niedziela, 28 sierpnia 2016

Niekończące się zmartwienia.Wizyta Starewicza.


28 sierpnia 2016 r.
Powróciwszy z Warszawy, Nina zastała w domu list od Bini. Po przebytym tyfusie Binia podniosła się już z łóżka, lecz czuła się tak słabo, iż nie mogła nawet myśleć o podróży. Zresztą władze pruskie ponownie odmówiły jej zezwolenia na wyjazd. Prosiła żeby Nina, jako najbliższa krewna Borutyńskich, zajęła się w jej imieniu sprawami majątkowymi, załączając do listu pełnomocnictwo potwierdzone przez notariusza. Wiadomość o nagłej śmierci rodziców i Jasia, okazała się dla niej tak porażającym przeżyciem, że nie potrafiła się pogodzić z tym potwornym faktem i wyrzucała sobie, iż nie kochała rodziców tak gorąco, jak na to z pewnością zasługiwali. Pytała o ciocię Salomeę i Emilkę, błagając Ninę o dokładną relację z tragicznych wydarzeń. W słowach pełnych czułości donosiła, że maleńka Żiżi rośnie zdrowo i zapowiada się na śliczną dziewczynkę. List Bini ogromnie Ninę ucieszył, bo zamartwiała się także i o nią. Bez zwłoki zasiadła do sekretarzyka i odpisała, starannie treść szyfrując.
Brak wiadomości od Aleksa  denerwował ją i niepokoił.                 Nie wiedziała, co ma o tym myśleć i obawiała się, że mógł nie dojechać do Krakowa i po drodze wpadł w ręce wroga. Postanowiła poczekać jeszcze z tydzień, lub dwa, a potem wybrać się osobiście do Galicji i z pomocą pana Piotrowskiego dowiedzieć się, co przytrafiło się mężowi. Po strasznych przeżyciach ostatnich tygodni, była kompletnie wyczerpana, załamana i zniechęcona do życia, lecz chcąc nie chcąc, musiała stawić czoło losowi i zająć się majątkiem i interesami rodzinnymi.
Z Radomia przybył notariusz i w obecności proboszcza, testament wuja Borutyńskiego został otwarty. Z woli rodziców, Binia odziedziczyła majątki posagowe matki, oraz całą gotówkę złożoną w bankach. Sarniki i folwarki znajdujące się na terenie Kongresówki, wuj zapisał Jasiowi, mającemu obowiązek spłacić Binię. W razie bezpotomnej śmierci sukcesora, majątki sarnickie wracały do głównej spadkobierczyni. Testament zapewniał jej całkowitą niezależność materialną i prawo do decydowania w kwestiach majątkowych.
Nina o mało nie spadła z krzesła dowiedziawszy się, że wujostwo nie zapomnieli i o niej. Ciotka Maria zapisała jej drogocenny naszyjnik z rubinów i folwark w Księstwie Poznańskim, będący częścią jej posagu. Nieoczekiwana hojność wujostwa, bardzo ją wzruszyła. Zachodziła w głowę, jaki to naszyjnik, bowiem nigdy nie widziała u ciotki Marii rubinów. Nie miała pojęcia, że jest to klejnot, który niegdyś ofiarowany przez Aleksa ciotce Marii, zadecydował o jej dalszym losie. Notariusz zabawił w Makowie tylko kilka godzin, śpiesząc się do Świerszczyn, aby doręczyć spadkobierczyni oryginał testamentu. Nina uprosiła go, by zaczekał, aż przygotuje prezenty dla Świerczyńskich i córeczki. W liście poprosiła Binię, by ona z kolei, zajęła się zapisanym przez ciotkę folwarkiem. Rubinowy naszyjnik przepadł w czasie pożaru dworu, wraz z innymi precjozami. Po odjeździe notariusza i proboszcza, pałac wydał się jej przeraźliwie cichy i pusty.
Panna Lutówna z bólem serca wyrzekła się pracy kurierskiej, ale z tym większą energią zajęła się zaniedbanymi obowiązkami i dużą część dnia spędzała ze swymi uczniami, albo chodziła po wsi, udzielając ludziom porad sanitarnych, gdyż epidemia czerwonki nie ustępowała, a lekarza zabrakło. Nina przeważnie siedziała sama i zaczęła tęsknić za towarzystwem przyjaciół. Chętnie pojechałaby do kogoś z wizytą, ale nie było do kogo. Zosia nadal przebywała w Krakowie, bo Tadeusz bardzo powoli powracał do zdrowia. Wąsoccy z Jadwigą wybrali się aż na Mazowsze do krewnych, zaś Doroty Bieckiej Nina nie cierpiała, zresztą pani Biecka nigdy nie zapraszała jej do siebie.
Szukała więc rozrywki w pracy fizycznej, sadząc z ogrodnikami pnące róże dokoła tarasu. Miała nadzieję, że w przyszłym roku krzaki zaczną piąć się po murze domu w pobliżu jej okien. Sama zaprojektowała nowe klomby kwiatowe w parku i postarała się u leśników o małe sarenki, powiększając stado. Pracowała ciężko, jeżdżąc na folwarki i doglądając prac jesiennych na dworskich polach. Z pomocą pana Marcinkiewicza i Maćka, zaczęła ściągać z majątków zapisanych w spadku przez wojewodzinę płody rolne, obdarzając nimi hojnie gospodarzy makowskich. Wieczorami w jej buduarze schodziły się Jaga, pani ochmistrzyni i Kumosia, razem szyjąc odzież dla dzieci wiejskich i robiąc na drutach ciepłe pończochy na zimę. W niedzielę przyjeżdżał proboszcz i dzielił się nowinami lub wspominał Borutyńskich. Wtedy Nina przypominała sobie ich zwłoki leżące na ziemi, okropne, spalone ciało Jasia i nie mogła tego słuchać. Wstawała, zaczynała chodzić po pokoju, mówiąc coś od rzeczy i wykonując niepotrzebne ruchy. Ksiądz, widząc jej oczy pełne rozpaczy i kurczowo splecione palce, kreślił na jej czole znak krzyża i prędko zmieniał temat, mówiąc o jakichś obojętnych sprawach, żeby odciągnąć jej myśli od straszliwych wspomnień.
Pewnego dnia wybrała się do Sarnik, pragnąc pomodlić się przy grobie Borutyńskich i złożyć pod kryptą kwiaty. Dzień był bardzo ciepły jak na wrzesień, a nawet parny, jakby zbierało się na burzę. Zamierzała wziąć z sobą Maćka, ale nie było go w Makowie. Po śmierci Jasia chłopak się zbiesił i niemal codziennie przebywał w leśnym obozie, służąc kapitanowi Soszkiewiczowi.
Nina nie pytała go już o nic i niczego nie chciała wiedzieć. Psychicznie czuła się bardzo źle. Nie sypiała nocami, prawie do świtu czytając książki i zasypiając nad ranem. Nawet ukochana muzyka nie przynosiła jej ukojenia. Siadała do fortepianu i grała ponure utwory, a potem wybuchała żałosnym płaczem. Wtedy też zaczęła zapisywać na papierze nutowym swoje szkice muzyczne. Nie wiedziała, czy miały jakąś wartość, lecz mimo wszystko były to jej własne kompozycje. Domownicy chodzili koło niej na palcach, podsuwali przysmaki i zmuszali do jedzenia, gdyż ostatnio całkiem straciła apetyt i zaczęła gwałtownie tracić na wadze. W Sarnikach, postanowiła rozejrzeć się po pozostałościach spalonego domu i po polach dworskich.
 Sama osiodłała Mignon i pojechała. Minąwszy kościół, skręciła ku dworowi. Klacz szła niechętnie, węsząc i parskając ze wstrętem, bo woń spalenizny ciągle unosiła się w powietrzu. Tam gdzie niedawno wznosił się wielki stary dom, pozostał tylko czarny, wypalony plac. Chłopi oczyścili go, zabierając cegły i resztki spalonych belek. Rozejrzawszy się, z oburzeniem stwierdziła, że nawet w parku zaczęto wycinać drzewa, a w sadzie wykopywać drzewka owocowe.
Zeskoczyła z konia i przechadzała się po znajomych od dziecinnych lat miejscach, wspominając zmarłych. W tym ogrodzie niegdyś bawiła się z Binią i Jasiem w chowanego, kryjąc się w starej lodowni, albo w gęstym żywopłocie bukszpanowym. Na ogromnym rozłożystym dębie, Jaś i Tadeusz mieli swoje gniazdo. Raz była to twierdza broniona przed Tatarami, innym razem wyspa Robinsona, lub obóz indiański. Na darniowej ławeczce nad strumieniem, pierwszy raz rozmawiała otwarcie sam na sam z Aleksem, żaląc się na swój los.
Westchnęła, pokiwała głową i wróciła na pogorzelisko. Idąc ze wzrokiem utkwionym w ziemię spostrzegła, że pod murkiem, będącym resztką schodów prowadzących do domu, coś błysnęło. Schyliła się i podniosła długą srebrną szpilkę, jakiej kobiety używały do podtrzymania ciężkich warkoczy splecionych w węzeł. Była to szpilka ciotki Marii. Zapewne wypadła jej z włosów, gdy szarpała się z kozakami. Nina usiadła na murku wpatrując się w szpilkę. Pomyślała, że tylko ten drobny przedmiot pozostał po zmarłej. W pożarze spłonęły wszystkie rzeczy osobiste wujostwa, portrety, piękne toalety i futra ciotki, ubrania wuja oraz kosztowne srebra i biżuteria.
Trzymając szpilkę w palcach, przymknęła powieki i doznała wizji. Zdawało się jej, że widzi przed sobą ciotkę Marię. Uśmiechając się, zmarła wyciągnęła rękę po zagubioną szpilkę. Niemal namacalnie Nina poczuła jej obecność i było to tak realne doznanie, że powiedziała głośno:
- Proszę, ciociu. Znalazłam ją.... - na dźwięk własnego głosu oprzytomniała i otwarła oczy.
 "Jezu Chryste! - pomyślała ze strachem. - Ja chyba rozum tracę. W jasny dzień widzę umarłych i gadam sama do siebie." Otarła łzy, wstała i starannie schowała szpilkę, postanawiając odesłać ją Bini, jako ostatnią pamiątkę po matce. Wracając w stronę kościoła zauważyła, że na dworskich polach panuje wielki ruch. Chłopi kopali ziemniaki, ścinali dorodne główki kapusty, zbierali len. Przypomniała sobie, że w sadzie nie widziała na drzewach ani jednego owocu, bo wszystkie zostały zerwane. "Ciekawe, gdzie oni zamierzają składować te zbiory? - zastanawiała się, obserwując pracę chłopów. - Zabudowania gospodarcze spalone. Może to pan Bochniak kazał im zebrać zbiory i przewieźć do Makowa? Chyba je sprzedam, a pieniądze wyślę Bini."
- Do Makowa wieziecie te ziemniaki? - zagadnęła gospodarza, ładującego na wóz kosze z dorodnymi ziemniakami.
Spojrzał na nią wilkiem i nie odpowiedział, biorąc następny kosz.
- To gdzie wieziecie te ziemniaki? - powtórzyła pytanie, chociaż odpowiedź już znała. Sarniccy chłopi po prostu kradli z pól i sadu wszystkie plony, nie pytając nikogo o pozwolenie.
- To je nasze! - mruknął chłop i odwrócił się do niej plecami.
Rozgniewana bezczelną odpowiedzią szarpnęła cuglami, aż Mignon zatańczyła w miejscu.
- Nie! To nie jest wasze, tylko młodej pani dziedziczki. - oznajmiła, ściągając surowo brwi. - Pola mogą być wasze, pod warunkiem, że je wydzierżawicie u pani i zapłacicie za dzierżawę. To co teraz robicie, jest kradzieżą! Nie wolno wam stąd niczego zabierać, ani wycinać drzew w parku i sadzie. Przyślę tu moich ludzi, a oni dopilnują, żeby nic więcej nie zginęło.
Chłop hardo uniósł głowę.
- A niechta! Niech se przyjdą, prosimy! A bo to siekier i wideł nie mamy? Czyjeś łby polecą. To je wszyćko nasze! Gronty i to, co je w ziemi! - oświadczył nieustępliwie.
- Jeszcze zobaczymy! - warknęła i odjechała pieniąc się z bezsilnej złości.
 Sytuacja przedstawiała się niewesoło. Do kogo mogła udać się na skargę, kiedy na prowincji prawo nie istniało. Nie miała się komu poskarżyć, bo ani władze carskie, ani tym bardziej Rząd Narodowy, nie byłyby zainteresowane jej kłopotami, mając własne zmartwienia. Nie mogła powstrzymać grabieży chłopskiej, nie mając odpowiedniej siły.
Sarniccy chłopi dobrze o tym wiedzieli i drwili sobie z jej bezradności. Gdyby nawet zebrała wszystkich parobków z Makowa, którzy darli koty z sarnickimi ludźmi, to było raczej wątpliwe czy potrafiłaby odzyskać zagrabione plony. Rozwścieczeni chłopi mogli się mścić, nasyłając na Maków kozaków, mogli nawet spalić pałac. Byli do tego zdolni. A zresztą, czy ludzie z Makowa wzięliby jej stronę w tym sporze? Zawsze koszula bliższa ciału.
Ponagliła Mignon i zatrzymała się przed plebanią.
- Czy ksiądz dobrodziej wie, że jego owieczki właśnie okradają pola zamordowanego dziedzica? - spytała, wchodząc bez powitania do kancelarii plebanii.
Proboszcz siedział na fotelu, przy szeroko otwartym oknie. Trzymał w dłoniach brewiarz, ale się nie modlił, tylko patrzył w sad, gdzie pod drzewami wróble kłóciły się o spadłe na ziemię owoce. Na dźwięk jej poirytowanego głosu, wolno odwrócił głowę i ruchem ręki wskazał jej obite skórą krzesło.
- Usiądź, moje dziecko i nie denerwuj się, bo nie ma potrzeby. - rzekł flegmatycznie.
Zawstydziła się swego wybuchu i pochyliwszy głowę, pocałowała staruszka w ramię.
- Przepraszam. Nawet nie spytałam, jak się ksiądz dobrodziej czuje.
Skrzywił się pociesznie.
- Po co starego pytać o zdrowie? Tu boli, tam strzyka, stawy trzeszczą, ale na szczęście ty jeszcze nic o tym nie wiesz. Czekaj, zaraz każę podać coś do picia, bo duszno dzisiaj jak w lecie. Ciepłą jesień mamy tego roku.
Na jego zawołanie, do pokoju weszła gospodyni i wysłuchawszy polecenia, przyniosła na tacy gliniane kubki pełne chłodnej maślanki, z pływającymi w niej kawałkami masła. Do tego podała razowy chleb, posmarowany świeżym masłem i owcze serki. Nina nie czuła głodu, ale gdy ugryzła pierwszy kęs chleba, poczuła nagły apetyt. Proboszcz obserwował z zadowoleniem, jak Nina popija maślankę i pogryza chlebem. Jej twarz była jeszcze niemal dziecinna, ale gdy przemówiła, oczy miały twardy i zimny wyraz.
- Muszę im odebrać to, co zagrabili i nie dopuszczę, żeby do końca rozkradli zbiory. Mam obowiązek wszystkie zebrane plony sprzedać, a pieniądze wysłać Bini.
Ksiądz poruszył się niespokojnie.
- Nie rób tego, Nino! - ostrzegł zaniepokojony. - Ci ludzie są zdeterminowani i nie cofną się przed niczym. Poleje się krew. O, już dosyć tu było dramatów, a zresztą, bądź obiektywna. Przecież oni tak naprawdę biorą swoje. Te zboża, jarzyny, owoce, wyrosły z ich ciężkiej pracy. Za swój wysiłek, miast godziwej zapłaty, słyszeli tylko groźby i czuli nad głowami bat ekonoma. Niechaj Pan Bóg im tego nie pamięta, ale Borutyńscy byli okrutnymi dziedzicami. Sama musisz to przyznać.
Było jej bardzo przykro wysłuchiwać krytyki nieżyjącego wuja i ciotki, ale niestety ksiądz mówił prawdę. Dziedzice nie cieszyli się miłością poddanych, chłopi ich nienawidzili. Mimo to, Nina nie życzyła sobie, by ktokolwiek wypominał im złe uczynki. Teraz kiedy męczeńską śmiercią odkupili swoje winy.
- Wujostwo nie żyją. - odezwała się oschle. - Teraz ja zarządzam tym majątkiem w imieniu Bini i nie mogę pozwolić na rozkradanie tego, co jeszcze ocalało. - ale upierała się tylko dla zasady, bo zdawała sobie sprawę, że nic nie wskóra i złodzieje pozostaną bezkarni.
- Moje drogie dziecko, ja złodziei nie bronię. Kradzież jest grzechem, ale stwierdzam tylko fakt. Dziedzic nie żyje, a spadkobierczyni daleko. Kto tym biednym ludziom zapłaci za pracę? Sami sobie zapłacili i dobrze, bo się dary boże nie zmarnowały. Komuś dadzą chleb.
- Ale Binia może mieć do mnie pretensje. - burknęła.
- Rozumiem twoje obiekcje, lecz proszę, nie zaczynaj wojny z chłopami.
Westchnęła i zaczęła się uskarżać na ogromne straty, jakie wyrządził pożar.
- Wuj miał wspaniałą kolekcję broni wschodniej, zbieranej przez wieki. Nic z tego nie zostało. Spaliły się wszystkie meble, lecz najbardziej mi żal rozkradzionego stada koni i bydła. Wszystko gdzieś przepadło w czasie, gdy byłam ostatnio z ciocią Salomeą w Warszawie.
Ksiądz zamyślił się, a potem spytał zniżonym tonem:
- Nie było wiadomości od pana hrabiego?
 - Nie.- splotła dłonie na czarnej amazonce i wpatrzyła się w drzewo obwieszone czerwonymi jabłkami. Wyglądało jak choinka na Boże Narodzenie. - Pojechał i przepadł jak kamień w wodę. Może został aresztowany, albo poległ? Ot, takie to moje życie. Miesiące schodzą mi na czekaniu, a kiedy męża najbardziej potrzebuję, nigdy go przy mnie nie ma.
Proboszcz położył rękę na jej dłoni i uścisnął ją mocno.
- Pociesz się, że nie ty jedna cierpisz. W tym kraju nie ma prawie rodziny, która by nie opłakiwała swoich najbliższych. Ileż dzieci utraciło ojców, ile żon straciło mężów, a matek synów. - umilkł i przymknął powieki, wspierając głowę o oparcie fotela. Jego twarz, dawniej okrągła i jowialna, była wychudzona i pomarszczyła się, jak zwiędłe jabłko. Był już starcem, steranym życiem i chorobą.
"Może i on niedługo odejdzie? - pomyślała Nina, patrząc na niego z troską. - Czy los nie pozostawi mi nikogo bliskiego? Gdyby nie powstanie, zmusiłabym go do wyjazdu za granicę. We Włoszech, lub w Egipcie, z pewnością podleczyłby swoje schorzenia. Jezu, żeby nie to powstanie, żyłby Jaś, Tadeusz nie straciłby ręki. Ciocia Salusia niańczyłaby wnuka, bo Emilka urodziłaby dziecko." - zamrugała powiekami powstrzymując łzy.
Proboszcz spojrzał w jej smutne oczy i ożywił się.
- Zapomniałem ci powiedzieć, że do Krakowa pojechał frater Benon i z pewnością przywiezie dobre nowiny od pana hrabiego. A do tych nieszczęsnych biedaków nie miej pretensji. Oni także chcą jeść.
Nina poczuła się urażona.
- Ja nikomu jedzenia nie żałuję i zawsze życzyłam sobie, żeby gospodarze żyli godnie. Ale co mam napisać Bini? Że z całego majątku nie dostanie ani grosza? Pan Edward gotów mnie posądzić, że wszystko rozsprzedałam, a pieniądze zagarnęłam!
- Masz rację, dziecko, bo to jakoś nieładnie wygląda. Jeżeli chcesz, to sam napiszę do Świerczyńskiego i wszystko wyjaśnię. Ty masz dosyć zmartwień, tyle ostatnio wycierpiałaś, że jedynie Pan Jezus pomógł ci to przeżyć.
Nina z wdzięcznością podniosła jego rękę do ust.
- Dziękuję, a ksiądz dobrodziej nie odwiedzi mnie w Makowie? Przyślę karetę.
- Może w niedzielę po mszy. Jedź z Bogiem, dziecinko i uważaj na siebie. - wyszeptał i znowu przymknął powieki
Wyszła rozumiejąc, iż pragnie zostać sam. Najboleśniej odczuł śmierć Jasia, swojego ulubieńca i jego serce, podobnie jak jej, wypełniał bezbrzeżny smutek. Codziennie odprawiał mszę żałobną za spokój jego duszy, opłakując go jak syna. Z plebanii udała się pod kryptę Borutyńskich. Uklękła na kamiennych płytach i starała się skupić na modlitwie. Lecz odmawiane pacierze nie przyniosły jej ukojenia, budząc jedynie bunt na okrutny, nieubłagany los. Nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią Jasia i ciągle widziała przed sobą jego roześmianą twarz i słyszała nawołujący ją głos. Jego zgon był tak niespodziewany i okropny, porywając go w kwiecie wieku z tego świata, że czuła pretensje do Boga, iż pozwolił na taką zbrodnię. Ogarnięta ogromnym smutkiem, pogładziła palcami żelazne wrota dzielące go od żywych i odeszła nie oglądając się za siebie. Nie odwiedziła nawet grobu Pauli. Nie wiadomo kiedy, przestała się jej bać i wspomnienie tej kobiety już nie robiło na niej żadnego wrażenia. Spokojnie wchodziła do saloniku kasztelana i bez trwogi spoglądała na jej portret. Paula stała się z czasem jedynie odległym wspomnieniem. Straszliwe przeżycia ostatnich miesięcy, zahartowały ją i zniweczyły koszmar prześladujący ją przez długi czas.
W niedzielę Nina z całym swoim dworem pojechała do kościoła. Usiadła w kolatorskiej ławce Borutyńskich przy stallach na znak, że przejmuje po nich opiekę nad kościołem. Miała przy sobie tylko pannę Lutównę i Jagę. W następnych ławkach siedzieli; pan Bochniak z rodziną, pani ochmistrzyni, Kumosia, Walenty, a dalej pokojówki i lokaje.
Za dziedziczką rozsiedli się gospodarze makowscy, z panem wójtem na czele, porządnie ubrani, dobrze odżywieni i pewni siebie. Kobiety trzymały na rękach pucułowate dzieciaki, a dziewczęta wiejskie w haftowanych gorsetach, wstęgach i koralach, przypominały kolorowe kwiaty. Przyjechali z Makowa szumnie, z trzaskaniem batów i wesołymi pokrzykiwaniami. Chłopi z sąsiednich wsi przyglądali się im z zawiścią.
Ale najwięcej oczu zwracało się na siedzącą na przodzie Ninę, ubraną w ciężką żałobę. Od dnia śmierci Borutyńskich, zmieniła się tak bardzo, że nawet Jaga nie śmiała odzywać się do niej tak poufale, jak dawniej. Kiedy siedziała ze spuszczonymi powiekami, jej długie rzęsy rzucały na policzki cień, a na pięknej twarzy malował się smutek i nieświadomy wyraz wyniosłości, onieśmielający ludzi. Przeżyta tragedia na długi czas odebrała jej ochotę do śmiechu i radość życia. Wpatrując się w miejsca przed ołtarzem, widziała tam ciągle trzy trumny, a obok siebie woskową, jakby trupią twarz pani Salomei. Bardzo tęskniła za nimi wszystkimi, lecz swoje cierpienie ukryła głęboko w sercu, nie chcąc obarczać nim domowników. W obecności ludzi zachowywała się spokojnie i dopiero wieczorem, samotna w swojej sypialni dawała upust rozpaczy.
Msza była długa, bo proboszcz odprawiał modły za zmarłych Borutyńskich, opowiadając o ich męczeńskiej śmierci. W połowie nabożeństwa, w całym kościele rozległ się przeciągły szmer. Nina uniosła głowę i z najwyższym zdumieniem i niepokojem dostrzegła Starewicza, prowadzącego pod rękę żonę. Weszli dosyć hałaśliwie i zajęli ławkę wojewodziny, na wprost kolatorskiej. Udała, że ich nie widzi, wpatrując się w książkę do nabożeństwa.
Dopiero pod koniec mszy podniosła wzrok i jej oczy spotkały się z zuchwałym, wyzywającym spojrzeniem Starewicza. Najwidoczniej znakomicie mu się powodziło, bo jego palto i garnitur wyszły spod igły doskonałego krawca, w ręce trzymał wysoki jedwabny cylinder. Starewiczowa miała na sobie kremowy kostium z satyny, a na głowie modny kapelusik, przybrany białymi strusimi piórami. Strój ten był wyzwaniem rzuconym kobietom w żałobie narodowej. Po mszy, Nina wyszła z kościoła i pożegnawszy znajomych, właśnie zamierzała wsiąść do karety, kiedy podszedł do niej Starewicz.
- Madame. - złożył jej ukłon, uchylając cylindra. - Pragnąłbym porozmawiać z panią w pilnej sprawie.
- Dziś będę miała gości. - odpowiedziała, patrząc na niego przez ramię i zbierając fałdy ciężkiej sukni.
- Mimo wszystko, proszę jeszcze dziś o rozmowę. - nalegał. - Nie zajmę pani wiele czasu.
- W takim razie oczekuję pana o piątej. - odpowiedziała podejrzewając, że czeka ją nowe, poważne zmartwienie. Postawiła małą stopę na schodku karety i zręcznie wsunęła się do środka, siadając przy proboszczu, obok panny Lutówny. Lokaj zatrzasnął drzwiczki i konie ruszyły, wyrzucając łbami i parskając. Na piaszczystej drodze uniósł się tuman kurzu.
Mira wyjęła z torebki wachlarz i mocno nim zatrzepotała, odpędzając unoszący się w powietrzu pył.
- Obawiam się tej wizyty. - szepnęła Nina, nieznacznie wyglądając oknem. Starewicz wsiadał właśnie do eleganckiego otwartego powozu, zaprzężonego w dwa piękne gniade konie.
 - Dlaczego, moje dziecko? - zdziwił się proboszcz. - Co on ci może zrobić?
-Wiele złego. - powiedziała wzdychając.
Proboszcz zainteresował się pytając, dlaczego obawia się Starewicza, więc opowiedziała o jego groźbach i zażyłych stosunkach z Moskalami.
- Ależ ja nie wyobrażam sobie, by dobrze wychowany mężczyzna chciał skorzystać ze swojej przewagi, wobec samotnej, bezbronnej kobiety. - oznajmił proboszcz naiwnie.
Nina uśmiechnęła się gorzko.
- Ksiądz dobrodziej jest dobrym, świętym człowiekiem, a pan Starewicz to cynik, nie posiadający żadnych zasad. Nie szanował własnej babki, która go tak kochała i przyczynił się do jej prędkiej śmierci. Nie zamierza również respektować jej testamentu. Mnie nienawidzi, bo odrzuciłam jego oświadczyny i wybrałam innego. Nigdy mi tego nie daruje.
- Wydawał mi się porządnym człowiekiem. Jak to się ludzie zmieniają. - zauważył proboszcz z ubolewaniem.
- Ludzie się nie zmieniają, tylko w określonych okolicznościach, wychodzą na jaw ukryte cechy ich charakterów. Starewiczowi chodzi wyłącznie o spadek po babce. - powiedziała Nina, przymykając oczy. Od rana bolała ją głowa.
- Przecież on był w tobie zakochany. - przypomniała Mira.
- Nie wierzę w jego miłość. Ten człowiek jest egoistą i kocha tylko siebie. Ja zraniłam jego męską ambicję i zniweczyłam nadzieje na mój wielki posag. Obecnie, żonaty z bogatą Żydówką i żyjąc w komitywie z Moskalami, jest w porównaniu ze mną w komfortowej sytuacji.
Ze względu na obecność gościa, obiad podany był później i przeciągnął się dłużej. Na kawę i likiery wszyscy przeszli do biblioteki. Ksiądz proboszcz za młodu wiele podróżował i potrafił bardzo interesująco mówić o swoich wędrówkach po Europie, szczególnie zachwycając się Hiszpanią. Pielgrzymował do Compostelli, dokąd ściągały pielgrzymki z całego świata, do grobu Apostoła Jakuba. Mira dopytywała się o corridę, a Nina o katedrę w Burgos, gdzie spoczywały zwłoki El Cyda, czyli Rodrigo Diaza, bohatera narodowego Hiszpanii, romantycznego kochanka i pogromcy Maurów. Pytała również o wąwóz Somosierra, w którym szaleńcza szarża polskich szwoleżerów, otworzyła Napoleonowi I drogę do serca Hiszpanii - Madrytu. Okazało się, że ksiądz był i tam, składając na skałach bukiet biało-czerwonych róż.
płk. Zygmunt Chmieleński.
 Przy kawie proboszcz wyciągnął z kieszeni pomiętą gazetkę "Wiadomości z Pola Bitwy" i przeczytał im wzmiankę o Aleksandrze Krukowieckim, bohatersko broniącym z dwunastoma powstańcami dworu w Glanowie. W Małopolsce coraz głośnej mówiło się o pułkowniku Chmieleńskim, wybitnym dowódcy dużej partii powstańczej, który w lipcu odniósł znaczące zwycięstwo w bitwie pod Janowem. Gazetka informowała również o porażce, jaką poniósł generał "Kruk" Heydenreich pod Fajsławicami. Był to dla prestiżu powstania bardzo poważny cios, bo w walce poległo trzystu żołnierzy polskich, a ponad sześciuset dostało się do niewoli. Mała armia powstańcza, licząca ponad tysiąc żołnierzy, nie wytrzymała naporu nieprzyjaciela wspomaganego ogniem z dział. Kompania kapitana Rodeo, Włocha, osłaniająca odwrót powstańców, została wybita do nogi. Walczący po stronie polskiej oficerowie rosyjscy, odbierali sobie życie strzałem z rewolweru, nie chcąc się dostać do niewoli. Okazało się po fakcie, że "Kruk" przegrał bitwę, bo zabrakło mu amunicji, choć wielkie zapasy nabojów leżały w magazynach po dworach i w leśnych kryjówkach. Rząd Narodowy nie potrafił zorganizować sprawnej dostawy broni i amunicji do walczących oddziałów, a polskiemu żołnierzowi, zmagającemu się z rozpaczliwą odwagą z przeważającymi siłami rosyjskimi, pozostawała tylko kosa lub sztylet.
- To oburzające! - zawołała Nina, przypominając sobie kłopoty z dostawą amunicji w Krakowie. - Moim zdaniem, wszyscy dowódcy partii powinni być informowani przez kurierów, gdzie znajduje się najbliższy magazyn broni. Mogliby sami się tam zaopatrywać, nie czekając na niczyją łaskę. Ciekawa jestem, gdzie podziewają się ogromne pieniądze z pobieranych od nas podatków? Widziałam w Warszawie, jak ubodzy ludzie odejmowali sobie od ust, byle tylko zapłacić podatek narodowy. Rząd marnotrawi nasze pieniądze. Dlaczego nie posiadamy artylerii, gdzie są nowoczesne karabiny? Wojsko musi mieć działa, bo bez artylerii każda bitwa z reguły kończy się porażką!
- Przecież wiesz, kochanie, że wiele dostaw zostaje na granicy skonfiskowanych. - wtrąciła Mira.
- Bo nasi agenci nie umieją trzymać języka za zębami! Ja potrafiłam przewieźć amunicję spoza kordonu. Braciszkowi także się to udało, jak wielu innym. Ale jest totalny bałagan i wszędzie widać brak dobrej organizacji.
W uchylonych drzwiach pokazał się Paweł i oznajmił, że przyjechał pan Starewicz. Nina była bardzo ciekawa, czy przybył wraz z żoną? W kościele przypatrzyła się jej dokładnie i stwierdziła, że pani Starewiczowa była ładną kobietą, o chłodnych porcelanowych oczach i rudo-blond włosach. Miała tę pospolitą urodę, która może się podobać, lecz nie wzbudza wielkich namiętności. Siedząc w ławce miała na twarzy wyraz doskonałej nudy. Jej lalkowata twarz ożywiała się jedynie wtedy, gdy patrzyła na męża. Widocznie była w nim szalenie zakochana, bo jej źrenice ciemniały, a policzki pokrywały się lekkim rumieńcem. Było mało prawdopodobne, by Starewicz skłonił żonę do przyjęcia wiary chrześcijańskiej, gdyż mógł tym narazić się jej bogatej rodzinie. Zresztą sam był agnostykiem1 i nie przywiązywał wagi do żadnej religii. Po prostu wstąpił do kościoła, by spotkać Ninę i prosić ją o rozmowę.Ale do Makowa Starewicz przyjechał sam, bo młoda żona dawno już mu się znudziła. Wziął za nią duży posag, który częściowo udało mu się strwonić w zagranicznych kasynach gry.
 Kiedy lokaj wprowadził go do biblioteki, złożył ogólny ukłon i oświadczył, iż prosi panią hrabinę o rozmowę w cztery oczy. Nina zignorowała jego prośbę, postanawiając udzielić mu lekcji dobrego wychowania.
- Księdza proboszcza już pan poznał. - powiedziała ze złośliwym uśmiechem. - Ale nie zna pan mojej przyjaciółki. Pozwól, Miruniu, że przedstawię ci pana Augusta Starewicza, wnuka pani wojewodziny. A to moja droga panna Mirosława Lutówna!
Proboszcz wziął jej słowa za dobrą monetę i uśmiechnął się poczciwie. Starewicz złożył ponownie ukłon, Mira dygnęła i pomyślała, że gość jest bardzo przystojnym mężczyzną i tylko kobieta o tak silnej osobowości jak Nina, mogła się oprzeć jego urokowi osobistemu. Wskazawszy gościowi fotel Nina usiadła, lecz Starewicz nie skorzystał z zaproszenia i stojąc na środku sali, powtórzył z naciskiem:
- Najusilniej proszę panią hrabinę o rozmowę na osobności.
- To są moi przyjaciele i nie mam przed nimi tajemnic. - odpowiedziała stanowczo, obawiając się zostać z nim sam na sam. Starając się zjednać go sobie, posłała mu uroczy uśmiech.
- Ale ja je mam, pani hrabino! - odbił piłeczkę kokieterii.
Proboszcz podniósł się ociężale i spojrzał na pannę Lutównę.
- Chodźmy, panno Miro do kaplicy, pomodlić się za zmarłych. Także za pańską babkę, która tu spoczywa.
Wyszli odprowadzani uważnym wzrokiem Starewicza. Kiedy tylko zostali we dwoje, natychmiast podszedł i usiadł na wprost Niny.
- Szanowny pan hrabia nadal przebywa za granicą? Nie pytam z ciekawości, lecz o interesach wolę rozmawiać z mężczyzną. Tym bardziej, że nie będzie to rozmowa towarzyska. Być może z panem hrabią doszlibyśmy prędzej do porozumienia.
Jego niespodziewany przyjazd i ta wizyta, mocno zaniepokoiły Ninę. Cały czas zastanawiała się nad powodem tych nieproszonych odwiedzin. Podejrzewała, że przyjechał porozmawiać z nią o spadku po wojewodzinie i postanowiła być czujna. Wyprostowała się, kładąc ręce na oparciu fotela i patrząc na niego lodowatym wzrokiem.
- Sama zajmuję się interesami majątkowymi. Jeśli pragnie pan porozmawiać z osobą kompetentną, każę poprosić pana Bochniaka naszego administratora.
- Wykluczone! Trudno, z konieczności będę zmuszony zanudzać prozaicznymi interesami śliczne uszka pani hrabiny.
Nina pożałowała, że w ich rozmowie nie uczestniczy proboszcz. Może w jego obecności Starewicz okazałby się miększy.
- Cóż! - westchnęła. - W Lipieńcu pan się nie krępował, więc słucham.
W odpowiedzi na jej docinek, w uśmiechu ukazał wspaniałe zęby.
- Bo wtedy była pani dla mnie nielitościwa. Często się zastanawiam, jakim cudem w tak prześlicznej kobiecie mieści się tyle złości? Mam jak najlepsze zamiary i szczerze pragnę zakończyć sprawę spadkową kompromisem,satysfakcjonującym obie strony.
Ale jego dobrych chęci Nina obawiała się więcej niż otwartej wojny.
- Kompromis? - lekceważąco uniosła brwi. - Pan chyba żartuje. Proszę podać mi choć jeden powód, dla którego powinnam podzielić się z panem spadkiem? Testament wojewodziny jest nie do obalenia. Pańska babka do końca życia zachowała przytomność umysłu, a ostatnią wolę spisywała przy wielu osobach o nieposzlakowanej uczciwości.
Starewicz rozsiadł się wygodnie i założył nogę na nogę. Nina zastanawiała się, czy on rzeczywiście jest tak pewny siebie, czy tylko blefuje, licząc na efekt w nadziei, że może ona da się zastraszyć.
- Droga pani hrabino.- rzekł niedbale. - Świadkami można dowolnie manipulować. Wystarczy obiecać im odpowiednie wynagrodzenie za przysługę!
- Panie Starewicz! - odezwała się groźnym tonem. - Obraża pan pamięć swojej babki!
- Ależ nic podobnego. - zaprzeczył uprzejmie. - Stwierdziłem tylko, że każdego człowieka można przekupić, zależy to jedynie od wysokości zapłaty. Ja również mogę przedstawić świadków, którzy pod przysięgą zeznają, że wymusiliście spadek na chorej, wpółprzytomnej staruszce, nie dopuszczając do niej krewnych. Pan hrabia Klonowiecki nie jest spokrewniony w moją babką więzami krwi. Był tylko jej chrzestnym synem.
 - Gdyby pan mniej interesował się hazardem, a więcej heraldyką2, wiedziałby pan, że mąż ma więcej praw do spadku od pana. - Nina trzęsła się ze złości i panowała nad sobą resztką silnej woli. - Jako osoba w pełni świadoma, wojewodzina miała prawo dysponować majątkiem zgodnie ze swą wolą. Nawet pomijając w zapisie wnuka, który nie spełnił jej oczekiwań.
- Powiedzmy. - wzruszył ramionami. - Ale zapomina pani, że aby wejść w prawa spadkobiercy, należy spełnić określone ustawodawstwem warunki.
Nina pobladła i mocno splotła palce rąk.
- Jak mam to rozumieć? - odezwała się stłumionym głosem.
- Jak pani wiadomo, spadku nie może dziedziczyć osoba podejrzana o działalność wywrotową oraz bunt przeciwko cesarskiej władzy .
- To oczywiste. - przytaknęła. - Ale mój mąż nie miesza się do polityki, bo choruje.
Tym razem nie usiłowała wmawiać mu, że Aleks przebywa za granicą, ponieważ Rosjanie wiedzieli, że tam go nie ma. Niespodziewanie Starewicz wybuchnął śmiechem i śmiał się na cały głos, jakby usłyszał wyśmienity dowcip.
- Proszę wyobrazić sobie, że ja pani wierzę! Tak! Jest pani wstrętną kłamczuchą, lecz tym razem powiedziała pani prawdę. Pan hrabia był tak ciężko ranny, że o mało nie umarł. Jednak o jego lojalności nie może być mowy. Pani mąż jest buntownikiem, prześliczna pani hrabino, i stoi poza prawem!
Z trudem zaczerpnęła powietrza czując, że serce ma w żołądku, a żołądek w gardle.
- Takie oskarżenie musiałby pan udowodnić. - powiedziała cicho.
- Nic podobnego. To pani musiałaby przedstawić dowody, że pan hrabia rzeczywiście przebywa za granicą, a nie buszuje po lasach z bandą równych sobie szaleńców. Nino, niechże mnie pani nie rozśmiesza! Jest tajemnicą poliszynela, że pan Klonowiecki już w styczniu przyłączył się do buntu, a nawet został naczelnikiem szajki buntowników. Kryje się z nimi w górach, w obawie przed wymiarem sprawiedliwości, która wcześniej czy później go dosięgnie. Każdej chwili mogę przedstawić osoby, które widziały go na własne oczy w akcji!
Cała sala zawirowała jej w oczach i jakby pociemniała. Jezu Chryste, ten nędznik stanowczo za dużo wiedział..
- To są jedynie plotki i pomówienia. - odezwała się z trudem czując, że bicie serca rozsadza jej piersi.
- A fe, moja śliczna! - zaśmiał się. - Czy to wypada pani hrabinie łgać w żywe oczy? - zakpił. - O, ja nie przybyłem tutaj z pustymi rękami. Przed wyjazdem do Makowa, zasięgnąłem nieco informacji o mieszkańcach tego pięknego pałacu. Z przykrością stwierdzam, że nie tylko pan hrabia pobłądził. Cała pani rodzina siedziała po uszy w spisku. Kuzynek pani został przyłapany na gorącym uczynku, podniesienia ręki na żołnierzy Jego Cesarskiej Wysokości i żywcem spalony, bo nie chciał się poddać. Wuj pani uprzejmie sam wyzionął ducha ze strachu, a ciotkę trzeba było zastrzelić, bo rzuciła się jak wariatka na niewinnych żołnierzy. Małżonka pana doktora Borutyńskiego, została zesłana za działalność kurierską. Na koniec, pani szanowny mąż kurował się w tym domu, z ran odniesionych w bitwie. Ach, zapomniałem jeszcze dodać, iż pani również jest córką buntownika, zmarłego w magdeburskiej twierdzy. Czy uznaje pani te dowody za wystarczające do oskarżenia? Widać z tego jak na dłoni, że mam prawo domagać się spadku po mojej babce!
Siedziała jak wrośnięta w fotel, śmiertelnie blada, tylko oczy jej rozbłysły płomieniem straszliwej nienawiści. Przez głowę przemknęła jej myśl, żeby Starewicza zamordować, a jego trupa zakopać gdzieś w odludnym miejscu parku. Człowiek który ośmielił się drwić ze śmierci wujostwa i Jasia, nazwał Aleksa i ojca buntownikami, nie powinien był żyć!
Jej szaroniebieskie oczy pociemniały, a w ich głębi zapłonął złowrogi ogień. Ale prędko zgasł, bo Starewicz z pewnością zabezpieczył się jadąc do Makowa. Jego śmierć zostałaby natychmiast pomszczona przez rosyjskich przyjaciół. O tak, powinien umrzeć, ale nie teraz i nie w tym miejscu. Chciała coś powiedzieć, lecz powstrzymał ją niecierpliwym gestem dłoni.
- Proszę, niechże pani przestanie grać ze mną komedię. - powiedział podniesionym tonem. - Czy zgadza się pani porozmawiać ze mną rozsądnie? Przysięgam, że nie pragnę pani krzywdy. Zbyt głęboko kiedyś panią kochałem.
Zimno, bez poprzedniej emocji oceniła swoje szanse .Nie było sensu upierać się przy spadku po wojewodzinie. Prędzej czy później Starewicz i tak go odbierze. Jeżeli przyjdzie mu na to ochota, może ją zgubić, zaprowadzić na Sybir, nawet na szubienicę. Na szczęście Aleks jest daleko i ta gadzina nie zdoła go ukąsić. Ale może odebrać jej Maków!... Matko Boska, Maków, - po Aleksie największą miłość jej życia. Maków był sercem jej serca, na widok pałacu promieniała, wielbiła każdą salę, każdy zakątek tego domu, jej domu! Jak zwykle w momentach zagrożenia, zaczęła myśleć realistycznie.
- Proszę powiedzieć, co ma pan do powiedzenia i skończmy z tym tematem raz na zawsze. Czego pan chce? - odezwała się, nie podnosząc na niego oczu, by nie odczytał z nich jej myśli.
- Szczerości, najpiękniejsza pani hrabino! To mój pierwszy warunek.
"Prędzej padnę trupem, niż doczekasz się ode mnie jednego szczerego słowa, ty bydlaku!" - pomyślała i obdarzyła go nieśmiałym, niewinnym uśmiechem.
- Czy tylko szczerości?
- No, nie tylko. Liczę na nieco więcej. Odda mi pani Lipieniec i resztę majątków babki, załączając pisemne oświadczenie, iż czuje się pani zobowiązana do naprawienia krzywdy wyrządzonej mi przez wojewodzinę. W zamian, ja zobowiążę się do zachowania w tajemnicy zbrodniczej działalności pani męża i nie będę więcej pani nachodzić.
Skupiła się zbierając siły do walki. O, bynajmniej nie zamierzała się poddawać. Chciała zapewnić sobie czas do namysłu i poszukać pomocy. Ale gdzie? Zastanawiając się, podniosła spuszczone powieki i spojrzała mu w oczy, pragnąc przeniknąć jego zamiary. Bez wielkiego żalu oddałaby mu cały spadek, ale nie wierzyła, że Starewicz tym się zadowoli. Przeczuwała, że miał o wiele większy apetyt, a żądanie zwrotu spadku, to tylko wstęp do dalszych targów i negocjacji. Jeżeli w jednym ustąpi, tym samym odda się w jego ręce.
Podniosła się z fotela i podeszła do okna, wspierając czoło o chłodną szybę. Myśli przelatywały jej przez głowę z szaloną szybkością, jedne bardziej desperackie od drugich. Boże miłosierny, jak powinna się zachować, co powiedzieć? Nie wątpiła, że Starewicz zdolny jest do każdego łajdactwa. Jeżeli spotka się z odmową, nie zawaha się złożyć doniesienia do żandarmerii. Wtedy będzie zgubiona, a Maków ulegnie konfiskacie. Posłyszała za sobą kroki. Starewicz podszedł do niej i stanął za jej plecami tak blisko, że czuła na karku jego ciepły oddech.
- Nino!...
Nie podobało się jej to pieszczotliwe mruknięcie. Odwróciła się raptownie, mierząc go pogardliwym wzrokiem. Sam jego widok budził w niej wstręt, lecz także strach.
- Nino, jest jeszcze inne rozwiązanie. - wyszeptał, podchodząc o krok bliżej.
- Jakie? - spytała krótko, patrząc na niego nieufnie.
- Czy moja osoba budzi w pani jedynie antypatię? Nie czuje pani do mnie ani odrobiny przyjaźni? - pytał pokornie. - Gotów jestem zgodzić się na wszystko, byle tylko zasłużyć na pani względy.
- Widzę, że zmienił pan zamiary. Sądziłam, że zależy panu wyłącznie na spadku.
- Myliła się pani.
- Zobaczymy. Liczę, że będzie to propozycja możliwa do przyjęcia. Mój mąż....
Starewicz skrzywił się jak po occie.
- Proszę nie zasłaniać się mężem, bo decyzja należy do pani. Zechce mnie pani pokochać? Jeżeli wyrazi pani na to zgodę, spadek po babce pozostanie przy pani na zawsze.
Teraz zrozumiała o co mu chodzi i w jej duszy rozpętała się straszliwa burza. Nie znana dotąd wściekłość, która stłumiła strach. Zamachnęła się i z niespodziewaną u tak delikatnej kobiety siłą, uderzyła go na odlew w twarz. Zanim zdążył się uchylić, otrzymał drugi, równie mocny policzek. Pochwycił ją za nadgarstki i trzymał, choć szarpała się i walczyła jak szalona, próbując uwolnić ręce z żelaznego uścisku. Mocowała się z nim, sycząc przez zaciśnięte zęby:
- Precz! Ty nędzniku, ty podła kreaturo! Wynoś się stąd do diabła. Nienawidzę cię, ty szubrawcze! Gardzę tobą!
Przyciągnął ją do siebie i pomimo oporu pocałował, a raczej ugryzł w usta. Przycisnął ją do ściany i przemocą całował jej szyję, odsłonięte ramiona i piersi. Jego oczy lśniły, jak źrenice dzikiego kota. Broniła się zapamiętałe, lecz on ogarnięty dzikim pożądaniem, wepchnął jej kolano między nogi, drżąc cały z niezaspokojonego pragnienia.
 - Ty idiotko! - warczał, nie przestając jej całować i kąsać. - Ty mała, głupiutka ślicznotko. Wzięłaś sobie starego męża, a on zamiast pilnować takiego skarbu, zostawił ciebie i poszedł na stracenie. Skazał siebie i ciebie na zgubę. A mogło nam być razem tak dobrze. Ja bym od ciebie nie odszedł, choćby mi dawano koronę. Do czarta! Precz z rzewnymi sentymentami. Przez ciebie musiałem ożenić się z ograniczona prostaczką dla jej posagu. Nie daruję ci tego! Nie wybaczę nigdy, choćbyś błagała mnie o łaskę na kolanach. Koniec żartów!
Rzucił ją na małą kanapkę, próbując obnażyć jej piersi i unieść krynolinę. Zatkał jej usta, ale ugryzła go w rękę i krzyknęła głośno.
- Jaśnie pani hrabina wołała? - odezwał się Walenty, pukając do drzwi.
Starewicz zaklął i puścił ją. Odepchnęła go z całej siły i wstała, porządkując suknię i odgarniając z czoła potargane włosy.
- Nie wołałam. - powiedziała głośno. Była bardzo blada, drżała, lecz wydawała się nad wyraz spokojna.
- Niech pan nie gra przede mną zrozpaczonego amanta. - odezwała się tak zimno, że Starewicz spojrzał na nią zdumiony. - Nigdy nie zależało panu na mnie, tylko na moim posagu. Rola Romea absolutnie do pana nie pasuje, staje się pan śmieszny i, co więcej, wulgarny jak pijany woźnica!
Starewicz roześmiał się i usiadł swobodnie, tak, jakby nic się nie wydarzyło.
- Nino, kochanie, jest pani niezwykłą kobietą! - zawołał. - Cofam wszystko, co powiedziałem poprzednio i każde z nas pozostaje przy swoim zdaniu. Potrzebuję pieniędzy. Przegrałem znaczną kwotę w paryskim kasynie, a mój teść, ten stary żydowski kutwa, za bardzo już patrzy mi na ręce. W najbliższej przyszłości nie dostanę od niego ani kopiejki. Musiałem zastawić część moich posiadłości. Mam nadzieję, że w zamian za dyskrecję odda mi pani Lipieniec i tak dalej.... No, rozchmurz się skarbie, jestem przecież wspaniałomyślny, pozostawiając ci Maków! - powiedział wesoło, wyjmując z kieszeni pudełko cygar. Nie pytając o pozwolenie, zapalił jedno, wydmuchując dym w jej stronę.
Patrzyła na niego z odrazą. Jego pocałunki paliły ją, jak piętna wypalone ogniem. Wzięła chusteczkę i ostentacyjnie wytarła sobie usta, dławiąc się rozsadzającą ją bezsilną złością. Uznała jednak, że unoszenie się ambicją w momencie, kiedy nad Makowem zawisło niebezpieczeństwo, byłoby naprawdę głupotą. Strzepnęła fałdy krynoliny i poprawiła ramiączko halki żałując, że nie może na razie usunąć z siebie śladów jego ust.
- O czym pani myśli? - odezwał się, obserwując ją podejrzliwym wzrokiem.
- Zastanawiam się.
- Nad czym, kochanie?
- Co powstrzymało pana od popełnienia małego donosu? Przecież nie musiał pan składać zeznań osobiście. Wystarczył anonim, a moje majątki przeszłyby w pańskie ręce.
Zrobił oburzoną minę.
- Nino, jestem szlachcicem. Poza tym budzi pani we mnie czułe instynkty, bo chyba jednak panią kocham.
- Jestem pod wrażeniem! Pozwoli pan, że cokolwiek jednak sprostuję. Dla uczciwych ludzi nie jest pan człowiekiem honoru, ani szlachcicem, tylko karciarzem. Nie kieruje się pan uczuciem, lecz obawą, że w razie konfiskaty mojego majątku, niewiele by się panu dostało, bowiem zwycięzcy nie lubią się dzielić z nikim. A posługując się anonimem nie dostałby pan nic!
- Tak nisko mnie pani ocenia?
- Cóż, mam do czynienia z kanalią, panie Starewicz, i z szantażystą.
Znowu się roześmiał, nie przejmując się obelgami.
- Nino, uwielbiam panią! Jest pani godnym mnie przeciwnikiem. Zamiast zemdleć, jak wypadało wielkiej damie w dwuznacznej sytuacji, pani wali mnie w szczękę z siłą boksera i wymyśla mi od szubrawców. Z każdą chwilą jestem w pani więcej zakochany. Jest pani podejrzliwa, jak żydowski bankier. Ach, mam wielką ochotę rozwieść się z tą bezmyślną gęsią i ożenić się z panią. Od ręki przeprowadziłbym rozwód pani z tym anemicznym arystokratą. Co pani o tym sądzi?
- Sądzę, że potem zagarnąłby pan moje majątki, a mnie odesłał do wszystkich diabłów. Nic z tego! - patrzyła na niego bacznie, jakby obserwowała jadowitego skorpiona.
Śmiał się jak szalony, klepiąc się po udach.
- Kocham panią! Byłbym pani najpokorniejszym niewolnikiem i sługą. No, już dobrze, proszę nie marszczyć tych swoich ślicznych brwi, bo umrę ze strachu i nie dobijemy targu. Dam pani oświadczenie na piśmie, że po otrzymaniu spadku nie będę rościł sobie więcej żadnych pretensji.
- Pan mnie nie docenia, panie Starewicz. - powiedziała słodko. - Takie oświadczenie nic nie znaczy. Za jakiś czas wyśle pan do władz donos i zagarnie resztę mego majątku. Oddam panu cały spadek po wojewodzinie pod warunkiem, że da mi pan deklarację na piśmie, iż wyłudził pan ode mnie spadek, pod groźbą denuncjacji mego męża powstańca. Oraz, że zataił pan ten fakt przed policją z chęci zysku. Tylko taki dokument zabezpieczy mnie przed pana dalszymi żądaniami i obrzydliwymi karesami, budzącymi we mnie wstręt!
Starewicz przestał się śmiać i podskoczył, jakby ukąsiła go żmija.
- Chyba pani oszalała! - wykrzyknął wzburzony. Jego lodowate oczy rozbłysły gniewem. - Nigdy czegoś takiego nie napiszę!
- W takim razie ja nie będę miała gwarancji, że za tydzień nie zażąda pan ode mnie, powiedzmy, zrzeczenia się Makowa! Muszę się zabezpieczyć przed pana zaborczością.
Wstał, wziął leżący na stoliku cylinder i rękawiczki, a potem złożył jej wystudiowany ukłon.
- Szkoda. - spojrzał na nią z jawną wrogością. - Nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć na panią donos!
- Proszę uprzejmie. - odwzajemniła się mu równie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Wtedy udowodnię, że wiedział pan od dawna o powstańczej działalności mego męża, ale wolał pan zachować tę wiadomość dla siebie, bo zamierzał pan wyłudzić ode mnie szantażem majątki. Policja łatwo sprawdzi, że jest pan zadłużony po uszy! Denuncjując mnie, narazi pan siebie. Proszę uważać! - głos jej był ostry, jak smagnięcia batem.
Te słowa tak go zaskoczyły, że zbierał przez chwile myśli, stojąc z głupią miną.
- Karty to nie grzech, za to się nie karze. - oświadczył, lecz w jego głosie nie było już poprzedniej pewności siebie. Dosłyszała w nim jakby leciutkie wahanie. Był zły, mimo że tego nie okazywał. W głębi duszy podziwiał jej przenikliwość, z jaką odgadywała jego plany i odkryła, dlaczego do tej pory jej nie zaszkodził.
- Proszę się namyślić. Przez dwa dni zabawię w majątku Zuckermana, krewnego mej żony. Pojutrze zgłoszę się po odpowiedź.
- Dopóki nie będę miała gwarancji mego bezpieczeństwa, odpowiedź będzie brzmiała: - nie!
Podszedł do drzwi ze ściągniętymi brwiami. Pomimo gniewu starał się zachować pewną godność.
- Do diabła, dlaczego jesteś taka uparta? Wyjdź za mnie, a wszystko co posiadam będzie należało do ciebie. - powiedział porywczo.
- Doprawdy, a co? Stolik do gry, zielone sukno i talia kart? - zadrwiła. - Żegnam pana.


Posłał jej ponure spojrzenie i wyszedł. Podbiegła do okna i przez firanki patrzyła, jak wsiada do powozu i odjeżdża. Odetchnęła i otarła pot z czoła. W owalnym lustrze weneckim dostrzegła odbicie swej twarzy, trupio bladej i pełnej rozpaczy. Na szyi, ramionach i piersiach widać było ślady jego wściekłych pocałunków. W kąciku ust miała zakrzepłą krew z przegryzionej wargi. Cała trzęsła się, owładnięta strasznym uczuciem niemocy i przegranej. Upadła na fotel i zasłoniła twarz dłońmi, a łzy spływały jej powoli, przeciekając przez palce. Boże, dlaczego w takich chwilach nigdy nie ma przy niej męża? Gdzie on się podziewa, gdy pod jej stopami otwiera się przepaść? Rozważała zachowanie Starewicza i doszła do wniosku, że szantażując ją, pragnął wziąć odwet na Aleksie, swoim zwycięskim rywalu. Jej opór tylko go podniecał i wzmagał jego pożądanie. Prawdopodobnie zrobi wszystko, żeby ją posiąść, a przez nią zdobyć Maków. Chwyciła się za głowę i zerwawszy się z miejsca, zaczęła krążyć po bibliotece jęcząc i obijając się o meble.
1Agnostyk - wolnomyśliciel,niedowiarek.
2Heraldyka - znajomość herbów i rodowodów szlachty.