wtorek, 30 sierpnia 2016

Nareszcie z Krakowa wracają Siekielscy!



30 sierpnia 2016 r.
Od rana Nina z drżeniem serca oczekiwała przyjazdu Starewicza, postanawiając targować się z nim tak długo, aż policja narodowa zdąży z interwencją. Tymczasem Starewicz nie przyjechał i nie pokazał się także na drugi dzień i w następnym tygodniu. Nina nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Nad jej głową nadal ciążyła groźba, i nieszczęście mogło spaść nagle, jak piorun z jasnego nieba. Odruchowo kuliła ramiona, jakby chroniąc się przed ciosem, lecz ten nie spadał. Przez jakiś czas była bardzo niespokojna, ale gdy nic się nie działo, zapomniała o Starewiczu w mnogości codziennych spraw i kłopotów.
Przede wszystkim postanowiła przygotować się przed nadejściem zimy. Zgromadzić zapasy żywności i paszy. Kapitan Soszkiewicz z pewnością powróci do leśnego obozu i należało pomyśleć o zapewnieniu powstańcom pożywienia oraz zaopatrzyć ich w odzież zimową. Tymczasem gotówki w kasie już było niewiele. Starania o uwolnienie Emilki poważnie nadszarpnęły budżet. Na ten cel nie żałowała ogromnych łapówek, dawanych każdemu kto obiecywał pomoc. Majątki nad Bugiem nie przynosiły już żadnego dochodu, prawdopodobnie całkowicie zniszczone i rozkradzione w czasie powstania. Na pieniądzach złożonych w bankach przez Aleksa i panią wojewodzinę, mogła spokojnie postawić krzyżyk, bo kapitały osób podejrzanych o działalność powstańczą znajdowały się pod kontrolą władz carskich.
Nina przeklinała prawo, broniące jej dostępu do własnych pieniędzy, których bardzo potrzebowała. Musiała zadowolić się tym, co pozostało jej w kasie - resztą pieniędzy pozostałą ze sprzedaży mieszkania w Warszawie. Część zebranych z pól zbiorów udało się jej korzystnie sprzedać bez udziału faktorów. Podejrzewała, że kupili je kwatermistrze z pułków rosyjskich, ale nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia, bo musiała utrzymać dom, opłacić służbę, nakarmić i przyodziać oddział powstańczy, a także opłacić podatki. Ostatecznie sprzedawała im tylko żywność, nie broń.
Miała osiemnaście lat, a czasem czuła się tak stara i zmęczona, jak zgrzybiała staruszka. Był to skutek ciężkich przeżyć, a także niedawno nabytej wiedzy o życiu i ludziach. Doświadczyła krzywd i zła na własnej skórze i od pamiętnej nocy 23 stycznia, cierpienia i troski nie opuszczały jej ani na chwilę. Towarzyszyła jej żałoba po zmarłym synku i bliskich. Początkowo sądziła, że nie potrafi znieść świadomości, że Jasia i wujostwa już nie ma i nigdy ich więcej nie ujrzy, jednak musiała żyć dalej i walczyć o przetrwanie.
Pewnego dnia zbuntowała się i pojechała na plebanię poskarżyć się księdzu.
- Nie jestem już w stanie utrzymywać tylu ludzi. - oznajmiła zmęczonym głosem. - Maków nie wytrzyma takich ciężarów! Idzie zima, chłopcom z lasu trzeba sprawić kożuszki, buty i ciepłą bieliznę. A ja nie mam pieniędzy! Wydaliśmy wielkie pieniądze na odbudowę wsi i remont pałacu, pomagam ludziom z Pliszkowej Górki, utrzymuję partię. Dawniej miałam dochody z majątków, które już nie istnieją, korzystałam z pieniędzy złożonych w bankach. Oddział leśny pomagali utrzymywać Siekielscy i pani wojewodzina, a nawet wuj Ksawery, bo kochał Jasia. Teraz sama muszę łożyć na wszystko, a przecież w partii służą zamożni obywatele ziemscy. Połowa mego majątku jest w ruinie, a rodzinne nieszczęścia kosztowały mnie tak wiele, że za te pieniądze mogłabym kupić miasteczko.
Proboszcz wysłuchał jej, kiwając głową i zgadzając się z przedstawionymi argumentami. Z kieszeni wyjął tabakierkę, zażył niuch tabaki i kichnął.
- Sama widzisz, moje dziecko, jak szybko wypala się w ludziach słomiany ogień. - zauważył, wycierając nos. - Pamiętasz, jak na początku powstania wszyscy deklarowali się z pomocą? A teraz, panowie dziedzice przychodzą do mnie z żalami, że powstańcy zabierają im konie, a oni, biedacy, nie mają zaprzęgu do karety, gdy jadą z wizytą! Naturalnie, ty sama nie możesz dźwigać tego ciężaru.
Nina westchnęła i odgoniła muchę z policzka.
- Ja nie chcę się skarżyć, ale jest mi bardzo ciężko. Rząd Narodowy ogłosił nową pożyczkę i trzeba ją zapłacić. Aby uchronić dom przez najazdem kozaków, opłacam podatki obu stronom. Może ksiądz dobrodziej pomówiłby z panną Lasewiczówną, bo ona wiele może. Niechby Rząd z własnych pieniędzy sprawił chłopcom kożuszki i buty, bo bieliznę same uszyjemy.
- Przyrzekam, że z nią pomówię. Niech i ona się dołoży, Poraje nie były zniszczone. A Starewicz się odezwał?
- Na razie nie, ale kiedyś powróci. - powiedziała i cień zgryzoty przemknął po jej bladej twarzyczce.
- Szkoda, że będąc w Warszawie, nie odwiedziłaś pana barona Kronenberga. On znał przecież pana hrabiego i mógłby ci pomóc.
- Kronenberg wyjechał do Karlsbadu.
- A to pięknie! - sapnął proboszcz przez nos. - Biali uciekają, pozostawiając Czerwonym uczyniony przez siebie bałagan. Potem oskarżą ich, że nie potrafili rządzić. Braciszek wrócił z Krakowa okropnie mizerny, tylko się przespał i pojechał dalej, bo wiózł listy dla Rządu. Dobrych nowin nie miał. W Galicji kłótnie i przepychanki, niektórzy znowu chcą dogadywać się z Mierosławskim i Langiewiczem. Oj, słaby to Rząd na dzisiejsze czasy. Uchwalono, że z jednej wsi ma stanąć większość mężczyzn od osiemnastu lat, uzbrojona w kosę i karabin. Dobry Jezu, przecież my dla walczących oddziałów nie mamy broni! Zresztą chłopi już do powstania nie pójdą. Coraz częściej się słyszy, że car chce znieść pańszczyznę i całe chłopstwo czeka na carski ukaz.
Nina opuściła głowę, a proboszcz patrzył na jej szczupłą twarz bez rumieńca, wielkie smutne oczy, nie rozjaśnione dawnym promiennym uśmiechem, który ogrzewał jego stare samotne serce. Nieszczęścia starły z niej czar pierwszej młodości.
- Pewnie ksiądz dobrodziej weźmie mi za złe to, co powiem, lecz moim zdaniem należy skończyć to powstanie, zanim nie doprowadzimy kraju na samo dno upadku. Należało przyjąć amnestię, a nie unosić się honorem. Ocalilibyśmy życie wielu wspaniałym ludziom, a mój mąż mógłby powrócić do domu.
- Miałaś od niego wiadomość?
- Tak. Przebywa za granicą w bardzo przyjemnym miejscu. Tam nie brakuje mu rozrywek.
- Ja tego nawet słuchać nie chcę! - zawołał proboszcz, unosząc w górę obie dłonie obronnym gestem. - Przecież on ciebie kocha, a że nie okazuje tego przy każdej okazji, bo jest żołnierzem, a nie ckliwą babą. Taką już ma naturę.
- Możliwe. - zgodziła się z niezwykłą u niej uległością. - Prosiłabym księdza o mszę żałobną za Jasia i wujostwo. - sięgnęła do sakiewki i podała proboszczowi dwadzieścia rubli, lecz on odsunął jej rękę.
- Ta parafia od zawsze należała do Borutyńskich, więc codziennie odprawiam za nich modły. Niestety, obecnie Sarniki nie mają dziedzica, bo Binia daleko, więc i kościoła nie ma kto utrzymywać. Napiszę do biskupa i chyba przyjdzie mi na stare lata wynosić się z tych kątów.
- A dziękuję dobrodziejowi! - prychnęła gniewnie Nina. - Ładne ksiądz ma wyobrażenie o swoich parafianach. Proszę donieść księdzu biskupowi, że dziedziczki Sarnik i Makowa zadeklarowały się łożyć na kościół i proboszcza. Przecież ja i Binia bardzo kochamy księdza proboszcza i nigdy go stąd nie puścimy!
Ksiądz uścisnął ją wzruszony. Pogadali jeszcze chwilę i Nina wyszła z plebanii, kierując się w stronę cmentarza. Zamierzała zmówić pacierz przy krypcie Borutyńskich, szalenie tęskniąc za Jasiem. Uklękła na kamiennym stopniu przed kryptą i zaczęła odmawiać modlitwę, rozpamiętując jego ostatnie chwile. Wiedziała, że bez niego i wujostwa, życie już nigdy nie będzie takie samo, a cierpienie stało się jej nieodłącznym towarzyszem. 
Miała żal do Pana Boga, że dopuszcza do tak okrutnych zbrodni i sprawia, że pozostają bezkarne. Wsparta czołem o żelazne drzwi krypty, zdołała odmówić tylko"Wieczne odpoczywanie" i podniosła się z klęczek zirytowana, z gniewnie zaciśniętymi ustami i pełna wątpliwości. Pamiętała, że Jaś przed śmiercią zwątpił w istnienie Boga. Miotana sprzecznymi uczuciami, czuła się zagubiona i miała wrażenie, że żyje w próżni. Odwiedziła jeszcze grób Pauli, lecz tylko po to, żeby zmieść z płyty opadłe liście. Paula od dawna jej się już nie śniła, bo sama o tym nie wiedząc, stała się twarda i sceptyczna.
Nazajutrz z samego rana, przybył chłopak z Brzezińca, przywożąc bilecik od Zosi. Siekielscy nareszcie wrócili do domu i zaraz zaprosili ją do siebie, bo Tadeusz był jeszcze bardzo osłabiony po męczącej podróży i nie czuł się dobrze. Nina wydała okrzyk radości i poleciła zaprząc do dwukołowej bryczki, zaś pani ochmistrzyni zapakowała w wielki kosz domowe przysmaki, wkładając dwie butelki szampana dla chorego. Jadąc wyciągniętym kłusem, Nina zapatrzyła się na śliczny krajobraz roztaczający się przed jej oczami: zielone łąki spływające łagodnie ku dolinom i pola, ciągnące się aż po kres horyzontu, zamknięty zalesionymi wzgórzami. Kryte strzechą dachy wiosek, drewniane lub kamienne kapliczki przydrożne i górujące na wzgórzach ruiny zamków. W przyrodzie panował już jesienny spokój. Czasami bzyknęła spóźniona pszczoła, przez krzewy przemknął szarak, zabeczała owca i cicho szemrał strumień. Na polach pastuchy piekli w ognisku ziemniaki, a ostry zapach dymu unosił się w mglistym powietrzu ku niebu. Ponagliła lejcami kłusaka i prędko przebyła przestrzeń dzielącą ją od Brzezińca.
Na ganku stała Zosia i zobaczywszy wyłaniającą się z tumanu kurzu bryczkę, zbiegła po schodach, rzucając się wysiadającej Ninie na szyję.
- Och, moja ty, najdroższa! - zawołała, obsypując ją pocałunkami. - Nareszcie!

- Trusieńko, jakże ja za wami tęskniłam! Teraz tylko wy mi pozostaliście.
- Wiemy o wszystkim. - błękitne oczy Zosi napełniły się łzami. - Moje kochanie, musiałaś sama znieść tyle zmartwień, że ugiąłby się pod nimi silny mężczyzna. To było prawdziwe piekło! Nie wyobrażasz sobie nawet, jak śmierć Jasia uderzyła Tadzia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo go kochał. Całą noc nie zmrużył oka, a kiedy myślał, że ja śpię, wciskał głowę w poduszki i płakał. Rozumiesz? On płakał, a przecież po śmierci ojca nie uronił ani jednej łzy! Boże, wszyscy znaliśmy się od dziecka i dla nas śmierć Jasia to ogromna strata, prawda? Najpierw Władek Lasewicz, potem Stasia zamknęła się w klasztorze, a teraz Janek nie żyje, Emilka zesłana. Zginęli państwo Borutyńscy, a pani Salomea towarzyszy synowej. Z całego serca współczujemy biednej Bini, bo straciła rodziców, brata i krewnych. Ale chodźmy do domu, bo pewnie Tadek się już niecierpliwi. Pokażę ci Stefana, bardzo urósł i już zaczyna mówić. Kochanie, nie okazuj po sobie, że widzisz w Tadziu jakąś zmianę. On tego nie znosi. Bardzo ciężko przeżywa swoje kalectwo.
Wzięły się za ręce i razem weszły do dworu. Nina spostrzegła, że Zosia się zmieniła. Zeszczuplała, jej buzia dawniej po dziecinnemu pełna, teraz zapadła, uwydatniając wysokie kości policzkowe. Ruchy miała szybkie, energiczne i zdecydowane, a jej oczy niegdyś takie figlarne i wesołe, były zadumane i smutne. Tadeusz siedział w małej bawialni przy szeroko otwartym oknie wychodzącym na ogród. Wciśnięty w głęboki fotel, wydawał się szkieletem ubranym w garnitur. Ubranie wisiało na nim jak na kołku. Z głową wspartą na dłoni, patrzył przez okno na zaglądające do wnętrza pokoju pnącza więdnących róż, obrastających ściany dworu. Na widok pustego rękawa jego surduta przypiętego agrafką, Nina z całej siły zagryzła wargi, powstrzymując wybuch płaczu. Przystanęła na środku pokoju, wpatrując się w jego ponurą, źle ogoloną twarz.
- No, co tak stoisz i patrzysz? - odezwał się szorstko. - Nie poznajesz mnie? Chodź, pocałuj mnie na powitanie. Zośka nie będzie zazdrosna.
Jak podcięta biczem, podbiegła do niego i zarzuciła mu obie ręce na szyję, pokrywając jego zarośnięte policzki pocałunkami i łzami. Całowała go i tuliła do piersi jego głowę, szybko mrugając powiekami, aby ukryć wzruszenie. Gładziła czule jego faliste, jasne włosy, w których ze zgrozą dostrzegła wiele srebrnych nitek. Na jego twarzy malowało się cierpienie, więc starała się być silna ze względu na niego.
- Bogu Najwyższemu dzięki, że żyjesz, Tadziuniu. - powiedziała, siadając przy nim i biorąc w obie dłonie jego jedyną rękę. - Już nie mogłam się was doczekać. Ale rozumując mniej egoistycznie, strasznie ryzykujecie, wracając do kraju. Policja musi wiedzieć, że byłeś w powstaniu i jesteś podejrzany.
Na twarzy Tadeusza ukazał się wyraz gniewnej rezygnacji.
- Co mogą mi zrobić? W kopalni się nie przydam, zanim zdążą mnie zesłać, zdechnę w więzieniu. Aresztują mnie i skażą na kilka lat odsiadki w celi? Cóż, posiedzę i wyjdę. Tak Nino, dla mnie wojaczka skończona. Jeżeli mam opuścić ten świat, to chcę umrzeć na własnej ziemi i pod dachem rodzinnego domu.
- Zabraniam ci tak myśleć i mówić. Nie czas na śmierć, jesteś młody, masz żonę i syna. - powiedziała stanowczo, gładząc i całując jego rękę.
- Co komu z kaleki? I tak miałem więcej szczęścia niż rozumu, że potrafiłem wywinąć się kostusze. Innym ta sztuczka się nie udała. - przerwał i chrząknął głośno, jakby coś miał w gardle. - No bo kto mógł przewidzieć, że Janek zginie tak nagle, w przypadkowym spotkaniu z kozakami? Mówię ci, Nino, nie umiem pogodzić się z tą myślą, że jego już nie ma. Nie potrafię oswoić się z tym okropnym faktem. No, nie mogę, do cholery!...- zacisnął zęby i skurcz wykrzywił jego chudą, zabiedzona twarz.
Zosia pospiesznie nalała do kieliszka odrobinę lekarstwa i podała mu je, ale on odepchnął jej rękę i odwrócił głowę.
- Nie chcę! - warknął.
Nina wzięła łyżeczkę z rąk Zosi i podała ją Tadeuszowi z tak wymownym wyrazem twarzy, że bez sprzeciwu połknął lekarstwo.
- Grzeczny chłopiec. - pochwaliła. - Musisz być prędko zdrowy, bo jest dużo pracy. Walczyć można nie tylko z bronią w ręku. I nie waż się warczeć na Zosię, ona chce ci pomóc. Powiem wam, kochani, że mam wyrzuty sumienia, bo bez zastanowienia powiedziałam Jasiowi, że Emilka straciła w więzieniu dziecko! - wyznała, nie mogąc wybaczyć sobie, iż nie zataiła przed Jasiem tego strasznego faktu. - Kto wie, może nie doszłoby wtedy do tej tragedii. Ale powróciłam z Warszawy kompletnie rozbita, załamana przeświadczeniem, że wszelkie wysiłki zawiodły i nie zdołałam wyciągnąć Emilki z Cytadeli. Nie myślałam rozsądnie i zachowałam się jak idiotka, informując o tym Jasia. Jezu, przeraziłam się, bo odniosłam wrażenie, że oszalał! Był jak nieprzytomny i wygadywał straszne rzeczy. Nawet z matką nie chciał się widzieć, tylko wsiadł na konia i zaszył się gdzieś w lesie. Prosiłam, błagałam go na kolanach żeby został, ale nie chciał mnie słuchać. Byłam wstrząśnięta, bo kazał sobie podać wódki i wypił jednym tchem pół litra!.... Był pijany i nieszczęśliwy. Myślę, że ochłonąwszy nieco, rano jechał do Makowa, żeby zobaczyć się z matką i wtedy dopadli go kozacy. Chyba tak było, bo prawdy o jego ostatnich godzinach, nie dowiemy się nigdy.
Tadeusz wysłuchał jej blady, zaciskając palce jedynej dłoni na poręczy fotela.
- Boże! - szepnęła Zosia, patrząc z przerażeniem na męża i na Ninę. - To biedna Emilka straciła dziecko? Więc nic po Jasiu nie pozostanie? To niesprawiedliwe, okrutne!
- Tak, straciła dziecko na skutek brutalnego przesłuchania. Powiedziała nam, że oni zabili w niej dziecko. Ale tego już nie powtórzyłam Jasiowi, bo chyba by się zabił w moich oczach. Oboje tak czekali i cieszyli się na to dziecko.... Biedna ciocia Salusia, całą wyprawkę zdążyła uszyć i wyhaftować. - zamilkła i głęboko zaczerpnęła powietrza, żeby się nie rozpłakać. - Emilkę widziałam po raz ostatni w wagonie, przed ruszeniem pociągu z skazańcami. W szpitalu więziennym obcięli jej te wspaniałe włosy i wyglądała jak dziewczynka, taka drobna i krucha. Chciała coś powiedzieć, czy krzyknąć, ale sołdat odepchnął ją i zatrzasnął drzwi. Nie ma już Borutyńskich!
Zosia przeżegnała się i szeptem odmówiła modlitwę za umarłych. Potem siedziała w milczeniu, nie znajdując słów, które mogłyby przynieść pocieszenie.
- Żeby nie ta przeklęta ręka, poszedłbym ich pomścić! - uniesiony wichrem rozpaczy Tadeusz zacisnął dłoń w pięść. - Do wszystkich diabłów, na oczach całej Europy dzieją się u nas podobne zbrodnie i nikt, absolutnie nikt nie zaprotestuje! - uderzył pięścią w poręcz fotela, a w jego oczach ukazały się łzy żalu i wściekłości. Odetchnął głęboko i opanował się całym wysiłkiem woli. - Nino, opowiedz nam o wszystkim szczegółowo. Chcemy dowiedzieć się prawdy o losach naszych przyjaciół. Nadal trudno mi przyjąć do wiadomości, że życie Jasia tak brutalnie zostało przerwane.
Nina skupiwszy się, cichym, bezbarwnym głosem zaczęła wspominać wydarzenia z ostatnich tygodni życia Borutyńskich, nie pomijając niczego. Siekielscy siedzieli w milczeniu, nie przerywając jej nawet słowem. Gdy opisywała śmierć wuja Ksawerego, ciotki Marii i doszła do tego, co znalazła pod spalonymi wrotami stodoły, Tadeusz zerwał się z fotela i wypadł z pokoju jak szalony. Zosia głośno płakała. Nina dygotała z nerwów i rozbolała ją głowa. Poczuła się tak zmęczona, że marzyła o położeniu się do łóżka i długim, mocnym śnie. Rozbolał ją żołądek i miała ucisk w klatce piersiowej.
- Darujcie!...- jęknęła. - Nie mogę. Nie chcę o tym myśleć, nie chcę o tym więcej mówić. Zosiu, miałaś mi pokazać Stefana. Przecież to mój chrzestny syn.
Zosia otarła chusteczką oczy i długo wydmuchiwała nos. Potem zadzwoniła i kazała służącej przynieść dziecko.
- Jesteśmy ci, Ninko, winni dozgonną wdzięczność, bo majątek zastaliśmy w kwitnącym stanie. Nawet w Ciążynach pola były obsiane i teraz dają plon. - Zosia pochyliła się i ucałowała przyjaciółkę.
- Twój całus należy się panu Bochniakowi, panu Marcinkiewiczowi i rządcy, bo to oni doglądali waszego gospodarstwa, gdy ja siedziałam w Radomiu i w Warszawie. A ekonoma dostaliście ze spalonych Sarnik. To porządny człowiek i zna się na gospodarstwie. Umieściłam go w Ciążynach.
- W takim razie podziękuj tym panom. - usłyszała głos Tadeusza. Stał w drzwiach pokoju i miał oczy czerwone od łez, lecz wydawał się spokojniejszy. - Jak wyzdrowieję, sam im podziękuję. Jesteś wspaniałą dziewczyną! Teraz, kiedy wojaczka się dla mnie skończyła, pora wrócić do roli hreczkosieja. Czy naczelnik wie już o nieszczęściu, jakie ciebie spotkało?
- Nie. Właśnie Orlewicz zabrał mój list do męża. Podobno jest za granicą i nie wiem, kiedy go zobaczę. Och, mógłby mnie zabrać z sobą! - bąknęła z jawną urazą.
- Kotku, nie bądź dzieckiem. - Tadeusz musnął palcem jej policzek. - Słyszałem, że to jakaś diablo ważna misja. Przed wyjazdem naczelnik był u mnie w szpitalu i wspomniał, że Rząd zamierza wykorzystać jego znajomości u pana ministra Walewskiego i księcia Władysława Czartoryskiego. Podobno szykują się jesienią wielkie zmiany i ludzie gadają o nowej dyktaturze. Ale na razie to tajemnica. Bądź dobrej myśli, bo naczelnik powinien wkrótce wrócić do kraju.
Hr. A. Collona Walewski
 Ale Nina wcale się nie rozchmurzyła, mając w sercu wielki żal do męża. Niańka przyniosła Stefana i rozmowa zeszła na inne tory. Nina wzięła chłopczyka na ręce i ucałowała. Był taki śliczny i wcale się jej nie bał. Pomyślała, że jej synek też byłby piękny, wziąwszy urodę po ojcu i po niej. Los był dla niej wyjątkowo niesprawiedliwy, zabierając jej to dziecko. Jakiś czas bawiła się z malcem, łaskocząc go i podrzucając.
- Boże, jak on wydoroślał i jest taki słodki! - pochwaliła, oddając dziecko piastunce. - Nie baliście się przechodzić granicy z małym dzieckiem?
- Och, dałam mu odrobinę wina i spał całą drogę. - wyjaśniła Zosia. - Zastanawialiśmy się nawet, czy nie osiąść w Galicji na stałe, bo Leonia, siostra Tadzia, chciała nam oddać duży folwark w dzierżawę. Ale Tadek się uparł i wróciliśmy.
- To mój dom rodzinny i moja ziemia. Nigdy nie porzucę ojcowizny! - zareagował Tadeusz ostro i Zosia natychmiast umilkła, nie chcąc go drażnić.
- Zosieńko, poślij kogoś do mojej bryczki, bo przywiozłam z sobą trochę wędlin na przekąskę. Są tam też dwie butelki Dom Perignon1, to wzniesiemy nim toast za żyjących i tych, co odeszli.
Przy obiedzie Zosia siedziała obok męża, pomagając mu w jedzeniu. To go najwyraźniej denerwowało i upokarzało, bo gniewnie się zżymał, niechętnie przyjmując jej pomoc. Jeszcze nie zdążył pogodzić się ze swoim kalectwem i pomoc żony uważał za dyshonor. Za każdym razem kiedy Zosia wyciągała rękę, aby zawiązać mu serwetę pod brodą, czy pokroić mięso, fukał na nią jak rozeźlony jeż. Ale po kilku kieliszkach wina nabrał lepszego humoru i zaczął opowiadać o tym, co się dzieje w Galicji.
W tym czasie, na terenie Małopolski przebywało, co najmniej trzy razy tyle powstańców, co na polu walki. Jedni byli dopiero kandydatami na żołnierza, inni należeli do rozbitych partii, lub byli pospolitymi dezerterami. Niektórzy udawali tylko, że pragną walczyć i pobierali żołd, nie kwapiąc się przejść na drugą stronę Wisły do walczących oddziałów. Żyli sobie bardzo wygodnie, strojąc się w cudze piórka i udając bohaterów. Przyjmowano ich w domach prywatnych, karmiono i pojono, oczywiście za darmo. Namnożyło się mnóstwo różnych władz, często samozwańczych, jakichś dygnitarzy, agentów dyplomatycznych, generałów bez armii, i wojska bez generałów. Magnaci już zaczynali politykować i zachwalać swoich kandydatów do korony Polski! Jedni życzyli sobie koniecznie Habsburga, inni Romanowa, jeszcze inni kogoś z dynastii Napoleonidów. To było i śmieszne i tragiczne, w dobie rozpaczliwych zmagań garstki powstańców z przeważającymi siłami wroga. Po całej Europie włóczyli się prawdziwi lub rzekomi urzędnicy władz powstańczych, działając w podejrzanych misjach wojskowych i dyplomatycznych. Obnosili się po paryskich salonach i burdelach z narodową tragedią, wylewając publicznie swoje żale. Płacili krocie luksusowym prostytutkom pieniędzmi, uzbieranymi ze składek żyjącego w niedostatku społeczeństwa. Ich kosztowne kochanki, będące najczęściej tajnymi agentkami wywiadu rosyjskiego, bez trudu wyciągały od nich sekrety dyplomatyczne.
W krakowskich i lwowskich kawiarniach i restauracjach, przy zakąskach z kawiorem, zakrapianych szampanem, głośno opowiadano sobie o tajnych planach Rządu Narodowego. 
Handlarze bronią dorabiali się kolosalnych majątków, na dostawach zdezelowanych karabinów, wilgotnego prochu i zardzewiałych szabel. Walczące w ciężkim trudzie oddziały powstańcze, często z ich winy, bywały niemal bezbronne. Żydowscy dostawcy trzymali w magazynach mundury z najgorszego gatunku sukna, szyte zetlałymi nićmi. Rząd płacił za tę tandetę tysiące srebrnych rubli i złotych imperiałów. Podobnie liche było obuwie, wcale nie nadające się do marszów. Broń składana po dworach szlacheckich, rdzewiała bez użytku, a sprowadzana do niej amunicja miała inny kaliber. Młodzież całkiem zdemoralizowana miesiącami oczekiwania na wymarsz do walki, włóczyła się po spelunkach, zadając się z ulicznicami i przywoziła do domu, zamiast chwalebnych ran, syfilis. Tak wyglądały kulisy powstania, pozbawione romantycznego nimbu.
- Et puis c'est ridicule2! - w głosie Tadeusza brzmiała gorycz. - Nie mogłem już patrzeć na to bez wstrętu. Tak znienawidziłem tę naszą narodową głupotę i podłość, te idiotyczne decyzje Rządu, że niekiedy żałowałem, iż zdecydowałem się przystąpić do powstania. Widziałem osobiście wałęsających się po Krakowie darmozjadów, przepijających po knajpach rządowe pieniądze z naszych podatków i często zadawałem sobie pytanie:"za co, za kogo my się bijemy?" Bo przecież nie za ten wiecznie skłócony, nieudolny Rząd, nie za pana Mierosławskiego i nie za magnatów, gotowych już dziś kupczyć koroną Jagiellonów która, jak oznajmił złośliwie Langiewicz, była znowu do nabycia! Zastanawiałem się, za co zginął mój teść, zamordowany przez upodlone chłopstwo i mój ojciec, zastrzelony przez brutalnego żołdaka? Powiedzcie mi, za kogo umarł samobójczą śmiercią Jaś, tak potwornie umęczony? Jezus Maria, dlaczego nas tak podle oszukano, szafując beztrosko naszym życiem? - Tadeusz zamilkł i zmęczony ciężko oddychał. Ochłonąwszy z gniewu, ciągnął już spokojniej: - Dlatego wolałem wrócić do Brzezińca i mieć do czynienia z prawdziwym nieprzyjacielem, niż z ludźmi, których najchętniej kazałbym rozstrzelać bez sądu za zdradę narodu!
Nina pokiwała głową, nie chcąc mu przypominać, że sama wielokrotnie ich ostrzegała, nie wierząc w obietnice Rządu i celowość powstania.
- A czego tyś się spodziewał? - zagadnęła bez złośliwej satysfakcji. - Myślisz, że tutaj jest lepiej? Szlachta już ostygła z emocji, zapomniała o szczytnych obietnicach i słomianym zapale. Większość po cichu szuka porozumienia z carskimi władzami i podejrzewam, że jak tylko powstanie upadnie, zacznie się płaszczyć przed carem. Tak to zwykle u nas bywa. Przypomnij sobie, co się działo po upadku powstania w trzydziestym pierwszym roku. Chłopi czekają na carski ukaz o uwłaszczeniu, bo w żadne Manifesty Rządu nikt nie wierzy, gdyż nie są poparte siłą.
- Nie, nie! - zawołała Zosia z przerażeniem. - Oboje zbyt czarno widzicie przyszłość!
- Kochanie, ja nie jestem wróżką, ale obawiam się, że jesteśmy jeszcze optymistami w porównaniu z tym, co nas w przyszłości czeka. - westchnęła Nina.
- A moim zdaniem robicie z góry straszny fuss3! - upierała się Zosia, lękając się, że silne emocje mogą zaszkodzić mężowi.
- Może masz rację. - powiedziała dyplomatycznie Nina i zmieniła prędko temat. - Tak się cieszę, że znowu jesteśmy razem. Smutno tu u nas. Pani wojewodzina nie żyje, podobnie jak wujostwo Borutyńscy. Państwo Wąsoccy z Jadwigą wyjechali aż na Mazowsze, a nasza słodka Dorotka, ma czuły liaison z własnym pisarzem prowentowym. Kapitan Soszkiewicz wymaszerował z leśnego obozu, nie wiadomo gdzie. Tymczasem mój Maków ledwie zipie, bo zrujnowało mnie powstanie, niszcząc majątki nad Bugiem. Ach Boże, żebyście wiedzieli, co się działo na Dworcu Petersburskim....
Zapominając, że miała nie poruszać drażliwych tematów, obrazowo odmalowała im gehennę skazańców przemocą ładowanych do wagonów eszelonu. Opowiedziała o determinacji pani Salomei, chcącej towarzyszyć synowej na zesłaniu i o Emilce, tak strasznie nieszczęśliwej i na wpół oszalałej z rozpaczy. W końcu nie wytrzymała i rozpłakała się jak małe dziecko, wtuliwszy się w ramiona Zosi. Tadeusz nie próbował jej uspokajać, wierząc w oczyszczającą moc łez. 
 Zosia kołysała ją w ramionach, czekając aż przyjaciółka się uspokoi.
- Przepraszam, muszę napić się wody. - szepnęła Nina, ocierając mokre policzki i oczy.
- Zaraz ci przyniosę. - Zosia porwała się i sama pobiegła do pokoju kredensowego.
Tadeusz podniósł się i ucałował policzek i ręce Niny.
- Przeszłaś prawdziwe piekło, samotnie stawiając czoło nieszczęściom. Ale teraz już nie będziesz sama. Masz nas.
- Ach, Tadziu! - westchnęła żałośnie. - Nie myliło mnie przeczucie, że w styczniu zaczęliście złą grę.
- Ja to widzę teraz inaczej. Przeciwko sile zła, istnieje siła oporu. Jestem ci bezgranicznie wdzięczny, bo przed chwilą dałaś mi odpowiedź na moje pytanie: "za co i za kogo się bijemy?" Otóż bijemy się za katowanych w Cytadeli i w carskich więzieniach patriotów, za pędzone na Sybir kobiety, dzieci i mężczyzn, za naszych powstańców wieszanych i rozstrzeliwanych. Walczymy, aby takie kobiety jak ty, Zosia, Emilka, czy pani Salomea żyły w wolnej Polsce.
Nina pomyślała, że gdyby nie wybuch powstania, żyłby Jaś i wujostwo Borutyńscy, Emilka urodziłaby szczęśliwie dziecko, a ciocia Salusia dożyłaby później starości, opiekując się wnukami. Ale nie chciała odbierać Tadeuszowi wiary, że nie walczył na próżno.
- Jak trochę przyjdę do siebie, zaraz wezmę się za gospodarkę. - powiedział Tadeusz. - Przez cztery dni szliśmy po kilka wiorst nocami. Myślałem, że prędzej mnie szlag trafi, zanim dowlokę się do domu. Jestem jeszcze bardzo słaby. Zosiu! - zawołał do żony, zajętej w pokoju kredensowym.- Przynieś szampana!
- Wiesz, Tadziu? - szepnęła Nina, ujmując go za rękę. - Nieraz chciałam się upić, tak do nieprzytomności, żeby zapomnieć, nie pamiętać. Ale to nic nie pomaga, bo ja nie umiem zapomnieć.
Pochylił się i przycisnął usta do jej włosów, lecz zaraz potem wyprostował się i rzekł z cieniem dawnego, łobuzerskiego humoru:
- Ja się potrafię ululać w trupa, szczególnie po tym, co mnie spotkało. Kotku, miej cierpliwość, winniśmy ci trzy tysiące rubli. Zwrócę je z procentem, ale dopiero jak zorientuję się w stanie majątku.
- Oszalałeś? Nic nie jesteście mi winni i koniec! Jak przyjedziesz z Zosią do Makowa, wyprawię na waszą cześć przyjęcie i oblejemy wasz powrót szampanem.
Wróciła Zosia ze służącą, niosącą za nią tacę z butelką wina, kieliszki oraz szklankę wody dla Niny.
- Po takiej rozmowie, człowiek musi się napić czegoś mocniejszego, żeby zachować wszystkie klepki w głowie. - mruknął Tadeusz i z powagą wzniósł toast: - Za tych, co walczą!
Siedziała w Brzezińcu do wieczora, bo Siekielscy nie chcieli jej puścić. Teraz oni byli najbliżsi jej sercu. Po kolacji, Zosia poszła ułożyć synka do snu, a Tadeusz korzystając z bezcennej chwili prawdziwej bliskości, odezwał się półgłosem:
- Przeżyłem tylko dzięki tobie, bo ten oficer rosyjski uratował mnie dla ciebie. Pamiętam go z Makowa. On się w tobie kochał, prawda? Jest diablo przystojny!
- Nic mi o tym nie wiadomo.- odrzekła spuszczając oczy. - Ręczę ci, Tadziu, że pan pułkownik Wielenin pomógłby ci, nawet mnie nie znając.
- Ho, ho! - Tadeusz zmrużył oko i parsknął śmiechem. - Mów to, złotko, komu innemu. A wiesz, chyba pan naczelnik jest o niego zazdrosny, bo koniecznie chciał wiedzieć, czy ten Rosjanin wspominał ciebie.
- Bo Orlewicz głupio się wygadał!- wybuchnęła gniewnie. - Alek się zdenerwował i zrobił mi"cudną godzinę" W Warszawie, jak Emilka siedziała w Cytadeli, poszłam do Belwederu, szukać u pana Wielenina pomocy... Tadeusz, mówię to tylko tobie! On pomógłby Emilce z pewnością i to była moja ostatnia szansa. Ale niestety nie zastałam go, bo już wyjechał na stałe do Rosji. Wiem, że mąż by mi tego kroku nie wybaczył, chociaż nie ma wcale powodu do zazdrości, bo przecież między panem Wieleninem a mną, nic nie było. - zakończyła, nieco mijając się z prawdą.
Tadeusz podniósł jej głowę i zajrzał głęboko w oczy.
- Nino, ja też widziałem, jak w Makowie czule na siebie zerkaliście. Ech, żeby tak wszystkie Polki umiały uwodzić Rosjan jak ty, wygralibyśmy powstanie bez jednego wystrzału! - zaśmiał się i poklepał ją po ramieniu.
Na odjezdnym, Tadeusz dał jej dla ochrony aż czterech parobków uzbrojonych w cepy, a oni odprowadzili ją pod samą bramę Makowa. Oczekująca na jej powrót Jaga, powitała ją wymówkami.
- Nianiu, nie krzycz na mnie. - powiedziała zmęczona Nina . - Przecież byłam tylko u sąsiadów. Nie baluję w Paryżu, nie bawię się, więc muszę mieć jakąś rozrywkę. Tak się cieszę, że Siekielscy nareszcie wrócili. Och, żebyś ty widziała Tadeusza! Sama skóra i kości. Jest jeszcze bardzo słaby i niesprawny, a to kalectwo zrobiło z niego okropnego nerwusa. Biedna Zosia tak dzielnie znosi jego grymasy. Ale trudno mu się dziwić... Pamiętasz, jaki był z niego świetny tancerz i jeździec, jak dobrze władał szablą?
- To dlatego jesteś w takim złym humorze?
- Nie dlatego! - wybuchnęła Nina z rozdrażnieniem, ciskając na wszystkie strony różne części garderoby. - Tylko, że ja tu sobie żyły wypruwam, aby utrzymać majątek, a Alek paraduje po Polach Elizejskich i pewnie obwozi powozem wymalowane ladacznice!
- Chryste Panie! - przeżegnała się Jaga. - Wierzysz w to, co mówisz?
- Oczywiście. Nie wszystko wiesz o moim szanownym małżonku! Nie zawsze był cnotliwy. Boże, a ja tak marzyłam, że kiedyś razem zwiedzimy Paryż. Wybieraliśmy się tam z Jasiem i Emilką. - zatrzymała się na środku pokoju i westchnęła. - A teraz Emilka i ciocia Salomea jadą w najdłuższą podróż swego życia, Jaś nie żyje, a Tadek.... O nianiu, nie mogłam patrzeć na ten jego pusty rękaw! Już nigdy nie zagramy razem Mozarta. Nigdy! - powstrzymała cisnące się jej do oczu łzy i prędko powiedziała : - Stefan bardzo wyrósł i jest śliczny. Tak bym chciała żeby był mój!
Jaga zajęta porządkowaniem porozrzucanych rzeczy, podniosła głowę i zaczęła się jej ukradkiem przypatrywać. Nina spostrzegła to i odniosła wrażenie, że niania wie coś, o czym jej nie powiedziała.
- Przecież ty nie lubisz dzieci. - zauważyła Jaga ściszonym głosem.
- Nie lubię córki, bo była okropnie brzydka i wstydziłam się jej. Nie, źle mówię: ja wstydziłam się siebie. Tego, że nie potrafiłam urodzić mężowi zdrowego, ładnego dziecka. W lecie miałam nadzieję, że zrobię Alkowi niespodziankę, ale nic z tego nie wyszło.
Jaga weszła do garderoby i udawała, że jest zajęta wieszaniem w szafie amazonki. Lękała się, żeby spostrzegawcza Nina z wyrazu jej twarzy nie domyśliła się prawdy.
- Nawet nie myśl o dziecku. - powiedziała szorstko. - Już zapomniałaś, że byłaś o krok od śmierci? - niania zdecydowała się wyjść z garderoby i niby odruchowo pogładziła ją po głowie.
- Może to tylko pierwszy raz było tak ciężko? - stęknęła Nina, ściągając z nóg wysokie buty do konnej jazdy. - A zresztą, skąd ja wezmę dziecko, kiedy Alka wciąż nosi po świecie? Drugi rok jestem mężatką, żyję się jak stara panna, a prowadzę się jak wdowa! - wyładowując złość, Nina z pasją rzuciła butem o ścianę.
- Przecież mamy powstanie. Kto wie jaki los czekałby to dziecko.
- Nianiu, powtarzasz moje słowa! Na litość boską, zawsze chciałaś żebym miała więcej dzieci. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle zmieniłaś zdanie?
Jaga bąknęła coś pod nosem i prędko zakończyła rozmowę, wychodząc z pokoju..
1Dom Perignon - wykwintny gatunek szampana.
2Et puis... - Przecież to w najwyższym stopniu śmieszne !
3 Fuss. - (ang.) - gwałt,zamieszanie.