czwartek, 4 sierpnia 2016

Nareszcie znalazł się kupiec! Radosna wiadomość!


  4 sierpnia 2016 r.
Nina była załamana niepowodzeniem w sprzedaży apartamentu..
- Nigdy w życiu nie miałam uprzedzenia do Żydów, bo ci, których znałam, byli uczciwymi, ciężko pracującymi ludźmi i zasługiwali na szacunek. - żaliła się następnego dnia Emilce, doprowadzona do pasji kilkoma nieudanymi próbami sprzedaży. - Wuj Ksawery i Aleks, nauczyli mnie szanować ich mądrość i genialne zdolności do interesów. - Ale teraz mam do nich coraz mniej sympatii. Kiedy słyszę dzwonek, zaczyna boleć mnie głowa! Oni doskonale wiedzą, że nie znam się na sprzedaży nieruchomości, jestem zmuszona sprzedać tę część domu i starają się to wykorzystać, proponując mi najniższą cenę, dosłownie grosze. - jeszcze nie skończyła mówić, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka, a siedząca w przedpokoju żona dozorcy, zapowiedziała nowego gościa. - O, zaraz sama się przekonasz! - syknęła przez zęby.
Do salonu wkroczył wysoki, szczupły mężczyzna, w ciemnym, dosyć wytartym garniturze i spodniach mocno wypchanych na kolanach. Za to na jego piersi połyskiwał złoty brelok od zegarka takiej grubości, że można by na nim prowadzić byka. Na serdecznym palcu lewej ręki poplamionej atramentem, błyszczał wielki brylant, a diamentowa agrafa podtrzymywała niedbale zawiązany węzeł krawata. Gość miał wąską, semicką twarz i bardzo bystre oczy ukryte za niebieskimi szkłami okularów. Zacięte wargi znamionowały przebiegłość, a mocny podbródek upór. Bezceremonialnie rozejrzał się po pokoju i złożył paniom dosyć wyniosły ukłon.
Nina obserwująca z rozdrażnieniem jego zachowanie, skinęła mu głową z jeszcze większą dumą. Nie przedstawiając się, mężczyzna usiadł na palisandrowym krześle obitym złocistym brokatem i nieznacznie pomacał tkaninę. Założył nogę na nogę, obrzucając obie damy przenikliwym wzrokiem.
- Pani hrabina jest zdecydowana sprzedać ten lokal? - pierwszy przerwał milczenie, błądząc oczami po ścianach salonu, zawieszonych pięknymi obrazami i wspaniałymi wschodnimi kilimami.
- Tak.
- Hmm! - chrząknął, obracając w kościstych palcach gałkę laski. - Czy wolno obejrzeć mieszkanie?
- Niech Bartosiowa oprowadzi pana. - poleciła Nina stróżce, a kiedy gość wyszedł, spojrzała na Emilkę wymownie i mruknęła: - A nie mówiłam?
- Rzeczywiście, bardzo źle wychowany człowiek. - przyznała młoda pani Borutyńska z niesmakiem.
Po dłuższym czasie mężczyzna wrócił i siadając na krześle, śledził uważnie spod oka zachowanie Niny.
- Ile pani hrabina żąda za to mieszkanie? - zagadnął swobodnie.
- Obawiam się, że nie będzie pana stać na kupno. - odparowała lodowatym tonem. - To bardzo drogie mieszkanie, w znakomitym punkcie miasta.
- He,he,he! - zaśmiał się, nie spuszczając z niej wzroku. - Niewiele jest rzeczy w tym mieście, za które nie mógłbym zapłacić.
Jego natrętne spojrzenie niesłychanie ją denerwowało. Kto wie, czy właśnie o to mu nie chodziło. Człowiek zdenerwowany popełnia głupstwa.
- W takim razie czekam na pańską ofertę. - powiedziała krótko.
- Nie, to ja czekam, aż pani poda swoją cenę! - nieznacznie wzruszył ramionami.- Mieszkanie dosyć zaniedbane, wymaga gruntownego remontu.
- Mieszkanie jest wspaniałe, oceniali je lepsi znawcy od pana. Poza tym, ja sprzedaję połowę kamienicy, a to istotna różnica! - powiedziała kipiąc z gniewu.
Mężczyzna przysunął krzesło bliżej kanapy i pochylił ku Ninie głowę, drapiąc się po krogulczym nosie.
- A jeżeli ja zamierzam kupić samo mieszkanie?
- W takim razie pańska wizyta minęła się z celem. Żegnam!
Nina podniosła się na znak, że uważa rozmowę za skończoną, lecz gość pochwycił ją za rękę, zmuszając do ponownego zajęcia miejsca.
- Sza! - rzekł z przebiegłym uśmiechem. - W interesach nie ma gniewu. Pani hrabina, słyszałem, żąda piętnastu tysięcy?
Skinęła głową, bo gniew nie pozwolił jej wydobyć głosu. Miała szaloną ochotę złapać zuchwalca za kołnierz i osobiście wyrzucić go za drzwi. Tylko paląca potrzeba pieniędzy, zmuszała ją do przyjmowania tego rodzaju osobników.
- Piętnaście tysięcy! - cmoknął wargami. - Uj, to duży piniądz. Ja muszę ciężko pracować na taki piniądz. Tyle rubelków za takie rudere? Jak ja to kupię, to ona mi się na głowe zawali. Pani hrabina raczy żartować. Kto w tych ciężkich czasach ma piniądz, żeby kupować taki stary, brzydki dom?
"Ty chytrusie, pragniesz wycyganić ode mnie pół domu za kilka tysięcy, ale to ci się nie uda!" - myślała z pasją, zaciskając drobne dłonie w pięści.
- Proszę nie stosować tutaj jarmarcznego żargonu! - upomniała go surowo. - Nie zamierzam narażać pana na dodatkowe koszty pogrzebu, na wypadek gdyby ta rudera przywaliła pana i w związku z powyższym uważam, że więcej nie mamy o czym mówić. - zamierzała wstać i wyjść, lecz mężczyzna ponownie posadził ją na kanapie.
- Przecież ja jeszcze nic nie powiedziałem. - oświadczył, klepiąc ją w kolano.
- Oznajmił pan, że mieszkanie jest zaniedbane, dom to stara rudera, a cena jest zawyżona. To przesądza sprawę. - warknęła, strącając jego dłoń z kolana.
- Uś! Ja widzę, że pani hrabina patrzy na mnie złym okiem! Ale ja jestem bankier i muszę wszystko przemyśleć i wykalkulować, żeby potem nie pluć sobie na brodę. Pani hrabina pewnie myśli: "co taki parch sobie wyobraża?" Tymczasem mnie ludzie powierzają swoje piniądze i ja w moim życiu nie chcę słyszeć, że robię zły interes. Ja zawsze wychodzę na swoje!
- Niech pan nie próbuje imputować mi własnych wyobrażeń, bo tego sobie nie życzę.
- Żebym czego nie robił? - popatrzył na nią podejrzliwie. - Im...O, to musi być bardzo brzydkie słowo, bo ja go nie znam.
Emilka prychnęła przez nos i prędko udała, że kaszle. Ale Nina nie miała ochoty do śmiechu.
- Prosiłam, aby pan nie wmawiał mi tego, czego nie myślę. Nie sądzę, żebyśmy doszli do porozumienia, więc....
- Aha, jeszcze momencik! Ja nie powiedziałem, że tego lokalu nie kupię.
- Wobec tego, proszę o stanowczą odpowiedź, bo mnie się śpieszy!- oświadczyła nieostrożnie i po fakcie ugryzła się w język.
Bankier uśmiechnął się pod nosem, a drwiący błysk przemknął po jego twarzy.
- Pani hrabina się śpieszy, ale ja nie. Ja mogę czekać, aż pani hrabina obniży cenę. I tak się właśnie robi dobre interesy! - złożył jej szyderczy ukłon.
- O, łaski mi pan nie robi. Mam już innych zainteresowanych kupnem.- odparła lekceważąco.
Bankier popatrzył na nią z litościwą zadumą, jakby chciał powiedzieć: "Co ty, dzieciaku, wiesz o interesach?" Jej pewność siebie bynajmniej go nie zwiodła. Doskonale wiedział, że młoda dama ma nóż na gardle i musi sprzedać mieszkanie w możliwie najkrótszym czasie. Na wstępie zasięgnął już informacji o stanie majątkowym Klonowieckich i o ich interesach wiedział więcej, niż Nina mogła sobie to wyobrazić. Nie musiał się obawiać, że ktoś inny go ubiegnie, ponieważ Żydzi, z właściwą sobie solidarnością, dali mu do zrozumienia, że nie reflektują na kupno połowy kamienicy, a innych chętnych na razie nie było. Nina, sama o tym nie wiedząc, była na jego łasce i niełasce.
- Gdyby byli inni nabywcy prócz mnie, to pani hrabina nie raczyłaby nawet ze mną rozmawiać.- oznajmił z brutalną otwartością. - Mnie nie trzeba tłumaczyć, co to jest interes. Jakbym ja nie wiedział, co to kapitał, to ja bym dalej siedział na Nalewkach, handlował starzyzną, a ludzie wołaliby na mnie:"Dawidek!" Teraz ja jestem pan Dawid Rosenduft, bankier i mnie hrabiowie kłaniają się pierwsi! Dam pani za wszystko osiem tysiączków, no już!
- Nie mamy o czym mówić! - powiedziała, drżąc z obrażonej dumy.
Bankier rozsiadł się jeszcze wygodniej i rozejrzawszy się po salonie, zaczął jej perswadować, jak przygłupiemu dzieciakowi:
- Teraz nikt domów nie kupuje, bo jeden Bóg raczy wiedzieć, czy tym Moskalom jutro nie wpadnie do głowy, żeby zbombardować miasto z armat. A wtedy jak ja będę wyglądał, kiedy z mojej kamienicy zostanie kupa gruzów? Ale niech tam! Ja mam miętkie serce. Wolę sam się zrujnować, niż pokrzywdzić takie piękne osobe. Najwyżej moja żona i dzieci pomrą z głodu. No, dziesięć tysiączków i skończone. Git?
- Ależ panie! - wykrzyknęła Emilka, wtrącając się do rozmowy. - To jest grabież, nie kupno!
- Skończone, ale nie "git". - powiedziała Nina dziwnie spokojnym głosem. - Piętnaście tysięcy i ani kopiejki mniej! A gdyby pan za długo się namyślał, to jutro będzie szesnaście tysięcy, potem siedemnaście i tak dalej....aż do stu tysięcy!
Bankier licząc na jej młodość i niedoświadczenie, spodziewał się raczej łez i próśb, a nie tak zdecydowanego postawienia sprawy. Był tym zaskoczony i nie wiedział co powiedzieć. Tymczasem Nina sięgnęła do dzwonka i przywołała stróżkę. Mężczyzna sapnął i z niezadowoleniem wysunął dolną wargę.
- Uf, jaka pani hrabina jest uparta! Mojej żonie chce się ładnie mieszkać i ona raz puści mnie z torbami, ta moja Rojza. Jej się chce hrabiowskich salonów. Co prawda, dzieci miałyby stąd bliżej do szkoły i do parku. Mógłbym zaoszczędzić na koniach. Te konie strasznie dużo żrą! Tu są nawet w parku pijalnie wód mineralnych i moja Rojza nie musiałaby latem jeździć do Karlsbadu. Nie, nie, dziesięć tysięcy to bardzo dobra cena i nikt pani więcej nie da.
Oczy Niny przybrały stalową barwę.
- Proszę nie zapominać, o czym mówiłam!
Bankier zmrużył oczy, namyślał się przez chwile i rzekł stanowczo:
- Ostatnia cena: jedenaście tysięcy rubli. Więcej nie dam!
Nina zagryzła usta, żeby nie zakląć głośno. Z tłumioną wściekłością powiedziała do stróżki:
- Niech Bartosiowa odprowadzi pana .
Bankier powstał z krzesła bez cienia urazy. Owszem, uśmiechał się z pewną siebie miną.
- Ja tu jutro wrócę i proszę mi wierzyć, nikt pani nie da więcej! - ukłonił się i wyszedł, obmacując po drodze kotary i jedwabne obicia na ścianach.
Nina rzuciła się twarzą na kanapę, bijąc w nią zaciśniętymi pięściami.
- Boże, dlaczego muszę znosić takie poniżenie? - wołała, zalewając się łzami rozpaczy. - Nie zniosę tego dłużej! Nie znam się na cenach domów i tacy handlarze mogą mi narzucić cenę, jaka im się podoba. Emilko, czy nie znasz kogoś, kto mógłby powiedzieć, ile warta jest ta nieruchomość?
- Złotko, ja nie mam takich znajomości. - Emilka pochyliła się i ucałowała ją w czoło. - Szkoda, że pan Bochniak nie przyjechał z tobą. No tak, nie mógł, ma mnóstwo pracy po huraganie.
- Ach, przeklęty kapitalista, wyzyskiwacz, krwiopijca! - wymyślała Nina ogarnięta furią, używając zwrotów wyczytanych w ulotkach podziemnych.
- A może ty naprawdę za dużo żądasz? - szepnęła nieśmiało Emilka. - Oferowano ci wyższą cenę ?
- Nie. - Nina usiadła i energicznie wysiąkała nosek. - Boże, kto mógłby mi powiedzieć, ile kosztuje kamienica?
- Obawiam się, że od Żydów tego się nie dowiesz. - westchnęła Emilka. - Kochanie, ja niestety muszę jutro jechać. Zostaniesz tu sama?
- Muszę. - Nina spojrzała do lustra i przygładziła nastroszone włosy.- Może pan mecenas Porzycki wróci wcześniej....
- Sprzedasz mieszkanie temu bankierowi?
- Nie! O, jaka szkoda, że wyjeżdżasz.
- Mnie również jest przykro, zostawiać tu ciebie samą. Napisz list do domu, bo po drodze wstąpię do Makowa. Rano przyjdę, żeby się pożegnać. Odwiedzaj moich rodziców, są tobą zachwyceni.
- Wiesz, dam ci moją karetę. - postanowiła Nina. - Jak uda mi się sprzedać mieszkanie, wrócę ekstrapocztą. Muszę mieć tylko zezwolenie na zmianę koni pocztowych.
- Jutr przyniosę ci podorożną. - ociągając się, Emilka zaczęła zbierać się do wyjścia. Narzuciła na ramiona szal, patrząc ze współczuciem na przygnębioną przyjaciółkę. Chętnie pozostałaby w Warszawie jeszcze parę dni, lecz była kurierem i nie wolno jej było zwlekać z wyjazdem, kierując się prywatą.
- O, dziękuję ci za karetę, szybciej będę w Makowie. To do jutra, kochanie. A może wolisz iść ze mną do moich rodziców?
- Niestety, muszę tu siedzieć i czekać, bo może ktoś się zjawi. - Nina posmutniała i wtuliła się w kąt kanapy.
  Ucałowały się i Emilka wyszła. Nina była tak rozdrażniona, że chciała zawołać Bartosiową i zapowiedzieć jej, że nikogo już dziś nie przyjmie. Wzięła z półki pierwszą lepszą książkę, lecz natrafiwszy na jakiś rzewny romans, odłożyła ją z grymasem nudy. Nie potrafiła skupić myśli na lekturze, cały czas rozpamiętując rozmowę z bankierem. "Boże święty. - myślała zatroskana. - Czy ja nie żądam za wiele, a może za mało? Żydzi są bardzo mądrzy i żaden mi nie powie, czy robię dobry lub zły interes. Nasz  Josel by mi powiedział, ale on już dawno nie był w Makowie. Zapewne są tu jakieś firmy handlujące nieruchomościami, lecz ich właściciele również nie będą chcieli psuć sobie okazji, kupna połowy kamienicy za grosze i nie ujawnią mi ceny.- z uwagą rozejrzała się po pokoju. - Przecież takie wspaniałe meble i inne przedmioty mają dużą wartość."
Przypomniała sobie bezczelne uwagi bankiera i znowu ogarnęła ją pasja. Zachowywał się w taki sposób, jakby ona była ubogą interesantką, proszącą o prolongatę zadłużenia. Przeszła się po pokoju, gładząc dłonią delikatną filigranową etażerkę, pełną ślicznych bibelotów. Z tym mieszkaniem wiązały się wspomnienia oświadczyn Aleksa i beztroskich dni narzeczeństwa. Bolała nad tym, że zmuszona jest sprzedać swoje piękne mieszkanie jakiemuś groszorobowi, być może za połowę jego wartości, lecz nie miała wyboru - Maków potrzebował ratunku! Właśnie zastanawiała się, co zrobić z resztą nudnego popołudnia, gdy do pokoju wsunęła się nieśmiało Bartosiowa.
- Jakieś państwo przyśli, wedle tego lokalu. - oznajmiła dygając.
- Niech wejdą.- powiedziała Nina grobowym głosem, przygotowują się do następnej rozprawy z aroganckim nuworyszem1. Poprawiła przed lustrem fryzurę i mocno uszczypnęła się w oba policzki uznawszy, że wygląda blado i mizernie. Wygładziła zmiętą suknię i zasiadła na kanapie z książką, udając pogrążoną w lekturze.
W drzwiach szeroko otwartych przez Bartosiową, pojawiła się dziwna para. Mężczyzna był starszym człowiekiem, z rozłożystą brodą opadającą mu aż na piersi. Za nim dreptała okrąglutka, niska kobieta, w bogatej lecz niegustownej toalecie. Cała w uśmiechach, dygnęła na widok Niny jak pensjonarka. Na środku salonu pociągnęła męża energicznie za rękaw i oboje złożyli głęboki ukłon. Zabawna para zrobiła na Ninie sympatyczne wrażenie, więc posłała im miły uśmiech i poprosiła, by zajęli miejsca.
- Czy to mieszkanie jest jeszcze na sprzedaż? - zagadnął ją brodaty pan po francusku, podając swoją kartę wizytową. Z pewnością nie był osobą z towarzystwa, bo miał fatalny akcent i wysławiał się z trudnością.
- Mam wielu chętnych.- oznajmiła Nina z rezerwą, nie rzuciwszy nawet okiem na wizytówkę.
- Ale ostatecznej decyzji jeszcze pani hrabina nie podjęła - wyrwała się tłuściutka pani, wpatrując się w Ninę z napięciem. Po francusku mówiła równie źle jak małżonek.
- W zasadzie jutro miałam zamiar podpisać umowę o sprzedaży. - Nina zachowywała się ostrożnie, zorientowawszy się, że goście mają wielki apetyt na kupno mieszkania i nawet tego nie kryją.
- Ach, to prawdziwe nieszczęście! - tłuściutka pani zatrzepotała dłońmi. - Bo my, szanowna pani hrabino, dopiero przed godziną dowiedzieliśmy się w banku, że jest bardzo piękne mieszkanie na sprzedaż. W Warszawie jesteśmy od kilku dni, mieszkamy w hotelu i nie znamy miasta. O, jaki to prześliczny pokój! - rozglądnęła się, zatrzymując wzrok na wielkich lustrach i obrazach w złoconych ramach. - Sam dom także imponujący, a okolica bardzo przyjemna, wszystko w centrum miasta.
Mężczyzna posłał żonie zniecierpliwione spojrzenie.
- Czy pani hrabina powzięła stanowczą decyzję w sprawie sprzedaży? - przerwał entuzjastyczny potok słów żony. - Nie można jej zmienić?
Nina udała, że się zastanawia, przybierając niezdecydowaną minę.
- Taki miałam zamiar. - podniosła się z kanapy i obdarzyła gości czarującym uśmiechem. - Widzę, że państwu tu się podoba. W takim razie pokażę inne pokoje. - oświadczyła, postanawiając oprowadzić ich osobiście.
Poleciła Bartosiowej zapalić wszystkie żyrandole i powiodła ich amfiladą salonów, nie śpiesząc się, aby mieli czas napatrzyć się fantazyjnym komódkom, szyfonierkom z różanego drewna, obejrzeć cenne obrazy i bibeloty. Goście nie posiadali się z zachwytu, idąc po puszystych wschodnich dywanach i co chwile przystając, by przyjrzeć się z podziwem meblom, albo miękkim kanapom wybitym aksamitem lub jedwabiem. 
Obserwując swoich gości, Nina stwierdziła, że pasują oni do tego wytwornego wnętrza, jak przysłowiowy wół do karety. Ale nie czuła do nich niechęci i marzyła, żeby mieć już całą sprawę za sobą i wrócić do domu. Czekała na nią odbudowa Makowa! Kiedy ponownie usiedli, mężczyzna spojrzał jej prosto w oczy i przez moment miała nieprzyjemne wrażenie, że stara się odczytać jej myśli."Nie obchodzi mnie to, co sobie wyobrażasz!" - z kamiennym spokojem wytrzymała jego badawczy wzrok.
- Pani hrabina razem z mieszkaniem sprzedaje pół domu, prawda? - zagadnął.
- Owszem. Wyżej jest apartament pięciopokojowy, a na poddaszu mieszkanie trzypokojowe. Każdy lokal posiada osobne wejście i schody dla służby, oraz pokój kąpielowy.
Otyła pani słuchała jej w skupieniu, rozkładając fałdy jedwabnej sukni orzechowego koloru tak szerokiej, że sprawiała wrażenie jakby posadzono ją w balii.
- Pierre, jeżeli pani hrabina raczy wyrazić zgodę na sprzedaż, to nie wahaj się ani sekundy. Zawsze marzyłam o takim apartamencie i nareszcie będziemy mieszkali jak ludzie kulturalni. Druga taka okazja nam się nie trafi. Jakie tu meble, dzieła sztuki, dywany...Hospody!
Nina drgnęła i popatrzyła na nich z osłupieniem. "To Rosjanie! - pomyślała, czując w sercu lodowaty chłód. - Nie wolno mi sprzedać mieszkania cioci Moskalom! Tutaj żył wuj Karol, zamęczony przez nich na Sybirze i ciocia nigdy nie darowałaby mi takiego postępku". Otworzyła usta, żeby oznajmić im stanowczo, iż zdecydowała się mieszkania nie sprzedawać, ale zaraz przyszła jej do głowy rozsądna myśl, że hrabina Tekla podsuwając Emilce pomysł sprzedaży, z pewnością musiała wiedzieć, że to Rosjanie zechcą je kupić.
- Ile pani hrabina życzy sobie za połowę tego domu? - zagadnął brodacz, zaniepokojony jej nagłym zamilknięciem.
- Damy każdą cenę, jakiej pani hrabina raczy zażądać! - emocjonowała się tłusta pani, nie zważając na groźny wzrok męża.
"Nie sprzedam wam domu, nigdy!" - postanowiła. Ale jakaś inna osoba siedząca w jej wnętrzu, próbowała zwalczyć ogarniającą ją niechęć do ewentualnych nabywców i to ona, nie Nina, powiedziała głośno i dobitnie :
- Dwadzieścia pięć tysięcy. Przyznacie państwo, że to niemal za darmo!
Mężczyzna syknął, jakby mu ktoś nadepnął na odcisk, lecz energiczna małżonka szturchnęła go w bok łokciem.
- Piotrusza, stać nas na to! Spójrz, z okna widok jest wprost urzekający . - zaszczebiotała. - Dunieczka zamieszka w tym różowym buduarku i nie będziemy musieli rozstawać się z Wasią. Zajmie ten lokal nad nami. Och, będziemy mieli blisko Darię i dzieciaczki. Bo my mamy już troje wnucząt, proszę pani hrabiny. Rozkoszne maleństwa! A wyżej, urządzi się dla Aloszy kawalerskie pokoje. Pierre, nie wypada targować się z panią hrabiną.
- Czy ty sobie wyobrażasz, że ja mam kopalnię złota? - odburknął mąż, ale widać było, że w tym stadle niewiele miał do powiedzenia.
- Cicho!- żona parsknęła na niego, jak rozgniewana kotka. - Bardzo prosimy łaskawą panią hrabinę, żeby raczyła sprzedać nam ten apartament razem z połową domu. - kobieta terkotała tak szybko, jakby się obawiała, że Nina rozmyśli się i wyprosi ich za drzwi. - My, proszę szanownej pani hrabiny, przyjechaliśmy tutaj aż z Tweru. Jesteśmy spokojnymi ludźmi i pragniemy żyć w zgodzie między Polakami. Nie mamy nic wspólnego z tym, co się tu teraz wyprawia. Mnie się w Polsce bardzo podoba. Ludzie tu grzeczni, kulturalni – wiadomo, Europa. Mamy dwóch synów i dwie córki, dochowaliśmy się wnuków. O mieszkanie proszę być spokojna, bo ja zadbam o czystość. Wszystko zachowamy w takim stanie, jakby pani hrabina tu była.
Słuchająca jej Nina ze zdziwieniem skonstatowała, że nie czuje do tych Rosjan nienawiści. Ot, zwykli prości ludzie, bez wielkich pretensji.
- Masza, ty zamęczysz panią hrabinę swoim jazgotem!- mężczyzna odchrząknął i wyczekująco spojrzał na Ninę. - Akceptuję cenę. Czy pani hrabina raczy nam sprzedać to mieszkanie? - spytał rzeczowo.
Nina doznała nagle takiego uczucia, jakiego pewnie doświadcza skazaniec, dowiedziawszy się, że egzekucję odwołano."O Boże, to chyba cud!" - pomyślała, ogarnięta szaloną radością. Spuściła oczy, by ukryć ich blask i przybrała zamyśloną minę.
- No, nie wiem. - szepnęła. - Obiecałam już komuś, ale....
- Pani hrabino! - wykrzyknęła tłusta pani dramatycznym tonem, składając tłuste rączki. - Proszę!
Nina roześmiała się i wstała z kanapy.
- Przekonała mnie pańska urocza małżonka. - zwróciła się do mężczyzny. - W takim razie czekam na pana jutro do dziesiątej rano. Potem nie będę czuła się zobowiązana i podpiszę umowę z kimś innym. - powiedziała, modląc się, żeby tylko się nie rozmyślił.
- Raczy pani przygotować akt sprzedaży. Będę punktualnie o dziesiątej.
Wychodząc, jeszcze w drzwiach składali jej ukłony.

Nina stała na środku salonu, nie mogąc wprost uwierzyć w swoje szczęście. Naraz zaśmiała się głośno i zaczęła tańczyć, wirując po całym salonie i wyśpiewując głośno, a po policzkach płynęły jej łzy radości. Maków był uratowany! Nareszcie mogła wracać do domu. W sąsiedniej kamienicy mieszkał notariusz. Poprosiła go o sporządzenie aktu sprzedaży. Urzędnik usłyszawszy cenę, za jaką sprzedawała pół domu, miał taką minę jakby zamierzał coś jej powiedzieć, lecz Nina zagłuszyła go entuzjastycznymi okrzykami, nie dopuszczając do słowa.
- Czy pani hrabina zastanowiła się i jest zupełnie pewna tego, co robi? - spytał, kiedy pochyliła się nad dokumentami, by złożyć swój podpis.- Może należy jeszcze się namyślić, zasięgnąć czyjejś porady? To stanowcza decyzja?
- Oczywiście! - oświadczyła z takim zdecydowaniem, że notariusz nie ośmielił się nic więcej dodać. W ciągu dwóch następnych godzin, mieszkanie zmieniło właściciela.
Emilka zastała Ninę w różowym humorze.
- Pogratuluj mi, najmilsza, sprzedałam kamienicę i mieszkanie. Razem wrócimy do domu! Popatrz tylko. - palcem wskazała poukładane na stole paczki banknotów. - Widzisz? Dwadzieścia pięć tysięcy rubli!
- Aż tyle? Boże, to naprawdę cudownie.- Emilka uściskała ją serdecznie.- A ja już się tak martwiłam... Mam nadzieję, że nie naciągnęłaś na taką sumę tego nadętego bankiera?
- Nie. - Nina spoważniała i z westchnieniem wypuściła ją z ramion. Aż skóra na niej cierpła na sama myśl, jak młoda pani Borutyńska zareaguje, kiedy dowie się, komu ona sprzedała mieszkanie. Może odwróci się od niej z pogardą? - Obawiam się, że to ci się nie spodoba, ale nie zamierzam ukrywać przed tobą prawdy. Sprzedałam pół domu kupcowi rosyjskiemu, który dał mi najwyższą kwotę. - wyrzuciła z siebie to wyznanie i spuściła oczy, oczekując ze strachem potępienia.
- A miałaś inny wybór? Dostałaś o wiele więcej niż oczekiwałaś i tym powinnaś się cieszyć.
Nina odetchnęła, bo Emilka okazała się większą realistką od niej.
- Mojaś ty! Jesteś aniołem! - zawołała, ponownie chwytając ją w objęcia. - Cały czas martwiłam się, że może weźmiesz mi to za złe. Ale ci Rosjanie byli sympatyczni i wcale się nie targowali. Wręczyli mi pieniądze i jeszcze podziękowali za łaskę. Emilciu...- spojrzała na nią badawczo - Jak uważasz, złotko, czy ciotunia Tekla nie potępi mnie za tą sprzedaż?
- Zmarli wiedzą chyba więcej od nas. Zresztą przyjdzie czas, że odbierzemy zaborcom ten dom i całą resztę kraju!- na jedną krótką chwilę, twarz młodej kobiety znieruchomiała, wyrażając zimną zawziętość. W niebieskich oczach pojawił się stalowy błysk. - Aha, coś ci miałam powiedzieć. Nino, ja się rozmyśliłam i nie skorzystam z karety, tylko pojadę kurierką pocztową. - Emilka zarumieniła się i spuściła oczy.
Nina patrzyła na nią z uśmiechem.
- Emilko, moja kochana, przecież ty wcale nie potrafisz kłamać. Lepiej powiedz mi bez bicia, co takiego kompromitującego z sobą bierzesz?
- Poczekaj! - Emilka wyszła do przedpokoju i wróciła, taszcząc z wysiłkiem wielką torbę, tak ciężką, że aż stękała wnosząc ją do pokoju. - Widzisz, Ninko, wzięłam z sobą kilka rewolwerów dla nowo tworzącej się partii. Akurat trafiła się dostawa broni i byłoby grzechem nie skorzystać z okazji. Ale ja nie mogę narażać ciebie na niebezpieczeństwo, bo mam przy sobie także trochę ulotek i innych rzeczy. Pojadę kurierką.
Nina klasnęła w ręce, patrząc na Emilkę, jak na osobę obraną z rozumu.
- I z takim arsenałem chcesz jechać karetą pocztową? - znacząco popukała się w czoło. - Czy ty masz dobrze w łepetynie? Lepiej od razu zgłoś się do żandarmerii, kotku. Oszczędzisz im fatygi, a sobie nerwów. - posłała Emilce ukośne spojrzenie. - Zrobiłaś mi przykrość, bo widzę, że uważasz mnie za osobę tchórzliwą. No, już dobrze... - mruknęła, gdy Emilka rzuciła się jej na szyję. - Pojedziemy razem karetą i koniec dyskusji. Czekaj, trzeba gdzieś schować tę torbę, bo zaraz tu przyjdzie Bartosiowa. Daj, pomogę ci. O Jezu, sama dźwigałaś taki ciężar? Przecież to cały magazyn broni!
- Jakoś nikt mi się nie trafił do pomocy. - tłumaczyła się Emilka głośno sapiąc. - Dziękuję, Ninusiu, jesteś taka dzielna.
- Nie, to ty, Emilko, jesteś żelazną kobietą. No, złodzieje napadając na nas, solidnie by się obłowili. Wieziemy mnóstwo pieniędzy.
Emilka nie odpowiedziała, bo nagle pobladła i pośpiesznie wyszła, zamykając się w pokoju kąpielowym. Zaniepokojona Nina pobiegła za nią i zastała ją gwałtownie wymiotującą. Klęcząc nad miską, Emilka jęczała targana nudnościami.
- Kochana moja, źle się czujesz? - spytała przestraszona Nina. - Co ci dolega?
 Emilka usiadła na piętach, oddychając z trudem. Była trupio blada i pot zrosił jej czoło. Nina prędko zamoczyła ręcznik w wodzie i przetarła jej twarz, szyję i dekolt.
- Przepraszam. Już mi lepiej.- wyszeptała Emilka ochrypłym głosem.- Pewnie coś zaszkodziło mi na śniadanie. - mówiąc to, nie patrzyła Ninie w oczy.
- Doprawdy? Hm, a może ty jesteś?...
- Nie, chyba nie. - Emilka zarumieniła się aż po skraj włosów i nie podnosiła głowy.
- W takim razie powiedz mi, kiedy miałaś ostatnią miesięczną dolegliwość.- Nina przysiadła na podłodze obok niej, nie zamierzając zaprzestać indagacji.
Zamiast odpowiedzi, Emilka przytuliła się do niej.
- Tak, jestem! - szepnęła Ninie do ucha. - Tylko proszę, nie mów jeszcze o tym nikomu, dobrze? Na razie nikt o tym nie wie.
- Dziewczyno, Jasiek chyba oszaleje z radości! To ile już?
- Chyba trzy miesiące. Jak byłaś w Krakowie, widywaliśmy się z Januszem codziennie, więc pewnie wtedy...
Nina przypomniała sobie ciężką torbę i trzepnęła ją mocno po ręce.
- Najchętniej wlepiłabym ci kilka porządnych klapsów na gołą pupę!- zawołała rozgniewana. - Chcesz poronić? Nie zależy ci na tym dziecku? Jak możesz w tym stanie dźwigać takie ciężary? Narażać się na aresztowanie i Sybir. Powinnaś zrezygnować z pracy kurierskiej.
- Nie miałam kogo prosić o pomoc, ale obiecuję, że będę bardzo uważała na siebie. - Emilka spojrzała na nią ze skruchą i wyznała z rozpaczliwa otwartością: - Nino, ja strasznie pragnę tego dziecka! Oboje z Januszem czekaliśmy na to z utęsknieniem, ale nie wiedziałam, że zajdę tak szybko. Obojętnie, co się urodzi, syn czy dziewczynka, po prostu chcemy tego dziecka.
Nina ponuro pokiwała głową.
- Boże, co za czasy, że dla przegranej sprawy, kobiety narażają nienarodzone dzieci.
- Ty również to zrobiłaś. - przypomniała Emilka. - Tak samo spodziewałaś się dziecka.
- Wybrałaś sobie niewłaściwy przykład. - Nina zmusiła się do spokoju.- Zrobiłam to dla Alka, nie dla powstania. Mój biedny synek nie przeżył tej awantury i tego sobie nigdy nie daruję! Nie naśladuj mnie, żebyś nie musiała potem żałować.
Zamilkła, bo jej serce przeniknął głęboki smutek, jak zwykle, kiedy wspominała zmarłego synka.
- Jesteś dla siebie niesprawiedliwa.- przy pomocy Niny, młoda kobieta dźwignęła się z podłogi.- Pan hrabia zna ciebie lepiej, niż ty siebie. Nie ożeniłby się z nieodpowiednią kobietą.
Nina uśmiechnęła się ironicznie.
- Emilko, mężczyźni nie żenią się z kobietą dla wspólnych idei, lecz dlatego, że jej pragną, albo potrzebują posagu. Mój mąż także mógł się pomylić, co do mojej osoby . - powiedziała raczej do siebie niż do Emilki.
- Twój mąż jest z ciebie dumny.
- Uhm! - Nina z powątpiewaniem potrząsnęła głową. - Zaparzę ci mięty z melisą, złotko. Na nudności nie ma jak mięta i mocna kawa.
 Wyjechały jeszcze tego samego dnia, po pożegnalnym obiedzie u państwa Maciejewskich. Emilka się popłakała, lecz wolała mieszkać w Makowie, bliżej walczącego męża, przy teściowej i Ninie, którą pokochała jak siostrę i szczerze podziwiała, nie biorąc sobie do serca jej krytycznych wypowiedzi na temat powstania.

Nina opuszczała Warszawę bez żalu, bo nigdy nie lubiła miasta. Tęskniła do domu i ukochanych Gór Świętokrzyskich. Poza tym Warszawa przypominała jej Wielenina, a o nim nie chciała, bała się myśleć. Podziwiała męstwo stolicy, lecz ciągle miała wrażenie, że życie toczy się tam dwoma nurtami, a całe miasto podminowane jest krecią robotą. Drażniły ją na ulicach patrole kozackie, stójkowi na rogach i żandarmi patrzący na przechodniów podejrzliwie. W poszukiwaniu podziemnego Rządu, władze carskie ciągle przeprowadzały rewizje w kościołach, klasztorach i na cmentarzach. Szukano w mieszkaniach prywatnych, nie darowano nawet warszawskim przekupkom i domom publicznym, przesłuchując prostytutki.
1Nuworysze - nouveau riche - nowobogaccy,dorobkiewicze.