej, że widzi właściwego człowieka. W jednej chwili podjęła decyzję i chociaż strach ściskał jej serce, podeszła do Rosjanina odrzucając z twarzy woalkę.
- Monsieur, czy zechce pan łaskawie wyświadczyć mi przysługę? - zagadnęła go półgłosem po francusku. Mężczyzna zdumiony i zaskoczony, zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem, ale ujęty pięknością młodej damy, po krótkim namyśle skinął głową.
- Panie oficerze.- powiedziała prędko, obawiając się, że może nie zechce jej wysłuchać. - W tym transporcie znajdzie się wkrótce moja krewna. Ma dopiero dwadzieścia lat i jest bardzo chora, bo w więzieniu straciła nienarodzone dziecko. Nawet nie wie, że niedawno została wdową, a mąż jej zginął tragicznie. Panie oficerze, w imię Chrystusa, zaklinam pana i błagam, racz zezwolić żeby razem z nią pojechała tym samym wagonem jej teściowa. Ona jedzie dobrowolnie i ma wszelkie zezwolenia władz na osiedlenie się w Rosji. Panie, te nieszczęśliwe kobiety swoim cierpieniem wzruszyłyby nawet kamienie. Pan także jest młody, z pewnością ma pan matkę, może narzeczoną lub żonę. Moja krewna w zimie wyszła za mąż i razem z mężem z radością oczekiwali upragnionego dziecka. Teraz już nie ma dziecka, a mąż nie żyje. Jedzie na koniec świata, zesłana do Archangielska, na dziesięć długich lat. Teściowa pragnie ją pielęgnować i wspierać w cierpieniu. Panie oficerze, zechciej okazać im odrobinę litości i pozwól, aby wspólnie odbyły tę męczeńską drogę. Błagam pana z całego serca.
Nie wiedziała, skąd brała te wzruszające słowa i dlaczego zdecydowała się podejść do tego mężczyzny. Był młody, miał miłą uczciwą twarz i w jego oczach dostrzegła iskierkę litości, gdy patrzył na zrozpaczony tłum. Wysłuchał jej nie przerywając, a gdy umilkła rozejrzał się dokoła. Stwierdziwszy, że nikt nie zwraca na nich uwagi, rzekł półgłosem:
- Proszę podać mi nazwisko pani krewnej. Kiedy umieścimy skazańców w wagonach, będziecie mogli wyjść na peron. Proszę mnie poszukać. Wskażę, w którym wagonie znajduje się pani krewna. A teraz proszę już odejść. Nie wolno mi rozmawiać z rodzinami więźniów. - zrobił bardzo nieprzyjemną minę, a nawet uczynił taki ruch jakby ją odpychał.
Nina błyskawicznie wyciągnęła z torebki notesik i udając, że sięga po chusteczkę, żeby otrzeć łzy, napisała mu na bilecie imię i nazwisko Emilki. Oficer nieznacznie wziął bilet i odszedł. Obserwujący tę scenę Maciejewscy i pani Salomea, byli do głębi serca przejęci i oburzeni brutalnością Rosjanina. Pani Borutyńska płacząc, pochwyciła Ninę w ramiona.
- Chciał ciebie uderzyć! - jęknęła boleśnie. - O moje najdroższe dziecko, to przeze mnie. Jakiż to nielitościwy, zły człowiek! Nineczko, nie martw się o mnie, pojadę jutro lub pojutrze innym pociągiem.- mówiąc to, zdawała sobie sprawę, że ten transport jest dla niej ostatnią szansą, gdyż sama nie zdoła przebyć tak olbrzymiej przestrzeni.
Nina oddała jej uścisk i zamiast płakać, uśmiechnęła się przez łzy..
- Niech cioteczka modli się za tego Rosjanina.- szepnęła jej do ucha. - Dzięki niemu pojedzie ciocia razem z Emilką.
Pani Salomea szeroko otworzyła oczy, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę? - z całej siły przytuliła Ninę do piersi. - To za ciebie będę się modlić aż do śmierci. Byłaś dla mnie najlepszą córką. O, ja dobrze wiem, ile ciebie kosztowały starania o uwolnienie Emilki i zezwolenie na mój wyjazd. Nie mogę zwrócić ci tych pieniędzy, ale jeżeli modlitwa moja trafi do Pana Boga, to On wynagrodzi ci twoje poświęcenie i otoczy swą opieką pana Aleksandra.
Pochód na Sybir
 Nina nie odpowiedziała, bo przed budynkiem Dworca rozległ się przeraźliwy hałas; brzęk żelaznych łańcuchów uderzających o kamienie bruku. Nadchodzili katorżnicy otwierając męczeński pochód skazańców z Cytadeli, Pawiaka i innych więzień stolicy. Obok morderców i pospolitych przestępców kryminalnych, szli żołnierze powstania, skuci z nimi jednym łańcuchem. Wszyscy wyglądali odrażająco, celowo oszpeceni, żeby wzbudzać nieufność i strach. Skazanym na katorgę, golono jedną połowę głowy, pozostawiając kosmyk włosów nad czołem. Nie przysługiwały im żadne prawa, nie traktowano ich jak ludzi. Byli jedynie mierzwą, zwierzętami pociągowymi, żywymi narzędziami pracy, przeznaczonymi do szybkiego zużycia. Przebywali pieszo tysiące wiorst, w upale lub trzaskającym mrozie, okryci tylko łachmanami. Ale kopalnie i fabryki domagały się coraz to nowych narzędzi pracy, więc dla pośpiechu pakowano ich do pociągów i wieziono na Ural i Sybir. Kiedy kończyły się tory, wyładowywano tę resztę jaka przetrwała w zamkniętych wagonach i biczując chwiejących się na nogach biedaków, kopiąc upadających, zmuszano ich do marszu. Z katorgi rzadko kto powracał. Tam, gdzie nie kursowały pociągi, zesłańców pochodzenia szlacheckiego przewożono kibitkami. Były to duże wozy bez okien, z ławkami, ciągnięte przez kilka par koni. Siedzący w nich ludzie, stłoczeni byli jak śledzie w beczce. Wieziono ich na wschód w potwornych warunkach, nie troszcząc się, czy dojadą żywi. Zmarłych bez ceremonii wyrzucano z wozu. W ten sposób przesiedlano całe szlacheckie zaścianki z Litwy, Białorusi i Polski. Zsyłano wszystkich bez wyjątku: mężczyzn, kobiety i dzieci, młodych i starych. 
 
Kibitka.

Zesłańcom odbierano prawo do herbu i traktowano jak chłopów pańszczyźnianych. Z Warszawy wywożono więźniów transportami. Najpierw z Dworca Petersburskiego, a potem już bezpośrednio z Cytadeli, po zbudowaniu tam stacji kolejowej. Za katorżnikami szli lub jechali wynajętymi dorożkami osieleńcy; osoby zmuszone do osiedlenia się na określony czas na terenie imperium. Przysługiwały im pewne prawa, jakich nie mieli katorżnicy i zesłańcy.
Pędzono setki, może tysiące ludzi, opróżniając więzienia i przygotowując miejsce dla następnych aresztantów, zwożonych ze wszystkich stron kraju. Obok dorosłych, dreptały małe dzieci, niektóre kobiety niosły w ramionach niemowlęta urodzone w więzieniu. Pomiędzy młodszymi, wlekli się starcy, zaledwie rozumiejący, co się z nimi dzieje. Pochód był tak długi, że gdy pierwsze szeregi wstępowały na most na Wiśle, ostatnie dopiero opuszczały Cytadelę. Skazańców otaczały oddziały wojska, żandarmerii i kozaków, harcujących na swoich małych konikach pilnując, żeby nikt nie wymknął się z pochodu. Skamieniałe z bólu rodziny stojące przed Dworcem, patrzyły na ten męczeński pochód nieszczęśników, objuczonych resztkami dobytku.
Ranek wrześniowy był bardzo chłodny, po nocnym przymrozku bielił się na trawnikach szron. Katorżnicy trzęśli się z zimna, bezskutecznie próbując otulić się więziennymi łachmanami. Rozległy się gwizdki, wrzaskliwe komendy dowódców eskorty, usiłujących zaprowadzić porządek. Strażnicy jęli biczami okładać ramiona i plecy skazańców. Z tłumu patrzących na to rodzin, rozległy się krzyki i spazmatyczne szlochy. Kobiety mdlały, rozpoznawszy pomiędzy skutymi katorżnikami, ukochaną twarz. Mężczyźni zaciskali pięści, ujrzawszy w szeregu zesłańców żonę, córkę lub siostrę. Chwilami tłum przybierał tak groźną postawę, że eskortujący żołnierze nałożyli bagnety na lufy karabinów, gotując się do odparcia ataku.
A. Grottger. Na Sybir.

Poczekalniedworcowe rozbrzmiewały lamentami i zawodzeniem kobiet.      Odliczanie trwało nieskończenie długo Nareszcie strażnicy zaprowadzili jaki taki porządek i więźniów zapędzono na peron.         Załadunek trwał prawie do wieczora. Razem ze skazańcami, gehennę przeżywały ich rodziny. Dopiero kiedy ostatni więźniowie, głodni i spragnieni, znaleźli się w wagonach, a strażnicy zasunęli drzwi, zezwolono rodzinom wyjść na peron. Szalejące z rozpaczy gromady, rozbiegły się, zaglądając do zakratowanych okienek, wywołując nazwiska i imiona krewnych. Panie z Komitetu Opiekuńczego Kobiet, żegnały wszystkich odjeżdżających, podając im przez okna podarunki, słodycze i kwiaty. Uczynił się straszny hałas, krzyki, płacze, wołania. Pan Maciejewski z Niną, prowadzili słaniającą się ze zmęczenia panią Salomeę. Za nimi szła pani Maciejewska, pilnując tragarzy niosących ciężkie pakunki. Znajomy oficer stał przy pierwszym wagonie od lokomotywy. Skinął Ninie głową i uważnie sprawdził dokumenty pani Borutyńskiej. Stwierdziwszy, że dama posiada zezwolenie na pobyt na terenie Rosji, polecił strażnikowi otworzyć drzwi wagonu.
- Tam jest pani synowa, madame. - zwrócił się po francusku do pani Salomei. - Jeżeli chcecie jej coś podać, to prędko wrzućcie pakunki, bo zaraz zamykamy wagony. Proszę wsiadać, madame.
Pożegnanie zesłańca.
 Pani Salomea pożegnała się pośpiesznie, błogosławiąc każdego. Nie mówiła "do widzenia", bo wiedziała, że dla niej już nie ma powrotu. Nie pozwoliła sobie jednak na chwilę słabości, oczy miała suche, twarz pogodną. Nina również żegnała ją, nie uroniwszy ani jednej łzy, chociaż rozumiała, że jest to podróż z której się nie wraca. Ucałowała ukochaną ciocię tak, jak się całuje zmarłego przed zamknięciem trumny.
Oficer z kurtuazją podał starszej damie rękę, pomagając jej wspiąć się na cztery wysokie stopnie. Zniknęła we wnętrzu wagonu, nie obejrzawszy się więcej za siebie. Zamiast niej, w drzwiach stanęła śmiertelnie blada Emilka. Jej rozwarte szeroko oczy wyrażały obłędny strach. Rozchyliła usta, chcąc coś powiedzieć lub krzyknąć, ale strażnik wepchnął ją do wagonu i zasunął drzwi, starannie je ryglując.
Pani Maciejewska wydała okrzyk, aż dziki z rozpaczy i zemdlała, padając na płyty peronu. Mąż trupio blady, wstrząśnięty strasznym wyglądem córki, ukląkł przy żonie starając się ją ocucić. Przy transporcie rozgrywały się sceny rozdzierające serce. Odgłos zatrzaskiwanych drzwi wagonów, wydał się Ninie ostateczny, jak zgrzyt zasuwanej płyty grobowca. Dokoła ludzie płakali, krzyczeli, a kiedy jedne kobiety mdlały, inne szalały w ataku rozpaczy. Bielejącym w zakratowanych okienkach twarzom, przesyłano pocałunki i najczulsze słowa miłości. Niektórzy modlili się głośno, polecając skazańców Bogu.
Nad miastem zapadał cichy i pogodny zmierzch. Słońce już skryło się za horyzontem, na peronie i wzdłuż torów zapłonęły lampy gazowe. Ogromna lokomotywa z wysokim kominem, gwizdnęła ostro i wypuściwszy kłąb pary, sycząc powoli ruszyła z miejsca. Tłoki drgnęły, koła zaczęły się coraz to prędzej obracać. Wagony eszelonu wolno przesuwały się wzdłuż peronu, mijając stojący tam tłum. Zamknięci w towarowych wagonach więźniowie, zabierali z sobą czyjąś miłość, niespełnione marzenia i nadzieje, pozostawiając po sobie rozpacz i ból. Odjeżdżali, opuszczając najbliższych i ojczyznę.
Stojący na peronie ludzie, mieli twarze zalane łzami, a w oczach płomienie nienawiści. Nina zaledwie trzymała się na nogach, goniąc wzrokiem oddalający się eszelon. Pan Maciejewski podtrzymywał nieprzytomną żonę, nie odrywając wzroku od wagonu, w którym odjeżdżała córka. Płaczące rodziny zgromadziły się wokół księdza, żegnającego transport krzyżem i modlitwą. Niektórzy zaintonowali: "Kto się w opiekę odda Panu swemu", ale w tej samej chwili, z wagonu wiozącego katorżników, zerwał się potężny chóralny śpiew:
                                 Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki.
                                 Otaczał blaskiem potęgi i chwały.
Zanim ludzie zdołali ochłonąć z wrażenia, pociąg przyspieszył, a do uszu stojących na peronie rodzin, doleciał świst batów, odgłosy uderzeń i krzyki katowanych. Odpowiedział im rozpaczliwy jęk tłumu. Czerwona latarnia na końcu eszelonu migotała coraz słabiej, aż zgasła w oddali2.

Nina wyjęła z torebki sole i pomogła ocucić panią Maciejewską. Razem z nimi wsiadła do dorożki, konie ponaglane batem pobiegły kłusem. Miasto jeszcze nie spało, po ulicach przechadzali się mieszkańcy, wywabieni z domów pogodnym wrześniowym wieczorem. Z restauracji i nocnych lokali dochodziły głośne śmiechy i dźwięki muzyki. Pan Maciejewski tulił do siebie wpółprzytomną żonę. Nina oparła głowę o szorstkie obicie siedzenia i przymknęła powieki. Jej tłukące się przedtem serce zaczęło bić regularnie, czuła jednak ogromne zmęczenie i dojmujący smutek. Nie mogła zapłakać, choć wiedziała, że płacz przyniósłby jej ulgę, oczyszczając myśli i łagodząc ból. Marzyła, żeby położyć się i zasnąć choćby na wieki.
- Napiszę do cesarza. - powiedziała, przerywając milczenie.
- Nie warto.- w głosie pana Maciejewskiego brzmiała rezygnacja.- Moja córka była kurierem Rządu Narodowego. Zięć odebrał sobie życie, aby uniknąć śmierci na szubienicy. Moskale mają na to dowody.
Pani Maciejewska poruszyła się i otworzyła oczy pełne nieopisanego cierpienia.
- Moje dziecko nie przyjmie łaski z rąk zbrodniarza na tronie! - powiedziała z zawziętością. - Przenigdy! Zwłaszcza teraz, kiedy dowiedziała się od Salomei o śmierci Janusza!
Nina momentalnie przypomniała sobie, stojącą w drzwiach wagonu Emilkę, z obłędem w oczach i niemym krzykiem na ustach. Była przekonana, że obraz ten nie opuści jej aż do śmierci. Westchnęła ciężko wyobraziwszy sobie, że jutro opuści Warszawę i powróci do domu już sama. Zupełnie niespodziewanie przyszedł jej na myśl wiersz poety Seweryna Goszczyńskiego3, deklamowany niekiedy przez Jasia.
                                Obyście nigdy nie znali tych krajów,
                                Gdzie wieczna zima mrozem ścina dusze,
                                Gdzie gwałt i hańba - męczarnie - katusze
                                Prawem narodu - godłem obyczaju.
                                Obyście nigdy nie znali tych krajów.
Nad dachami Warszawy wschodził srebrny sierp księżyca.
                                             ---------------------------------------
Kiedy następnego dnia Nina wsiadała do karetki pocztowej, miasto spowijała poranna mgła, nadając mu dziwnie nierzeczywisty wygląd. Było szaro, wilgotno i miało się na deszcz. Trzasnął bicz, karetka drgnęła, lekko skrzypnęły osie, a konie ruszyły równym kłusem parskając raźno. Pocztowy powóz zagłębił się w mgłę poranka, wyruszając w daleką drogę do Makowa. Nina rozmyślała o okrutnym losie, który zabierał jej kolejno ukochane osoby. Przyjechała do stolicy z nieśmiałą nadzieją, że może jednak Wielenin pomoże jej uwolnić Emilkę, a wyjeżdżała pozbawiona złudzeń, z rozpaczą i niestety sama. A transport wiozący Emilkę i panią Salomeę, każdym obrotem kół oddalał się od kraju pędząc na wschód. Było jej bardzo przykro i wstyd, że odjeżdża, pozostawiając rodziców Emilki w nieszczęściu. Ale nie mogła im już pomóc i nie czuła się na siłach, by pozostać dłużej w tym mieście. Warszawa zawsze jej się kojarzyła z krótkimi, cudownymi dniami narzeczeństwa i małżeństwa, gdy razem z mężem i Jasiem chodzili na wykwintne kolacje, do teatrów i do parków na spacery. Byli wtedy tacy szczęśliwi i weseli.

Teraz odjeżdża, pozostawiając za sobą wspomnienia tamtych pogodnych dni. Jeszcze nie pogodziła się ze świadomością o śmierci Jasia i nie mogła spokojnie myśleć o tragicznym losie Emilki i pani Salomei. Na wspomnienie ich trojga, jej serce przeszywał ostry kolec przejmującego bólu. Spoglądała przez okno karety, na przesuwający się za nim jesienny krajobraz, w stronę fioletowo kwitnących wrzosowisk, i pełna głębokiego smutku nie wstydziła się gorzkich, bezsilnych łez.
Ale wracała w Góry Świętokrzyskie, a u kresu drogi czekał na nią ukochany dom, ramiona niani, może wiadomość od męża. Czekali na nią ludzie, których kochała oraz nieznana przyszłość, niosąca nowe wyzwania.
                                                 K o n i e c     t o m u     drugiego
1Juliusz Słowacki: " Pogrzeb kpt.Meyznera".
2Opis deportacji skazańców autentyczny.
3Seweryn Goszczyński (1801 – 1876) – poeta romant. „Zamek kaniowski“, „ Król zamczyska“.